Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


córkę, Marikę... Śmiałeś się ze mnie, mówiłeś żem głupi, świat sobie jedną babą zawiązywać.... A teraz łajcie! Za co? Zato, żem jedną noc później do chaty przyszedł... Ona nie pierwsza i nie ostatnia!... Kiedy sercu nie dogodziłem niech choć ciału dogodzę!...
Mówił, zapalając się coraz bardziej, na twarzy płonął mu silny rumieniec, a czarne oczy tak pałały, że zdawało się, iż skry się z nich sypią. Na twarzy starego malował się strach jakiś i wahanie i dziwna niepewność; gdy syn przerwał na chwilę słowa dla nabrania oddechu, stary szepnął:
— Pewno! pewno chłopcze!... Bronić ci nie bronię!... Tylko widzisz, żebyś się znowu nie zadurzył w jakiej.... a ja bym chciał gdzieś po ludzku cię ożenić.... Chciałbym wnuków się doczekać — szepnął ciszej jeszcze.
— Jak czas przyjdzie to się ożenię z kim każecie! — odrzekł syn. Teraz wolę