Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tu zaczerwienił się gwałtownie i tak się zaciął, że ani słowa więcej przemówić nie mógł.
— No, i....i.... cóż? — dopomógł mu Włodzio.
— Ha!... Niby ty tego nie wiesz.... Zaraz po świętach położyłem jej na otwarte okno bukiet z ciocinych hijacentów.... Po obiedzie, wyszedłszy ze szkoły zacząłem łazić po pod jej okna.... Wyobraź sobie, stała w oknie z tym jakimś oficerem od ułanów, Niemcem; bukiet mój w ręku trzymała, a na mnie palcem pokazywała i śmieli się oboje jak szaleni.... Uciekłem.... Niech ich dyabli porwą!
Zamilkł, oczy spuścił ku ziemi, lecz Włodzio zrozumiał, że to wyznanie kosztowało Adasia bardzo drogo; zrozumiał cały ogrom wstydu i obrażonej miłości własnej, które rozgoryczały duszę jego kolegi.... Miał ogromną ochotę pożartować z naiwnego Adasia, ale się nie odważył; odczuł, że takie