Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nej powagi czuć było w głębi ton żartobliwy, zaczęła mówić:
— Wiem, nie po czciwy chłopcze, dla czego nie masz apetytu.... Sumienie masz nieczyste.... Słyszałam, coś wczoraj zbroił.... Przyznaj się.
Adasiowi się wydawało, że w tej chwili grom weń uderzył; zerwał się z krzesła i nieruchomemi, przerażonemi oczami wpatrywał się prosto w twarz Heleny. Wyraz tych oczu mówił jej wyraźnie: „nie spodziewałem się, byś mnie tak podeszła; myślałem, żeś szlachetna, a tyś podstępem mnie tu zwabiła, żeby się ze mnie naśmiewać — pogardzam tobą”. Twarz miał przy tem dziwnie bladą, a błękitne żyłki na skroniach drgały chorobliwie.
Pani Możewska zrozumiała wszystko, co jej te oczy chciały powiedzieć i równocześnie doznała dwu nad wyraz silnych wrażeń: najpierw się zawstydziła; wstydziła się