Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ilku! Synu! — zawołał stary ściskając go. Czyś ty miał sumienie do baby iść nim się z ojcem przywitać?
— Eh! wielka sztuka! — odrzekł syn prostując się i powracając do swej zwykłej zawadyackiej miny — z wami ojcze to i po dniu się przywitam.... a z Aniką.... to lepiej w nocy. Ha! ha! ha! Ona po nocy milsza i ładniejsza. I śmiał się z lekceważeniem.
— Ej! chłopcze.... Ej! synu — odrzekł cicho, z dziwnym jakimś smutkiem stary — Zginiesz marnie przez te baby... Zginiesz!...
Syn popatrzył nań z niekłamanem zadziwieniem i zatrzymując się na chwilkę zapytał:

— Co?... Jak ojciec mówi?... Taż ty sam stary naraiłeś mi tę Anikę.... Zapomniałeś jak cię błagałem, jak u nóg ci się włóczyłem, żebyś mi pozwolił swatać[1] wdowią

  1. oświadczyć się.