Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Neniuż moja! Matko rodzona! — zawołała szlochając już głośno Marika — tyś jedna tylko całą prawdę wiedziała, tyś przez nią do grobu, pod zimną ziemię, pod murawę zieloną poszła.
— Nie płacz gołąbko liliowa! Rąk białych nie łam! — rozległ się głos jakiś tuż obok niej i postać starej wiedźmy, jak z pod ziemi wyrosła, stanęła przed Mariką. — Pokój niech będzie z tobą światła bohaterko! — mówiła cyganka dalej, krzywiąc twarz do przyjemnego uśmiechu — komu się radować i weselić jak nie tobie Semaniukowa gazdynio.
Marika jakiś czas stała jakby skamieniała, z ust jej zbielałych nie mogło się żadne słowo przecisnąć; po chwili dopiero zdołała zapanować nad ogarniającem ją przerażeniem i z lękiem przesądnym i wyciągnąwszy ręce przed siebie, niby broniąc się i osłaniając przed wiedźmą, zawołała rozpaczliwym głosem: