Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bierać. Strojenie się niedługo trwało; włosy nieczesane zebrała w siatkę, ubrała wolny, poranny szlafrok i zarzuciwszy na to wszystko ciepły szal, pobiegła co rychlej do domu staruszki. Ładna była bardzo; niby jakaś nimfa leśna migała się pomiędzy bujnemi klombami, pełnemi pysznej zieleni i wonnych kwiatów. Ze snu pozostała w jej twarzy omdlałość jakaś uroku nieokreślonego, dziwnego pełna, a oczy w przeciwieństwie gorzały ciekawością niezaspokojoną, palącą. Wpadłszy do pokoju staruszki i przyklęknąwszy prawie do samej ziemi, zaczęła całować wychudłe, żółte ręce starej ascetki.
— Ciociu, cioteczko! — wołała z przymileniem. — Cóż to za taka ważna sprawa, dla której mnie ciocia tak nagle i gwałtownie wzywa?
Twarz staruszki od wczoraj postarzała się była o lat dziesięć; zmarszczki bardziej się sfałdowały; z oczu tryskał ból tak głę-