Łańcuchy/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Łańcuchy
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


WACŁAW SIEROSZEWSKI
DZIEŁA
ZBIOROWE
TOM XXII
ŁAŃCUCHY
POWIEŚĆ
INSTYTUT WYDAWNICZY
„BIBLJOTEKA POLSKA“
WARSZAWA






Wszystkie prawa autorskie zastrzeżone.

Copyright by Wacław Sieroszewski (Sirko)
ninteen hundred thirty five.

Drukiem Zakładów Graficznych „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy







OD AUTORA.

Powieść ta oparta została na materjałach, zebranych przeze mnie w czasach rewolucji od 1905 do 1908 roku oraz ze wspomnień moich wędrówek etapem po Syberji.
Wydać ją mogłem jednak dopiero w 1917 r.
Wypuszczam ją w nowem wydaniu bez żadnych zmian taką, jaką napisałem przed przewrotem Kiereńskiego.

Wacław Sieroszewski.

Warszawa 1925 r.



I.

Z pośród dźwięków posępnych i przejmujących dla rodzaju ludzkiego wszędzie i po wsze czasy — dźwięk łańcuchów rozbrzmiewa szczególniej żałośnie dla ucha polskiego.
To też, słysząc go, obracali się ludziska, zatrzymywali najbardziej śpieszący przechodnie, aby obrzucić smutnem spojrzeniem gromadę ludzi, idących kolumną środkiem ulicy Senatorskiej od Ratusza na Zjazd. Szli ciężko, miarowo w świtach więziennych, szarzy jak bruk miejski, z którego ich wyrwano, dźwigając na plecach wory płócienne, a na rękach i nogach żelaza. Otaczali ich szarzy, niezgrabni żołnierze, różniący się od nich jedynie tem, że nieśli na ramionach karabiny. Patrzyli więźniowie przeważnie w ziemię, albo przed siebie i niektórzy tylko rzucali chwilami szybkie złowrogie spojrzenia wbok na wspaniale wystawy sklepowe i dostatnią, snującą się po chodnikach publiczność.
W czołowym szeregu wyróżniał się od innych zwykłem, ciemnem ubraniem i zielonym podróżnym workiem wysmukły blady młodzieniec. Był to Józef Gawar. Wyrósł w więzieniu i zmężniał. Nie miał kajdan na nogach, lecz skuty był za rękę krótkiem zapięściem z idącym obok barczystym, brodatym złoczyńcą. Musiał więc machać z nim zgodnie ramieniem i krok do jego kroku stosować. Raz tylko spojrzeli sobie w oczy, gdy ich skuwano i od tej pory nie zamienili z sobą ani słowa, ani spojrzenia. Chłop szarpał wprawdzie od czasu do czasu za wspólne okowy i klął brzydko...
— Psia kość!... Licho nadało!... Skubenty... intalaganci... chodzić nie umiejom!
Lecz Gawar nie odpowiadał — chytrze biegające oczki i zwierzęca twarz sąsiada, odstręczające na nim sprawiły wrażenie; zresztą zbyt był wzruszony. Szeroko otwarte, pełne łez oczy wlepił w wylot ulicy, gdzie ciemne krawędzie domów odrzynały się na perłowo-pozłocistem niebie.
— Za ojczyznę... za ojczyznę... Nie ja jeden... Wszyscy tak... Cóż wielkiego?... „Okuty w powiciu...“ — powtarzał, tłumiąc dreszcz wewnętrzny. Nie mógł sobie jednak z nim poradzić — z tym dreszczem. — Wir życia, w jaki wpadł nagle z głębokiej ciszy swej celi więziennej; upajające potoki świeżego powietrza, od którego odwykła jego pierś zwątlała; ciepłe, wiosenne podmuchy, głaszczące mu twarz niby miękkie pieszczotliwe dłonie; znane zarysy murów; miłe perspektywy ulic, śmiejące się połyskiem wystawy sklepowe, spoglądające nań życzliwie szeregami okien — zdawały się wzywać go wielkim głosem, wołać napowrót, do siebie... Każdy krok rwał w nim jakieś nici, darł jakieś włókna, wrośnięte w samo serce. Zamglona bólem myśl daremnie błąkała się wśród cudnych strof ukochanych poetów, szukając wyrazu... Nawet one wydawały mu się w tej godzinie żywego cierpienia martwemi dźwiękami.
— Stój, psia mać!... Pijanyś!.... Czy co?... Dokąd liziesz? Nie widzisz z kim idziesz? że z człowiekiem idziesz!?.. — ryknął nań brodacz i szarpnął go tak mocno za rękę, że Gawar aż się wtył cofnął. Ocknął się.
— Przepraszam, ale proszę nie szarpać za bardzo... bo i ja też mogę...
— On też może?! A juści! Wypior!... — rozległ się śmiech zboku.
— Nu, nu!... Spokojnie tam! — krzyknął na kłócących się żołnierz konwoju.
Drogę im przeciął dudniący i rozdzwoniony czerwono-żółty tramwaj. Zatrzymali się na chwilkę w wirze furkocących, mijających się i krzyżujących pojazdów, między któremi migali gęsto cykliści, świegocąc dzwonkami, błyskając obręczami kół, podobni do nisko nad ziemią lecących owadów.
Dokoła więziennej gromadki natychmiast poczęło się tworzyć zbiegowisko. Podskoczyli ku nim chłopcy z gazetami, terminatorzy i posługacze sklepowi, niosący pakunki; przypatrywali się im ulicznicy to jednem, to drugiem okiem jako zaciekawione rzadkim widokiem ptaszęta, gwiżdżąc znacząco lub szepcąc między sobą... Kobiety w chustkach z ciemnemi, zapadłemi policzkami, robotnicy o oczach twardych, surowych, ocienionych daszkami czapek, panowie w kapeluszach, panie i panny, których blade twarze, wydelikacone w czasie zimy, przymglone woalkami wyglądały w czarnym tłumie, w łunie barwnych parasolek jak nikłe płatki kolorowych pierwiosnków...
Gawar ocknął się nagle i spojrzał przed siebie zupełnie przytomnie. Stali właśnie u szczytu Zjazdu Sino-pstra rzeka miejskiego ruchu, jednostajnie szemrząc, pięła się ku nim zdołu. Środkiem rwały w dwóch przeciwnych kierunkach dwa nurty kołowe, terkotały śpiesząc się i wyprzedzając czarne fale pojazdów i dorożek, sunęły brzęcząc i postękując wielkie wozy ładowne, mknęły szybko samochody, szarozielone lub sine, jak wielkie kry wiosenne a wśród nich płynęły w rzadkich odstępach, równo i prosto, wszystko roztrącając po drodze, niby wielkie parowce, wysokie, czarno-dache, szeroko oszklone tramwaje. Na trotuarach, jak skacząca i drobna fala nadbrzeżna, kotłował się, mieniąc barwami, tłum przechodniów.
Wpadając na plac, wszystko roztrącało się o pilon Zygmuntowskiej Kolumny i zawracało potężnym nurtem na Krakowskie Przedmieście, oddzielając słabe jeno odnóże w stronę staromiejskich ulic. Płowy, jak stary gobelin, Zamek Królewski patrzał z oddala na mknący mimo niego ruch szeregiem zmartwiałych od wieków okien, a złotemi wskazówkami czarnego zegara na przysadzistej wieży wskazywał czas, który dawno już minął...
Ruszyli dalej. Z poza wysokiego Zamkowego tarasu, z poza opadających na dół dachów i murów budowli, z poza kamiennych balustrad i arkad wiaduktu wysrebrzała się w padole szeroka wstęga Wisły, niosąc na lustrzanych smugach drżące odbicia obeliskowych wież świętego Florjana, czarnej koronki Żelaznego mostu oraz bladej mgły wczesnej, wiosennej zieleni Praskiego parku.
Świeżym, miłym podmuchem wiało stamtąd od dalekich lasów, z pod szeroko otwartego nieba pełnego płowych, skłębionych chmur o ciepłym połysku i złotych obrzeżach słonecznych.
Gawar przywarł obeschłemi nagle z łez oczami do tego znanego widoku i pił zeń słodką truciznę napełniającą serce jego ponownem drżeniem.
— Ucieknę!... — przestrzeliło go ostro błyskawiczne postanowienie. — Ucieknę... wrócę!...
— Ucieknę!... — powtórzył sobie już spokojniej, a myśl, że tam gdzieś w rąbkach swoich łachmanów niesie ukryty przed oczami nadzorców Regulamin Musztry, napełniła go błogą radością.
Wzburzenie ucichło, wyprostował się; łagodnem prawie przychylnem spojrzeniem obrzucił skutego z sobą zbrodniarza, który mu się również uważnie przyjrzał i gdy po chwilowym postoju znowu ruszyli dalej już go nie szarpał, a nawet zapytał:
— Skąd to pan?
— Ja?... Z Cytadeli!...
— Takiem się domyślał!... A dokąd?...
— Nie wiem. Administracyjnie!...
— Acha. Dlaczegóż to pana kują?...
— Robią co chcą Czy to dla nich istnieje przepis, albo prawo!? Nawet własnych postanowień nie szanują...
— To prawda. Wiadomo — mungały!... A pan niech w krok stąpa, w krok, to będzie lepiej iść... — pouczał go.
Gdy znaleźli się na obszernym dziedzińcu przesyłkowego więzienia, już byli prawie znajomi i kryminalista dał Gawarowi szereg cennych wskazówek o Najłatwiejszym sposobie zdobycia sobie miejsca na pryczy, o porządku oraz ilości wydawanych racyj pożywienia, o możliwości wysłania listu do miasta.
— Niech mi go pan da, a ja już dostarczę. Za pieniądze i djabli skaczą!
— Nie mam pieniędzy. Odebrali mil
— No to panu przyślą z domu. Bez pieniędzy to tu źle... Niech pan napisze „gryps“; jak panu przyślą, to pan za przesyłkę zapłaci.
Gawar zgodził się i napisał parę słów do rodziców na skrawku papieru, jaki mu uprzejmie dostarczył jeden z sąsiadów.
Żałował wkońcu, że go rozłączono z nowymi znajomymi, ale tych jako skazanych sądownie poprowadzono do innej kaźni, a jego do innej.
Znalazł się w obszernej, niskiej izbie z bielonemi wapnem ścianami, oświetlonej dużemi zakratowanemi oknami. Pośrodku ciągnęły się w dwa rzędy wielkie i dość wysokie prycze, na których siedział i leżał więzienny tłum siermiężny. Roje aresztantów, rozmaitego wieku i powierzchowności wypełniały również przejścia między ścianami i pryczami; niektórzy stojąc rozmawiali ze sobą lub chodzili z kąta w kąt jak senne muchy, inni siedzieli na ziemi, mając u boków swe worki i węzełki. Niemało też mieściło się pod pryczami; z brudnych panujących tam cieni wystawały nazewnątrz szeregi łapsk obutych w zabłocone, koślawe buciory oraz rude więzienne chodaki i trepy.
Zaduch, gwar głosów, niemrawy ale nieustanny ruch oszołomiły młodzieńca. Stał bezradnie niedaleko wejścia, szukając spojrzeniem wolnego kącika. Nikt na niego nie zwracał uwagi. Sam nikogo tu nie znał i nikogo ze znajomych nie spodziewał się spotkać. Jeżeli nawet byli tu jacy koledzy z cytadeli lub Pawiaka, to wątpliwa rzecz, czy oni jego albo on ich zdołaliby poznać, gdyż nigdy przecie nie mieli możności dobrze się sobie przyjrzeć. Oględziny przez okno więzienne w czasie spaceru lub przez szparkę we drzwiach w chwili przejścia przez korytarz pozostawiały zbyt mgliste wspomnienia. Postanowił mimo to po=szukać ich.
— Czy niema tu czasem politycznych? — spytał jakiegoś draba w więziennym chałacie, stojącego nieruchomo pod ścianą.
— Jak pon mówi?... Politycni?... Nie znom... nie słysałem. Jo nie tutejsy... — odburknął, nie zmieniając pozycji.
— A co pan chce od politycznych?... Pan skąd?... Jak się pan nazywa?... Pan sam też polityczny?... Czego panu trzeba?... Może ja panu mogę co zrobić?... — zwrócił się do niego, zatrzymując w przejściu, czarniawy kudłaty żydek.
Gawar nie odpowiadał, mierząc nieufnem spojrzeniem brudną twarz i biegające oczki po« średnika.
— Nu, nie mówi pan, to niech pan nie mówi! To i ja nic nie powiem... A może ja sam jestem polityczny... No, co jest?... Co pan tak patrzy?... Teraz polityczni różni bywają... O wa! Ja widziałem takich politycznych, co czytać nie umieją... Ja panu prawdę powiem: widzi pan tego pana tam w kącie, to on jest polis tyczny... Niech pan do niego idzie!...
Odszedł, kiwając głową i kryjąc uśmiech w rozczochranej brodzie.
Gawar spojrzał we wskazanym kierunku, ale wcale się tam nie spieszył, gdyż stojący tam osobnik, wysoki, rudy, piegowaty Żyd w żółtoczarnym, kratkowanym kostjumie marynarkowym, wcale w nim nie wzbudzał zaufania. Opowiadał coś otaczającym go aresztantom, szeroko gestykulując kościstemi łapami i szczerząc żółte końskie zęby w zwierzęcym uśmiechu. Zielone oczki Żyda, błyskające przebiegle w beztrzęsych czerwonych powiekach, spotkały się;na krótką chwilkę ze spojrzeniem Gawara. Podniósł wysoko rude brwi, aż mu się ruszyły odstające uszy i wyraz wytężonego zamyślenia przepłynął mu po twarzy. Potem pośpiesznie zaczął się przepychać przez tłum ku młodzieńcowi.
— Panie Gawar, co pan tu robi?... Niech pian idzie, tu jest parę towarzyszów, razem będzie lepiej!... — wołał głośno już z oddala
Gawar daiemnie silił się przypomnieć sobie, czy widział kiedy tego człowieka.
— Towarzysz mnie nie zna, ale ja znam towarzysza, bo ja byłem wtedy w cyrkule, kiedy te łajdaki towarzysza biły, tylko ja nie mogłem nic pomóc towarzyszowi, bo ja byłem jeden i oni całkiemby mnie zabili, gdybym ja się zdradził... Nazywam się Finkelbaum; słyszał pan pewnie, ten... od... „Umstwiennawo raboczawo!...“
Mrugnął okiem i pociągnął Gawara za rękaw za sobą. Chłopak szedł z pewnem ociąganiem się, ale w duszy był rad, że w tym tłumie budzącym w nim strach i odrazę, znalazł choć cieniuchną niteczkę ideowej z kimś łączności. Coprawda o „Umstwiennym raboczym“ nie miał pojęcia, lecz uspokajał siebie, że to są pewnie jakieś „żydowskie socjały“ — „Bund albo es-deki“, zawsze lepiej, niż nic...
Finkelbaum przedstawił mu towarzyszy, jakiegoś Wątorka i Wickiewicza, nadspodziewanie katolików i robociarzy, tęgich, posępnych i bardzo pewnych siebie. Zrobili mu miejsce na ziemi w rogu sali, który zajęli wyłącznie na swój użytek.
— Niech towarzysz zdejmie worek i położy go tutaj razem z naszemi... Niech się towarzysz nie boi, my tu pokolęi będziemy mieli oko na to, żeby nie zginęły... — radził mu Wątorek.
— Zaraz będzie herbata, to może się z nami towarzysz napije. Piegas już zamówił. To tak my Finkelbauma nazywamy, bez to że piegowaty...
Uśmiechnął się przyjaźnie i odebrał z rąk Gawara worek, żeby go położyć obok innych.
— Nie mam ani kubka, ani herbaty, ani pieniędzy. Wszystko mi odebrali w cytadeli.
— To towarzysz z cytadeli9... To może towarzysz tam Pioruna spotykał?... — spytał Wątorek z odcieniem powagi i szacunku w głosie.
— Co tam gadać! — przerwał mu gwałtownie Wickiewicz ze znaczącym w bok szturchańcem.
— Napijecie się z nami i szlus! Już zapłacone!
— Jakie mogą być rachunki między „idejnymi“ ludźmi... Wszyscy za jedno cierpiemy... Tem więcej, że tu jeść nie destanie, aż jutro! — pocieszał go Finkelbaum, stawiając kubki i rozkładając cukier na oknie.
Wkrótce aresztant-posługacz przyniósł pękaty, emaljowany na niebiesko, imbryk, pełen gorącej wody. Zaparzono herbatę i poczęto się nią raczyć, pożyczywszy kubka dla Gawara od sąsiada. Wątorek poczęstował chłopca bub ką, którą ten przyjął z wdzięcznością, gdyż był bardzo głodny.
— Jedzcie, jedzcie, towarzyszu! — przyzwolił kiwnięciem głowy Finkelbaum. — Chcecie jajko na twardo, oto jest jajko na twardo.
Dziękuję, dziękuję!... Dosyć będę miał buk ki!... Nie chcę was objadać... Droga daleka!
— O tak, droga daleka, to też źle będzie bez pieniędzy.
— Mam pieniądze, ale w kantorze.
— He, he! — roześmiał się Żyd. — To jakby eh nie było... Ich nie wydadzą, aż na miejscu przeznaczenia. One ida przy papierach i niewiadomo jeszcze czy dojdą. Pieniądze z rąk tych „czynodrałów“ trudno wydostać... Tu za pieniądze uważa się to, co się ma na ręku...
— To też ja pisałem do rodziców! — bąknął, rumieniąc się, Gawar.
— Aa... pisaliście!... No to dobrze!... A przez kogo?
— Przez aresztanta... Czy dojdzie aby list? — Pewnie, że dojdzie. Wszyscy tak pisujemy! — pocieszał go Wątorek.
— A kiedy nas dalej powiozą?
— Kiedy?... Każdej godziny mogą. To zależy od tego jak się zbierze partja. A wy dokąd naznaczeni0 — spytał Finkelbaum.
— Nie wiem dokładnie... Powiedziano, że na Syberję... na pięć lat.
Żyd gwizdnął zcicha.
— Dobrze. I za co to tak?...
— Za oświatę.
— Za oświatę? To wyście, pan, nie byli w żadnej organizacji?
— Nie!.. Nie byłem — zgodził się ostrożnie Gawar.
Żyd pokiwał protekcjonalnie głową.
— Ja rozumiem. To jest, że wy za te szkoły polskie... To nie jest wcale rzecz polityczna... To tylko taki nasz głupi rząd... nie rozumie, że to jest zupełnie rzecz burżujska, reakcyjna... narodowo-demokratyczna. Un, ten rząd zupełnie jest głupi, bo jakkolwiek oniby się uczyli, to oni zawsze jeszcze służyć mu będą w walce z proletarjatem... Obaj oni są nasi wrogowie!...
— Każdy naród powinien uczyć się w swoim języku!... — bronił się Gawar.
— Co ro jest swój jeżyk? Swój język jest to ten, którego ja się dobrze nauczę...
— Jest język przyrodzony...
— Rozumie, się, jest język przyrodzony, matczyny!... — podtrzymał Gawara Wątorek.
— Ty jesteś głupi, Wątorek. Jak ty czego nie wiesz, to ty poco się odzywasz?... Czy ty będziesz się dla tego przyrodzonego języka zabijał? Czy kto słyszał, żeby dla przyrodzonego języka rewolucje robić!? Powiedz, czy jest w tem zdrowy rozum? Co?... Czy ty nie masz coś ważniejszego do zrobienia... dla nas, dla klasy pracującej?...
Tak dyskutując i rozmawiając, doczekali się wieczoru. Zapalono kopcące lampy naftowe, wstawiono do sali strasznie cuchnący kubeł i po przeliczeniu więźniów zaryglowano drzwi na całą noc. Gwar ucichł; coraz mniej snuło się szarych postaci w przejściach między pryczami, zwiększał się nieznośny zaduch i coraz głośniejsze chrapanie, bełkot senny i jęki wznosiły się i opadały wśród żółtawego zmroku na sali jak szmer rozkołysanej, cuchnącej sadzawki.






II.

Cały ranek z bijącem sercem czekał Gawar na wiadomość od rodziców. Wtem rozeszła się wieść, że dziś jeszcze dużą partję, a może wszystkich wyślą dalej na wschód.
— Nas na pewno przyłączą do partji, bo politycznych nie lubią tu trzymać! — zauważył, szczerząc zęby, Finkelbaum, który tę nowinę przyniósł z tajemniczej wyprawy na korytarz. — A do pana nikt nie przyszedł? Co?...
— Nikt!... — odszepnął Gawar, czując, że ogarnia go dziwna jakaś słabość.
— Mmcy! Szkoda! — cmoknął żyd, rzucając bystre spojrzenie na pobladłą twarz chłopca. — Ciężko będzie panu bez pieniądzów.
— Ech! Nic! Dam sobie radę!
— To pan nie wie, jak to jest, a ja panu mówię, że będzie bardzo źle. Może pan ma co do sprzedania, to tu jeszcze można sprzedać, a tam dalej to i sprzedać nie będzie można...
— Nie mam nic!...
— Jak nie, to nie!... Ja nie mam w tem żaden interes... Co można było pomóc, tośmy pomogli... Ja to panu mówię, że bez monety źle... Co. nie? — zwrócił się do swych towarzyszy.
— Juści, że źle! A my sami też dużo nie mamy! — wtrącił chmurnie Wickiewicz.
— Ależ ja nie proszę! Dziękuję za to, coście mi już wczoraj dali... Bardzo żałuję, że oddać nie mogę. Może z miejsca wygnania odeślę, adres zapiszę... — usprawiedliwiał się zarumieniony chłopak.
Żyd gwizdnął przeciągle, ale Wątorek wmieś szał się szorstko:
— Ot, głupstwo!.... Bułkę zjadł, herbaty kubek wypił, a taki o to robicie rwetes... A niby to socjały jesteście!... Uspokójcie się towarzyszu, już ja to biorę na swój rachunek, a wy tam komu innemu oddacie w potrzebiel Zgoda?! A no bywajcie zdrowi, bo to może nas rozdzielą. Nie smućcie się: będzie wszystko jak ma być! Nie inaczej!... Jak było tak było, a ty ciągnij kobyło!... Co, nie? Bywajcie zdrowi! Już wołają!
Istotnie klucznicy chodzili od drzwi do drzwi i wzywali więźniów, aby wychodzili z rzeczami na podwórze.
Tam ustawiono ich w rzędy i starszy nadzorca wywoływał imiennie pokolei przeznaczonych do wysłania. Odstawiono ich na bok, gdzie żołnierze rewidowali im rzeczy, oglądali kajdany i zakuwali w ręczne łańcuchy.
Gawar nasłuchiwał z ciężkiem uczuciem, czy wywołają go czy nie, i spoglądał z resztą nadziei ku wejściowej furcie. W chwili właśnie kiedy padło jego nazwisko, ujrzał w mgle zamętu snujących się tam postaci, czarny kapturek matki i jej ciemną kratkowaną chustę. Serce mu drgnęło boleśnie i radośnie, musiał jednak wyjść z szeregu i złączyć się z wskazaną mu gromadą. Jeden z żołnierzy rozwiązał mu worek i jął w nim wodzić rękami, drugi wziął z kupy krótkie ręczne łańcuchy...
A matka już go dostrzegła, już biegła ku niemu, wyprzedzając towarzyszącego jej grubego, czerwonego dozorcę.
— Nu, nul... Podożdi!... Zaraz będzie! — wstrzymywali ją z dobroduszną szorstkością żołnierze.
— Ma go pani! Ten sam... Więc już odchodzę!... A niech pani przepustki nie zgubi, bo panią stąd nie wypuszczą!... — pouczał ją dozorca z miną łaskawego buldoga.
— Józiu, Józieczku!... Jesteś jeszcze!... Co ja się nacierpiała, co ja się namęczyła, co ja się nalatała, zanim mię do ciebie dopuszczono! — szeptała, przypadając piersią do niego.
— Zaraz mię wywożą!... — mruknął cicho.
— Wiem, wiem!... Właśnie!... Nie chcieli mię puścić... Do nóg padłam temu oficerowi, dopiero wtedy pozwolili... Ale ojca nie puścili, on tam za bramą czeka... A co to? — spytała, nagle odstępując i spoglądając na złożone poniżej piersi ręce syna, które zdawały się ją odpychać.
Ból straszny zatargał jej twarzą jak wyblakłym starym łachmanem, przymknęła oczy, z których zaczęły się toczyć wielkie ciężkie łzy, poczem pochyliła się nagle i spieczonemi ustami jęła całować ręce syna i okalające je plugawe żelazo. Bronił się zmieszany, przejęty palącem cierpieniem matki, czując, że łkanie zatyka mu gardło...
— Matuchno, matuchno, daj pokój!.. Zaraz nas wyprowadzą, może i ojca zobaczę..., — gadał cichutko, chyląc głowę ku głowie matczynej... — Więc ci list odnieśli?...
— Odnieśli.
— Zapłaciłaś oddawcy?
— Zapłaciłam. Zebrałam wszystko co mogłam. Oto masz!... A tu bułka, kiełbasa, trochę cukru i herbata... Bielizny trochę... Niewiele, bo nie zdążyłam. Ciepłą koszulkę... Boże, tam, powiadają, straszne zimno..
— Teraz na lato idzie matuchno...
— Tam powiadają i lata niema, i słońca nie widać...
— Nie myśl tak matuchno... Nie tak tam źle! Tam już tylu rodaków było.
— Synu, synu, stara już jestem! Czy ja kiedy cię jeszcze zobaczę, słonko ty moje?!
— Zobaczysz, zobaczysz... niedługo!...
— Jak?...
Odsunęła się odeń i spojrzała mu w twarz obeschłemi nagle z łez oczyma.
— Ucieknę, ucieknę!... — szepnął cichutko.
— Nie, nie!... Złapią cię, zabiją!... Bój się Boga, nie rób tego... Już siedź, wycierp całą karę...
— Za długo, matuchno!... Pięć lat... A mogą jeszcze dodać...
— Już ty siedź cicho, już ty swoje zrobiłeś... Niech inni teraz... Tylko się nie ożeń z moskiewką, nie zgub duszy swojej, dziecko moje...
— Dobrze matuchno. już dobrze — odpowiadał łagodnie. — Wrócę taki jak jestem! Będę pisał do ciebie z drogi i z miejsca zaraz, jak tylko będzie można.
— Pisz, pisz... Codzień pisz... Pamiętaj synu, że dusza moja z tobą będzie... pamiętaj!... więc jak przyjdzie list od ciebie, to ona jakby.
wróci do mnie!...
— Ty, stara, oddaj coś przyniosła i już idź, bo ich wszystkich zaraz popędzą! — zwrócił się do niej podoficer po polsku.
Więc znowu przypadła synowi do piersi, tuliła go do siebie rękami, a on, nie mogąc jej objąć, chylił się jeno niezgrabnie do nóg kochanych i tłukł okowami o ziemię.
Rozłączono ich wreszcie i Gawarowa, za, taczając się, odeszła ku bramie, gdzie już czekał na nią, pilnie przyglądając się zdała całej scenie, podobny do buldoga dozorca.
Do Gawara podszedł tymczasem dawny jego z łańcucha towarzysz i spytał znacząco:
— Co? List doszedł?
— Doszedł, doszedł!... Dziękuję! Niech wam Bóg wynagrodzi!...
Wyciągnął do niego dłoń, w której zaszeleścił papierek.
— Bóg zapłać!... Szczęśliwej drogi! My katorżnicy zostajemy tu jeszcze, ale może dogonimy was gdzie w Niżnim, albo w Tobolsku, powiadają! To się zapytam o pana... Bywajcie zdrowi!....
Zdjął plackowatą, szarą czapkę więzienną i błysnął poczwarnie przez pół ogoloną głową.
Smirno!... Strojsia!... — rozległa się komenda.
Załomotały i otwarły się ciężkie wrota.
Na ulicach czekała na „partję“ gromada ciekawych, trochę krewnych i znajomych. Gawar dostrzegł zaraz wśród nich rodziców, skinął im głową i już tak całą drogę szedł z utkwionemi w nich oczyma, a oni podążali za nim zboku trotuarem, kiwając mu głowami i dając znaki, że go widzą, że na chwilkę nie tracą go z oczu i że nigdy nie stracą go z serca...
Zrozumiał to; uczuł w sercu ulgę.
Było chmurno, duszno, kropił deszcz i trudno było iść po śliskim nierównym praskim bruku. Dobrze, że choć nie skuli ich parami jak wczoraj!...
Szli dość długo.
Ostatni raz spotkał się z oczyma rodziców przed sztachetami dworca, gdy zatrzymali się, czekając na otwarcie bramy towarowej. Matka próbowała nawet przedostać się do niego przez łańcuch żołnierzy, lecz została wstrzymana. Przycisnęła więc tylko do ust ręce i posłała mu parę pocałunków, a ojciec z czapką w ręku stal i patrzał nań jak zmartwiały.
— Bądź zdrów, synu, bądź zdrowi... Niech cię Bóg i Najświętsza Panienka mają w swojej opiece! — rozległ się przejmujący szept.
— Bądź zdrowa matko!... Bądź zdrów ojcze!...
W tej chwili wepchnięto więźniów na peron i brama się za nimi zawarła.






III.

Długi pociąg nawpół pasażerski, nawpół towarowy sunie z umiarkowanym pośpiechem, jęcząc, zgrzytając, dzwoniąc łańcuchami, warkocząc kołami, podskakując rytmicznie na spoidłach szyn. Przed stacjami zwalnia, gwiżdże; na stacjach stoi długo, zacichły, jakby ogłupiały po niedawnym pędzie, podczas, gdy dookoła niego tu i tam rozlegają się marudne głosy i nawoływania służby kolejowej.
W aresztanckich wagonach zaduch, brud, ciasnota.
Zakurzone, zakratowane okna sieką z zewnątrz gęste i mocne sznury dżdżu.
Gawar patrzy w ten szary kwadrat światła, przyćmiony szarugą, gdzie ledwie w zarysach majaczą puste wstrętne martwe place przystacyjne, suną niby wstęgi kinematografu ciemne smugi lasów, plamy nagich jeszcze pól, białawe kubiki chat wioskowych, szpalery przydrożnych drzew i... słupy telegraficzne, słupy telegraficzne bez końca... na tle ołowianego nieba.
Gawar patrzy na nie dość obojętnie, choć rozumie, że nie ujrzy ich długo... może nigdy. Ale wszystko w nim zbyt jest rozbite, roztrzęsione, aby coś jeszcze mogło zwiększyć jego ból wewnętrzny. Z trudnością zbiera myśli rozproszone jak stado gołębi, z trudnością trzyma się nieruchomo na miejscu, podrywany przez nierówne i szarpiące uderzenia serca... Cieszy się, że już ma spokój, że już się „to wszystko“ skończyło, a jednocześnie łka w nim jakiś szloch niewstrzymany i spływa w wirze jego do głębi zmąconych uczuć widmo bladej, zbolałej twarzy matczynej i postaci ojca, ogłuszonego, stojącego bez ruchu opodal z czapką w ręku...
— Ucieknę! — powtarza sobie z uporem — ucieknę!...
Ogląda się po wagonie jakby zaraz to miał uczynić. W kłębach dymu tytuniowego widzi wszędzie szare twarze i szare aresztanckie ubiory, do których się przyzwyczaił; gęsto siedzą ludzie na ławach, a na półkach i po kątach leżą grudy szarych worów i węzłów. Przy drzwiach w obu końcach stoją żołnierze, tacy sami szarzy jak tłum więziony, z takiemi samemi prostackiemi twarzami, oparci na karabinach z najeżonemi bagnetami.
Milczące przygnębienie pierwszej chwili odjazdu minęło Rośnie szmer głosów, zmieszany z cichym brzękiem łańcuchów, z chrobotaniem i postukiwaniem naczyń blaszanych: kubków, czajników, menażek. Tu i owdzie wybuchają urywane rozmowv, wykrzykniki, tłumione śmiechy. Są i tacy, co wyciągnąwszy chleb, kiełbasę lub ser z zawiniątek, posilają się spokojnie.
Gawar patrzył na nich wszystkich z głęboką odrazą. Czuł się wśród tego tłumu zupełnie samotnym, a jednak ten tłum był dokoła niego, szemrał, poruszał się, żył, dolegał mu jak natarczywe brzęczenie owadów choremu, przeszkadzał jego myślom smutnym lecz silnym, jego uczuciom wzburzonym, płynącym z nieznanych mu źródeł i głębin — przeszkadzał im dojrzeć, spoić się, ugruntować i dać mu pewną podstawę do sądów, do postanowień, do tak upragnionego spokoju... Wszystko więc w duszy musi pozostać jak dotąd, poruszone i niewyraźne, nieś pewne jak zaorana po raz pierwszy nowina, chociaż ból ogromny, co przeszedł tam jak burza, pozostawił większą niż kiedykolwiek tęsknotę do jasności...
Gęstniał dym tytuniowy, gęstniał zmrok, gęstniał zaduch. Gawar z trudem oddychał, paliło go nieznośne pragnienie; więc z imbrykiem w ręku przedarł się przez ciżbę już na noc układających się aresztantów w koniec wagonu, gdzie przy drzwiach lokowali się żołnierze komwoju, oblegani przez aresztantów proszących natrętnie i przypochlebnie o kupno w bufecie na stacji papierosów, chleba lub wody gorącej do herbaty...
Tu królował wszechwładnie tęgi kościsty podoficer z jasnym konopiastym wąsikiem nad grubemi wargami.
— Za późno!... Czegoś czekał?... Zaraz ruszamy!... Na przyszłej stacji! — odburknął na nieśmiałą prośbę Gawara o kupno gorącej wody.
— A dlaczego nie rozkuty?... — zwrócił się wbok do żołnierza, prześliznąwszy się wzrokiem po zakutych rękach Gawara.
— Nie wiem, Spirydonie Ferapontowiczu... — Nie powiedział.
— Dlaczegoś nie powiedział? Języka w gębie nie masz? O każdym z was pamiętaj!... — huczał podoficer.
— Nie podchodził nikt, nie pytał... — bronił się chłopak.
— Jeszcze się pytać każdego z was trzeba!... Wezmę i za karę zostawię cię tak do jutra... Zobaczysz jakie to smaczne.
— Polityk pewnie, dlatego nie wiedział... — łagodził jeden z konwoju.
— Wszystko dla mnie jedno — polityk nie polityk!... Powiedziano w przepisach: w czasie drogi z ręcznych kajdan rozkuć, to rozkuć. Jaroszka bierz klucze i otwieraj!...
Tak się skończyła historja, która w zasypiającym już wagonie powszechne wznieciła zainteresowanie.
— Dlaczego nie prosicie, żeby was przeniesiono do drugiego wagonu, tam są politycy. A tutaj wy sami jedni! — radził Gawarowi dobrodusznie żołnierz, który mu przyniósł na następnej stacji imbryk wody gorącej.
— To można się przenieść?... — spytał chłopak, wsuwając doradcy drobną monetę.
— Można. Wszystko zależy od starszego — on tu pan. Ale teraz to może już nie warto. Nasz się na was rozgniewał. Poproście w Mińsku po zmianie warty.
Józefowi nie śpieszyło się; czuł się tak bardzo znużonym, że wszelkie obcowanie z ludźmi wprost go przerażało. Musiałby odpowiadać na pytania, zadawać je, wnikać w cudze myśli — nie miał sił na to i ochoty. Postanowił zostać do rana; miejsce zajmował dobre przy oknie, skąd przez szpary ciągnęło trochę świeżego, chłodnaweego powietrza. Podsunął sobie worek z rzeczami pod łokieć i spróbował usnąć. Wtem drab, siedzący obok niego na ławie, szturchnął go w bok.
— Panie, mech pan te rzeczy z pod siebie zabierze, to tu będzie można się wyciągnąć!
— Gdzież je podzieję?
— A gdzie pan chce: na półkę pod ławkę, albo tam w kąt, gdzie pan chce! Tu na siedzeniu nie miejsce na nie.
Józef wstał i spróbował rzeczy wsunąć na półkę, lecz stamtąd wychyliła się natychmiast rozczochrana głowa z głośnem przekleństwem:
— Czego pchasz?... Nie pchaj!... Nie widzisz, że zajęte?!
Opuścił więc rękę z tobołkiem na dół i chciał go wetknąć pod ławkę, ale stamtąd wychyliła się głowa, tym razem nawpół ogolona i grube mocne ręce, które gwałtownie odepchnęły zpowrotem jego worek.
Na podłodze między ławkami olbrzym w szarym chałacie szykował się do snu, układając starannie pod głowę kupę łachmanów.
Józef rozglądał się po wagonie, oświetlonym mdłym blaskiem lamp naftowych i wszędzie widział wyciągnięte ciała, pochylone karki, wsparte na poręczach głowy, ale nigdzie kawałeczka wolnego miejsca. Nie miał więc gdzie rzeczy umieścić!
Tymczasem sąsiad, korzystając z nieobecności Józefa, wyciągnął się na siedzeniu, zajmując całą ławkę.
Podkulił tyle tylko zakute w kajdany nożyska, że skromna figurka, mieszcząca się na drugim końcu przy przejściu, ledwie utrzymać się tam mogła.
Dla Józefa nie zostało ani cala miejsca. Ale przebrała się miara jego cierpliwości. Tuman wewnętrznej rozterki opuścił go nagle, wróciły siły i energja. Po króciuchnym namyśle położył worek wprost na szerokiej twarzy, bielejącej na dawnem jego miejscu.
— Co robisz, szczeniaku? Nie widzisz, że śpię? — krzyknął aresztant i zrzucił worek na wyciągniętego wdole olbrzyma.
— Odknaj, odknaj, mały, z dobrej woli!... — Mówię ci ze spokojem!...
— To moje miejsce, proszę się usunąć! — nastawa! Józef.
— Proszę, nie proszę... A gdzie jest prosie?... Kogo nie proszą, tego kijem wynoszą!... — przedrwiwał go zuchwały sąsiad.
Już zamierzał Józef, pomimo wstrętu do wszelkich skarg, zwrócić się do konwoju o interwencję, gdy chuderlawy aresztant, drzemiący na przeciwnym końcu ławki, pchnięty niespodzianie kulasami rozgniewanego dryblasa, kiwnął się i spadł z wielkim hałasem na podłogę.
— Aj waj!... Co to jest?... Rozbój!... Panie konwój!...
Jeden z żołnierzy, którzy również już układali się do snu, uniósł głowę nad poręczą przedziału i huknął groźnie:
— Cicho tam, parchy!... Ja was nauczę...
— On tu wszystkich powyrzucał. On tu całe miejsce zabrał, on tu leży jak hrabia, a pan polityczny nawet stoi!... Czy to porządek, panie konwój?...
— Nu, nu!... Dosyć! Wszyscy siedzieć mają, takie prawidło! Słyszeliście!...
— Właśnie, panie służba. Ja im mówię, żeby pokolei spać a oni niepotrzebnie hałas robią, te żydy... — tłumaczył się wyciągnięty na ławie aresztant.
Widząc jednak, że Józef nie myśli ustępować i pcha dalej swój worek na dawne miejsce, podniósł się, usiadł i mrucząc przekleństwa, zrobił mu miejsce.
— Śmierci na was niema, cholery, polityki. Wieszaćby was wszystkich!
Żydek skorzysta! z położenia, rozsiadł się zaraz wygodnie i spróbował zadzierzgnąć z Gawarem mocniej nić porozumienia przeciw wspólnemu wrogowi.
— Nie warto spać. Niedługo Mińsk, a tam będzie sroga rewizja. Przed rewizją to tu zawsze kradną. Trzeba pilnować. Ja myślę, że lepiej spać we dnie, to i miejsca więcej będzie i spokojnie. A teraz lepiej siedzieć. Pan skąd?... Czy pan z samej Warszawy?
— Tak, z samej! — odmruknął mu Józef.
Znużenie zmogło go, nie mógł wykonać rozsądnej rady żydka, oparł głowę na trzymanym pod łokciem worku, zdrzemnął się, a następnie ukołysany miarowym ruchem pociągu zasnął tak mocno, że nie obudził go nawet ciężar sąsiada walącego się nań zboku i chrapiącego nad samym jego uchem jak stare rozbite organy.






IV.

Długi przystanek. Śpiący zapadli słodko w niczem już niemąconą ciszę i spokój. Wtem drzwi wagonu otwarły się narozcież i już nie zamknęły, wpuszczając przykre strumienie zimnego wilgotnego powietrza. Zabrzmiały miarowe głosy, stuknięcia kolb karabinowych stawianych na podłodze, urywane wyrazy komendy.
— Hej!... Wstawać!... Rewizja...
Józef z trudem podniósł ociężałe powieki i w popielatem świetle zaglądającego w okna świtu dostrzegł przedewszystkiem szeroki grzbiet sąsiada w szarym aresztanckim chałacie, pochylony nad wypchanym workiem, w którym ogromne jego łapy szybko czyniły porządek.
— Rewizja, słyszysz, mały!... — szepnął głucho wczorajszy wróg, trącając Józefa. — Może masz co do schowania, to daj!...
— Dziękuję, nic nie marni — odrzekł ten, wstając i prostując zdrętwiałe członki.
Żołnierze szli od przedziału do przedziału, przetrząsając pilnie ubogie zawartości zgrzebnych, więziennych worków. Raz po raz ze zwitków „rządowej“ bielizny, zmieszanej z „cywilnemi“ łachmanami, wyławiano „zakazane“ przedmioty: paczki tytoniu, fajki, ołówki, papier listowy, nożyki, a nawet parę razy wymacano pieniądze, wszyte w rąbki odzieży.
— Panie naczelniku, panie naczelniku! Litości — ostatni grosz!
— To nie wiesz, że więcej nie wolno jak rubla? Dziesięć rubli, patrzcie go!...
— Droga daleka, panie naczelniku! Litości! Ostatni raz!... Więcej się to nie powtórzy!...
— Pewnie, że się nie powtórzy, bo ci je zabiorę!... Nie wolno!... Takie prawo!... Ja co? dla mnie choć ty i miljony wieź, ale prawo!... Nie mogę! Co tu głowę sobie zawracać?! Czego stoisz? Gruzdniew idź dalej!...
Józefa, który był w cywilnem ubraniu, obszukano jeszcze staranniej, lecz pieniędzy ukrytych za podszewką kamasza nie znaleziono, a co ważniejsza nie znaleziono również ukrytego w kołnierzu paltota „Regulaminu musztry“. W końcu rewizji poprosił, żeby go przeniesiono do drugiego wagonu, gdzie są polityczni. Podoficer z początku odmówił, ale wkońcu kiwnął mu głową obiecująco i nazwisko jego zapisał sobie w brudnej książeczce.
— Jak pociąg ruszy! — rzekł, odchodząc.
Rozdniewał się ranek chmurny i szary jak wczoraj. Poruszeni aresztanci już nie kładli się do snu, lecz szykowali swe imbryczki, blaszanki i kubki na wodę gorącą do śniadania. Ogonek cały stal przed umywalnią, czekając kolei. Józef nie śpieszył się ani z umyciem, ani ze śniadaniem, spodziewając lada chwila przenosin. Wytarł oczy i twarz suchym ręcznikiem, uczesał włosy i wcisnął się w swój kącik pod oknem. Barczysty jego sąsiad rozłożył przyniesione śniadanie na ławce, jad! łapczywie, nie zwracał na nikogo uwagi i głośno klaskał potężnemi szczękami.
Chudy żydek z drugiego końca ławki przyglądał się mu z przerażeniem i odsuwał z nietajonym wstrętem od skórek kiełbasy, rzucanych przez śniadającego niedbale na wszystkie strony. Siedzący naprzeciwko olbrzym z kolczykiem w uchu, na którego brudnej twarzy oraz zwichrzonych włosach zostały niezaprzeczalne dowody przespanej na podłodze nocy, uśmiechał się złośliwie, śledząc zaropiałemi oczkami za manewrami Żyda.
— Ty, co, świńskie ucho!... — rzekł wreszcie po rosyjsku — wstręt chrześcijaństwu wyrażasz?... Poczekaj, my ci tu zaraz całą mordę temi samemi skórkami wymażemy, skoro tylko pociąg ruszy...
— Co on chce?... Czego on gada, kiedy ja z nim nie gadam!? Niech mu pan powie, że ja z nim nie gadam!... — zwrócił się Żyd do Józefa.
— Gadasz, czy nie gadasz!... Ty tu z nami siedzisz i musisz być jak ludzie! — upomniał go surowo barczysty sąsiad. — Nie macie papierosa? — zwrócił się do olbrzyma z kolczykiem.
— Znajdzie się, ale... jak pociąg ruszy!
Józef również czekał z niecierpliwością na ruszenie pociągu, niepewny, czy podoficer dotrzyma obietnicy i przygotowany do konieczności powtórzenia nieraz swej prośby. Postanowił za wszelką cenę wydostać się z obecnego swego towarzystwa.
Wreszcie po długiem gwizdaniu ze zwykłym „towarowym“ jękiem, brzękiem i zgrzytem pociąg ruszył dalej małym truchcikiem. Żydek przeniósł się zaraz z tobołkiem bliżej konwoju, z czego skorzystał niebawem sąsiad Józefa, obejmując w posiadanie opuszczone miejsce, przyczem mrugnął znacząco olbrzymowi z kolczykiem. Porozumienie między nimi dokonało się szybko zapomocą dowcipnej kombinacji polskich wyrazów z rosyjskiemi końcówkami.
Józef z utęsknieniem spoglądał w brudniejsze jeszcze niż wczoraj zapocone okno i czekał na podoficera; ten wszakże ani myślał się z jawić. Wreszcie chłopiec zniecierpliwiony poszedł do przedziału zajętego przez konwój. Żołnierze siedzieli na ławkach, paląc zwinięte z grubego papieru cygaretki. Jeden czytał gazetę.
— Proszę panów — zaczął grzecznie Józef — podoficer obiecał mi, że przeniesie mię do tamtego wagonu do politycznych, kiedy pociąg ruszy...
— Niema go; właśnie tam siedzi u politycznych... — odpowiedział życzliwie jeden z żołnierzy.
— A wy kto będziecie? Też polityczny?
— Tak.
— Pie-pie-es?
— Nie.
— Es-de?
— Nie...
— To któż będziecie?... Może „machajczyk“?...
— Nie. Ja za... szkołę!
— Acha!... Administracyjny.
— Młodziuśki wy bardzo... Siadajcie, starszy zaraz przyjdzie. Bez niego nic nie możemy.
— O cóż wy w tej szkole?... Zwyczajnie „ucząca się młodzież“? — rozpytywał dalej ten sam ciekawy żołnierz. Inni dość obojętnie słuchali, pykając nieznośny duszący dym machorki. Czytający gazetę oderwał na chwilę od niej oczy i obrzucił Józefa bystrem spojrzeniem.
— My chcemy własnej szkoły, polskiej szkoły! Jak u was: wy macie własną, my też chcemy własnej.
— Pocóż ona wam?... Czy nie wszystko jedno; wy tak dobrze mówicie po rusku; będzie lepiej jak się wszyscy w całej imperji będą mogli porozumieć w tym samym języku. Nieprawda, co?...
— Nie! — gorąco protestował Józef — każdy kocha swój naród, swój język...
— To tylko przeszkoda!... Nacjonalizm. Lud roboczy całego świata i włościaństwo muszą się połączyć... — rzucił nagle ten, co czytał gazetę.
— Wy Polacy zawsze buntujecie, taka wasza przyroda!... — ciągnął dalej rozmowny żołnierz.
Józef poczerwieniał i chciał już ostro odpowiedzieć, gdy drzwi otwarły się i wszedł podoficer.
— Acha, to wy!... Dobrze, dobrze!... Wania, odprowadź go do tamtego wagonu, a przyprowadź stamtąd takiego chudego kryminalistę, co przy drzwiach zaraz na prawo siedzi. Prosił, żeby go tu przenieść do znajomych!... Więc się dobrze złożyło, nie trzeba będzie oficerowi meldować... Idźcie już, bywajcie zdrowi!... — odpowiedział uprzejmem kiwnięciem głowy na podziękowanie Józefa.
— Co za cud? — myślał ten, dźwigając swój worek w ciasnem przejściu między sztachetkami platformy wagonów.
Znalazł się w wagonie zupełnie podobnym do tego, jaki opuścił, z takiemi samemi zakurzonemi, zakratowanemi oknami, z obdrapanemi żółto malowanemi ścianami i ławkami, na których siedział tłum takich samych jak tam szarych, brudnych zakutych i ogolonych aresztantów. Drzwi pilnowali uzbrojeni w karabiny żołnierze w szarych szynelach.
Ale młode już doświadczone oczy Józefa rychło dostrzegły w końcowym przedziale wagonu odmienne twarze i postacie. Odzież była ta sama, szara i gruba, lecz rysy były drobne, inteligentne, spojrzenia śmiałe i wesołe, a częsty uśmiech na młodych ustach odbijał tak rażąco od posępnego tła reszty więźniów, że serce Józefa drgnęło radośnie.
— Są!... — pomyślał.
Podszedł nieśmiało i zapytał:
— Czy tutaj są polityczni?
— Tak, albo co?!... — odrzekł kędzierzawy brunet z binoklami na garbatym nosie.
— Bo ja też jestem polityczny, siedziałem sam w tamtym wagonie, więc poprosiłem, żeby mię tu przeniesiono. Czy panowie zgadzają się mnie przyjąć?
— Ależ owszem! Bardzo prosimy, miejsca jest dosyć — zawołał wesoło młody głos z gromadki siedzącej na ławce.
— Jak się nazywacie kolego? Skąd was bogi prowadzą i za co to was tak wcześnie... flancują... w step szeroki, w kraj bezludny... Ha, ha! Co, dobrze powiedziane: flancują!? — śmiał się wesoło młody blondyn, błyskając białemi zębami.
— Jestem Józef Gawar. W sprawie Związku Młodzieży szkolnej...
— Acha, Józef Gawar... Mój sąsiad z cytadeli... Chodź tutaj młodzieńcze! Posuń się Bolek... Prosimy między nas na stare miejsce... — wmieszał się do rozmowy wysoki, starszy już więzień, łysawy z rzadką, ciemną starannie rozczesaną brodą.
— Doktór Frączak, „frak“ z 38-go numeru! przedstawił się, podając Józefowi rękę.
— My też się już znam!l — rzekł jego sąsiad, blady, chudy szatyn ze zmęczonemi ołowianemi oczyma w czerwonej obwódce — Bolesław Potocki!
— Acha, to to jest „lewica!“ — pomyślał z niechęcią Józef i zawahał się na chwilkę, lecz Potocki tak uprzejmie robił mu miejsce na rzeczy na górnej półce, a następnie szykował siedzenie na ławce, że przezwyciężając zmieszanie, umieścił się między dawnymi swymi sąsiadami.
— Doskonale: na starem miejscu!... A nota bene nie trzeba będzie pukać... Kiepsko, kawalerze, stukaliście, trzeba przyznać... — gadał wesoło Frączak.
— Nie miałem wprawy... Nie wszędzie można było stukać i nie zawsze... miało się ochotę.
— Wiem. Wynagrodzimy sobie teraz przy; musowe milczenie... Ale przedtem może się napijesz herbaty, kawalerze!
Wetknął mu kubek gorącej herbaty do ręki i podsunął dobrotliwie cukier; Potocki podał mu obwarzanki.
Nie zdążył Gawar wypić paru łyków, gdy z dalszych przedziałów napłynęli więźniowie, pytając:
— Gdzież ten nowy?...
Więc się podniósł i przedstawiał, zamieniał uściśnienia rąk i urywane zdania krótkich informacyj.
— Acha, wiemy, wiemy, 7 numer! Było o tem w piątym numerze „X-go Pawilonu“.
— Nawet przypominam sobie, że widziałem przez okno obywatela na spacerze.
Stali dokoła oparci o ławki w przejściu, mieś rżąc badawczo błyszczącemi oczami młodziuchną, zlekka zapłonioną twarz nowego towarzysza.
— Coś jest zacz? Czy pomoc będziem mieli z ciebie, czy kłopot?... — czytał w ich spojrzeniach Józef, doreszty zmieszany i onieśmielony.
Większość z nich byli to starsi już ludzie, poważni robotnicy wysyłani „za przynależność do organizacyj zawodowych“ albo udział w strajkach. Ci mówili mało i głównie przyglądali się. Młodsi „z organizacji“ byli o wiele ciekawsi i rozmowniejsi.
— Jakże to tak: sam jeden idziecie?
— Sam. Nie wzięli nikogo więcej, nie udało się im wykryci... — z dumą odpowiadał Gawar.
— He, widzę, nie w ciemię bity jesteście towarzyszu!...
— Polak od małości, jak kaczka do wody przyzwyczajony do więzienia!
— Uczyć nie trzeba!...
— Już się o to inni starają.
— Mało nas to uczyli?
Wkrótce jednak uwaga powszechna ku wielkiej uldze Gawara została zwrócona na spór, jaki rozgorzał w sąsiednim przedziale. „Klasowe stanowisko“, „proletarjat“, „kapitał“, „burżuazja“ co chwila tam padały w ogólnym tumulcie słów jak dźwięczny podzwon o nagie kowadło, kujących żelazo miotów.
Twarze, oczy, uszy skierowały się w tamtą stronę i Józef zabrał się znowu do herbaty.
Wtem ktoś jakby znany mu, zaczął mówić po rosyjsku.
— Co to?
— A nic! Pewnie żołnierze przyszli...
— A kto z nimi mówi?...
— Jest tu taki... wielki tego amator niejaki pan Stanisław Butterbrot...
— Butterbrot?... Ależ znam go dobrze z Pawiaka... To i jego wywożą?
Podniósł się i chciał biec przywitać, lecz wyjrzawszy za poręcz ławki, spotkał się z tak obojętnem, prawie wrogiem spojrzeniem uzbrojonych w binokle czarnych oczu, że zaniechał zamiaru. Właściciel oczu i binokli wycierał duży garbaty nos brudną chustką i mówił do stojącego obok podoficera konwoju:
— Ja wam goworju, czto etowo tak nielzia ostawit’... Wy panimajetie, czto zdieś dieło nie w tom, czto ja potierał diengi a dieło w princypie...
Gawar usiadł szybko na miejscu.
— Powiedzcie, obywatelu, — zwrócił się do doktora Frączaka, co to za dziwni żołnierze pilnują nas dzisiaj?...
— Istotnie dziwni. Dobrze trafiliśmy. Byle tylko nam wkońcu nie połamali żeber... Bo i to zdarza się czasem.
— Nie o tem mówię, tylko że... tacy uprzejmi! A mnie pytali nawet, czy nie jestem pepees?...
— Powiadają, że większość z nich to „trudowicy“, a podoficer nawet ma być es-erem.
— Trudowicy?... A tak nas rewidowali?
— Co to szkodzi. Nas też rewidowali... Butterbrotowi pieniądze odebrali. Ale gazety nam dają, nawet świeże rewolucyjne odezwy przynieśli...
— I mimo to rewidowali?...
— A rewidowali!... Dusza rosyjska „obszerna i bogata“...
— No nie przesadzaj: rewidowali nas inni! — wmieszał się Potocki.
— Dla mnie oni mogą być inni, ale dla ciebie wszędzie ci sami... proletarjusze w mundurach. — Nie wykręcaj się! —
Potocki widocznie nie miał ochoty do dyskusji, bo kiwnął głową w stronę sąsiedniego przedziału i mruknął:
— Daj pokój i posłuchaj lepiej co mówią!
Zamiast tego doktór zwrócił się do Gawara:
— Cóż widział pan rodziców?
— A widziałem. Już straciłem nadzieję, wyprowadzono nas do rewizji, gdy wtem, niech pan sobie wyobrazi... — zaczął z radosną gadatliwością chłopak.






V.

Przez Moskwę ze stacji prowadzono ich piechotą.
Szli ściśnięci zwartym czworobokiem konwoju, dzwoniąc łańcuchami i ślizgając się na zabłoconym bruku. Żołnierze odrazu stracili ideowość, „podciągnęli się“ — zesztywnieli, zmartwiały im twarze, pokrzykiwali srogiemi głosami i poruszali się jak drewniane nakręcone w jednaki sposób kukły.
Gawar patrzył ciekawie na miasto, z którego nazwą łączyła się tradycja polskiego ucisku. Z obu stron ulic długich i szerokich ciągnęły się pierzaje wielkich ciężkich domów o barwach jaskrawych, poplamionych wielkiemi literami ogłoszeń, upstrzonych złoceniami, pociętych smugami znaków handlowych, niby odzianych w pstre chałaty wschodnie...
W końcu ulic, z poza murów na tle zwełnionych, białych chmur wszędzie gęsto wyglądały zielone, niebieskie lub złote cebule kopuł cerkiewnych i snuł się w powietrzu niemilknący pojęk dzwonów kościelnych. Chwilami wzmagał się, powielał, wybuchał jak burzliwy świegot metalowych pokrzykujących ptaków, głuszył gwar ludzkich tłumów, zgrzyty sunących tramwajów, dudnienie ciężkich wozów i pojazdów zaprzężonych w ogromne kościste konie pod kolorowemi „dugami“. Tłumy ludzi, również wielkich, kościstych o grubych karkach i płaskich szerokich twarzach, snuły się leniwie po szerokich chodnikach. Na widok prowadzonych aresztantów większość zatrzymywała się: mężczyźni, gładząc łopiaste brody, kobiety, układając twarz w wyraz żałosny.
— Nieszczęśnicy!... — słyszał nieraz Gawar i widział jak żegnano ich szerokim znakiem kreślonego w powietrzu krzyża.
Na jakimś placu targowym pospólstwo rzuciło się ku nim i zaczęło ciskać poprzez kordon żołnierzy kołacze i bułki, które kryminaliści chciwie łowili. Staruszek w długim sfałdowanym na biodrach kaftanie, w czerwonej koszuli i butach z cholewami przedostał się przez łańcuch konwoju i usiłował wsunąć w dłoń Gawara srebrnego rubla.
— Bierz, bierz chłopaczku! Takiś młodziuśki jak mój syn! — Czego nie bierzesz? — dziwił się.
Żołnierz odtrącił go, tak, że stary potoczył się i wypuścił pieniądz, który tulnął się i znikł pod nogami idących.
W tłumie rozległ się pomruk.
— Patrzcie ich, archarowcy! Krupojady!...
— Nu, nu!... Prowaliwaj!... Guza szukasz!?...
Czarny stójkowy z rogu ulicy z wielką mosiężną blachą na piersiach oraz kilku opasłych drabów w białych fartuchach z metalowemi napisami „dwornik“ na czapkach, biegli z różnych stron ku zbiegowisku.
Pochód aresztantów zatrzymał się wreszcie przed wielkim białym gmachem, podziurawionym niezliczoną ilością niedużych okien. Nad ogromną czarną bramą błyszczał napis

Więzienie“.

Wysokie dźwierza, pożyłkowane żelaznemi okuciami jak skrzydła nietoperza, rozwarły się. Weszli pod sklepienie, zamknięte z drugiej strony taką samą bramą i przedzielone pośrodku grubą kratą. W bocznem wejściu na schodkach ukazał się oficer w towarzystwie żołnierzy i kilku nadzorców więziennych w czarnych mundurach z rewolwerami w skórzanych pochwach u bioder.
Jedna straż zdała więźniów, druga ich przyjęła. Wtedy otwarła się krata a następnie przeciwległe wierze je bramy. Szara kolumna aresztantów wytłoczyła się na obszerne drobno zabrukowane podwórze, którego trzy boki zamykały trzy skrzydła wysokiego szarego gmachu z niezliczonemi oknami; w czwartym widniał budynek niższy, stary, obdrapany, obrzydlilwego piernikowego koloru. Ku temu budynkowi poprowadził pochód stary klucznik.
— Bogu niech będą dzięki: — do starego wyznaczyli więzienia, a nie do tej przeklętej „konstytucji“! Ustąp, chłopcze, ja tu swój! — mruknął siwy włóczęga, przepychając się pospiesznie naprzód mimo Gawara.
Po wydeptanych schodkach kamiennych, tłocząc się, weszli do obszernej sieni. Ciężki zapach kwaszonej kapusty, karbolu, amon jaku z domieszką piwnicznej stęchlizny uderzył ich, jak obuchem. Przy drzwiach stało paru nadzorców, a pośrodku kręciło się kilku aresztantów w parcianej bieliźnie i szarych chałatach. Jedni myli ręce i naczynia nad zlewami długich umywalni umieszczonych wzdłuż ścian, inni wchodzili i wychodzili z drzwi, z poza których szerzyła się na całą sień obrzydliwa woń. Trzy duże korytarze oświetlone każdy oknem na końcu, zbiegały się u wewnętrznych drzwi sieni.
— Polityczni tutaj, za mną!... — huknął nadzorca, skręcając na lewo.
Gromada aresztantów rozbiła się na dwie nierówne części. Gawar starał się trzymać jak najbliżej doktora Frączaka.
— Już ja będę koło pana.
— Dobrze chłopcze, z przyjemnością. Będziemy biedować razem.
W mrocznym korytarzu popod ścianami błądziły cienie więźniów. Minęli parę ciemnych drzwi, za któremi dzwoniły łańcuchy i szumiał zduszony gwar głosów. Nareszcie klucznik zatrzymał się przed następnemi i otworzył je wprawnie, szeroko. Stali przez chwilę na progu, olśnieni światłem, bijącem z jasnej głębi, przyćmionej kłębami tytuniowego dymu. Na ciągnących się pośrodku wielkich pryczach uniosły się głowy i przysiadły mnogie postacie, a z przejść nadbiegł i zaroił przed nimi taki tłum ludzi, że zdawało się, iż nikt tam więcej nie będzie w stanie wejść.
— Niema miejsca!... Niema więcej miejsca!...
— Nowi?! Co!! Powarjowali!...
— Prowadźcie ich gdzie indziej — tu niema miejsca!
— Do „małej kamery“ — I tu igła się nie zmieści!...
— Nu, nu!... Właźcie!... Czego stoicie!... — ponukali i popychali przybyłych klucznicy,
— Nie, nie!... Nic z tego! Ostrzegaliśmy was, że nie przyjmiemy!... Niema ani jednego wolnego miejsca na narach. Leżymy jak śledzie w beczce!...
— To nic!... Choć w ciasnocie, byle w zgodzie! Upchnie się jakoś!... Ustępujcie, kazano tutaj, to musi być tutaj!
— Dziwię się bardzo!... W nowym gmachu słyszałem, że dużo wolnego miejsca. To bezprawie. My się nie zgadzamy... — dowodził tęgi wysoki blondyn, ubrany w „małoruską“ wyszytą koszulę i ciemny „czekmeń“, podpisany czerwonym pasem.
— A nie zgadzajcie się sobie! Kto was o to pyta! A my ich tu wepchniemy! Hej, naprzód!... — krzyczał starszy klucznik. — A na was, Somow, skargę podam, że robi pan skandale! — zwrócił się do blondyna.
— Przestań, Somow!... Daj pokój, Somow!... — rozległo się w tłumie.
Szereg rozstąpił się i gromadka przybyłych, wparta na salę przez klucznika, usłyszała za sobą łoskot zamykanych drzwi.
— Skąd?
— Z Warszawy.
— Aaa!... Z jakiej partji?
— Z rozmaitych.
Otaczający tłum zrzedniał, tak, że mogli posunąć się cokolwiek przejściem wzdłuż ściany.
— Doprawdy niema miejsc! Nie wiem gdzie się położycie?... Dlaczego nie prosiliście, żeby was pomieszczono w nowym gmachu? — pytał w dalszym ciągu Somow.
— Nie wiedzieliśmy.
— A nawet, gdyby wiedzieli, to by pewnie nie prosili... Czyż nie wiecie, Somow, że nawet kryminaliści nie chcą dostać się do tej „konstytucji“...
— Właśnie dziwię się: dobre powietrze, elektryczne światło, czystość...
— Dlaczegóż wy, Somow, dziennikarz, człowiek inteligentny i uświadomiony, sami się tam nie przenosicie? — wtrącił uszczypliwie niewysoki, szczupły więzień z suchą ostrą szarą twarzą.
— Znowu się czepiasz, Awdiejenko. Daj mi pokój! Ja co innego, ja już tu jestem, mam swój kąt, znajomych, przyjaciół...
— Acha!... Więc niekiedy uznajemy te tak wzgardzone subjektywne powody? Dlaczegóż nie wolno ich przytaczać innym i w innych wypadkach?
— Pozwólcie: ja was pogodzę!... — wmieszał się wesołym głosem jeden ze słuchaczy!
— My wcale się nie kłócimy... — odciął sucho Somow.
— Ależ, Wujciu, pogódź nas, opowiedz, bardzo prosimy!... — śmieli się otaczający; nawet szary Awdiejenko uśmiechnął się i uszu nadstawił.
Wujcio wcale się nie stropił uwagą Somowa, ani jego odejściem, ani nawet ruchem, jaki uczynili Polacy, przepychając się wśród słuchaczy w poszukiwaniu miejsca. Poprawił z niechcenia chałat aresztancki z żółtym tuzem katorżniczym pośrodku, zwieszający mu się z lewego ramienia niby płaszcz toreadora i brzęknął cicho kajdanami na nogach.
— Otóż, spotykam wczoraj na korytarzu mego starego przyjaciela... — zaczął dźwięcznym głosem, jeżąc śmieszliwie piękną, kasztanowatą brodę i błyskając filuternie szafirowemi oczami. — Spotykam Jagorkę Pokotiłowa czyli Chluza, on-że znakomity złodziej odeski, a jeszcze znakomitszy „pieczęciarz“ — to jest podrabiacz fałszywych pieczęci rządowych. Wprost zdumiewający talent — w parę godzin z najzwyklejszego trzygroszniaka zapomocą ułamanej igły robi niewiarogodnie podobną pieczęć wszelakiego departamentu... Słowem — osoba bardzo w kryminale szanowana... Przytem pijak gorzki, bosiak awanturnik, — chłop wszechstronny, nawet trochę „socjał“, walczy z „anarchami“, nie uznaje towarzysza Machajewa a sympatyzuje z „eserami“... Ale przyjaźń nasza bierze skądinąd początek. Mianowicie: on służył nam za poczciarza w Baszcie odeskiej nietylko z całem więzieniem, nie wyłączając oddziału żeńskiego, lecz i z „wolą“ i nie wsypał nas w ciągu roku ani razu... Przechodziły przez jego ręce sprawy nietylko wielce delikatne, lecz nawet niebezpieczne. Ma więc wiele praw do naszego zaufania i życzliwości... W dodatku jest filozofem. Dlatego właśnie spytałem się go przy spotkaniu o rzeczy, które wywołały spór obecny. Powitałem go z pewnem wyznaję, zdziwieniem, że taki potentat więzienny, mogący wybierać miejsce pobytu według życzenia, znalazł się, ot, tu w tej „Starej Rossiei“, gdzie i pluskwy, i brud, i ciasnota i zaduch nieznośny, podczas gdy mógłby mieć w jednym z numerów „konstytucji“ wszystkie spółczesne wygody, ostatni wyraz więziennego komfortu: światło elektryczne, wodociągi, krany, ogrzewanie centralne, kuby powietrza i t. d.? on na to: „panie, ale tam... pałagraf! Tam trzeba innych ludzi — oświeconych: dla nas w „Starej Matuchnie“ lepiej... Tam gdy ci nawet ząb klucznicy wybiją, to cię „pałagrafem“ pocieszają, a cóż dopiero, gdy sam chcesz coś uzyskać! Nietylko łapówkę musisz dać, ale jeszcze „pałagraf“ musisz wymienić... Co za wiele, tego i świnie nie chcą!... Jestem człowiek stary, z piątym tutaj powrotem, więc cóż dziwnego, że „pałagraf“ omijam i do starego ciągnę... I tu kradną i tam kradną, i tu biją i tam biją... Ale tu mam własny „majdan“, gdzie nietylko igieł, nici i papieru, ale i tytoniu, i wódeczki kupić można... i w karcięty pobawić się, i nawet bardziej zakazane rzeczy dostać można... zależnie od środków i zdolności... I o pieniądze tu łatwiej, bo tu jest ruch, bo tu jest życie... A tam co: ulepszone klozety!...
— Ha, ha, ha! — śmieli się słuchacze. — Doskonale!
Umilkli nagle i zwrócili się ku drzwiom, w których zazgrzytały rygle i które niezwłocznie prawie otwarły się z trzaskiem. Na progu ukazał się młody, wysmukły aresztant, zakuty również w łańcuchy nożne, z twarzą ciemną, suchą, drobną, nieruchomą jakby z twardego wyrzeźbioną drzewa, rozjaśnioną jedynie blaskiem dużych, stalowych oczu.
— Somow, na widzenie, żona przyszła! — krzyknął od progu. — Hej, Polacy! Ostatnia partja, z Warszawy! — dodał po chwili.
— Jesteśmy tutaj! — ozwały się głosy z najdalszego kąta.
— Chodźcie. Macie pakiet z miasta!... — dodał po polsku.
— Dla kogo?...
— Bezimiennie z Komitetu. Pytają ilu was przybyło i proszą o nazwiska. Śpieszcie się! Nie mam czasu!...
Przejściem szybko przeciskał się ku niemu doktór Frączak.
— Kogo widzę? Wojnart?... Kiedyś się tu dostał? — zawołał; gdy był już blisko.
Aresztant zamrugał powiekami, poczem przyjrzał się doktorowi uważnie.
— Doktór?... Jakim cudem? Więc i was wyłuskali?
Rzucili się sobie w objęcia, choć mocno im przeszkadzał trzymany przez Wojnarta pakiet.
— I Dużo was?...
— Jest sporo...
— Czy jest kto ze znajomych?...
— Nikogo. Bolek Potocki.
Wojnart zrobił niecierpliwy ruch głową.
— Słuchaj, teraz nie mam czasu. Jestem starostą. O tej porze zwykle najwięcej zajęcia. Jak tylko się załatwię, przyjdę do was. Tymczasem przygotujcie spis i listy... Czy kto ma jaki interes do „małej kamery?“ — spytał głośniej po rusku.
— Rozumie się. Mamy książki do wymiany.
— Mam list.
— Chciałbym przenieść się tam, jeżeli można.
— To będzie trudno. Pan jest zesłańcem administracyjnym. Władza upiera się, że tamta kamera dla katorżników i osiedleńców, wogóle pozbawionych praw...
— To cóż: niech się upiera! Naszem zadaniem jest ten upór przełamać!... Co tam prawa?! Jakie tam prawa?... Kto w Rosji ma prawa?...
— Zobaczymy. Spróbuję. Na czem pan opiera swe żądanie?
— Mam tam przyjaciela, kolegę z uniwersytetu.
— To mało. Trzeba być krewnym.
— Owszem, mogę być krewnym. Niech pan powie, że jestem bratem ciotecznym. Nazywa się ten mój krewny Dobronrawow Akakij Agapiew, a ja jestem Iwan Iwanowicz Leskow! Będzie pan pamiętał? Niech pan zapisze!...
Wojnart notował pośpiesznie w książeczce.
— Ale nas to mógłbyś przenieść!... Tutaj zupełnie niema miejsca!... — Mówił tymczasem do niego doktór.
Wojnart rozejrzał się po sali.
— To prawda. Ale wy jesteście administracyjni a tam sądowni, przeważnie katorżnicy... Chyba powiem, że... ze względu na szczególne okoliczności, że macie wspólne gospodarstwo, że tu istotnie brak miejsca... Spróbuję.
Kiwnął im głową i wyszedł.
— Kto to taki? — spytał Gawar doktora, wracającego z paczką w ręku do rodaków.
— Starosta więzienny.
— Jakto starosta?... Naznaczony?!
— Ależ nie, któżby się na to zgodził!? Wybierany przez ogół więźniów jako ich przedstawiciel i pośrednik z władzami i ze światem zewnętrznym w sprawach rozmaitych. On kupuje potrzebne produkta, pobiera pieniądze na utrzymanie więźniów, prowadzi rozrachunki... Kryminaliści mają swego, a polityczni swego...
— Pan go zna?
— Trochę. Siedzieliśmy razem w cytadeli.
— Czy on też z P. P. S.?
— Nie; on ze Związku Walki Czynnej.
— Ze Związku Walki Czynnej!... — powtórzył radośnie Gawar.
— No tak! Cóż takiego?
— Nic, nic! Czy on tutaj będzie... razem z nami?
— Zdaje się; namówię go, żeby się przeniósł.
— Ach, tak, namów go pan, namów!... — prosił gorąco chłopak.
Doktór spojrzał ze zdziwieniem na chłopca i z zakłopotaniem na pełną gwaru i ruchu salę.
— Tak, ale przedtem musimy znaleźć miejsce.
Istotnie dotąd trzymali się razem, stali gromadką w jednym rogu sali, złożywszy swe węzełki pod ścianą, ale wolnego miejsca, dogodnego dla spędzenia nocy jeszcze nie znaleźli.
— Co tam!... Jakoś to będzie! W takich ras zach — bodaj to polskie przysłowie! Jak przyjdzie Wojnart, to nam może ułatwi! — zauważył doktór beznadziejnie przyglądając się szeregom głów, nóg, rąk i tułowi, zalegających ciasno prycze. Tymczasem zobaczymy, co nam przysłali z miasta: może co do jedzenia. Zawołajcie Finkelbauma!... Gdzie Butterbrot?... — zwrócił się do otaczających go robociarzy.
Hej, Finkel... Piegas! Słyszysz, chodź! Będą dzielić posyłkę! — krzyknął głośno po polsku Wątorek.
Kilka postaci leżących na pryczach podniosło się i kilka par oczu skierowało się ciekawie w ich stronę. Finkelbaum, rozmawiający opodal z gromadką kosmatych i obdrapanych Rosjan, żywo obrócił się i kiwnął porozumiewawczo głową.
— Zaraz idę!...
— Butterbrot już przeniósł się do essdeków! — krótko zauważył Wickiewicz.
— To nic — trzeba go zawiadomić! Zresztą sam idzie. Cóż to, Butterbrot, oddzielacie się od nas?... — spytał studenta.
— Rozumie się. Tam jest większość naszych... Będziemy mieli własnego starostę, wy; bierzemy go, jak się tylko wszystko uspokoi i ułoży. Tam jest prawdziwy nastrój! A o co wam chodzi?... Czego mię wołaliście?
— Nic; chcieliśmy tylko wiedzieć, czy uważacie się za Polaka?
— Nigdy nie byłem żadnym nacjonalistą. Zresztą wy wiecie, doktór, że socjaldemokracja tem się nie zajmuje. Albo co?...
— Przysłano z miasta cukru, herbaty, sucharów, bielizny dla podziału... między Polakami. Czy weźmiecie udział?...
— To co innego. Te komitety więzienne, ja wiem, to są bezpartyjne, i one przysłały dla wszystkich tych, co przyszli z... Polski, a to co innego.
— Nie; nam powiedziano: dla ostatniej partji Polaków!... — zauważył z naciskiem doktór.
— I wy będziecie dostawali swoją część ofiar od es-decji, bo oni mają swój osobny komitet. Ja wiem, bo oni chcieli, żebym i ja do nich przeszedł i mówili mi... — bąknął chmurnie Wickiewicz.
— To co innego, to was nic nie obchodzi, czy ja tam będę brał, czy nie. Grunt, że posyłka przyszła od komitetu bezpartyjnego dla wszystkich wysłanych z Polski... — zakończył Butterlbrot z irytacją po rusku.
— ...dla ostatniej partji Polaków... — poprawił doktór.
— To wszystko jedno. My tu znamy albo socjalistów, albo burżujów z Polski oraz innych części Rosji; innych nie znamy. Ja nie mogę się zrzec moich praw; tam może są pieniądze i od sympatyków es-de... Ja nie mogę z zasady ustąpić, ja odwołam się do sądu całej kamery!... — mówił coraz głośniej po rusku, wymachując rękami.
Powszechna uwaga coraz widoczniej skupiała się na małej ich garstce; więźniowie przerywali swoje zajęcia, porzucali książki i gazety i zwolna zaczęli ich otaczać.
— O co chodzi? — spytał jeden po rusku.
— Dajcie mu, niech go djabli wezmą! Będzie skandal!... — mruknął do doktora Potocki.
— Tym razem zgoda: dopuścimy pana do udziału, choć się pan nas wypiera. Ale na przyszłość poprosimy komitet... o dokładniejszy adres!... — zgodził się doktór.
Butterbrot poprawił binokle na nosie i wydął wargi.
— Proście! Ja zawsze będę miał rację, bo wy pe-pe-esi wszystkich krzywdzicie! Całe szczęście, że tu Rosja, że tutaj nie możecie już tego robić, nie macie siły, ani sympatyków burżujów! Za krótkie ręce!... Ha, ha!...
Zajął w kole pierwsze miejsce, tuż obok doktóra i w miarę jak rozkładano rzeczy, brał niektóre paczki do ręki, obmacywał je, wąchał, poczem kładł na miejscu z szyderczym uśmiechem.
Robociarze śledzili chmurnie za przebiegiem podziału.
Dzień dobiegał do końca, pomierzchł blady blask w wielkich zakratowanych oknach, brud i kurz na szybach uwydatnił się i zwiększył zapadający zmierzch. Przycichły wybuchy śmiechu, głośne rozmowy, stukanie naczyń i tupot nóg, połączony z brzękiem łańcuchów. Łagodny szmer stłumionych szeptów unosił się nad tonącemi w cieniach pryczami. Tu i owdzie tliła się czerwona iskierka palonego papierosa. Przybyłymi już niebardzo się interesowano, widać, że było to tutaj zjawisko zwykłe. Niektórzy z Polaków błądzili wśród więźniów i zawiązywali z nimi rozmowy, większość jednak trzymała się razem, na uboczu.
— Wojnarta nie widać. Doprawdy nie wiem jak noc spędzimy?!... — mruczał doktór.
Zbici w kupkę spoglądali markotnie na szeregi nóg w grubych buciskach, wystających z cieniów wzdłuż krawędzi prycz. Robotnicy rozwiązywali węzełki, wyjmowali stamtąd chleb, suchary, cukier oraz naczynia, aby mieć je w pogotowiu przy rozdawaniu zapowiedzianej kolacji.
Zapalono parę brudnych okopconych lamp naftowych, na pryczach tu i owdzie u wezgłowi zapłonęły stearynowe ogarki i przy świetle ich zabielały rozwarte stronice książek oraz krótko ostrzyżone głowy czytelników.
Dopiero po kolacji zjawił się Wojnart, bardzo znużony i z głębokiem westchnieniem przysiadł na rogu pryczy naprzeciw towarzyszy.
— No, cóż u was słychać?... Znaleźliście miejsca?
— Ale gdzie tam! Myśleliśmy, że nas przeniesiecie.
— Nie udało mi się złapać naczelnika więzienia. Wyjechał na miasto, a bez niego zrobić tego nie można. Zresztą wątpliwa rzecz, żeby się zgodził. Chętniej przenoszą stamtąd tu, niż stąd tam... Boją się, abyśmy, zdeklarowani zbrodniarze, nie zepsuli was ostatecznie... — roześmiał się.
— Więc co zrobimy?...
— A no, poczekajcie!... Hej towarzysze — zwrócił się głośno po rosyjsku do ogółu więźniów. Czy nie moglibyście posunąć się trochę, każdy choć o cal, aby zrobić miejsce dla przybyłych.
— Trudno będzie, Władysławie Kaźmierzowiczu! — odrzekł siadając na posłaniu jeden z najbliższych.
— Leżymy jak śledzie w beczce!...
— Nawet na drugi bok w nocy obrócić się niepodobna!...
— Dlaczego nie zażądali, żeby ich pomieszczono w nowem skrzydle?... — wybuchnął znowu Somow.
— Albo w waszej kamerze? — spytał Awdiejenko.
— Właśnie będę jutro robił o to starania!... — przyznał się Wojnart.
— Acha, dla Polaków to będziecie robili starania!... — krzyknął Lesków. — A dla mnie?!
— Owszem i dla was. Chodzi o dzisiejszą noc!...
— Jedną noc mogą przespać się i na ziemi! — rzucił ktoś z ciemności.
— A wy rozdzielilibyście się na mniejsze grupki. Przecież na pewno nie przedstawiacie zupełnej jednolitości przekonań. Małe ilości łatwiej by mogły znaleźć pomieszczenie w odpowiednich naszych ugrupowaniach. Es-decy naprzykład już umieścili swoich. Pe-pe-esów mogliby przytulić es-erzy, jako najbardziej im pokrewni... ludowców — trudowicy, anarchiści do anarchistów... — radził przyjacielsko Wujcio.
— To przedstawia pewne niedogodności... — oparł się Wojnart. Przedewszystkiem mają wspólne gospodarstwo, po drugie nie wszyscy umieją po rosyjsku.
— Jaktonie umieją po rosyjsku? Niemożliwe! — gorszył się Somow.
— Wiecie co, chłopcy: umieścimy się pod pryczami! — zwrócił się Wojnart do robociarzy. Przyniosę zaraz szczotkę, świece, wymiecimy sobie, wyłożymy podłogę gazetami... Będzie wspaniale! Rzeczy swoje również zaraz przyniosę, gdyż chcę być z wami. Co, zgoda?... Jak gromadnie, to sporzej, jak samemu, to gorzej!... — zakończył wesoło.
— Rozumie się! Nie będziemy tych mochów o łaskę prosić!... — huknęli zgodnie.
— Ani naczelnika więzienia też!... — dodał Finkelbaum.
Tak uczynili.
Wkrótce w głębokich ciemnościach pod pryczarni zabłysło światełko i zakrzątały się zgarbione i przykucnięte postacie wygnańców, czyszcząc, obmiatając kurz i pajęczynę, rozkładając węzełki i chałaty jako posłanie.
— Pan pozwoli, że ja koło pana! — prosił nieśmiało Gawar Wojnarta.
— Ależ owszem, proszę bardzo!






VI.

Na niżnie-nowogrodzkim dworcu stał pociąg otoczony wojskiem i żandarmami. Składał się przeważnie z wagonów aresztanckich okratowanych, ale widocznie ich nie starczyło, gdyż w końcu miał doczepionych kilka wagonów zwykłych trzeciej klasy oraz jeden drugiej dla oficerów konwoju. Publiczność, utrzymywana w pewnem oddaleniu od pociągu przez łańcuch żołnierzy, kupiła się najliczniej właśnie przed temi wagonami trzeciej klasy, z których okien wyglądały przeważnie młode i podniecone twarze, zamieniając z tłumem okrzyki, powitania, ukłony. Pęki kwiatów, niezręcznie rzuconych, leżały tu i tam na pustej smudze asfaltu, ciągnącej się między wojskiem, publicznością i pociągiem.
— Nie będzie pan tyle nieludzki!... Pozwoli Pan doręczyć kwiaty bratu! — prosiła żandarma młodziuchna, elegancko ubrana brunetka.
Żandarm trząsł przecząco głową i mruczał:
— Doo oficera, do oficera!... Sam nie mogę!...
— Gdzie szukać tego oficera? Tymczasem Pociąg ruszy!...
— A jak ten wasz brat zwie się?
— Wojnart. On tu jest, on tu na pewno być musi!...
— To niewiadomo! — mruczał żandarm. Do oficera!...
Gawar, który wyglądał wraz z innymi z okna, usłyszawszy nazwisko Wojnarta, nadstawił uszu.
— Tak, tak: on tu jest! — zawołał głośno w stronę panienki.
Ta podniosła na niego śliczne szafirowe oczy i nagle pobladła.
— Niech go pan zawoła! — krzyknął po polsku, stojący poza nią student.
Gawar kiwnął głową i z trudem zaczął przedzierać się w tył poprzez stłoczonych u okien więźniów.
— Wojnart? Gdzie Wojnart?... Nie widzieliście Wojnarta? Nie widzieliście gdzie starosty? — pytał na prawo i na lewo, przeciskając się z wagonu do wagonu.
— Wojnarta?! Wojnarta?... Nie, nie wiemy!...
— Nie widzieliśmy...
— Może u katorżników?! — Byłeś pan?!
— Nie, tam nie puszczają.
— Podobno z naczelnikiem więzienia załatwia jakieś ostateczne rachunki...
— Płaci kupcom!...
— Pieniądze odbiera!...
— Oho, starostę teraz znaleźć, trudniej niż perłę w morzu...
— On ma teraz głowę spuchniętą jak ceber!...
Odpowiadali mu więźniowie niechętnie, gorączkowo jak natrętnie brzęczącej musze; byli wzruszeni, podnieceni odjazdem, zajęci śledzeniem przez okna tego, co się na dworcu działo, wypatrywaniem znajomych. Jeszcze raz spróbował Gawar przedostać się do katorżan, którzy pomieszczeni zostali oddzielnie w wagonach okratowanych; lecz z niemi wagony zwykłe nie miały połączenia przez platformy mostkiem i trzeba było zejść na peron.
— Nie wolno! Nazad... — krzyknął żandarm, pilnujący drzwiczek, i odepchnął chłopca zpowrotem.
— Ja do starosty Wojnarta... do starosty! — przekładał mu Gawar.
— Nic nie wiem!... Nazad!... Jaki tam starosta!... — ryczał gniewnie żandarm.
— Nasz starosta więźniów politycznych!...
— Pszoł!... pszoł!...
Popchnął go w piersi włochatą pięścią tak, że chłopak musiał się cofnąć.
— Wojnart u oficera konwoju — zauważył ktoś ztyłu za nim.
— A co się stało!
— Siostra do niego przyszła, woła go!
— Ach! siostra! Na pewno jest u oficera!... Śpiesz się, śpiesz, bo pociąg niedługo ruszy!...
Zmęczony, spotniały, zmięty Gawar znowu rozpoczął swoją wędrówkę przez zatkane ludźmi przejścia, przez ławki zawalone węzłami i naczyniami, budząc powszechne rozdrażnienie.
— Czego się pchasz!...
— Przepraszam, tu ja stoję!...
— Cóż to za dzikie obyczaje!...
— Proszę mię puścić, pociąg zaraz ruszy! Wojnart... Gdzie jest Wojnart... starosta? Muszę znaleźć go! Siostra! — bełkotał chłopak robiąc sobie drogę głową, łokciami, kolanami.
Ale z wagonem oficerskim również nie było bezpośredniego połączenia, a pilnujący wyjścia żandarm i tutaj nie chciał go puścić na ziemię, nie słuchał dowodzeń i ryczał głupie wymysły.
— Niema rady, muszę ich uprzedzić!... Może przeze mnie co powiedzą — pomyślał zrozpaczony chłopak, zabierając się do odwrotu.
Znowu przepychał się przez ścisk, pracując usilnie łokciami, narażając się na wymysły i szturchańce.
— Aj, aj!... Mój najukochańszy, najdroższy odcisk!... Co pan najlepszego robi?
— Idę! Starosta Wojnart!...
— Przestań się pan włóczyć na Boga i usiądź na miejscu. Wszystkim pan już boki poobijał.
— Muszę: siostra Wojnarta, chce się pożegnać...
— Każdy chce się pożegnać!... Oszalał z tym Wojnartem... Wojnart i Wojnart!
Do djabła ich obu! Ja też mam siostrę, która chce się ze mną pożegnać.
— Tylko szkoda, że nie przyszła! Co?!
Gawar nic nie odpowiadał i cierpliwie przeciskał się dalej.
— Puśćcie, wracam na swoje miejsce!...
To skutkowało lepiej, puszczano go; ale gdy znalazł się w swoim wagonie i spróbował dostać do okna napotkał na stanowczy opór. Nikt go nie słuchał i nie zwracał uwagi na jego szarpanie. Na platformie żandarmi nie pozwalali nikomu ani zatrzymywać się, ani stamtąd wyglądać.
Przylgnął więc do muru pleców i głów, wypełniających okno, czatując na najmniejszą szpareczkę.
Na szczęście ztyłu z głębi wagonu rozległo się radosne wołanie Wujcia:
— Panowie, pozwolono śpiewać! Chór, chór!...
— Poco pozwolenie? Któż ich się pytał?
— Nie ja. Zresztą wszystko jedno z pozwoleniem czy bez pozwolenia! Chcecie, czy nie?!
— Chór, śpiewać!... — powtórzyły liczne głosy i ciżba odsunęła się od okna. Gawar skorzystał z tego niezwłocznie, wysunął głowę i rozejrzał się badawczo w obie strony. Piękna brunetka stała z bukietem na tem samem miejscu, trochę tylko dalej od żandarma, a obok niej tkwił student. Rozglądali się niespokojnie po pociągu.
Gawar dawał im znaki głową, ale długo go nie dostrzegli; wreszcie oczy chłopca spotkały się z oczami panienki, kiwnęła mu i powiedziała coś do studenta. Przesunęli się pośpiesznie poza tłumem, aby być bliżej chłopca.
— Wojnart jest tutaj, ale zajęty u oficera... nie mogłem go znaleźć! — zawołał głośno po polsku.
Wtem ztyłu za nim huknęła pieśń po rosyjsku:

Zadręczon w niewoli okrutnej,
Zmarł śmiercią świetlaną i sławną,
I w walce za prawa ludowe.
Uczciwie dał głową swą bujną!...

Jednocześnie pociąg ruszył. Panienka biegła za nim, próbowała przerwać łańcuch żołnierzy i dopaść okna, lecz odtrącano ją brutalnie. Krzyczała coś, krzyczał również i student, machając czapką, lecz Gawar nie słyszał, ogłuszony śpiewem, wołaniem tłumu i dygotem pociągu. Wyciągnął tylko chustkę i machał nią... Nie był pewny, czy go dostrzegli, gdyż setki chustek i czapek powiewało z okien. Widział jak panienka z rozmachem rzuciła na pociąg bukietem, lecz kwiaty nie doleciały, potoczyły się i wpadły pod coraz głośniej furkocące koła pociągu.
Budynek stacji oddalał się. Nagle posępny, wspaniały hymn ucichł, urwał się jak ucięty nożycami, a chwilkę potem wesoły taneczny świegot wyleciał nieoczekiwanie z okien wagonów:

Hej tam po rzeczce,
Hej tam po Kazance,

Siw-y ka-a-czo-rek płynie!
Oj luli-la, oj luli-la
Siwy ka-a-czorek płynie!

Wychylony daleko Gawar widział jak w tłumie płaczą, zakrywając twarze chusteczkami, których coraz mniej migało w powietrzu.
Musiał cofnąć głowę, gdyż chorągiewka zwrotnicy o mało nie zrzuciła mu czapki. Usiadł na ławce wzruszony i przejęty niepowodzeniem. Usłyszał, że w sąsiednim przedziale wołają:
— Wojnart, Wojnart!... Jesteś nareszcie, szukano cię tu!...
— Kto?
— Był tu taki mały Polaczek!...
— Ale „doszła“ kanalja. Do tej pory noga mnie boli, tak mię udepnął.
Gawar był tak znużony, że nie mógł się ruszyć.
— Zresztą poco?... I tak wszystko przepadło!... — rozmyślał, starając się osuszyć napływające mu do oczu łzy.
— Czy to wy, Gawar, szukaliście mię? — zabrzmiał nad nim głos łagodny.
— Tak, to ja, panie Wojnart! Była tu... siostra pana!
— Jaka siostra? — spytał zdziwiony, marszcząc się i odsuwając cokolwiek.
— Taka... brunetka, bardzo ładna... Przyniosła bukiet.
Podniósł oczy na Wojnarta i teraz dopiero spostrzegł, że ten jest jasnym blondynem.
— Brunetka?... Jak wyglądała?... Opowiedz wszystko dokładnie!... — zapytał, blednąc.
— Tak, brunetka. Miała czarne brwi, cieniuchne jak tuszem namalowane... gęste, długie rzęsy i chabrowe oczy...
— Fiołkowe... — poprawił.
— Być może. Zdaleka kolory się zmieniają... — zgodził się, mocno rumieniąc. — Jestem skautem i dobrze wszystko zwykle zauważam. Tego uczymy się umyślnie. Twarz miała owalną i bródkę z dołeczkiem. Wzrostu była tego prawie, co pan... Miała jasną bluzkę, ciemną sukienkę, a na wierzchu czarny żakiecik... Czarny kapelusik z białem skrzydełkiem.
— Czy mówiła co? — przerwał Wojnart.
Prosiła żandarma, żeby pozwolił oddać panu kwiaty... Wtedy słyszałem, jak mówiła, że jest siostrą pana... Był też student... krzyknąłem im, że pan tu jest i poszedłem szukać pana!...
— No i co?
— Nie puścili. A potem pociąg ruszył i nic nie zdążyłem im powiedzieć! Był hałas, śpiewali... Tylko panienka biegła i rzuciła bukiet, ale nie doleciał, wpadł pod koła... — skończył cicho i opuścił powieki, czując, że mu znowu nabiegają pod nie łzy.
Wojnart bezwiednie, wychylił się pośpiesznie z okna i obejrzał nazad. Uciekające budowle miasta już zasnuwały się sinawą mgłą; wpobliżu migały ugory i pustosze porosłe rzadką, zakurzoną darniną i złotemi kaczeńcami; ciągnęły nieprzerwanym prawie szlakiem ohydne parkany, żółto i zielono malowane sztachety, z poza których biła łuna rozmaitego kwiecia i kędzierzawiły się bujne wytryski zielonych drzew i krzewów. Tu i ówdzie ponad wszystkiem szkliły się szyby wyoknionych obficie will i wznosiły się dziwaczne dachy z pstremi podszyciami i węgłami, z rzeźbjonemi w kogutki i koniki pazdurami.
Wojnart cofnął się i opuścił ciężko na ławkę. Gdy Gawar spojrzał nań ukradkiem, spostrzegł, że śmiertelna bladość powleka mu śniadą twarz, a wyraziste, twardo wykrojone usta rozwarły się pod jasnemi wąsami i drżą mu powstrzymywanem drżeniem.






VII.

Zapadł zmrok, mżył deszcz i wiał zimny, porywczy wiatr, gdy pociąg zatrzymał się na wielkiej towarowej stacji. Długie szeregi wagonów, ciemnych opuszczonych, podobnych do trumien, wyczekujących swojej kolei, zaciemniały doreszty widok, zamazany mgłą szarugi i zmierzchu. Jedynie blade, migające na rozmaitych wysokościach światełka oraz głuchy monotonny gwar mówiły, że gdzieś wpobliżu jest wielkie miasto.
— Czy to Niżnij Nowogród? — spytał się nieśmiało Gawar przechodzącego pod oknem z latarnią w ręku kolejarza.
— Tak Niżnij!... — odpowiedział ten.
Jednocześnie z ciemności z pod wagonu wyłoniła się sylwetka żołnierza z karabinem na ramieniu.
— Nie rozmawiać tam!...
— Niżnij, Niżnij!... Panowie szykujcie się, zaraz idziemy! — biegło tymczasem w głębi wagonów, budząc ruch wśród drzemiących na ławkach.
— A dokąd? Do więzienia, czy wprost na barkę!?
— Zdaje się, że do więzienia... Właśnie czekamy na odpowiedź! — odpowiedział Wojnart, przechodzący w tym czasie przez wagon.
— Spakuję pana rzeczy i będę ich pilnował. Czy pan tu wróci?... — pytał Gawar.
— Bądź tak dobry. Dziękuję ci. Rozumie się, że wrócę.
— To i my się będziem pakować. Pewnie już razem będziemy się trzymać? Co? — zwrócił się do niego Wątorek.
— To się wie, że razem. Mówił ci starosta. Ile razy trza ci powtarzać — wtrącił gburowato Wickiewicz.
— A co to za barka?
— A taka:

Ej-że, bratcy, płachi diela
Nasza barka na miel sieła!

zanucił wesoło po rusku rumiany, kędzierzawy robotnik, sąsiad najbliższy Gawara.
— Ach, daj pokój, Cydzik! — Ty tak mówisz po rusku jak krowa po hiszpańsku. Oni gotowi pomyśleć, że się z nich wyśmiewasz! — wtrącił Finkelbaum.
— Niech myślą... A bo to niema z czego się śmiać? Wszystko u nich „nawyworot“, nie po ludzku. Mówią wciąż: „pożałujsta i pożałujstwa“, jak dziady, żeby ich żałować... Nigdy się tego nie nauczę!...
— Wychodzić, wychodzić!... — rozległy się wołania z zewnątrz.
Gawar nie wiedział co robić, Wojnarta wciąż nie było widać. Został więc w wagonie sam z dwoma tobołkami. Wkrótce jednak zajrzał do wagonu żołnierz i kazał mu się wynosić; daremnie chłopak przekładał, że czeka na starostę, że ten powinien przyjść zaraz.
— Co mi tam twój starosta! Powiedziano: wyłaź, więc wyłaź bez gadania!
Gawar zabrał oba węzły i ciężko obładowany wyskoczył na zimną, brudną pluchotę.
We mgle, ledwie rozświetlonej żółtawym blaskiem tu ówdzie płonących latarni, majaczył niewyraźnie tłum postaci, a porywy wiatru niosły stamtąd stłumiony brzęk łańcuchów; poszczególne postacie, obładowane workami przelatywały mimo Gawara, głośno chlupając stopami w kałużach wody. Chłopak pobiegł za niemi i znalazł się w ciżbie kryminalistów.
— Gdzie tu polityczni?...
— Nie wiemy! — odpowiadali chmurnie.
— Zdaje się, że już poszli!...
— Gdzie zaś!... Mają zostać w tutejszym „turemnym zamku“, więc ich na drugą stronę dworca przeprowadzono!...
— Nieprawda! Wszyscy idziemy zaraz nad Wołgę... Czy nie tak, panie służba? — zwrócił się oponent do wyłaniających się nagle z ciemności żołnierzy.
— Czego?... Nu, nu. Nie zatrzymuj się tam, hej!
Potrącony kolbą Gawar wmieszał się pospiesznie w ciżbę i spróbował przecisnąć naprzód; nie było to rzeczą łatwą, gdyż boki pochodu ściskał mocno łańcuch żołnierzy i aresztanci tłoczyli się jeden na drugiego jak owce.
— Znowu nie dostanę miejsca! Albo gorzej jeszcze zamkną mię na noc z kryminalistami!... niepokoił się Gawar, dźwigając z trudem swój podwójny ciężar. Wtem uszu jego dobiegły dźwięki polskiej mowy; szarpnął się w tamtą stronę i tłum cokolwiek przed nim się rozstąpił.
— Doktorze, doktorze! Czy to pan?... Ja tu jestem: Gawar! — zawołał głośno.
— To ja — Wojnart! Szukam was właśnie! Gdzieżeście się zapodzieli?
— Czekałem na pana.
— Zatrzymano mię. Obecnie nie wiem, czy uda się panu przedrzeć. Dopiero na przystani...
— Więc idziemy na przystań?
— Tak! Ma pan moje rzeczy?
— Mam!
Przekrzykiwali się w ciemnościach dość głośno, aż huknięto na nich z konwoju.
— Cicho tam!... Milczeć, polskie mordy!
Długo szli między wagonami, mimo ciemnych niskich i długich składów stacyjnych, potykając się o niezliczone żyły szyn, brodząc w kałużach wody, ślizgając się po zabłoconych deskach, wąskich chodników. Nareszcie rozdniała cokolwiek mroczna mgła, tu i tam zabłysły czerwone, zielone i niebieskie miarowo kołyszące się ogniki, a długie wężowe smugi ich odbić w dole wskazywały, że zawieszone są nisko nad jakąś wodą. Szmer fal i silniejsze podmuchy wiatru potwierdziły bliskość wielkiej rzeki. Pochód zatrzymał się przed szerokiemi, opuszczającemi się zlekka ku dołowi „schodniami“, słabo oświetlonemi naftową latarnią, uczepioną pod daszkiem drewnianej przystani.
Tu stali jakiś czas i Gawarowi udało się przecisnąć do rodaków. Poczciwy Wątorek odebrał od niego część rzeczy. Wojnarta znowu nie było, poszedł na barkę obejrzeć pomieszczeń nie i omówić z nowym oficerem konwoju szczegóły dalszej podróży.
Pozwolono im nareszcie wejść na kołyszącą się przystań, gdzie tarcicowe boki i dach chroniły ich cokolwiek od deszczu i wiatru, a stamtąd niedługo potem przeszli przez szeroko otwarty bok drucianej klatki na pokład barki. Posuwając się wolniuśko, krok za krokiem za innymi Gawar rychło znalazł się na brzegu czworokątnej czeluści słabo oświetlonej od wnętrza, w której głębi jak w katakumbach nikła zstępująca po schodach ławica bladych twarzy, szarych czapek, białych worków, ciemnych karków. Gdy stanął, idąc za innymi, na dnie dostrzegł przed sobą wielką, niską kajutę z obszernemi podwójnemi pryczami pośrodku jak w zwykłych więziennych kamerach. Na pryczach już roiło się mrowie ludzkie, a Cydzik z Wątorkiem wołali na nich zdala:
— Chodźcie tu, a prędzej!... My tutaj zajęliśmy dla wszystkich miejsca, bo tam przy drzwiach to wieje, będzie przeciąg!
— Tu więc będzie polska kolonja!
Położywszy w głowach węzełki i rozesławszy swój i Wojnarta płaszcze na znak objęcia miejsca w posiadanie, Gawar rozejrzał się ciekawie po kołyszącej się ledwie dostrzegalnym ruchem kajucie.
Miała niski, cokolwiek wygięty strop i wygięte ściany, wsparte potężnemi żelaznemi żebrami. Wszystko, nie wyłączając prycz, pomalowane było na obrzydliwy piernikowy kolor. Po obu bokach szereg małych okrągłych jak żabie oczy okien niemile połyskiwał w skąpem świetle dwóch naftowych lamp, wiszących w przeciwnych końcach sali.
— Jakże ciemno! — utyskiwały głosy.
— A jeść czy dadzą, co? Przecież cały dzień nic ciepłego nie mieliśmy w ustach!...
— Gdzie starosta?...
— Rozmawia z władzami!...
— Dopiero rozmawiał... Tak późno!... Nic z tego nie będzie!...
— Jest! Już idzie!
— Wojnart!... Starosto!...
— Władysławie Kazimierowiczu, zlituj się, umieramy z głodu!
— Cóż ja zrobię! Prosiłem, żeby mię z kucharzami puszczono przodem. Nie zgodzili się. Taki nieużyty, nieprzyjemny ten nasz oficer.
— To nas nic a nic nie obchodzi! Jesteś przez nas na to wybrany, żeby łagodzić serca kamienne i zamieniać je w chleb i wino... żartował Wujcio.
— W pszenne bułki!... — rzucił ktoś ze śmiechem.
— Bez żartów. Czyż dziś nic nie dostaniemy?
— Owszem, dostaniecie herbaty z mlekiem i... pszennych bułek po sztuce na duszę.
— Doprawdy!... Cudotwórco!...
— To nie ja, to piekarz z naprzeciwka! Już zamówiłem sto bułek. Co do mleka — było gorzej, ale jeden z piekarczyków zobowiązał się sprowadzić mleczarza. Obiecałem mu suty napiwek. Skoczył jak strzała. Źle tylko, że będziecie musieli pić je na surowo, gdyż kotły, jak było do przewidzenia, znalazłem zanieczyszczone, zanimby je wymyto, zanimby rozpalono pod niemi ogień, zeszłoby do północy. Już wybaczcie, że odłożyłem wszystko do jutra — jutro będzie wszystko lepiej. A teraz idę do miasta zrobić zakupy na drogę. Co kto potrzebuje osobiście, proszę prędko spisać na kartce, dodać imię i nazwisko oraz ilość dołączonych pieniędzy... Gawar, miły przyjacielu, odbierzesz kartki i pieniądze, przyniesiesz mi na pokład. Muszę wpaść jeszcze do niewiast i zapytać, czego im trzeba oraz pogadać z podoficerem, który ma mi towarzyszyć do miasta. Spróbuję namówić go, żeby mi dał do pomocy którego z was. Kto więc w takim razie zgodziłby się pójść ze mną do miasta?
— Ja! ja!... Weźcie mnie!... Mnie!... — ozwały się liczne głosy.
— Myślę, że najlepiej, gdyby poszedł Dobronrawow. Jest synem popa, a ci lubią jeść tłusto i dużo. Zna się na wikcie na pewno i będzie umiał wybrać. I o napojach też myślę, że nie zapomni, bo przecież...

Nic bez picia, nic bez picia!
Picie jest radością życia!...

dowodził Wujcio.
— Doskonale! Dawać Dobronrawowa!... Niech wędruje duchowieństwo!
— A więc idziemy, Akakij Agapiejew! — wołał Wojnart, drapiąc się na schody.
— A gdzie są niewiasty?... Jak stukać do nich?! — krzyczeli za nim.
— W górze, w górze, nad wami!
— A co za niewiasty? Nazwisk nie pamiętacie?
— Jest Karolina, Marusia, jest Landowskaja Jula, Roza Isakowna, Rubinsztajn, Sara Bergson. Więcej nie pamiętam. Jutro dostarczę spis nazwisk. Dziś nie mam czasu... Sami zresztą napiszcie do nich kartkę z zapytaniem i poślijcie przez żołnierza. Zaniesie chętnie za papierosa.
— A kiedy ruszamy?
— Jutro rano.
Znikł wreszcie na szczycie schodów.
W sali zaszumiały głosy.
— Wygląda na to, że wcale nam tu źle nie będzie!...
— Ba!... Niema porównania z pociągiem... Na barce inna muzyka!
— A długo podróż potrwa?
— Wołgą i Kamą do Permu. Jak dobrze pójdzie, będą mgły lub wiatry przeciwne, to i tydzień upłynie!...
— Ja bo tam wcale do mojej katorgi się nie śpieszę.
— To się rozumie. Zato ja — administracyjny — jak najprędzejbym chciał z więzienia wyskoczyć i drapnąć...
— Jeszcze zdążysz. Za nami, skoro się raz brama zawrze: „lasciate ogni speranza“.
— To też ja nic nie mówię.
— Hej, kto tam odbiera kartki?
— Funt cukru i trzy cytryny.
— Ćwierć funta sera!
— Tysiąc papierosów...
— Kiełbasy trzy funty!
— Całą szynkę...
— Co tak dużo?...
— To dla całego towarzystwa...
— Kupujcie, kupujcie, każdy co innego, będziemy prowadzić handel zamienny!
— Poco zamienny! Finkelbaum założy sklepik.
— Ja?... Dlaczego ja?... Ja mogę sklepik zabrać, poco mam zakładać?!
— Ach ty niepoprawny anarchu!... U swoich zabierać?... Tego nawet wilki nie robią...
— To wilki, a my jesteśmy ludzie!
— Człowiek istnieje w społeczeństwie, a wy odrzucacie społeczeństwo!... Samotny człowiek jest tylko rozumnem zwierzęciem.
— Jeżeli ma być społeczeństwo takie, jakie jest, to, to lepiej, żeby go nie było!
Gawar obchodził salę z wielką powagą i odbierał kartki.
— Pan nie napisał na kartce, ile pan daje pieniędzy. Niech pan doda, inaczej trudno się będzie wyrachować!
— Racja. Gotowe. Trzy ruble... oto są!
W miarę jak więźniowie rozgrzewali się i osuszali, budził się humor, sypały żarty, rozlegał śmiech.

Bez kobiet, bez kobiet
To ciało jest bez duszy
Roślinność podczas suszy...

śpiewał ktoś sztucznie piskliwym głosem, a ktoś drugi przydzwaniał mu kajdanami.
„Księgojady“ czyli „żuki książkowe“ — tak nazywano miłośników czytania — już wyciągnęli się na pryczach i zapaliwszy u wezgłowi ogarki świec, wodzili oczami po umiłowanych białych kartach. W zacisznym najdalszym od drzwi kącie administracyjny Leskow tulił i okrywał swoim płaszczem chorego Dżumbadze, którego długie wychudłe jak piszczele nogi obciążone łańcuchami, nie mieściły się w żaden sposób pod krótkiemi połami własnego płaszcza.
— A ty jakże bez płaszcza?... Zmarzniesz w nocy? — pytał Gruzin, ciężko dysząc i zwracając na przyjaciela płonące jak pochodnie oczy.
— Już ja sobie dam radę, nie troszcz się!... Tylko sam się nie przeziąb!
Chory głucho zakaszlał i opuścił pokornie swą trupią głowę na parciany worek.
Barka chwilami kołysała się i leciuchno skrzypiała. Fala, nazewnątrz biła w jej wypukłe boki i białe piany łypały za szkłami okrągłych okien jak białka gniewnych oczu.






VIII.

Gawar miewał na nowem miejscu lekki sen.
To też zbudził się odrazu, skoro tylko poruszył się jego sąsiad z prawej strony.
— Co się stało? To pan, panie Wojnart?
— Nic, nic! Śpij chłopcze! Jeszcze wcześnie!
— A pan?
— Ja co innego: muszę obudzić dyżurnych kucharzy, przyjąć od piekarzy chleb i wydać śniadanie!
— Pójdę z panem. Deszcz zdaje się ustał, może będzie ładnie!
Obaj spojrzeli na rzędy brudnych luminatorów, przez które skąpo sączyła się różowa poświata poranku.
— Owszem, chodź! Tylko śpiesz się, bo nie mam czasu! — odpowiedział półgłosem Wojnart, podtrzymując ostrożnie kajdany, by nie brzękły przy schodzeniu z pryczy.
Gawar szybko się ubrał, poczem wziął mydło, ręcznik i udał się do umywalni, która była pod schodami. Wojnarta już tam nie zastał; nie znalazł go również na pokładzie, na który wyszedł niezwłocznie po skończeniu swej niezmiernie prostej toalety.
Pokryty dachem środek statku, był zamknięty z boków mocną drucianą siatką; takąż siatką był przedzielony wzdłuż na dwie części. Głuche, drewniane przepierzenie odcinało część przednią barki, gdzie mieścili się aresztanci kryminalni od tylnej przeznaczonej dla politycznych. Wyjścia były zaryglowane z zewnątrz. Barka stała tuż u przystani, przymocowana doń grubemi cumami. Nic z tamtej strony nie było widać prócz niezmiennie brudnego, wydeptanego pokładu przystani, dwóch szerokich, szczeblastych schodnie łączących ją z bulwarem oraz zaśmieconego i porosłego zielskiem stoku wybrzeża.
Zwrócił się Gawar ku drugiej stronie i oparłszy ręce oraz czoło na siatce drucianej, patrzał przez podwójną jej mgłę na szerokie lustro zlewu Wołgi z Oką, szybko błękitniejące w porannym blasku. Ciemne dżdżyste chmury jeszcze kłębiły się na widnokręgu, gdzie mglił się płaski brzeg, ale środek nieba był już czysty i białe płynące po nim obłoczki nasiąkały zwolna perłowym połyskiem i ciepłem wschodzącego w pogodzie słońca. Za chwilkę a oślepiająca powódź złota załuszczyła się na drobnych falach cichnącej po wczorajszym wietrze rzeki. Szare kresy dalekich przylądków zapłonęły fioletem zarośli, szmaragdami łąk oraz żółtością płaszczystych mielizn.
Gawar nie widział jeszcze nigdy w życiu takiego obszaru wody, takich cudnie niknących w dali brzegów. Stał zapatrzony, kontent, że go nikt nie niepokoi, że jest nareszcie choć przez chwilkę sam, gdy wtem niskie drzwi górnej kajuty, wychodzące na bliższy wody przedział klatki drucianej, otwarły się i, chyląc cokolwiek wysoką postać, wyszła stamtąd młoda kobieta. Spostrzegłszy Gawara zawahała się, poczem naciągnęła na głowę wiszący na ramionach ciemny szal i odszedłszy w sam koniec przedziału przywarła do zewnętrznej siatki całą postacią z widocznym zamiarem odetchnięcia świeżem powietrzem. Stała tak, że Gawar mógł widzieć jedynie jej wysmukłą figurę, obleczoną w twarde składki szarego aresztanckiego płaszcza, pukiel ciemno-blonid włosów, wysuwających się nieostrożnie z pod szala oraz piękną, podłużną rękę opartą na siatce drucianej. Ale przez krótkie mgnienie oka, kiedy wychodziła za drzwi, chłopak zdążył zauważyć, że miała ściągłą bladą twarz o drobnych, regularnych rysach, małe blade, boleśnie zamknięte usta i niezmiernie smutne spojrzenie wielkich ciemnych oczu.
Poczuł, że zainteresowanie z jakiem dotychczas śledził za przeobrażeniami pięknego krajobrazu w promieniach wzbijającego się słońca, nagle osłabło. Patrzał wprawdzie dalej na budzący się na rzece ruch, na przepływające mimo barki i łodzie żaglowe, na białe parowce, lecące z jękiem syren ku połyskującym skrętom rzeki, na długie sznury „burłaków“, wlokących holownikiem przeciwnego brzegu, ciężkie galary, lecz czujniej pilnował, czy nie zwróci się przypadkiem ku niemu blada twarz i czy źrenice jego nie spotkają się znowu z tym wzrokiem powłóczystym, urokliwym, pełnym jakby niemego dla wszystkich wyrzutu?
— Ach, to wy aż tutaj schowaliście się, towarzyszu? A gdzie Wojnart?... Widziałem, żeście razem wyszli. Nie wiecie, kiedy dostaniemy śniadanie? — zagadał nagle, stając kolo niego Wątorek.
— Nie wiem. Pewnie niedługo!... — odpowiedział niechętnie.
— Acha! To przed nami ma być babski przedział? Zupełnie oddzielony? Zawracanie głowy, wiem, że będą z nami... Też kurnik!... Widziałeś, Wojtek? Popłyniemy jak gęsi w kojcu!... — zwrócił się do podchodzącego Wickiewicza.
— A to kto? — spytał ten, kiwając głową w stronę nieznajomej.
Na schodach prowadzących z kajuty dały się słyszeć ciężkie i liczne stąpania. Kobieta poprawiła szal na głowie i spokojnie odeszła ku drzwiom, przez które wyszła, nie oglądając się na nikogo. Gawar poczuł głęboką niechęć do przybyłych.
— Nie wiecie kto to?
— Nie wiem.
— Pocoście tu od świtu słońca wystawali? Nie mogliście się choć tego dowiedzieć? Trzeba się było jej spytać!
— Co mi z tego?
— Poczekajcie, zaraz przyjdą inne, to się dowiemy...
— Skądże wiesz, że przyjdą?
— Przyjdą, zobaczysz. One tam, my tu. Jak w dawnych klasztorach. Za kratami. Hu, — ha! Oremus! „Barbara Ubryk“!...
Coraz to więcej więźniów wyrajało się na pokład. Gwar zmieszanych głosów, brzęk kadan, szczękanie blaszanych kubków wciąż rosły.
— Śniadanie, kiedyż dadzą śniadanie?!
— Gdzie starosta?...
— Co on z nami robi?... W taką pogodę trzymać ludzi naczczo! Toć to można dostać dziury w brzuchu!
— A co mówiłem wam: będzie ładnie!... Ocho, Wołga-kochanka, nie zdradzi!...
— Co za szczęście, że popłyniemy statkiem a nie powiozą nas obrzydliwym pociągiem...
— Ale pociągiem bylibyśmy o całe dwa miesiące wcześniej na miejscu.
— Więc, co?
— Jakto co? Stamtąd zaraz nura!...
— Ta podróż barką, to dla nas osiedleńców przedłużenie więzienia...
— Ach, znowu!... Sprzeciwieństwo interesów, już i tu gotowiście wprowadzić „antynomje klasowe“!
— Bo istotnie są wszędzie...
— Wstydźcie się!...
— Czego się mamy wstydzić!? Możemy poniechać naszych grupowych, klasowych interesów, ale dlaczego nie mamy o nich wiedzieć i rozumieć ich?
— No tak, sprzeczajcie się o wartość skorupy z wyjedzonego jajka!...
— Tu chodzi o prawdę objektywną... Zdawanie sobie sprawę z warunków objektywnych każdego zjawiska...
— Dość, dość!... Uciszcie się!
— Dajcie choć tu spokój absolutowi i innym wysokim materjom. Co za nuda!
— Oto idą kobiety!... Dzień dobry paniom! — zawołał Wujcio, zbliżając się do poprzecznej siatki i uchylając elegancko czapki.
Z małych drzwiczek górnej kajuty wysypał się rój zsyłanych kobiet. Większość ubrana była w szare aresztanckie spódnice, ale bluzki miały własne, przeważnie jasne, kolorowe. Zroś biło się zaraz weselej. Z obu stron siatki utworzył się zbity tłum. Zamieniano zapytania, szukano starych przyjaciół, zawierano znajomości. Słowa, spojrzenia, uśmiechy młode, wesołe, niekiedy zalotne...
Mężczyźni wstrząsali drutami, wołając:
— Co za idjotyzm?... Czy całą drogę będą nas tak dzielić zimne i niezłomne przegrody?!
— Trzeba robić starania.
— Poco starania: złamać i koniec!
— Nie pytacie nas, panowie, czy aby my się zgadzamy na takie rozwiązanie trudności? — rzuciła filuternie drobna, śniada jak cyganka brunetka.
— Skądże tak nagle, wzięła się u ciebie, „Marusiu“, miłość i szacunek do... kojca!?... — roześmiała się stojąca obok niej ruda, piegowata, ale bardzo okazała dziewczyna.
— Zaraz szacunek?... Dlaczego szacunek!... — oburzyła się Marusia.
— Śniadanie, śniadanie! Dają śniadanie! — rozległy się głosy i cały tłum, skupiony przed siatką, zawrócił się, odpłynął i zakotłował dookoła aresztantów, niosących kotły z wodą gorącą i mlekiem.
— Oto jest istota mężczyzny. Materjalizm!... — zauważył z galanterją Wujcio, wskazując na pustki przed siatką.
— My również idziemy zaraz na śniadanie, nie zostaniemy dłużne! — odrzekła wesoło Marusia. Chodź Juljo! — zwróciła się do rudej towarzyszki.
Znikły we drzwiach kajuty. A fala mężczyzn już wracała na dawne miejsce z kubkami gorącej herbaty oraz krajankami chleba w ręku i nie zastawszy kobiet, wyrażała głośny z tego powodu żal.
Polacy zajęli kupką miejsce w kąciku przy przepierzeniu, dzielącem połowę polityczną od kryminalnej. Słyszeli, że po tamtej stronie przegrody też wrzały głosy i brzęczały łańcuchy.
— Cóż, znalazłeś swoją? — spytał Wątorek Gawara, kiwając głową w stronę opustoszałego żeńskiego przedziału.
— Jaką moją? — odparł ten, rumieniąc się mocno.
— No tę ranną, z którą tutaj zastaliśmy cię samego?!
— Nic, nie rozumiem!... mruczał chłopak, oblewając się wprost purpurą.
— Nie masz się czego wstydzić: była ładna, doprawdy ładna! Widziałem!...
— Dajcie mu spokój, on sam jeszcze jak dziewucha!
— Nie było jej!... — wtrącił posępnie i krótko Wickiewicz.
— Ładna, ale ja wolę rudą! Swarna dziopa! Jest co w rękę wziąć. Niech będzie moja. Wolę ją! — postanowił Wątorek.
— Gadanie!... Ma ona pewnie lepszych niż ty!... — mruknął Wickiewicz.
— Co to lepszych? Ten lepszy kto umie zdobyć! Dlaczego inteligent ma być lepszy? — wmieszał się Finkelbaum.
— A o czem tybyś z nią gadał, Finkelbaum? — spytał szyderczo Cydzik.
— O czembym gadał? Cobym miał gadać?! Jabym tak zrobił, żeby ona ze mną gadała! a nie ja z nią... Taka ona jak wszystkie inne...
Gawarowi nieprzyjemne były te rozmowy i przesunął się trochę w głąb do Potockiego i doktora Frączaka, którzy rozmawiali z Wujciem.
— Wie pan co, — mówił ten — że jabym nawet nie nastawał bardzo na usunięcie tej zapory!... Zaczęłyby się zaraz flirty, kochania, narzeczeństwa, a zatem kłótnie i intrygi... O, ja znam naszych!... A tak, wszystko to będzie nosiło o wiele romantyczniejszy, poetyczniejszy charakter!
— Będzie kwitła literatura piękna, przeważnie epistolarna, a wspólnym śpiewom chóralnym siatka wcale nie przeszkadza! Nieprawda, panie starosto? — rzekł niespodzianie po polsku do zbliżającego się ku nim Wojnarta.
— To pan mówi po polsku? — spytał żywo Frączak.
— Bardzo mało, nic prawie!... Służyłem na Podolu w cukrowni z Polakami! Zacni koledzy, tylko piją kiepsko.
— O co chodzi? — spytał Wojnart.
— O to, żeby nie usuwać siatki!
— Może i racja! — odrzekł ten po chwili namysłu. — Zobaczymy co powie większość!...
— Większość zawsze powie, żeby usunąć, ale to skomplikuje mocno wiele rzeczy... Zobaczy pan...
— Słuchaj, Gawar, chciałeś mi pomagać, a podziałeś się gdzieś, że nie mogłem się ciebie dowołać!
— Nie znalazłem pana na pokładzie!...
— Trzeba było zastukać w furtkę, zapowiedziałem warcie, żeby cię puściła. A teraz czy mógłbyś przepisać rachunek?
— Owszem.
— Więc chodź do kuchni, bo ja tam muszę przyjąć zakupione wczoraj kartofle i warzywa.
— A co będzie na obiad? — spytał Wujcio.
— Będzie barszcz zabielany z kartoflami!
— No, a... tego?
Złożył dłoń w kształcie kubka i przechylił od ust.
Wojnart potrząsł przecząco głową.
— Ani kieliszeczka nawet? Na cześć odjazdu z ojczyzny! Co?!
— Nie, nie mogę! Uzyskałem rozmaite ulgi przy zakupach produktów. Pozwolono nam przebywać cały dzień na pokładzie, czego zabrania regulamin, zgodzono się na uproszczenie przesyłania korespondencji i pieniędzy. Zezwolono na palenie tytoniu w kajucie. Muszę przestrzegać tem bardziej innych zakazów...
Wujcio skrzywił usta.
— Niktby nie wiedział.
Wojnart roześmiał się:
— Złudzenie. Wszyscyby natychmiast wiedzieli. Nie, nie mogę!
Zabrał z sobą Gawara i odszedł do kuchni okrętowej, mieszczącej się w przedniej części pomostowej kajuty.






IX.

Biały, długi, lśniący szkłami niezliczonych okien parowiec lekko sunął środkiem rzeki, ciągnąc za sobą ciemną, pękatą barkę więzienną.
Dzień był słoneczny, prawie upalny, łagodzony świeżym powiewem, lecącym od srebrzystych obszarów wód, od zielonych brzegów, obmytych wczorajszym deszczem.
Pasażerowie pierwszej i drugiej klasy, panie w jasnych sukniach, panowie w słomkowych kapeluszach albo w miękkich czapkach podróżnych, w letnich kostjumach spacerowali po wślednim pokładzie nad rudlem, przyglądając się ruchowi krążących wokoło statków lub pięknym widokom, otwierającym się na zakrętach rzeki.
Stale oczy wszystkich z wyrazem zaciekawienia i odrazy zatrzymywały się na brzydkim kadłubie wleczonej na długiej linie barki.
— O wiele prędzejbyśmy posuwali się naprzód, gdyby nie to! — rzekł kupiec w długiej czamarze do towarzysza w żółtym „czesunczowem“ ubraniu.
— O tak! — odpowiedział ten. — Z wodą to nic, ale da się czuć mocno na Kamie, kiedy popłyniemy pod wodę. Szczególniej, nie daj Boże, przy przeciwnym wietrze. Spóźnimy się co najmniej o dzień, albo i dwa...
— Nie poszczęściło się! Nie wiem, doprawdy, czy nie lepiej było zaczekać na następny parowiec.
— Ale gdzie zaś. Wprost do Permu rzadko chodzą parowce. W Kazaniu znowu przesiadać się, znowu szukać i czekać. Nigdy niewiadomo z temi statkami, kiedy przyjdą... Jest niby rozkład jazdy, ale tylko w przybliżeniu... Wodni ludzie tacy. Morze im po kolana!... Na wszystko patrzą zgóry... A tak, bądź co bądź, płyniemy, posuwamy się naprzód, ku celowi... I źle nam się nie dzieje: pogoda ładna, bufet dobrze zaopatrzony, na obiad obiecują zupę ze sterletów...
— To prawda. W dodatku niewiadomo, czy i następny statek nie zostałby opatrzony w taką barkę... Dużo ich teraz wywożą...
— Tak, rozmnożyła się zbrodnia na świecie. Rząd wiele ma teraz z tem trosk i kłopotu!
— I wydatków. A wszystko z lenistwa, z odrazy do pracy, z chciwości na cudzą własność!... W miastach mrowi się od bezrobotnych... Dziennie mu rubla za mało, woli cudze w mgnieniu oka ukraść!
— Socjaliści też ku temu prowadzą!... Jakie to mowy w Dumie Państwowej głoszą... Czytał pan?..
— Czytałem.
Machnął ręką.
— Chodźmy lepiej do bufetu!
Już zawrócili ku wiodącym na dolny pokład schodkom, gdy nagle nad szemrzącą wstęgą rzeki rozbrzmiała cudna pieśń, rozbita umiejętnie na głosy męskie i żeńskie, zlewające się w potężny muzykalny splot:

O nie odchodź, nie odchodź, cudowna!
Pozwól przyjrzeć się sobie dowoli...
Wołga prądy ma często burzliwe,
Pod Samarą hulają zbójnicy,
A w Samarze są piękne dziewczęta...

Kupcy wrócili i oparłszy się łokciami o burtę, pochyliwszy naprzód głowy, słuchali z przymkniętemi oczyma. Wkrótce przyłączyli się do nich wszyscy obecni na pokładzie, a i dużo innych podążyło z rozmaitych kątów.
— Śpiewają, śpiewają!...
— Znakomicie! Cudnie!
— Na pewno polityczni!... Nikt inny!...
— Na pewno... Ślicznie śpiewają...
— Teraz zmiana, słuchajcie!...

Zadręczony w niewoli okrutnej,
Ty spocząłeś śmiercią chwalebną,
W walce mężnej za sprawę ludową
Dałeś głowę swą bujną, ofiarną...
Aby wróg się nad tobą nie znęcał
Kiedyś konał, stanęliśmy wkoło.
I to myśmy rękami własnemi
Zamknęli ci oczy orlęce...

Umierając, Tyś wiedział, kochany,
Że niedługo z tych naszych popiołów
Narodzi się mściciel surowy
I będzie on od nas silniejszy...

— Chodźmy do bufetu!... Słuchając tych pieśni ani się spostrzeżesz, jak znajdziesz się sam na tej tam barce!... — zauważył kupiec w czesunczowem ubraniu.
— Bo i pewnie! Mogą taką zaśpiewać, że za samo słuchanie a nawet obecność już grozi odpowiedzialność!...
— Wiadomo — carobójcy — co ich to kosztuje!
— Psst!... Tutaj też jeden taki jest; jedzie w drugiej klasie z żandarmami... Idą, widzisz ich!...
Kiwnął głową w głąb statku, skąd wolno szedł ku nim, opierając się na ręku młodej jeszcze kobiety, wspaniały, siwowłosy starzec, semickiego typu; o pół kroku za nim kroczył żandarmski podoficer w niebieskim mundurze. Gdy stanęli przy burcie, wszystkich spojrzenia ciekawie skierowały się ku nim. Ale nie zatrzymywały się długo, płoszone podejrzliwym wzrokiem żandarma.

A caryciu — w patyłyciu
A carewu doczku
W samu hołowoczku...

leciało tymczasem z barki w tanecznem tempie. Publiczność rozpraszała się zwolna, rozmieszczała opodal na fotelach i ławkach, nie przestając słuchać, lecz widocznie uciekając od niemiłego sąsiedztwa i unikając zbyt pilnej obserwacji „fiołka“. Przy burcie niedaleko strzeżonej pary została jedynie młoda panienka w ciemnym żakieciku, w czarnym kapelusiku z białym skrzydełkiem oraz jakiś jegomość nieokreślonego wieku w kratkowanem ubraniu tabaczkowego koloru...
— Że też im pozwalają takie rzeczy śpiewać?... — zwrócił się jegomość do panienki.
Ta nie odpowiedziała, zdawała się nie słyszeć pytania, utkwiła wielkie fiołkowe oczy w barkę i chłonęła z niesłychanem napięciem każdy płynący stamtąd dźwięk:

Na siewiere dikom
Stait adinoko
Sasna...
I śniegom sypuczym
Kak rizoj adieta
Ana...
I wieter kaczajct...

Znowu po krótkiej przerwie płynęła nad wodami melodja rozdzierającej tęsknoty, głusząc monotonny łoskot kół parostatku.
Dokoła szemrała rzeka, łuszcząc się tysiącem modrych fal, każda z drżącem, złotem okiem pośrodku. Falisty brzeg miejscami wspinał się wysoko stromemi urwiskami szaremi lub brunatnemi, oplątanemi na zrębach wieńcami pnączy dzikiego chmielu, jeżyny i głogu, uwieńczonych na szczytach kędzierzawemi gajami lub szczeciną ciemnych borów. Miejscami brzeg opadał na poziom szafiru wody i wrzynał się weń żółtemi ostrzami piaszczystych ławic. Ówdzie uchodził w obłoczną dal przestworami ukwieconych łąk, nad których falującemi trawami unosiły się roje gędźbiących ptaków.
Tu i tam bielały na wysokościach miasteczka, szarzały wioski a ponad niemi wznosiły się ku grzędom puszystych chmur baniaste kopuły cerkwi, złote, niebieskie, zielone...
Stada gołębi polatywały nad sadybami ludzkiemi, migocąc w słońcu białem podszyciem skrzydeł; różańce dzikich kaczek w milczącem skupieniu przeciągały od czasu do czasu z brzegu na brzeg, szukając żerowisk; ostrolote jaskółki przejmującym świegotem kreśliły w powietrzu liczne łuki i koła, jak rzucone z procy czarne kamyki; czajki, kwiląc żałośnie, wiły się nisko nad jasną wodą, po której płynęły gęsto płowe tratwy z budami flisaków i dymkami ich ognisk na końcach, ciemne, głęboko ponurzone galary, pstre łodzie, przebierające wiosłami niby żuki wodne nogami lub sunące cicho jak łabędzie żaglowce z wzdętemi płótniskami; wreszcie przelatały, burzące wodę i ryczące przeraźliwie, białe parowce...
Szły wolno podbrzeżami, holowane pod wodę barki. Gromady „burłaków“ to w szarych łachmanach, to w koszulach niebieskich jak farbka lub czerwonych jak krew, kroczyły miarowo, wprzężone w cienkie zwisające z masztów linki i coraz pohukiwały sobie w głos, jękliwie, smętnie dla utrzymania jedności ruchów...






X.

Słońce zachodziło wielkie i czerwone za daleki brzeg rzeczny. Lustro wody połyskiwało miedzią, purpurą, gorzały wysokie w niebie obłoki.
Wilgotny chłód spędził gorzej odzianych więźniów z pokładu do kajuty. W szarym zmroku leżeli na pryczach i cicho rozmawiali. Pod oknem szewc Gorainow przykucnął, pochylony nad kopytem i nabijając w podeszwy gwoździe, pouczał siedzącego obok młodego wygnańca.
— Głową pracują!... Słyszeliśmy to... Każdy powiedzieć tak może, a gdzie dowód?... Ja robię buty, piekarz piecze chleb, krawiec szyje ubranie, a gdzież jest to, co oni robią głową. Książki piszą, hę?... Zabawka!... Niech je sobie w wolnych godzinach piszą. Ale przedtem niech posiedzi taki pan jak ja, z krzyżem zgiętym w pałąk godzin dziesięć, niech postuka młotkiem... Kto ich żywi, kto ich odziewa? Kto ich pielęgnuje i bawi!?... My, proletarjat!... Wyzyskiwacze oni!... Bo co my mamy, lud pracujący, z ich książek i gazet?... Czy to biedny człowiek, umierający z głodu ma czas na czytanie? Kłamstwo i oszustwo!... Cała inteligencja nie dla ludzi pracuje, a dla wyzyskiwaczy. A jakie ceny biorą? Dzień cały charować muszę, żeby rubla zarobić, a taki gryzipiórek w godzinę nasmaruje artykuł i dwadzieścia pięć rubli pewniutkie — mniej nie weźmie!... Czy to słuszne?... Że on więcej umie niż ja historjów i mitologijów, to co!?... Zato on butów szyć nie umie... Nie my od nich, ale oni od nas biorą, burżuje, pijawki!... Albo tu, co się dzieje: oni kiełbasy, bułki pszenne, czekolady, a my co?... Każdy z nich ma pieniądze, każdemu posyłają, ale robotnikowi, co najwięcej ucierpiał, nic... nikt.
— Pomoc więzienna posyła przecież wszystkim... Czerwony Krzyż rewolucyjny... — wtrącił nieśmiało słuchacz.
— Pomoc więzienna?... Czerwony Krzyż rewolucyjny!... A no, słyszałem... A czy wiadomo komu, ile oni pieniędzy zbierają?... Toć to z całej Rosji płyną ofiary, miljony, a gdzie one są!... Kto ich widział?!
— To prawda, ja sam wiem, że dużo dają, wszyscy dają! — potwierdzał cicho Finkelbaum, przysiadając się do rozmawiających.
— Nie gadajcie głupstw!... Komitety działają pod surową kontrolą partyjną... — ozwał się z pryczy głęboki głos basowy.
— Owa!... Wielka mi kontrola: kruk krukowi oka nie wykole, inteligent inteligenta nie wyda!... Tak, tak, panie Kotow. Pan jest es-er, to pan myśli, że na panu świat się kończy! Hę! Ale nie wszystkie partje mają w tym waszym Czerwonym Krzyżu swoich przedstawicieli... Prawdziwa partja rewolucyjna i ludowa ich nie ma! Nie chce się ona mieszać do tej sprawy i pokrywać swoją czystą sławą całej tej chytrej mechaniki...
— My anarchiści, naprzykład... — wstawił Finkelbaum.
— Wy anarchiści nie bierzecie udziału w zbieraniu pieniędzy, korzystacie jednak z ofiar, o ile wiem...
— To nie są ofiary! To się nam należy; wszystko jest własnością ludu pracującego!... Tak!... Może pan zaprzeczy? Co!?
— A co? Nie mówiłem?... Macie! Takie żniwo daje posiew nieopatrznych idei!... — powiedział głośno Somow.
— Co pan uważa za nieopatrzną ideę? — spytał Awdiejenko, podnosząc się z pryczy i zwracając do sąsiada.
— Uważam, że są idee może i słuszne, ale zbyt zawiłe, aby mogły być zrozumiane przez umysły proste.
— Acha, może mi pan w takim razie przedewszystkiem określi, co to są umysły proste, a jakie pan uważa za krzywe...
— Owszem, umysły proste są to umysły niewykształcone, niekulturalne...
Wszczął się spór o znaczeniu wykształcenia, o ideach świadomych i podświadomych, poczem przeniósł się na określenie, co to jest wogóle wiedza.
— Nie kłóćcie się, nie kłóćcie się!... Czyż nie wszystko jedno — godził przeciwników, ciężko dysząc Dżumbadze. Przecież wszyscy chcemy jednego, pragniemy powszechnego szczęścia, powszechnego nauczania, powszechnego zdrowia, równości i sprawiedliwości... Żeby człowiek dla człowieka był bratem. Czy nie tak?... Wobec tego, co znaczą te różnice?... Przypuśćmy, że ty Kotow, masz rację a Lwów się myli!... Więc co, więc zaraz chcesz go na karę śmierci skazać!...
— Uspukój się Dżumbo, kochany, uspokój! Będziemy żyć do samej śmierci!... A ty zaraz kaszleć zaczniesz po tej przemowie!...
— Tak, tak! Nie gadaj za dużo!... Nie męcz się! — nastawał Leskow.
— Zaraz posłuchajcie!... Tylko wam powiem... — bronił się chory, lecz kaszel gwałtowny istotnie rychło przerwał mu mowę.
Polacy robotnicy, którzy słabo władali rosyjskim językiem, leżąc razem gwarzyli między sobą:
— Wspaniała rzeka ta Wołga. Jak morze, miejscami brzegów nie widać!... — dowodził Cydzik.
— Ech, co mi tam! Ja tam wolę mieć ziemię pod nosem... Nie jestem kaczka!... — żartował Wątorek.
— Albo pieśni złe mają, co?...
— Najładniejsze jednak ukraińskie?... — zauważył Gawar.
— Co?!... Wy nie rozumiecie po rusińsku, dlatego pewnie tak mówicie, ale ja pracowałem w Sanoku i po rusińsku umiem... To powiadam wam, że te psiekrwie rusiny takie piosenki o nas śpiewają, że dawno już mam ochotę któremu z nich dać w mordę... — wmieszał się gorąco rumiany, pucołowaty robotnik Barański.
— Gadanie, nic takiego nie słyszałem! Wam en-zet-erom, to się wciąż zdaje, że tylko wszyscy czyhają na polską krzywdę!... Nawet kiedy „Hryciu, Hryciu do tilat“ śpiewają, to myślicie, że to do nas piją! — odcinał się Cydzik.
— A wy socjały, to wszystko przełkniecie od obcych, tylko od swoich nic! — napadał Barański.
— Nie kłóćcie się chłopcy!... Wstyd!... Słuchają nas wokoło ciekawscy!... O co chodzi? — uspokajał ich doktór Frączak.
— Doktorze, niech doktór posłucha: ja mówię, że my nie powinniśmy ścierpieć, żeby przy nas taką piosenkę śpiewali! — przekładał Barański i zanucił fałszywym i cienkim głosem:

Czi baczysz. Lasze,
Jak kozak plasze

Na sywym koniu horoju,
Z rusznycy hrane
Aż serce wjane
A lach wże strach umiraje!...

W kajucie ucichło.
— Brawo, Lachi! — zawołali, śmiejąc się i klaszcząc w ręce Ukraińcy z drugiego końca prycz...
— Zuch! Tilki śpiewaje win jak kot na płoci!... — żartował zkiepska po polsku olbrzymi czarny jak cygan marynarz Łyzoń.
— Widzi pan: oni się jeszcze prześmiewają!... A jeszcze gorszą śpiewają piosenkę o hajdamakach, przechwalają się jak nas „rizali“, jak w dziegciu umaczanych podpalali, porównywują nas z psami i Żydami, z którymi nas na jednej gałęzi wieszali!
— Doprawdy, nie zauważyłem nic podobnego!...
— Nie zauważył pan, bo pan po rusińsku nie rozumie, ale ja pracowałem w Sanoku...
— Hej, na górę, na pokład!... Kazań już widać, Kazań!... — zabrzmiał głos ze szczytu schodów.
Odziewając pośpiesznie, co kto miał, wszyscy rzucili się ku wyjściu.
Przejrzysty zmrok otulał już ziemię; na zachodzie gasł szybko koralowy szmat zorzy, przyćmiony obłokiem, a po stronie przeciwnej sierp młodego miesiąca wypływał nad czarnym urwistym brzegiem.
Parowiec, rycząc przeciągle, kierował się ku mrowiu świateł, połyskujących wśród białych murów wielkiego miasta.
— Chór, chór!... — wołał gorączkowo Wujcio, wymachując rękami.
— Dalej: „Jest, na Wołgie utios“...
Piękna pieśń popłynęła ku miastu, wyprzedzając statek.
Śpiewano poważne rewolucyjne pieśni, śpiewano ludowe, śpiewano krotochwilne, wesołe... Silono się, aby z pieśnią wpłynąć do miasta, aby publiczność w porcie dowiedziała się odrazu, że na barce wiozą tych, co walczą o wolność...
Im bliżej byli przystani, tem wolniej płynął statek, tem dłużej i grubiej ryczała syrena, tem więcej mijano innych statków, łodzi i barek...
Pieśni wyczerpywały się, niektóre powtórzono już po raz drugi; przerzucono się wreszcie do pieśni małoruskich...
Zabrzmiała bojowa melodja:

Czi baczysz, Lasze,
Jak kozak plasze...

Doktór Frączak przedarł się do dyrygującego chórem Wujcia i pociągnął go za rękaw, a gdy ten niecierpliwie go odtrącił, oparł mu rękę na ramieniu i zaczął cicho szeptać. Rozpędzony chór grzmiał jednak dalej

Pid Sorokoju
Mnożestwo Lachiw propało...

W tej jednak chwili w drugim końcu pokładu buchnął chór głosów niezgrabnych i krzykliwych ale silnych:

Jeszcze Polska nie zginęła
Póki my żyjemy!...

— Co to, co to?...
— Nie przeszkadzać!...
— Cicho!...
— Niech śpiewają!...
— Ale oni strasznie fałszują...
— Beczą, niech Bóg uchowa!... A to śpiew narodowy!...
— Owszem, niech beczą ile chcą, ale jak my skończymy. Cicho tam, kiczliwe Lachy!... — wołał Orłow.
— Wy sobie, a my sobie!...
— Wcale nie!... Zepsujecie nam wjazd!....
— Cicho tam!... Słyszycie, wy buntowniki, miatieżniki! Szowinisty!
— To śpiewajcie co innego! Nie pozwolimy sobie wymyślać!... Hańba socjałom!... — krzyczał zapalczywie Barański.
— Jaka hańba?... Co za hańba!... Nie leź do cudzego klasztoru za swoją ustawą!... Słyszałeś... Będziemy śpiewać co nam się spodoba!
— Zobaczymy!...
— Międzynarodowy socjalizm zabrania nas padać na narody! — dowodził po rosyjsku Cydzik.
— Patrzcie go, dyplomata!
— To nie na was piosenka, to na waszą szlachtę i burżujów, na waszych gnębicieli.
— Tam powiedziano: Lachi, Polacy! Nie oszukacie! — krzyczał Barański.
— A naszych burżujów pozostawcie nam!...
Nie potrzebujemy obrońców! — dogadywał Wątorek.
— Co na nich zważać, śpiewajcie!... Wujciu, machaj!
Hałas wzmagał się. Wtem Łyzoń ryknął gromowym basem:

Zbuntowałyś w Polsze pany,
Wsi łobuzy oberwany...
Oj, luli-luli-la!

— Oj, luli-lu-li-la!... Wsi łobuzy oberwany!... — podchwycił skrzekliwym głosem Butterbrot, a za nim Pinkus, Szwanzmutter, Litower, Odesskij, Warszawski, Glauker, Juwiler, Goldwasser, Szulwajzer i inni. Jeden „Monsieur Puritz“, o którym powiadali, że umiał całego Słowackiego napamięć, trzymał się na uboczu i milczał.
— I wy, parchy, też! — wrzeszczał Barański.

Nasz Paszkiewicz Eriwanskij
Pod Warszawoj sostojał,
Za tri grosza od Palakow
On Warszawu pokupał...
Oj, luli-luli-la...

śpiewał dalej, pokrywając wrzawę, Łyzoń.
Wtem uczynił się ruch, gdyż polscy robotnicy rzucili się z pięściami na kupkę śpiewających Rusinów i Żydów. Wielkorusi próbowali „interwenjować“.
— Skandal! Poskromić ich!...
— Ręce precz!... — wołali Żydzi. — Gadajcie co chcecie, ale z pięściami precz!
— Tak, tak!... Wara z kułakami!... Wolność słowa!...
— Biją się! Polacy zaczęli!
— Nie dopuścić!... Związać!... Konwój zaraz przybiegnie!
— Publiczność patrzy!...
— Wstyd, wstyd!... Niesforni!... Hańba... Wstrzymajcie ich!... — wołały ztyłu kobiety.
— Niesłychane!...
— Wstrzymajcie się, niepoczciwcy!...
Próbowano rozdzielić zapaśników, ale namiętności już rozgorzały; marynarz Łyzoń wyciągał groźnie potężną pięść i wołał na towarzyszy:
— Ostapenko, Bondarenko! Baczite chłopci!... Wże, wy toho maleńkawo złodija a my toho dlinnaho! Dobre!...
Już dopadli do siebie poprzez szeregi rozstępujących się rozjemców, gdy zjawił się z rozpostartemi rękami Wojnart:
— Na Boga!... Co robicie!?... Wszystkich zaraz zakują w ręczne kajdany!... I za co?! Za wzajemną bójkę!... Fe!... Wstyd! W obliczu miasta!... Rząd na to tylko czyhał... Rozgłoszą w gazetach!... Bójcie się Boga!...
— Pan nie wie, co oni tu śpiewają!... — krzyczał Barański.
— Nie pozwolimy sobie wymyślać!...
— Międzynarodowy proletarjat zabrania!...
— Oni!... Chór zerwali a teraz z pięściami rzucają się, pańscy rodacy!...
— Dobrze. Wszystko to rozpatrzymy na ogólnem zebraniu, na sądzie, a teraz proszę obecnych natychmiast do kajuty... Tylko Polacy zostaną na pokładzie...
— Dlaczego Polacy?...
— Bo ich mało!
— To właśnie oni powinni zejść!...
— Ani myślimy wyrzekać się widoku miasta! Niech idzie mniejszość! Niech idą Polacy!
Barka stanęła już u przystani, przymocowano ją linami. Przed siatką „kurnika“ zjawił się oficer konwoju z kilkoma żołnierzami:
— Proszę się cofnąć, proszę się cofnąć! Gdzie starosta? Po zakupy do miasta!... Prędko! Dwie godziny tylko stoimy!...
— Idę, idę!... W tej chwili! — odpowiadał Wojnart.
— Panie Wojnart, panie Wojnart! Przed chwilą widziałem, doprawdy widziałem... tę pannę... z fiołkowemi oczami... Doprawdy!... Poznała mię, ale nie zdążyliśmy... nic więcej, bo parowiec szybko przepłynął mimo... — szeptał gorączkowo Gawar, czepiając się ręki idącego ku wyjściu Wojnarta.
— Jaki parowiec? Co za panna? Śni ci się! — pytał ten ze zdumieniem.
— Nasz parowiec, holownik! A panna ta sama co w Moskwie!... Pamięta pan, z bukietem? Przycisnęli mię do samej burty w tej bójce, ale dobrze widziałem!
Wojnart zatrzymał się nagle:
— Gdzie była? — spytał głuchym głosem.
— Tu, tu!... na parowcu!... Wśród publiczności... wśród pasażerów — poprawił się.
— Starosta, starosta! Gdzież on się podział?... — wołano przy wyjściu.
— Idzie, już idzie...
Wojnart nagle potrząsł głową, wyrwał się z rąk chłopca i wyszedł, brzęcząc kajdanami w towarzystwie oficera i żołnierzy na pustą strzeżoną przez szyldwacha przystań, a stamtąd szeroką schodnicą na pełen ciekawych widzów bulwar miasta, oświetlony szeregiem gazowych latarni.






XI.

Wujcio, Dobronrawow, statystyk Awdiejenko, poeta Orłów, oraz tak zwani „Trzej Ajaksi“: Ostapenko, Bondarenko i marynarz Łyzoń dostali tajemniczemi drogami — zdaje się, że przez żołnierzy konwoju oraz kryminalistów — kilka butelek wódki; pili, śpiewali, hulali, częstowali wszystkich, kto tylko chciał się do nich przyłączyć, nie dawali spać nikomu przez całą noc... O sądzie nie było mowy.
Orłów deklamował z emfazą, groźnie spoglądając w stronę Wojnarta:

A czom szumitie wy, narodnyje witii,
Za czem anafemoj grozitie wy Rossii,
Czto wazmutiło was? Wałnienija Litwy...
Astawtie............
...............
Uż dawno mieżdu saboju
Wrażdujut eti plemiena;
Nie raz kłaniłaś pod grazoju
To ich to nasza starana.
Kto ustoit w nierawnom sporie
Kiczliwy Lach il wiernyj Ross?
Stawianskije ruczii saljutsia w ruskom morje
Ano-ł izsiaknet? Wot wapros?...

— „Nieludimo nasze morje“ — ryczał Łyzoń. Pomnitie, Lachi, Umańskuju riźniu!... Wże wam budę toże samoje!...

— Nie bój się Łyzoń, nie bój!... Nie wydamy prawosławnego ludu tym papistom... — upewniał Dobronrawow. — Zresztą Wojnart — dusza — człowiek: w nic nie wierzy! Chodź przyjacielu, wypij z nami kieliszeczek!...
Nikt już nie zwracał uwagi na te krzyki i hałasy. Wojnart spał dawno, otulony w swój płaszcz aresztancki.
Parowiec stał na przystani nie dwie godziny ale sześć i ruszył w drogę dopiero o świtaniu.
Znużeni — jedni nocnemi hałasami, drudzy pijatyką — więźniowie spali twardo, nie słysząc szmeru fal, nie czując nawrotów i wznowionego kołysania się statku. Parę ledwie z leżących na pryczach figur, przysiadło na chwilę, spojrzało w blade ślepia luminatorów i z szeptem:
— Płyniemy!... Jeszcze wcześnie!... — upadło na swe miejsca obok śpiących towarzyszy i kurcząc się od chłodu, naciągało na ramiona krótkie poły służących im za kołdry szyneli.
Jeden Gawar już nie usnął i podniósł się, pobudzany tajną myślą, że mu znowu uda się zobaczyć piękną nieznajomą, której nie widział cały ten czas i która nie ukazywała się wcale wśród spacerujących na pokładzie kobiet. Nie śmiał o nią się pytać, ale myśleć nie przestawał.
Cichutko ubrał się i na palcach wysunął na pokład. Zaledwie wszakże wytknął głowę z konchy, okrywającej wyjście z kajuty, cofnął się natychmiast zmieszany i gorącym przejęty płomieniem. Była tam! Przechadzała się wolno wzdłuż siatki zewnętrznej, nie odrywając wzroku od rozbłyskującego w muślinach mgły porannej przestworza wody. Ukryty we wnęce, mógł swobodnie podziwiać wspaniałą urodę młodej kobiety, jej ruchy, pełne spokojnego wdzięku, jej małą głowę, obciążoną bujnemu w koronę ułożonemi warkoczami, jej szyję, dość długą, pełną, wyrastającą z wysokich piersi jak cudny biały kwiat. Na zwrotach przez mgnienie oka widział owal jej twarzy z blademi ustami i ciemnemi plamami oczu, patrzących z niezgłębionym, chwytającym za serce smutkiem.
Stał długo bez ruchu, oparty skronią o odrzwia i boleśnie prawie przejęty, wpatrywał się we wzruszające zjawisko.
— Dlaczego taka smutna?... Ach, jaka smutna!?... Gdyby podejść, zapytać, pocieszyć!?...
Czuł, że nigdy się na to nie odważy.
— Kto ona? Dlaczego się ukrywa?... Dlaczego nie chce, żeby ją widziano!?...
Zdawało mu się, że ruchy młodej kobiety od niejakiego czasu zdradzają pewien niepokój, jakgdyby odczuwała ona, że ktoś ją podpatruje i śledzi. Parę razy rozejrzała się uważnie po zmierzchłych, osiecionych kątach pokładu. Postanowił ostrożnie cofnąć się, gdy w dole za sobą usłyszał kroki, zaskrzypiały schody i zabrzęczały cicho kajdany. Zamiast więc wtył zrobił krok naprzód i znalazł się przed nieznajomą, która nagle zwróciła się cała ku niemu. Krew uderzyła mu do głowy i opuścił oczy. Gdy je podniósł, dostrzegł przedewszystkiem wynurzającego się zboku Wojnarta, który zrobił głęboki ukłon w stronę nieznajomej. Ta odpowiedziała mu lekkiem skinieniem i zwróciła się ku wyjściu.
Gawarowi wydało się, że blada jej twarz zapłoniła się również, jednostajnym bladym rumieńcem.
— Co pan tu robi?... Poco się pan chowa?... — spytał Wojnart, spoglądając na chłopca z pewnem zaciekawieniem.
— Nie... tylko... wyszedłem przyjrzeć się... wschodowi słońca... ale ta pani...
...Ona zdaje się... nie lubi... się spotykać...
— A tak: unika ludzi!
— Dlaczego?...
— O, to bardzo smutna historja! Męża jej powiesili, rannego w walce z żandarmami, gdy jeszcze nie mógł wstawać o własnej sile z pościeli; więc ponieśli go z łóżkiem pod szubienicę... Jej pozwolono towarzyszyć... Wyrwano go stryczkiem nieledwie z jej objęć... Okropne, okropne!...
— Wyrwano stryczkiem z jej objęć!... — powtórzył Gawar zbielałemi ustami.
— Tak chłopcze, trzeba pracować nad tem, żeby takie rzeczy znikły z tego świata, żeby się już nigdy, nigdy nie powtórzyły...
— To pan ją zna?...
— Owszem znam.
A...a jak się... ona nazywa?
— Jak się nazywa?... Nazywa się: Sara Bergson! — odrzekł zwolna.
— Żydówka?
— Żydówka.
— I... i on był... Żyd?
— Żyd. Szlachetny i mężny człowiek.
— Znał go pan?
— Znałem bardzo dobrze. Kolegowaliśmy w politechnice, ale różnych byliśmy przekonań.
Milczeli przez czas dłuższy, przyglądając się lustru rzeki, matowemu od rannych oparów, rumianemu od blasku wstającej zorzy.
— Powiedz mi, kochany! — rzekł nagle głosem stłumionym i serdecznym Wojnart, zbliżając się o krok do Gawara i biorąc go za rękę. Powiedz mi szczegółowo jak to było?
— Co?
— Na parowcu!... Coś mi wczoraj opowiadał... w czasie tej awantury... przed samem mojem wyjściem... Już mam wiadomość, wiem, że to prawda, ale chcę usłyszeć!... Rozumiesz: opowiedz wszystko, wszystko...
— Widzi pan, kiedy zaczęły się krzyki, wybiegły kobiety i też zaczęły wołać... Odwróciłem się więc, żeby zobaczyć kto... Byłem koło samej siatki... Jak nasi rzucili się, chciałem i ja z nimi, ale w tym rozruchu przycisnęli mię tak mocno do drutów, że nie mogłem się odrazu wytrwać!... Wtem widzę nadpływa parowiec, ten nasz parowiec „Wołga“, wolniutko i zupełnie blisko... Widocznie nas odstawił na miejsce i wracał do własnej pasażerskiej przystani na noc, czy jak... Nie wiem... Dość, że wszyscy pasażerowie stali na burcie, gapiąc się w naszą stronę... Wstyd mi było, że takie krzyki... Wtem patrzę, stoi ta panna z Moskwy w tym samym kapelusiku z białem skrzydełkiem i w tym samym ciemnym żakiecie, ciemnej sukience i żółtych skórkowych bucikach... Poznałem ją odrazu po oczach... I ona mię poznała, bo mi mrugnęła dwa razy powiekami, ale kiedym podniósł rękę do czapki i chciał się ukłonić, to odwróciła głowę... Wtedy dopiero zobaczyłem, że niedaleko stoi żandarm.
— Widzisz, chłopcze, kiedy ją spotkasz, albo gdzie zobaczysz, to nigdy, ale to nigdy nie dawaj jej żadnych znaków, nie kłaniaj się, nie mrugaj. Błagam cię... Nie mów też również nikomu, że ona tu jest... Wogóle, że ona jest... Zapomnij o niej!... Dobrze!? Obiecaj mi, proszę cię bardzo... To dla mnie rzecz niezmiernej, niezmiernej wagi, rozumiesz?... Nikomu ani słóweczka, ani napomknienia!... Zaklinam cię... Gdyby zaś ona do ciebie zwróciła się, to zapamiętaj dobrze, co ci powie, co zrobi i uwiadom mię o tem natychmiast. Ale sam nawet nie dawaj pozorów, że ją znasz, że cię obchodzi... Rozumiesz?... Będziesz pamiętał, co?... Ufam w twoją przyjaźń. Jesteś roztropny, sam się domyślisz co i jak... A zresztą ja ci, być może, niedługo wszystko powiem... Ale teraz niech nikt... nikt... Niech Bóg broni!... Zgubisz mnie, ją i wielu innych!... A więc dajesz mi słowo?
— Najchętniej!... Może mi pan wierzyć, że wszystko, wszystko uczynię, co pan zechce. Nawet gdyby trzeba było... Nic mię nie wstrzyma... Bo ja co: ja nic!... A pan, pan co innego!
— Nie, chłopcze, nie oto chodzi... Miara życia i bezpieczeństwa ta sama dla każdego... Nie o narażanie się chodzi, a o ostrożność... I dlatego właśnie proszę.
— Może pan być pewny: nigdy nikogo nie wsypałem.
— Cicho. Idą!... — szepnął Wojnart, ściskając mocno chłopca za rękę i kiwając głową w stronę schodów. Więc zgoda, pamiętaj! A teraz do widzenia, muszę iść do kuchni i do składu, zobaczyć jak tam ułożono w lodowni zakupione wczoraj mięso.
— To może ja z panem pójdę?
— Wiesz co: wolę, żeby nas rzadziej z sobą widywano!
Kiwnął mu głową, uśmiechnął się przyjaźnie i odszedł. Ale po paru krokach powrócił i szepnął cicho z tym samym miłym uśmiechem:
— A Sarze... bardzo się... nie przyglądaj!
— Ja?... Cóż, ja nic!... — bąkał chłopiec, czerwieniąc się jak wiśnia.
— No, no! Tem lepiej... Ja tak — na wszelki wypadek... Nie ty jeden!...
Znów kiwnął mu głową, uśmiechnął się i odszedł tym razem zupełnie.






XII.

Po wejściu w koryto Kamy parowiec holujący barkę musiał walczyć nietylko z prądem rzeki, lecz również z przeciwnym wiatrem, który, wpadając z północy w wąską dolinę porzecza, nabierał burzliwej mocy. Smagał nielitościwie górzyste brzegi, targał porastające je lasy, wojłoczył i przybijał do ziemi trawy na łąkach, zboża na polach, a samą rzekę bił, wyginał, wspieniał, iż huczała, wzdymała się i łyskała czubami fal jak zły gad.
Ciężko sapał parowiec, wydychając kominem czarne dymy i kłęby siwej pary, przebierał rozpaczliwie łopatami swych wielkich kół, jak pełznący pod górę żuk, ale posuwał się bardzo wolno. Rozhuśtana bałwanami barka co chwila szarpała wtył linę holowniczą, mocno napiętą przez opór wiatru i wody.
Napędzone z Oceanu Lodowatego szare chmury szybko i nisko biegły nad doliną, obrzucając rzekę i zielone brzegi ołowianym cieniem, rozwłócząc po górach i borach smugi mgły wraz z pluchotą.
Przejmujące zimno i wilgoć spędziły z pokładu najzagorzalszych zwolenników świeżego powietrza — „wietrzników“ jak ich nazywał Wujcio.
W kąciku opustoszałego „kurnika“ tuliła się jedynie przedzielona siatką parka narzeczonych: czarna Marusia z bladym statystykiem, Awdiejenką.
Reszta kryła się po kajutach. Wszyscy byli źli, swarliwi, znudzeni. Wujcio z Dobronrawowym i towarzyszami cierpieli „na pochmielije“. Nawet „książkojady“ nie zdradzali wśród ciągłego kołysania się statku zapału do czytania.
Nastała chwila najodpowiedniejsza na sąd.
To też Butterbrot dawno już kręcił się koło „Czarnoksiężników“ inaczej „Sinhedrjonu“, jak przezwał żartobliwie Wujcio kilku leciwych więźniów, wiecznie pogrążonych w czytaniu gazet, książek oraz poważnych dyskusjach.
Pogadał przedewszystkiem cichutko i nauboczu ze współwyznawcą Odesskim, szczupłym niewysokim adwokatem z Kijowa, którego krzykliwy głos i gwałtowne ruchy musiał w czasie rozmowy kilkakroć poskramiać.
— Pss!... Uspokój się pan! Czego pan tak krzyczysz?... Nie jestem głuchy, usłyszę. Właśnie chciałem z panem pogadać na osobności! Ale widzę, że tego nie można!
— Dlaczego nie można!? Owszem, bardzo proszę... Tylko, że to co pan opowiada jest takie oburzające!...
— To też my to wszystko oddamy pod sąd publiczny. Ale nie możemy zaraz od tego zacząć, bo to nie ma żadnego związku i sensu z naszą podróżą, zrozum pani... Musimy zacząć od tego, co jest aktualne, co było wczoraj!
— Zgoda, zupełnie wystarcza! Wy o tem mówcie, a ja już będę umiał wstawać, co trzeba!.. To moja rzecz!... Już ja im wszystko wypowiem, wszystko!... Będą zadowoleni! Si git!... — szepnął Żyd, głaszcząc krogulczy nos.
Mlasnął mięsistemi wargami i przymknął grube, czerwone powieki nad wypukłemi orzechowemi oczami. Cienkie czarne brwi, zakreślone wielkiemi lukami na dość szerokiem, żółtem jak kość słoniowa czole, w połączeniu z drobną postacią nadawały mu pozór małego puhacza.
Od niego udał się Butterbrot do Lwowa, uznanego przywódcy „bolszewików“, tęgiego, krępego, jakby z dębowego pnia wyciosanego mężczyzny. Właśnie czytał, leżąc nawznak na pryczy; nie ruszył się, oczu nie oderwał od książki, gdy Butterbrot poufale wyciągnął się obok niego, dopiero gdy ten dotknął jego ręki i szepnął prawie do ucha:
— Stiepan Iwanowicz!...
Zwrócił na mówiącego stalowe zimne oczy:
— Co?
— Chcemy zwołać zebranie...
— No?
— Czy będzie pan przemawiał?
— Nie wiem. To zależy...
— Można będzie poruszyć kwestje narodowościowe i wciągnąć do dyskusji es-erów. Tu jest kilku polskich robotników, mało uświadomionych, należałoby na nich wpłynąć...
— Acha!... Dobrze!... Cóż dalej?...
— Więc zgadza się pan?...
— Od dyskusji... nigdy się nie uchylam! Mówiłeś pan z Gołowinem i Kotowym.
— Nie, zaraz idę do nich.
Lwów kiwnął głową, mruknął i znowu zabrał się do książki.
Kotow, rumiany, błękitnooki blondyn z dobrą mięsistą twarzą zgodził się natychmiast.
— Rozumie się, że trzeba te rzeczy po ludzku załatwić; jestem pewny, że znajdzie się wyjście zadowalniające dla wszystkich.
Łysy, blady, nalany Aronson, publicysta „mieńszewik“ również uznał potrzebę natychmiastowego zebrania:
— Przecież to Bóg wie co!... O mało się nie pobili!...
— Jakto: o mało?!... Oni się zupełnie pobili! — poprawił go Butterbrot.
— Trzeba koniecznie temu koniec raz na zawsze położyć! Jak myślisz Sergjuszu Michajłowiczu? — zwrócił się do Gołowina, tęgiego, wysokiego, siwego już mężczyzny, który leżał obok niego. Był to powszechnie znany i szanowany es-er, który już z trzecim nawrotem szedł na Syberję, tym razem do ciężkich robót.
— O co chodzi? Bo doprawdy nie wiem.
— Polacy z Rusinami pobili się.
— Pobili się? I gdzie to?...
— Tu na pokładzie, wczoraj przy wjeździe do Kazania...
— No i co?
— Jakto co: skandal, kompromitacja publiczna... Polityczni wygnańcy pobili się... O mało się nie wmieszał konwój... — gorąco przekładał Butterbrot.
— Tak: nieładnie... Więc co?
— Chcemy zwołać zebranie i całą tę sprawę osądzić. Ogół musi się wypowiedzieć!... Przecież nie można dopuścić...
— A co poczniecie, jeżeli winowajcy nie zechcą uznać wyroku?...
— Przeprowadzimy głosowanie. Muszą poddać się, inaczej zbojkotujemy ich.. Chcielibyśmy właśnie prosić pana, żeby pan przewodniczył...
Gołowin chwilkę pomyślał.
— Owszem, przewodniczyć mogę, chociaż doprawdy nie wiem, czy warto... Przecież się ostatecznie nie pobili...
— Chcieli, ale nie dopuściliśmy do tego...
— No więc i na drugi raz nie dopuścimy...
— Uważam, że lepiej tę rzecz zawczasu wyjaśnić i zapobiec! — zauważył rozsądnie Aronson.
— Jak uważacie!... Mogę przewodniczyć. Czy to zaraz?
— Tak, im prędzej, tem lepiej! Szaruga na dworze, zimno, wszyscy siedzą w kajucie... Najodpowiedniejsza pora...
— A Wojnart jest?
— Zaraz przyjdzie. Poślemy po niego.
— Panowie, panowie, towarzysze! Zwołujemy zebranie z powodu wczorajszego zajścia i innych spraw wspólnych. Prosimy wszystkich zgromadzić się po jednej stronie prycz... Proponuję na przewodniczącego Sergjusza Michajłowicza Gołowina — krzyknął na całe gardło Butterbrot.
— Prosimy, prosimy. Doskonale! — ozwały się głosy.
Więźniowie podnieśli się, ruszyli z miejsca tłumnie i zaczęli sadowić dookoła obranego prezesa. W oczach świeciło zaciekawienie, rozległy się śmiechy i żarty.
— Prosilibyśmy o powagę i spokój. Sprawa jest zbyt ważna i wcale niewesoła... — zauważył Aronson. — Sergjuszu Michajłowiczu, obejmujcie przewodnictwo!
Gołowin ciężko uniósł się na pościeli, usiadł i podwinął nogi pod siebie.
— A więc dobrze: na asesorów zapraszam towarzyszy: Aronsona i Lwowa.
Gdy powołani usiedli obok niego, rzekł głosem poważnym:
— Otwieram posiedzenie... Towarzysz Chlebowski ma głos jako referent.
— Kto taki?
— Chlebowski! — powtórzył Gołowin.
— Ja... Wcale nie!... Ja chciałbym, żeby... Zresztą jeżeli już tak trzeba... — bąkał Butterbrot, wychylając się z cienia.
— Chlebowski? Niby Polak!... Kto to taki?! Nie znamy takiego!... — rozbrzmiały głosy w gromadce Polaków.
Gołowin nachylił się w stronę Butterbrota i zamienił z nim parę wyrazów.
— To jest pseudonim towarzysza!...
— Pseudonim?... Poco pseudonim?! Wszyscy go znamy pod właściwem nazwiskiem. Butterbrot!...
— Co za facecja?...
— Dlaczego nie obrał sobie żydowskiego pseudonimu, dlaczego nie nazwał się Judke, Joffe lub coś w tym rodzaju...
— Chlebowski, pewnie burżuj jaki, szlachciura?!...
— Pfe! Butterbrot brzmi o wiele piękniej!...
— Piękniej, a głównie... rewolucyjniej!...
— Wstydzi się, że jest Żydem, czy co?
— Antysemita!...
— Ha, ha!...
— Niech gada!... Gadaj Butterbrot!... Es-de-ka-pe-i-el! Rozdziaw dziubek, słowiku nalewkowski!
— Towarzysz Chlebowski referuje!... Proszę o spokój! — powtórzył podniesionym głosem Gołowin.
Butterbrot jakby nie słyszał tych śmiechów, żartów i przycinków, wypowiadanych po polsku, rusińsku i rusku, poprawił binokle, wyprostował się i zaczął głośno i dość płynnie:
— Towarzysze! Onegdaj został dokonany gwałt niesłychany, skandal publiczny przez polskich i rusińskich nacjonalistów nad ogółem więźniów politycznych. Nie dopuszczono naszego chóru do odśpiewania pieśni rewolucyjnych, jakiemi należało przywitać miasto Kazań, aby zamanifestować przed zebraną publicznością nie słabnącą nigdy rewolucyjną bojową energję międzynarodowego proletarjatu. Bez względu na to co z nami czynią carscy siepacze winniśmy byli wykazać, że stoimy dalej niezłomnie na klasowem proletarjackiem stanowisku oraz jedności robotników całego świata. To było godne rewolucjonistów. Zamiast tego, co się stało? Drobno-burżuazyjna pe-pe-es zrzuciła maskę i w połączeniu z jawnie już reakcyjnymi en-zet-erami, zaczęła beczeć swoje szlachecko-mieszczańskie melodje... Chór został zmieszany i o mało nie doszło do bójki... Mówię o mało, gdyż chcę być objektywny, lecz w gruncie rzeczy doszło do bójki, gdyż sam dostałem kułakiem w bok, choć stałem na stronie. Inaczej być nie mogło, gdyż polski szowinizm wywołał rusiński szowinizm, jak zawsze w takich razach bywa, a od tego ucierpiała sprawa robotniczego proletarjatu... Trzeba więc... towarzysze, abyśmy się naradzili i przedsięwzięli środki, aby nie mogło się powtórzyć nic podobnego. Podobne kontrrewolucyjne postępki mogą nawet doprowadzić do katastrofy, do wmieszania się w nasze wewnętrzne sprawy oficera od konwoju lub coś takiego. Proponuję więc przeprowadzić nad tem dyskusję, a potem wybrać komisję, która rzecz całą szczegółowo rozważy, przeprowadzi śledztwo, oceni z klasowego stanowiska i znajdzie sposoby na ukrócenie wybujałego nacjonalizmu... Tak ja myślę i ja skończyłem!
Chwilkę panowało przykre milczenie.
— Czy kto życzy sobie zabrać głos w tej sprawie? — spytał znudzonym głosem Gołowin. — Pan?! — Dobrze! — A jak się pan nazywa? Potocki... Pięknie!... Proszę się zapisywać, panowie! Acha, więc pan i pan... Pięknie! A więc towarzysz Potocki ma głos.
— Podtrzymuję w zupełności wniosek towarzysza Butterbrota, aby przykry wypadek, jaki miał miejsce onegdaj, został szczegółowo omówiony w wybranej w tym celu komisji, która jednocześnie obmyśli środki dla usunięcia na przyszłość podobnych zatargów. Muszę wszakże wprowadzić niektóre faktyczne sprostowania w opowieści wypadku towarzysza z es-de-ka-pe-i-el... Nie Polacy dali początek, lecz zostali sami zaczepieni... Ukraińcy.
— Nieprawda!... — zahuczał Bondarenko.
— My wowsi was nie zaczipijały... My śpiwali swoi starodawni piśni... — krzyczał Ostapenko.
— Tam mówi się o szlachcie, o prześladowaniu i ucisku chłopów pańszczyźnianych. Wy w ten sposób bronicie przywilejów pańszczyzny... — wmieszał się Somow.
— Proszę o spokój, proszę o spokój!... — Towarzysz Potocki ma głos!... uspokajał wzburzenie Gołowin.
— Przypuszczam, że w tem gronie nie potrzebuję zbijać oskarżeń, iż jakiekolwiek stronnictwo socjalistyczne, choćby nawet zrodzone w szlacheckiej Polsce, może bronić przywilejów i pańszczyzny... Przypomnę, iż Polska swym rozwojem gospodarczym wyprzedziła Rosję i że warunki upadku pańszczyzny powstały tam wcześniej... Że rozwój socjalny tam został wstrzymany przez przyłączenie właśnie do Rosji, co było korzystne dla szlachty i możnowładztwa polskiego i czem tłumaczy się powodzenie Targowicy...
— A więc Rosja winna ucisku chłopów przez szlachtę polską!? — wstawił nagle Orłów.
— Tego nie powiedziałem. Ale carat podtrzymywał to bezwarunkowo. Słuszność teorji o międzynarodowej solidarności klas ujawnia się tu ze szczególną siłą... Wracam jednak do wypadku, który nas obchodzi obecnie przedewszystkiem: jak zaradzić sporom i starciom, które nietylko sprzeciwiają się jedności frontu wszystkich grup socjalistycznych wobec wspólnego wroga, ale grożą zatruciem nam wewnętrznemi swarami i bez tego ciężkiego naszego położenia więziennego. Dlatego proponuję, nie wdając się w dalsze spory, wybrać komisję...
Zatrzymał się.
— Skończył pan?...
— Skończyłem.
— Towarzysz Awdiejenko ma głos.
Awdiejenko uniósł się na pryczy na klęczki, obrzucił zebranych pobieżnem spojrzeniem i oczy mu nagle zabłysły: na chudej, bladej twarzy zakończonej kozią bródką wybił lekki rumieniec. Nastrój odrazu wzrósł.
— Mili moi słuchacze! Nie zabierałbym wam czasu i nie nudziłbym was długą dyskusją na temat czy polskie, czy chochłackie pieśni patrjotyczne są lepsze, gdyby tu nie padło oskarżenie przeciw Rosji. Otóż zarówno charakterystyki poszczególne jak ogólne sądy o całych narodach są zawsze błędne. Naród, szczególniej wielki naród, jest wytworem tylu różnorodnych sił, składa się z tak wielorakich elementów, dążeń, interesów, tyle ma w sobie dawnych przeżytków, nowych zarodków, rozbujałych nadmiernie lub niedorozwiniętych instytucyj, urządzeń, obyczajów, że w tym lesie zjawisk oko najbystrzejszego badacza gubi się albo błądzi, biorąc wytwory własnej fantazji za wskazówki rzeczywistości. Nauka zdołała poznać i uchwycić zaledwie niektóre cechy i właściwości barwnego i nieskończenie rozmaitego potoku życia narodowego. To też wszelkie jej twierdzenia w tej dziedzinie mają cechy albo bardzo ogólnikowe, albo są niezmiernie naiwne, literacko uproszczone. Otóż, nie będę się bawił w próby takich charakterystyk, czyto opartych na historji, czy też używających za busolę wskazań ekonomicznych. My Rosjanie byliśmy pod panowaniem Tatarów trzysta lat, mieliśmy i dotąd mamy carat, przeszłość nasza pełna scen i wypadków dzikich, okrutnych, wstrząsających swoją bezmyślnością. Kulturę gospodarczą i obyczajową mamy niską. Nie będę tu również wdawał się w rozważanie, czy zwycięży w Rosji zachodnio-europejskiej kapitalizm, czy chłop rosyjski go ominie i znajdzie inną drogę, wiodącą szybciej na wyższe stopnie rozwoju i człowieczeństwa. Pozostawiam dyskusję o tem osobom bardziej kompetentnym.
Tu skłonił się w stronę Kotowa i Lwowa, poczem ciągnął dalej:
— Chcę jedynie zwrócić uwagę na rzeczy podstawowe, zasadnicze, dla wszystkich oczywiste, nie ulegające żadnej wątpliwości, pragnę wysnuć z nich wnioski choćby ogólnikowe, ale jasne i niezaprzeczalne. To już będzie mały ale pewny dorobek. Jakkolwiek straszne, krwawe są dzieje nasze, uderza w nich jeden fakt, wyróżniający nas z pośród wszystkich państw i narodów. Mianowicie: w Rosji nigdy nie było arystokracji. Rosja jest i była narodem chłopów. Oddzielnym gromadom tych chłopów przewodzili początkowo udzielni książęta, z biegiem czasu zapanowali nad nimi i zjednoczyli ich w państwo Tatarzy; po Tatarach odziedziczył władzę carat. On zniszczył doreszty wszelkie ślady narastającej już warstwy szlacheckiej — bojarów. Od Iwana Groźnego niema ich w Rosji, istnieje tam tylko władza cara i włościaństwo. Historja Rosji jest najjaskrawszem zaprzeczeniem teorji, iż dzieje społeczeństw są wytworem odbywającej się wewnątrz nich walki klasowej. Myśmy dotychczas tej walki klasowej nie znali...
— I dlatego nie mieliśmy historji!... — bąknął Aronson.
— Owszem. Historja nasza jest historją... samoobrony włościaństwa. Włościaństwo tolerowało o tyle carat, o ile on był dlań obroną przed groźniejszem niebezpieczeństwem, przed panowaniem cudzoziemca-zdobywcy. Dość miało włościaństwo doświadczenia z Tatarami... Zato skoro tylko carat próbował sięgnąć do ostoi gromadzkiego życia i wprowadzić tam zmiany, następowały wybuchy w rodzaju buntów Stieńki Razina albo Pugaczewa, wstawały potężne siły ludowe na obronę praw gromadzkich, gminnego władania ziemią, patrjarchalnej rodziny-komuny... oraz innych zdrowych zabytków naturalnego rozwoju społeczeństwa, opartych na współpracy, które przechowały się li tylko w Rosji, starte dawno na zachodzie sławetną walką klas. W obronie tych właśnie rzeczy powstały takie organizacje ludowe jak kozacka „wolnica“ nad Wołgą i Donem oraz zaporożcy nad Dnieprem. To było wojsko chłopskie, niedościgniony wzór organizacyj bojowych ludowych, którym nigdy nie dorówna żadna milicja narodowa, czyto szwajcarska, czyto francuska. Carat drogą wielokrotnych doświadczeń, poznał, iż wolno mu wszystko zmieniać, nawet zniszczyć, co leży poza granicami tych najgłębszych interesów włościaństwa, że wolno mu bardzo wiele; lud darowywał mu ucisk polityczny, gdyż ten ucisk narazie go mało dotykał, darowywał mu ciężary podatkowe, znosił cierpliwie dokuczliwość biurokracji, rozumiejąc, że wszystko to opłaca się bezpieczeństwem zewnętrznem. Popierał nawet wojny zaborcze, uważając, że prowadzone są w jego interesach dla zdobycia ziemi, podstawy jego bytu, dla pokonania i zniszczenia obcoplemiennych „panów“ — jedynych wrogów włościaństwa. Trwało to długo i mogłoby trwać jeszcze dłużej, gdyby nie technika wojen i nieustający rozwój gospodarczy państw ościennych, oddziaływujący i na nas. Wielki przemysł i kapitalizm wtargnęły do nas furtką otwartą przez potrzeby wojenne. Carat wszedł, wejść musiał na niebezpieczną drogę popierania tych nowych potęg, które stały się następnie jego przeciwnikami i konkurentami do władzy. Robotnicy stanęli po stronie przemysłu, gdyż jego rozwój wiąże się z ich interesem klasowym. Chłop dotychczas przypatruje się tej walce dość obojętnie. Czy zmieni swe stanowisko? Czy pójdzie za hasłami naradzającej się naszej burżuazji czy proletarjatu? Czy poszuka własnych dróg?... Przyszłość pokaże. Ale w rewolucji 1905 roku, jego bierne stanowisko zadecydowało o przegranej robotników... Pamiętajcie o tem i nie omylcie się w waszych planach i rachubach...
Umilkł i położył się napowrót na pryczy. Zapanowało dłuższe milczenie; silne oddechy, błyszczące spojrzenia, gorączkowe rumieńce na twarzy wskazywały jednak na silne podnieś cenie słuchaczy.
— Proszę o głos! — rzekł wreszcie krótko i sucho Lwów.
— Przepraszam, są tu zapisani poprzednio: Odesskij, Gorainow, doktór Frączek, Cydzik, Leskow... — zauważył Gołowin.
— Niech mówi Lwów... Dać mu głos poza koleją! — wołano wśród słuchaczów.
— Więc zgadzacie się, panowie?! Mam dać głos towarzyszowi Lwowowi...
— Prosimy, prosimy...
Lwów ukląkł na pryczy; szerokie jego ramiona, krótki przysadzisty korpus, tworzyły twardy i mocny cokół dla wielkiej kwadratowej, krótko ostrzyżonej głowy.
— Wysłuchaliśmy tu hymnu dla chłopa i jego wyraziciela caratu... — zaczął metalicznym, urywanym głosem. Zgadzam się zupełnie z przesłankami przedmówcy, ale inne z nich wyprowadzam wnioski. To, co mówcę zachwyca w naszej historji, brak walki klas, uważam za największą jej wadę. Długa martwota, obłomowski sen naszego narodowego organizmu w tem właśnie mają swe źródło. Chłop, wytwarzający wszystko, co mu było potrzebne w swojej rodzinie i gminie, nie interesował się nikim i niczem, zamknięty w swojej parafji jak ostryga w muszli. Pozostawał obcy i obojętny na sprawy ogólne nietylko Europy, lecz nawet własnego państwa. Co go mogły obchodzić wojny, upadki dynastji, rewolucje... Wszystko to było drobiazgiem wobec srokatej jałówki lub białego byczka, od których zdrowia i życia zależał bezpośrednio byt jego rodziny... Kłótnia dwóch bab sąsiadek miała dlań większe znaczenie, niż pogrom Francuzów pod Sedanem. I słusznie... Bo jego los nie był żadną niteczką związany z najdonioślejszemi wydarzeniami świata, dopóki on uprawiał gospodarstwo naturalne i nie wszedł w wielkie, wspólne wszystkim narodom, koło produkcji i wymiany... Dopiero zdobywczy kapitalizm, wkroczywszy triumfalnie na łany ubogich zbóż chłopskich, uczynił z oracza ziemi człowieka i jął go zwolna uczyć drogą bólów i doświadczeń osobistych, iż nic ludzkiego nie może mu być obce, że wahania się cen na rynkach Europy, napełniają mu lub opróżniają garnek obiadowy, że całe zelówki u butów zależne są od pomyślnie przeprowadzonej wojny lub upadku gabinetu jakiegoś nieznanego mu nawet z nazwiska państwa... Rozumie się, że tego nasz chłop dotychczas nie wie i nawet najumiejętniej przeprowadzona propaganda, poprzedzona przez najbardziej — powszechne nauczanie — nie da mu tej świadomości w czasie najkrótszym, a nawet nie da mu nigdy... Zbyt to są rzeczy złożone i oderwane, aby mógł je zrozumieć tłum... Ten tłum, te masy chłopskie są jedynie przygotowane przez targające go nieustannie gospodarcze niepokoje, przez klęski rzekomo żywiołowe, nieurodzaje, wojny, drożyznę lub brak nagły przedmiotów pierwszej potrzeby... są przygotowane, powtarzam, przez wzmożoną wrażliwość socjalną jedynie do... wielkich refleksów zbiorowych, do ruchów żywiołowych, nie więcej... Ale ruchy te wywołane i kierowane mogą być jedynie przez ośrodki skupionej, zorganizowanej świadomości... Tu zachodzi zupełna analogja między mięśniami i nerwami...
— Acha, Herbert Spencer!... — szepnął zjadliwie Kotow.
— Bynajmniej. A zresztą niech będzie i tak, jeśli się panu podoba... Otóż temi ośrodkami mogą być tylko wczorajsi bracia tego chłopa, spojeni z nim jeszcze tysiącem węzłów osobistych i ekonomicznych — robotnicy fabryczni...
Dalej dowodził Lwów długo i szeroko, rozdając ciosy na prawo i lewo, że jedynie dyktatura proletarjacka może wyprowadzić Rosję z zamętu gospodarczych i politycznych sprzeczności... z socjalnych antynomyj...
Odpowiadał mu towarzysz Aronson również poza koleją, cięto, dowcipnie, zjadliwie sypał cytatami i nazwiskami, Marksa, Engelsa, Kautskiego, Robertusa, Rikarda, Düringa i Brentano; odpowiadał mu Kotow, wysunąwszy na czoło argumentów, znaczenie w historji „jednostki świadomie myślącej“ i formułę postępu Michajłowskiego.
Spór zaogniał się, roznamiętniał, rozpalał. Podano kolację, ale zarówno słuchacze, jak mówcy z kubkami pełnemi gorącej herbaty i ustami pełnemi gorących słów wrócili na miejsca...
— Cóż, jakiż wyrok? — spytał Wojnart, przyłączywszy się po skończonem zajęciu do grupy Polaków.
— Wyroku niema i nie będzie!... — odrzekł Cydzik. Poco wyrok? Spór już nie między Polakami i chochlami, lecz między chłopem i robociarzem. Nagadali tyle, że zgłupieje, kto spamięta!
— Nie dojrzysz jeszcze okiem, co ma być pod wyrokiem!... — roześmiał się Wątorek.
Doktór Frączak uśmiechał się ironicznie i popijał herbatę w milczeniu.
— Zanosi się na trzydniówkę! — rzekł wreszcie.
— Dobre i to, czas przeleci weselej! A daleko do Permu?
— Daleko, jeszcze ze trzy dni.
— Zdążymy. Ale trzeba przyznać, tęgo gadają te mochy, niektóry ani się zająknie, godzinę mówi jakby wiadrem lał, a z cebra poprawiał! — zauważył Barański.
Istotnie, późno wieczorem znużeni wiecównicy postanowili odłożyć zebranie do jutra. Gołowin z trudem zmusił ich, żeby wybrali komisję do załatwienia początkowego sporu.
Wybrano sędziów: Gołowina, Aronsona i Kotowa, poczem w hałaśliwej przed chwilą kajucie zapanowały ciche szepty i szmery, a następnie głośne chrapania.






XIII.

Od rana na barce zapanował osobliwy nas strój. Więźniowie śpieszyli się uporządkować posiania, a dyżurni nagwałt zamiatali podłogę, polawszy ją obficie wodą. Podczas śniadania gwar głosów wzrósł, gdyż wszyscy wrócili z pokładu, gdzie zdawali niewiastom sprawozdanie z wczorajszych przemówień. W poszczególnych grupach dyskutowano i temperatura sporów wzrastała w szybkiem tempie. Wszystkich skupił i podniecił niezmiernie stanowczy i poważny głos Gołowina:
— Panowie, proszę zająć miejsca... Otwieram zebranie. Głos ma...
Szukał czas dłuższy w notatkach.
— Ja mam głos, ja dawno prosiłem! — wyrwał się Odesskij.
— Nie, ja pierwszy — wołał Gorainow.
— Odesskij ma głos! — rozsądził Gołowin.
— Zawsze inteligenci mają rację... Przecież dawno się zapisałem!... Ale ktoby tam zwracał uwagę na robociarza, który pracą swoją utrzymuje całe społeczeństwo...
— Odesskij ma głos! — powtórzył z naciskiem Gołowin.
— Panowie, towarzysze!... Wszystkie rzeczy, o których mówiliśmy tu wczoraj, są bardzo mądre, bardzo głębokie, bardzo przewidujące i bardzo potrzebne... Jednak zebraliśmy się zupełnie poco innego. Zebraliśmy się poto, aby rozsądzić czy jeden naród może drugi krzywdzić, czy może mu dokuczać i poniewierać nim. Ja rozumiem, że wszystko, coście tu, panowie, wczoraj mówili, też prowadzi do załatwienia w wielki sposób tej małej krzywdy, ale na to trzeba długo czekać... To tak jak biedak, który może mieć wielki zysk ze złożonego do banku grosza, jeżeli przedtem nie umrze z głodu... Ja się pytam, co z tego, że socjalizm kiedyś zwycięży i wszystkim ludziom da, co im się należy, kiedy przedtem ten socjalizm nie może wstrzymać pogromów ani w Odesie, ani w Kijowie ani nawet w Kiszyniowie... Ja się pytam, czy nie wszystko jedno człowiekowi, któremu zbóje gwóźdź w ciemię wbiły, albo kobiecie, której brzuch rozpruły, czy nie wszystko jedno im, kto ich ma zbawić: dyktatura proletarjacka, czy chłopska komuna, byle ich zbawiono, byle oni zostali przy życiu. Dlatego wy nie dziwcie się, że dla nas, Żydów...
— Nie dla wszystkich... Mów pan za siebie: dla bundowców! — syknął Butterbrot.
— Może być, że to tylko dla tych, co się jeszcze Żydami czują... A o to, żeby oni nie zapomnieli, że są Żydami, to się wszyscy wokoło starają... Im więcej okazujemy usług, im więcej wkładamy pracy i pieniędzy w interesa innych, tem więcej nas wkoło nienawidzą... Weźmy dla przykładu Polskę, kto tam dźwignął handel, kto wprowadził kulturę, kto pobudował miasta? My Żydzi. Myśmy Polskę zastali drewnianą i myśmy ją zostawili murowaną, jak słusznie o nas powiedział wielki król Polski. A i teraz czy jest tam jakie towarzystwo przemysłowe, handlowe, naukowe, gdzieby Żyd w ukryciu nie siedział, nie był jego główną siłą, główną sprężyną? Kto jest najlepszy historyk pilski? Kto najlepszy prawnik, najzdolniejszy profesor... najwybitniejszy matematyk?... Nie mówię o bankierach, kupcach i przemysłowcach.... We wszystkich dziedzinach życia roi się od nazwisk żydowskich. Myśmy odkryli rynki rosyjskie dla przemysłu polskiego, a więc myśmy naszą pracą i dowcipem stworzyli robotnika polskiego i wszystkie te partje, opierające się na proletariacie jak pe-pe-es, es-de-ka-pe-i-el... A za to co?... Nigdzie nas tak nienawidzą jak tam!... I za co? Tam nas chcą głodem zamorzyć, tam głoszą bojkot, tam najgorszy antysemityzm! Za co, pytam? Tam jest gorzej niż w Besarabji, niż w Afryce, niż w Honolulu, Egipcie... Co pogrom? Pogrom przechodzi jak burza, jak grad, jak podmuch wiatru, a bojkot, odbierający nam chleb z rąk, jest jak morowa zaraza... My się musimy wynosić, a dokąd my pójdziemy i dlaczego mamy się wynosić, kiedy to tak dobrze nasz kraj jak ich, kiedy my tam już pięćset lat siedzimy i pracą swoją budowaliśmy tamto państwo... Ale Polacy, to najbardziej fanatyczny i reakcyjny naród na świecie... Oniby tylko chcieli wszystko nam Żydom zabrać, korzystać z cudzej pracy... Oni są nacjonaliści, reakcjonaliści, agresiści!
— Oho!...
— Łże!...
— Dosyć!...
— Nie pozwalamy!...
Odezwały się groźne pomruki wśród polskiej gromadki.
— A co widzicie!... Oni nie chcą mi pozwolić nawet mówić!... Oni tylko dla siebie uznają wolność słowa, a jak kto o nich chce śpiewać piosenki, albo mówi nieprzyjemną dla nich prawdę, to oni zaraz: „nie pozwalam“! Na szczęście to nie jest polski sejm, to jest rewolucyjne rosyjskie zebranie i ręce wasze, panowie Polacy, są za krótkie...
— Proszę jednak się streszczać i nie używać jątrzących wyrażeń... Przypominam, że nie o antysemityzmie mieliśmy tu mówić!...
— Tak, tak!... Wracajmy do kwestyj zasadniczych! — zaczęto wołać z różnych kątów.
— Co?... Antysemityzm nie jest kwest ją zasadniczą? A ja myślę, że w antysemityzmie jak w soczewce skupia się cała społeczność, bo kto nienawidzi ten nieszczęsny, pozbawiony ojczyzny, naród, ten naród, wieczny tułacz świata, ten wszędzie krzywdzony i prześladowany, ten nie może kochać ludzkości!... — jęczał Odesskij.
— Panowie, proponuję...
— Proszę o głos w kwestji formalnej...
— Robię przerwę na pięć minut, abyście panowie mieli czas się uspokoić!... — postanowił Gołowin.
Zebrani rozbili się na żywo rozprawiające grupy.
— Czyż nikt się za nami nie ujmie!?... Czego milczycie, panowie inteligenci?... — pytał Barański w polskiej grupie.
— Gdybym umiał po rusku, jabym im odpowiedział!... Ażby im w pięty poszło!... — krzyczał Wątorek.
— Cóżbyś im powiedział? — pytał zjadliwie Cydzik.
— Powiedziałbym im, że są dziechciarze, parszywcy i żydy...
— O wa!... — Tego się oni nie boją... Niech już lepiej odpowie „Roch Kowalski“. Co im odpowiesz Rochu? — zwrócił się do jednego z robociarzy, przezwanego tak dla wielkiej siły fizycznej.
„Roch“ uśmiechnął się i pokazał ogromną włochatą mocno zaciśniętą pięść...
— Widziałeś?!
— Widziałem, ale oni mają ich więcej!...
— Poczekajcie: może ja im powiem co o niepodległości Polski, o kulturze?... — pytał ich „Monsieur Puritz“.
— Rozumie się!... Przecieżeś ty... Szwajcar!... — żartował Cydzik.
— Jakto Szwajcar, kiedy urodziłem się w Warszawie.
— No to co?! Aleś uczył się w Genewie!...
— Jakiś ty głupi, Cydzik!... To ja ci wypominam, żeś ty pracował w Hamburgu?...
— To co innego!...
— Nie kłóćcie się! Co chcesz im powiedzieć „Monsieur“ — spytał dr. Frączak.
— Ja im chcę powiedzieć coś o kulturze Polski! Czy ja wiem?... Mogę im poprostu zadeklamować „Grób Agamemnona“ w moim przekładzie.
— Owa! Grobu to oni się nie bardzo zlękną. Oni by radzi nas wszystkich w grobie ułożyć! — rzucił wzgardliwie Barański.
— Najlepiej, gdyby pan powiedział!... Niech pan odpowie! — prosił Gawar Wojnarta, lecz ten milczał.
— Z osobistych powodów, wołałbym, żeby to zrobił kto inny!... — odrzekł wreszcie. — Przecież ma mówić doktór Frączak!
— Tak, ale... on administracyjny, jego nie będą tak słuchać! — zauważył Puritz.
— I on nie jest starostą!... — dodał Finkelbaum.
Hałasowano nietylko w grupie polskiej, wrzało również wśród Rusinów; kolo Odesskiego zgromadzili się Żydzi, do których po niejakim czasie podszedł „sam“ Butterbrot, słuchał chwilę, a potem powiedział stanowczo:
— To są wszystko nacjonalizmy, idee burżuazyjne zarówno u Polaków, jak u Rusinów i nawet u was — Żydów, Można je rozwiązać, jedynie stojąc na klasowem i państwowem stanowisku!...
— Właśnie dlatego my też chcemy mieć państwo!... — odparł Odesskij.
— Gdzie? W Palestynie! Utopja!... Czy to naród jest jarmułką, żeby go przenosić z miejsca na miejsce?!...
— Czy w Palestynie, czy gdzieindziej, to nie ma znaczenia!... Tam gdzie jest nas najwięcej, tam będzie się budować nasze państwo!... Co, nie?... A może wy chcecie, żebyśmy je budowali tam, gdzie nas wcale niema, co?...
— Ja wcale żadnego państwa budować nie chcę, ja jestem socjalista!...
— Ja też jestem socjalista...
— Nu, nie bardzo. Wy wiecie jak was nazywają: was nazywają „socjal-parcby“!
Odesskij zbielał z gniewu, jego sowie oczy stały się jeszcze okrąglejsze, a Butterbrot, korzystając z chwilowego milczenia, odszedł, wydąwszy usta.
— Kto nas tak nazywa!? — wrzasnął wreszcie Odesskij.
— Tak nazywają was... pe-pe-esy!... Sam słyszałem! — odpowiedział Butterbrot z oddala.
— Panowie, panowie, proszę zająć miejsca, pięć minut upłynęło, otwieram posiedzenie! — obwieścił donośnym głosem Gołowin.
— Uwaga! Uciszcie się!... Hej! Panowie!
— W kwestji formalnej, proszę o głos, proszę o głos w kwestji formalnej! — powtarzał Wujcio.
— Wujcio ma głos w kwestji formalnej!...
— Bardzo to wszystko zajmujące, co my tu słyszymy, ale: „l’appetit vient en mangeant“... — Lękam się, że do Permu nie skończymy naszej dyskusji i nie dowiemy się w jakim języku, co i kiedy wolno nam śpiewać. Wobec tego proponuję ograniczyć przemówienia do dziesięciu minut i zamknąć listę mówców!...
— Zgoda!... Doskonale!...
— Wielu się jeszcze nie wypowiedziało, kiedy inni mówili za dużo!... Protestujemy!...
— Ograniczyć przemówienia, ale listy nie zamykać.
— Więc dobrze: ograniczymy przemówienia do dziesięciu minut!... Kto jest za tem?...
— Wszyscy, wszyscy!
— Doktór Frączak ma głos...
— Kto on?
— Pe-pe-es, — frakcja rewolucyjna!
— Acha!...
Przemówienie doktora zawiodło oczekiwania. Nie był mówcą, jąkał się i powtarzał, wtrącał polskie wyrazy i miał obrzydliwy akcent. Dowodził, że pe-pe-es stoi też na klasowem stanowisku, że uznaje Marksa i Engelsa, ale właśnie dlatego, że ich uznaje i że jest jedynym istotnym przedstawicielem polskiego proletarjatu, żąda niepodległej Polski jako wolnego, oczyszczonego z wszelkich przeszkód placu boju między pracą i kapitałem. Klasa robotnicza walcząca przeciw wszelkiemu uciskowi nie może być obojętna na ucisk narodowościowy, najbardziej elementarny i dotkliwy przedewszystkiem dla szerokich mas. Marks i Engels dowodzili, że w programie międzynarodówki musi być odbudowanie Polski, której istnienie leży w interesie międzynarodowego proletarjatu... Przytaczał długie cytaty z Kautskiego...
Wielu więźniów wymknęło się cichaczem na pokład, spacerowało tam, gwarząc, śmiejąc się, paląc papierosy i zamieniając z niewiastami myśli i żarty. Łyzoń przyciszonym głosem, naśladując żydowską wymowę, zaczął na uboczu w kółku swoich nucić:

Ja wam budu razkazat’! ruzkazat’ razkazat’!
Kak chatieł ja pogulat’, pogulat’, pogulat’!
Jat’!
W ma-ły-je sanoczki
Sadił dwie diewoczki
Sadił dwie diewoczki
Git und fajn!
Trojku koni zaprjagał, zaprjagał, zaprjagał...
Posierodki sam wlezał, sam wlezał
Zal!

Dookoła błaznującego draba skupiła się zaraz spora gromadka rozbawionych podśpiewujących więźniów. Daremnie kiwał nagannie głową Dżumbadze, który wyszedł odetchnąć trochę świeżem powietrzem.

