Przejdź do zawartości

Strona:Wacław Sieroszewski - Łańcuchy.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.
XIII.

Od rana na barce zapanował osobliwy nas strój. Więźniowie śpieszyli się uporządkować posiania, a dyżurni nagwałt zamiatali podłogę, polawszy ją obficie wodą. Podczas śniadania gwar głosów wzrósł, gdyż wszyscy wrócili z pokładu, gdzie zdawali niewiastom sprawozdanie z wczorajszych przemówień. W poszczególnych grupach dyskutowano i temperatura sporów wzrastała w szybkiem tempie. Wszystkich skupił i podniecił niezmiernie stanowczy i poważny głos Gołowina:
— Panowie, proszę zająć miejsca... Otwieram zebranie. Głos ma...
Szukał czas dłuższy w notatkach.
— Ja mam głos, ja dawno prosiłem! — wyrwał się Odesskij.
— Nie, ja pierwszy — wołał Gorainow.
— Odesskij ma głos! — rozsądził Gołowin.
— Zawsze inteligenci mają rację... Przecież dawno się zapisałem!... Ale ktoby tam zwracał uwagę na robociarza, który pracą swoją utrzymuje całe społeczeństwo...