Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przestannie pusty diablik, figlarz, psotne jakieś figle płatał i wywoływał dziwny, lecz śliczny kontrast: zasępionej twarzy o śmiejących się oczach. Nagle zerwała się i dopadłszy rękę ciotki, zaczęła je znowu całować po kilkanaście razy. Mówiła przy tem, zrazu smutnie, niby z rezygnacyą, niby ofiara, później coraz weselej, aż wreszcie słowa jej rozpłynęły się w kaskadach srebrnego śmiechu:
— Ciocia nie chce!... Cóż robić?... Ja bym od cioteczki wszelkie zmartwienie odsunąć pragnęła.... Ciociu! Cioteczko, proszę się nie martwić.... Do majora nie ma co pisać — nieszczęście gotowo być ... kanonikowi także na darmo gadać — nic nie pomoże.... Ach! żebym tak mogła, to samabym tak temu smarkaczowi skórę wytrzepała, że wywietrzałyby mu z głowy wszelkie amory.... Proszę kogo Adaś całuje. No! no. Cha! cha! cha!