— Panowie, panowie, wracajcie!... Bardzo ciekawe. Przemawia Wojnart, wymyśla na Marksa! — rozległo się wołanie ze schodów.
— Co? — Wymyśla na Marksa! Niesłychane!...
Rzucili się z tupotem na dół, tak że Wojnart musiał przerwać, aby hałas przeczekać.
Mówił na pozór spokojnie, ale w dźwiękach lekko drgającego głosu, czuć było stłumiony gniew i oburzenie.
— Co krok słyszę powtarzane zdanie: „jestem rewolucjonistą“, „stoję na klasowem stanowisku“ i każdy, który wygłasza to dziwne kabalistyczne zaklęcie, wygląda jak gdyby Pana Boga za nogi uchwycił, jak gdyby wszelkie zawiłe i trudne zagadnienia stawały się dla niego odrazu jasne i nic nie znaczące, wiedza zbyteczną, a wszelkie przeszkody i przeciwności rozpadały się w proch niby mury Jeryhońskie od dźwięków trąb Jozuego... Zaiste jakieś czarodziejskie i zupełnie nowe „hocus-pocus“! Zapewne jest rzeczą niezmiernie przyjemną z nieuka prostaka i głupca zamienić się na wszechwiedzącego mędrca w tak łatwy sposób, ale rozpatrzmy bliżej to cudowne zaklęcie. Przedewszystkiem więc: walka klas! Pomijam okoliczność, iż większość powtarzających to zdanie, nie wie dobrze, co to klasa i nie zna historji jej powstania. Mniejsza o to. Różnią się pod tym względem i specjaliści. Socjolog Gumplowicz zamiast walki klas podstawia walkę ras, Spencer mówi o walce silnych osobników ze słabymi, nieprzystosowanymi. Teorja walki ras ma tę nawet wyższość, że obejmuje okresy historji, kiedy nie było jeszcze klas, a były już rasy. Ale chodzi mi przedewszystkiem... o walkę. Ona w społeczeństwach istnieje, temu nikt nie zaprzeczy. Czy jest jednak pożądana? Czy ona jest istotą i twórczością tego procesu, który, bądź co bądź, wiedzie zwolna ludzkość od małpy do anioła? Otóż myślę, że nie! Nie walka jest treścią i sprężyną postępu, powolnego doskonalenia się społeczeństwa, a wręcz coś odmiennego, co działa nieustannie wbrew walkom, wbrew sprzeciwieństwom. Są to uczucia gromadzkie, towarzyskie oraz zbieżności wszelakich interesów, które skupiły w hordy i plemiona podobne sobie istoty już na zaraniu dziejów ludzkości, skupiły nie dla walki z sobą, lecz dla współpracownictwa, współobrony, dla zwiększenia ogólnego bezpieczeństwa oraz dla pomocy i ułatwienia sobie pracy. Tą drogą człowiek uczynił pierwsze zaoszczędzenie czasu, sił i bogactwa, które zrobiły go tem, czem jest. Nie walka to spowodowała, a współdziałanie. Walka nie ma w sobie twórczych czynników, ona może usuwać przeszkody, lecz w planach przyszłości nie może mieć udziału, gdyż istotą jej są nienawiść i chciwość, a płodne są jedynie współpracownictwo i porozumienie.
— Chcemy usunąć walkę przez zniesienie klas... — ozwał się głos.
— Klasy znikną przez rozwój form gospodarczych, współdzielczych i współwytwórczych, a nie przez podniecanie zawiści i wyłączności... Wy chcecie jedynie panowanie jednej klasy zastąpić przez panowanie drugiej... Precz z wszelką przemocą i panowaniem!... Czego uczycie ciemne i nieszczęśliwe tłumy robotników?... Uczycie ich patrzeć na wszystko pod kątem ich własnych interesów, które niezawsze są interesami ogólnemi. Wmawiacie w nich, że ta tylko droga doprowadzi do szczęśliwości świat cały i tak rozgrzeszacie ich sumienia za wszelkie nadużycia i zbrodnie!... Mówicie im: Żądajcie wszystkiego, bierzcie, ile się da!... W tak prosty sposób załatwiacie najtrudniejsze problematy polityczne i gospodarcze! Co to: naiwność, czy gorzej? Gdyż dla każdego choć trochę zastanawiającego się człowieka jasną jest rzeczą, iż zharmonizowanie interesów, planowe wyzyskanie wszystkich sił, równomierne zadowolenie potrzeb nawet w ograniczonej sferze, nawet w jednej tylko klasie robotniczej, ba, w jednym fachu, mieście, fabryce, wsi wymaga wielu, wielu bardzo pomyślnych warunków, nieskończenie wielkich świadomych siebie wysiłków i poważnej wiedzy... Zamiast szerzyć wiedzę i świadomość, wy, przez „klasowe stanowisko“ stwarzacie nową arystokrację ciemnoty i samowoli, wmawiacie w pewne klasy, że one bez nauki wszystko wiedzą i bez wysiłku na wszystko mają prawo... I wy, Rosjanie, celujecie pod tym względem wśród es-de-ków całego świata!... Wasz słowianofilski mistycyzm w połączeniu z żydowską mizantropją i wyłącznością stwarza pojęcie jakiegoś nowego „wybranego narodu“ robociarskiego, który ma prawo traktować całą ludzkość, a w jej liczbie i najbliższych swych braci i karmicieli, chłopów, jak jakichś chanaańczyków i filistynów!...
Pomruk przeleciał po słuchaczach, z cieniów wyłoniła się twarz Odesskiego z rozgorzałemi jak karbunkuł oczami:
— Odebrać mu głos! Co to jest?!
— Proszę nie przeszkadzać!... Każdy ma prawo wypowiedzieć się. Odpowiecie potem — uspokajał wzburzenie Gołowin.
— Tak! — ciągnął z tą samą mocą Wojnart. — Po 48 roku w Niemczech w czasach rozpaczy, zwątpienia, niezmiernego upadku i pogromu ruchu wolnościowego stworzono nowy talmud, oparty na niesłychanej nienawiści i pogardzie dla człowieka, a więc zdejmujący ciężar wysiłku o lepszą przyszłość z bark tej ułomnej istoty i wkładający go na rozwój objektywnych warunków gospodarczych. Zapowiadano przyjście Messjasza-proletarjatu, który miał wszystko załatwić, a poprzedzić miał go antychryst kapitalizmu... Wszystko robi się samo bez udziału woli człowieka, często wbrew woli, która jest tylko „subjektywnem złudzeniem“... Niech więc każdy ściga swoje powodzenie a dla powodzenia niech w pościgu łączy się w gromady, jak to robią wilki... Wszystko odpuszcza i tłumaczy klasowość!... Co najwyżej wymagana jest wiara w „księgę“, która jest wszystkiem i w której znajdą rozwiązanie wszystkie zagadnienia, odpuszczenie wszystkich grzechów, ukojenie wątpliwości, światło... A że w tej księdze są poglądy przestarzałe, płytkie i błędne, że wszystko, co tam głębsze i wartościowe, powiedzieli już przedtem, stokroć prościej i lepiej Smith, Richard, Robertus i inni, że „księga święta“ wprost sama się ośmieszyła przez awantury z „przędzą metafizyczną“ z „heglowską trjadą na wywrót“ i t. d... co to szkodzi!? Tłum o tem wiedzieć nie będzie, a chodzi przecież o stworzenie fetysza dla tłumów!... I fetysz jest, powstał dzięki usilnemu kolportażowi tysięcy broszur, dzięki mniej lub więcej skutecznemu nawracaniu niewiernych. On zawładnął koniec końców umysłami ciemnemi i dał przywództwo nad nimi, nie najdoskonalszym lecz naj... prawo wierniejszym! Każdy myślący człowiek musi odczuwać głęboki ból na widok tego niezmiernego obniżenia idealizmu, jakiego wyrazem jest panowanie tej nowej sekty. Czem w jej ręku stało się świetlane marzenie socjalistów romańskich? Wyszydzono ich i wypędzono z serc ludzkich, a zamiast ich rojeń, przepojonych miłością i harmonją, unieszczono posępną i niewolniczą, rzekomo „naukową“ utopję socjalizmu państwowego... Nie, tą drogą nie pójdzie socjalizm polski! Uratowało go, być może, to, że nie miał u swej kolebki państwa, że stała przy niej tęsknota do niepodległości. Jedynie szlachetne, choćby na pozór niedościgłe pragnienia, jedynie marzenia z czystych płynące źródeł, mogą pobudzać zwykłych śmiertelników do egzaltacji, koniecznej dla walki ofiarnej! Wierzę głęboko, że socjalizm polski nie będzie się kłaniał wiecznie klasowemu cielcowi, jak nie będzie szukał u Marksa i Engelsa pozwolenia na miłość ojczyzny, potwierdzenia prawa Polski oraz innych narodów do niepodległości... Wierzę głęboko, że lepsze, harmonijniejsze, bardziej sprawiedliwe i planowe gospodarstwo zbiorowe może być przeprowadzone jedynie na podłożu narodów jednolitych, objętych jednem terytorjum, spojonych wspólnemi potrzebami, obyczajami, związanych wspólną mową i podobieństwem dusz... Jedynie wewnątrz niepodległych narodów mogą narodzić się wyższe formy społeczne i jedynie wolne niepodległe narody mogą stworzyć wolną, pokojową federację państw... Dlatego uważam, że walka o wyzwolenie narodów powinna poprzedzić walkę o doskonalsze stosunki społeczne...
Co się tyczy rzekomej demokratyczności Rosji oraz jej pretensji do opieki nad chłopami w Polsce, to zwrócę uwagę, iż ruchy wyzwoleńcze i prądy humanitarne istniały w mej ojczyźnie już wówczas, gdy w Rosji jeszcze ludzi sprzedawano na rynkach jak bydło, co nigdy u nas nie miało miejsca... Reformy w końcu XVIII stulecia wstrzymała u nas Rosja siłą a zniesienie pańszczyzny w 63 roku zostało dokonane pod parciem naszego powstania i w znacznie mniejszych rozmiarach, niż chciał to uczynić Rząd Narodowy.
Nareszcie w sprawie żydowskiej krótko zaznaczę, że żydzi nie są narodem, gdyż nie posiadają ani własnego terytorjum, ani tej różnorodności warstw, która niezbędną jest do samoistnego bytu narodowego. Oni są klasą pasożytniczą, nie biorącą żadnego udziału w wytwarzaniu bogactw, lecz uczestniczą wyłącznie w ich podziale, przyczem nie zwracają warstwom pracującym narodu, na którego ciele żyją, żadnego ekwiwalentu w postaci duchowych i kulturalnych zdobyczy, gdyż z małemi wyjątkami wszystko przerabiają na własną kulturę, własne obyczaje, odrębny język, wierzenia i pojęcia... Inaczej być nie może, gdyż przestaliby być żydami. U nas w Polsce wielka ich ilość jest jednym z głównych hamulców reform gospodarczych, gdyż te, prowadząc do zmniejszenia liczby pośredników handlowych, godzą w podstawy bytu żydostwa... Dlatego żydzi u nas są przeciwnikami wszelkich zrzeszeń, za wyjątkiem swoich własnych, dlatego chętnie podtrzymują wszelką korupcję i rozkład, gdyż te dają najlepszy karm pasorzytnictwu... Reformy, prowadzące do zmniejszenia warstw niewytwórczych, muszą dawać możność tym warstwom wsiąkać w mrowie pracownicze. Tego z żydami uczynić nie można. Masy żydowskie nienawidzą pracy fizycznej, chcą aby inni na nich pracowali...
Tu wszczął się taki hałas, że silny głos Wojnarta chwilami tylko pokonywał wrzawę.
— Są... cudzoziemcami do żadnych praw narodowościowych... pretensyj... rościć... nie mogą... — dolatało od czasu do czasu.
— Słyszeliście co on mówi?! To gorzej niż carat! To jest pogrom!... — wrzeszczał Odesskij.
— Socjal-patrjoci!... Bandyci, gotowi robotników całego świata wymordować dla swojej Polski!... Znamy was, bojowców 1905 roku... Już wtedy mordowaliście waszych przeciwników partyjnych!... — kryczał Butterbrot.
— Przeprasam: walki bratobójcze w 1905 roku rozpoczęliście wy, socjaldemokraci Królestwa Polskiego i Litwy! — huknął gromowym głosem Wojnart, pokrywając wrzawę.
Ucichło.
— Pierwszy robotnik socjalista, zabity przez socjalistów, był pe-pe-esowski agitator, zastrzelony przez panów z es-de-ka-pe-i-el na zebraniu na ulicy Siennej w Warszawie! — ciągnął rwącym się głosem Wojnart. — Od tej chwili robotnicy zamiast się przekonywać zaczęli się wzajem mordować. Taki był początek słynnych walk bratobójczych, które dobiły rewolucję. Zwalono wszystko na burżuazję i prowokację, ale to nieprawda. Początek zrobili polscy es-de-cy, mała grupka, kierowana przeważnie przez Żydów oraz nielicznych Polaków, których dusze całkowicie zatrute zostały przez doktrynę, uprzedzoną wyłącznie z nienawiści i negacji...
Znowu wszczął się hałas nieopisany.
— Hańba!...
— To nieprawda! Kłamie!
— To nie my, to en-decy!
— Wyście zrobili początek, oni koniec!...
— Wyście zawsze byli razem z nimi przeciw niepodległości!... — krzyczał Wątorek!
— On ubliża całemu kierunkowi!
— Ukryty odstępca!...
— Idjota!... Precz z nim!
Najwięcej, rozumie się, hałasowali Żydzi.
Gołowin stukał mocno trzonkiem noża w pryczę i wołał coś, czego nie było słychać, wreszcie wyjął zegarek i pokazał.
Zrozumiano, że czas przemówienia Wojnart wyczerpał i że dalej mówić już nie będzie. Uciszyło się i Gołowin znowu opanował tłum. Mówcy licznie zapisywali się do głosu. Ożywienie powszechne wzrosło. Słuchano w wielkiem skupieniu.
Odpowiadali poważnie i rzeczowo Aronson, Lwów, Kotow; namiętnie Somow i Awdiejenko; oskarżał i oburzał się Butterbrot, a Odesskij wprost szalał:
— Dobrze, kiedy tak! Pamiętajcie: my nigdy nie pozwolimy na waszą niepodległość! Nigdy! Taka reakcja, takie ludożerstwo! Słyszeliście!? Teraz sami przekonaliście się, panowie towarzysze, z ust tego Polaka, co to są Polacy. Jakie to jest zacofanie i kontr-rewolucja!... To już nie ja powiedziałem, to on sam powiedział, że tam będą prawa wyjątkowe, że tam będzie gorzej niż carat. Tak, towarzysze, gorzej niż carat!... Niepodległa Polska, tfu, kto ją chce? będzie niebezpieczeństwem dla całej ludzkości!
Na nieszczęście Wojnart nie mógł wszystkiego wysłuchać, gdyż obowiązki starosty powołały go przed kolacją do kuchni. Gawar i robociarze zaciskali pięści, ale nieznajomość języka onieśmielała ich i wstrzymywała od wystąpienia. Doktór Frączak i Potocki dziwnie milczeli.
— Dyskusja jest zbyt burzliwa. W dodatku nie zgadzam się z tem; co powiedział Wojnart. Musiałbym szczegółowo motywować, na co dziesięć minut za mało!... — tłumaczył się doktór.
— Teraz to i ja nie mogę mówić o niepodłeglości... Wszystkich on nas zarżnął i poco? — skarżył się żałośnie „Monsieur Puritz“.
Wtem z ciemnego kąta wysunęła się dziwna stożkowata głowa, spłaszczona z boków z wydłużoną i bladą twarzą fanatyka, w której gorzały ciemne, drobne, niespokojne oczy.
— Towarzysz Wolski ma głos! — obwieścił Gołowin.
Wszyscy umilkli i zwrócili spojrzenia na tego małoznanego i małomównego zazwyczaj człowieka.
— Słyszałem — zaczął ten, opuszczając zwykły zwrot „towarzysze“ — słyszałem głosy oburzenia z powodu wypowiedzianej myśli, że nauka Marksa stała się pewnego rodzaju „religją“, a jego księgi „talmudem“. Inne stąd wyciągam wnioski, ale tak jest: nietylko marksizm, lecz wogóle socjalizm już kostnieje, starzeje się, staje się dogmatem, nieomylnem objawieniem, potrzebnem dla pasożytniczej mniejszości, aby pracującą większość trzymać w poddaństwie i rygorze. Chrześcijaństwo też było w początkach religją niewolników, a jednak stało się następnie religją panów i grabieżców. Utopijna młodość socjalizmu wprawdzie dawno minęła, lecz jego dojrzałość, którą nam tak szumnie zapowiedziała niemiecka socjal-demokracja, głosząc rzekomy rozbrat ze wszelkiemi idealistycznemi oraz religijnemi prądami w historji, wcale nie okazała się lepszą. Socjaldemokracja jest to, krótko mówiąc, protestantyzm socjalizmu, tani i prostaczy wyrób niemiecki, wmawiający w każdego nieuka i głupca, iż jest mądry, ponieważ może czytać i komentować biblję marksowską. Uczą go tam przedewszystkiem czekać cierpliwie na przyjście raju socjalistycznego, a tymczasem sławić w modlitwach Manifestów komunistycznych zwykły postęp mieszczański. Raj miał nastąpić, kiedy do organizacji przyłączą się tysiące, następnie setki tysięcy, a kiedy i to przyszło, powiedziano, że potrzebne są miljony... no i, rozumie się, odpowiedni sztab organizacyjnych urzędników. Teraz już mówi się o chwili przewidzianej w marzeniach naukowego socjalizmu, kiedy socjalna-demokracja z partji ładu i porządku przetworzy się w partję rządową, partję już dość wyćwiczoną w umiejętności wyzysku, w zdolnościach łupiestwa i gnębienia mas robotniczych. Ten najgłębszy, najtajniejszy cel pokryty jest umiejętnie obłokiem rewolucyjnych frazesów, wstrętnie zwietrzałych i oklepanych, ceremonjałem zjazdów oraz rezolucyj pełnych usypiającego fałszu i rzekomo przewrotowego świętokradztwa! Bo przecież spółczesny socjalizm jest największym przeciwnikiem gwałtownego przewrotu, on mówi wciąż o legalizmie, o prawie większości, o powszechnem głosowaniu, o powolnej ewolucji instytucji, organizacji i form gospodarczych. Objektywną katastrofa przemysłowa, od woli ludzkiej niezależna, ma być uwieńczeniem tego postępu i uczynić każdą istotę ludzką, rodzącą się na ziemi, współwłaścicielem bogactw świata i współdziedzicem dóbr kulturalnych; w tym jednak celu należy czekać cierpliwie aż pora dojrzeje, a tymczasem spełniać skrupulatnie, co każę prawo i do czego zmusza pikielhauba... Inne odmiany socjalizmu, narodowe i nienarodowe, oczarowane wzrostem oraz potęgą socjaldemokracji niemieckiej, wierzącej w trójcę Marksa, Lasala i Engelsa, idą posłusznie w ogonie jej polityki... Czasem udają opozycję dla ożywienia interesu... Ale wszystko to jest bezwstydną blagą i świadomym fałszem. Przebiegłe i drapieżne ręce zamiast starego butwiejącego już jarzma szykują nowe, które włożą na karki uśpionej rytualnym frazesem masy robotniczej. Bo przecież wywłaszczenie fabryk i ziemi zniesie wprawdzie eksploatację kapitalistyczną, lecz nie usunie eksploatacji państwowej, biurokratycznej... Swoją napaścią na fabrykanta socjalista bynajmniej nie zagraża pensji dyrektora i inżyniera... Socjalizm zwycięski obiecuje pozostawić nienaruszalnemi wszelkie dochody „rąk białych“, jako płacę zarobkową robotników umysłowych. Kautski upewnia, że inteligencja nie jest ani zainteresowaną, ani nie bierze udziału w eksploatacji kapitalistycznej... Socjaldemokracja a za nią i inne socjalizmy odkładają przewrót do czasu zupełnego zwycięstwa demokratycznego ustroju. „Ustrój demokratyczny“ ma stopniowo ogarnąć drogą wykupu i „uspołecznienia“ najbardziej rentowne przedsiębiorstwa. Ale proletarjat nie chce wykupu, bo płacić może tylko własną pracą, to jest będzie musiał dalej oddawać nadwartość tej samej klasie wyzyskiwaczy, która się będzie nazywała inteligencją zawodową i która dzięki tej nadwartości da swym dzieciom wykształcenie, wiedzę i zdrowie, niedostępne dla dzieci proletarjatu... W ten sposób utrwali się byt nowej warstwy, którą już mamy i która niby to ma pomóc proletarjatowi wywłaszczyć kapitalistów i obszarników z narzędzi pracy. Otóż twierdzę, że ta nowa klasa umysłowej arystokracji jest stokroć groźniejsza dla proletarjatu niż sam kapitalizm, i że wyzysk nigdy nie zostanie zniszczony, dopóki ona istnieje; ona jest kapitalizmu najsilniejszą obroną i ostoją, ją proletarjat powinien przedewszystkiem złamać i zniszczyć... Albowiem wtedy tylko upadnie i sam kapitalizm...
Umilkł.
Długą chwilę panowała cisza.
— Więc co?... Co pan proponuje?...
— Co proponuję? Nic nie proponuję. Ja żądam zniszczenia inteligencji!...
— A co, nie mówiłem!?... — krzyknął radośnie Gorainow.
— A wiedza, nauka... potrzebne, bądź co bądź — bąkał Gołowin.
— Komu potrzebne?... Proletarjat z nich nie korzysta...
— Więc tak: goły człowiek na gołej ziemi!... — wybuchnął Wojnart.
— Choćby tak: goły człowiek na gołej ziemi! Proletarjuszy to nie przeraża — oni i tak są goli!...
— A potem znowu: panowanie ludzi silniejszej pięści nad słabszemi jak w przedświcie człowieczeństwa i powtórzenie całej historji... o... białym byczku! — roześmiał się Kotow.
— Nie, powtórzenia nie będzie, bo pozostanie... doświadczenie!...
— Komu?...
— Tej garści inteligencji, która stanie po stronie rewolucyjnego proletarjatu!...
— Ja dawno to mówię!... — szepnął do Wątorka i Wickiewicza Finkelbaum.
Robociarze milczeli poruszeni i zafrasowani.
Ponieważ nikt głosu nie zabierał, Gołowin zebranie zamknął.
Znużeni więźniowie powyciągali się na pryczach i otulili w swe szare chałaty. Gwar rozmów zamieniał się zwolna w szmer i szept.
Nazewnątrz wzburzona rzeka biła w boki, cicho potrzaskującej i kołyszącej się rytmicznie barki, pieniste jej fale skakały i zaglądały do słabo połyskujących w ciemnościach luminatorów, wiatr huczał i gwizdał na wrębach statku.
— To nie może być, żeby taki... taki ganef, taki głupiec, taki reakcjonista był naszym starostą, naszym przedstawicielem! Ja tego nie zniosę, tego nie można wytrzymać!... — syczał cicho Odesskij do Butterbrota.
— Ja też tak myślę, ale uspokój się, bo to tak dłużej teraz już nie może być... Kogo jednak wybrać?... Może Wolskiego? Co?...
— Phy! — roześmiał się Odesskij. — Tobie zawsze żarty w głowie!...
— On wcale nie gorszy od tego Polaka, on nawet lepszy, bo on nie wie czego chce, a my wiemy...
— My o tem pomyślimy. Jest czas, bo teraz najtrudniejsze są miejsca podróży: Perm, Tiumeń, kolej żelazna. Niech ten Wojnart to wszystko zrobi. To jak znowu siądziemy na parowiec na Obi, można będzie go zwalić i wybrać nawet kogo z naszych!... Co, jak myślisz towarzyszu?
— Ja myślę... — odszepnął Butterbrot — że już teraz trzeba go zwalić, że trzeba wybrać na te trudne miejsca Dobronrawowa, to jak on wszystko popsuje, jak będzie trochę głodu i nieporządku, wtedy my swojego wybierzemy, a jak wszystko się poprawi, bo poprawią się warunki, to on wygra! Hę?!
— Masz kiepełe, Butterbrot, a ja myślałem, że ty już całkiem od nas odszedł!
— To ty wiedz, że ja odszedł, że ja jestem szczery rewolucjonista i nic nie zrobię przeciwko międzynarodowemu proletarjatowi! Ten Wojnart to nacjonalista!...
— Ja też jestem nacjonalista!...
— Nie, ty nie jesteś nacjonalista, a jak to mówisz, to jesteś poprostu głupiec... Może nic?... Ty dla ludzi nazywasz się przecież Boris Wlodimirowicz Odesskij, chociaż ja wiem, że ty jesteś Szmul Odesser. ... Czy tak robi nacjonalista?... Każdy Polak to się swoją polskością szczyci... A ty co?... Ty nawet żargonem nie mówisz!... Ty po hebrajsku słowa nie umiesz... A do Palestyny to byś za najgorszą karę nie pojechał... Bo to blaga!... Ty o tem wiesz! I poco ci ta ojczyzna, ten garb zupełnie niepotrzebny... Niech inni z nią mają kłopot... Ty jesteś poprostu ruski żyd, litwak... A jutro będziesz polski żyd, a za rok to może będziesz niemiecki żyd, albo francuski... My to wiemy i dlatego my, międzynarodowi socjaldemokraci możemy na wasz żydowski nacjonalizm nie zwracać uwagi, bo on wcale socjalizmowi ani rewolucji nie grozi... Na was dmuchnąć i was niema! Wy zostaniecie tem, czem wam dyktatura proletarjatu zostać każę. Może nie? Co?!...
— Może i tak! Co będzie, to my wtedy zobaczymy!... Teraz powiedz, kto to jest ten Wolski?
— Ten Wolski, to on głupiec, on wcale nie jest niebezpieczny. Taki sobie „myślowy bandit“!...
— Idziesz już?
— Idę!...
— Śpij spokojnie!... A nawet... wiesz co ja ci powiem: niech cię Bóg Izraela ma w swej opiece!...
Butterbrot uśmiechnął się pogardliwie i uścisnął mu rękę.






XIV.

Wiatr przeciwny i szaruga opóźniały podróż.
Przystanie, na których zatrzymywał się parowiec, aby przeczekać mgłę nocną, albo naładować drzewo, przeznaczone na paliwo do kotłów, były to wsie lub liche mieściny, gdzie nie można było nic dostać, ani kupić. To też Wojnart był zmuszony ogłosić, że ilość cukru, wydawanego codzień rano na ręce każdemu więźniowi, zostanie zmniejszona do połowy.
— Inaczej nie starczy nam zapasów do Permu i będziecie musieli pić gorzką herbatę. Kapitan statku odmówił wprost oznaczenia terminu przybycia!...
— Należało wcześniej o tem pomyśleć!... Dlaczego nie zakupiono więcej?...
— Im dalej na wschód, tem drożej będziemy płacić za takie rzeczy jak cukier!...
— Co za dziwna gospodarka!...
— Mięso nieświeże!...
Odzywały się niezadowolone głosy.
— Zakupy musieliśmy ograniczać po pierwsze: ze względu na przewóz ich z przystani na kolej, z więzienia do więzienia, większych ciężarów nosić nie miał kto, a wozów najmować zarząd więzienny i konwój nie pozwalał... Po drugie musimy się liczyć, z tem, że pieniędzy mamy niedużo... Należy przestrzegać w zakupach pewną proporcjonalność — bronił się Wojnart.
— Można było zrobić oszczędności na tytoniu!... Za dużo palicie, to szkodzi zdrowiu!... — wołali jedni.
— Za dużo pijecie herbaty!... Całe dnie babrzecie się w czajnikach!...
— Właśnie chciałem zaproponować, żeby zużycie herbaty również zostało ograniczone do dwóch kubków z rana, dwóch kubków po obiedzie i trzech wieczorem!... Wobec zmniejszenia ilości cukru...
— Protestujemy przeciw ograniczeniu herbaty...
— W takie zimno i tu na wodzie żołądek musi być dostatecznie rozgrzany!... Pić można „w prikusku“ dla oszczędzenia cukru.
— Ależ, panowie, to są nie kubki, a kubły!...
— Cóż z tego, że wielka Teodora, kiedy głupia!... — zażartował ktoś.
— Pogodzę was!... — wystąpił Wujcio.
Ograniczyć ilość płynów na rzecz jakości... Wyrzec się herbaty i cukru na rzecz wódki... Cukier w gruncie rzeczy to samo co wódka, gdyż, jak wiemy, pod wpływem śliny zamienia się na alkohol... Ułatwić przemianę chemiczną!...
— Tak, tak!... — wołał poeta Orłów. — Ekonomja energji przedewszystkiem!...
— Starosto, od jutra kieliszek wódki przed każdem jedzeniem!
— Wyrzekam się herbaty i cukru do samego Permu, o ile odrazu dostanę butelkę...
Żarty, śmiechy, przekomarzania się przerwały poważną naradę i wezwany do konwojowego oficera Wojnart, otrzymał wskazówki dość mgliste i dwuznaczne, uchwalone bez głosowania, drogą aklamacji.
— Rób, co chcesz, byłeś nas dowiózł na miejsce zdrowo i w ...dobrych humorach!
— To ostatnie przedewszystkiem!... — wołał za nim, Wujcio!... Cóż panowie, zaśpiewamy?...
— Kiedy nie wolno!...
— Komisja jeszcze się nie wypowiedziała?...
— A nie!... Wiadomo co znaczy odesłać do Komisji!...
— Głupstwo! Zakwestjonowane są pieśni polskie i rusińskie, ale nie rosyjskie!...
— Słusznie!... Po rosyjsku wszyscy umieją!... Łatwo skontrolować... Usuwając rzeczy niezrozumiałe, usuniemy powód do niezgody!...
— Gotowe!... Zgoda!...
— „O czem szumitie wy, narodnyie witii“ — deklamował Orłów.
— Chór na górę!... — komenderował Wujcio.
Wszyscy wyszli na pokład, choć tam było smutno, wilgotno, wietrzno i zimno. Na dole został tyiko chory Dżumibadze i „wieczni czytelnicy“.
Zadeszczone, górzyste i lesiste brzegi oraz wzburzona czarna rzeka wolno sunęły z obu stron rozkołysanej barki:

„Nieludimo nasze morje...“

zabrzmiała smętna pieśń.
Polacy nie przyłączyli się do chóru, stali razem w kącie tuż przy siatce, oddzielającej połowę kobiecą, gdzie wiatr nie tak dokuczał i rozmawiali półgłosem. Gawar śledził z zaciekawieniem małego chłopaczka z krzywemi nóżkami i wielkiemi odstającemi uszami, odzianego w barankowy kubraczek, którego za rękę prowadziła pieczołowicie po pomoście Marusia.
— Czyje to dziecko? — spytał Cydzika.
— Nie wiem, zdaje się, że tej, co to się nie pokazuje!...
Gawar poczuł bolesne ukłucie w sercu i nie spuszczał już oczu z dzieciaka; nie doszukał się jednak w jego rysach podobieństwa z matką. Tylko piękne gęstemi rzęsami opuszone oczy miały ten sam morski, mieniący się kolor.
Życie zbiorowe wśród więźniów nie wracało jednak po dyskusjach politycznych do dawnej zwartości; nietylko, że chór nie śpiewał ani tak długo ani z takim zapałem jak dawniej, lecz i rozmowy ogólne, dawniej owiane humorem i serdecznością, zamieniły się w pokątne szeptania posępne i podejrzliwe. Rusini zupełnie się odsunęli od wszystkich, a wieczorem przy rozlewaniu herbaty wybuchnęły formalne rozruchy.
Gdy Gorainow po raz czwarty podszedł z kubkiem do ogromnego blaszanego samowara, dyżurny szafarz Bolesław Potocki odmówił mu herbaty na zasadzie porannej uchwały, ograniczającej porcje do trzech kubków. Rozżalony szewc cisnął i cukier, i kubek pod nogi dyżurnego, wołając:
— Przeklęte inteligenty, żałujecie robotnikowi! A przecież to nasza krew i praca, a nie wasza!... Prwdę powiedział Wolskij, że wy jesteście najwięksi burżuje na świecie!...
Potocki obraził się, zdał dyżurstwo i przestał nalewać herbatę oraz rozdawać cukier. Zajął się tem Finkelbaum, co skończyło się tak, że wielu spóźnionych, tych, co wrócili z dyżuru w kuchni, nic nic dostali. Wydał im wprawdzie Wojnart dodatkowe porcje i zaparzyli sobie osobno świeżej herbaty, lecz na tle powszechnego rozgoryczenia powstały namiętne spory na temat: czy jest rzeczą koleżeńską wyznaczanie sobie porcji i czy wogóle można przyjąć zasadę ograniczenia apetytu bliźniego zapomocą głosowania?
Po długiej i gwałtownej dyskusji poranna uchwała normująca spożycie cukru, herbaty, tytoniu upadła, zwalona znaczną większością głosów.
— W takich warunkach nie mogę wziąć na siebie odpowiedzialności za wyżywienie was, panowie, i ustępuję!! Proszę wybrać kogo innego — wyrzekł z rozżaleniem Wojnart.
— Cóż znowu! Dlaczego!?... Jesteśmy zadowoleni!... Bardzo prosimy!... — rozległy się głosy, ale było ich mało.
Żydzi wraz ze stronnictwem Orłowa i Wujcia milczeli. Po krótkich naradach i szeptach z ich grona wysunięto kandydaturę Dobronrawowa, który wybór przyjął.
Kiedy zebranie już zaczęło się rozchodzić, podszedł do nowego starosty Wojnart i spytał napozór spokojnie:
— Zaraz chcecie objąć obowiązki, czy poczekacie do Permu?
— Zaraz, zaraz!... Po co czekać!? — krzyknął Odesskij, przechodząc mimo nich pod rękę z Butterbrotem.
— Mówią, żeby zaraz, ale w gruncie rzeczy... lepiejby było w Permie, bo to tak jakoś gładziej wypadnie!... Jedno się kończy, drugie zaczyna!...
— Niektórych rachunków nawet nie mógłbym wcześnie przedstawić, gdyż prowadzę je razem z kucharzem parostatku...
— Z kucharzem parostatku?... Pysznie! właśnie on mi potrzebny... Przez niego będzie można dostać... wiele rzeczy! Eh, towarzyszu, niewinni jesteśmy wszyscy i prostaczkowie jako aniołowie niebiescy! Poco było tak zaraz prosto z mostu walić!... Nie frasujcie się zresztą, wszystko będzie dobrze i wszyscy będą zadowolnieni!
Uśmiechnął się znacząco i spojrzał trochę z góry na widocznie zakłopotanego Wojnarta.
— Co na nich zważać — dodał ciszej. Powiem wam: będziem chodzić we dwóch, dopóki ja się nie rozeznam w ...okolicznościach i nie wywiodę Izraela z domu niewoli... Bo o Izraela głównie tu chodził... Może nie?... Co?! — prawił dalej pół serjo, pół-żartem.
— Owszem bardzo chętnie... — zgodził się Wojnart.
— Byle tylko dozwolili ci „archarowcy“! — skinął głową w stronę straży.
— O to narazie niema obawy; nie potrzebujemy im mówić, że zaszła zmiana, a ja będę was brał niby do pomocy. Zgoda!?...
— Ależ owszem!
— Najmilsza zawsze jest „zgodencja“! Nieprawda, co?
— Wyznaję, iż ważną jest dla mnie rzeczą, możność wychodzenia na miasto...
— Dlaczego nie!? Będziemy chodzić! Co to szkodzi?! Tylko z waszej strony też musi być zgoda na inne rzeczy!
— Rozumie się; więc idziemy zaraz do kuchni!
— Parfaitement!
Przechodząc na pokładzie mimo spacerujących pod rękę Odesskiego i Butterbrota, Wojnart uderzony był rzuconym przez nich na niego spojrzeniem i dość głośno wypowiedzianem zdaniem:
— A co zmiękła mu rura?
— Nawet więcej jak przypuszczałem! — odszepnął cicho Butterbrot.
— Może jaka szacherka! Jaki mały niedobór! Ha, ha!... To byłby „fein“! Ten, ten psi syn, ten ganef, który mówi, że my jesteśmy narodem wyzyskiwaczy, gdyby się sam okazał... On się napewno okaże! Co? Zobaczymy!... Co!
— Nie wiem „co“, ale już ja go z oka nie spuszczę! Ja go znam, on „sztuka“, on był kiedyś w pe-pe-es, udawał klasowca. Wszyscy oni tam tacy w pe-pe-es!... — szeptał Butterbrot z zawziętością.






XV.

Permskie więzienie stoi już na pograniczu Sybiru.
Gdy wielka, mocno okuta, jego brama otwarła się przed przypędzonymi z barki więźniami, gdy rzucili wzrokiem w głąb ciasnego podwórca, okolonego wysokiemi białemi murami, gdy wsłuchali się w lecący z okratowanych okien głuchy brzęk łańcuchów, umilkły rozmowy, pobladły zlekka twarze i tłum skazańców zawahał się, jakby nie miał odwagi przekroczyć progów krainy, „dokąd idzie tak wielu, a skąd wraca tak mało“!
— Nu, nu! Pszli! Czawo ziewajetie! — rozległ się okrzyk konwoju i żołnierze nacisnęli na aresztantów. Leskow podchwycił słaniającego się na nogach Dżumbadzego i ostrożnie poprowadził go w tłumie.
Więzienie okazało się wcale niegorszem od innych, było tylko ciaśniejsze i brudniejsze. Skoro tylko straż więzienna policzyła przybyć łych gości, skoro przejrzała dość pobieżnie zawartość ich worków podróżnych, skontrolowała okucie, skoro wreszcie przyjęła od byłego konwoju spisy ludzi, ich pieniędzy i ich rzeczy, straże dawniejsze znikły, a wraz z niemi znikła srogość i urzędowość z twarzy nowych nadzorców.
— Gdzież wasz starosta?... Mówił, że chce iść do miasta!... Owszem, niech idzie, tylko niech się śpieszy, bo wieczór za pasem! Sam z nim pójdę.
— Nawet w „zamku więziennym“ można wszystkiego dostać!... Byle były pieniądze! Ha, ha! — dodał ze śmiechem starszy nadzorca, zwracając się do politycznych.
— Dwóch jest starostów; ja i oto ten pan! — odpowiedział Dobronrawow, wskazując na Wojnarta.
— Dwóch?... Dlaczego aż dwóch?...
— Bo nas dużo, bo są wśród nas skazani sądownie i administracyjnie! Więc dwóch...
— Ale wy obaj widzę katorżnicy!... Jakże tak!?
— Tak się stało!... Tak wybrano! — uspokajał nadzorcę Wojnart. — Idziemy?
— A no chodźmy!...
— Czy nie można nie zamykać drzwi na korytarz, żebyśmy mogli wychodzić z cel swobodnie? Przecież my tu tylko na parę dni! — prosił Gołowin.
— Nie!... Tego sam nie mogę uczynić!... Naczelnik więzienia kazał zamknąć. Spytam się; jestem człowiek dobry i chętnie wszystko zrobię co ode mnie zależy... Rozumiem was, pojmuję, panowie, ale muszę się spytać!...
— Niech się pan spyta!
— Kazano oddzielić was od kryminalnych, żebyście nie szerzyli zarazy! — dodał cicho, tajemniczo nadzorca, cofając się ku drzwiom.
Dobronrawow z Wojnartem czekali już na korytarzu. Klucznik drzwi zaryglował i pośpieszył za starszym nadzorcą i starostami, aby im otworzyć wyjście zewnętrzne.
W kamerze tymczasem więźniowie rozkładali się na pryczach:
— Ostrożnie koło ścian, pluskwy!...
— O jej, jaka ich moc!...
— Zjedzą nas, doprawdy zjedzą!...
— Witam cię kraju syberyjski, pełny zwierza i romantycznych przygód!
Rozległy się śmiechy i wołania. Ze dworu głośno stukano w okno.
— Kto tam?
— Otwórzcie lufcik!...
— Ktoś zagląda przez okno!...
— Ale gdzie tam: to kosz. Otwórzcie lufcik i zajrzyjcie; w koszu pewnie kartka!
Z trudem odemknięto brudną i zakurzoną niesłychanie ramę szyby. Tuż przed lufcikiem za kratą kołysał się na sznurku nieduży koszyczek...
— Butelka, patrzcie butelka!...
— Tak, butelka!?... Niesłychane!... Dawaj ją tutaj! — wołał w podnieceniu Wujcio.
— A jakże: wszak to może być wódka!
— Właśnie! Przecież widzisz, że nie atrament!...
— Towarzysze — doprawdy wódka!...
— A tu kartka!...
— Dawaj obie!... — krzyczał na stojących przy lufciku z dołu Orłów.
„My, anarchiści, więzieni tu od przeszłego roku, pozdrawiamy was, bracia, i prosimy o wiadomości, o gazety i tytoń, których jesteśmy pozbawieni“.
— Hurra!... Niech żyją anarchiści!
— Zanim wróci starosta, posłać im, co jest!
— A może to blaga, może to zwykli kryminaliści!...
— Spytać się przedtem o ich nazwiska i z jakiego procesu...
— Przecież przysłali nam wódkę, więc choć za to im wypada natychmiast coś posłać... Oni nam zaufali!... — dowodził Wujcio.
— Racja!... Posyłam im... sonet!... Oto go kładę — wyrzekł niezmiernie poważnie Orłów i zapisaną kartkę na dno koszyczka opuścił.
— Posłać im, posłać, o co proszą! Choćby byli kryminalistami, nic wielkiego. Bądź co bądź są więźniami! — wołano z tłumu.
Za chwilę koszyk wypełniony gazetami, papierami i tytoniem uniósł się w górę. Wujcio rozlewał i rozdawał po troszeczku w filiżance złaknionym szacowny nektar.
Tymczasem starostowie pod strażą starszego nadzorcy i dwóch żołnierzy śpieszyli środkiem ulicy na plac targowy do „Gościnnego dworu“.
— Zaprowadzę was do najlepszych kupców i do... uczciwych! Inni gotowi was wyzyskać, żeście nietutejsi, że nie znacie cen... Ci — nie! Za nich ręczę jak za rodzonego ojca!... Nieposzlakowani ludzie, całe miasto ich szanuje, a oni lubią was; wszystkie partje przechodzących aresztantów u nich kupują i są zawsze zadowolone!... Doprawdy nie lżę!... Jak Boga kocham!... — gadał nadzorca.
— Tak, tak! Rozumie się... Ale przedtem możebyście wstąpili gdzie coś przetrącić?! Tak na krótkie nabożeństwo, bo na picie herbaty niema czasu!... Głodny jestem!... — przerwał Dobronrawow.
— Poco wstępować!?... Kupcy poczęstują, słowo im tylko szepnę a wszystko będzie, jak się patrzy!... Oho, nie znacie jeszcze naszych sybiraków!
— Czy ci kupcy są sybirakami?
— A jakże i ja też jestem sybirak!... — z dumą objaśniał nadzorca.
Wojnart milczał, rzucając nieznacznie spojrzenia na drzwi mijanych magazynów i wyloty ulic. Zatrzymał się nagle na rogu.
— Słuchaj, Dobronrawow, tu widzę przyzwoity sklep kolonjalny, możnaby spytać o herbatę i cukier... Blisko od przystani, łatwiej przenosić! — rzekł podniesionym głosem.
— Ależ nie, to nie tu!... To taki sobie polski, marny sklepik!... Nie będzie miał nawet tyle zapasu, co panom potrzeba... Szkoda fatygi... — protestował nadzorca.
Dobronrawow wahał się i spoglądał na towarzysza, zdziwiony wyrazem jego twarzy oraz tonem głosu.
We drzwiach sklepu ukazała się panienka w czarnym żakiecie i w czarnym kapelusiku z białem skrzydełkiem na głowie.
— Mówisz pan, że nie będzie miał tyle towaru, co nam trzeba? A jak się nazywa ten pan kupiec? I gdzie on? — pytał dalej głośno Wojnart.
— Nazywa się Sierebriakow! Sklep ma w Gościnnym Dworze na rynku.
— Jak, Sierebriakow? — powtórzył krzykliwie Wojnart. — Owszem, chodźmy do Sierebriakowa. Słyszałem, że to dobry kupiec.
— Kupiec pierwsza klasa! — przytakiwał gorąco nadzorca.
Panienka w czarnym kapelusiku minęła ich pośpiesznie, poczem Wojnart ruszył ciężkim krokiem, poprawiając od czasu do czasu opuszczające mu się na pasku kajdany.
— Parfaitement, parfaitement!... Dziwne są drogi Pana i sług jego!... Co za mucha ugryzła dziś twoje łańcuchy!? — wrzeszczał zabawnie Dobronrawow.
— Cicho! Nie śpiesz się!... — odszepnął po francusku Wojnart, ściskając go za rękę.
— Acha!... — odrzekł ten. — Wybornie, ale nic nie rozumiem. Coś powiedział? Hę? Powtórz po rusku albo po polsku. Niech cię Bóg kocha!
— Więc poco gadasz francuskie wyrazy?
— W seminarjum uczono nas po francusku jedynie przysłówków... Więc dlatego mówię: parfaitement! Zrozumiano!
— A, ot i Sierebriakow!... Chodźcie panowie! Tam już na nas czekają!... — przerwał im podejrzliwie rozmowę nadzorca.
Istotnie przed ciemnym, ale dużym sklepem, zajmującym kilka okien pod arkadami Gościnnego Dworu, stał łysawy, starszy już subjekt, uśmiechał się i kłaniał uprzejmie w ich stronę.
— Ach! Wasyli Ferapontowicz, dawnośmy się nie widzieli!... Jakże zdrowie? Aleksandra Tymofeicza niema, ale zaraz będzie, posłałem po niego, jak tylko panów spostrzegłem.
— To to!... Prowadzę wam aż dwóch starostów: jeden od sądowych, a drugi od administracyjnych... Polityczni... Poczęstowaćby należało, mówią, że nic nie jedli — szepnął nadzorca, nachylając się do ucha subjekta.
— Możeby odrazu do mieszkania Aleksandra Tymofeicza, co?
— Ależ nie!... Przedtem my coś nie coś wybierzemy!... — wstawił Wojnart i wszedł, nie czekając na odpowiedź, do sklepu.
Dobronrawow, nie śpiesząc się, podążył za nim, pociągając za sobą nadzorcę, żołnierzy i subjekta.
Panna w czarnym kapelusiku już tam była i stojąc u lady, przebierała w towarze; obok stał Wojnart, jedną ręką oparty wpobliżu tych towarów, drugą wskazywał posługaczowi na półkę.
— Parfaitement, parfaitement!... — mruczą! Dobronrawow, obrzucając wnętrze bystrem spojrzeniem.
— A jakże będzie z przekąską? — zwrócił się do nadzorcy.
— Zaraz będzie, już powiedziano!...
— A czy to tak wypada?...
— Dlaczego nie?... Zawsze się tak robi!... Zobaczy pan, jacy oni ludzie przyjemni!
W tej chwili w drzwiach za kontuarem zjawił się otyły, tęgi mężczyzna z rudą rozłożystą brodą i małemi oczkami, czerniejącemi jak para rodzynków wśród płaskiej, pulchnej i rumianej twarzy.
— Miłosti prosim!... Niech panowie wybiorą, co sobie życzą, a potem proszę do mnie, jeżeli łaska, abyśmy mogli spokojnie załatwić rachunki!...
— Jak się macie, Cyrylu Dawydowiczu, moje uszanowanie „z ogonkiem!“ — zwrócił się żartobliwie do nadzorcy. Uścisnęli się za ręce.
Dobronrawow wyjął spis sprawunków i zaczął wymieniać przedmioty; Wojnart udawał, że mu pomaga, ale był tak wzruszony, że wciąż się plątał.
— Daj spokój, jeszcze spostrzegą! — szepnął mu Dobronrawow. — Ja będę sam wybierał, a ty zapisuj ceny, żeby nam nie podwyższyli w rachunku!
Dwóch subjektów i jeden chłopak obsługiwali starostów, a drugi chłopak stał gotowy do usług przed panienką, która pochylona nad ladą pisała szybko w notesiku.
— Więc proszę, ot te rzeczy, zanieść do Północnego hotelu i zostawić tam z tą oto kartką! Należność płacę zaraz. Aha, aha! Proszę jeszcze cytrynę, proszę wszystko razem zapakować! — wyrzekła wreszcie nieznajoma, podnosząc zarumienioną twarzyczkę.
Wojnart na krótkie mgnienie utkwił źrenice w jej pociemniałych oczach; dziewczyna z ledwie dostrzegalnem westchnieniem zlekka się w tył pochyliła i opuściła jednocześnie głowę i powieki.
— Pud cukru w kostkach — sześć rubli... — dyktował mocnym głosem Dobronrawow.
— Ech, mało!... Co to pud?... To nic!... Radzę wziąć więcej, bo tam za Uralem ceny będą o wiele wyższe!
— Przewóz trudny!... Nie pozwolą więcej — tłomaczył Dobronrawow.
— Bierz pan, bierz! To się zrobi, przedstawię powody naczelnikowi więzienia — on dobry człowiek — uspokajał go nadzorca.
— Tak, ale zawsze trzeba znać miarę!... Przecież stąd pojedziemy koleją!
— Tak jest, koleją, ale dwa dni będziecie jechać!... Obiadów w drodze niema, herbatą się będziecie musieli ratować!... Radzę cukru wziąć więcej!...
Dobronrawow tak manewrował, rozmawiając, że znalazł się rychło między strażą a towarzyszem.
— Zapewne. A wiele to w takiej paczce?
— Dziesięć funtów...
— Więc proszę... — długo się namyślał, trzymając wszystkich w napiętem oczekiwaniu — proszę... dziesięć takich paczek!... Chyba dosyć!...
— Niech będzie dosyć!... — zgodził się kupiec.
W tej chwili panienka wręczyła kupcowi pieniądze, otrzymała resztę i ukłoniwszy się głową wyszła ze sklepu.
— Co?... Mamselle! Ładna szelma!... — szepnął nadzorca, wiodąc za nią oczyma.
— Dużo tu takich, przejezdnych!... — bąknął kupiec, kiwając głową.
— Aleksander Tymofeicz, Marta Fiodor równa kazali prosić!... — cicho powiadomił go chłopak.
— Więc idziemy, panowie! Proszę bardzo na chleb i sól, na herbatę!... — zapraszał ten gościnnie.
Rozradowany nadzorca ruszył przodem, zanim poszli więźniowie, a żołnierze na końcu.
Stół był suto zastawiony butelkami i przekąskami.
Czas upływał szybko na wesołej pogawędce, wszyscy żałowali, że go mają tak mało.
Jeden Wojnart jadł i pił mało, a jeszcze mniej mówił.
— Co pan taki niemówny i niejedzący? Może pana ta panna urzekła? — zwrócił się doń podchmielony nadzorca.
— Chyba! — roześmiał się ten. Wciąż jednak musiałbym ją spotykać, gdyż wciąż jestem taki!... Czy nieprawda, Dobronrawow?!
— A jakże, zawsze jest taki! Innych kocha więcej niż siebie, jak Pismo święte każe!... Woli, żeby za niego jedli i pili!...
— A może nie smakuje?... — pytał się kupiec.
— Co znowu!... Dałbym mu kazanie!... Takiej ryby solonej nigdzie w Europie, ba, w całym świecie niema!... Wasze zdrowie w wasze ręce, Aleksandrze Tymofiejewiczu!...
— Dziękuję, wasze zdrowie Akkakij Agapitowiczu!... — przypijali do siebie, coraz mniej zwracając na Wojnarta uwagi.

Wieczorem, gdy ucichło w celi więziennej i światła pogasły, Wojnart zapalił ogarek świecy u swego wezgłowia i zbliżywszy doń małą i drobno zapisaną karteczkę, czytał:

— „Kochany!... Tu, w Permie nie uda się. Niepowodzenie. Czerwony krzyż rozgromiony. Osoba, której adres miałam, zachorowała i umieszczona w szpitalu. O mało sama nie dostałam zarazy. Na szczęście Babcia nie straciła głowy, wysyłała codzień na przystań kogoś z moim rysopisem i przychwyciła mię przy zejściu z parowca. Radzą wyjeżdżać natychmiast. Pewnie to uczynię, gdyż na parowcu wpadłam w oko jakiemuś jegomościowi w... „grochowym paltocie”. Stanowczo spotykam się z nim za często. Nie wiem skąd się wziął. Przypuszczam, że towarzyszy pewnej parze, która na własny koszt jedzie do Irkucka. W każdym razie jego umizgi stają się coraz natarczywsze. Muszę się go pozbyć. Jednocześnie nie mam odwagi oddalać się od ciebie zupełnie... Dlatego postaram się w Tiumeniu wsiąść znowu na wasz parowiec, chociaż wątpię, aby udało się coś wykombinować przed Tomskiem... Może lepiej byłoby udać się koleją wprost do Tomska, ale... lęk mię ogarnia, że gdy raz stracę cię z oczu, to już cię nigdy nie ujrzę... Mówią, że w Tomsku zatrzymają was na czas dłuższy, mam tam znajomych i adresy. Bądź dobrej myśli, kochany!... Uścisk serdeczny. Do widzenia!“.

Długo młodzieniec trzymał przed oczami i odczytywał ponownie małą karteczkę, wreszcie zgasił świecę...
Gawarowi, który leżał obok niego z zamkniętemi oczami, wydało się, że sąsiad jego cicho jęczy i papier całuje.






XVI.

Przejazd koleją był nieznośny: brud, kurz, gorąco. Dobrze, że trwał niedługo i że żołnierze nie dokuczali — grali w karty w swoim przedziale a warty drzemały, oparte na karabinach przy wejściach. Pociąg szedł dość wolno, szczególniej na częstych zakrętach, omijających zbocza górskie.
Wojnart wciąż patrzał przez okno na obszerne, ciemnemi lasami wysłane doliny, na łańcuchy łysawych kopcowatych szczytów ozłocone słońcem.
Gawar, który siedział naprzeciwko niego domyślał się po drgających nozdrzach młodzieńca, po ostrym wyrazie oczu i głębokiem zamyśleniu, nurtujących go uczuć: zdawało mu się, że one inne być nie mogły.
— Panie, skoczmy przez okno na zakręcie!... Zanim się spostrzegą, zanim wstrzymają pociąg, można bez śladu utonąć w tych borach!... szepnął wreszcie do Wojnarta po polsku.
— Psst!... Chłopcze! Wśród żołnierzy w korpusach sybirskich dużo jest Polaków. Pocóż masz uciekać?... Przecież idziesz na wygnanie, na osiedlenie! Z drogi ucieczka o wiele trudniejsza niż z miejsca.
— Tak, ale stąd bliżej do kraju... Już jesteśmy na Uralu, już zaczyna się Syberja!... Jedna tylko tam linja kolejowa...
— To co?... Jak się ma dobry paszport!... Zresztą, co znaczy przestrzeń dla nóg młodych...
— Będzie zima jak stanę na miejscu!...
— Lepiej przezimować na wolności, niż pośpieszyć się i dać się złapać. Co innego katorżnicy, ci nic nie mają do stracenia a wszystko do zyskania... Z katorgi ucieczka bardzo trudna. Nierozważną ucieczką teraz, obudziłbyś czujność straży i może pokrzyżował plany innych!! — dodał po chwili znacząco.
— Nie zrobię tego, nie, nie!... Niech pan będzie spokojny!.. — zaszeptał chłopiec. Ale, gdyby pan, gdyby pan, naprzykład, chciał... wszystko zrobię, pomogę... Mogę naprzykład rzucić się na żołnierza, gdyby pan chciał... Wie pan, Wątorek i Cydzik pomogą też, to dzielne chłopy...
Wyrazista twarz Wojnarta na chwilę jakby skamieniała; z pod przymkniętych powiek patrzał długą chwilę na srebrną rzekę, burzliwie przelewającą się wśród olbrzymich głazów pod mostem, przez który wolno posuwał się pociąg.
— Nie!... — rzekł, wstrząsając nagle głową. — Nie można!...
— Dlaczego?... Ledwie, ledwie pełzniemy!...
— Nie można... Nie mogę!... — poprawił się i spojrzał z niepokojem na twarze innych więźniów, siedzących przy oknach.
Wtem do wagonu wszedł Dobronrawow i zawołał wesoło:
— Moje uszanowanie, panowie! Milczycie jak mnichy... Co słychać nowego? Wujcio zaprasza śpiewaków do tamtego wagonu...
— A puszczą?...
— Puszczą, prosiłem oficera, żeby nie przeszkadzał. Zgodził się na wszystko pozwolić, jeżeli damy mu słowo, że nikt nie ucieknie... Nawet niewiasty obiecał z nami połączyć!...
— I co?... Zgodziliście się? Daliście słowo?... — spytał Wojnart.
— Zgodziliśmy się!... Ktoby tam uciekał?... Takie bory. Zresztą tutejsze „czełdony“ zarazby każdego wydały. Wszystkich łapią... Dostają nagrody po pięć rubli za głowę!
— Ależ słowo?... Czyż można dawać słowo własnym oprawcom?... — oburzał się Wojnart.
— Oprawcom?... Żołnierze, cóż oni winni?... Ciemny chłop, ten sam oracz, który zrobi zczasem rewolucję, tylko w mundur odziany...
— Zrobi rewolucję?... Kiedy i jak?... Widzieliśmy to w 1905 roku!
— Daj pokój Wojnart!... Kto wypomina przeszłość, temu oko wykol... Parfaitement!... Masz tu butelczynę na pociechę dla tych, co tam nie pójdą!... Ale, oh zapomniałem, że nie pijesz!... Gdzie tu jest jaka szczerze ruska dusza? Acha, Somow!... Ty, jako „rozbójnik pióra“, nie odmówisz pewnie, wypijesz sam i poczęstujesz innych, co?... Składam w twe ręce drogocenny napój!... Dwa rubelki butelczyna, pamiętaj!...
Somow roześmiał się, aż mu błysnęły białe zęby w szerokich ustach.
— A no cóż: dawajcie!... Wzorem Jermaka wezmę wszystkie narody, aby stopiły się w słowiańskiem morzu!... Za zdrowie Sybiru, tego cudnego tygla rosyjskiej narodowości!... Zgoda!? Co?... Chodźcie Polacy, Szwedzi, Ukraińcy... Wszyscyście tu szczęśliwie zostali Rosjanami ku własnemu i powszechnemu ukontentowaniu!... Wszyscy wypijemy za zdrowie Jermaka! — zwrócił się patetycznie do obecnych.
— Rozumie się, rozumie się!... Żadnych wyjątków!... Parfaitement!... — mruczał podchmielony Dobronrawow.
— Ale jedna to za mało na tylu!... — zawołał szewc Gorainow.
— Będzie więcej, będzie więcej!... To na początek!... Zresztą na niektórych stacjach można kupić w bufecie! Żołnierzykowie obiecali, że przyniosą... Wszystko wolno!... Ten oficer dobry jak Bóg Ojciec!... Sam ma nos czerwony i rozumie, że tyle naszego, co użyjemy w tej drodze!... Wytłumaczyłem mu! Łatwośmy się porozumieli, gdyż on również z duchowieństwa — syn popa!... Dobrosduszność wcielona!... Taki Parfaitement!... Nie chmurz się przyjacielu, wszystko będzie dobrze!... W Tiumeniu znowu z tobą pójdziemy do miasta!... — zwrócił się do Wojnarta, mrugając znacząco.
Wojnart krzywo się uśmiechnął.
— Skądże dostaliście pieniędzy na taką bibę?
— A dostaliśmy!... Człek ruski na chleb nie ma, a na wódkę znajdzie! Ci, co mu na buty nie pożyczą, na butelkę dadzą!... Dusza duszy wieść przesyła wiadomo i... współczuje!...
— Wy tego nie rozumiecie!... — wmieszał się ze śmiechem Orłów. — Wy zarażeni jadem zgniłego Zachodu. Jak ten Niemiec Gogola żyjecie oprawieni w ramki umiarkowania i akuratności... Jedno ziarnko pieprzu do zupy, nie więcej, broń Boże!... Nawet żonę całuje się określoną przez doktora ilość razy na tydzień!... Tfu!... Pigmeje cnoty!... Kto z was w stanie zgłębić i zrozumieć przepaść duszy rosyjskiej!?... Dziś na szczycie bohaterstwa, jutro na dnie występku!... Człowiek jestem i nic ludzkiego nie jest mi obce!... Tak to!... Oho!... Niech się zbudzi kolos rosyjski, on dopiero pokaże światu, do czego jest zdolna, jakie cuda wykonać może siła i rozmach naszego ludu!... Tytan!... Niech żyją tytani!... Hańba pigmejom!...
— Hańba pigmejom!... — wołali, śmiejąc się obecni i cisnąc dokoła Somowa i Orłowa, nalewających płyn cudotwórczy w podstawiane filiżanki.
„Pigmeje“, zresztą dość nieliczni, siedzieli skromnie przy oknach, pogrążeni w swoje książki, albo patrzyli z pozorną obojętnością na zielone zbocza gór, przesuwające się przed nimi. Miejscami rozmykały się szare skały i otwierały widok rozległy na głębokie doliny sino-błękitne od lasów, ze srebrnemi wstęgami rzek, wijących się na dnie, z jasnemi plamami łąk i pól na chyliznach, z szeregami chat wioskowych lub białemi płateczkami miasteczek, obok których dymiły się wysokie kominy hut i fabryk.
Gwar, hałas, śpiewy rosły w wagonach; gęstniały obłoki dymu tytuniowego, nie zdążając uchodzić przez otwarte okna.
Cudny, pogodny, purpurowy wieczór leciał nad ziemią z jasnego nieba. Wierzchołki gór gorzały jak stosy korali; dalekie lasy mierzchły, zmieniając swój szmaragd i siność na czerń i fiolet. Dalekie wody połyskiwały jak płynna miedź. Na przejrzystem jak morska toń niebie blado tliły się gwiazdy i blady sierp księżyca wyszedł ponad szczerbaty szczyt skalisty.
— Czy wy wiecie co to jest zachwyt, uniesienie, szał? Czy macie pojęcie o czemś potężnem, rozpierającem pierś do bólu, o sile przypinającej skrzydła do ramion, o myśli równającej nas z bóstwem!... Marny staje się wielkim i w proch padają przed nim wszelkie potęgi oparte na przyzwyczajeniu!... Twórcza moc, w jedną godzinę przeistaczająca światy całe, bo cóż jest potężniejszego nad wolną od pęt, nieskrępowaną niczem w swym locie duszę ludzką?... Nad czem wieki ślęczą drobne mrówki, to dźwiga i urzeczywistnia świadoma siebie jednostka w godzinę entuzjazmu, w chwili mistycznego uniesienia!... — dowodził ochrypłym głosem Orłów.
— Wiadomo: pijakowi morze po kolana... — mruknął Lwów dość głośno.
— Co?... Pijakowi?... A czy byłeś pan choć raz w życiu pijany?...
— Z dumą muszę się przyznać, że nie!...
— Więc zagłębiaj się w swoim Marksie, a nie gadaj o rzeczy, o której nie masz pojęcia!
— Owszem! widzę skutki tej cnoty nieledwie codzień!...
— I cóż?...
— Bydlęta!...
— Panowie, panowie!... On nas obraził, za to musi się z nami napić!... Musi poznać boski stan upojenia, a jestem przekonany, że wyrzecze się starego zabobonu: trzeźwości i umiarkowania!... Pij, towarzyszu, albo ci w gardło nalejemy!...
Chwiejąc się na nogach, zbliżał się z Butelką w ręku do Lwowa, którego wąskie usta wykrzywiał zły uśmiech. Nim Orłów się spostrzegł, schwycił niespodzianie podawaną sobie butelkę i wyrzucił ją przez okno.
Wrzawa głosów nagle umilkła, tak iż poprzez stukot miarowy kół kolejowych przebił się wyraźnie ostry dźwięk rozbitego o kamienie szkła.
— Co on zrobił?...
— Coś zrobił, nieszczęsny!...
— Bij!... — ryknął Orłów, pochylając głowę i wyciągając pięści.
Na szczęście Wojnart, Gawar, kilku nie biorących udziału w pijatyce Polaków oraz Rosjan rozdzieliło przeciwników.
Wszczęła się kłótnia, z trudem uśmierzona spokojną postawą i przemową Gołowina. Orłowa zabrano do sąsiedniego wagonu, gdzie właściwie zasiadał „Klub tytanów“.
— Otrząsam proch z moich pedałów ...sa... sandałów... chciałem powiedzieć! Zresztą wszystko jedno, gdyż opuszczam was na zawsze, nędzni pigmeje!... — deklamował uprowadzany poeta.






XVII.

