Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I tańczyła z taką zapamiętałością, że wszyscy obecni zwrócili na nią uwagę.
— Patrzcie! patrzcie! — szeptały starsze baby. — Jak ta Semaniukowa mołodyca ze Szwabiukowym łeginiem wywija. Dawne czasy przypomniała, dawne kochanie jej w głowie, dawnego lubasa do serca tuli.
Oleksa patrzył i serce mu się krajało i pił blaszankę wódki po blaszance i grał tak, że aż cyganie się dziwili i z niedowierzaniem nań spoglądali.... Skoczna nuta obertasa przybierała jakieś szatańskie, piekielne tony, wesołość tryskająca z tej muzyki nie była zdrową, ludzką wesołością, przypominała ów szał, który ogarnia skazanych na śmierć.
— Bracie Olekso — zapytał stary Szandor — gdzieś się tak grać nauczył?... Co to za granie? Mnie się zdaje, że w piekle tak grać musieli, kiedy żenił się stary belzebub.
— Być może! — odrzekł na wpół już pijany chłopak — Tak! tak grać dziś należy,