Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/035

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nąć i żarzyć niby jakieś olbrzymie piece wapniarskie, lub węglarki rozpalone do czerwoności.... Cienie na zachodnim stoku przeciwległych gór usuwały się zwolna; czerwony odcień przybierał coraz to jaśniejsze, bardziej przejrzyste tony, wreszcie kula złota ukazała się z poza kamienistego wierzchołka Roztiezki.
Kobieta patrząca na to tak zwyczajne, a mimo to tak wspaniałe zjawisko, pochyliła białe czoło, mimowolnie przeżegnała się i poczęła szeptać bezmyślnie słowa modlitwy. Nie modliła się jednak do Boga.... Nie! Te na wpół dzikie dzieci gór nie mają jasnego pojęcia o Bogu; na pozór powierzchownie są chrześcianami, chodzą do świątyń chrześciańskich i duchowieństwu składają dziesięciny; w duszy ich jednak panuje chaos wierzeń i pojęć; dawne wspomnienia pogańskie i obrzędy chrześciańskie zlały się w jakąś dziwną, fatalistyczną religię, któ-