Do Tiumenia przybyli nazajutrz koło południa.
Na dworcu konwój jak zwykle otoczył aresztantów i poprowadził ich do więzienia.
Wojnart odchodząc, uważnie przeszukał wzrokiem peron, ale tam prócz paru urzędników kolejowych oraz kilku tragarzy i dróżników nikogo prawie nie było. Publiczność dawno już odpłynęła do miasta.
— Czy po sprawunki teraz idziemy, czy z „zamku?“ — spytał Dobronrawowa, odnalazłszy go w tłumie w czasie drogi.
— Nie wiem. Starszy nie chciał ze mną mówić, oficera niema. Trzeba będzie pewnie zwrócić się do naczelnika więzienia. Mniejsza o to!... — odrzekł ten kwaśno.
— Może ja spróbuję ze starszym teraz pogadać? Co? Szkoda czasu? Lepiejby pójść odrazu! — proponował Wojnart.
— Kiedy widzicie, nie wiem jeszcze jak to się ułoży? — ciągnął tym samym niechętnym tonem Dobronrawow, spoglądając zukosa na idącego obok Butterbrota.
— Jakto, nie wiecie?... Pójdziemy z konwojem jak zawsze!...
— Ba!... Ale kto?...
Zwolnił kroku i, przytrzymując Wojnarta za rękę, szepnął:
— Dodali mi cenzora, a że dwóch tylko puszczają, więc nie wiem sam, czy wy pójdziecie, czy nie i wogóle czy się uda?... Spróbujemy, może puszczą trzech?...
— Jakiego cenzora?... I kto go dodał? — dopytywał się cokolwiek zmieszany Wojnart.
— A no takiego, który... kropli w usta nie bierze. O was mówią, że jesteście po naszej stronie, słowem, że hołdujecie Duchowi Świętemu!... et Spirytus sanctus!...
Zrobił znak błogosławieństwa w powietrzu.
— Któż to mówi?...
— Żydy i Sinhedrjon...
— Sinhedrjon?... Cóż to takiego?
— Te same żydy tylko marksowskiego... obrzezania!...
— Przestańcie, Dobronrawow, żartować!... Dla mnie pójście do miasta jest rzeczą bardzo ważną...
— A no domyślam się!... Cóż kiedy wyznaczyli Butterbrota!...
— Butterbrota?... Któż go wyznaczał, powiedzcie... nareszcie...
— Mówiłem przecie. Sinhedrjon, nasi głowacze, cnotliwscy: Lwow, Gołowin, Kotow, Aronson i inne syny Judy lub ich... Filistynowie!
— Można ich nie posłuchać!... Z jakiej racji przywłaszczyli sobie prawo wyznaczania?... Niech zwołają zebranie!...
— Owszem, sami mówią, że zwołają!... Ale to nam raju nie otworzy. Zebrania teraz nie można zrobić, więc zdecydowali czasowo... Powiadają, że nie dadzą pieniędzy na zbytki i swawolę... a na ich ręce płyną zapomogi z naszego Czerwonego Krzyża!... Do nich więc się zwróć...
— Zwrócę się, lecz tymczasem... dzisiaj!?
— Dzisiaj już pewnie nic nie da się zrobić! Nie zdążysz!... Ten Żyd tak mię pilnuje, jak najczulsza kochanka. Ćwiczył się w ochranie, czy co?!
Kiwnął głową w stronę Butterbrota, który już ich odszukał w tłumie oczami i kierował się ku nim z notesem w ręku.
— W takim razie będę was prosił, żebyście oddali... choć karteczkę...
— To się rozumie!... Wiem, wiem tej panience z białem skrzydełkiem na kapelusiku! Ależ dobrze!...
Kiwnął głową i zamienił porozumiewawcze spojrzenie z Wojnartem, który silił się utrzymać pozory spokoju, lecz żuł na pobladłych ustach gniewne wyrazy.
— Przejrzałem, towarzyszu, ten wasz spis. Myślę, że niektóre pozycje należy skreślić, albo zmniejszyć, inne zwiększyć, a nawet dodać... Tak!... Naprzykład: tytoń. Poco tyle tytoniu?... Niech mniej palą, wtedy i zapałek wyjdzie mniej i bibułki!... — zauważył, przyłączając się do nich i idąc wraz z nimi, Butterbrot.
— Będzie to samo, co było z cukrem! Kupiłem na zapas a wszystko zjedli!
— Nie będzie tego co z cukrem. Na wszystko jest sposób. Zamiast tytoniu wyda się z ogólnych sum na ręce palaczom pieniądze; starosta zaś zatrzyma zakupiony zapas tytoniu i będzie go im odprzedawał częściami w miarę zapotrzebowania po cenie kosztu z małą nadwyżką. Cena będzie zawsze o wiele niższa niż na „majdanie“ kryminalistów, ba, przy umiejętnej kalkulacji może być niższa niż w detalicznej sprzedaży w dystrybucjach. Wszyscy będą zadowoleni a i kasa ogólna zarobi!... Trzeba wogóle inną wprowadzić w naszą aprowizacją... psychologję! A tak: jedzą, piją, palą, bez miary dużo marnują, bo nikt nie uważa się za odpowiedzialnego!... Bo to jest niczyje, ogólne... Ten porządek trzeba zmienić, bo on nic nie wart!...
Wojnart nie słuchał dalej. Odsunął się od nich i przyłączył do idącej razem gromadki Polaków.
— Wiecie, chłopcy, będziemy pewnie zmuszeni założyć własną komunę! — rzekł do nich.
— A bo co?...
— A no, na to się zanosi.
— Jakże wtedy ze starostą?
— Starosta będzie jak dawniej, jeden obieralny, ale tylko do prowadzenia rachunków i robienia zakupów. Potem podział między grupami produktów...
— To kuchnia wspólna bierze w łeb!?...
— Może obiad zostanie.
— I to tylko na barce... Na kolei przecież go niema.
— Może tak i lepiej!
— Rozbije się do reszty solidarność!
— I tak jej niema.
— Zawsze coś jest. Będzie jeszcze gorzej! Gwarzyli poruszeni i zaciekawieni. Mijali długie szerokie i zakurzone ulice, mijali domy niezgrabne i odrapane, wreszcie stanęli przed wielkim kwadratem zabudowań, otoczonym wysokim tynkowanym murem. Ciemna, dwuskrzydła brama otwarła się z nieprzyjemnym zgrzytem i ujrzeli w głębi duży gmach dwupiętrowy z okratowanemi oknami i wejściem, poprzedzonem cementowym tarasikiem, na który wiodło kilka schodów kamiennych. Na tarasiku stało kilku dozorców ze srogiemi minami, uzbrojonych w rewolwery, wyprostowanych, zapiętych, wojowniczych. Koło schodków mieścił się stolik a przy nim na krzesłach siedziała „komisja“ z trzech urzędników o spitych twarzach, w czapkach z gwiazdkami, w wyszarzanych zielonych mundurach. Konwój doprowadził politycznych przed stolik i opuścił karabiny do nogi. Oficer konwoju usiadł na podanem mu krześle.
Zaczął się przegląd i przyjmowanie więźniów. Wywoływano ich ze spisu, pokolei z imienia i nazwiska, porównywano każdego z nich z dołączoną do papierów fotografją, sprawdzano wagę oraz całość kajdan, rewidowano kieszenie i odzież, przeglądano rzeczy w workach.
Zaczęto od katorżników i osiedleńców sądowych; administracyjnych zostawiono na koniec...
Każdy sprawdzony przechodził na tarasik.
Zebrało się ich tam już sporo, znużonych, głodnych, zniecierpliwionych.
— Już się zmierzchał... Kiedyż u licha się to skończy!...
— I Bóg jeden wie!... Nie śpieszy im się... Zostaniemy nietylko bez obiadu, ale i bez kolacji!
— Dobronrawow, tybyś coś przedsięwziął?... Poszedłbyś do miasta?... Kupił coś?... Choć wędlin i bułek!...
— I Ba, kiedy nie mogę się doczekać Butterbrota, a on spis zatrzymał.
— Pal go sześć!... Idź bez spisu!... Umrzemy z głodu.
— Ba, kiedy on i pieniądze zabrał...
— Pieniądze?... Oddałeś mu?... Toś fujara!
— I Nie ja to zrobiłem a skarbnik!
Umilkli, spoglądając zezem na Aronsona, który stał spokojnie na bolcu i prowadził cichą rozmowę z Kotowym.
Wojnart ukryty za plecami przyjaciół, szybko pisał karteczkę.
— Na Boga, nie wpadnij!... — szepnął, oddając ją Dobronrawowi. — Myślę, że poznacie ją i że ona was pozna!...
— Pozna, pozna!... Z oczów jej patrzy, ze spryciarka! — odpowiadał Dobronrawow, zwijając starannie karteczkę.
— Zrobię wszystko, jak sobie życzysz!... Parfaitement? Nie wpadnę, nie bój się, nie pierwszyzna! Jak mię nie pozna, to jej mrugnę, albo powiem: Wojnart. Co, dobrze?... Zgadzasz się? A może lepiej, żebyś powiedział mi jej imię i nazwisko. Będę udawał, że jest moją znajomą, i w gruncie rzeczy należałoby mi wiedzieć na wszelki wypadek: kto ona i co ona dla was, towarzyszu?... Siostra, narzeczona?... Hę?
— Siostra cioteczna, kuzynka.
— Hm! Kuzynka?... Znamy się na tych kuzynkach!... Niechaj!... A dlaczego ona nie stara się o widzenie z wami, jak inne?
— Właśnie o to chodzi, przyjacielu, żeby nikt o niej nie wiedział!... I chciałem was prosić...
— Aha, rozumiem!... Dobrze, dobrze!... To wy uciekać chcecie!?...
Wojnart zlekka zmarszczył brwi.
— Tak, pytam!... Z przyjaźni... Ale widzicie, jak uciekniecie z drogi, to nas wszystkich przycisną, więc lepiej zawczasu wiedzieć!...
— To też, gdyby coś było na pewno, tobym uprzedził!...
— A druga rzecz, że jeżeli nie uciekniecie przed Tomskiem, to tam dalej trudno będzie... Kolej i konwój inny; tam linjowi żołnierze pilnują, a nie etapowe komendy... I oficerowie surowsi!...
— Cóż robić! Nie da się, to się nie da!... A może powiedzie się coś takiego wymyślić, że więcej nas uciec będzie mogło...
Dobronrawow drgnął i zamyślił się:
— Chciałaby dusza do raju, ale grzechy jej nie puszczą! Już ja to marzyć nie mogę o ucieczce; mnie nikt nie dopomoże, zgniję pewnie w katordze!... — westchnął.
— Ee!... Kto tam wie? — pocieszał go Wojnart, ściskając za rękę. — Więc będziecie pamiętali, że kartkę należy oddać jedynie do własnych rąk, w przeciwnym razie, zniszczcie ją, nie przynoście zpowrotem do więzienia... Proszę was bardzo o to!
Urwał, gdyż przegląd katorżników został skończony i kazano ich odprowadzić w głąb więzienia. Na tarasie został jedynie Dobronrawow, któremu pozwolono zaczekać na Butterbrota.
— Jestem nareszcie!... — westchnął ten, zblżając się ku niemu po rewizji. — Pocóżeś pan czekał? Nie mogłeś pan iść sam?... Teraz późno!... Nie wiem, czy zdążymy...
— Dobre sobie!... Zatrzymałeś pan pieniądze i spis... Wszystko pan zabiera!...
— Ach taki... Zapomniałem. Czy pozwolenie mamy, co? Czy widział się pan z naczelnikiem więzienia? Co?!... Cóż pan robił?... Trzeba się było zobaczyć, rozmówić!... Poco ta strata czasu? Jak nie zdążymy zrobić zakupów, to nie ja winien!...
— Do kroćset!... Nie jestem pana popychadłem!...
Butterbrot spojrzał nań zezem i odsunął się cokolwiek.
— Wcale nie powiedziałem, że pan jest mojem popychadłem, tylko myślałem, że my solidarnie pracujemy... Moja troska pochodzi z dobrego serca dla towarzyszów, bo powiadają, że dziś jeszcze w nocy przenoszą nas na barkę... Co oni będą jeść?...
— Właśnie. Więc czego pan tak dużo gadasz. Chodźmy!...
— Chodźmy.
— Ale przedtem muszę pana pokazać starszemu nadzorcy. On wyznacza konwój!...
— Więc co?... Mógł pan już przedstawić kogo innego. Czy ten drab mnie zna?
— A to poco? Poco niepotrzebne kłamstwo?
— Owa!... Wielka rzecz! A zyskalibyśmy na czasie!
Upłynęło jeszcze trochę czasu, zanim odszukano starszego nadzorcę i ten dał pozwolenie i wyznaczył klucznika do konwoju.
Na ulicach było szaro i płonęły rzadkie latarnie, kiedy wyszli nareszcie z bramy więzienia w towarzystwie klucznika i dwóch żołnierzy.
Butterbrot był uszczęśliwiony, oglądał się na wszystkie strony i gadał z wielkiem podnieceniem:
— Ja myślę, że trzeba będzie w tych zakupach wielkie zaprowadzić reformy... Trzeba je robić częściej, jak najczęściej, żeby można było jak najczęściej wychodzić... do tego... obcowania z wolnym światem!






XVIII.

Kamera, do której ich zamknięto, była ciasna i tak brudna, że nawet oduczeni dawno od czystości więźniowie nie śmieli jednak kłaść się na pryczach. Podłogę pokrywała warstwa cuchnącego szlamu, do którego lipły podeszwy; po ścianach i deskach — wszędzie pełzało obżarte, wstrętne robactwo.
Gniewni, wzburzeni więźniowie tłoczyli się w przejściach.
— Tu tyfusu można dostać!... Tu nie wiadomo co przedtem było: chlew czy szpital!... Robactwo najłatwiej roznosi zarazę... Wiadomo!... — wołał Somow.
— Protestujemy!... Stukajcie towarzysze do drzwi!... — krzyczał Orłow.
— Czekajcie, musimy kogoś wybrać, żeby się rozmówił z władzą!... — zauważył Aronson.
— W zastępstwie Dobronrawowa i Butterbrota niech zrobi to Wojnart... Ma wprawę!... — radził Wujcio.
— Doskonale!... Wojnart!... Dawajcie Wojnarta!...
— Jestem. Ale się nie zgadzam. Niech idzie Odesskij!...
— Poco ja?... Pan żartuje?... Ja tego nie potrzebuję robić... Oni nie będą mnie słuchać!...
— Dlaczego nie mają słuchać!? Zmusi ich pan do tego, jako przedstawiciel wszystkich!...
— Nie, nie!... Lepiej niech idzie kto inny!...
— Bez żartów, Wojnart!... Idź, dowiedz się co to wszystko znaczy; wytłumacz, że my tu się podusimy w tej ciasnocie i zaduchu... Ten żyd tego nie zrobi... Srogie tutaj władze... Nie możemy im posłać przedstawiciela z takim nosem... — szeptał Wujcio.
— No i kolacja?... Nic w ustach nie mieliśmy od rana!...
— Tak, tak!... Pomyśl o kolacji Wojnart, przedewszystkiem!...
— O czem chcesz pomyśl, byle jeść!... Umieramy z głodu!...
Wojnart dał się wkońcu namówić i wszczął pertraktacje z początku z klucznikiem, a potem ze starszym.
Ten mu potwierdził, że ich niedługo przeprowadzą na barkę i dlatego wyznaczono im lokal trochę ciasny i niezupełnie czysty...
— Zmiłuj się pan!... On jest strasznie brudny i tak ciasny, że ruszać się nie można!...
Gruby klucznik poważnie pokiwał głową:
— Przepełnienie, wszędzie przepełnienie!... Im dalej na Wschód, tem ciaśniej!... Chwalcie Boga, że płyniecie wodą, a nie jedziecie koleją!... Z wiosną w więzieniach... urwanie głowy!... Kłopotu mamy niech Bóg uchowa!...
— No, ale przecież jeść nam dacie?... Nie jedliśmy od samego rana... Przecież myślę, że i na dziś wyznaczono nam strawne?...
Nadzorca znowu pokiwał głową:
— Nie wiem — dziś komisja!... — bąknął powątpiewająco. — Kto za dzisiejszy dzień odpowiada, niewiadomo. Bo to ani wy w więzieniu, ani na parowcu... Trudno tę zagadkę rozwiązać!... Trzeba będzie papier pisać do Gubernji...
— A jeść?...
— Jeść!?... Nie wiem! Skąd mogę wiedzieć!... Naczelnik mówi, że nie ma dla nas pieniędzy... Trzeba do Gubernji...
— Więc dobrze!... Do gubernji... Wezwijcie władzę, powiedzcie, że my żądamy prokuratora!...
— Phi!... Późno już!... Biura zamknięte, prokuratora na mieście niełatwo znaleźć!... Zresztą nie przyjdzie w godzinach nieurzędowych... Też człowiek jest!...
— A... jeżeli bunt... z głodu?
— Bunt?... Od tego jest oficer konwoju!... Zresztą ja wam poradzę i gotówem pomóc: kupcie tymczasem za swoje pieniądze a jutro podacie prośbę, to wam zwrócą... Strawne nie może przepaść... Nie do pomyślenia!...
Na tem stanęło. Wojnart po krótkim namyśle przyjął propozycję i gburowaty dotychczas nadzorca stał się nagle niezmiernie uprzejmy. Chleb, bułki, mleko, gorąca herbata zostały niezwłocznie dostarczone z kuchni więziennej, do której po te rzeczy puszczono nawet kilku zesłańców politycznych. Tam dowiedzieli się od kryminalistów, że barka istotnie tej nocy odchodzi, że partja kryminalistów już tam odeszła i że tylko patrzeć jak poprowadzą tam i politycznych...
— Konwój już gotów!... — szeptali tajemniczo.
— Dlaczego nas tu trzymają?...
— Tego nikt nie wie. Może jaka depesza z Petersburga!... Może... manifest!?...
Fantastyczne wieści wywołały niezmierne poruszenie wśród politycznych. Mówiono o rewolucji w Moskwie, o upadku gabinetu i zmianie rządu, robiono przypuszczenia, rojono projekty, coraz weselsze i śmielsze w miarę jak ciepła strawa napełniała wygłodzone żołądki.
— Gołowin, szykuj się na premjera!... — krzyknął wreszcie Somow.
Olbrzym uśmiechnął się:
— Na to jeszcze poczekamy, ale wy napewno zostaniecie niedługo ministrem oświaty w „samostinoj Ukrainie!“
— Tem pewniej, że nie umie ani słowa po ukraińsku! — dorzucił Awdiejenko.
— To nie znaczy, że nie mogę być w zasadzie dobrym ukraińskim patrjotą! — obraził się Somow.
— Broń Boże!... Jak nie przeszkadza mnie nazwisko na „eńko“ być patrjotą rosyjskim.
Zanosiło się na długą dyskusję, słuchacze już otoczyli ciekawem kołem zapaśników, gdy drzwi się otwarły i starszy nadzorca ogłosił wymarsz.
Znowu pod konwojem przeszli, brzęcząc łańcuchami, gromadą ulice, pełne mroku nocnego, kurzu i zaduchu ubiegłego dnia.
Przystań oraz barka, na której niebawem się znaleźli, były zupełnie podobne do dobrze im znanych z Wołgi i Kamy; kajuta jednak wydała się im trochę mniejszą, a na jej pokładzie w przeznaczonym na spacery „kurniku“ nie było poprzecznej przegrody.
— To znaczy, że albo niewiast z nami tymczasem nie przewożą, albo że pozwolą im spacerować razem z nami!...
— Hurra!... Niech żyje płeć piękna!... Będziemy się o to starać!... — krzyknął Wujcio.
— One już są. Przyprowadzono je przed nami. Mówił mi to posługacz z przystani... — oznajmił marząco Leskow.
— Tem lepiej! Urządzimy im zaraz serenadę!... Chór, gdzie mój chór!...

Noc była gwiaździsta, ciepła; świeże, czyste powietrze nęciło więźniów do pobytu na pokładzie. Chór rychło się zebrał i nad szemrzącem cicho czarnem zwierciadłem rzeki, pocentkowanem złotem gwiazd odbiciem popłynęła z wodą cudna melodja, śpiewana solo przez Leskowa:

Wychażu adin ja na darog
Skwoź tuman kremnistyj put’ blestit,
Nocz ticha, pustynia wniemlet Bohu
I zwiezda z zwitzdoju gawarit.
W niebiesach torżestwienno i czudno
Spit ziemia w sijanji gałubom
Cztoże mnie tak bolno i tak trudno,
Żal czewo, taskuju-li a czom?

Później słodko i łagodnie jak echo rzecznego szmeru rozsnuła się dumka chóralna:

Oj, puszczu ja konyczenki w sadu
A sam pijdu neńki na poradu
Neńka mija,
Neńka mija...
Po sadoczku choo-ody,
Konyczeńka za powodija woody...

Potem znowu Leskow śpiewał solo Lermontowa:

Tuczki niebiesnyja, wiecznyje stranniki,
Stiepiu łazurnoju, ciepiu żemczużnoju
Niesiotieś wy, budto kak ja że izgnanniki...

Potem chór:

Na siewierie dikom stoit adinoko sasna...“

Następnie:

Wijut witry, wijut bujni, aż derewja hnutsia...“

I tak dalej wyśpiewali wszystkie pieśni, jakie znali o marzeniach i tęsknocie...

— Tam u nas ciepło; teraz kwitną azalje i jaśminy... Taki zapach w wąwozach... aromat... zdrowie!... Pierś dyszy lekko... Siądziesz na progu, słuchasz pieśni, co płyną z sakli rozsypanych po zboczach... Strasznie lubię śpiew Leskowa, on mi przypomina... — zwierzał się, ciężko dysząc, Dżumbadze Gorainowi...
Szewc milczał posępnie.
— Burżujstwo!... — rzekł wreszcie. — Ot u nas, wiśnia była pamiętam, w sadzie sąsiedzkim. Owoców zawsze jak nasiał, czerwona cała jak w ogniu, liści nie widać. Raz pokusa wzięła, przeleźliśmy z bratem przez parkan i na drzewo; już, już owoców sięgamy... Wtem: cap!... Sąsiad nas za kark... Tak nas sprał, tak sprał, że trzy dni siedzieć nie mogliśmy, a ojciec jeszcze poprawił. ...Ot tobie, lato i dobra pogoda!
— Tak, wielka szkoda!... Okrutni bywają ludzie!... — westchnął chory.
Późno w nocy wrócił Dobronrawow z miasta i nie zaraz mógł się Wojnart z nim rozmówić.
Długo trwały rozmowy gospodarcze starosty i z nowym oficerem konwojowym i ze starostą oraz kucharzami kryminalistów, długo układano warunki i porządek nowego życia zanim wreszcie zmęczony i zły jak „sto djabłów“ Dobronrawow przysiadł na rogu pryczy w zajętem dlań miejscu. Butterbrot dawno już chrapał; większość więźniów leżała na posłaniach, gwarząc półgłosem i paląc ostatnie przed snem papierosy.
Słychać było jak Leskow upomina łagodnie kaszlącego okropnie Dżumbadzego.
— Widzisz, siedziałeś za długo na pokładzie!... Jak małe dziecko!... Oka z ciebie spuścić nie można!...
— Śpiewałeś tak ślicznie dzisiaj!... Było ciepło. Nie przypuszczałem. Tu pod pokładem tak ciemno, smutno!... Tak chciałem, tak chciałem, chociaż trochę!... Nie gniewaj się!... — tłumaczył się chory.
— Pojmuję i wcale się nie gniewam, ale czyż nie gorzej, jeżeli potem parę dni zrzędu nie możesz wychodzić!... Weź krople, ulży ci!... Pomóż mi, Gawar, dać lekarstwo, potrzymaj świecę!...
Wśród sąsiadujących z chorym Polaków zrobił się mały ruch.
Wojnart tymczasem ześliznął się niepostrzeżenie z pryczy i zbliżył nieśmiało do Dobronrawowa.
— Cóż?
— A nic! Masz swoją kartkę zpowrotem.
— Przecież prosiłem cię, żebyś ją zniszczył?
— Eh, zapomniałem. W głowie się mąci od interesów. Ten żyd zamęczy mię swemi pomysłami. Wszystko się już układało doskonale, pieniądze obiecano nam i w Tobolsku, i w Tomsku... Znalazłem kredyt tymczasowy u żyda, co u kryminalnych trzyma „majdan“. Wtem: trach!
— Co: trach? Czy ona ci co powiedziała?
— Nie o niej mówię, a o interesach. Jej nie widziałem, nie przyszła...
— Nie widziałeś, nie przyszła?...
— Zato był jakiś jegomość w „grochowym paltocie“[1] i nawet się do nas przyczepił...
— Co ty mówisz?... O cóż was pytał?...
— Nic nie pytał, ale wtrącał się, ot, tak: a skąd to panowie? A jak tam panowie?... Czy możemy wziąć od niego karteczkę do jego znajomego tutaj?
— Kogóż nazwał?...
— Nie pytaliśmy się, odpędziliśmy go precz...
— Szkoda. Trzeba się było dowiedzieć... Może on tu w naszej partji ma wspólników.
— Jakich wspólników?...
— Ależ to szpieg, ajent?...
— Więc dobrze, żeśmy go odpędzili!...
— Niezupełnie... Lepiej było się dowiedzieć?... A tak nie słyszeliście w mieście, w sklepach od nikogo, czy nie było czasem w mieście... aresztowań?...
— Aresztowań?... Do głowy nie przyszło mi... Prawda, tej twojej panny nie widziałem, ale... nie byłem wprost w stanie myśli skupić, ten obrzydliwy żyd wciąż nu nad uchem brzęczał jak bąk. Wciąż ten sam, wciąż ten sam „majufes“... A drogo!... A poco takie wydatki!? O jej! Aj waj!... No i kupiliśmy połowę tego, co trzeba. Wiem, że droga długa, że dostać nie będzie gdzie, lecz taka mię pasja wzięła, że powiedziałem sobie: „zdechnijcie, kiedyście mi tego żyda wpakowali“... Parfaitement!... Przecież pieniędzy jeść nie będziecie, a wtedy przekonacie się!... Tak to, drogi przyjacielu, źle!... Ale ranek od nocy mądrzejszy!... Idź spać i nie martw się... Jeżeli sobie jutro coś jeszcze przypomnę, to ci opowiem... Dobranoc!
Uścisnął rękę Wojnarta i wyciągnął się na swem cieniutkiem posłaniu, zrobionem ze starego chałata, przykrył zwierzchu kurtą więzienną i podciągnął pod siebie skromnie okute kajdanami nogi.
Wojnart stał chwilę bez ruchu z twarzą chmurną i zamyśloną; w gęstym mroku, przesyconym parą i szmerem oddychających we śnie piersi, czerwono płonął woddali ogarek świecy u wezgłowia zaczytanego w wielkiej księdze Lwowa.
Wojnart potrząsł głową, westchnął cichutko i podtrzymując łańcuchy, aby, o ile można, nie brzęczały, poszedł na swoje miejsce obok Gawara.






XIX.

Sine smugi, porosłych lasami odnóży gór uralskich dawno zniknęły.
Biały parowiec, ciągnąc na długiej linie brunatną barkę, sunął lekko z wodą po zielonawych nurtach Tury, wijącej się w głębokim jarze przez kraj polisty, płaski, nawpół stepowy, nawpół pełen borów bagnistych. Duże szare wsie z cerkwiami o zielonych kopułach, co jakiś czas pojawiały się na wysokich brzegach, wyglądające na rzekę z poza zrębów gliniastych urwisk ślepiami szklannych okien. W dnie pogodne okna te połyskiwały nieraz odbiciem słonecznem, jak rzędy złotych gwiazd; w ciemnościach gorzały czerwonym ogniem wewnętrznym jak źrenice wilcze.
Gromadki dzieci wioskowych, biegnąc wzdłuż brzegów, ścigały parowiec kamykami, wyzwiskami lub odpowiadały na głuchy jęk syreny śmiechem, wołaniem, krzykami i śpiewem. Pędziły, skomląc i ujadając za niemi, wioskowe psy, starsze kobiety w wysoko podkasanych „sarafanach“, mężczyźni w świtach i „armijakach“ wychodzili na samą krawędź stromego wybrzeża i długo, nieruchomo patrzyli na oddalający się parowiec.
Skoro zaś parowiec przystawał do wąskiej, zbitej z desek przystani, natychmiast ścieżkami naukos po zboczach oraz schodami, wiodącemi wprost do pomostu biegły z koszami baby i dziewki, stare dziady i wyrostki, ofiarując jaja, chleb, obwarzanki, ser, twaróg, masło, ryby, ogórki, pieczone kartofle, po cenach bajecznie niskich.
— A co, nie mówiłem!... triumfował Butterbrot.
— Rozdać strawne towarzyszom na ręce, niech sami sobie kupują, co kto woli!... Największa suma zadowolenia z najmniejszą zatratą sił!... — nastawał.
— Tak, tak!... Dawajcie strawne, panie starosto!... — wołano na Dobronrawowa.
Ten słuchał, ale kręcił głową:
— Zobaczymy co będzie dalej... Zupełnie się nasza komuna rozpadnie... Nie będziemy mieli żadnego zapasu!...
— I Niech was o to głowa nie boli: zapasy za nas porobili chłopi!... Tu w Syberji chłopi mają obowiązek dostarczania partjom aresztantów pożywienia... Spytajcie oficera konwojującego.
— Co on wie, ten smyk i dureń!... — mruczał Dobronrawow.
— On wcale nie dureń!... On lepszy od innych, jakiś liberał, na wszystko pozwala!... Pozwolił niewiastom naszym z nami razem spacerować!... Już ja z nim mówiłem!... — bronił go Butterbrot.
— Cóż miał robić, jeżeli niema osobnego przedziału dla nich na pokładzie?...
— Mógł ich wcale nie wypuszczać, albo wypuszczać na parę godzin, a nas wtedy spędzać pod pokład i zamykać!...
— Za dużo kłopotu dla takiego pijanicy!...
— Cóż go to kosztuje? Kazałby żołnierzom...
— Nie kłóćcie się!... — godził zwaśnionych Wujcio. — Jeszcze raz przekonaliście się, że tylko pijacy mają w Rosji rozum i serce. Bezwarunkowo, że zrobił nam rozsądne ustępstwo. I niewiastom dobrze, i nam dobrze, i jemu dobrze!... Najwyższa filozofja życia, aby wszystkim było dobrze!... Czyż nie o to walczymy!...
— Racja, Wujciu!... Zaśpiewajmy, ale co wesołego!...
— Dobrze, proście niewiasty do chóru!...
Zebrali się śpiewacy, a za nimi wyległa na pokład i reszta więźniów, trochę podniecona pierwszym bezpośrednim udziałem niewiast w życiu zbiorowem. Marusia, Julja, Tatjana Andrejewna, Roza Isakowna zaraz stanęły w kole chóralnem i wysokie ich głosy zadzwoniły w pieśni ogólnej jak srebrne dzwonki:

Oczeńki jak zoreńki
Ruczeńki jak cwitoczki
Nożeńki jak łastońki...

Świegotały tenory i soprany, podczas gdy basy huczały monotonnie, dając im tło głębokie i rozlewne. Mało tym razem śpiewano pieśni rewolucyjnych. Po ślicznym, potężnym hymnie:

„Rewe taj stohne Dnipr szyrokij...“

zaśpiewano tęskną:

„Oj ne hody Hry-ciu taj na weczernyciu,
„Bo na weczernyci diwki czarownici,
„Kotra diwczyna czernobriwaja...
„Ta czarownyczenka sprawedliwaja...“

U drzwi, które wiodły do kuchni i pomieszczenia konwoju, wszczął się ruch, wieniec słuchaczów zlekka się rozstąpił i ukazał oficer konwoju z podoficerem. Stanął tuż koło chóru i oparł się malowniczo na szabli.
— Nu, nu!... Ja wam nie przeszkadzam, panowie!... — mruknął dobrotliwie, gdy śpiew przerwano.
— Bynajmniej!... — odparł Wujcio. — Bardzo prosimy!... Panowie a teraz:

„Na siewierie dikom!“

Tylko razem!... Proszę uważać na moje wskazówki!... A więc zaczynamy...
Pieśń, przepojona głęboką melancholją, popłynęła nad cicho szemrzącą rzeką jak stłumione, pełne łkania westchnienia.
Oficer zakrył twarz dłonią, kiwał się trochę na nogach, niosło odeń zapachem wódki-anyżówki...
— Tak, tak, panowie! Smutno, bardzo smutno!... — mruczał. — Nie znoszę smutku, mam ochotę zaraz płakać, albo coś rozbić!... Wybyście coś... wesołego. Ot... „Baryniu“ albo „Kamarinskawo“... Coś w tym rodzaju!... A gdzie jest ta najładniejsza z was?...
— My uważamy, że wszystkie są ładne!... — odciął, śmiejąc się Wujcio.
— Nie, nie!... Ta, co ma chłopczyka?...
— Ta nie śpiewa!... — odparła surowo Marusia.
— Ach, nie śpiewa!... Przecie mogłaby wyjść... Nikomu nie bronię, nikomu! Możecie się czuć, panowie, jak u siebie!... Zupełnie!...
— Panowie, panowie!... Uwaga!... Zaczynać!... — wzywał Wujcio.

Zagremieła truba,
Zaszumieła tałpa...

Burzliwe dźwięki polały się jak wodospad; oficer widocznie nie wiedział co ze sobą zrobić; na szczęście dostrzegł Dobronrawowa i skierował się ku niemu.
— Panie starosto, mam z panem do pomówienia! Niech pan pójdzie ze mną do mojej ciupy... Jakie to smutne, jakie to wszystko smutne i... żałosne!... Wprost łzy z oczów płyną!... Cóż kiedy człowiek nie ma się nawet przed kim wypłakać, wszyscy uciekają, odwracają się... uchodzą!... Cóż z tego, że mam mundur, ale mam i duszę!...
— Co wy, Aleksandrze Pawłowiczu, wymyśliliście!?... Któż to od was się odwraca? Takich niema!... Słowo daję!... Wszyscy was szanują i lubią!... — pocieszał go, idąc za nim Dobronrawow.
Oficer zdawał się być nieutulony.
Gdy znikli, śpiew ustał na chwilę.
— Co za nowe „ami-koszonstwo“!?... Nie podoba mi się, och nie podoba mi się!... — zauważył głośno Awdiejenko.
— Psst! On nas obiecał puszczać na każdej przystani na brzeg, abyśmy mogli sobie sami kupować prowizję!... — szepnął Odesskij.
— Wszystkich?... — spytał Gawar.
— Wszystkich.
— A ja twierdzę, że nic dobrego z tego nie wyniknie... Ilekroć partje rewolucyjne schodziły ze swego nieprzejednanego stanowiska względem prześladowców, zawsze ponosiły klęskę... W dodatku to nam ubliża, ubliża cieniom tych co zginęli!... — powiedział gorąco Lwow.
— Przepraszam, nie mogę się zgodzić!... Każda chwila, każda sytuacja ma odpowiednie sposoby i drogi. Należy tylko nie tracić z oczu przewodniej gwiazdy; a że ktoś wybiera dogodniejszą ścieżkę i nie tłucze głową muru, to za złe mu tego brać nie można... — wmieszał się Somow.
Gawar przeszukał wzrokiem zebranych na pokładzie, którzy znowu śpiewać zaczęli i spuścił się do kajuty. Wydała mu się zupełnie pusta i dopiero po niejakim czasie, gdy wzrok jego przyzwyczaił się do skąpego światła, padającego z niedużych luminatorów, dostrzegł wśród szarych węzłów zgrzebnych poduszek i szarych chałatów, rozrzuconych na szerokich pryczach, postać człowieka, wyciągniętego na dalszym końcu i nakrytego płaszczem z głową. Podszedł ku niemu, wdrapał się na pryczę, wyciągnął obok i dotknąwszy go ręką, szepnął:
— Wojnart, słyszeliście: będą wypuszczać wszystkich na przystaniach na brzeg...
Wojnart odrzucił koniec płaszcza z twarzy.
— Więc co?...
— Nic. Myślałem, że to was interesuje.
Wojnart zastanowił się przez dłuższą chwilkę, nie zmieniając pozycji.
— Słuchaj chłopcze! — rzekł wreszcie, zwracając się twarzą do Gawara i unosząc na łokciu — czy ty pamiętasz tę panienkę w czarnym kapelusiku z białem skrzydełkiem?
— Ależ wybornie!...
— Muszę, muszę wiedzieć, czy ona jest na statku, co nas holuje, czy nie?... Rozumiesz?
— Rozumiem!...
— Dlatego będziemy wychodzić na przystań za każdym razem... Ciebie jako administracyjnego i takiego młodego, może będą dalej puszczać na brzeg... może będziesz mógł dotrzeć nawet do przystani parowca...
— Acha, acha rozumiem, ale ja myślałem...
Zawahał się.
— Mów, mów: co myślałeś?!...
— Że... że uciekniemy, że spróbujemy...
— Kto?...
— Ja i pan.
— Ty?... A poco?
— Tak dla towarzystwa. Zresztą postanowiłem uciec za wszelką cenę.
— Uciekniesz z miejsca; będzie łatwiej, już ci mówiłem. Ze mną nie możesz.
— Byłoby panu... weselej.
— Dziecko jesteś, doprawdy! Nie wiesz, co mówisz... Grozi ci o wiele surowsza kara, gdybyś był schwytany ze mną, a po drugie i pogoń będzie ostrzejsza, niż gdybyś sam uciekał i uciekał nie z drogi, lecz z miejsca zesłania!
— Ba, ale zato w kraju odrazuby mię pan wprowadził do swojej paitji.
— Do jakiej partji?... Nie należę do żadnej partji...
— A... Związek Walki Czynnej?
Wojnart roześmiał się.
— Związek Walki Czynnej wcale nie jest partją. Do niego należeć mogą członkowie wszelkich partyj, mających w programie niepodległość Polski. Ma za zadanie wyłącznie kształcić żołnierzy i oficerów, którzy będą zczasem za tę niepodległość walczyli.
— No... a to, co pan wtedy mówił?
— To są moje osobiste poglądy.
Chłopak zamyślił się.
— Wie pan, ta nienawiść to mnie też dokucza. Czy nie lepiej, żeby się wszyscy pogodzili!?...
— Ba, zapewne byłoby najlepiej, lecz wątpliwa rzecz, żeby to się samo stało. Trzeba powoli stwarzać dla takiej zgody warunki. Swoją drogą rozbudzanie klasowej nienawiści ku temu nie prowadzi. Dosyć jej bez tego... Wystarczy aby klasy rozumiały swoje interesy, organizowały się dla ich wspólnej obrony... Nie powinny jednak nigdy przekraczać granicy szkodliwej dla całości... Na to potrzebne są instytucje, któreby regulowały stosunki klas... My jesteśmy pozbawieni takich organizacyj, u nas rozjemcą jest zawsze nasz wróg, obcy... dlatego cierpimy nad miarę, cierpimy wszędzie na każdem miejscu i pod każdym względem, bez nadziei na polepszenie... Doskonalenie charakterów, obyczajów i stosunków jest u nas zatamowane... Nietylko, że zabierają nam znaczne bogactwa materjalne, plony naszych trudów, lecz zmuszają nas tłoczyć się, szarpać i dręczyć nawzajem; jesteśmy niby trzoda niewolników, zamkniętych — w ciasnem więzieniu, wspinających się ku słońcu i światłu na ciałach braci, aby uniknąć uduszenia... Dlatego trzeba z tem skończyć, rozwalić przedewszystkiem te obce mury, zdobyć niepodległość...
— Ach, ja tak tego chcę, tak tego chcę, panie!... — gorąco szeptał Gawar. — Poto tylko chcę uciec... Dlatego widzi pan chcę z panem... Nie wiem, czyby mię wzięli do tego Związku?... czybym ich znalazł?... Już ich szukałem w Warszawie i nadaremno...
Wojnart zamyślił się.
— Daleko jeszcze do tego!... — odszepnął. — Gdybyś zresztą uciekł, musiałbyś pewnie uchodzić do Galicji, a tam Związek działa pół jawnie. Przyjmują każdego, kto godzi się na jego regulamin. Pewnie wstąpiłbyś do uniwersytetu, a tam dużo z młodzieży należy do Związku... Drogę znajdziesz. Co się dzieje teraz w Warszawie, sam nie wiem, a gdybym nawet wiedział, nie mógłbym ci powiedzieć!
— Rozumiem, proszę pana, ale właśnie chciałem razem z panem; zresztą nietylko dla tego... Chciałbym panu pomóc... Silny jestem i wytrwały... Razem łatwiejbyśmy mogli przez te lasy...
— Wątpię, kochany, żeby można było coś przedsięwziąć przed Tomskiem. Dziękuję ci za zacne chęci, lecz ty nic mi tu pomóc nie możesz...
— A gdyby tak: przeciąć siatkę na pokładzie i wyskoczyć do wody... Zanim się spostrzegą, zanim zatrzymają statek i barkę, można dopłynąć do brzegu i zginąć w tych puszczach jak igła w sianie...
— Konwój ma łódkę... Będą strzelać, zaalarmują wioski pobliskie, ruszą na obławę chłopów okolicznych, A tutejsi chłopi zajadli są na włóczęgów. Skąd oni będą wiedzieć, że my jesteśmy polityczni; politycznych również niebardzo kochają, bo to „przeciw wierze i carowi“. Nie, to na nic, już myślałem o tem... Prędzej w nocy pocichutku, choć parę godzin zyskać... Gdyby więc była gdzieś w określonem miejscu przygotowana kryjówka... Ale o tem niema co mówić, gdyż drzwi od kajuty na noc zamykają i na pokładzie stoi szyldwach...
— Do tej pory nie stał!...
— Teraz stoi!...
— To ten dobry oficer taki!?... Acha!...
— Każdy z nich taki!...
— Więc widzisz, że ze statku bardzo trudno... Łatwiej już z kolei z wagonu i gdyby była kryjówka...
— A to nie można przyszykować?... Co?... Tylu Polaków w Syberji mieszka...
Wojnart przemilczał.
— Takiemi rzeczami zajmuje się rosyjski Czerwony Krzyż Rewolucyjny... — zaczął z pewną determinacją. — Cóż kiedy wciąż się wsypuje; źle zorganizowany, niepewny... Miesza organizację do zbierania pieniędzy z organizacją do oswobadzania więźniów i wciąż jedna drugą gubi... Nas Polaków jest zbyt mało, żeby swoją rękę stworzyć taką potężną sieć we wszystkich miastach Rosji i Syberji, jaka do zbierania środków potrzebna. Przecież te dziesiątki tysięcy ludzi zesłanych i więzionych wymagają setek tysięcy rubli pomocy... Więźniowie Polacy są wszędzie rozproszeni... Trudno do nich dotrzeć i odnaleźć ich... Próbowaliśmy, ale się nie powiodło!... W dodatku lewica pe-pe-es, socjaldemokracja i Bund protestują, przeszkadzają stworzeniu oddzielnej organizacji, mącą... Gdzie niegdzie tylko udało się w większych miastach stworzyć autonomiczne grupy... Gdzie indziej musimy „zlewać się z ruskiem morzem“ — dokończył z goryczą.
— Obejdziemy się bez nich, doprawdy, panie!
— Pewnie, że należy się starać o to, ale trudno... Co zaś do ciebie, to pamiętaj, że dwa są sposoby ucieczki: jeden polega na nadzwyczajnym pośpiechu i takim zysku czasu, żeby nie mógł dopędzić pościg ani zaskoczyć depesza telegraficzna. Ten sposób wymaga znacznych środków pieniężnych, doskonałych paszportów i rekomendacyj, odpowiedniego ubrania, powierzchowności i umiejętności zachowania się. Drugi sposób o wiele tańszy i prostszy polega na przywarowaniu w dobrej, bezpiecznej kryjówce w ciągu dwóch trzech tygodni, aż uśmierzy się i ucichnie gorączka pościgu... Wtedy wychodzi się i jedzie poprostu koleją albo pocztą, albo nawet idzie piechotą jak zwykły śmiertelnik, robotnik z kopalni złota lub coś takiego... Lepiej koleją... bo na pocztach i na parowcach większa kontrola...
Gawar słuchał uważnie, wypytywał się o rozmaite szczegóły i wciąż wzdychał:
— Wołałbym, żeby razem, z panem!...
— Cóż robić! O tem narazie mowy być nie może!... Niewiadomo, co ze mną się stanie... Jak dostanę się do ciężkich robót, wyrwać się stamtąd bardzo będzie trudno. Radzę ci, uzbrój się w cierpliwość i uciekaj dopiero z osiedlenia. To nietrudno!
— A pan?
— Mnie... zostaw już swemu losowi!...
Gawar miał ochotę przytulić się do tego młodego, a skazanego na długie cierpienie mężczyzny, objąć go, pocałować, choć za ręce gorąco uścisnąć, ale nie śmiał, a Wojnart zdawał się nie podejrzewać tych jego chęci.
— Śpij, chłopcze! Już późno. Jutro wieczorem będziemy w Tobolsku. Trzeba się wyspać!... — rzekł spokojnie i otulił się szczelniej w swój chałat więzienny.
Wszyscy wokoło już spali i w ciszy nocnej ujawniło się i zapanowało całkowicie nad nią jednostajne i dalekie bicie kół parowca o falę oraz pobliski bulgot prądów rzeki, rozdzieranych wleczoną wśród nich barką. Monotonję tych dźwięków naruszał od czasu do czasu jedynie bolesny kaszel Dżumbadzego.






XX.

Do Tobolska przybyli późno wieczorem.
Dobronrawowa i Wujaszka, którzy obiecywali sobie, że całą noc spędzą w mieście i pobomblują dowoli, spotkał zawód oficer konwoju wytrzeźwiał i stał się naraz niezmiernie surowym służbistą. Nietylko nie puścił nikogo prócz starosty do sklepów, lecz i temu ostatniemu czas ograniczył do dwóch godzin oraz dodał mu podoficera aż z dwoma żołnierzami konwoju.
— Rozkaz!... Służba!... Noc... miasto... Nic nie mogę!... — odpowiadał urzędownie, chmurny, wyprostowany i zapięty na wszystkie guziki.
— Ale mnie pan musi puścić!... Jestem drugim starostą, mam dużo sprawunków, potrzebuję je osobiście załatwić!... Mnie zawierzyli towarzysze pieniądze!... — nastawał Butterbrot.
— Żyd... Nie!... Syberja... Granica osiedlenia... Zabronione... Prawo zabrania... Żyda... Nie mogę!...
— Co to jest?... To nonsens!... Jestem polityczny... Mnie wybrali towarzysze. Wszystkie partje polityczne... Pan własną wolą tego nie może zmienić... Będę się skarżył!...
Oficer wytrzeszczał coraz groźniej krwią nabiegłe oczy i ruszał rudemi wąsami.
— Żyd... pszoł... — wyplunął nareszcie.
— Jak pan śmie!... Co pan powiedział? Niech pan powtórzy!... Ja tego nie ścierpię, ja tego nie daruję!... Jestem starostą!... Pan obraża wszystkich politycznych!... To na zesłanie niema „granicy osiedlenia“, a na wszystko inne jest?!... Co to jest? To jest jawne nadużycie! — unosił się Butterbrot.
Oficer coraz mocniej ruszał wąsami.
— Pszoł!... — powtórzył głośniej i lewą rękę opuścił na rękojeść szabli.
Butterbrot zerknął na stojącego przy drzwiach podoficera, cofnął się i zawrócił do wyjścia.
— Tak płazem nie można tego puścić!... Popamiętacie... Niewiadomo, do czego dojdzie!... — mruczał, biegnąc przejściem z boku barki na pomost.
Za nim kroczył, nie śpiesząc się, podoficer z kluczem w ręku.
— Niech pan powie temu Dobronrawowi, żeby zaraz przychodził. Późno już, sklepy tylko patrzeć jak zamkną!... — mówił, wpuszczając go za kratę i zamykając furtkę.
Butterbrot nic nie odrzekł, ale zetknąwszy się na schodach ze wstępującym na górę Dobronrawowym, napadł nań gniewnie.
— Gdzie pan idzie?... Z tego nic nie będzie!... Rozpuścił go pan, zdemoralizował... A on jest łotr, bandyta, łobuz, alkoholik i siepacz!... On minie obraził!
— Kto, co?... Zresztą nie mam czasu... Potem mi pan opowie... A teraz dobrze, że pana złapałem, muszę iść do miasta!... Dawaj pan spis zakupów i pieniądze, znowu pan je zabrał.
— Nic nie dam!... Pan nie pójdzie!... To już nie o towary chodzi, nie o białe bułki i tytoń, tu, panie, chodzi o honor wszystkich nas... Ten łotr, ten żołdak, ten pijaczyna, to skończone zero, obraził całą rewolucję... Słuchajcie, towarzysze, nie rozchodźcie się! Trzeba zaraz zwołać zebranie i naradzić się, zrobić protest. Tego nie można tak płazem puścić!... Oni nas bić niedługo zaczną. Towarzyszu Gołowinie, „otwórzcie“ posiedzenie! — wołał Butterbrot.
Więźniowie, z których wielu się już kładło do snu, podnosili się, skupiali, zdumieni i poruszeni.
— Co się stało?...
— Towarzysz Butterbrot ma głos!... — uroczyście obwieścił Gołowin.
— Towarzysze, dawno już zwracano uwagę, że przez niewłaściwe zachowanie się niektórych z nas, przez picie, zadawanie się i przyjaźń z tymi siepaczami, z tymi carskimi sługami, co nas pilnują, my obniżamy godność partyj rewolucyjnych, narażamy się na naszych siepaczy pogardę i że dojdzie do tego, że nas będą zupełnie lekceważyć, że nas będą traktowali gorzej od kryminalistów, bo ich się boją a nas nie.... Czy to słychana rzecz, żeby staroście, wybranemu przez ogół, który przedstawia nietylko materjalne, ale przedewszystkiem moralne i ideowe interesy politycznych wygnańców, żeby naszemu przedstawicielowi, ten cham, ten sołdat, ta kanalja, ten sługa caratu powiedział to, co on powiedział mnie!...
— Cóż on powiedział... — rozległy się głosy.
— Powtarzam, że jeżeli my zaraz nie zaprotestujemy, jeżeli nie przeciwstawimy tej przemocy burżuazji i caratu naszej rewolucyjnej solidarności, jeżeli zaraz na początku nie wstrzymamy ohydnych zakusów reakcji, to przyjdzie do tego, co już było w wielu miejscach, że nas będą poprostu bić, że nad nami będą się znęcać, że nas będą traktować jak bydło — gorzej niż bydło... Towarzysze, my musimy protestować, my musimy pokazać, że nie pozwolimy uszczuplić naszych praw wywojowanych, że mamy godność... Towarzysze, my musimy wybrać zaraz delegację, która pójdzie do tego żołdaka, do tego oficerka i zażąda, aby on mnie, waszego przedstawiciela, przeprosił i niezwłocznie puścił do miasta. Tego się musimy domagać, bo to nietylko jest nasze prawo, ale to jest nasz rewolucyjny obowiązek!...
— Nie trzeba wcale delegacji. Sam całą sprawę natychmiast załatwię. Powiedz tylko dokładnie, Butterbrot, jak to było? Co on ci powiedział? — spytał flegmatycznie Dobronrarwow.
— Co on mi powiedział? On mi powiedział: pszoł!... On mi powiedział, że tu jest... granica „osiedlenia!“ On... on... on śmiał... mnie staroście... On cham, on grubjanin!...
— Wiadomo, że głupiec. Czy warto obrażać się na gbura? Samiście zawinili, żeście do niego poszli. Ostrzegałem. Trzeba, było zaczekać na mnie, jabym załatwił. Mówiłem, że jest antysemitą!... — dowodził Dobronrawow.
— A wy z nim pijecie?... — wtrącił Odesskij.
— Cóż że piję?... Kieliszek nie monstrancja... do niczego nie obowiązuje. Zachowywał się dotychczas przyzwoicie, nawet serdecznie! Myślałem, że jest sympatykiem „trudowików“. Nawet może nim jest, tylko... bez wychowania!... Skąd je ma mieć taki szczur garnizonowy?... Nie jest człowiekiem złym, upewniam was... Najlepszy dowód, że nam tyle pozwalał...
— Pozwalał?... Co nam pozwalał!?... Nic nam nie pozwalał... — przerwał Butterbrot.
— Nie chcemy za taką cenę... — ozwały się głosy.
— Zawsze to siepacz!...
— Jakieś nieporozumienie?!... Mówiłem, że jest antysemitą. Poco Butterbrot chodził?... Pozwólcie tylko, a pójdę i załagodzę i wszystko będzie jak należy... Może istotnie nie wolno nas puszczać więcej jak jednego... Zląkł się, miasto gubernjalne... — bronił dalej oficera Dobronrawow.
— Wołałbym jednak, aby pertraktacje z oficerem w tej sprawie przeprowadził kto inny a nie jego kompan butelkowy. Dlatego popieram myśl wysłania delegacji!... — wmieszał się Lwow.
— Panowie, panowie! pokolei!... Towarzysz Lwow ma głos!... — uspokajał szmery Gołowin.
— Już skończyłem!...
— W takim razie... kto jeszcze w tej sprawie życzy sobie zabrać głos?!...
— Radźcie więc, towarzysze, a ja muszę już iść, bo zostaniemy bez prowizji. Butterbrot daj spis zakupów!... — nastawał Dobronrawow.
— Niech idzie, niech tylko w tej sprawie nic nie mówi oficerowi, jakby nie wiedział!...
— Nie, nie!... Nie wypada, delegacja musi iść razem z nim natychmiast!...
— Jeszcze niewiadomo, czy ona pójdzie!... To trzeba rozważyć — rozległy się tu i ówdzie głosy.
— Panowie, panowie, proszę o spokój!... — nawoływał Gołowin.
— Starosta!... Polityczny starosta! Do oficera! — zabrzmiało wołanie z otworu schodów.
Dobronrawow wyrwał z ręki Butterbrota spis, machnął nim w powietrzu i ruszył ku wyjściu.
— On idzie!... Hańba!... Towarzysze, nie puszczajcie... To jest Bóg wie co? — krzyczał Odesskij.
— Głodem chcecie nas zamorzyć, żydy!... — krzyczeli ukraińcy.
— Wezwali go, musi iść!...
— Za kawałek cukru, za białe bułki, za obwarzanek... rewolucję gotowiście sprzedać!...
W kajucie zawrzało; jedni doskakiwali do drugich nieledwie z pięściami i Gołowin nie mógł z rozgorzałemi namiętnościami dać sobie rady. Dżumbadze kaszlał coraz głośniej, kiwał głową i patrzał gorejącemi żałośnie oczami na kłócących się towarzyszy.
Wojnart dogonił Dobronrawowa już na schodach.
— Towarzyszu — rzekł cicho — nie dam wam kartki, gdyż lękam się, że was mogą zrewidować... Gdybyście jednak spotkali, to postarajcie się jej powiedzieć, że wszędzie i zawsze gotów jestem na wszystko... Może ona wam co da?
— Rozumie się, rozumie się!... Bądźcie spokojni... — mruczał Dobronrawow. — Ktoby się spodziewał, taka historja!...
Podoficer czekał nań przy furtce i mruczał gniewnie.
— O północku!... Sklepy zaraz zamkną!... Do djabła z taką robotą!... Do miasta daleko!... Ciemno, deszcz pada!...
Wojnart nie wracał do kajuty; przysłuchiwał się lecącym stamtąd głosom i wsparłszy czoło o zimne druty siatki ochronnej, patrzał na stromo wznoszący się ku górze i niknący w ciemnościach brzeg rzeki. Rzadkie latarnie naftowe oraz ognie okien miejskich woddali czerwonawo przeświecały przez mgłę szarugi.
Wpobliżu przystani tam i napowrót jak wahadło chodził żołnierz z karabinem na ramieniu, to niknąć w mroku, to pojawiając się w smudze światła, bijącej z luminatorów barki.
Dobronrawow wraz z drugimi aresztantem, starostą kryminalistów, otoczeni przez żołnierzy, brzęcząc łańcuchami, minęli wartownika i znikli w cieniu stromej pustej ulicy.
Wojnart wciąż z natężeniem patrzał w tamtą stronę; wtem ktoś nieśmiało stanął koło niego.
— Acha, to ty chłopcze!... Co się dzieje... na dole? — spytał cicho. — Któż tam peroruje?...
— Sprzeczają się o to, czy rewolucionista może pić czy nie! — odszepnął Gawar.
Wojnart nic nie odrzekł i nie zmienił pozycji.
— A pan co o tem myśli? — spytał cicho chłopak.
— Myślę, że wogóle... pić nie warto!... Ludzie nie na tyle znów dużo mają rozumu, aby go umyślnie starać się stracić!... Kto raz obrał drogę spraw nieosobistych, powinien odsuwać od siebie wszystko, co przeszkadza, powinien wszystko poświęcić, inaczej nie osiągnie celu... Zresztą wstyd nawet mówić tu o poświęceniu!... Głupstwo, drobiazg... W porównaniu z tem, co trzeba...
Uciął i patrzał dalej w milczeniu w zamgloną ciemność.
— Oni się przechwalają pijactwem!... U nas też były takie obyczaje, ale to było dawno, za czasów saskich... Czy nieprawda?... Teraz każdy się tego wstydzi... Mieliśmy w naszym domu lokatora Zawadzkiego, nawet poczciwy był człowiek i dobry Polak, urządzał nam zebrania i uratował przed żandarmami, cóż kiedy pił... niebardzo, ale zawsze!... Zato szewc sąsiad, to taki był pijanica, że niech Bóg uchowa! Co poniedziałek, a nawet w niedzielę w nocy tak żonę bijał, że płacz i jęki u nas w mieszkaniu w suterynach poprzez grubą ścianę słychać było... Ojciec groził mu nieraz, że się policji poskarży, lecz nietylko szewc, ale i szewcowa wtedy na ojca napadali, wymyślali mu od „donoszczyków“, więc dał pokój... Niech się biją kiedy im się podoba... I stało się, że ten szewc żonę swoją zabił...
— Tak, dużo zbrodni zdarza się z pijaństwa wśród prostego ludu!... — potwierdził dość obojętnie Wojnart.
— My też jesteśmy z „prostych“. Mój ojciec był stróżem! — zauważył cicho Gawar i umilkł.
Wojnart zrobił nieokreślony ruch ku niemu.
— Do jakiego chodziłeś gimnazjum?...
— Do żadnego gimnazjum nie chodziłem... Chodziłem do szkoły polskiej... Przecież ja za bojkot szkół rosyjskich!...
— Ach, tak, tak!... Prawda!... Mówiłeś mi to... Daruj, zapomniałem!... Cicho, zdaje się, że idą!... — przerwał, nasłuchując w stronę ulicy.
Tam jednak szumiał jak przedtem jeno wiatr, siąpił deszcz, szemrały strugi płynącej rynsztokami wody i monotonnie stukały buciary chodzącego wpobliżu szyldwacha.
— No, a wpisy?... Nasze szkoły takie drogie!... — ciągnął Wojnart głosem znużonym.
— Zwalniano mię. Pan Zawadzki i „Księżniczka“ wyrobili mi zwolnienie; obiecywali nawet stypendjum, ale nie udało się...
— Czy myślisz, Gawar, że oni prędko wrócą?... Zimno coś... A ci gadają i gadają!...
— Myślę, że wrócą niedługo, nad ranem mamy podobno ruszyć w dalszą drogę!...
Wojnart otrząsnął się, oderwał od drucianej zapory i zrobił parę kroków w głąb pomostu, cicho zadzwoniły mu na nogach łańcuchy, szyldwach stanął natychmiast i pilnie wpatrzył się w stronę barki.
— Widzisz, chłopcze, jacy czujni!... Przeklęci!... Znowu zabronią nam wychodzić w nocy na pokład!... — mruknął, podtrzymując kajdany ręką.
Przeszli na przeciwną stronę barki, gdzie widać było jedynie ciemną, lśniącą wstęgę wody, szemrzącej jednostajnie. Wydłużone odbicia ogni luminatorów, przebijały ciemności, kołysały się i pełzały po czarnych toniach jak języki złotych płomyków, mglisty brzeg przeciwny opadał woddali na ciemne wody jak chmura. Było cicho i pusto.
— Widzi pan, jakby tu można teraz... doskonale!... Zdjąć kajdany, przebić siatkę w jednem miejscu, dalej ją rozpleść, spuścić się do wody, odpłynąć trochę z prądem, minąć barkę, parowiec i hajda na brzeg!... — szepnął Gawar, chyląc się blisko do Wojnarta. Ten znów się otrząsnął.
— Niezupełnie. Widziałeś na brzegu!... Zresztą... nie mogę teraz!... — Zaczekać muszę... nie mogę!...
— Potem będzie... za późno. Na pewno spędzą nas z pokładu i postawią na nim szyldwacha!...
— Cóż robić! Jeszcze się zdarzy okazja niejedna!...
— Zapewne, ale teraz takby łatwo!...
— Dajmy temu pokój!... Powiedz mi raczej chłopcze, czy masz wieści od rodziców?...
— Właśnie że nie mam i to mię bardzo niepokoi! Matka na pewno pisała...
— List zaginął... Och, te listy!... Okrutni są nieraz ludzie! — odszepnął Wojnart i znowu postąpił kilka kroków wzdłuż pomostu, starannie podtrzymując tym razem łańcuchy, aby nie zabrzęczały.
Tak rozmawiając, chodzili czas pewien po pokładzie, choć w kajucie umilkły już głosy i zagasły światła. Wtem w otworze schodów pojawiła się ciemna sylwetka.
— Acha, to wy, Wojnart i ten młody patrjota?! Spacerujecie!... Czekacie!? I ja też czekam, nie mogę usnąć!... Nie wiedziałem, że tu dziś nie postawili straży... Dopiero jak usłyszałem wasze kroki, zrozumiałem, że ktoś chodzi... Myślałem, że Dobronrawow wrócił, ale nie, bo tem by zaraz zeszedł. Czekam... tymczasem niema i niema!... Więc wyjrzałem! — tłumaczył się Wujcio.
— Cicho, Wujciu!... Przytrzymaj łańcuchy, bo tu niedaleko szyldwach chodzi, jeszcze nas spędzą!...
— Doprawdy!? No, nie myślę!... Pewnie nie postawili straży wewnątrz, gdyż Dobronrawow nie wrócił... Więc liczy się, że jeszcze dzień... Ha, ha! Oficer pewnie już śpi, zapomniał, albo przez dobroć serca nie zechciał. W gruncie rzeczy, on doprawdy dobroduszność chodząca, poznałem go dobrze!... Ruska dusza, igraszką losu wtłoczona w mundur. On nawet nie wie dlaczego go nosi... Ojcowie oddali go, siódmego coś malca, do kadetów z braku utrzymania... więc został oficerem, ale sam mówi, że równie dobrze mógłby zostać „piekarzem“, największą zaś ma ochotę do literatury... Czytał nam nawet swoje utwory, doprawdy... Wcale, wcale jak na oficera ciupasowego niezgorsze... Mówię wam, dobroduszność chodząca... Tylko trzeba uwzględnić: każdy ma swoje ale — nie znosi „palestyńskiej szlachty“. Poco było posyłać Butterbrota!... Wogóle nieszczęśliwy według mnie to wybór. Cóżto mało mamy Rosjan, żeby zawsze i wszędzie pchać żydów? Nie przeczę — zdolni! Religijne przesądy również tępić należy... Zgoda! Racja! Ale trzeba liczyć się również z tem, że ogół, że lud prosty rosyjski, że przeciętny inteligent nie lubi żydów... To darmo, serce nie sługa!... Trzeba brać uczucia ogółu pod uwagę, nato jesteśmy przecie demokracją! — dowodził Wujcio, stąpając równie cicho po pokładzie jak Wojnart i Gawar.
— Cóż robić: zato oni was kochają do szaleństwa!... U nas w Warszawie, inaczej nie mówią jak po rosyjsku i na każdym kroku powtarzają „my ruskije“ — żartował Wojnart.
— W pociągach od konduktorów, nawet po wsiach od chłopów żądają, żeby z nimi mówić po rusku — dodał Gawar.
— Widzi pan!... A tutaj mają za złe, że ktoś wypije kieliszek wódki z człowiekiem, co krzywo na nich patrzył... Gdyby tak przebierać, nie byłoby z kim się trącać!... Ale nic z tego!... Na tym punkcie nie dojdziemy do porozumienia!...
— A delegacja?...
— Delegacja pójdzie, lecz zażąda jedynie wytłumaczenia się, co do „żyda“...
— Masz tobie!...
— Mówiłem im to... Sądzę, że głupstwo... lecz zostaliśmy przegłosowani. — Twierdzą, że za towarzysza ująć się trzeba!...
— I któż pójdzie?...
— Pójdzie Lwow, Gołowin, Kotow...
— Patrzcie: same grube ryby i same goje... Umieją się urządzać!...
— Ba, ba!... Tsy!... Zdaje się, że idą?
Przystanęli i przysłuchiwali się chwilkę, patrząc w głąb ulicy, gdzie zwrócił twarz również znieruchomiały na chwile szyldwach.
Z góry spuszczał się cały orszak hałasując, chlupając nogami w kałużach wody. Prócz tego zjeżdżał wóz, stukając kołami po nierównościach drogi. Wkrótce w świetle najbliższej latarni zarysował się łeb konia pod „duhą“, dalej wehikuł pełny pudeł i worków, obok podkasany woźnica z krótkim „knutem“ w ręku, a zboku gromadka żołnierzy i dwóch aresztantów przemokłych i zabłoconych.
— Jesteśmy, nareszcie!... Niech ich licho weźmie z ich miastem Tobolskiem i tą górą śliską od błota jak szkło!... Dwa razy usiadłem na ziemi jak na tronie — gadał Dobronrawow, włażąc na pomost. — Aa!... To ty Wujciu! Nie śpisz! Doskonale! Trzeba będzie rozgrzać się po tej biegunowej wyprawie! Będę miał z ciebie towarzysza!... Żołnierzykom też dać trzeba po kropelce, gdyż zziębli!... Gdzieby tu urządzić ten bufet?... Te, panie podoficer, poślij pan po latarkę!... Trzeba przecież towary zładować a ciemno...
— A więc masz?! — spytał cicho Wujcio.
— Rozumie się! — odparł Dobronrawow dość głośno.
— Cóż żydy śpią?... Uspokoiły się?...
— Gdzie zaś!... Jutro dalszy ciąg!...
— Co tam jutro?... Do jutra daleko!...
— Niebardzo. Widzisz, jaka srebrzysta jasność idzie po wodzie?! Dnieje!
— Dnieje?! Tu całą noc dnieje! Gdyby nie chmury, mielibyśmy „białą petersburską noc“. Wiadomo, że są gorsze niż „egipskie“... Pij, nie śpij, w ziemi się wyśpisz!... — gadał Dobronrawow.
— Panowie, jego szlachetność prosi, żeby panowie na obrachunek przyszli do niego do „oficerskiej“... — wyrecytował, stojąc przed nimi z latarnią w ręku, podoficer.
— Trzeba będzie pójść!... Hę?! Pójdziesz Wujciu?... Nie opuścisz przyjaciela w potrzebie?!
— Pójdę.
— A wy, Wojnart?
— Ja, nie!
Dobronrawow kiwnął mu nieznacznie głową i, oddawszy spis znoszonych towarów oraz kontrolę nad niemi Wujciowi, odszedł z Wojnartem na stronę.
— Jest, widziałem ją, była... Ale słowa mi z nią zamienić się nie udało, pilnowali bardzo... Poznała mię i kiwnęła nieznacznie głową. Dwa razy chciałem zbliżyć się i na nic!... Czy donos jest, czy co — nie wiem! Pilnowali jak sto djabłów!... Ale wiemy, że jest i to dobrze!... Nieprawda?
Wojnart westchnął.
— Czy tylko napewno ona?... Gdzieście ją widzieli?
— Widziałem ją przed sklepem kolonjalnym... Już go zamykali... Weszła do sklepu, zdaje się, że po raz drugi za nami; nikogo tam nie było więcej i dlatego tak było trudno. Bardzo ci chodziło o twoją kartkę?...
— Bardzo.
— Cóż robić!... Bóg świadkiem, że chciałem ci się przysłużyć...
— Wierzę bardzo, ale co teraz?
— Trzeba będzie sprawę z żydami załagodzić, może znowu pozwolą wychodzić!
— Wątpię, czy się powiedzie.
— Spróbujemy. Muszę już iść, bo mój pijaczyna ma słuszny powód do niecierpliwości, mam jego rum ze sobą!... Polecił, żeby go nikomu nie oddawać tylko jemu do rąk.
Kiwnął głową, zlustrował wraz z Wujciem zniesione i ustawione pośrodku pokładu paki, dał na wódkę woźnicy, zabrał osobno odłożone pudełko i ruszył bocznem przejściem na tył statku. Przodem szedł podoficer i przyświecał latarnią, a zboku naukos biegły za nimi wielkie, potwornie wygięte ich cienie, odrzucone zbliska na obły, błyszczący od deszczu dach barki.






XXI.

Za Tobolskiem parowiec, hucząc zwycięsko syreną, bijąc lekko i radośnie łopatami kół, skręcił w rozłożyste koryto Irtysza. Gwałtowny nurt porwał go i poniósł wraz z bezwolną barką. Wezbrana, skręcona w potwornych wirach, zbróżdżona prądami, lała się wprost na północ olbrzymia struga wody szarozielonej, jak nefryt, którego tajemnicze, przedwieczne kopalnie umieściła legenda u źródeł tej rzeki.
Daleko, daleko, z granic Chin, gdzie toną w burych piaskach pustyni górskie, zielone rozłogi śnieżnego Ałtaju i Tiań-szania, gdzie śpią cicho zawiane simumem wielkie ruiny miast nieznanych szlifierzy kamienia — stamtąd ona płynie!
Sine brzegi zamykały szybko swe zakręty za uciekającemi statkami, otwierając wzamian przed niemi szerokie wyloty, pełne blasku nieba i wody.
W miarę jak posuwali się ku kołu biegunowemu, chłodło powietrze i bladły noce. Zorze wschodu i zachodu zlewały się w jeden rumieniec i źrenice gwiazd blado migotały na perłowo-srebrzystym wnęku firmamentu.
Słońce nikło na krótką chwilkę, aby prawie w tem samem miejscu znowu wypłynąć nad niskim widnokręgiem — na długi dzień, czyste i złote. Rozstępowały się przed niem szare chmury, przylegając obwisłemi piersiami nieledwie do samej ziemi, odpływały na strony jak wielkie wydęte żagliska.
Na brzegach lasy i bagna bez końca. Wioski zjawiały się niezmiernie rzadko i przystań często ograniczała się do lichej budki stróża oraz bursztynowo-żółtych składów drzewa, z których parowiec czerpał swoje paliwo.
Więźniowie na barce spali mało, podnieceni ciągłą jasnością dnia, nieznanemi widokami oraz niecichnącą burzą wewnętrznego wrzenia, gdyż nocna pijatyka Dobronrawowa i Wujcia z oficerem została przez Odesskiego wykryta.
— Cóż wy na to, panie szlachetny?!... Co wyrabia wasza inteligenczija!... Pieniążki ludowe — tiu, tiu!... Okrągłe są, łatwo się toczą!... — zaczepiał Dżumbadzego Gorainow.
— Zapewne, że tego... nieładnie!... Ale przepraszam... za własne pieniądze!... — chrypiał chory.
— Choćby za własne — nie wolno! To jest poniżające!... To brak honoru!... — napadł nań przechodzący mimo „Monsieur Puritz“.
— Jaki honor?... Co za honor!... Też znawcy honorowi!... Parchy!... — oburzył się Bondarenko.
— Zapewne, zapewne, ale z drugiej strony!... — łagodził Dżumbadze.
— Żadnej niema strony!... Parchy są i to oni mącą!... Łby imby poukręcać!...
Dżumbadze żałośnie kiwał głową i chrypiał bez słów, daremnie starając się opanować atak kaszlu.
— Wynoście się stąd!... Znaleźli sobie miejsce na spory!... — odpędzał ich od chorego Leskow.
— Ach, Boże mój, szkoda, że ich odpędzasz!... Możebym ich pogodził... Wszyscy przecież oni są dobrzy... To nieporozumienie... Trzeba wytłumaczyć!... Doprawdy niezgoda ta więcej mię męczy niż kaszel!... — szeptał błagalnie Dżumbadze.
Rzecz prosta, że postanowionej już „delegacji“ do oficera nie wysłano, gdyż pójść tam nikt nie chciał. Zwalono więc tylko ze starostwa Dobronrawowa a wybrano na jego miejsce na znak protestu... Butterbrota.
Nie obeszło się bez gorących starć, gdyż pe-pe-esowcy i en-zet-erzy, wogóle wszyscy Polacy za wyjątkiem lewicowca Potockiego, głosowali przeciw niemu, co wywołało wybuch wymysłów i oskarżeń ze strony socjal-demokracji wszystkich odcieni. Z tego powodu toczyły się wciąż rozprawy na przepełnionym ludźmi pokładzie.
— Niech tylko dostrzegę, że choć na jotę nas krzywdzi, a zęby mu wybijemy! Prawda Rochu?... — odgrażał się Barański.
— Poco zęby?... My lepiej oddzielmy się i zróbmy swoją komunę... — radził „Monsieur Puritz“.
— A jakże! A co jeść będziem?... — mruknął Wickiewicz.
— Co jeść będziemy?... Phe!... To co i inni!... Muszą nam naszą część wydzielić... Przecież kupowali i dla nas!...
— Kto ich zmusi!?...
— Nawet gdybyśmy swoje pieniądze mieli, gdyby nam wydano strawne, niema tu gdzie kupić!... Pustynia!... Wiozą i wiozą, a gdzie nas wyrzucą?... — westchnął Cydzik.
— Miał nosa Dobronrawow, że zakupy zrobił!... — zauważył doktór Frączak.
— Cóż z tego, kiedy jeżeli starczy, to zasługa za to spadnie na Butterbrota, a jak zabraknie, to on winę zwali na Dobronrawowa! — wmieszał się Finkelbaum.
— A ja myślę, że zabraknie, bo ziemniaków mało kupili... — burknął Wickiewicz.
— Już on sobie da radę, nie bójcie się... — upewniał „Monsieur Puritz“.
— Ja się też nie boję, ja tylko tak powiedziałem!... na wszelki wypadek!
— Ech, panie Wujciu, kazałby pan zaśpiewać, czy co! Taka nuda!... — zwrócił się Cydzik do przechodzącego mimo Konratowicza.
— Abyście znowu awanturę zrobili!... Dajcie mi spokój, wszystko się nie klei! — odrzekł ten cierpko i odszedł w stronę stojących na uboczu Rusinów; ale tam też długo nie popasał i zwrócił się do grupy mężczyzn, otaczających Marusię i Julę.
— Tak, tak!... Nie marnujcie panie czasu, korzystajcie, pogrążajcie, dobijajcie... zwyciężajcie bez litości, gdyż wkrótce skończą się piękne dni Aranjuezu i zamkną was w waszej kajucie....
— Z jakiej-że to racji!? Cóż to Wujcio kracze jak czarny kruk?! Lepiejby Wujcio zaśpiewał!
— Nie mogę, bo... pieśni biblijnych nie umiem, a nic innego teraz nie wolno!
— Fe! Wujcio też został antysemitą!
— Nie jestem niewiastą, żeby kochać to, z czem mnie łączą wieczne łańcuchy!... Jeżeli zaś boicie się antysemityzmu, to pogadajcie z Butterbrotem — on was uleczy, jak uleczył już naszego oficera, który nienawidzi teraz nas wszystkich!...
— Byłam, jestem i będę zawsze przeciwną!... — szepnęła niespodzianie Róża Isakówna.
— Wiemy, wiemy: pani jesteś urodzoną antysemitką! — przerwał z naciskiem, śmiejąc się Wujcio.
Dziewczyna pomyślała chwilkę, poczem opuściła oczy i zapłoniła się mocno.
— Obrzydliwy!...
Wujcio odszedł zadowolony, aby powtórzyć innym swój „kawał“.
— Ech, gdzie są najmilsi bracia moi: poeta Orłów i świątobliwy Dobronrawow!? — wołał głośno. — Trzeba coś przedsięwziąć, wywołać jakieś zdarzenie, inaczej z tej nudy powiesi się ktoś szlachetny!... A to podły kraj! Nawet nocy niema, aby ukryć znudzone obliczał... Wciąż ludzie, wszędzie ludzie i... słońce! Straszna rzecz, kiedy człowiek czuje, iż głupieje z szybkością iskry elektrycznej!
Zeszedł do kajuty, bardzo zadowolony ze swoich „niezwykłych“ zestawień, miał zamiar je publicznie powtórzyć, ale znalazł na dole ledwie kilku dziwaków, którzy nigdy prawie nie opuszczali swych posłań... reszta, nawet „wieczni czytelnicy“ wylegli na górę.
— Cóżto Wojnart?... Wy też, widzę, zapisaliście się do „braci śpiących“? — zapytał, dostrzegłszy na pryczy wyciągniętego Wojnarta z rękami założonemi pod głową.
Więzień uśmiechnął się chmurno.
— Tam za dużo ludzi!... — odrzekł cicho.
— Tak, tak!... To samo mówię!... A skoro samotność niemożliwa, to należy dążyć do zlania się z ludźmi w jedną całość, aby była jedność, bo jednostka jest samotna... do tego jednak potrzeba płynu, który wszystkich skleja, a ty jesteś oczywiście jego przeciwnikiem!... Czy nie tak? Nie wiesz, gdzie do licha podział się Dobronrawow?...
— Nie wiem, ale może... lepiej go nie szukać!...
— Acha, racja!... Dziękuję!... Pójdę śpiewać!... Nadzieja jest matką... wesela!...
Wojnart znowu wyciągnął się na posłaniu w dawnej pozie, a niedługo z pokładu dobiegł go śpiew:

Za szczo ty karajesz, o Boże mij Boże.
Za szczo ty karajesz ii mołodu...

Leżący obok niego Gawar, zamknął czytaną książkę, spełzł z pryczy i poszedł na górę; pociągnęli tam niedługo i inni. Wojnart został sam ze swemi myślami; obrócił się na bok i pociemniałe z bólu oczy utkwił w wyzłocone słońcem okno luminatora, przez które wpadał zdołu odbity blask fali i skakał kapryśnie po wygiętym, żebrowatym pułapie kajuty.

Z Port Artura
Jede fura,
Na niej sede
Ka — mi — mu — ra
I pije czaj, czaj,
Szo — ko — ła — du,
Czarno kawu,
Rrum.

Dobiegło z pokładu ze śmiechem i cichym tanecznym tupotem.

— Słyszycie, Lwow, wprost wstydu nie mają!... — szepnął nagle Butterbrot, który również leżał z książką w ręku na swojem miejscu.
— Co takiego?
— Nie słyszysz: gotowi tańczyć!?...
— Acha, prawda!... Więc co?...
— Wkoło smutek, nieszczęście, gnębią nas, obrażają...
— Głupstwo!... Przyjdzie i nasza kolej!... Odpłacimy.
— Jeżeli tak pójdzie dalej, to ona nigdy nie przyjdzie!... Rewolucyjne uczucia osłabną... Rewolucja zazdrosna, ona o sobie tylko każe myśleć, albo ucicha, rozprasza się!... Kto wiele chce, ten nic nie chce!...
— Zapewne, Butterbrot, zapewne!... Widzę, że jesteś twardym rewolucjonistą, ale ludzie są ludźmi... Trzeba ich brać, jakimi są i lepić z nich przyszłość, bo innego materjału niema...
— Nie o to chodzi, czy ja jestem rewolucjonistą, lecz o to, że ten oficer usłyszy te głupstwa, te tańce i doreszty straci dla nas szacunek. Gotów jeszcze co zrobić!
— Nie damy mu, nie damy!... — uspokajał go Lwow.
— Ba, gdyby była jedność, lecz jej niema... Ot, Polacy naprzykład i ci, drobno burżuazyjni socjal-rewolucjoniści... — dokończył, zniżając głos, poczem podpełznął do Lwowa i zaczął przeszeptywać się z nim zupełnie cicho.
Wojnart zeskoczył z pryczy i udał się na pokład, gdzie go zaraz obstąpili towarzysze.
— Nie wiecie kiedy wieczerza?... Późno już, a nic o niej nie słychać!...
— Najwyższy czas!...
— A nie wiecie, co dadzą?
— Gdzie dyżurny?!
Wojnart wzruszył ramionami.
— Dawno już się do tych rzeczy nie mieszam!...
— A gdzie Dobronrawow?...
— Idzie... Idzie właśnie z kuchni!...
— Hej, Dobronrawow!... Bywaj!...
— Cóżto nasi kucharze, tak się spóźniają!...
Kiedyż nareszcie będzie kolacja?...
— Będzie!... Niedługo!... — odpowiadał Dobronrawow, uśmiechając się wszystkim.
Nos miał czerwony, w oczach senną błogość, a pod połą chałata coś chował.
Orłow, Wujcio i reszta „tytanów“ otoczyli go natychmiast zwartem kołem i, szepcząc tajemniczo, uprowadzili na dół. W przejściu rozminęli się z Butterbrotem, który szedł do kuchni, aby dopilnować wydawania kolacji.
— Poszedł sobie!... Tem lepiej!... Niech go djabli!...
— A choćby nie poszedł, to co! Lękasz go się?...
— Nie, ale zawsze... klęska egipska!... Zepsułby nastrój!...
— Nastrój zależy przedewszystkiem od wewnętrznej zawartości człowieka... Zachowaj tam dla mnie krzynkę, bracie mój!...
Gdy ustał ruch, wywołany rozlewaniem zupy z wielkiego, przyniesionego przez dyżurnych kotła i Butterbrot usiadł wreszcie w kąciku z łyżką i pełną blaszanką, zdziwił się i oburzył niezmiernie, dostrzegłszy w przeciwnym kącie kajuty kupkę „tytanów“, którzy zupełnie jawnie pili wódkę i nawet śpiewali półgłosem:

Z Port — Artura
Jede fura,
Na niej sede
Ka — mi — mu — ra.

W pierwszej chwili, chciał podejść i zapytać, skąd dostali trunku i jakiem prawem go piją, ale pomyślał, wstrzymał się i zamruczał tylko:
— Zgubią nas, zgubią podlecy!... A ci reszta... nic!... Nic a nic!
Obrażony na wszystkich, wyjął notes i, udając, że robi rachunki, nie odpowiadał nawet na pytania Odesskiego...
— Nu, czy ty widzisz, co oni robią!?... Tam nawet jest nasz żyd Finkelbaum! Poco ten parch do nich chodzi!... Co to jest?... Przecież to na pewno za nasze pieniądze!... Ty im nic nie powiesz Butterbrot?... Jaki ty starosta?... Nu??






XXII.

Był wczesny poranek, gdy nieruchomość barki, oraz niezwykłe głosy i szmery obudziły Wojnarta.
Przysiadł na pościeli i przetarł oczy.
Tak, bezwarunkowo — barka nie posuwała się naprzód, lecz kołysała na miejscu. Przepływająca mimo woda bulgotała cichutko pod otwartemi luminatorami, przez które sączyła się blada, bezsłoneczna, wilgotna jasność. Ale głównie uderzyły Wojnarta jakieś stukoty na dziobie podobne do rzucania i przesuwania lin, od których statek drgał i zataczał się, oraz wołanie i rozmowa ludzi, zgoła odmienne od rozlegających się zwykle na pomoście barki.
— Stało się coś!... Siedliśmy na mieliźnie!... Albo wypadek; może pożar, może lina się urwała.
Parowiec też nie łopoce!... — pomyślał.
Szybko podciągnął rzemieniem kajdany, narzucił na ramiona chałat, czapkę nacisnął na uszy i ruszył na górę.
Klatka pomostu była pustą.
Gęsta jak piana, zimna jak lód mgła lała się z otwartych na rzekę boków na pomost, przeciekała mlecznemi strumieniami przez oczka drutownicy, poczem łącząc się w grube kłęby i zwoje, rozpełzała się po całem wnętrzu, kołysząc się wszędzie jak białe dymy, opadając ciężkiemi płatami na podłogę, jak burzyny, liżąc kosmatemi jęzorami drewniane przepierzenia i dach pod pokładem, zostawiając wszędzie ślad swej zimnej śliny.
Wojnart mocniej otulił się w chałat i przystąpił do samej kraty, aby rozeznać lepiej niejasne wielkie cienie, migające o kilka kroków w pokrywających rzekę oparach.
— Brzeg?... Nie, nie brzeg, gdyż po obu stronach większa prześwieca jasność. Przystań, albo druga barka... Ale skąd tutaj taka przystań wysoka i kryta jak dom?... — rozmyślał.
— A może... parowiec, zarzucił kotwicę... Podciągnął i podwiązał przy sobie barkę... Acha, na pewno tak tak!... Będziemy stać do rana!...
Serce w nim drgnęło, oparł się rękami o druty i raz jeszcze powiódł wzrokiem po widomej przestrzeni. Wtedy przelotnie zauważył, że nie jest sam, że w rogu przy ścianie tuli się postać ludzka, przyglądając się jak i on dziwnemu zjawisku.
Poznał Sarę Bergson i bezwiednie postąpił ku niej. Zwróciła głowę na szelest jego kroków; widocznie spostrzegła go już przedtem, gdyż z jej ułożenia wnioskował, że go oczekuje.
— Dzieńdobry, Saro Józefówno!... Wyszła pani odetchnąć cokolwiek, ale niefortunną dziś mamy pogodę! Taka przejmująca wilgoć!...
— Codzień wychodzę, a raczej co noc!... — odrzekła z bladym uśmiechem, podając mu rękę.
Twarzy odeń nie odwróciła, co czyniła z innymi; przeciwnie, oparłszy lewą skroń o siatkę drucianą, patrzała mu chwilkę w oczy swemi cudnemi morskiemi oczyma.
— Dobrze się stało, że pana spotykam...
— Mogła mię pani wezwać w każdej chwili.
Opuściła powieki i przemilczała.
— W Tomsku pewnie oddzielą osiedleńców od katorżan, możemy się już nigdy nie spotkać, więc chciałabym powtórzyć panu... ostatnie słowa... jakie Karol przed... śmiercią... kazał panu powiedzieć!
Usta jej drgnęły, przezwyciężyła się jednak i mówiła dalej głosem głuchym, lecz spokojnym:
— Pan się zmienił, pan podobno stał się antysemitą, dlatego zwłóczyłam, choć uważam spełnienie każdego najmniejszego życzenia męża za najświętszy swój obowiązek... Zresztą to pana do niczego nie obowiązuje... ja tylko... powtórzę...
— Owszem. Upewniam panią, że uczucia moje dla Karola nie zmieniły się wcale. Pozostanie on dla mnie najświatlejszą, Chrystusową wprost postacią w moich wspomnieniach, oraz jednym z najbliższych mi kolegów z petersburskiej politechniki. Co zaś do mego antysemityzmu, to z bólem przekonałem się w kraju, że Żydzi nietylko są niezmiernie groźnemi pasorzytami gospodarczemi mojej ojczyzny, lecz jednocześnie są najzaciętszymi wrogami jej niepodległości...
Zrobiła lekki zaprzeczający ruch ręką.
— Karol nigdy nim nie był!
— Nie wątpię. Karol pod wszelkiemi względami był zawsze wyjątkowym człowiekiem. Nie mógł w dodatku mieć najmniejszego wpływu na tę sprawę, a nawet nie mógł wyrobić sobie samodzielnego o niej zdania. Przebywał daleko od terenu, że tak się wyrażę, sprawy żydowskiej, w innych sferach i był bardzo luźno z nią związany...
Wstrząsnęła głową, jakby odpędzając napraszającą się odpowiedź i podniosła zwolna opuszczoną przed chwilą na oczy firankę ciemnych rzęs.
— Niech mi pan wierzy, że nie miałam zamiaru wszczynać politycznej dyskusji. Zresztą powtarzam, że to co powiem, pana zupełnie do niczego nie zobowiązuje... Niespełniona zaś prośba nieboszczyka ciążyłaby mi...
Znów urwała i opuściła oczy.
— Otóż... Karol powiedział mi, że gdybym... kiedykolwiek potrzebowała... rady i... opieki... dla syna, żebym udała się do pana, że panu jedynie... onby zupełnie... zaufał!
Głos jej rwał się coraz bardziej, cichł, zamienił w szept.
Wojnart patrzał na nią zmieszany, prawie oszołomiony, poczem przeniósł oczy na blado rysujący się w kłębach mgły parowiec, o którym prawie był zapomniał. Milczenie jednak długo trwać nie mogło.
— Jestem skazany na wieloletnie ciężkie roboty... — odrzekł głucho.
— On tego nie wiedział.
— Ja też nie wiem, czy wyjdę kiedykolwiek z więzienia... Ale nawet... gdybym wyszedł... Nie chcę pani odpowiedzieć banalnem... „i o wszem“, „bardzo chętnie“ lub czemś w tym rodzaju. Poświęciłem się sprawie, przy której śmierć czyha na mnie na każdym kroku... Nie rzucę jej... Trudno byłoby mi spełniać inne obowiązki... wymagające ciągłości...
— To też wcale to niepotrzebne... Nie zrozumiał mnie pan. Nie oddałabym syna nikomu. Będę go chować sama. Poświęcę mu resztki mego życia. Rada nawet jestem, że mię wysyłają w jakąś głuszę, gdzie wyrośnie on zdala od nienawiści rasowych i religijnych... gdzie nie zatruje mu uczuć gorycz kary za niezasłużoną winę pochodzenia... gdzie będzie mógł zostać szlachetnym i dobrym, wszystko miłującym człowiekiem jak ojciec!
W milczeniu Wojnarta czuć było jakąś przykrą odpowiedź; ponownie spojrzała na niego z uwagą i ciągnęła dalej:
— Chodzi mi jednak nie o formalne tylko spełnienie życzeń Karola w tym wypadku, chciałabym więc mieć adres pana. Karol nie mógł się omylić, wybierając pana na opiekuna swego syna. Mogą istotnie wyniknąć kwestje, kiedy będę potrzebowała poważnej rady...
— Serdecznej i przyjacielskiej!... — podchwycił gorąco. — Niech pani nie wątpi.
— Właśnie!... — zgodziła się. — Dlatego...
— Na nieszczęście nie wiem, do której przeznaczono mię katorgi. Dowiem się o tem dopiero w Irkucku...
— Dlatego może pan pierwszy do mnie napisze. Adres mój: Irkuck, ulica Wielka, magazyn Kaminera i Spółki, na moje imię... Będzie pan pamiętał?...
— Będę. Kaminer i Spółka, Irkuck, ulica Wielka!... — powtórzył.
Milczeli czas dłuższy, śledząc za ruchem mgły, kłębiącej się nad rzeką. Lekkie podmuchy budzącego się wiatru, chyliły je i rozgarniały, obnażając od czasu do czasu tułów śpiącego obok parowca. Wojnart chciwie wówczas obszukiwał wzrokiem jego puste galerje.
— Czy pan żadnych, zupełnie żadnych nie ma planów na przyszłość?... — spytała wreszcie Sara.
— Jakie mogę mieć plany?!... Mam piętnaście lat wyroku!...
— Wychodzili jednak na wolność nawet wieczni skazańcy, nawet z podziemi Szlisselburga...
— Nie wszyscy. Myślę zresztą, że los katorżnika żyjącego w gromadzie jest o wiele niepewniejszy, niż życie zamkniętego w celi samotnika. Ostatni może przetrwać, o ile ma zdrowie i charakter; w gromadzie każdy więzień narażony jest na tysiące wypadków, zależnych od zachowania się, usposobienia i temperamentu towarzyszy... Płaszczyzna zetknięcia się z niebezpieczeństwem jest o wiele większa... Czy nieprawda?...
— Tak, ale ma się choć blady cień życia, wymianę myśli, uczuć... W dodatku w katordze są rozmaite stopnie: są lata próby, po których następują ulgi... Pan, o ile wiem, za trzy lata będzie mógł wyjść do tak zwanej „wolnej komendy“. Będzie pan mógł zamieszkać w swojem mieszkaniu, choć w kordonie, ale poza więzieniem...
— Gdzie w dalszym ciągu będę zależny od lada kaprysu nadzorcy...
— Wszyscy ludzie, za wyjątkiem stojących u szczytu, są zależni od rozmaitych... kaprysów. A i ci nawet...
— Z tą różnicą, że w więzieniu kaprys jest prawidłem... I to jest nieznośniejsze od braków i dolegliwości fizycznych...
— W takim razie pan powinien rozumieć... żydow!
— Nie, gdyż żydzi... nie szukają... ojczyzny, jedynego miejsca, gdzie tę zależność słodzi miłość całości...
— To nieprawda, pan się myli! Przeciwnie: cechą żydów jest, że wiecznie szukają, tęsknią i łakną ojczyzny!... — odparła gorąco.
Podniosła oczy i znowu obrzuciła ciekawem spojrzeniem energiczną twarz mężczyzny, który nie na nią patrzał teraz, lecz szukał czegoś w mglistym kadłubie parowca.
— Karol, umierając, mówił mi... — ciągnęła cichym głosem — że spokojnie idzie na śmierć, gdyż przez nią kupuje dla syna naszego prawo do ojczyzny...
— Ojczyzny nie można ani zdobyć, ani kupić... Ojczyznę się ma; z nią się przychodzi na świat, ją się czuje życie całe w każdej kropli krwi, w każdem pomyśleniu, w każdym swoim ruchu, w każdej pracy i działaniu, w miłości, w bólu i rozpaczy, w szczęściu i nieszczęściu... Ona jest przyrodzona, ona żyje w nas, a my w niej pogrążeni, jak w powietrzu... Większość, często nie ma jej świadomości i dopiero boleść jej utraty, mówi im, czem ona jest... Skąd pani wie, że syn pani będzie tak myślał a głównie tak czuł jak Kar... jak pani?... — poprawił się szybko. — Przykłady z życia nie usprawiedliwiają tej pewności... Widziałem zagranicą żydów, którzy już w drugiem pokoleniu zmieniali narodowość... Ich ojczyzną — religja, i dlatego oni nie rozumieją i nie kochają narodów ani krajów...
— To prawda. I dlatego będę syna mego uczyła kochać te rzeczy. Dlatego chciałabym właśnie...
— Będzie więcej jeszcze cierpiał... — przerwał jej żywo. — Aby znaleźć ojczyznę, trzeba przestać być żydem, wyrzec się religji i obyczajów własnych... albo...
— Albo... trzeba iść zdobyć swoją ojczyznę... udać się na wygnanie do dzikiej, obcej pustyni, jaką wyobrażam sobie Palestynę...
Umilkli.
Na parowcu wszczął się ruch, pojawiły się ludzkie postacie, rozległy się rozmowy brzęk żelaza i odgłos kroków. Wzmagający się wietrzyk tarmosił, rwał i rozpędzał mgłę. Nagle chrapliwy ryk syreny rozdarł powietrze, chwilę potem zadudniały na barce schody i roje wygnańców wyległy na pokład...
— Co się stało?
— Parowiec?... Tak blisko?!
— Mgła, stoimy!...
— Ach, gdyby tam przeskoczyć!...
— Patrzcie, patrzcie pasażerowie!...
Na parowcu również u wylotów kajut, przy żelaznych barjerach zaczęły się pojawiać liczne postacie i oparłszy się rękami o żelazne pręty, pochyliwszy mocno naprzód głowy i ramiona, patrzały ciekawie w głąb tajemniczej barki więziennej.
— Gdybym wierzyła, gdybym wierzyła w istnienie Boga, nie wahałabym się zmienić religję; formy i obrządki są przecież rzeczą podrzędną... Ale ja nie wierzę w nic, a w tych warunkach... jest... coś poniżającego... — mówiła Sara, zabierając się do odejścia.
Zdawał się jej nie słyszeć, nie widział wyciągniętej na pożegnanie ręki, uparcie zapatrzony w jeden punkt parowca. Zwróciła w tę stronę oczy i zobaczyła młodą wysmukłą dziewczynę w ciemnym wciętym żakieciku i ciemnej sukni, stojącą tuż u barjery pod dachem środkowego pokładu. Szeroko otwarte, fiołkowe oczy nieznajomej z takim niepokojem i badawczością spoczęły na jej postaci i twarzy, że mimowoli cofnęła się, nie czekając dłużej na dłoń Wojnarta.
Powiodła wzrokiem z niechęcią po tłumie zbiegających się i tłoczących u kraty więźniów i już odwróciła się, chcąc odejść, gdy oczy jej spotkały się z pełnemi zachwytu utkwionemi w jej twarzy oczami Gawara.
Smutny uśmiech przewinął się jej po ustach, zatrzymała się mgnienie oka, trochę dłużej, niż chciała; poczem z wyrazem zniecierpliwienia i niesmaku, przesunęła się środkiem rozstępujących się mężczyzn ku kajutom kobiecym. Tam ją jednak zatrzymały inne kobiety i gadając wesoło i głośno, pociągnęły zpowrotem.






XXIII.

Mgła rzedła, przez szczeliny przebite w niej wiatrem prześlizgnęły się tu i tam strzały słońca, pasma światła, złocąc rąbki, dzierzgając tęczowemi szlakami zwoje i kłęby falujących oparów. Opadały one coraz niżej na rzece, słały i wydłużały się, jak dymy gasnących pogorzelisk, aż z pod nich wyiskrzyła się miejscami zielona, szklista smuga biegnących nurtów.
Znowu zajęczała ogłuszająca syrena. Zabrzęczały łańcuchy, zaskrzypiał kołowrot kotwiczny, z barki odczepiano cumy.
A tymczasem na pokładzie barki wzrastał wesoły gwar.
Przytuleni do kraty więźniowie, śmieli się i zamieniali z publicznością uwagi i żarty.
— Skąd i dokąd was wiozą?... — leciało z parowca.
— Z domu nieszczęścia i niewoli śpieszymy do raju przyszłej rewolucji, a po drodze wstępujemy do piekieł sybirskich! — odpowiadał gruby bas Dobronrawowa.

Czyż mało nas?... Czy od Permu do Taurydy,
Od zimnych fińskich skał do płomiennej Kolchidy.

Od wstrząśniętego Kremlu
Do murów nieruchomych Chin,
Powstając wraz ziemia rosyjska,
Szczeciną stali nie zabłyska?

deklamował Orłow.
— Pięknie śpiewacie! Słyszymy często. Zaśpiewalibyście nam teraz!
— Owszem, zaśpiewamy. Hej chór! Mój chórze nieszczęsny, gdzieżeś się zapodział?!... — wołał Wujcio.
— Czy wam czego nie trzeba?
— Nic nam nie trzeba...
— Prócz wolności...
— I kwiatów...
— Tak, tak! Kwiatów... Rzućcie nam!... Nie widzieliśmy już ich tyle czasu!...
— Kwiatów nie mamy, ale zamiast nich weźcie cukierki!
Jedna z pań zwinęła w kłębek torebkę i rzuciła ją z rozmachem. Pakiecik nie doleciał, roztworzył się, część cukierków posypała się do wody, część spadła na sam brzeg barki.
— Jaka szkoda!...
— Ucieszą się ryby!...
Kilku młodych więźniów probowało patyczkami przygarnąć bliżej leżące słodycze do kraty.
Nagle na parowcu ukazał się pomocnik kapitana z kilku marynarzami.
— Panowie!... Panowie!... Proszę odejść!... Proszę do kajut!... Nie wolno!
— Dlaczego?... Co to panu szkodzi?...
— Mnie nic nie szkodzi, ale... nie wolno!
Jednocześnie z trzaskiem otwarła się furtka, prowadząca na pokład barki i wpadł oficer w towarzystwie uzbrojonych żołnierzy.
— Nieporządki!... — krzyczał. — Nie pozwolę!... Co to jest?!... Nazad... do kajuty! Wracać!... Marsz!... Żołnierze naprzód!...
Żołnierze sunęli w tłum i zaczęli kolbami odpychać więźniów od kraty.
— Co wy robicie?... Nie trzeba!... Sami pójdziemy!... Tu kobiety!... — odezwały się krzyki.
— Gdzie starosta?... — wołał oficer.
— Jestem!... — odpowiedział Butterbrot, występując naprzód.
— Wy... ty! Pszoł!... A gdzie dawny?! — wybuchnął, czerwieniejąc, wojskowy. — Niech wyjdzie dawny!...
— Niema innego!... Ten jest tylko!... — odrzekli chórem więźniowie.
— A aa!...
Oficer ruszył groźniej rudemi wąsami, twarz z czerwonej stała mu się siną.
— Bierzcie go!... — wykrztusił wreszcie.
Ale Butterbrot już znikł, szarpnięty wtył przez towarzyszy.
— Nie damy!... Bierz wszystkich!...
— Bierz ich!... — chrypiał oficer.
— Dokąd ich brać, wasza szlachetność?... — pytał się z pewnem wahaniem podoficer.
— Wszystko jedno!... Kłuj!... Naprzód marsz!...
Żołnierze pochylili bagnety.
— Andrzeju Iwanowiczu!... Co wy?... Co wy?... Opamiętaj się pan!... My sami pójdziemy!... — wołał do oficera Dobronrawow, przeciskając się naprzód.
— Nie!... — odpowiadał ten, trzęsąc głową. — Za późno!... Ja wam nie Andrzej Iwanowicz!... Jam naczelnik! Jak wojna to wojna!... Naprzód marsz!...
Żołnierze posunęli się parę kroków, ostrza bagnetów już tykały się twarzy i piersi więźniów, cofających się ku zejściu i staczających w popłochu po schodach na dół.
W tej chwili barka zakołysała się i ruszyła.
Pomost był oczyszczony i więźniowie wzburzeni, zgromadzili się na dole przy schodach. Z otworu wychyliła się głowa oficera.
— Nu, a teraz... dawajcie waszego żyda!...
— Puśćcie, pójdę!... — szepnął Butterbrot, usiłując przedostać się ku schodom.
— Nie, teraz pan nie pójdzie!... A kto pójdzie, o tem pomyślimy!... — spokojnie odpowiedział wstrzymując go Wojnart.
— Przedewszystkiem... ja! Tam mój syn został sam, sam jeden... — szepnęła Sara.
Zanim pomyślano o zatrzymaniu jej, mignęła na schodach i znikła w wyjściu. Więźniowie stali przez chwilę zaskoczeni, bezradni. Wtem na górze rozległ się tupot, szamotanie i głos zduszony, żałosny.
— Puśćcie mię... Ja sama tylko... do syna!... Tam mój syn... Nędznicy... Jak śmiecie? Co uczyniłam wam?
Gawar i Wojnart rzucili się na górę, a za nimi inni, ale ledwie wychylili się z pod pokładu, spadły im na głowy, na piersi i ramiona uderzenia kolb.
— Nazad, nazad!... Po jednemu!...
Zepchnięci na dół, polecieli na pnących się zdołu towarzyszy; zdążyli tylko dostrzec Sarę, trzymaną przez żołdaków za przegięte wtył ręce, z bluzką rozdartą na piersiach i z roztarganym włosem.
— Puśćcie tę kobietę!... Natychmiast puśćcie tę kobietę!... — krzyczał zdołu Wojnart, rzucając się po raz drugi na schody; za nim rzuciła się znowu garść robociarzy. Ale z otworu wynurzył się snop skrzyżowanych bagnetów.
— Nazad, bo będziem strzelać!...
— Cofnijcie się chłopcy!... Cofnijcie!... Tu trzeba inaczej!... — rozkazał Wojnart.
Zbiegł z innymi na dół i potoczył wzrokiem po kajucie; chwilę namyślał się, poczem skoczył ku pryczom.
— Wyrwać, chłopcy, wyrwać!
Natychmiast Cydzik, Wątorek, Wickiewicz, Barański, „Roch Kowalski“ podleźli zdołu i wysadzili głowami i barkami deski.
— Hurra!... — wołali inni, idąc za ich przykładem.
W okamgnieniu młodzież, uzbrojona w deski, wróciła ku schodom.
— Co chcecie robić!... Szaleńcy!... — uspokajał ich Gołowin.
— Dajcie pokój!... Sam pójdę i wszystko ułagodzę!... — wstrzymywał ich Dobronrawow.
— Niech już idzie!... Ja już się zgadzam!... — wołał wystraszony Butterbrot.
— Ta inteligenczja gotowa wszystkich nas dla siebie poświęcić! — biadał Gorainow.
— Zaraz dawajcie wszystkich żydów, a przedewszystkiem Żydowice!... Babom nie wolno z wami być!... Jego szlachetność rozkazuje!... — dolatywał zgóry głos podoficera.
— Kiedyście tacy skorzy, przyjdźcie po nie sami!... — odpowiedział po polsku Finkelbaum.
Podoficer wytknął głowę, lecz natychmiast ją cofnął, spostrzegłszy wymierzoną w siebie deskę.
Słychać było przyciszone narady.
— Poddajcie się. Złóżcie natychmiast deski... I wydajcie baby... Nie wolno razem... Ustawa zabrania!... Oficer ostatni raz przykazuje! Słyszycie, oddajcie z dobrej woli, a to będziem strzelać!...
— Strzelajcie!... Spalimy barkę i was z nią razem!... Towarzysze, znoście rzeczy, lampy z naftą i zapałki!... Zapalcie świece!... — rozkazywał Wojnart.
Znowu na górze zaszemrały przyciszone narady i wyjrzała stamtąd głowa podoficera. Nagle zabrzmiała komenda „Ładuj broń“, zachrzęszczały zamki karabinowe i na górnych stopniach ukazały się wytknięte naprzód bagnety, rury karabinów, a za niemi buty schodzących wolno żołnierzy. W głębi kajuty załkał nerwowo głos kobiecy:
— Wody, wody!... Zemdlała!
— Ale przedtem schody!... Obalić schody!... One przystawione!... — krzyknął Wojnart.
Robociarze rzucili się pod schody i zgodnie naparli karkami na nie, aż zachwiały się, poruszyły i zaczęły zwolna obsuwać końcami po ścianie jak wielka, ciężka drabina.
— Ostrożnie!... Przywalą was... Ciągnąć nazewnątrz!... — komenderował Wojnart, pokazując osobiście.
„Roch Kowalski“ pośpieszył z pomocą i szarpane przez jego żelazne łapy schody szybko zaczęły obsuwać się wdół. Jeden z żołnierzy zdążył uchwycić się rękami za zrąb wyjścia, koledzy pochwycili go i wyciągnęli napowrót, ale drugi z hukiem poleciał wraz z schodami na dół, nie wypuszczając karabina z ręki. Nim się opamiętał, już go Roch Kowalski przydusił, rozbrojono go i uprowadzono w głąb kajuty.
— Dobrze!... Mamy zakładnika!... — mruknął Wojnart.
— Hurra!... Marsyljankę!... Marsyljankę!... — zaczęto wołać.
Wzruszone głosy zaintonowały hymn.
— Znoście, znoście rzeczy!... Tu koło schodów!... — rozkazywał w dalszym ciągu Wojnart.
Nagromadziła się już cała góra ubrań, książek, drewnianych przedmiotów; obok stali z zapalonemi świecami i rozpłomionemi twarzami Gawar i Cydzik, reszta opodal śpiewała w uniesieniu. Nawet Dżumbadze śpiewał tym razem.
— Co zamierzasz zrobić!... Czy istotnie chcesz podpalić barkę? — spytał cicho Wojnarta doktór Frączak.
— Nie wiem! Nie mamy bardzo wyboru!... Ten pijany warjat gotów nas wystrzelać, a z kobietami jeszcze gorzej postąpi...
— Jednak w razie pożaru na pewno wszyscy zginiemy! Czy powód jest dostateczny dla takiego całopalenia?...
— Myślę, że nie dojdzie do tego... Gdyby zaś... to... przychodzi mi do głowy, żeby wyłamać ścianę, zrobić tratwę z tych schodów i desek i ratować się przez rzekę.
Doktór z powątpiewaniem pokiwał głową.
— Prawie stu ludzi!... Połowa wyginie!...
— Niektórzy pójdą wpław, brzeg niedaleko. Zresztą przypuszczam, że nie dojdzie do tego; oficer oprzytomnieje, sam naruszył ustawę, stracił żołnierza, nie będzie chciał robić skandalu!... Trzeba tylko wytrzymać do końca!... Słuchajcie towarzysze, gdyby tylko żołnierze zaczęli coś przedsiębrać, podpalajcie!... — rzekł głośno po rusku w chwili, gdy marsyljanka umilkła.
Sam odszedł i wraz z „Rochem Kowalskim“ obchodził i badał ściany. Były mocne z grubych bali, a żebra miały żelazne; wyłamać w nich otwór bez narzędzi, zdawało się niepodobieństwem; mimo to Wojnart kazał Rochowi i Wickiewiczowi wybrać najgrubszą z desek i bić nią jak taranem w ścianę nad klozetem. Za każdem uderzeniem barka drgała i głuchy huk rozbrzmiewał posępnie.
Wygnańcy poskoczyli w tę stronę.
— Co to ma być... Co robicie?...
— Acha, uciekniemy!...
— Doskonale, lecz ja nie umiem pływać!...
— Będziesz się trzymał za deskę!...
— Owszem, zgadzam się, bo tu przecież nie ma rekinów...
— Dżumbadze, ty trzymaj się za mnie! — upominał przyjaciela Leskow.
Chór śpiewał:

„Za-mu-czen w tjażołoj niewole“...

Wtem w otworze schodów znowu pojawiła się głowa podoficera przyglądał się chwilkę robocie taranu, kupie rzeczy, świecom, płonącym w rękach więźniów i zaszeptał...
— Panie, a panie!... Oficer żąda, abyście się wstrzymali... przecież brzeg daleko, zanim statek nawróci, wszyscy zginiemy i wy, i my, i kobiety i ten mały bachor, o którego poszło, i te dwieście kryminalnych, co nic nie winne. One już usłyszały i też buntują... Słyszycie jak kują... To najgorsi złoczyńcy. Jak się wyrwą, niech Bóg uchowa, nikomu nie spardonują... Więc oficer rozkazował, żebyście wysłali deputata, kogo chcecie, byle nie tego żyda!...
Propozycja była przyjęta z uczuciem powszechnej ulgi; „Sinhedrjon“ ją zaaprobował po krótkiej naradzie i niedługo Dobronrawow wraz z Wujciem po plecach towarzyszy wdrapali się na górę. Wojnart kazał zaprzestać rozbijania ściany, ale wart z zapalonemu świecami przy stosie rzeczy, nie cofnął. Sam stał niedaleko i zważał pilnie na górny otwór, w którym co jakiś czas migała zaniepokojona twarz podoficera. Po godzinie oczekiwania delegaci wrócili.
— Pokój z wami!... Przystawcie schody!... — rozległ się bas Dobronrawowa.
— No cóż!...
— Wszystko po staremu. Żąda tylko, żeby starostą był chrześcijanin i żeby kobiety stąd wyszły...
— Ale nas nie zamkną, nie zamkną?... Czy dał słowo?... Nie oszuka?!...
— Czy Sary nie skrzywdzili?...
— Jaka gwarancja!?...
— Sary nie skrzywdzili, tylko jej bluzkę rozdarli!... Oficer gotów ją przeprosić, ale ona sama tego nie chce. Was, panie, nie zamkną... Słowem, wszystko pozostanie po staremu... Dał słowo oficerskie... Pewny jestem, że dotrzyma. Co do gwarancji, to... zawsze przecie możemy barkę podpalić!
— Racja!...
Wojnart spojrzał na mówiących z pod oka, ale przemilczał.
— Żadnych śledztw, poszukiwań winowajców? — dopytywał się Gołowin.
— Ależ żadnych!... Obustronne zapomnienie uraz, serdeczna zgoda... Wydał mi się nawet szczerze wzruszonym, tłumaczył się, że się uniósł, jak się to zdarza Rosjaninowi, ale przecie nie jest „zwierzem“. Prosił tylko, aby zrobić to dla niego i wyznaczyć na starostę, jeżeli można, mnie, albo Dobronrawowa, gdyż uważa nas za ludzi... z duszą, z którymi mu się najłatwiej porozumieć!... No i prosi, żeby przysłać nas do niego niedługo dla przypieczętowania ostatecznie zgody!... — opowiadał żartobliwie Wujcio, schodząc ostrożnie po przystawionych schódkach.
Ledwie zszedł, gdy uwolniony żołnierz porwał zwrócony sobie karabin i skoczył na schody. Przybyłych obstąpili więźniowie i rozpoczęły się ponownie narady. Tym razem nie trwały jednak długo; „Sinhedrjon“, poparty przez Butterbrota, Odesskiego, Finkelbauma, Puritza, Litauera, Glaukera, Warszawskiego, Szwantzmuttera i innych przeprowadził uchwałę, że na proponowanych warunkach pokój zostaje przyjęty. Nowy starosta Dobronrawow z Wujciem jako swoim zastępcą zanieśli odpowiedź oficerowi i długo nie wracali.
Więźniowie po dawnemu tłumnie wylegli na pokład i z wielkiem podnieceniem przypominali sobie rozmaite szczegóły przeżytych wydarzeń. Zaczęła już powstawać legenda, opromieniona blaskiem wszelkich cnót.
— Wtedy ja jemu powiedziałem!... — krzyczał, wymachując rękami Odesskij.
— Cóżeś mu pan powiedział?... — pytał drwiąco Somow.
— Powiedziałem mu, żeby sobie poszedł!...
— Wyznaję, że ja tam pana nie widziałem i nic nie słyszałem.
— Jakto?... Stałem zupełnie blisko od tego Polaka. Niech go się pan spyta.
Dziennikarz wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
— Trzeba przyznać, że się pan dobrze spisał, kiedyś wystąpił przed tego wściekłego zwierza!... — chwaliła Róża Isakowna Butterbrota, chodząc z nim po pokładzie.
— Zawsze twierdziłem i twierdzę, że protest na każdem miejscu i w każdym wypadku jest jedyną wskazaną taktyką dla międzynarodowego proletariusza! — odpowiedział Butterbrot skromnie.
Rozumie się, że obiadu nie zdążono ugotować; musiano zastąpić go herbatą z sucharami; z racji jednak uroczystego nastroju Dobronrawow kazał wydać suchary... pszenne.
Dzień był pogodny, na blado niebieskiem niebie bez chmur świeciło słońce łagodne, jasne, czyste, wykąpane w rannych mgłach; rzeka łuszczyła się, płonęła iskrami drobnych fal; mruczała gderliwie, niosąc na grzbiecie turkoczący miarowo parowiec i kołyszącą się na długiej linie barkę. Ciemne podmyte brzegi i przylądki, porosłe zielonemi lasami ostrowia, to uchodziły stronami daleko, błękitniejąc, blednąc, obniżając się do poziomu błyszczących wód, to zbliżały się i wyrastały na zakrętach do rozmiaru wysokich urwisk, z których krawędzi chyliły się i spoglądały na dół olbrzymie drzewa, a w których cieniu wyciągały się, pieszczone biegnącemi mimo nurtami, blado-żółte ciała ławic, obsychających po niedawnym wylewie.
Na barce nie śpiewano tylko dlatego, że nie było Wujcia.






XXIV.

W Wielkiem siole Samarowskiem, niedaleko ujścia Irtysza do Obi, Dobronrawow obiecywał sobie znacznie powiększyć zapasy bardzo ograniczone wskutek nieopatrznej gospodarki Butterbrota.
Ale w tem siole nie dostał nic za wyjątkiem kilku worów żytniej mąki, trochę cukru i herbaty i to za dobrą cenę, gdyż towary te przywożono tu zdaleka z południa. Ani warzyw, ani ziemniaków, ani kapusty, na co liczył, ani jaj, ani mleka, ani nawet mięsa nie znalazł, gdyż ludność trudniła się wyłącznie rybołówstwem i handlowała wódką z Ostjakami. Nawet ryb dostał bardzo niedużo, gdyż rybacy rozpełzli się już po połowach, gdzie zdobycz solili i wędzili na zapas, posyłając do sioła tyle tylko, ile potrzeba było na przeżycie pozostałym tam członkom ich rodzin.
— Co mi z tego, że mamy pieniądze?... Co mi z tego, kiedy kupić za nie nic nie mogę, bo nawet wódka tu droga i zła!... Niech djabli wezmą taką gospodarkę i ludzi, co wyobrazić sobie nie mogą, że jest kraj, gdzie niema sklepików i towarów! — wykrzykiwał zrozpaczony starosta.
Wypłynęli na tak obszerne wody, że wydały się olbrzymiem jeziorem. Brzegi ledwie się zaznaczały na widnokręgu mglistemi rysami, a od północy otwierała się dal bezkreślna. Ocean wód zimnych i siwych lał się w tamtą stronę ze spokojnym impetem i chłonął w siebie z posępnem szemraniem nefrytowy nurt Irtysza.
Na pełnem wirów zlewisku parowiec zatoczył wielkie półkole i, wlokąc barkę, dysząc ciężko i wyrzucając gęste kłęby czarnego dymu, ruszył przeciw prądowi. Zdawało się, że potężny pęd wspaniałej rzeki porwie go i poniesie precz jak łupinę orzecha, lecz stateczek, choć sapał bardzo, posuwał się jednak naprzód.
Zebrani na pokładzie wygnańcy w milczeniu przyglądali się niewidzianemu dotąd rozlewowi wody i nisko nad nim stojącemu blademu jak księżyc słońcu. Nad toniami tu i tam polatywały czajki podobne zdala do komarów. A nad wszystkiem słała się pustynia nieba słabo zaludniona grzędami szarych obłoków.
— Stąd i koło biegunowe widać!
— A może i sam biegun zobaczymy?... Co?!
— Dokąd ci „taszkiency“ nas wiozą!... — mruczał kwaśno Somow.
— Widzisz przecie, że zawracamy i myślę, że z tej reakcji nawet Wolski zadowolony! — odpowiadał wesoło Awdiejenko.
— Strzeż się zacofańcze!... Reakcja zawsze szkodzi!... Zobaczysz, że dostaniesz kataru! — żartowała Marusia.
— Tak kataru, słusznie mówisz, ale najprędzej kataru żołądka!... Codzień kluski i to ze stęchłej mąki!
— Mówią, że wkrótce i tego zabraknie!... — wmieszał się Kotow.
— Oho! Wtedy powiesimy za żebro Dobronrawowa!
— Od tego zapasów nie przybędzie!..
— Co się martwić zawczasu!... Lepiej zaśpiewajmy chór rybaków z „Mogiły Askolda“... Tu podobno ma być dużo ryb!... — radził Orłow. — Hej, Wujciu, przestań na chwilę udawać zmartwioną Martę i zadyryguj nam:

„Oj ty, Dnieprze nasz, szeroki!“

Wujcio zbliżył się ku nim, rozczesując palcami piękną brodę i kiwnął przytakująco głową:
— Stęskniłem się do was, łobuzy moje!... Skrzyknijcie śpiewaków!...
— Hej, Łyzoń, Ostapenko, Bondarenko i inne hajdamaki!... Będziemy ryby wabić!...

Oj, ty, Dnieprze nasz szeroki,
Na błękitnych twoich toniach
Dnieprze wielki i głęboki
My spędzamy życie całe...

wywodził cudnie tenor Leskowa, a chór rybaków odpowiadał mu:

Hejże, bracia!...
Dalej rybacy!...
Zarzucajcie chyżo niewody!
My dla księcia wraz nałowimy
Złotołuskich ryb
Jesiotrowych!...

— Wże!... Zrobleno!... — krzyknął nagle Bondarenko, wskazując kosmatym palcem na rzekę.
Wszyscy zwrócili się w tę stronę i podeszli ku kracie; nawet chór przestał śpiewać: ze srebrzystej przepaści stopionego w jedną całość nieba i wody mknęła ku nim maluchna łódeczka. Była nie większa od muchy, lecącej w przestworzu i błyskała z obu stron skrzydełkami wilgotnych wioseł. Prąd niósł ją naukos; szybko więc zwiększała się, rosła w oczach. Rychło dostrzegli głowę człowieka w futrzanej, uszastej czapie i parę nagich bronzowych ramion przebierających wiosłem. Jeszcze chwilkę, a znalazł się tuż pod bokiem barki i płynął z nią razem, ciężko wiosłując.
— Brat... brat!... Daj!... Spirt!... — wołał, rzucał na chwilę wiosło i, przyłożywszy pięść do ust, udawał, że pije; poczem kiwnięciem głowy i wzrokiem wskazywał na wielką złocistą rybę, jeszcze żywą i drgającą na dnie łodzi.
— Ostjak!... Chce wódki!...
— Co za nędzarz!...
Patrzyli z ciekawością i odrazą na twarz dzikusa, stoczoną straszną chorobą, na wstrętną dziurę zamiast nosa, na zaropiałe krwawe oczy i sine spękane usta...
— Ale ryba wspaniała!... — zauważył Awdiejenko...
— Nie tknę jej, za nic jej nie tknę!... — krzyknęła Marusia.
— Nie bierzcie jej!... — wołały kobiety.
— Zastanówcie się panie!... Nie mamy co jeść, a ryba przecież nie jest chora! Zedrze się z niej łuskę i będzie czysta jak kryształ... Ugotuje się ją przecie!... — tłumaczył Dobronrawow, kiwając na Ostjaka, aby podał rybę i pokazując mu butelkę.
— Chcesz mu dać wódki!... Nie, ależ nie!...
— Owszem, jedyna „łaska“, jaką dać możemy temu łazarzowi!... Niech ma choć chwilę zapomnienia!... Można mu zresztą dodać trochę sucharów!...
— Okropne, okropne!... Nędzarz!... Dajcie mu moją porcję!... Dajcie mu, ile tylko można!... — nastawał Dżumbadze.
Ostjak oddał rybę, zabrał butelkę, a gdy wygnańcy zaczęli rzucać mu do łódeczki suchary, uśmiech szczęścia i wdzięczności wykrzywił straszną jego maskę.
Kobiety stały oparte o kratę pobladłe i wzruszone.
— Tu było niegdyś ich państwo!... — pouczał otaczających Somow.
— Kapitalizm wyzuł ich ze wszystkiego a obdarzył chorobą i pijaństwem! — dowodził Lwow.
— Kapitalizm?... za Jermaka?... — spytał szyderczo Kotow.
— Owszem. Zdobywając rynki, on położył jego podwaliny... — podchwycił Aronson.
— Posłuchajte — budę prja!... — wstrzymywał Łyzoń odchodzących towarzyszy. Część została, aby posłuchać dyskusji, część przeszła na drugą stronę pokładu, skąd widać było zbliżający się brzeg płaski, błotnisty, porosły rzadkim cherlawym lasem.
— Tak będzie do samego Surgutu... — twierdził Leskow.
— Powiedz do Narymu!... — poprawił go ktoś z obecnych.
— Niech będzie do Narymu! — zgodził się. — Obie dziury wyższe, wprost wystawowe, pierwsza klasa! Siedzi tam naszych spora gromada... Surgut znam, bom uciekł stamtąd w przeszłym roku...
— Cóż tam robią?
— A nic nie robią. Głodują!... Tam nic innego robić nie wolno!... Władza surowo za tem śledzi!...
— Nas też tu coś w tym rodzaju czeka!...
— Ostrzegałem, ale ten Butterbrot więcej wierzy swym sylogizmom, niż świadkom naocznym!...
— Myślisz?... A ja mniemam, że mu wszystko „ganz Wurst“, byle zrobić na złość es-erom!
W grupie Polaków również rozmawiano o wyczerpaniu, grożącem śpiżarni więziennej.
— Musimy się w Tomsku koniecznie oddzielić... Niech ich licho z ich komuną!... Raz niema, bo piją, drugi raz niema, bo się kłócą!... — dowodził Cydzik.
— Pewnie; wybierzemy sobie Wojnarta i będziem opływali jak pączki w maśle!
— Albo to było wtedy źle? — śmiał się Wątorek.
— Jeszcze niewiadomo, co będzie w Tomsku!... Czy nas tam nie rozdzielą? — zauważył doktór Frączak.
— Z próżnego i mądry nie naleje!... Chyba że nam dadzą pieniędzy; są w Tomsku podobno bogaci Polacy... — mruknął Wickiewicz.
— Tak, właśnie!... Możeby do nich napisać list zbiorowy!? — podtrzymał go Finkelbaum.
— Nic z tego! Ci, co chcą i mają co dawać, dobrze już pewnie obstawieni... A wszystko przez ten ich Czerwony Krzyż!... — gniewał się Barański.
— Bez pomocy towarzyszy Rosjan dawnobyśmy zginęli. Podział będzie zgubny pod wszelkiemi względami!... — zauważył spokojnie Potocki.
— Źle to i tak będzie!... Tu bezludzie, powiadają, zupełne!... Głód z braku sensu i rozporządzenia!... Trzeba było kupić na zapas, jak radził Wojnart — żywo odpowiedział Cydzik.
Gdy wieczorem znowu ogłoszono, że nie będzie kolacji i rozdano jedynie po małej porcji sucharów, powszechne rozgoryczenie wzrosło.
Tymczasem w nocy gęsta mgła znowu zatrzymała parowiec.
Dobronrawow przez oficera konwojnego zwrócił się do kapitana statku, aby sprzedał politycznym trochę żywności; ten odesłał go do intendenta i kucharza, ci zaś zgodnie odpowiedzieli, że zapasów na zbycie nie mają, że lękają się nawet, czy im samym wystarczy dla własnych pasażerów oraz załogi.
Wieczorem urządził Dobronrawow zebranie i przedstawił stan rzeczy; z obliczenia resztek prowizji, oraz przybliżonego czasu trwania podroży wynikło, że trzeba, by porcje wszystkich wydawanych produktów zmniejszyć o połowę.
Propozycja przyjęta była posępnem milczęniem.
— Ja się nie zgadzam!... I za co?... Co ja winien jestem, żeście głupie wydali rozporządzęnie!... Niech inteligenczja, która wszystko robi według swego widzimisię, nie je! Co mię to obchodzi. Jom to nic nie kosztuje! Brzuchy od próżniactwa i rozmaitych pieczeniów mają małe. Ale ja robotnik, pracujący w pocie czoła muszę mieć, co mi się należy!... I będę miał, a wy choć sobie zdychajcie!... Nie proletarjusze rządzą światem, a wy, więc za to odpowiadacie, co jest!... Głodujcie sobie, jeśli wam się podoba, a ja nie chcę i koniec!... — krzyczał Gorainow.
Nawet Wickiewicz i Finkelbaum nie przyłączyli się tym razem do niego.

Płynęła barka dalej wgórę olbrzymiej rzeki, wśród niezmierzonych „drzemiących“ borów, nie spotykając prawie nikogo, nawet łodzi rybaczych, zatrzymując się rzadko przy składach drzewa, aby zabrać paliwo, albo przeczekać na dodniu mgłę.
Głód doskwierał więźniom nie na żarty i na pokładzie rozlegały się dość rzadko pieśni nawet w piękne pogodne wieczory.
Znowu ogólne życzenia więźniów rozbiły się wyraźnie na dwa odłamy; skazani na osiedlenie głośno mówili:
— Kiedyż nareszcie będzie ten Tomsk!
Skazani do ciężkich robót, posępnie milczeli.
Dopiero w Narymie udało się zakupić kilka worków mąki żytniej na chleb, trochę świeżych i solonych ryb, oraz uzyskano zapewnienie, że „dalej będzie lepiej“. Istotnie na brzegach suchszych i wynioślejszych, tak zwanych „krasnych“, częściej trafiały się tu duże wsie, przy których zatrzymywał się parowiec i gdzie można było dostać jarzyn, masła, jaj, mleka, sera. Do Tomska było stąd już niedaleko i przyjemna podróż statkiem, nie ziściwszy wielu nadziei, zbliżała się ku końcowi.
Wojnart przez Dobronrawowa dostał z parowca parę kartek, na które nie udało mu się odpowiedzieć, ale które dały mu wiele do myślenia...






XXV.

