Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ostrożnie za ramię i wstrząsając niem lekko zapytała:
— Co tobie, Adasiu? Odezwij się!
— Nic!... Idźcie sobie! — brzmiała niechętna odpowiedź i chłopak odwrócił twarz w inną stronę, żeby nie spotykać się z badawczym wzrokiem staruszki, który mu wprost fizyczny ból sprawiał.
W całem tak duchowem jak cielesnem jestestwie uczuwał on w tej chwili niesmak jakiś dziwny, nieokreślony. On sam i cały świat zdawał mu się tak ohydny, że na nic nie chciał patrzeć, nic słyszeć. Istota własna była mu najobrzydliwsza. — Zniszczył by ją był w tej chwili, gdyby był w stanie pomyśleć nad tem. Wszakże myśli skupić nad niczem nie mógł; bezsilność ciała przeniosła się i do władz duszy.... Oddychał tylko głęboko.
Rózia widząc, że się nic nie dopyta, cicho i dyskretnie wyniosła się za drzwi,