Strona:PL Abgar-Sołtan - Dobra nauczka.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Paniczu! Proszę mnie zaraz puścić!... Co ja nieszczęśliwa winna! Gwałtu! Gwałtu! Zadusi!
Szarpnęła się jeszcze raz i ostatnim wysiłkiem wyrwała się z rąk Adasia. Od siły szarpnięcia aż się zatoczyła i oparłszy się o ścianę głośno płakać zaczęła.
W tej samej chwili drzwi od pokoju się cicho otwarły i stara Rózia weszła do środka. Oczy jej przymglone naprzód spoczęły na Adasiu: Leżał raczej niż siedział na fotelu, oczy miał przymrużone, a w drzących dłoniach zaciskał konwulsyjnie kawałki perkalowego kaftanika dziewczyny, które wśród walki zostały w jego ręku. Stara mimowolnie z chłopaka przeniosła oczy na dziewczynę. Stała ona ciągle jeszcze oparta pod ścianą i zawodziła cichym płaczem. Odczuwszy jednak wzrok staruszki skierowany na siebie, zaczęła płakać głośniej i wśród łez wykrzykiwać: