Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ra do dziś nie znalazła godnego siebie badacza.

Gdy skończyła szeptać słowa pacierza, Marika Semaniukowa spuściła oczy w dół, promienie słoneczne coraz jaskrawsze nie pozwalały już spoglądać w słońce; spuściła oczy i spojrzała w doliny.... Tam noc prawie jeszcze panowała; Czeremosz otulony płaszczem mgły białej, ukryty przed ciekawem ludzkiem okiem szumiał w wąskiem korycie, szemrał jakoś złowrogo i gniewliwie.... Nie żył jeszcze.... tylko do życia się budził i mruczał w śnie pogrążony.... Cisza zresztą w dolinie panowała wielka, niezmierzona, snadź ludzie tam mieszkający, snadź nawet psy ich mieszkań strzegący spali jeszcze.... Od ciszy tej dziwnie odbijał gwar panujący w górnych okolicach; na połoninach dzwoniły już i klekotały liczne stada bydła; rogi i trębity[1]

  1. Długa trąba z kory.