Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


odprowadzał coraz dalej od rozkrzyczanej kupy malców.
— Eh!... Później ci powiem — wołał niecierpliwie Dobiecki, starając się wyrwać z pod ręki kolegi — a tym śmierdziuchom muszę skórę złoić.
— Daj spokój! Czy nam wypada na ulicy tłuc się z parwistami?
— Może masz racyę — szepnął, odsapując ciężko Włodzio — ale ja tego rudego dyabła złapię jeszcze kiedyś!... Nie ujdzie mu na sucho!...
Gdy to mówił, minęli właśnie róg pojezuickiego kościoła i znaleźli się przed samym odwachem, gdzie wyelegantowany i żółtą szarfą przepasany oficer piechoty, z za krat przypatrywał się pięknym stanisławowskim żydówkom, odbywającym gromadną przechadzkę po chodniku, wiodącym z rynku do „brukowanej“ ulicy.