Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


strumienie kipiątku strasznego, a jednak rozkosznego.
— A bezemnie! Któraż mołodyca u nas ciągnie męża za sobą na muzykę?... Ty możesz jechać sama choćby do Szigetu, albo Kołomyi.... ludzie znają mnie i moją rękę! nikt ci krzywdy nie zrobi!... Tyś bezpieczna!
Słuchała słów męża, nie rozumiała jednak ich znaczenia, nie słyszała ich nawet. Upojenie i szał jakiś lubieżny opanowywał każdy jej nerw po kolei, sciskał dziwnie jej serce i wzrok mgłą słodką przesłaniał.
— Sam tego chce! Stary dziad sam mnie tamtemu w ręce wpycha — usprawiedliwiała się w myśli. A jednak: nic z tego! Zasię mu do mnie! — broniła się w myśli resztkami woli. Choć ten mi obrzydliwy — to i tamtego nienawidzę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .