Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na miłość Boga, co ci jest kobieto? — zawołał ściskając ją. — Ona popatrzyła nań ze ździwieniem; czuła; że coś niezwyczajnego spotkać go musiało, nigdy w ten sposób z nią się nie witał, nie ściskał jej tak gwałtownie i namiętnie.
— Mariko tyś ciągle chora! — wołał głosem, w którym dźwięczała obawa i troskliwość. — Chcesz czy nie chcesz, a ja ci sprowadzę wróżbitów i znachorów z całego świata, po Ilonkę cygankę sławną w siedmiogrodzkie góry poszlę, niech cię ratuje.... Mariko!...
— Nie obawiajcie się Andriju! Nic mi nie jest i nie będzie — odrzekła ze zdziwieniem nań patrząc. — Ot lepiej powiedzcie mnie — dodała po chwili z pewnem wahaniem — co wam się zdarzyło? Ja wiem, ja czuję, że coś niemiłego was spotkało.
— Eh! głupstwo! — zawołał mąż uśmiechając się z przymusem. — Durnia tego,