Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Knopfowi to i zapisał mój abszyt do meldunkowej książki.
— Źle! źle, żeś u samego starosty nie był! — mruczał stary. Musisz jeszcze pojechać! Mnie życia nie długo, trzeba, żeby cię starosta znał... żeby wiedział o tobie, jak umrę, żeby ciebie kazał na wójta wybrać, nie tego opryszka Semaniuka, co go szelmy hucuły na mego następcę rychtują.
— Oh! Coś nowego! — zawołał ułan i rozśmiał się wesoło. Ty ojcze jeszcze mnie przeżyjesz.... Mnie hulanka teraz po głowie nie wójtostwo.... Gdzie mnie tam jeszcze o tem myśleć.
— Myśl! Ja ci mówię myśl synu! — przerwał mu stary i znowu wstrząsnął się cały. Widzisz! — dodał uśmiechając się smutnie — śmierć mi w oczy zagląda.... Ah! a czasem... czasem... straszne mam sny... straszne... czerwone... br! br! — i zakrył