Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sznur korali, przy którym był zawieszony duży podwójny dukat węgierski, wręczyła go starej mówiąc:
— Masz tu Rina! Teraz idź! idź! I Semaniukowi na oczy się nie nawijaj.... A jak coś.... o nim.... wiesz o nim o.... Szwabiuku nowego się dowiesz, to daj mi znać.... No idź! idź! — i odtrąciła niecierpliwie cygankę, usiłującą pocałować ją w rękę. Odwróciła się raptownie i weszła do wnętrza chaty.
Z obszernej sieni na lewo było wejście do ogromnej izby czeladnej; Marika skierowała się na prawo i weszła do świetlicy, po za którą był jeszcze alkierz, w którym gospodarstwo sypiali... Szła jak odurzona mocnym trunkiem, twarz jej pałała płomiennym rumieńcem, a w całym organizmie uczuwała przejmujące, niby chorobliwe dreszcze... Na odgłos jej kroków spiący dotychczas mąż obudził się i spojrzawszy na nią zapytał: