Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ze wstrętem i niepokojem oczekiwał dziś Adaś odgłosu dzwonka zwiastującego końca dzisiejszych lekcyj. Przez całe pięć godzin porannej lekcyi do żadnego kolegi słowa nie przemówił i siedział nastrzępiony jak sowa. Na domiar nieszczęścia nauczyciel greckiego języka „wyrwał” go — ani słowa mu nie odpowiedział. Włodzimierz dwa razy zbliżał się do niego i troskliwie wypytywał o przyczynę tego dziwnego usposobienia.
— Daj mi pokój — odburknął mu nie chętnie — „tróją” wziąłem.... Nie mów dziś do mnie.
Wreszcie dzwonek się odezwał, ostatnia lekcya się skończyła. Wyszedł sam, pospiesznie, umyślnie unikając towarzystwa kolegów, przedewszystkiem Dobieckiego. Ten, wczoraj jeszcze przyjaciel, stał mu się dziś tak wstrętnym, że patrzeć nań nie mógł; obrzydzenie uczuwał, gdy o nim pomyślał.