Na szerokich kamiennych schodach tomskiego więzienia stał Dobronrawow i gorąco przemawiał do opasłego starszego nadzorcy, oraz paru kluczników, służbiście wyciągniętych opodal. Gorący letni dzień zalewał swem złotem postacie rozmawiających; wielki biały budynek więzienia, wznoszący się poza niemi, z którego otwartych podwoi leciał głuchy szmer jak z olbrzymiego ula, zajmował środek obszernego pustego podwórza okolonego wysokim murem, wzdłuż którego chodziły pojedyńcze straże wojskowe. Zamkniętej bramy strzegła również warta żołnierzy i dyżurny klucznik.
— Tego ja sam panu pozwolić nie mogę!... Już to panu mówiłem!... — mruknął głucho starszy nadzorca.
— Ależ zmiłujcie się, ludzie!... Droga była długa, a mgła jeszcze ją przedłużyła; wydano nam strawne na osiem dni, a byliśmy w drodze dwa tygodnie. Cóż to za porządek?... Kto nam te pieniądze zwróci... Musi przecież ktoś zwrócić!... Przejedliśmy własne grosze, zadłużyliśmy się u intendenta parowca. Zapasy wyczerpały się, nie mamy ani cukru, ani herbaty, ani tytoniu...
— Nie mogę wiedzieć!... — odpowiadał nadzorca.
— Więc właśnie mówię! Musicie puścić mię na miasto. Muszę długi popłacić, porobić zakupy, postarać się zaopatrzyć partję w żywność. Sam osobiście muszę to zrobić, żeby było tanio, bo pieniędzy mamy mało, wydaliśmy je. Więc niech mi pan da konwój i puści...
— Tego ja sam nie mogę... To tylko jego wysoka szlachetność sam pan naczelnik...
— Dobrze. A mówiliście mu?...
— Mówiłem.
— I cóż on na to?
— Powiedział, że „dobrze“!...
— Dlaczegóż więc mię nie wzywa?
Nadzorca patrzał na niego spokojnie i nic nie odpowiadał.
— No, a więc!... Jakże będzie... ze strawnemi pieniędzmi?...
— Nie mogę wiedzieć!...
Szeroka, mięsista twarz Dobronrawowa stała się nagle czerwona jak burak; pohamował się jednak.
— Powiedz pan, proszę, raz jeszcze naczelnikowi więzienia, iż żądam, aby mię do siebie wezwał.
— Słuchami... — odrzekł były feldfebel, nie zmieniając wyrazu twarzy i postaci.
— No, ale jakże mi pan radzisz, co mam robić? Przecież cukier i herbatę kupić muszę, na majdanie więziennym strasznie drogo!... — zwrócił się do niego Dobronrawow łagodnie, prawie poufnie.
— To prawda, na majdanie drogo!... — odszepnął ten niepewnym głosem. — Bo ja wiem!... Możeby pan do mnie przyszedł, to jabym jakiego kupca zaprosił, onby próbki przyniósł...
— To pan mieszka w obrębie więzienia?...
— Tak, o tu, w tym domku!...
Wskazał na parterowy dworek, wmurowany w prawy róg dziedzińca, a frontem wychodzący nazewnątrz.
— Acha, przyjdę! Niech mię pan uwiadomi kiedy!... — odrzekł Dobronrawow, kiwnął nadzorcy głową i odszedł w głąb więzienia korytarzem nawprost drzwi.
Gdy wszedł do wielkiej sali, gdzie w niezmiernej ciasnocie i zaduchu mieściła się na pryczach i podłodze cała partja, więźniowie obskoczyli go. Pierwszy podbiegł Wojnart.
— Więc jak? Co?
— Nie puszczają! Przynajmniej narazie! Jest nadzieja jednak, że zczasem to się da zrobić!
— Prędko?
— Nie wiem. Uważają nas za „niespokojnych“ — zwrócił się do otaczających. — Musiał ktoś nagadać, może opowiedziano o zajściu na barce... Wątpię, żeby to zrobił oficer, gdyż jemu samemu groziłaby w razie śledztwa odpowiedzialność. Prawdopodobnie ktoś z konwoju albo z pasażerów... Zresztą rzecz naogół niejasna. Głównie myślę, że chodzi o łapówkę i będziemy musieli ją dać. Opłaci się. Druga rzecz dla nas niepomyślna, że przed paru dniami w Maryinskiem więzieniu wykryto fabrykę fałszywych banknotów i że kryminaliści zabili tam przez zemstę pomocnika naczelnika więzienia, który od nich za milczenie pieniądze brał, a mimo to ich zdradził. To już wiem od kryminalistów... Z tego powodu obostrzenia na całej linji... Spodziewają się inspekcji... Wam też panowie radzę swoje woreczki przetrząść i kajdany, kto je zdjął, nałożyć, bo może przyjść nagła rewizja.
— A długo tu będziemy siedzieć?... Nie wie pan? — pytali go osiedleńcy.
— Ciemno, zaduch, wilgoć, jedzenie podłe! A wszystko przez wymysły i zbytki inteligenczji! — szumiał na tyłach Gorainow.
— Nie pleć głupstw!... — mitygował go Cydzik.
— Co?... głupstw?... Zaprzańcy!... Drobnomieszczanie! Zaprzedaliście się im i cały zaprzedaliście proletarjat! — krzyczał szewc.
Robotnik machnął ręką i odszedł do towarzyszy.
— Cóżeś wziął?... — pytał go, śmiejąc się Wątorek. — Tylko koło mnie nie siadaj, burżuju, bo się strefię i Piegas rzuci na mnie „chajrem“. Twoje miejsce, bracie, tam między „Rochem Kowalskim“ i „Mojsie Puritzem“...
— Tam w sam raz, tam ze ściany kapie i pluskwy są!
— „Mojsie Puritz“ zadeklamuje ci na pocieszenie „Grób Agamemnona“ albo co z „Beniowskiego“ — wołał Cydzik.
— Nie mam nastroju!... Tak mnie zgryzły w nocy pluskwy, niech djabli wezmą!
— Tu one są jakieś nielitościwe!... — uskarżał się Puritz.
— Ha, ha, ha!... Nielitościwe!... To ci powiedział! — śmieli się robotnicy.
— Tak!... Okropne pluskwy!... — godził się Dżumbadze, kiwając głową.
Wojnart leżał wśród nich, wyciągnięty na swojem miejscu i nie mieszał się do rozmowy. Gawar dostrzegł znowu na jego zapadłych policzkach głębokie podłużne zmarszczki koło nosa, co nadawało całej suchej i twardej twarzy wyraz niezmiernego, zamkniętego w sobie cierpienia.
— Może pan weźmie mój worek pod głowę. Będzie panu lepiej, on większy; pana taki malutki!... A mnie on niepotrzebny... Będę siedział!... — zwrócił się cicho do skazańca, lecz ten wstrząsnął przecząco głową i zamknął otwarte dotychczas oczy.
Wieczorem wrócił Dobronrawow od starszego nadzorcy zły i trzeźwy; upewniał, że się nic nie da tu zrobić i że starać się jedynie należy o najszybsze wysianie „partji“ dalej na wschód.
— Jak najdalej od biedy!... Nic jeszcze wyraźnego niema, ale nie podoba mi się zachowanie tych małych piesków, a oni zawsze czują skąd wiatr wieje! Wierzcie mi: mam nos na te rzeczy! Miałem go już w duchownem seminarjum; jak pedle nos zadzierają, napewno ojciec archimandryta pasztet wielkanocny gotuje! Nawet łapówki dranie wziąć nie chcieli, takiej małej łapóweczki, bo dużej dać im nie mogłem... Ale zawsze: słyszana rzecz, aby rosyjski człek rządowy nie przyjął kubana! Źle! Stan wysoce chorobliwy!... Baczność panowie!...
— Ba, i nie poczęstowali cię nawet niczem? — dorzucił Wujcio.
— Nietylko nie poczęstowali, ale odmówili dostarczyć „wesela Rosji“ za moje własne pieniądze!
— Co ty mówisz!... — oburzył się Orłow. — Nie ludzie, widzę, a jakaś „czudź“!
Wojnart nie słuchał więcej; odszedł na swoje miejsce wraz z nim i ci z „Sinhedrjonu“.
Lecz po skończeniu ogólnej rozmowy Dobronrawow przyszedł do niego i, odprowadziwszy na stronę, długo się z nim poufnie naradzał, aż zauważył to Odesskij i szepnął do spokojnie czytającego Butterbrota.
— Widzisz, znowu się naradzają!
— Niech się naradzają, ja swoje zrobiłem i już mnie to nic nie obchodzi! Co ja mogę?!...
— Jakto ciebie nic nie obchodzi? Jakto może być?! Jak ciebie żołnierz po głowie kolbą palnie, albo jak tobie wszystko odbiorą, to cię zaraz obejdzie! Ja to wiem i dlatego ci mówię!...
— Co ty wiesz?... Co może wiedzieć twoja drobno-burżuazyjna głowa!? — odrzekł z pogardą Butterbrot i znowu zagłębił się w czytaniu.
Nazajutrz koło południa ku wielkiemu zaniepokojeniu wszystkich zawołano do kancelarji więziennej Wojnarta.
— Oho, zaczyna się!... — myślał on sam, idąc pod strażą przez mroczne korytarze. Zastanawiał się nad tem co ma powiedzieć, jeśli go spytają o zajścia na barce? Czy przyznać się do udziału w zaburzeniach i opowiedzieć prawdziwy ich powód oraz przebieg? Czy zaprzeczyć wszystkiemu i nie dać żadnych wskazówek?
— A no, zobaczymy, co oni wiedzą? Trzeba będzie działać na zwłokę; odpowiedzieć ni to ni owo, a potem naradzić się z towarzyszami, aby jednakowo zeznawać... Pewnie się oficer upił i rozpaplał!... Ech, wszystko jedno!
Machnął ręką i wszedł do kancelarji, przygotowany na najgorsze rzeczy.
Jakaż była jego radość i zdumienie, gdy zamiast sędziego śledczego dostrzegł naprzeciwko pomocnika naczelnika więzienia... pannę z fiołkowemi oczyma. Powstała i poszła kilka kroków naprzeciwko niemu.
— Jak się masz, kochany! — szepnęła po polsku rwącym się głosem, podczas gdy schylony całował jej rękę, a potem dodała głośno po rusku:
— Z wielkim trudem przy pomocy pana Koziełł-Poklewskiego uzyskałam możność widzenia się z tobą, mój cioteczny bracie! Wiesz pewnie, że za parę dni wywiozą was dalej!
— Prosiłbym nie mówić o tem! — surowo przerwał pomocnik naczelnika.
— Ha trudno, jeżeli nie wolno, choć wypadałoby im przygotować się do drogi! Otóż, jakże się masz, jak zdrowie twoje?... Przyniosłam ci trochę pożywienia...
Wskazała na paczkę, zwierzchu której leżała wiązanka kwiatów.
— Sama niezupełnie jestem zdrowa i dlatego pośpieszę z wyjazdem dziś jeszcze w nocy do Irkucka, aby tam przyszykować mieszkanie... Jest to ostatni punkt, gdzie się możemy zobaczyć.
— Zapewne!... Tak!... Tem bardziej, Stasiu, że ponawiam moje prośby, abyś stamtąd nie jechała już dalej!... — przerwał jej głosem cichym, ale mocnym.
Z niepokojem spojrzała na niego.
— Jeszcze nie mam pozwolenia, ale prośbę już dawno podałam i oczekuję, że odpowiedź już zastanę w Irkucku.
— Nastaję jednak, żebyś nie jechała, nawet otrzymawszy pozwolenie! — powtórzył cicho i smutno.
— Dlaczego?... Co się stało?
— Przyjrzawszy się bliżej życiu, które mię czeka, przyszedłem do przekonania, że nie mam prawa wiązać mego losu z nikim, z nikim... A szczególniej z tobą, kochana... — dodał po polsku.
Milczała przez chwilkę.
— Nie wiem, nie rozumiem! — szepnęła wreszcie, spoglądając na niego pociemniałemi oczyma.
Wytrzymał to jej spojrzenie, choć kąty ust mu zadrgały.
— To życie jest okropne, wciąż narażone na zgubę... w obronie najelementarniejszej godności ludzkiej!
— Więc ty przypuszczasz, że... ja mogłabym stanąć kiedykolwiek... między tobą a obowiązkiem?...
— Nie, nie!... Lecz ja sam... Lękam się... ciężar zbyt wielki dla mnie! — Pomyśleć, że życie, że twoje życie zostanie złamane... na zawsze...
— I tai zostało złamane, jeżeli warto o tem mówić! — szepnęła po polsku.
— Ach, nie!... Młoda jesteś!... I nie masz pojęcia... Sam nie miałem pojęcia, jak trudno, jak ciężko...
— Właśnie dlatego... Zresztą to jest wyjście ostateczne, gdy już nie będzie innych...
Pomocnik naczelnika, który słuchał ich od pewnego czasu z rosnącem zaniepokojeniem, wyjął zegarek.
— Już czas!... Musicie się państwo rozstać.
Dziewczyna podniosła się.
— Dowidzenia. Porzuć niedobre myśli. Bądź mężny za siebie i za mnie, gdyż to już przecie postanowione!
Długo, chciwie tulił do ust jej rękę, a gdy wyprostował się, oparła się zlekka ramieniem o jego pierś i, podnosząc bladą twarz do góry, szepnęła cicho:
— Pocałuj!






XXVI.

Okazało się wkrótce, że w więzieniu tomskiem zarządzono pewne zmiany nietylko w obejściu się z politycznymi, ale i w dalszej ich podróży.
Przedewszystkiem podzielono ich na dwie partje: katorżników wysłano pierwej, a w tydzień dopiero potem mieli pójść osiedleńcy sądowi oraz administracyjni.
Aby osłodzić rozstanie, „tytani“ postanowili wyprawić wielką bibę, na którą zaprosili w tym wypadku „ogół pigmejów“. Dobronrawow drogą niezwykle przemyślanych układów ze starostą kryminalistów i dzierżawcą „majdanu więziennego“, popartych odpowiednią sumą pieniędzy, dostał pół wiadra czystego spirytusu — ilość w kronikach więziennych nienotowaną.
— Tylko wy za dużo aby wody nie dolewajcie! — upominał Wujcio Orłowa i Łyzonia, którym powierzono fabrykację wódki. — To zupełnie zbyteczne, obciąża żołądek bez żadnego pożytku. Jak kto chce, to może się z kranu napić!
— Marzycielu, więc ty chcesz, żebyśmy poili „pigmejów“ czystą „wodą ducha“?! I poco?! Czyż nie dosyć dla nich, jeżeli nad „zwykłą zdrojową“ wykona im swe błogosławieństwo Dobronrawow!... Jestem przekonany, że będą pijani od kubka takiego napoju nie gorzej, niż my... po najofiarniejszym trudzie w winnicy Pana!
— To co innego!... Ale... zachowaj miarę, zachowaj miarę!... Gdyż poczucie miary jest pierwszym warunkiem sztuki!
— W tym wypadku owszem, przyznaję miarę... jak najmniejszą... wody! Choć wogóle pal djabli miarę!... Prawda Łyzoń!? Ładniebyśmy wyglądali z miarą. Un-mmiar-kko-wa-na re-wo-lu-cja! Ha, ha!... Jaka taka?
— Sprawiedliwij łeworucjoner ne znajet riwnowagi! Jak pije, to pije do dna, do kinca, a jak ni ma, to ne pije! — śmiał się Łyzoń.
— Dobre, bat’ku, tak robi zawsigda! A teper dawaj szwydko tu posudinu! — przedrzeźniał go Wujcio.
— Mowczi, djat’ka, hodi! — bronił się marynarz i zaśpiewał swoim aksamitnym basem:

Oj, pje Bajda med, horyłoczku,
Taj nie deń, nie dwa, ta nie odnu noczku...

Wśród żartów, śmiechów, śpiewów dokonywano pośpiesznie wielkich przygotowań do wieczomej uroczystości. Nalano wszystkie, jakie były butelki wódką, pokrajano na drobne plasterki słoninę, chleb i ser, przyniesiono faskę kwaszonych ogórków, a herbata miała być wydawana w dowolnej ilości i nie cegiełkowa, lecz kwiatowa z mlekiem.
— Jak hulać, to hulać!
Wieczorem, gdy po ostatniem przeliczeniu więźniów przez straż, drzwi się za nadzorcami zamknęły, Wujcio pogładził poważnie brodę, i naśladując głos Gołowina, zawołał:
— Panowie, posiedzenie otwarte!... Śpieszcie więc do źródliska błogostanu i zapomnienia!...
Zrobił się ruch, więźniowie zaczęli się cisnąć do miejsca na pryczach, gdzie Dobronrawow, zasiadłszy z podwiniętemi jak Budda nogami, rozstawiał na rozpostartym obrusie rzędem różnobarwne i różnokształtne kubki. Obok leżała góra chleba, stały talerze z przekąskami, a opodal w kącie na ziemi koło wielkiego blaszanego samowara uwijali się, dmuchając zawzięcie, Wickiewicz i Barański.
Deputacja od „tytanów“ i młodzieży prosiła uniżenie „Sinhedrjon“, aby raczył przyjąć udział w uroczystości.
— Cóż robić?... Przecie innej kolacji nie dostaniemy! — tłumaczył się Gołowin, złażąc z pryczy.
— Hm! Jesteście panami położenia, a śmiałych Bóg sądzi! — śmiał się Lwow.
Posadzono ich na honorowem miejscu obok Dobronrawowa i zmuszono wypić po kieliszku obrzydliwej wódki. Uczony Aronson długo się wypraszał, a gdy wypił, mocno się zakaszlał ku wielkiej i powszechnej uciesze. Dano mu spokój. Inni niebardzo się wykręcali.
Jeden Wolski nie wziął wcale udziału w uroczystości, pozostał na miejscu, skąd, pijąc herbatę z mlekiem, chmurnie śledził ascetycznemi oczami za przebiegiem „bachanalji“.
Wesołość, ożywienie, żarty i śmiechy rosły z każdą opróżnioną butelką.
— Czy wolno śpiewać? — spytał Wujcio Dobronrawowa.
Ten kiwnął głową.
— Można, ale niebardzo głośno:

Propadaj moja telega
Wsie czetyre kolesa...

Zaczął, przytupując, Orłów.
Potem śpiewano „Kaczorka“, potem „Hryczanyki“, potem „Bajdę“. Poważanych, ideowych pieśni me chciano ani słuchać, ani śpiewać!
Kiedy po piątym kieliszku posępnie nastrojony Somow zaintonował: „On idzie i brzęczą łańcuchy“... zaczęto wołać:
— Dosyć!... Uspokójcie go! Uciszcie! Mamy tego dosyć w rzeczywistości!
Łyzoń zagłuszył natychmiast swym basem cienki głos dziennikarza, wywodząc wspaniale:

Z Port-Artura
Jede fura...

„Na niej sede, Ka-mi-mura!“ — podchwycił chór.
Polityczne kierunki zmieszały się. Nieubłagani przeciwnicy przypijali do siebie z uśmiechem, a rozanieleni pośrednicy zmuszali nawet osobistych wrogów wychylać „przez ręce bruderszafty“... Urządzano specjalne na takich wrogów polowania.
— Butterbrot, ty co?! Ty nie myśl, że się wykręcisz, ty musisz wypić nietylko z „ojcem Dobronrawowym“, ale i z Wojnartem!.... Jak zgoda, to zgoda! Niech żyją wszystkie kierunki! Niech żyje demokracja i rewolucja! — dowodził Awdiejenko.
— Pij, pij!... Ulży ci, zobaczysz!... Spłynie zaraz wszelka pycha i zapamiętałość jak na spowiedzi! Staniesz się dobrym! — dowodził Leskow.
— Trąćmy się, bracie i towarzyszu, niewiadomo co z nami będzie jutro! Rozłączymy się, aby nigdy się już nie obaczyć na wieki wieczne... Każdego z was ktoś żałuje, każdy ma żonę, dzieci, rodziców... Ja jeden jestem samotnym sierotą wśród świata!... Nikt za mną nie zapłacze!... Was tylko mam, towarzysze!... Wypijcie ze mną, błagam was!... — jęczał płaczliwie Wujcio.
— Daj pyska, mordo żydowska, ale przedtem wypij!... — zwrócił się niespodzianie Orłow do Odesskiego, stojącego z filiżanką pełną wódki w ręku z błogo uśmiechniętą twarzą wśród wzburzonego wiru ludzkiego. Ujęli się za szyje miłośnie i zmieszali swe oblane wódką brody. A tuż obok ogromny Łyzoń, objąwszy wpół Barańskiego, śpiewał mu w same usta:

A za to tche lublu
Szczo na mordie hładka!

— To nie nasza piosenka! To biło-russka!... Niechaj! Usio odno: szczo lachi, szczo my kozaki, szczo moskali! Podlecy wy, szkidliwy a harno pijotie i licho bijetesia!... Nu, pocilujemsia na wiki wicznyje!.. — gadał swym dziwnym żargonem.
W innem miejscu „Monsieur Puritz“ miał płomienną przemowę o potrzebie romantyzmu w życiu. Mowa była bardzo piękna, szkoda, że nikt jej nie słuchał.
Zwolna ubywało ucztujących; niektórzy poszli spać, inni rozmawiali parami na stronie... „Tytani“ jednak wciąż ucztowali, sącząc resztki życiodajnego płynu z płaskiej drewnianej baryłeczki.
Wtem i wśród nich uczynił się wyłom: Wujcio, który prawie z każdym z więźniów wypił „kielich pożegnalny“, padł nagle jak martwy, mrucząc coś niewyraźnie. Pochylił się nad nim i tarmosił go czas jakiś Orłow, przemawiając do jego honoru:
— I nie wstyd ci!... Ty tytan z tytanów!... Leżysz tu na pośmiewisko dusz niskich i poziomych!
— Jak śmiecie, nędzni pigmeje!... Odwróćcie oczy od ciała Hektora! Wstań, Patroklusie! — wołał, a gdy mimo to przyjaciel się nie ruszał, zaśpiewał smętnie po rosyjsku znaną „Dumę“ Stieńki Razina:

Pochowajcie więc mię, bracia,
U zbiegu trzech dróg,
U Moskiewskiej, Astrachańskiej
Sławnej kijowskiej!
A w głowach moich postawcie
Prawosławny krzyż,
A w nogach moich połóżcie
Szablę ostruchną...
Kto przejdzie, albo przejedzie
Ten zatrzyma się,
Na mój krzyż, na prawosławny
Spojrzy miłośnie,
Mojej szabli, mojej ostrej
Niech pokłoni się!

— Tak go zostawić nie możemy! Musimy go z honorami odnieść... Poczekajcie, towarzysze, z honorami!... — wstrzymywał Orłow Wojnarta, który z doktorem Frączakiem i Potockim starali się podźwignąć nieprzytomnego i złożyć na pryczy...
— Ojcze Dobronrawow, ojcze Dobronrawow! Jesteś z duchownego stanu! Więc musimy tego największego z tytanów z honorami odnieść na miejsce spoczynku!... Nieprawda?
— Prawda!... Hej, chłopcy!... — krzyknął Łyzoń na Ostapenkę i Bondarenkę.
Podeszli i inni, którzy mieli jeszcze trochę sił w nogach, a między nimi i Gorainow, który łzawo dowodził, że nadewszystko kocha „intchgenczję“, a z pośród „inteligenezji“... Wujcia.
Ułożywszy więc na płaszczu, ponieśli nieprzytomnego przejściem wokoło prycz, śpiewając psalmy żałobne, podczas gdy Dobronrawow szedł przodem i rycząc „Hospodi, hospodi pomiłuj!“, machał zdjętemi z nóg kajdanami jak kadzielnicą.

Nazajutrz wywoływano od rana pokolei katorżników, odnowa pogolono im do połowy głowy i przekuto w nowe, cięższe kajdany.
Nastrój był grobowy.
Wielu, żegnając się przed odjazdem z towarzyszami, miało łzy w oczach, a niektórzy wprost płakali, zakrywszy twarze rękami.
Gawar długo nie puszczał, uchwyciwszy za szyję Wojnarta i szlochał jak dziecko.
— Puść mię, puść, chłopcze! Już mię puść... Mnie... również ciężko... Nie mogę! — szeptał ten, odpychając go zlekka.
— Niech pan ucieka, niech pan ucieka! Ja też ucieknę... i spotkamy się... tam!
— Rozumie się, że się spotkamy! Bywaj zdrów, chłopcze drogi!






XXVII.

Drogę mieli przykrą, w wagonach zaduch i ciasnotę, jedzenie złe i mało. Na stacjach nawet dla zakupu prowizji nie wypuszczano nikogo; musieli to robić przez niechętnych i jawnie „złodziejowatych“ żołnierzy. Oficera nie można się było doprosić, nie pokazywał się wcale. Nic nie pomogły wypróbowane słóweczka i zabiegi Dobronrawowa.
— Nie mogę wiedzieć!... Nie moja rzecz... Taki rozkaz... Wy winni słuchać, wy aresztowani! — odpowiadał na wszystko posępnie płaskolicy, płaskonosy podoficer.
Wśród skazańców niewesoły zapanował nastrój, zdawało im się, że z oderwaniem ich od towarzyszy, cieszących się bądź co bądź jakimś cieniem praw, pogrążają się ostatecznie w otchłań bezwzględnej, bezlitosnej niewoli.
— Żegnaj, matuchno Rosjo! — mówił do otaczających Orłow, kiwając głową w stronę, skąd uciekał pociąg.
— Czy nie macie wrażenia, że z każdym obrotem kół jakgdyby wzrastało lodowate tchnienie tych miejsc, gdzie mamy spędzić życie!... — zauważył smutnie Awdiejenko.
— Wiadomo, mogiły. Pogrzebani za życia! — westchnął Aronson.
— Ty, Awdiejenko, nie masz prawa się skarżyć, do ciebie przyjedzie narzeczona!... mruknął Kotow.
— Przyjedzie, albo nie przyjedzie, jeszcze niewiadomo czy pozwolą!... — odparł żywo statystyk.
A co najgorsza: żadnej teraz nadziei, że będzie można się „opochmielić“... — biadał Wujcio.
Uwaga rozśmieszyła obecnych.
— Może ta surowość panuje tylko w tomskim okręgu i tylko czasowo z powodu zabójstwa w Maryinskim tego więziennego potem tata? Zobaczymy, spróbujemy, czy się nie da coś zrobić! Nie wieszajcie przed czasem nosów! — pocieszał towarzyszy Dobronrawow.
Minęli jednak Maryinsk, minęli Aczyńsk, a nic się nie zmieniło. W Krasnojarsku, gdzie zmieniał się konwój, zrobiono nawet u nich ponowną w rzeczach rewizję i odebrano papiery, ołówki, notesiki — wszystko, co mogło służyć do pisania, a również wszelkie resztki cywilnego ubrania, jakie niektórzy jeszcze zachowali; zabrano im nawet ciepłe kamizelki i skarpetki.
W Irkucku długo czekać musieli na wietrze i słocie, otoczeni konwojem wraz z tłumem kryminalistów, przed wielkim, białym, trzypiętrowym budynkiem więzienia. Więźniów partjami po dwudziestu pięciu wpuszczano do obszernej bramy sklepionej. Politycznych wprowadzono tam naostatku, znowu poddano szczegółowej rewizji, odebrano pieniądze, zegarki, nawet pierścionki i krzyżyki, słowem — wszystko — pozostawiono im tylko to, co dostali od swej nowej pani i matki — więzienia. Przyczem starannie obejrzano kajdany i te, których nożne obroże były na tyle obszerne, iż pozwalały przypuszczać, że z nich stopę można wyciągnąć, zamieniono natychmiast na ciaśniejsze. Brzęk łańcuchów, głuche kucia młotów, milczące i surowe zachowanie się urzędników oraz nadzorców doreszty przygnębiły skazańców.
— Źle!... — mruczał posmutniały Dobronrawow.
— Coś knują!... — zgodził się Lwow.
— Napewno ta niemądra sprawa z barki!... — powtórzył Aronson...
— Ha! cóż robić!... Trzeba się ostatecznie naradzić, co na śledztwie odpowiadać!... — zadecydował Gołowin.
— Ba, łatwo to powiedzieć, ale jak wykonać teraz, kiedy połowa oskarżonych została w Tomsku!... — zauważył Kotow.
Skoro tylko zamknięto ich w wyznaczonem im pomieszczeniu, cały „Sinhedrjon“ zebrał się natychmiast na naradę.
— Zauważyliście, że kamerę wyznaczono nam zupełnie osobną, nie łączącą się z resztą więziennego korpusu!...
— I obok hauptwachy!...
— Tiu, tiu!... Tu nas i kruk może zadziobać bez krzyku!... westchnął Łyzoń.
— Ech, nie martwcie się przed czasem, prze; cięż i tu muszą nam przynosić chleb i jedzenie, to może i co innego się dostanie! — pocieszał towarzyszy Wujcio.
Mrugał okiem już wesoło i gładził znacząco brodę.
— Głównie dostać pieniędzy!... A to się da zrobić! Przecież w mieście jutro już o nas będą wiedzieli! — dowodził.
Pomieszczenie było ciemne, wilgotne i składało się z dwóch cel, połączonych drzwiami. Z pierwszej celi wychodziło się wprost po małych schodkach na podwórze. Ponieważ nie było tu ani kranów wodociągowych, ani żadnych wygód, postawiono im koło drzwi wejściowych obrzydliwy cuchnący kubeł i kadź z wodą.
— To nawet nie więzienie, a jakiś były lamus czy śpiżarnia... — zauważył Wojnart, oglądając uważnie ściany i okna.
— Co nam z tego, kiedy od podwórza! — odrzekł smutno Leskow.
— Jeżeli ma być śledztwo, to dlaczego nas nie posadzono jak zwykle do osobniaków, przynajmniej głównych oskarżonych?... — rozważał Wojnart.
— Poczekaj, może to jeszcze zrobią. A może mają osobniaki zajęte?
— Cierpliwości, wszystkiego się dowiemy... Od czego Dobronrawow!... — pocieszał wszystkich Wujcio.
— Cóż, kiedy błogosławieństwo boże opuściło mię!... — wzdychał starosta.
— Nie trzeba było mię żywcem chować!... — śmiał się Wujcio.
Zmrok w tych celach, zasuniętych w kąt budynku, w cień wysokich, posępnych murów, zapadł niezwykle szybko, a ponieważ odebrano im świece i zapałki, siedzieli więc pociemku, gwarząc cicho i popijając wodą razowy chleb, który dano im na kolację. Wtem zazgrzytały rygle, drzwi otwarły się, w sinem przedwieczornem powietrzu na dworze zarysowały się czarne postacie żołnierzy i rozległo się chrapliwe wezwanie:
— Wojnart!... Który z was Wojnart?... Wychodź!






XXVIII.

Panna Stanisława Nawrocka po widzeniu się z Wojnartem, tego dnia jeszcze wieczorem, wyjechała do Irkucka i wyprzedziła przybycie partji na dni kilka.
Na stacji zaniosła własnoręcznie do dorożki swoją małą walizkę i, zajrzawszy do notesika, kazała się wieźć na ulicę Bazarną, dom Wasiutina. Gruby obdarty dorożkarz o ciemnej, kosookiej twarzy burjaty nie śpieszył się; zanim zdjął ze łba konia parciany worek z obrokiem, zanim konia zahełznał, poprawił uprząż i wgramolił się na kozioł, upłynęła dobra chwila. Jadąc wzdłuż Głazkowskiego przedmieścia, ciągnącego się u stóp skalistych wzgórz, nie poganiał konia, bo, jak się tłumaczył:
— Tu wyboisto!...
Gdy zaś skręcił na długi łyżwowy most na Angarze, znowu objaśnił pasażerkę, że policja przez most prędko jeździć nie pozwala, kazał jej zapłacić mostowe i ruszył wolnym krokiem w szeregu wozów ciężarowych.
— I papierosów też palić nie wolno. Surowo wzbronione każdemu, bo bywają pożary!... Łoni znalazł się tu jeden taki... Dwa przęsła zgomżały!... — dodał znacząco, rzucając bystre spojrzenie na obcego kształtu czarny kapelusik cudzoziemki z podejrzanem białem skrzydełkiem.
Choć Nawrocka widziała doskonale, że inni niebardzo liczą się z „surowym zakazem“ i co chwila wyprzedzają ich truchcikiem, a nawet małym kłusem, nie nagliła swego woźnicy i, odrzuciwszy się wtył na siedzenie, z rozkoszą wciągała świeże, wilgotne powietrze w płuca, zmęczone długą i duszną podróżą.
Godzina była południowa, słońce stało wysoko nad olbrzymią szczerbą jakby wyrwaną w ciemnej tarczy widnokręgu, przez którą lała się z bezdennego Bajkału potężna, szmaragdowa struga rzeki. Pęd ona miała tak mocny, iż przęsła mostu drgały nieustannie jak splot ramion, wyprężonych w nadmiernym wysiłku, a nurt miała tak czysty, że z dna jej głębokich odmętów przyświecały smugi barwnych żwirów i wielkie głazy omszałe, jak cudna mozaika, oprawna w ciemną zieloną sieć porostów, i nakryte wielką, ruchomą szybą przepojonego blaskiem dnia kryształu.
Z Głazkowskiej strony rzeki, od upłazów ciemnych wzgórz porosłych kwitnącym rododendronem, biła na zwierciadło wody różowa łuna jak zorza niegasnącego poranku, a po drugiej stronie wyciągnęła się nisko nad wodą biała nitka miejskich budowli z wytryskującemi tu i ówdzie ponad nią zielonemi i złotemi kopułami cerkwi, z brunatną igłą wieży katolickiego kościoła, z czerwonemi kominami nielicznych fabryk, z zielenią ogrodów, wznoszących się tu i tam ponad dachy i mury. Dalej półkolem błękitniały stoki gór.
Ale oczy przybyłej w tej pięknej panoramie szukały chciwie panującego, jak jej mówiono, nad otoczeniem wielkiego budynku, na krańcu miasta, na podgórzu za rzeczką Uszakowką, który miał być więzieniem.
Strzęsiona niemiłosiernie przejazdem po źle wybrukowanych, brudnych i zakurzonych ulicach, rada była, gdy dorożka zatrzymała się wreszcie przed małym parterowym domkiem w drugorzędnym zaułku.
— Tutaj dom Wasiutina... Może pani do Katarzyny Iwanówny Dowgiełło, to ona istotnie tutaj mieszka i wszyscy Polacy u niej się zatrzymują! — objaśnił woźnica, oczekując z wyciągniętą ręką na zapłatę.
— A gdzie?...
— Tu na lewo z bramy... Trafi pani, bo ona cały domek zajmuje!
Na podwórzu, oddzielonem od sąsiedniego ogrodu rozwalonym parkanem, bawiło się w piłkę dwóch wyrostków, którzy zapytani wskazali Nawrockiej drzwi niskie i obdrapane. W sionce przez inne drzwi otwarte ujrzała w kuchni babuleńkę w ciemnej sukni i białym fartuchu, uwijającą się z zakasanemi rękawami przy zarzuconym jarzynami stole.
— Czy tu mieszka pani Dowgiełło? — spytała po polsku.
— Ja jestem!... A co pani sobie życzy?
— Chciałabym... Czy nie znajdzie pani dla mnie kącika?...
— Acha, szuka pani pokoiku!?... Żałuję bardzo, ale wszystkie zajęte. Niech pani uda się do hotelu Deko, tam też ziomek właściciel..
Panna Stanisława milczała chwilkę z opuszczonemi oczyma.
— Mam do pani list od pana Dobrzyckiego!... — rzekła wreszcie cicho.
— Acha z Tomska?... To pani z Tomska?
— Nie, jam z Warszawy.
— Acha, z Warszawy!... — powtórzyła staruszka śpiewnym głosem, wycierając ręce o fartuch i opuszczając podwinięte rękawy. — Może pani pofatyguje się do pokojów. I co panią tu do nas z Warszawy sprowadza?...
— Zanim odpowiem, może pani list przeczyta!... Oto on!...
— Jadziu, Jadziu, chodź na chwilę, dojrzyj, żeby mleko nie wykipiało, muszę odejść... Przyjechała pani z Warszawy... A potem przychodź do nas! — krzyknęła Dowgiełłowa w uchylone drzwi naprzeciw i poprowadziła Nawrocką w głąb mieszkania.
— Córkę mam!... Wiecznie chora, zajęta dziećmi, mąż w kopalniach złota...
Wszystko na mojej głowie... Czy nie widziała pani dwóch chłopców na podwórku? Co oni tam robią!?...
— Grają w piłkę!...
— Tak, tak! Niech grają, to moi wnukowie, trzebaby ich do gimnazjum, ale pieniędzy niema. Dopiero jak zięć przyjedzie z kopalni na Nowy Rok... — gadała staruszka, nakładając na nos okulary i otwierając kopertę listu.
— Acha, więc pani tu do... narzeczonego?!... Acha, rozumiem, sama przecież w podobny sposób tu się dostałam... Boże mój, jakże to było dawno i jakże szybko przeleciał czas! Więc jakże on skazany: do ciężkich robót, zupełnie jak mój!... Czy już jest?... Gdzie jest?...
— Nie, dopiero za parę dni przybędzie!... Zdaje się, że wyślą go do Akkatuja, na pewno niewiadomo... Tutaj dopiero!
— Acha, do Akkatuja... Tam źle: wilgoć i kopalnie ciężkie; dużo tam naszych powstańców pomarło od szkorbutu i zatrucia rudą... Ale niech się pani nie martwi, nie martwi!... Bóg łaskaw!... Z jego pomocą wszystko można wytrzymać i odmienić!... Ot, i ja panna z bogatego domu, bieliznę w przeręblu w zimie pierałam, jednak żyję, dzieci wychowałam, męża nieboszczyka, Panie świeć nad jego duszą, uwolniłam... Syna mam oficera, drugi na kolei... Tylko, ot, córka choruje... I skąd się wzięło, nie wiem... Więc chciałaby pani pokoik?... A do Deko pani nie życzy sobie?...
— ...Kochana pani, chciałabym jak najmniej tutaj... rzucać się w oczy! Niech już mię pani przytuli!...
— Acha, jak najmniej rzucać się w oczy!... Rozumiem, ale niema pokoiku, więc jakże?... — pytała, patrząc na Nawrocką powyżej okularów poczciwemi, wyblakłemi, jakby wypłakanemi oczami.
— Pan Dobrzycki bardzo panią poleca, lecz co ja poradzę, niema pokoiku!...
— Chyba, żeby pani zgodziła się spać w jednym z panią Tutolminą, ona Rosjanka ale poczciwa, bardzo poczciwa, też wygnanka... Poprosimy ją... Może się jakoś ułoży... A tymczasem niech pani tutaj postawi kufereczek i zje z nami obiad. A może pani się umyje, co? Zaraz pani wody gorącej podam... Z drogi to przyjemnie!...
— Istotnie poproszę! Jaka pani dobra?... Tem bardziej, że zaraz muszę iść na ulicę Soldacką... Czy to stąd daleko?
— Nie, zupełnie blisko... pewnie do pana Chamkrelidzego?...
— Skąd pani wie?...
— Skąd wiem?... Wszyscy do niego chodzą, wszyscy wygnańcy chodzą. Jadziu, Jadziu chodźże nareszcie!... Panna Nawrocka z Warszawy, wprost z Warszawy, słyszałaś?... — wołała, zwracając się w stronę kuchni. A może pani z tych Nawrockich z Duniszek z Rosieńskiego?... Znałam ich bardzo dobrze... A jakże, dobrze ich znałam! Majątek mieli obok nas, sąsiedztwo... Nie, nie z tych! Szkoda, ale i tak dobrze, że wprost z Warszawy!... Jadziu, Jadziu, śpiesz się. Już ja cię tam zastąpię!... Więc niech kochana pani tymczasem tutaj lokuje się!...
Odeszła, a niezadługo potem przez te same drzwi wsunęła się osoba szczupła, biała, różowa, upudrowana, z wąskiemi, podmalowanemi ustami. Stała chwilkę, oglądając z przykrem zdziwieniem przymrużonemi oczami niepowszednią urodę Nawrockiej. Rysy miała podobne do pani Dowgiełłowej i te same chabrowe źrenice, które szpecił jednak wyraz niepokoju i zawiści.
— Strumińska!... — wyrzekła, sznurując usta. Pani z Warszawy?... Bardzo przyjemnie! A czy dawno?...
— Tak, dość dawno!... Płynęłam parowcem przez Tobolsk. To o wiele taniej.
— I wygodniej. Wybieramy się już dawno do Warszawy i skoro mój mąż wróci z kopalni... Mamy własną kopalnię złota. Wprawdzie nieurządzona jeszcze zupełnie, ale mąż mówi, że będziemy niedługo bogaci.
Przytoczyła cały szereg nazwisk i wypadków, dowodzących niezbicie, że każdy poszukiwacz złota zostaje koniec końców miljonerem.
— Trzeba tylko trochę wytrwałości i pieniędzy.
Pani Dowgiełłowa przyniosła czysty ręcznik, miednicę z wodą i kilkakroć upomniała córkę, aby ta nie przeszkadzała pannie Nawrockiej i pozwoliła się jej umyć i wypocząć. Strumińska nie śpieszyła się jednak, choć dostrzegała lekkie zniecierpliwienie dziewczyny. Poszła sobie wreszcie, mówiąc:
— Trzeba się przebrać do obiadu!
Istotnie, zanim Nawrocka doprowadziła do porządku swą toaletę, stołownicy pani Dowgiełłowej zaczęli się schodzić. Staruszka uprzedziła Nawrocką, żeby nie wychodziła na miasto, gdyż „waza zaraz będzie na stole“.
— Do Chamkrelidzego jeszcze pani zdąży w sam raz po obiedzie. On wtedy zawsze pije herbatę i na pewno go pani zastanie!... Niech pani tymczasem zapozna się z panią Tutolminą.
Pani Tutolminą blada, brzydka, piegowata blondynka, miała piękne szare oczy o ujmującym wyrazie. Odrazu serdecznie, jak jakąś starą znajomą, przywitała Nawrocką i chętnie zgodziła się na przyjęcie do swego pokoiku.
— Może pani rozporządzać nim w zupełności, gdyż przychodzę do domu właściwie nocować, a cały dzień muszę upędzać się po mieście za lekcjami. Ach, prawda, jeszcze po obiedzie pół godzinki palę papierosa i przeglądam gazety... Muszę, nałóg... — uśmiechnęła się.
Drugi stołownik, Kolenko, już niemłody mężczyzna, posępny i milczący, wygnaniec, który już odcierpiał swoją karę i pracował obecnie jako niższy urzędnik w magistracie, ukłonił się Nawrockiej zdaleka i usiadł na boku. Reszta byli to uczniowie miejscowego gimnazjum oraz wnuczkowie pani domu. Wszyscy wkrótce obsiedli ożywionym wiankiem nakryty jasną ceratą stół, pośrodku którego pani Dowgiełłowa rozlewała zupę z wielkiej wazy. Dwa miejsca obok niej były niezajęte. Rychło wszakże wszedł do pokoju, pogwizdując wesoło, młody człowiek, jasny blondyn z niebieskiemi oczyma, ale z twarzą o rysach wybitnie mongolskich.
— Pan Biełych!... — prezentowała go gospodyni Nawrockiej.
Młodzieniec przestał gwizdać, przyglądał się chwilę dziewczynie z mieszaniną nieśmiałości i zuchwalstwa, poczem wyjął ręce z kieszeni i ukłonił się z galanterją.
— Wprost z Warszawy, przyjechała pani do narzeczonego!... — objaśniła pośpiesznie Strumińska, która weszła zaraz za młodzieńcem i zauważyła niemą scenę.
— Już jest tutaj?... Z jaką partją przybył?... Na co skazany?... — zaczął rozpytywać się Biełych.
— Jeszcze go niema, dopiero przybędzie!... — krótko odpowiedziała Nawrocka. — Ta Angara to śliczna rzeka!...
— Ach tak!... Wogóle nasze rzeki sybirskie są piękne, może najpiękniejsze na świecie!...
— To pan był w Europie?
— Nie, ale słyszałem...
— Ja bo uważam, że Niemen jest o wiele piękniejszy!... — wmieszała się pani Dowgiełłowa.
— Skądże Niemen!?... Niemen mała rzeczka!...
— Jaka mała! Wcale nie mała!... Kto panu powiedział?... — broniła się Dowgiełłowa.
— Mówię wam: niema jak Don! — dowodziła Tutolmina.
Rozmowa już poszła tą drogą i stała się ogólną.
Każdy chwalił rzekę swej młodości. Biełych wciąż rzucał spojrzenia i zapytania w stronę Nawrockiej, a po obiedzie podszedł do niej i, chyląc głowę powiedział półgłosem:
— Słyszałem, że pani ma interes do księcia?
— Do jakiego księcia?...
— Do księcia Chamkrelidzego!.... To pani nie wie, że on jest gruzińskim księciem. Zresztą tam książęta znaczą to samo, co u kirgizów... Ha, ha!
— Tak, chciałam się zobaczyć z panem Chamkrelidze, mam list z Tomska dla niego... Ale kto panu powiedział?...
— Ho, ho!... W Irkucku słyszą jak trawa rośnie!... Jeżeli pani sobie życzy, zaprowadzę panią do niego... zupełnie niepostrzeżenie...
— Nie mam się z czem kryć!... — odrzekła sucho.
— Doskonale!... W takim razie idziemy!... Mam interes w tamtej stronie, a nawet mam interes do samego księcia i mogę do niego wstąpić!
— Zaraz nie mogę!...
— W takim razie, kiedy sobie pani życzy? Może pani mną rozporządzać!... Mam czas... Jestem też wygnańcem i nie mam zajęcia.
— Panie Biełych, wszak obiecał pan dziś zawiesić mi obraz!... — wmięszała się do rozmowy Strumińska.
Uprowadziła go z sobą, a Nawrocka schroniła się natychmiast do pokoiku Tutolminej.
— O, od niego trudno się odczepić!... On tu do nas niedługo zastuka!... — roześmiała się Rosjanka.
— Czy nie można mu wytłumaczyć, że jestem bardzo zmęczona!...
— Zacznie wtedy obiecywać, że wszystko zrobi za panią!... Trzeba go poprostu wypędzić i ja to zrobię z przyjemnością!
— Istotnie mam interesa, które sama muszę załatwić!...
— Rozumiem. Niech pani idzie, ale niech pani stara się minąć niepostrzeżenie okna pani Strumińskiej, bo panią zobaczy i pobiegnie za panią! Nic nie pomogą prośby i wykręty! Jako towarzysz, uważa, że jest wolny od wszelkich względów towarzyskich.
Nawrocka potrząsnęła przecząco głową i długą szpilką przypięła swój skromny kapelusik.
Przeszła spokojnie, nie kryjąc się mimo niebezpiecznych okien i choć dostrzegła za szybami obróconą ku sobie twarz Biełycha, nikt jej nie ścigał. Widocznie pani Strumińska znalazła dla interesującego kawalera dużo „niecierpiącego zwłoki“ zajęcia.
Książę Chamkrelidze mieszkał niedaleko w małym parterowym domku drewnianym w głębi obszernego podwórza. Cała ta ulica, przylegająca już do krańców miasta zabudowana była podobnemi domkami. Pokój miał dość obszerny, widny, czysty ze złotawemi ścianami z gładko ociosanego modrzewiu. Pośrodku stał wielki stół zarzucony książkami i papierami a w rogu pod ścianą wąskie łóżko żelazne, zasłane ubogą, ale czystą pościelą.
Książę siedział właśnie przy stole w głębokiem krześle, czytał gazety i pił herbatę, kiedy służąca zameldowała Nawrocką. Zaraz powstał i zrobił kilka kroków naprzeciw przybyłej. Był to mężczyzna wysoki, chudy z ognistemi czarnemi oczyma i wielkim orlim nosem, nadającym śniadej jego twarzy śmiały i drapieżny wyraz. Gęste czarne z siwizną, puklami układające się włosy powiększały to srogie wrażenie, ale łagodził je słodki, dziecinny uśmiech, błąkający się wciąż prawie na kształtnych ustach pod zawiesistym, sutym wąsem.
— Czem mogę służyć?...
Nawrocka podała mu list.
— Niech pani siada!... — prosił uprzejmie, wskazując na krzesło. Pani pozwoli! — dodał, wskazując na list.
Kiwnęła głową i usiadła. W miarę jak czytał, rysy jego poważniały...
— Cóż mogę dla pani uczynić?...
— Powiedziano mi, że pan może wszystko!...
— O, to za wiele!... To to samo co nic!... Chciałbym konkretnych wskazówek.
— Chodzi o urządzenie ucieczki... Wojnartowi, skazanemu do ciężkich robót na lat piętnaście... — zaczęła wzruszonym głosem.
— Tak, polecają go w liście... Domyśliłem się tego... Czy nie wypije pani ze mną filiżanki herbaty... Hej, Łukierja, herbaty... — zawołał, nie czekając na odpowiedź.
— Herbata jest tu na Syberji czemś w rodzaju fajki przymierza! — żartował wesoło. Widzi pani, odbieram takie polecenia bardzo często; ci, co to czynią, nie liczą się ani z warunkami, ani ze środkami, ani z czasem... Wyobrażają sobie, że instytucja o tak strasznym tytule jak Czerwony Krzyż Rewolucyjny, musi mieć wielką władzę, ogromną organizację i dużo pieniędzy... Tymczasem ani jedno, ani drugie... A prezes jej!... — tu pochylił głowę z lekkim ukłonem i rękę na piersiach położył — jest najnieszczęśliwszym człowiekiem, gdyż musi odmawiać takim prośbom, które doprawdy należałoby..., którym odmawiać doprawdy bardzo, bardzo boleśnie...
— Panie, Irkuck jest ostatniem miejscem, gdzie, jak mi powiedziano, jeszcze ucieczkę zorganizować można. Dalej, dalej... już niema nadziei!...
— Irkuck jest miejscem, gdzie można zorganizować ucieczkę?... Siedziba Generał-Gubernatora?... Korpusu żandarmów?... Centrum wojska i policji? Miasto, posiadające najlepsze, najsolidniej strzeżone więzienie?... Któż pani opowiedział te bajki!?
Opuściła głowę.
— Tu taka jeszcze zachodzi okoliczność... — zaczęła znowu rwącym się głosem...
Opowiedziała w krótkich wyrazach o buncie na statku i o roli, jaką odegrał w nim Wojnart.
Książę słuchał pilnie.
— Tak, to jest ważna rzecz!... Mogą ich oddać pod sąd wojenny. Ale sprawa jeszcze nie wszczęta?
— O ile wiem, nie!...
— Więc przedewszystkiem będziemy się starali, żeby sprawy nie wszczynano. I to może się powieść; to łatwiej przeprowadzić, niż ucieczkę, gdyż mamy w sądzie i w więzieniu pewne stosunki. Niech więc pani uspokoi się i powie mi tymczasem, do jakiej partji politycznej w kraju należał pan Wojnart? w jakiej sprawie jest aresztowany? gdzie sądzony? i t. d. Wszystko co pani wie, ze szczegółami, włączając to, co pani mówiła o zajściu na barce, abym mógł sobie zanotować, gdyż widzi pani, sam nic decydować nie mogę, muszę sprawę przedstawić Radzie Naczelnej, która już postanowi, co uczynić będziemy mogli... Niech pani przyjdzie za parę dni, najlepiej kiedy partja Wojnarta już do Irkucka przybędzie i będziemy mogli dowiedzieć się coś konkretnego o umieszczeniu jej, o terminie jej pobytu tutaj oraz o innych okolicznościach... Zdarza się, że niektóre partje kierują wprost do Aleksandrowska...
— Co to takiego?...
— Centralne katorżne więzienie w 40 wiorstach stąd!...
— Niech Bóg uchowa!... — krzyknęła, powstając Nawrocka.
— Dlaczego? — uśmiechnął się książę. Przeciwnie, stamtąd o wiele łatwiej uciec, niż stąd... i tam często skierowywujemy tych, których chcemy zbawić!... Niech pani siada i zacznie cierpliwie swą spowiedź!...
Nawrocka spojrzała nań z wdzięcznością i usiadłszy zpowrotem, odpowiadała szczegółowo i dokładnie na zadawane jej pytania.
Wyszła o zmroku niezmiernie znużona, nie zwracając uwagi na podejrzane wschodnie postacie, brodate i oberwane, kręcące się w cieniach ulicy, które w innych warunkach napełniłyby ją głęboką trwogą.






XXIX.

Wojnart nie wrócił do towarzyszy.
Nazajutrz rano wezwano w dodatku Dobronrawowa i Aronsona. Niepokój więźniów wzrósł ogromnie; robili najrozmaitsze przypuszczenia, co to znaczy i co z tego będzie. Wszyscy zgadzali się na to, że chodzi o bunt na barce, nie mogli jednak zrozumieć, dlaczego dopiero teraz wszczęto dochodzenie i poco wezwany został Aronson.
— W gruncie rzeczy powinniby nas wrócić do Tomska, ba, nawet do Tobolska, gdyż w tamtym okręgu sądowym naruszyliśmy prawo!... — dowodził Gołowin.
— Wiadomo, że nie dla nas prawa pisano!... Zawsze się przeciw nam na gorsze obraca!... Zresztą, czyż nie wszystko jedno: my przecież praw nie uznajemy! — żartował Awdiejenko.
Przed samym wieczorem przyprowadzono zpowrotem obu ostatnio wezwanych.
— A Wojnarta niema?...
— Niema!...
— I nie widzieliście go?...
— Nie widzieliśmy go; siedzi, powiadają, w osobniaku!
— O cóż chodzi?...
— Rozumie się, że o bunt.
— No i co?...
— Powiedzieliśmy, że nic nie wiemy, że żadnego buntu nie było. Z początku gniewali się, wygrażali nam, wreszcie kazali nam zeznania napisać i odesłali nas, jak widzicie!...
— Dlaczegóż trzymają Wojnarta?...
Dobronrawow wzruszył ramionami.
— Musi być, albo inaczej zeznawał, albo o co innego go oskarżają. Jest w tem wszystkiem jakaś niejasność. Mówią o buncie a jednocześnie pytają o przygotowania do jakiegoś zamachu... Jakieś nonsensa, które zrozumieć trudno!...
— Dobre, Bat’ku. Jak woni durni, to my jeszcze durnijsze!... Klin klinom! Trzeba kazati, szczo ni bunta, ni barżi, ni samoj Wołgi i Tobola nie było! Towdi zeńki wypuczat’... — śmiał się Łyzoń.
Warunki były ciężkie, trzymano ich ostro i utrudniano komunikację z resztą więzienia. Ale współczucie i zaciekawienie, jakie odosobnienie ich wzbudziło wśród kryminalistów, zrobiły wkrótce szczelinę w tym murze srogości.
Dobronrawow, który w dalszym ciągu był ich starostą, dostał w parę już dni przez piekarzy, którzy co rano przynosili chleb, kartkę od Wojnarta. Pisał, że oskarżają go o bunt, o próbę ucieczki i o zniszczenie rządowego majątku przez złamanie poręczy u schodów na barce. Że się do niczego nie przyznał i, korzystając z niedokładności donosu, wykpił wszystko i w żart obrócił.

„Mam nadzieję, że sprawa upadnie, gdyż donos pisał nie oficer, a ktoś inny, źle powiadomiony i niepisemny... Pokazano mi ten donos; sam sędzia śledczy śmiał się, takim jest napisany językiem. Pewnie podał go albo wachmistrz albo kucharz z parowca...“ — dodawał wkońcu.

Humory odrazu się poprawiły. Postanowiono dać znać do miasta o całej sprawie, o położeniu, w jakiem się znaleźli, prosić o interwencję i pomoc. Mieli jednak kłopot, na czyje ręce wysłać list przez kryminalistów, by nie wsypać czasem „organizacji“. Jeszcze trwały narady i wahania w tej sprawie, gdy do kamery wszedł niespodzianie Wojnart, zakuty w ręczne kajdany, ale wesoły, i oznajmił, że druga połowa partji tylko co przybyła z Tomska, że Butterbrota i wszystkich Żydów wsadzono do osobniaków i że z tego powodu dla braku miejsca przeniesiono go zpowrotem tutaj.
— Pewnie czasowo, ale dobre i to! — zauważył Dobronrawow.
— Nie wiem. Wyznaję, że wolałbym, aby mię tam czas jeszcze jakiś potrzymano. Przedewszystkiem nie zdążyłem porozumieć się z nikim z przywiezionych i lękam się, że narobią głupstw, po drugie te osobniaki mają doskonałą komunikację z miastem...
— I my będziem ją mieli!...
— Ale nie macie!...
— To się zrobi, to się zrobi!...
— A ja już zrobiłem.
— Doskonale. Cóż napisałeś?
— Wszystko opisałem i prosiłem w imieniu całego ogółu, jako były starosta, o pomoc, o pieniądze, rzeczy, cukier, herbatę, no i o uzyskanie ulg...
— Chwat jesteś. Masz tam jaką osobę?...
— Mam.
— I adres masz?
— I adres mam.
— Wybornie... Pozostaje tylko cierpliwie czekać...
— I wąchać!... — dodał Wujcio, zwracając nos w stronę stojącego przy drzwiach kubła.
— I tak zostanie do końca żywota waszego, albowiem... błogosławieni są trzeźwi i cisi!... — szepnął zgryźliwie Dobronrawow.
— Życie więzienne, nużące, jednostajne, ciężkie i szare, gdzie toczy się walka o kruszyny potrzeb i o atomy praw, które jednak dla nas często mają znaczenie niezmiernie doniosłe, są kwestją naszego bytu, ma wiele podobieństwa z życiem ludu pracującego... — filozofował Awdiejenko.
— Daj pokój!... Przyznaj, że zazdrościsz najnędzniejszemu z robociarzy!... — oponował Kotow.
— Bynajmniej. I gdyby mię wypuszczono, znowu robiłbym wszystko to, co niechybnie w Rosji skończyć się musi więzieniem... I to jest silniejsze ode mnie, i nie wiem nawet przyczyny, dlaczego tak postępować muszę...
— Jaskrawy przykład rosyjskich sprzeciwieństw wewnętrznych, od których dusza choruje i umiera!... — zauważył poważnie Gołowin.
— Metafizyczne brednie!... — ostro odciął Lwow.
Zaczął się spór gorący i długi, który skracał jednak długie godziny bolesnego trwania i dlatego słuchany był i podtrzymywany przez wszystkich z wielkiem ożywieniem. Nawet Wojnart wziął w nim udział.

W parę dni potem panna Nawrocka, która już raz dowiadywała się w sklepie „Kaminer i Sp.“, czy niema tam czasem listu do niej i zostawiła swój adres, otrzymała przez chłopca sklepowego Kaminera krótki liścik skreślony ręką kobiecą i podpisany Sara Bergson, gdzie nieznajoma prosiła ją o przybycie w sprawie ważnej, jutro o godzinie dziesiątej do mieszkania Abrahama Gutmana, na ulicy Sadowej, dom własny.
O oznaczonej porze weszła na pierwsze piętro pięknego, murowanego domu zaniepokojona, gdyż była pewna, że sprawa tyczy się Wojnarta. Czysto ubrana pokojówka otworzyła drzwi i wskazała jej sąsiedni pokój:
— Pani zaczeka, w tej chwili powiem!... Wzięła bilecik Nawrockiej i odeszła innemi drzwiami. Nawrocka znalazła się w obszernym pokoju, zastawionym ciężkiemi wyściełanemi meblami, z otwartem hebanowem pianinem pod ścianą i szeregiem pięknych obrazów w złoconych ramach na ścianach. Wszystko dyszało zamożnością, nawet bogactwem i nosiło w stylu cechy ledwie uchwytnej... hebrajszczyzny. Nadawały go przedewszystkiem dwa piękne starożytnej roboty świeczniki siedmioramienne ze złotego bronzu, stojące z obu stron wielkiego lustrzanego „trumeau“ oraz pająk z tego samego metalu, zwieszający się z sufitu. Tu i ówdzie rozrzucone były statuetki i artystyczne drobiazgi z staro-hebrajskiemi ornamentami, a jeden z obrazów przedstawiał doskonałą kopję słynnego „Żyda, wiecznego tułacza“. Wreszcie na małym inkrustowanym stoliku leżała otwarta księga, na której stronicach bystre oczy Nawrockiej rozpoznały druk hebrajski. Specjalny zapach ryb, gotowanych po żydowsku i przaśnego ciasta płynął wraz z ciepłem, dusznem powietrzem z dalszych pokoi. Wkrótce rozległ się tam szczebiot dziecięcy, przerywany uwagą osoby starszej, potem lekkie kroki i we drzwiach salonu ukazała się ta sama kobieta, którą Nawrocka pamiętnego dnia widziała na pokładzie barki obok Wojnarta. Serce dziewczyny ścisnęło się i zabiło. Niemniej zdawała się zmieszana spotkaniem i pani domu. Obie kobiety przyglądały się sobie przez mgnienie oka z tą samą ciekawością, jak wówczas na Obi, poczem Sara, postąpiła naprzód, wyciągając rękę.
— Panna Nawrocka, czy nie tak!.. Zdaje się, że już spotkałyśmy się, nieprawda?!... Niech pani siada, proszę bardzo!... Ośmieliłam się osobiście trudzić panią dlatego, że prócz listu dla pani, jaki znalazłam w sklepie krewnych, mam pani do zakomunikowania w sprawie pana Wojnarta trochę szczegółów o ostatnich wydarzeniach...
— Co się stało?
— Nic szczególnego; zdaje się, że władze miały zamiary wytoczyć całej partji wygnańczej proces o bunt na barce. Mam wrażenie jednak, że już zaniechały tego zamiaru, gdyż pana Wojnarta, którego, jako głównego oskarżonego, początkowo osadzono w osobnej celi, znowu przeniesiono do wspólnej, a mnie, która również należę do oskarżonych, jak pani widzi, wypuszczono na prośbę krewnych i pozwolono za poręką czasowo zamieszkać u nich w Irkucku... A przecież skazana jestem na osiedlenie do bardziej odległych północnych okolic.
— Kosztowało to pewnie niemało! — pomyślała Nawrocka z kruszyną zawiści. — Jak długo zostanie tu partja katorżan, nie wie pani? — spytała głośno.
— Nie wiem. Przypuszczam jednak, że śledztwo potrwa jeszcze czas jakiś i że nie wyślą ich dopóki nie będzie skończone. Czy pani chodzi tak bardzo, aby pan Wojnart tu dłużej pozostał?
— O tak!... Ale to niemożliwe. Rzecz prosta, że chciałabym, żeby posiedział tu jak najdłużej, gdyż bądź co bądź lepiej mu będzie, niż w kopalniach...
— Zapewne. Może się uda go przenieść do szpitala, gdzie ordynatorem jest mój wuj doktór Reichgold...
— Postaram się uzyskać z nim widzenie, wtedy będę mogła dostarczać mu co będzie potrzeba i dowiedzieć się, czego chce i co zrobić można. Miała mi, szanowna pani, udzielić jakichś szczegółów...
— Wiele nie wiem, gdyż wiadomości od katorżników z trudem się przedostają do reszty więźniów. Ich oddzielono i umieszczono zupełnie osobno, w innym korpusie. Są w położeniu bardzo ciężkiem, odebrano im wszystkie rzeczy i pieniądze. Wszystko to złagodnieje, gdy skończy się śledztwo i oskarżenie upadnie, ale teraz...
— A czem im grozi, gdyby nie upadło, nie wie pani?
— W razie gdyby z jakichkolwiek politycznych powodów, niezależnych zresztą od władz miejscowych, chcieli przeprowadzić represje, następstwa mogą być dość przykre. Przedłużenie terminów sądowych dla wszystkich i przykucie do taczek oraz pozbawienie ulg wszelkich dla głównych oskarżonych. Nie sądzę, aby chcieli stosować kary surowsze, gdyż wywołałoby to hałas w prasie, skandal zagranicą i może nawet interpelację w Dumie. A z tem zawsze rząd się liczy!
Nawrocka uśmiechnęła się blado.
— Słaba nadzieja!...
— No, tak!... Otóż my będziemy się starać aby ją wzmocnić. Chciałam właśnie prosić panią, aby pani w razie potrzeby udawała się do mnie. Zrobię wszystko, co będzie w mej mocy. Pan Wojnart był kolegą i przyjacielem mego męża, ...i... z prawdziwą przyjemnością... Wszystko, co sobie pani życzy... Myślę więc, że pani zapewne rychło mię odwiedzi i podzieli się wiadomościami oraz... planami!... — dodała zagadkowo... Proszę bardzo, byłoby to dla mnie prawdziwą przyjemnością, gdyby się tak... stało!... Niech pani w każdym wypadku liczy na mnie...
Nawrocka podniosła się, czując, że Sara nie ma nic więcej do powiedzenia i śpiesząc się przeczytać list od Wojnarta.
— Spodziewam się, że uda się... nam obu — ciągnęła Sara, odprowadzając ją do drzwi.
— Dziękuję, bardzo dziękuję — odpowiadała machinalnie Nawrocka.
— Za nic w świecie... Zrobię sama... Wszystko sama!... Ciekawa jestem, czy ona zna zapatrywania Stanisława?... A w takim razie, co to wszystko znaczy?! — rozmyślała, idąc szybko po ulicach już omroczonych zapadającą nocą.
Na ulicy Wielkiej musiała zwolnić kroku, gdyż tłumy przechodniów zalewały chodniki. Równe szeregi latarni oświetlały długą perspektywę wysokich murowanych domów; z wystaw sklepowych wylewało się jaskrawe światło daleko na środek ulicy, po której sunęły szeregi wozów i dorożek. Przed cukiernią Deko dookoła wystawionych stolików siedziały gromadki rozbawionych spacerowiczów. Chłopcy latali z gazetami pod pachą, wykrzykując głośno:
— „Przegląd Wschodni!... Przegląd Wschodni!... Napad na pocztę na trakcie jakuckim!... Napad na pocztę...“






XXX.

W niewielkim saloniku państwa Szachtelów siedziało sześciu mężczyzn. Światło lampy płonącej pod zielonym abażurem na biurku, rzucało na nich długie i niepewne cienie. Byli to ludzie starsi, poważni; mówili głosami przyciszonemi, ruszali się powoli, nosy mieli zakrzywione, duże, a pod niemi brody. Przed każdym z nich stała szklanka herbaty, a na stoliku przed kanapą, przy którym w głębokich fotelach umieściło się trzech z nich, leżały w srebrnym koszyczku sucharki, suche obwarzaneczki i herbatniki. Srebrną cukiernicę podawali sobie z rąk do rąk z wyszukaną grzecznością. Tuż przy lampie z małym notesikiem w ręku siedział Chamkrelidze i, zaglądając od czasu do czasu, do notatek mówił:
— Urządzić ucieczki, rozumie się, że nie możemy. Nie mamy na to ani ludzi odpowiednich, ani dość pieniędzy... To drogo kosztuje... Gdyby jednak jakim cudem któremu z nich udało się coś takiego spróbować lub uczynić na własną rękę, to uważam, że od pomocy usuwać się nie powinniśmy. Mamy punkt, obowiązujący nas do tego w naszym statucie i, prawdę powiedziawszy, cała organizacja powstała pierwotnie w tym celu...
— Zwrócę uwagę, że organizacja powstała... — zaczął nosowym głosem pan z miną bankiera.
— Przepraszam: pan Simon ma głos!... — przerwał pan, siedzący na kanapie.
...kiedy nie było masowego ruchu i takie przedsięwzięcia były rzadkością i dlatego były wykonalne — ciągnął, nie zwracając uwagi na przerwę bankier. Teraz tylu jest istotnych kandydatów do ucieczki oraz tylu symulantów, że gdybyśmy rozporządzali setkami tysięcy rubli, jeszcze nie starczyłoby na tego rodzaju sprawy. Przypomnijcie sobie zeszłoroczną aferę Warłaamowa. Nietylko nie uciekł, ale użył jeszcze rzekomego zamiaru ucieczki do nowego politycznego szantażu. Powinniśmy się zrzec raz na zawsze podobnego rodzaju przedsięwzięć... Mamy tyle cierpień, tyle nędzy do złagodzenia w więzieniu i na wygnaniu, tyle tam elementarnych potrzeb niezaspokojonych, że zadanie nasze zupełnie się wyczerpuje troską o nie... Trzeba wprost sum niezmiernych, aby zadowolnić ich choć małą cząstkę. Gdzież więc znaleźć pieniądze na romantyczne awantury?... Większość zresztą ofiarodawców na pewno słyszećby o nich nie chciała... Jestem przeciwny wspomaganiu jakichkolwiek ucieczek...
— Czy skończył pan?... Acha! Pan Feldkorn ma głos...
— Z politycznych względów jestem innego zdania: ucieczka jest, bądź co bądź, protestem, osłabia powagę caratu, budzi nadzieję i otuchę wśród walczących, wykazuje siłę oraz podkreśla istnienie organizacyj rewolucyjnych, o których zupełnem zduszeniu trąbią tak donośnie reakcyjne dzienniki... Dlatego uważam, że wyrzekać się tego środka walki nie mamy ani prawa, ani potrzeby. Ale skoro uważamy ucieczkę za czyn przedewszystkiem polityczny, to tem większą uwagę powinniśmy zwrócić na to, kto ucieka i jaka z tego może być dla rewolucji korzyść?... I dlatego uważam, iż za mało mamy wiadomości o tym Wojnarcie. Co to za Związek Walki Czynnej i do jakiej on w gruncie rzeczy partji należy?... Powiedziano nam tutaj, że to były pe-pe-esowiec. Były, a więc już nie jest... Sama ta partja wiele pozostawia do życzenia pod względem rewolucyjności i socjalizmu, ale musimy ją uznać, gdyż uznają ją międzynarodowe zjazdy socjalistyczne. Powtarzam jednak, że on jest byłym pe-pe-esowcem... teraz zaś należy do Związku Walki Czynnej. Jeżeli to jest ta strzelecka organizacja, którą tworzy również były pe-pe-esowiec Piłsudski, to ostrzegam panów, że jest to organizacja nawskroś nacjonalistyczna, nic wspólnego nie mająca ani z socjalizmem, ani z rewolucją... Jest to organizacja, która szykuje ni mniej ni więcej jak wojsko, wojsko, które w przyszłej wojnie Rosji z Austrją ma zamiar stanąć po stronie Austrji... Słyszycie, panowie: po stronie Austrji!... Tak, bo nawet nie mówią oni o samodzielnem powstaniu, bo na takie powstanie nie dostaliby broni... Jak więc, pytam, wyglądać będziemy my, Rosjanie, w opinji całej Rosji, my, Rosjanie, pomagający nie już polskim powstańcom, lecz stronnikom austrjackiego imperializmu?... A co o nas powiedzą wszechświatowi socjaliści?... Będzie to podwójna zdrada państwa, które jest bądź co bądź naszym ojczystym warsztatem politycznym oraz zdrada socjalistycznego sztandaru, który potępia wszelką wojnę prócz wojny socjalnej... Nareszcie, gdybyśmy już tak koniecznie postanowili urządzić komukolwiek ucieczkę i to koniecznie w tym czasie, to dlaczego temu Wojnartowi, który jest byłym pe-pe-esowcem, a nie godnemu zacnemu towarzyszowi Aronsonowi, który również skazany jest do katorgi, a którego rewolucyjne i naukowe zasługi tak dobrze nam wszystkim są znane?... Dlaczego nie oswobodzimy Gołowina, Kotowa albo Lwowa?... Dlaczego koniecznie tego Polaka?
— Bo tamci nie wyjawili zamiaru ucieczki!... — wstawił Chamkrelidze.
— Co to jest, nie wyjawili zamiaru!... Każdy więzień chciałby być wolnym!...
— Cóż więc pan proponuje? — spytał przewodniczący.
— Ja, panie Berenson, proponuję, żeby się wcale tą sprawą nie zajmować, jakby jej nie było. Tem bardziej, że czas i miejsce bardzo są nieodpowiednie. Taka ucieczka wywołałaby tu wielkie represje. My zaledwie niedawno z trudem wielkim zaczęliśmy dochodzić do wpływów i stosunków, które pozwalają nam osiągać poważniejsze dla wygnańców ulgi. Dzięki nam przecież, nie chwaląc się, pozwolono tu zostać czas jakiś Sarze Bergson z synem, żonie człowieka, który zginął na szubienicy za ideały rewolucyjne. Udało się, powtarzam z wielkim zachodem uzyskać, że na miejsce zesłania wyznaczono Irkuck czcigodnemu panu Natanowi, którego niedarmo przecież nazywają „Natanem Mądrym“ i którego tu wśród nas z przyjemnością witam!... Tu zwrócił się z ukłonem w stronę krępego jegomościa z siwą dużą brodą i wszyscy zgodnie pochylili głowy w tę stronę.
— Co się stanie, gdy taka ucieczka teraz się zdarzy?... Ich wyrzucą. Nie mówię już o rewizjach i prześladowaniach jakie dotkną innych. A co zrobią wygnańcy robotnicy, którzy pracują w tutejszych fabrykach, jak im każą wracać do burjackich ułusów?... Co poczną ich dzieci i żony?... Co?... Pytam i kończę!
— To może się zdarzyć i bez naszego udziału. Wyobraźmy sobie, że ucieczkę zorganizuje ktoś samodzielnie. Książę mówił, że u niego była w tej sprawie jakaś panna!
— Polki są energiczne i wytrwałe — odezwał się siedzący w cieniu blondyn z krótką szwedzką bródką, z nosem jak kartofel i oczami, jak szparki.
— To byłoby, panie Rusanow, wielkie nieszczęście!... Temu trzeba przeciwdziałać!... — krzyknął Feldkorn.
— Proszę o głos! — wyrzekł cicho Natan.
— Pan Natan ma głos! — solennie obwieścił przewodniczący.
— Przeciwdziałać my nie możemy w żadnym razie, gdyż to znaczyłoby, że zatrzymujemy świadomie w więzieniu, w carskiem więzieniu człowieka bądź co bądź ideowego, który ma możność stamtąd wyjść. Jest to dla nas, szermierzy wolności, rzecz niemożliwa, niedopuszczalna, nie do pomyślenia, wprost niezgodna z kodeksem rewolucyjnym. Ale jest druga strona tej sprawy: mam prawo przypuszczać, że nieznaną panom osobę, o której tu mówią, wypadkiem znam, że jechałem z nią parowcem. Jest to panna bardzo przystojna, bardzo młoda, a tak lekkomyślna, że zdradziła już wtedy związek swój z barką więzienną w sposób do tego stopnia jaskrawy, iż zwróciła na siebie nietylko moją i mojej żony uwagę, ale nawet konwojujących mię żandarmów. Nie wiem więc, czy wogóle można z nią prowadzić tak trudne przedsięwzięcie, wymagające takiej wytrawności, zimnej krwi i zdolności konspiracyjnych.. Tyle o tej sprawie. Co zaś do ogólnej sytuacji politycznej, to spróbuję przedstawić panom, co się dzieje w Rosji. Reakcja triumfuje, resztka sił rewolucyjnych rozbita, posłowie do Dumy wywiezieni, więzienia przepełnione, wszędzie rozstrój i zniechęcenie. Trzeba wszystko budować odnowa, od podstaw. Trzeba wrócić do dawnych metod: rozproszone atomy samowiedzy rewolucyjnej mozolnie zbierać i jednoczyć, gromadzić siły i stwarzać punkty oparcia. Doświadczenie przekonało nas, a teorja to popiera, że w takich wypadkach należy poczynać od organizacyj ściśle napozór ekonomicznych, do których kłaść trzeba nieznacznie mały zalążek niezależnej rewolucyjnej myśli politycznej, w postaci mało znanych, skromnych, wysoce konspiracyjnych działaczy, połączonych nicią głęboko ukrytego sprzysiężenia. Musimy wrócić do spisku, do dyktatury cnoty, woli i mądrości...
Długo mówił Natan Mądry w tym duchu i długo toczyły się w tym duchu rozprawy; tak że gdy zebrani rozchodzili się późno w nocy, Chamkrelidze rzekł do Rusanowa:
— W gruncie rzeczy nie wiem, co mam tej pannie odpowiedzieć!...
— A no, powiedz jej, że... nie mamy pieniędzy, gdyż w istocie nie dali ci ich przecież!
— Ha, cóż robić! Biedna! A wcale sympatycznie wygląda!... — westchnął Gruzin.
— Chcesz, mogę dać dwadzieścia pięć rubli moich własnych, które mam, ale nie wiem czy to ją zbawi!...
— Pieniądze wezmę, bo te zawsze brać trzeba, gdy dobrzy ludzie je dają, ale narazie jej ich nie ofiaruję, gdyż wyglądałoby to na gruby żart... Powiem jej, że sprawa jeszcze niewyjaśniona, niech przyjdzie po niejakim czasie, a tymczasem może zbierzemy cośniecoś drogą prywatną... Mam sympatję do tych zbrojących się Polaków, choć ich Związek mocno mi wygląda na zwykłą austrjacką intrygę...
— Ba!... Ale na jej czele stoi Piłsudski, a ten i z marnej, wrogiej intrygi może zrobić rzecz wielką, ideową!... Ja go znam, byłem z nim na wygnaniu w Tunce... Nie boisz się, Jerzy, chodzić po tej twojej Sołdackiej ulicy?... Toć tam same zbóje!... — zapytał Chamkrelidzego, zatrzymując się przy ostatniej latarni, skąd otwierały się czeluście zupełnie już nieoświetlonych ulic i zakamarków.
Książę uśmiechnął się:
— Wilk i pantera nigdy nie polują wpobliżu gniazda. Znają mię tu prawie wszyscy. Dużo tu mieszka Gruzinów i Tatarów z Kaukazu. Czasami przychodzą zapytać o radę lub poprosić o napisanie listu. Biedacy tęsknią strasznie, no, i rozbijają trochę po drogach... z nędzy i z ...tęsknoty!






