Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zamyślony Włodzio podniósł oczy i zobaczył na balkonie domu cofniętego w głąb ogrodu dorodną i ruchliwą postać dziewczyny, zajętej trzepaniem dywanów.
— Patrz! — mruknął, trącając lekko Adasia w łokieć — aż zazdrość mnie bierze.... Prześliczna dziewczyna!
— Nic z tego — odparł Kierdej smutno.
— Boś rura! — szepnął stłumionym głosem Dobiecki. Ja mam oko.... Kup jej jakiś drobiazg.... Raz, drugi.... Pocałuj, pogłaskaj.... Później się nie odczepisz.... Znam się z tem lepiej niż z Homerem.
Adasiowi w zasadzie myśl się ta musiała podobać, bo już nie rumienił się, tylko przechodząc kilkakrotnie wzrokiem z postaci dziewczyny na twarz kolegi, szeptał uśmiechając się nieznacznie:
— Boję się! boję się.
— Boś baba! — zakonkludował Włodzio. I niby nagle sobie coś przypomniał,