Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pragnęła mądrej myśli się dostukać. Miała pozór osoby bardzo głęboko zamyślonej, jednak chwilami uśmieszek jakiś psotny, figlarny, dziecinny prawie przemykał jej przez całą twarz i tylko dłuższy czas gościł w cudnych, ciemnych fiołkowych oczach. Były mgnienia oka, w których robiła wrażenie dzieciaka-psotnika, układającego jakiś figiel. Pannie Teresie, bacznie ją obserwującej, na myśl nawet nie przychodziło podobne posądzenie.... Nie! przeciwnie, czekała niecierpliwie na projekt, który poda Helenka po tak długim namyśle.
Wreszcie piękna kobieta podniosła zadumane oczy i wpatrując się niemi w ciotkę — rzekła całkiem poważnie:
— Wiem, co będzie najlepiej.... Do ojca nie pisać.... Nikomu nic nie mówić.... Niech ciocia sama we cztery oczy wyłaje go porządnie, powie należyte verba veritatis i koniec.... On się jeszcze wstydzi — to się poprawi.