Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nabijany bogato bronzami toporczyk za pas, uścisnął żonę i siadł na konia.
— Mariko duszo! — zawołał raz jeszcze zatrzymując się już we wrotach — jak by ci było gorzej, to daj mi znać.... Masz tu dwóch najmytów.... jednego możesz pchnąć do mnie a drugiego do Riny....
— Bądźcie spokojni Andriju! Nic mi nie będzie.... Jedźcie z dobrą myślą.... Niech was Bóg prowadzi!
Wróciła do chaty, próbowała zająć się czemkolwiek, ale robota z rąk się jej usuwała, a ona dumała.... o Szwabiuku znienawidzonym i jego czarnych oczach, które czarować umieją.
— Czem on mnie mógł odurzyć? — myślała — taki pusty wiatr, taki głupi, tylko hulanka a swawola mu w głowie....
Odpowiedzi nie mogła znaleść, tylko czuła, że i teraz jeszcze mógł by ją durzyć. Nienawidziła go srodze, a zobaczyć go pra-