Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cicho, podkraść się pod samą kotarę przesłaniającą nie dość szczelnie drzwi i rzucić okiem do środka — odwagi mu zabrakło. Krew gwałtownym strumieniem rzuciła mu się do mózgu; po całym organizmie przebiegały wszechpotężne jakieś, bolesne prawie drgnienia; w oczach mu ciemniało. Musiał się oprzec o krawędź stołu, żeby nie zatoczyć się i nie upaść.
Niemoc ta trwała chwilę i przerwało ją wejście przebranej Heleny.
Spojrzał na nią i stracił przytomność do reszty — była olśniewająco piękną, pięknością pełną krwi i rumieńców, upajającą zwrok, słuch i powonienie. Patrząc na nią, przyszła mu na myśl Afrodyta, poznana z pieśni Homera. Biały, batystowy, prawie przeźroczysty negliż pozwalał wzburzonej piersi poruszać się swobodnie — falowała niby lekko rozkołysana powierzchnia spokojnego jeziora. W oczach jej świecił dzi-