XXXI.

Politycznych katorżników w dalszym ciągu trzymano w ścisłem odosobnieniu, nie puszczano na spacer, nie wydawano im przysyłanych z miasta posyłek i karmiono wyłącznie z więziennego kotła. Szczelina jednak, przez którą komunikowali się oni tajemnie z innemi częściami więzienia oraz ze światem, nie została ani wykryta ani zamknięta. Owszem rozszerzała się i ulepszała. Przez nią dowiedzieli się oni, że część żydów politycznych, przeniesiono znowu do kamery ogólnej i już cieszyli się, że sprawa buntu zapewne została pogrzebana, gdy drzwi ich pomieszczenia rozwarły się szeroko i z blasku dnia wepchnięto w ciemny mrok ich nory kilku nowych ludzi z tobołkami, przebranych w aresztanckie odzienie, ale niezakutych...
— Gawar, Cydzik, Wątorek, Barański, Frączak... Co wy tu robicie!? — krzyknął, przyjrzawszy się im Wojnart.
— Wojnart, jakże się cieszę!... Znowuśmy się spotkali!... — wołał Gawar.
— Co my tu robimy?... Djabeł wie, co robić będziemy. Tylko tak tego płazem nie puścimy!... Dowiemy się wszystkiego, a wtedy — szlus... Ferfałdes klaczkes!... — odgrażał się Cydzik.
— Przestańcie głupstwa gadać i powiedzcie co to znaczy?...
— A to znaczy: żydek nasz wsypał nas, żeby go piorun trzasł! — krzyknął Wątorek.
Wojnart wzruszył ramionami.
— Nic nie rozumiem!... — rzekł ze śmieszną powagą Wujcio.
— Ale się tu u was udusić można!... Jak ten Dżumbadze wytrzymuje, doprawdy nie rozumiem... Jakże się czujecie, towarzyszu?... — zwrócił się doktór Frączak do chorego, leżącego na ziemi.
Żywy szkielet podniósł się i uśmiechnął radośnie.
— Jakoś niezgorzej!... Byle tylko dali mi łóżko, łatwiej będzie oddychać na wzniesieniu...
— Powiedzcie nareszcie, jakeście się tu dostali? — zapytał Wojnart.
— Powiemy. Dlaczego nie mamy powiedzieć!? Owszem powiemy!... — zaczął Cydzik. Wszystko szło jak należy, aresztowali tych żydów i odprowadzili do osobniaków... Zrobiło się trochę przestronniej... Wtem po paru dniach zaczynają nas wołać... samych Polaków, wołają, wypytują, wypytują i zpowrotem puszczają... Dobrze. Nic nie szkodzi!... Głównie o pana, panie Wojnart, pytali. Mówimy: nic nie wiemy!... Ja nie ja i łoszad’ nie moja!... Wtem wszystkich nas zawołali razem, trzymali, trzymali w kancelarji, a potem przyszedł ten żyd Odesskij, wskazuje na nas palcami i mówi: ten był, ten był i ten... My mu w żywe oczy: ty parchu, łżesz! Cóż kiedy go zaraz zabrali, a nam już do kamery wrócić nie pozwolili, tylko tobołki przynieśli i tu przyprowadzili...
— Wszystko opowiedzcie po rusku towarzyszom tylko spokojnie bez wymyślań! — radził Wojnart.
— Jakto bez wymyślania, on parch, żeby swoich ratować, na nas zwalił!... Wszystkich ich z osobniaków przenieśli, jeden Butterbrot został!...
— Przenieśli dlatego, że przyprowadzono anarchistów, co rozbili pocztę!... — wmieszał się doktór. — Co się zaś tyczy Odesskiego, to cała ta rzecz jeszcze niewyjaśniona, bo mnie naprzykład mu nie przedstawiono i niewiadomo, co znaczą jego wskazówki...
— Co mają znaczyć?... Szpicel i tyle!... Ukatrupić go! Gnaty mu połamać!... — wybuchnął Barański.
Wojnart powtórzył obecnym po rusku w krótkich słowach, co powiedzieli mu robociarze.
— Nie może być!... Znam Odesskiego dawno, to zapaleniec ale uczciwy człowiek! — bronił oskarżonego Aronson.
— Wiadomo żyd żydowi pejsów nie obedrze! — mruknął Wątorek.
— Mniejsza o to; wcześniej czy później prawda wypłynie! A teraz, jak was tu umieścić?... Zechcecie pewnie być w jednym kącie ze swym patriarchą, co? — pytał przybyłych Dobronrawow.
— Pewnie, że lepiej!... Ale tu ani prycz, ani nic! Co to za koza? To chyba magiel był, albo śpiżarnia... Nawet zamknięcia porządnego nieś ma!... — wydziwiał Cydzik.
Chodził dookoła murów, oglądał kraty drzwi, kręcił głową i tupał po podłodze nogami.
Wyznaczono im po krótkiej naradzie kąt w drugim pokoju w głębi pod ścianą. Miejsce było wilgotne i ciemne, lecz robotnicy książek nie czytali więc byli radzi temu ustroniu, w którem mogli się rozłożyć, jak chcieli, nie zawadzając nikomu. Zaraz też zaczęli wbijać w ścianę na wieszadła jakieś gwoździe, niewiadomo skąd zdobytym kamieniem.
Porozwieszali czapki i rzeczy, porozkładali worki, jakby mieli tu wiekować! Cydzik wciąż coś szeptał Wątorkowi.
— Panie doktór, to oni nas mogą też do katorgi skazać za ten żydowski bunt!? — zwrócił się ten ostatni pocichu do doktora Frączaka już w nocy, gdy zapanowały w obu pokojach ciemność i milczenie, przerywane od czasu do czasu tylko okropnym, zrywającym piersi kaszlem Dżumbadzego.
— Czy ja wiem?!... Oni wszystko mogą. Myślę jednak, że dość im teraz czasu i uwagi zabiorą anarchiści, aby się mieli z nami parać!
— Istotnie, podobno sto tysięcy zrabowali! — szepnął Barański.
— Zuchy! A bo nie!... Jak kraść, to miljony, jak topić się to w bystrej wodzie! — rzucił Wątorek.
— A bo to takie anarchisty jak nasze!?... Co to warte?! Finkelbauma to nawet tu z nami nie przysłali!... — mruknął Wickiewicz.
— Albo tego Gorainowa!... Jadaczka jak cholewa! A jak co do czego... niema go!...
— Bo ja wam mówię, że to żydowska afera!... Dobrze widziałem, jak na nas wzrokiem wskazywał ten przeklęty Odesser!... Mówię wam, że on, nikt inny, dawno już nas zdradzał!... Przecież mówił, że nigdy nie dopuści do niepodległości Polski! — dowodził Barański.
— Cicho, buntowniki, spać — uspokajał ich Orłow z drugiego końca izby.
Ucichli. Jeden Cydzik nie przestawał szeptać z Wątorkiem, przyłączył się do nich i Gawar, leżący po drugiej stronie ślusarza.
— A ja wam mówię, że tak!... Ja tak miarkuję z tego, jakeśmy chodzili do kancelarii i z ogólnego składu, budynku — dowodził Cydzik.
— Trzeba dostać plan, bez planu nic się nie wykalkuluje... — radził Gawar.
— Można i plan, niech będzie plan... Chociaż ja na pewno wiem, że tak! — upewniał Cydzik.
— Ale skąd plan? Jak się zaczniemy rozpytywać, to gotowa wsypa! — wyraził wątpliwość Wątorek.
— Powiemy Wojnartowi. On się postara, on pewnie ma z miastem stosunki. Na pewno ma! Zresztą jeżeli co, to on pierwszy, nieprawda, towarzysze!?... — pytał Gawar.
— Rozumie się! — odpowiedzieli mu sennemi głosami.
Gawar chciał natychmiast podzielić się myślami z przyjacielem, lecz ten już spał, skulony pod ścianą — więc chłopak wyciągnął się nas wznak i, założywszy ręce pod głowę, patrzał w ciemności i roił o tem, jakaby to była wielka radość i triumf, gdyby tak pewnej pięknej nocy oni wszyscy stąd uciekli... Straże zaglądają i nikogo — pusto!!... Frajda!... To mieliby miny! Ho, ho!
Chrapanie, ciche jęki, miarowe oddechy śpiących w stłoczeniu więźniów wypełniły i jakby spotęgowały gęste ciemności dusznej nory, wstrząsane od czasu do czasu wybuchami strasznego kaszlu chorego Gruzina.






XXXII.

— Mówi pani, że żądają planu więzienia?... Poco im to? — pytał Chamkrelidze siedzącej naprzeciwko niego Nawrockiej. Przedewszystkiem plan taki nadzwyczaj trudno dostać. Nie widzę nawet jak to zrobić... Wyszukanie go i wydostanie z jakiej kancelarji wymaga wiele czasu i ogromnego zachodu. W dodatku zwróci uwagę. Nie wiem poco to im potrzebne, ale domyślam się, że chcą uciekać. Otóż, już mówiłem pani i raz jeszcze powtarzam, że my jesteśmy przeciwni obecnie wszelkim tego rodzaju przedsięwzięciom; nie mamy pieniędzy, nie mamy odpowiedniej organizacji, ludzi odpowiednich, dokumentów... Słowem nie mamy nic... I uważamy, że awantury takie są nie na czasie, że zbyt ciężko odbijają się na ogóle więźniów i zesłańców, których doli ulżyć zostaliśmy powołani...
— Pan powiada: awantury!... — cicho szepnęła Nawrocka. — Dla ogółu wygnańców to chwilowa niedogodność, a ci żywcem przecież idą do mogiły... Wielu z nich na wieki... A tu jeszcze wisi nad nimi ten proces... Powiadają, że niektórzy mogą być... rozstrzelani!...
— Eh, bajki!... Co najwyżej zwiększą im terminy. Do mogiły, zaraz, do mogiły! Wszyscy idziemy do mogiły!... Wracali i nie z takich miejsc... Zresztą ja pani poradzę!... — dodał łagodniej. — Chodzi im pewnie o plan zewnętrzny więzienia, o sytuację, bo rozkład wewnętrzny mogą łatwo sami sobie zrobić. Niech więc pani pójdzie, przyjrzy się i narysuje im na kawałku papieru. Gdybym miał zaufanego człowieka, tobym polecił mu to zrobić, ale tak byle komu, to się zaraz rozejdzie... Nieprawda? Irkuck plotkarskie miasto. Chyba dodam pani do pomocy Biełycha — nie ma roboty, młody, silny...
— Co?... Biełycha? Nie, nie! Nie trzeba!... Ja sama!
Podniosła się.
— Gdyby pani potrzebowała jeszcze jakiej rady, nawet pomocy, którą mógłbym osobiście, powtarzam osobiście i wyłącznie w swojem imieniu uczynić... Owszem służę... ale tylko w swojem imieniu i mojemi słabemi siłami... Mam tu dla pani dwadzieścia pięć rubli... od przyjaciela Piłsudskiego, Rosjanina.
— Dziękuję!... Niech zostaną tymczasem u pana!... — odrzekła, wciągając rękawiczki.
Tegoż dnia jeszcze poszła obejrzeć więzienie. Stało za miastem pośród obszernego pustego placu i przedstawiało ogromny murowany, trzypiętrowy sześcian, biały od tynku, pocentkowany regularnemi rzędami okratowanych okien.
Nad wielką sklepioną bramą okutą blachą i żelaznemi sztabami widniał napis dużemi złotemi literami: „Centralne Irkuckie Więzienie“. Na rogach stały budki pasiaste, a tuż pod ścianami chodziły straże wojskowe. Zdawało się na pierwszy rzut oka, że oprócz tej mocno zamkniętej i strzeżonej bramy niema innego wejścia do kamiennego kolosu, lecz gdy Nawrocka, okrążając zdaleka więzienie, znalazła się po drugiej jego stronie, zauważyła tuż za węgłem bramę mniejszą, otwartą, przez którą widać było nieduże podwórze i naprzeciw ganeczek ze schodkami, wiodący przez oszklone drzwi do jakiegoś eleganckiego mieszkania. Właśnie wychodził stamtąd i siadał do czekającego powoziku gruby pan w mundurze straży więziennej, w którym odgadła naczelnika więzienia.
— Acha!... Trzeba tam postarać się dostać!... — pomyślała i obeszła dalej więzienie ostrożnie i w pewnej odległości.
Nigdzie nic nie znalazła godnego uwagi. Sześcian więzienny był zwartą bryłą cegły i żelaza.
Zatoczywszy koło i wypocząwszy chwilkę za węgłem najbliższego od więzienia domku, skąd rozpoczęła wywiady, zebrała się na odwagę i poszła wydeptaną wśród gliniastego placu ścieżynką wprost do małej bramy. Zauważyła, że stamtąd wyszła służąca z koszyczkiem i jakiś mężczyzna z workiem i że chodząca wzdłuż ściany warta nie broni im tego. Zbliżyła się sama do bramy i żołnierz jej również nic nie powiedział, choć był blisko i patrzał na nią uważnie. Gdy znalazła się na podwórku, rozglądała się pilnie, udając, że szuka ludzi. Zajrzała nawet za róg wysuniętego naprzód budynku i weszła na kuchenne schody. Na prawo słyszała za drzwiami głosy kobiece, a przed nią czerniało zejście do piwnicy. Wtem drzwi skrzypnęły i ukazała się na progu gruba i brudna kucharka.
— A czego tu?...
— Pan naczelnik więzienia...
— Do pana naczelnika od frontu. Niema go w domu, pojechał do oberpolicmajstra. Czy to pani nie wie, że interesantów przyjmuje tylko do pierwszej?
— Przepraszam bardzo, nie wiedziałam!
— To to!... Trzeba wiedzieć, a nie włóczyć się tu po kątach...
— Pulcherja, Pulcherja!... Gdzieżeś się zapodziała? — odezwał się głos z kuchni.
— Zaraz idę proszę pani!... Tutaj interesantka.
— Niech się wynosi!... Męża niema!...
Nawrocka cofała się, oglądając uważnie wszystko po raz wtóry. Była uszczęśliwiona.
Natychmiast nakreśliła plan na malutkiej karteczce, opisała go szczegółowo i tegoż dnia jeszcze wysłała ją wiadomą jej drogą.
Przyszedł bardzo w porę i przechylił zwycięstwo w gorącej dyskusji więźniów nad planami ucieczki na stronę Cydzika i jego stronników.
— Ależ byczo! Patrzcie, mieszkamy tuż obok samego pana naczelnika. Gdybyśmy przebili, tę, oto, ścianę, ręczę, że znaleźlibyśmy się w... sypialni pani naczelnikowej!...
— Albo jej kucharki!... — wstawił Wątorek.
— Co to złego?... Odkąd to, towarzyszu, zaczęliście pomiatać kucharkami? Taki hrabia!... One też kobity!...
— Cicho!... Co tam piszą dalej!... — pytał Cydzik.
— Dalej piszą, że jest zejście do piwnicy... — czytał mozolnie Wojnart.
— Pycha! Układa się jak na obstalunek! Co dalej!?
— Że straż choć chodzi przed bramą, ale przepuszcza wszystkich!...
— Hurra!... Towarzyszu Wojnarcie, jesteście w Warszawie! A pokłońcie się wtedy mojej starej!
— Pójdziecie i do mojej matuli!... — śmiał się Gawar.
— Szaleńcy jesteście!... To rzecz niemożliwa!... Cóż wy zębami ten mur przegryziecie? Co?
— Już niech się towarzysz nie kłopocze, niech się tylko zgodzi i tych mochów namówi!...
— Namówić ich nietrudno, każdy z nich radby być na wolności... ale jak?
— A tak: dziurą i na kolej! — szeptał zabawnie Wątorek.
— My tu wszyscy umkniemy!... Rozumie się, że pierwszeństwo tym, co mają najdłuższe terminy, ale i my; administracyjni, też...
— Nie!... Najpierwszy pójdzie towarzysz Wojnart!... — protestował Gawar.
— Przecie to nasza myśl i nikt tego nie zrobi, tylko my!... Co oni zrobią!? Jeden Łyzoń coś wart!...
— Racja!... Więc wy z nimi już pogadajcie!... — radził Cydzik.
— Pogadamy wszyscy razem!... — nastawał Wojnart.
Zbiwszy się w kupkę koło siedzącego na ziemi Dżumbadzego, który również prosił, aby mógł wziąć udział w obradach, wysłuchiwali więźniowie w skupieniu opowieści Wojnarta, przerywanej ognistemi uwagami i wykrzyknikami podnieconych robociarzy.
Jakby upajający powiew wolności przesiąknął przez grube mury, ożywił pożółkłe twarze i zagasłe oczy nieszczęśników. Na lica wybiły im rumieńce, skupione źrenice nabrały znów stalowych połysków. Nawet Dżumbadze przestał kaszleć i powstał.
— To niemożliwe, to niemożliwe!... Czem?... — szeptał Aronson.
— Jak jest powietrze, ziemia, woda, ogień i robociarz to on wszystko zrobi!... — odkrzyknął buńczucznie Wątorek.
— Jutro będę miał dłóto!... — rzekł stanowczo Cydzik — potrzebuję tylko pięć rubli!...
— Wyjście z więzienia, to dopiero początek, a co dalej!...
— Zrobi się!... Przecież tam są nasi!... Czerwony Krzyż... Ludzie szlachetni. Pomogą!... Partja!...
— Ba! Zapewne!...
— Nie wiem!
— Zresztą próbujcie!...
— Gdyby tak jeszcze dla tego chorego zdobyć łóżko!... Toby bardzo nam ułatwiło, można dużo zrobić pod łóżkiem. Co, doktorze, nie można się o to postarać? — pytał Cydzik.
— A no, zobaczymy!...
Dżumbadze kiwał głową.
— O nic ich do tej pory nie prosiłem, o nic!... Ale teraz poproszę!... — chrypiał, ciężko dysząc.
Więc gdy wieczorem przyszedł na kontrolę starszy klucznik, zaczął mu przekładać doktór Frączak o konieczności położenia chorego na jakimś tapczanie, lub chociażby opartej na nóżkach desce...
— Jest to poprostu bezrozumna nieludzkość!... Patrzcie panie podoficerze, jaka tu wilgoć i on musi choremi plecami po całych dniach leżeć na tej zimnej podłodze!...
Chory tak strasznie kaszlał i tak okropnie wyglądały jego pałające oczy w twarzy kościom trupa, obrosłej długiemi włosami, że nawet żołnierze zdawali się poruszeni a podoficer ujęty zwrotem do niego, mruknął:
— Rozumie się, rozumie!... Wiadomo, chory!...
Klucznik przez chwilę się wahał, ale obietnica, że więźniowie gotowi są za tapczan, albo łóżko zapłacić, przekonała go ostatecznie:
— Powiem pomocnikowi, może pozwoli...
— Niech pozwoli, a wam do mieszkania przyślą pocztą należność za łóżko!... — szepnął doktór. Gdzie mieszkacie?...
Tu na rogu placu najbliższy od więzienia domek!...
— Doskonale, bądźcie pewni!...
Nazajutrz przyniesiono stare, pogięte łóżko żelazne i lichy siennik.
— Łóżko!... Pycha!... Nawet i dłóta teraz nie potrzeba!... Hej, Barański, do roboty!... Wyłammy pręt!... — rozkazywał Cydzik, skoro tylko zamknęły się drzwi za nadzorcami.
Wyłamany i naostrzony na ścianie pręt z łóżka przedstawiał doskonałe narzędzie, zapomocą którego tej jeszcze nocy robotnicy podważyli i wyrwali parę desek z podłogi, poczem zaczęli wybierać ziemię. Gdzie ją podziać? — było może najtrudniejszem zadaniem. Z początku rozsypywano ją cieniuchną warstewką po wierzchu podłogi w obu pokojach. Część sypano do kubła, część za piec. Ale mowy być nie mogło, aby dało się ukryć w podobny sposób tę znaczną ilość ziemi, jaką należało wykopać, żeby dostać się do fundamentów. Dopiero Cydzik, chodząc w wielkiem zamyśleniu z kąta w kąt po drugim pokoju wykrył, że wpobliżu progu głucho tam huczy podłoga. Oderwano ją i znaleziono istotnie próżnię dość dużą, aby można było zsypywać o świcie, rezultaty nocnego kopania. Nad dołem, który starannie zawsze na dzień zabijano deskami, postawiono łóżko chorego, a jego kaszel i jęki rozlegały się nieraz bardzo wporę, gdy w ciszy nocnej rozbrzmiał nieoczekiwanie jakiś stuk silniejszy pod ziemią.
Praca była ciężka, młodzi ludzie ledwie po pół godziny mogli pracować w ciasnej dziurze bez światła i dopływu powietrza. Za wyjątkiem Wojnarta i Orłowa nikt z inteligencji nie czuł się na siłach, aby wziąć udział w tej istotnie katorżnej robocie.
Cała troska porozumienia się z miastem i wyszukania środków na dość duże i coraz rosnące wydatki, związane z łagodzeniem czujności nadzorców i wydostaniem u kryminalistów piekarzy, potrzebnych pił i narzędzi, spadła na Wojnarta.






XXXIII.

Nawrocka prawie nie bywała w domu.
Od samego rana po całych dniach gdzieś znikała, załatwiając najrozmaitsze, mało zrozumiałe dla otoczenia interesa. Widziano ją na poczcie, w magazynach żelaza, w sklepach ubrań, u jubilerów oraz na dalekich wycieczkach za rzeczką Uszakowką.
Chudła, mizerniała, była zamyślona i rzadko uśmiech zjawił się na jej zaciętych i pobladłych ustach. Daremnie w czasie obiadu, grzmiał Biełych, wygadując najzjadliwsze dowcipy na „burżujów“, których „widnokręgi nie sięgają rozmiarem wrębów miedzianego grosza“, daremnie śpiewał po obiedzie najpiękniejszym swym głosem:

„Jest’ na Wołgie utios“.

Piękna panna smutniała z dnia na dzień i nie zwracała najmniejszej na niego uwagi.
— Głupia i dumna. Nie umie was, Mikołaju Inokientiewiczu, ocenić!... Daremnie zabiegacie!... — mówiła zjadliwie Strumińska.
— Wcale mi o nią nie chodzi!... Są tu lepsze! Ale nie lubię hipokrytek!... Widziałem ją niedawno samą aż w Roboczej Słobodzie!... Co ona tam może robić?... Albo jest szpiclem, albo nie wiem co?... Kochanka ma tam!? Ale ja to wyśledzę!...
Nawrocka również zauważyła, że zbyt często w swych wędrówkach spotyka na drodze Biełycha.
— To z zazdrości prześladuje on panią!... Napewno!... On bardzo, bardzo kochliwy... Żadna z nas nie uniknęła jego płomiennych zalotów!... — śmiała się Tutolmina. — Chce pani, ja mu powiem, żeby sobie poszedł do djabła!...
— Wie pani, że nie!... Chodzi mi o to, żeby jak najmniej na mnie zwracano uwagi, a takie wyjaśnienia mogą doprowadzić do przykrych starć.
— Przedewszystkiem oburzą panią Strumińską!... — powiedziała Tutolmina.
— Nie, nie to!... Ale wogóle!... Nie!... Nie mogę powiedzieć wszystkiego, kochana, droga pani!... — rzekła serdecznie i, usiadłszy na łóżku, przycisnęła chustkę do oczu.
Dobra Rosjanka przysiadła koło niej i objęła ją wpół.
— Nie płacz, miła... Ja się domyślam... — szepnęła.
— Pieniędzy, za wszelką cenę pieniędzy!... — wybuchnęła, łkając, Nawrocka.
Na to nic nie pomogę. Nie mam w świecie pieniężnym żadnych stosunków. Spytaj się Dowgiełłowej, może ona, co poradzi!... Powiedz jej wszystko szczerze, ona bardzo dyskretna i uczynna!... O każdym z nas wie bardzo dużo...
— Wiem i chyba zrobię jak radzisz, bo nie mam wyjścia... Zaprzedałabym się w niewolę, gdybym mogła...
— Chcesz, zaraz ją zawołam i przypilnuję, żeby wam nikt nie przeszkodził! — Dobrze?...
Za chwilkę weszła pani Dowgiełłowa, wycierając ręce w fartuch i ciężko usiadła na krzesełku naprzeciwko Nawrockiej.
Ta w krótkich wyrazach opowiedziała jej o co chodzi.
— Narzeczony mój i jeszcze kilku więźniów mogą uciec z więzienia i uciekną na pewno, lecz potrzebują pieniędzy...
— A cóż Chamkrelidze!?...
— Mówi, że ich niema, a może nie chce dać!...
— Ja też nie mam, bo Bóg świadkiem, zarazbym dała na taką rzecz jak uwolnienie więźniów! To to samo, co dawniej wykup od Tatarów... Rzecz święta! Tylko, że nie mam... Córkę, wnuków muszę utrzymywać; bieda teraz, zanim te kopalnie się zaczną opłacać... A wszystko kosztuje, strasznie teraz kosztuje... Taka na wszystko drożyzna; dziś naprzykład, o maluchny pęczek marchewki pytam się na targu... Ale wie pani, co, to może pani pójdzie do Ślepeckiego, to wielki patrjota, sam też wycierpiał niemało w katordze, teraz przez nią jest sparaliżowany... Ale to wielki patrjota i cieszy się powszechnym szacunkiem. Gdyby zechciał, toby tu nietrudno wśród rodaków zebrać... A jaką pani potrzebuje sumę?
— Im więcej tem lepiej... ale już najmniej tysiąc rubli.
— Tysiąc rubli to duża suma, lecz jeżeli Ślepecki zechce, to dostanie. Niech mu pani wszystko szczerze opowie... Można; on w wielkich bywał tajemnicach i w centralnych komitetach... Dam pani karteczkę, bo ja ich znam, lecz i bez karteczki przyjmą serdecznie rodaczkę z Warszawy, sami są warszawiakami. No i pan Wojnart przecież też rodak!... — gadała, wkładając na nos okulary i szykując się do pisania listu.
Nie zwlekając tegoż dnia jeszcze udała się Nawrocka według wskazanego adresu.
Domek w głębi małego ogródka, mieszkanko skromne, ciche, trochę smutne. Do małego saloniku wyszła do Nawrockiej urodziwa pani, która przedstawiła się jako Ślepecka a dowiedziawszy się, że gość ma interes do męża, powiodła ją wbok do gabinetu. Tam siedział w fotelu przy biurku z owiniętemi pledem nogami, mężczyzna już niemłody, dość przystojny, ale z martwym wyrazem twarzy paralityków i ociemniałych. Obok stało krzesło i leżała książka, którą mu pewnie dopiero co czytała żona.
— Józiu, panna Nawrocka z Warszawy, ma do ciebie interes! Pani Dowgiełłowa pisała — powiedziała łagodnie pani domu i wyszła, przymknąwszy drzwi za sobą.
— Co pani sobie życzy?... Z jakich pani Nawrockich?... Czy nie spokrewnionych czasem z Przybylskimi?... Bo Przybylscy to moi krewni...
— Nie, na nieszczęście, nie!...
— Dlaczego na nieszczęście?...
— Bo może byłoby mi łatwiej...
— Bardzo proszę!... — rzekł trochę oschlej. — Cóż to takiego?
Opowiedziała, hamując wzruszenie, okoliczności sprawy. Zdawał się być poruszony.
— Uciekają z więzienia?... Kto?
— Katorżnicy.
— Rosjanie?... Oni mają swoją organizację.
— Nietylko. Są i Polacy. Wśród nich mój narzeczony Wojnart...
— Jeden?... Do jakiej partji należy...
— Czyż nie wszystko jedno...
— O nie!... Litować się można nad każdym, ale do kraju powracać należy pomagać jedynie... pożytecznym. Co innego ucieczka, co innego pomoc w więzieniu i na wygnaniu...
Wojnart należy do Związku Walki Czynnej.
— Co to za związek?... Nie słyszałem... Acha, acha, przypominam sobie: bojówka!
— Ależ nie!...
Znów długo tłumaczyła mu i opowiadała o ruchu wojskowym bezpartyjnym, o strzelcach galicyjskich.
Słuchał uważnie.
— Z tak dala trudno się połapać, czy to rzecz poważna, czy nie, czy odpowiada narodowej polityce!?... Miarą i wskazówką mogą tu służyć dla nas ludzie... Kto stoi na czele?
— Piłsudski.
Ślepy odsunął się wtył, jakgdyby nagle przejrzał.
— Acha, Piłsudski!... Bezdany... Pamiętam... Socjał... socjał... Burzyciel!...
— Przedewszystkiem — twórca!... Czy nie wszystiko jedno zresztą, z czyjej ręki przyjdzie wyzwolenie Ojczyzny?...
— Z tej ręki nie przyjdzie, to są warchoły, wywrotowcy!...
— Pan się myli. Tam są najrozmaitsi ludzie. Sam Piłsudski oddał się wyłącznie sprawie wojskowej i surowo, o ile wiem, przestrzega bezpartyjności związku...
— Daruje pani, nie mogę... Nic na to nie poradzę!... To sprzeczne jest zupełnie z mojemi przekonaniami!
Pochyliła głowę; czuła w głosie tego ślepca nieubłaganą zaciekłość.
— W takim razie... żegnam pana!
Zadzwonił.
— Żono, pani już odchodzi!...
Uniósł się na fotelu cokolwiek.
— Dowidzenia!... Bardzo żałuję, ale nie mogę!
Odeszła, nie rzekłszy ani słowa.
Gdy opowiedziała pani Dowgiełłowej, co zaszło, na twarzy staruszki odbiło się zakłopotanie i nawet pewien lęk.
— Pani mi nie mówiła, że on socjalista!...
— Bo on jest polskim żołnierzem teraz!... Czyż to nie dosyć?! — oburzyła się Nawrocka.
— W takim razie nie wiem, do kogo? W takim razie chyba do Oskierki... Ale tam nie można mówić, że to na ucieczkę, tam należy prosić wprost o pomoc dla wygnańców. Czasem daje i dużo... Paręset rubli!... Dostanę dla pani w tym duchu list od naszego proboszcza... Poczciwy księżulek da na pewno, da! Nawet nie zapyta o panią; wszystkim daje polecenia, kto poprosi!
Z sercem wątpiącem i zbolałem, z listem proboszcza wsunęła się nazajutrz Nawrocka do wspaniałego przedpokoju bogacza Oskierki.
Przyjął ją wyfrakowany lokaj, bilet i list odebrał i na srebrnej tacy odniósł w głąb mieszkama. Dość długo czekała Nawrocka w poczekalni, zanim wezwano ją dalej. Tu spotkał ją jegomość już siwy w czarnym kożuszku z jastrzębim nosem i sumiastemi wąsami.
— Pan Oskierko jest bardzo zajęty, więc nie chcąc panią zbyt długo zatrzymywać, przysłał mnie z zapytaniem, w jakim właściwie interesie szanowna pani?... — mówił dobitnie i bacznie przypatrywał się twarzy i ubraniu Nawrockiej.
— W sprawie osobistej... — szepnęła, rumieniąc się.
— Acha! Pani z Warszawy?... Przejazdem?...
— Tak przejazdem...
— Na wschód czy na zachód?...
Zawahała się.
— Prędzej na wschód...
— Pani ma kłopoty?
— Tak właściwie...
— Dobrze! Niech pani chwilkę zaczeka — przerwał sucho.
Chwilka przeciągnęła się dość długo, poczem wszedł lokaj i podał jej na srebrnej tacy... trzy ruble. Podniosła się i cofnęła wyciągniętą już mimowoli rękę.
Łez miała pełną pierś i oczy.
— Niegodziwcy, niegodziwcy!... — szeptała. Oni gotowi pomyśleć, że ja przyjęłam, bo ten lokaj pieniędzy napewno nie odda! Tak mu oczy radośnie błysnęły, gdym zostawiła!... Napewno nie odda! Odpiszę mu, odpiszę!... Ale co?... Co właściwie uczynił mi złego?... Przecież mię nie zna!... Takich tysiące. Dał, co mógł, co uważał za dostateczne!...
Szła jak błędna wśród ulic, zapełnionych przechodniami, obcym gwarem i obcemi twarzami. Osłabłe nogi ledwie ją niosły a osłabła myśl z trudem przebijała się przez zamęt uczuć, pomysłów, rozważań...
Powiedziała Dowgiełłowej, że Oskierki nie zastała.






XXXIV.

Gdy odcyfrowała przysłaną nazajutrz przez Wojnarta zapisaną drobnemi liczbami kartkę, myślała chwilkę, że zmysły postrada. Wszystko było już prawie gotowe; mur zostanie w tych dniach przebity... wychodzą. Trzeba przygotować mieszkania, ubrania, paszporty... Należy również wieczorami czuwać na rogu za najbliższym domkiem, by zbiegom w razie czego pośpieszyć z pomocą. Zresztą on, Wojnart, wyjdzie pierwszy i opowie wszystko osobiście. Codzień obserwować więzienie, czy nie zaszły tam nazewnątrz jakie podejrzane zmiany, wskazujące, że sprawa wykryta? Czy niema zasadzki? Czy nie wzmocniono patroli?...
Pobiegła natychmiast z tą kartką do księcia... Oczy mu rozbłysły, gdy ją wysłuchał.
— Zuchy! Niesłychana rzecz, jak Irkuck Irkuckiem nic podobnego nie bywało! Podkop!... Więc nie on jeden ucieka a kilku?...
— Choć dziesięciu a nawet więcej... — podchwyciła z zapałem.
— Dziesięciu, trochę za dużo!... Nawet trzech nie wiem, czy nam się uda przechować!... Pójdę, spróbuję dostać pieniędzy i tego, o czem pisze... ale nie wiem!
— Tylko prędko, panie, tylko prędko, bo to może być dziś — jutro!... Jeszcze chciałam prosić pana, żeby pan mi dał kogo... — ciągnęła zmieszana — bo ja trochę... lękam się chodzić późno tam za most koło tej Roboczej Słobodki!... Tam po nocach takie wrzaski a czasem i rewolwerowa strzelanina.. Tymczasem trzeba będzie koło więzienia czekać z odzieżą, aby nie błądzili po nocy... Pan rozumie — w więziennych ubraniach mogą ich aresztować... Trzeba zanieść każdemu czapkę, palto...
— Tak, tak, rozumiem... Ale doprawdy nie wiem kogo pani dać, jeżeli pani nie chce Biełycha!?...
— Niech Bóg uchowa!... I tak mię śledził...
— Dobrze... W takim razie poproszę Rusanowa. On w banku pracuje do szóstej, ale wieczory ma wolne. Niech się pani nie lęka, to człowiek poważny, dobrze wychowany i zupełnie przyzwoity...
— Ja się nie lękam, o siebie się nie lękam! Zawsze mam broń z sobą. Ale z Biełychem narażona być mogę na awanturę, której w tych warunkach należy, myślę, unkać!
— Niech pani przyjdzie jutro po odpowiedź!
— Dopiero jutro? A jeżeli to zdarzy się dziś w nocy?...
— To też Rusanowa przyślę pani wieczorem, lecz pieniędzy... — zrobił ruch rozpaczliwy ramionami.
— Wcześniej jak wieczorem nie zdążę moich radców zebrać!... — zauważył z kruszyną ironji. Niech tamci odłożą ucieczkę, jeżeli można ich uprzedzić!
— Za nic!... Odkładanie takich przedsięwzięć źle działa, nie udają się zwykle!
— W takim razie musicie sobie sami radzić!...
— Dobrze!...
Czuła się u kresu rozpaczy, zmiażdżona zupełnem niepowodzeniem. Szła z początku, nie widząc dobrze, gdzie idzie i trafiła w jakieś kąty zakazane, gdzie z ubogich „chibarek“ wyglądały twarze posępne i dzikie. Wydało się jej, że z zawiścią, gniewem i chciwością spoglądają na jej skromne ale przyzwoite ubranie, na eleganckie warszawskie buciki. To ją otrzeźwiło, zawróciła ku śródmieściu, kierując się ku złotej kopule soboru. Wir myśli i uczuć począł się zwolna układać i porządkować, ruch na świeżem powietrzu uspokoił ją, a beznadziejność położenia wróciła jej dawną stanowczość, zimną krew i odwagę. Gdy wchodziła do bramy swego domu, dojrzał już w jej umyśle określony plan, który postanowiła niezwłocznie wykonać.
Pójdzie do Sary, niech co chce będzie. Złoży w ofierze i to jeszcze... Czyż może pozwolić im zginąć?... Szczególniej po wykryciu takiej ucieczki, co z nimi zrobią, wprost pomyśleć straszno! Przykują ich na wieczne czasy do taczek... Przypomniała sobie, widzianą niegdyś rzeźbę, ulepioną z więziennego chleba; — więzień, szkielet raczej, umierający przy taczce... Mignęła przed nią straszna wizja wychudłej drogiej głowy, pochylonej martwo na zapadłą pierś...
— Nie, nie, wszystko uczyni, co tylko jest w jej możności!...
Wbiegła szybko na schody mieszkania Gutmanów. Otworzyła jej ta sama pokojówka i znalazła się niebawem w tym samym, co wówczas pokoju. Patrzała zamglonym wzrokiem na bronzowe świeczniki, na pająk olbrzymi, który zdawał się grozić, że upadnie i zadusi ją swoim ciężarem... „Żyd, wieczny tułacz“ biegł na nią z obrazu z rozwianym włosem i obłędną twarzą... Hebrajska biblja leżała szeroko rozwarta, jak tajemniczy nagrobek...
— Ach, to pani... Przepraszam, że pani tak długo czekała. Nie uprzedzono mię, że to pani! — rozległ się nagle obok niej piękny głos piersiowy.
Nawrocka obróciła się szybko i wyciągnęła rękę.
— Tak, to ja... Przyszłam... Niech pani daruje... Potrzebuję pieniędzy... Jutro uciekają... Paszporty mi obiecał Chamkrelidze, ale pieniędzy nie mają.
— Co? Pieniędzy nie mają? — uśmiechnęła się z pewnem zdumieniem Sara. Kto nie ma!? Acha, Czerwony Krzyż?! A dużo trzeba?
— Dużo. Jeżeli ucieknie ich dziesięciu, to na każdego potrzeba co najmniej 200 rubli na drogę i 100 na ubranie... Razem trzy tysiące...
Sara zamyśliła się.
— Tak dużą sumę i tak prędko nie wiem, czy będę mogła zdobyć. Lecz przecież... nie odrazu, nie jednego dnia ucieknie ich dziesięciu...
— Nie. Będą uciekali po jednemu, po dwóch najwyżej, gdyż nieobecność większej ilości trudno będzie ukryć odrazu...
— W takim razie ja pani powiem... O tamtych pomyślimy później. Zrobimy raz jeszcze próbę... Postaramy się poruszyć tych panów z Czerwonego Krzyża... Wiem, że oni przeciwni są ucieczkom z powodów... z powodów politycznych, lecz skoro ich zaskoczy fakt dokonany, będą musieli pogodzić się z nim. Nietrudno będzie w takim razie zebrać sumę odpowiednią. W ostateczności ktoś pożyczy... Narazie więc chodzi o jednego... Pani mówiła, że pierwszy ucieka pan Wojnart... Bardzo mi przyjemnie, że on właśnie — dla niego ja pieniędzy dostanę!...
Spojrzała przeciągle na wychudłą, sczerniałą, jakby zagasłą twarz Nawrockiej, na krwią zaszłe, zapadłe jej oczy, na wyraz niesłychanego znużenia, walczący z ogniem wewnętrznej gorączki. Błysk triumfu mignął na króciuchną chwilkę w szarych źrenicach Żydówki, opuściła jednak natychmiast swoje obciążone ślicznemi rzęsami powieki.
— Niech pani przyjdzie jutro w południe do kantoru wuja mojego Gutmana.
— Dopiero jutro?
— Tak, wcześniej niepodobna... I ja... będę musiała przekonywać!... — dodała cicho.
— Dziękuję pani!
— Jeszcze nic nie uczyniłam!... — broniła się ostrożnie.
— W każdym razie, za dobrą wolę!... — Dowidzenia!...
Uścisnęły się zlekka za ręce i Nawrocka wyszła pochylona, jakby przyduszona całym ciężarem wspaniałych bronzów i złoceń tego salonu.
— A jednak oni są lepsi od tamtych!... — myślała z goryczą.
Wieczorem zjawił się Rusanow i wyszli razem na czaty, niosąc węzełek z rzeczami, śledzeni ciekawym wzrokiem pani Strumińskiej, ukrytej za firankami. Przechadzali się dość długo wpobliżu więzienia, mając wciąż na oku wejście do mieszkania naczelnika, potem stali w cieniu narożnego domku, rozmawiając cicho. O dwunastej wrócili, choć Nawrocka jeszcze chciała czekanie przeciągnąć.
— Niema sensu! — dowodził Rusanow. Wogóle podobne wyprawy nie mogą się często powtarzać, gdyż bezwarunkowo zwrócą uwagę. Lepiej niech oni trochę po mieście pobłąkają się i przyjdą do pani sami. Adres przecież mają... No, właśnie! To o wiele bezpieczniej. Niech mi pani wierzy!...
— Ale jutro pan jeszcze przyjdzie?
— Jutro przyjdę!...
— To dobrze. Jestem pewna, że to nastąpi jutro.
Tej nocy źle spała Nawrocka. Tutolmina budziła ją kilkakroć razy, mówiąc, że zbyt głośno jęczy przez sen.
A już raniutko o ósmej była na nogach. Spieszno jej było usłyszeć odpowiedź Chamkrelidzego i dostać od niego upragniony paszport. Wciąż miała wrażenie, że się coś stanie, co wszystko wniwecz obróci, że koniec jej cierpień jeszcze tak strasznie, strasznie daleki, powodzenie tak niepewne!...
Istotnie, powodzenie zależało od tysiąca nieoczekiwanych, nieprzewidzianych wypadków. Wołała ich sobie nie uprzytamniać i dlatego rada była, że ma tyle do roboty z przygotowaniem podróży. Gdyż rozważywszy wszystko doszła do przekonania, iż najbezpieczniej będzie wyjechać natychmiast.
— Byle do Tomska!... A potem wbok, choć w las, choć piechotą, jeżeli pieniędzy nie wystarczy.
Chamkrelidze miał minę, jakby zawstydzoną, nie wróżyła więc sobie nic dobrego z jego wyglądu. Przeto gdy oddał jej paszport dla Wojnarta, doskonale podrobiony, ucieszyła się niezmiernie.
— Ale z pieniędzmi źle!... Oto, pięćdziesiąt rubli, które przeznaczono na osobę... Będziemy dawać w miarę, jak będą wychodzili... Ponieważ pani zapewne wyjedzie niedługo, kierownictwo zewnętrzne ucieczką obejmuję ja sam i proszę panią o jak najszczegółowsze wskazówki.
Dała mu je w szeregu odpowiedzi na pytania, które zawczasu przygotowane odczytywał kolejno i na które wyjaśnienia zapisywał skrupulatnie.
— Jeszcze pan wpadnie z temi notatkami w ręce policji!...
— Niech się pani nie boi, ich nikt nie przeczyta, są pisane po gruzińsku i w skróceniu.
— Dzielna z pani niewiasta!... — mówił, gdy wstała, aby odejść. — Mam nadzieję, że zobaczymy się jeszcze z panią. Gdyby zaś to nie nastąpiło, na wszelki wypadek życzę pani wszelkiego powodzenia, no i szczęścia... w wolnej, niepodległej Polsce!...
— Ach, daleko, daleko jeszcze do tego!...
— Moja ojczyzna jeszcze mniej ma pod tym względem nadziei!... Nas uratować może jedynie głęboki przewrót wszechświatowy i dlatego ja jestem... es-de-kiem!...
Uśmiechnął się i jeszcze raz ukłonił jej z wielką galanterją.
Punkt o dwunastej wchodziła Nawrocka do kantoru „Handlowo-przemysłowego towarzystwa eksploatacji kopalni złota Niman“. Oczekiwano tam na nią i kancelista wprowadził ją natychmiast do gabinetu pryncypała. Był to duży pokój, zastawiony prostemi stołami, nakrytemi zieloną bibułą z kałamarzami i piórami pośrodku. Proste szafy stały pod ścianami, w rogu, bliżej wielkiego amerykańskiego biurka — kasa ogniotrwała. Przed biurkiem siedział pochylony i coś pisał, gruby siwy Żyd z twarzą mięsistą, pomarszczoną, nieprzyjemną i myślącą.
— Proszę usiąść, w tej chwili skończę!... — rzekł, kiwając głową w stronę Nawrockiej.
Istotnie chwilkę potem położył pióro.
— Pani przychodzi od Sary, ja wiem, ona mi mówiła... Ja tak dużo dać nie mogę... Oto wszystko, co ja dać mogę!... — rzekł, wyciągając z pod przycisku przygotowany pięćsetrublowy papierek.
Położył go między sobą i Nawrocką, ale palcy zeń nie zdjął.
— Widzi pani, — ciągnął z namysłem — zapewne, że uwolnić niewolnika z niewoli jest dobrym uczynkiem. Każdy powinien robić tyle dobrych uczynków co może, ale wśród tych dobrych uczynków, których jest jak gwiazd na niebie, są takie, które są bliskie, są takie, które leżą dalej i są nawet takie dalekie, że już człowiek o nich nic nie wie... Otóż każdy musi zaczynać od najbliższych. Każdemu swoja rodzina jest najbliższa, potem swoi krewni, potem swoi przyjaciele, potem swój naród... Jest więc mi najbliższy mój naród, a że jest on najnieszczęśliwszy, więc najwięcej daje okazji do dobrych uczynków. Bo każdy naród ma na ziemi swój dom, swoje miejsce, swoją ojczyznę, tylko Izrael nie ma swojej ojczyzny. On wszędzie jest obcy... On nie ma swego kraju... on wszędzie w gościnie... On nie ma swego chłopa... swego robotnika, coby orał, siał, dobywał z tej ziemi dla niego bogactwo. On musi siedzieć na cudzym karku... Wy powiadacie, że on jest pasożyt i to prawda, że on jest pasożyt... Wy mówicie, że on marnuje cudzą kulturę, zabiera ją, przerabia na swoją i tak jest: on to robi... Bo żeby tego nie robić, to on albo musi przestać być sobą, przestać być Żydem, albo zdobyć sobie swoją ziemię, stworzyć sobie swego chłopa, swego robotnika, któremuby on za zabraną pracę oddawał swoją żydowską myśl, swoją żydowską sztukę, swój żydowski obyczaj i swoją religję... Dopóki tego niema, to Żyd musi wszędzie być Żydem, musi szachrować, musi cudze zabierać... musi siebie przed wszystkimi bronić i wszyscy go muszą nienawidzić i on musi wszystkich nienawidzić... Dlatego to tak trudno być uczciwym Żydowi, dlatego to Żyd musi rozmaite rzeczy robić, któremi sam gardzi... I przyzwyczaił się on do tego brudu wszelkiego, i poniżenia, i pogardy przez wieki i to jest wielka boleść... Więc mądrzy Żydzi powiedzieli sobie, że trzeba dać Żydom ojczyznę. Ale powiedzieć łatwo, zrobić zaś bardzo trudno... Na to mało majątków takich bogaczów, jak Rotszyld, Montefiore, Hirsz... Mało majątków żydowskich wszystkich razem zebranych... bo na to potrzeba więcej niż pieniędzy, bo na to potrzebny czas i praca... Żeby powstał ten chłop, ten robotnik, coby piaski Chanaanu w winnice Pańskie zpowrotem zamienił, coby kazał zakwitnąć różom na Jerychońskich skałach, coby wodą zrosił dawne łąki Galilei, to musi wśród nas powstać nowy człowiek, człowiek, któryby pragnął szacunku nietylko od ludzi, ale któryby miał go dla samego siebie... Takich ludzi wszędzie mało... Tacy ludzie rodzą się z wielkim bólem, dlatego Pan doświadcza nas i niech błogosławione będą Jego wyroki. Przez czterdzieści lat błądzić musiał Izrael na pustyni nim z niewoli Egipskiej dosięgnął Chanaanu... I my teraz błądzić musimy w pustyni... obcych narodów! Dlatego ja nie gniewam się, że wy nas nie chcecie, bo przez to my prędzej odzyskamy naszą cnotę i naszą ojczyznę!... Dlatego prędzej zapragnie Izrael powrotu do swojej ziemi!... Tylko ja powiem, że nie trzeba się śpieszyć i nie trzeba się nienawidzić... Nawet kiedy pijawkę człowiek z wielkim gniewem i pośpiechem odrywa, to od tego może być źle i szkoda dla niego samego...
Otóż ja wiem, co pan Wojnart myśli o Żydach... mnie mówiła Sara... Ja wiem, że on jest nasz nieprzyjaciel i ja długo się namyślałem czy dać czy nie dać?... I ja nie wiem, czy ja dobrze robię, że daję, bo za te pieniądze można sto owiec kupić koloniście w Palestynie... Ale Sara mówi, żeby dać, więc, ja daję, bo ona jest mądra!...
Podsunął banknot bliżej Nawrockiej i zdjął zeń palce.
— Niech pani bierze!... — rzekł rzucając bystre spojrzenie na wypiekami pokrytą twarz wahającej się dziewczyny. — I niech pani napisze mi tu pokwitowanie.
— O tak, my odeślemy natychmiast, jak tylko staniemy w kraju!... szepnęła, pokonywując się.
— Możecie odesłać, możecie nie odesłać, nie o to chodzi!... Chcę mieć kwit, że pani wzięła to ode mnie dla pana Wojnarta!... A reszta — wasza rzecz!... Pogładził siwą brodę z pewnem zniecierpliwieniem i rzucił okiem na stojący na biurku zegar.
Nawrocka spiesznie pisała pokwitowanie.






XXXV.

Podkop był gotów. Pozostała do przebicia cienka warstwa cegieł, przez którą sączył się już chłodny powiew z zewnątrz.
— Dech wolności! — jak mówił Awdiejenko, który nakoniec przyłączył się też do pracujących pod ziemią.
— Dziś przebijemy i jeden z nas pójdzie obejrzeć drogę...
— Ja pójdę!... — zawołał Gawar.
— Dlaczego nie ja?... — odrazu sprzeciwił się Wojnart.
— Dlatego, że jak was złapią, towarzyszu, to was ciężko ukarzą, a nam co: my administracyjni... My tylko za zepsucie „kazionnego“ muru odpowiadamy... — dowodził Cydzik.
— Może być zasadzka, jak w Kijowie!... — zauważył Wujcio. — Zabito wtedy trzech więźniów!
— Tem bardziej nie zgadzam się, aby szedł Gawar!... — opierał się Wojnart.
Przegłosowano go jednak; do jamy spuścił się Cydzik, szybko rozebrał cegły, dał znać, a za nim spuścił się natychmiast Gawar, przebrany w cywilne od wszystkich zbierane ubranie. Cydzik zapalił natychmiast ogarek świeczki i wciąż pilnie nasłuchując, rozejrzał się po piwnicy. Stały tam beczki, skrzynie, połamane meble, leżały jakieś szmaty, wogóle nieużywane graty. Drzwi jednak były zamknięte z zewnątrz na kłódkę, a w górnej części dźwierza miały przybitą listwę, przeszkadzającą zdjęciu ich z zawias. Cydzik założył dłóto i z lekkim trzaskiem listwę oderwał, poczem światło zgasił i obaj więźniowie słuchali z bijącem sercem, czy nie odezwą się czasem w głębi domu głosy i kroki. —
Cicho.
Więc znowu zapalili łojówkę i znalezionemi wśród gratów drążkami podważyli ostrożnie drzwi. Gdy już były podważone, Gawar wbił w szparę dłóto i podtrzymał je, aby nie upadły, podczas gdy Cydzik dalej pracował drążkiem.
— Zrobione! — szepnął cicho.
Odsunęli zdjęte z zawias drzwi tyle tylko, że Gawar mógł się bokiem nazewnątrz przecisnąć. Wtedy znowu zgasili światło i chłopak, jak kot wciąż pilnie nasłuchując, przemknął się korytarzem i zaczął wstępować na schody. Wkrótce zaszarzał przed nim kwadrat wolnego powietrza. Na szczęście, drzwi od sieni nie były zamknięte. Mijając je, Gawar zatrzymał się i wyjął klucz z zamku: w kuchni obok brzmiały głosy kobiece i męskie — kłócono się o coś zawzięcie.
Gdy chłopiec znalazł się już nazewnątrz, poszedł krokiem śmiałym ku bramie. Cudna noc gwiaździsta rozpościerała się nad ziemią, powietrze świeże i czyste upajającą falą wlewało się w krtań i płuca chłopca, zatrute długim pobytem w nieznośnym więziennym zaduchu. Ten oddech wolny i miły, w połączeniu z radością dokonanego trudnego dzieła, napełniał chłopca jakąś niespożytą zuchwałą energją. Wyszedł spokojnie przed bramę i rozglądał się po pustym placu, nie zwracając uwagi na spacerującego wzdłuż ściany szyldwacha. — Ten również zdawał się być bardziej zajęty oglądaniem gwiazd i mrocznej dali okolicznego placu, niż stojącym pod bramą człowiekiem. Zgóry z otwartych okien mieszkania naczelnika spadało na dół światło i dobiegały głosy grube, męskie i roześmiane...
— Poczekajcie, będziecie płakać!... — mignęło w głowie chłopca.
Wtem daleko za węgłem małego domku zamajaczyła, chowająca się w cieniu postać ludzka! —
— To oni!...
Ogarnęła Gawara nagle chęć pójścia, aż tam, opowiedzenia im jak wszystko udało się doskonale i zabrania rzeczy, jeśli je przynieśli.
— Wtedy Wojnart, będzie mógł przejść bez najmniejszego niebezpieczeństwa!
— Ha, ha!... To ci frajda!...
W parę minut był już koło domku. —
— Kto tam?... Czy to panna Nawrocka? — spytał po polsku przytulonych do muru postaci...
— Jestem. Czego?... — szepnęła jedna z nich występując z cienia.
— Jestem Gawar. Przyszedłem powiedzieć, że wszystko w porządku i zabrać rzeczy, jeśli macie. Jutro o tej godzinie przyjdzie tu pan Wojnart...
— Dlaczego nie dziś!?... Dlaczego nie zaraz?!... — krzyknęła Nawrocka, chwytając chłopca za wyciągniętą rękę.
— Późno już — bąkał.
— Wcale nie późno!... Wracaj pan natychmiast, nieś mu ubranie, niech przychodzi zaraz!...
— Dobrze... To prawda!... Dlaczego nie dziś!?... — powtórzył podniecony jej energją.
— Może jednak lepiej według raz ułożonych planów! — wstawił po rusku Rusanow.
Gawar już go nie słyszał; szedł krokiem wyciągniętym, ale spokojnym napowrót ku otwartej bramie i oświetlonym oknom naczelnikowskiego mieszkania. Jak mara przemknął się przez smugę padającego stamtąd światła i wszedł bezdźwięcznie jak mara do ciemnej kuchennej sionki. W kuchni wciąż się kłócono, ale gdy był już na piwnicznych schodach, drzwi kuchenne z trzaskiem otwarły się i wyskoczył na dwór, klnąc, stróż naczelnika:
— Choroba z babami!... Kto ją przegada taką wiedźmę!?...
Gawar czekał chwilkę z bolesnem napięciem, czy stróż zamknie bramę czy nie, lecz ten klnąc dalej, odszedł w stronę stajni.
— Co cię tak długo nie było?... — pytał z niepokojem Cydzik.
— Rzeczy niosę... Widziałem ich, czekają... Wojnart dziś jeszcze musi iść!...
— Dobra. Ale drzwi przedtem na zawiasy wsadzimy, bo ja otworzyłem kłódkę przez ten czas na wszelki wypadek. Zawsze to pewniej. A teraz biegaj do Wojnarta, a ja tu zostanę posłuchać!...
Siedzieli wszyscy cicho w ciemnościach na swoich miejscach, gdy z podkopu wydobył się nareszcie Gawar i powiedział głośno.
— Zapalcie światło. Towarzysz Wojnart ma natychmiast przebrać się w te rzeczy i ruszać. Czekają, widziałem się z nimi, panna Nawrocka i jakiś moskal!
Przy mdłem świetle ogarka wynurzyły się z cieniów blade twarze więźniów z gorejącemi gorączkowo oczami.
— Co mówisz? dziś?... Dlaczego??... Nic nie gotowe!... Postanowiliśmy, że jutro!...
— Dlaczego nie dziś?!... Oto ubranie!...
— To prawda!... Dlaczego nie dziś?... Idę zaraz. Jeden dzień w zysku! Wątorek, przyjacielu, rozbij mi kajdany! — szepnął rozkazująco Wojnart.
Położył się na ziemi, a Wątorek mocnem naciśnięciem dłóta rozsadził zawczasu podpiłowane w odpowiedni sposób nity kajdan. Wojnart zrzucił więzienne ubranie i wdział cywilne w mgnieniu oka. Poczem zaczął żegnać i ściskać pokolei towarzyszy, i czuł z bólem, jak każdy z nich drżał mu w objęciach. Chciał nawet uścisnąć Dżumbadzego, lecz Gruzin uśmiechnął się boleśnie i potrząsł głową:
— Nie, jam trucizna!... Żyj!... Bądź szczęśliwy!... Pamiętaj o nas... Walcz!...
Zakaszlał się.
— Już... już!... Idź pan, bo bramę zamkną!... — naglił Gawar.
— Bywaj zdrów chłopcze... Dzięki ci... Uciekaj.... Chciałbym się z tobą spotkać koniecznie!...
— O tak, ja ucieknę!... Na pewno ucieknę... Do zobaczenia w Krakowie.
— Do zobaczenia w Polsce, chłopcy! Słyszycie!
— Tak, słyszym!... Szoruj pan!... Najwyższy czas!... — wołał Wątorek.
— A do „przyjaciół moskali“ nic pan nie powiesz? — spytał go z przekąsem Orłow, gdy już Wojnart stał w podkopie.
— Bądźcie wolni i innym pozwólcie być wolnymi!...
Znikł.

Tejże nocy ogolony i przebrany w gorsowaną koszulę, ładny kapelusz i szykowne palto, wyjechał Wojnart wraz z narzeczoną pośpiesznym pociągiem, wagonem drugiej klasy do Tomska.
W następne cztery dni jeszcze uciekło ośmiu katorżan politycznych, codzień parami po dwóch. Mieszkań dla nich przygotowanych nie było, ani paszportów. W oczekiwaniu więc niezbędnych papierów i pieniędzy, ukrywali się w szałasie w lesie nad brzegiem Bajkału; Tatar ssylny z Kaukazu nosił im jedzenie.
Wreszcie wykryto w więzieniu nieobecność zbiegów. Uwagę straży zwróciła wciąż zwiększająca się ilość chorych, leżących na pościeli w czasie kontroli, kiedy powinni byli wstawać. Żołnierz przystąpił do jednego z nich i pchnął go nogą, wtedy pchnięty potoczył się i okazało się, że to manekin.
Zaczął się sądny dzień w więzieniu. Obstawiono je wojskiem, żołnierze wpadali do cel, szarpali i bili więźniów. Szczególniej zostali skatowani współtowarzysze uciekinierów i prawdopodobni ich wspólnicy. Wtrącono ich do karcerów, gdzie wkrótce znalazła się i znaczna część zbiegłych. Włóczęga, kryminalista, który wypadkiem wyśledził miejsce ich pobytu, skusił się znaczną wyznaczoną za ich schwytanie nagrodą, wydał ich i wydał noszącego im pożywienie Tatara. Schwytani wzięli na siebie całą odpowiedzialność za wykonanie podkopu i zorganizowanie ucieczki; na skutek tego robociarze Polacy, oraz reszta politycznych została zwolniona z odpowiedzialności i rozesłana do wyznaczonych im siół i ułusów. Donosiciela „Włóczęgę“ zabili inni włóczędzy, czyniąc zadość „prawom“.
Prócz Wojnarta uciekł jeszcze Abramson, którego schowano w mieście.
W pół roku potem Abraham Gutman otrzymał z Krakowa przekaz na pięćset rubli, a pani Sara serdeczny list, podpisany już przez panią Stanisławę Wojnartową.






Przypisy

  1. U Rosjan „pan w grochowym paltocie“ — w paltocie koloru grochu — synonim szpiega. Termin wprowadzony przez satyryka Szczedrina.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.