Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Byli tak blisko siebie, że oddechy się prawie łączyły. Druga ręka Heleny dotknęła jasnych włosów Adasia i on pod tym lekkim naciskiem pochylił się aż do jej ust purpurowych, rozkosznych.... Przez chwilę oboje pozostawali w nieświadomości, całego otoczenia. Wzniosła, wspaniała, niby hymn tryumfalny, głośna symfonia słowika wyrwała ich z tej ekstazy.
— Nie trzeba tego nigdy robić, nie poczciwy chłopcze, to nie ładnie.
Przemówiła pierwsza Helena, lecz usta jej jeszcze raz bezwiednie szukały ust chłopake, a białe ręce oplatały konwulsyjnie cienką szyję.
— To nie ładnie — szeptała cicho, bezsilnie.
Ostatni promień słońca ozłocił wówczas najwyższe listki jaśminowych krzewów. — Słowik zabierał się do nowej wspanialszej jeszcze pieśni. Helena uparcie powtarzała: