Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/039

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ne, dziwne oczy zatonęły w jej błękitnych źrenicach i od oczu tych młodego bohatyrskiego łeginia ognie dziwnie żarzące w piersi jej zapłonęły.... Pamięta wtenczas, kiedy go spotkała, niosła wielką wiązkę gałęzi na opał do domu; on ją pozdrowił po chrześciańsku i ciężar z jej ramion zdjął i za nią aż do chaty zaniósł. Później coraz częściej go spotykała, sama go już szukała, on igrał z nią, jak orzeł z gołębiem bezsilnym.... — Igrał!... igrał! — szepnęła, zaciskając usta, a twarz jej piękna zbladła tak, ze stała się równie biała jak jej koszula z cienkiego w mieście kupowanego płótna, w ciemnych, szafirowych oczach łza zaświeciła, a ręce małe i białe złożyła na bujnej piersi, niby bicie serca hamując.
— Ja mu wierzyłam — szepnęła boleśnie. — Ja wierzyłam jemu... Szwabiukowi... synowi rizunia i czarownika... Szwabiukowi! Szwabiukowi!...