Król Piast/Całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Król Piast
Podtytuł (Michał książe Wiśniowiecki)
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1888
Druk Bracia Jeżyńscy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


KRÓL PIAST
POWIEŚĆ HISTORYCZNA
(Michał książe Wiśniowiecki)
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.




WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA.

1888.
Дозволено Цензурою.

Варшава 23 Декабря 1887 г.


Druk Braci Jeżyńskich, (dawniéj J. Ungra), Nowolipki Nr. 9.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~





W Łowiczu, w dworcu Arcybiskupim, gdzie podówczas Prymas Prażmowski przebywał, bliżej chcąc być stolicy, pod koniec 1668 roku, po odjeździe Jana Kaźmirza, ruch, zjazdy i narady były nieustające.
Arcybiskup pochlebiał sobie że w ręku miał koronę i że nią rozporządzi jak mu się podoba, sobie, rodzinie i sprzymierzeńcom zapewniając znakomite korzyści. Francuzkie zabiegi poczęte za żywota Maryi Ludwiki, przeżyły ją i tryumfowały.
Znudzony wszystkiem Jan Kaźmirz jechał do Francij — odpoczywać na tłustem opactwie — a po drodze był tak wesół że w Krakowie tańcował, a jego orszak tak się sprawiał butno że szlachtę bił, która ex-króla pozywała do sądów kapturowych i sądziła go na infamję.
Żartobliwsi na sejmie abdykacyjnym przezwali go już panem Snopkowskim od wąsów snopu w szwedzkim herbie.
Smutne to zrzucenie korony, od któréj Walezjusz uciekał, — jowjaliści ówcześni w żart obracali. Niczyjego serca nie przejęły, te groźne, prorocze, natchnione, łzawe wyrazy jakiemi Jan Kaźmirz kraj pożegnał.
Takie to były czasy. On tam z piersi dobywszy to złowrogie proroctwo Kassandry, które było jakby echem kazań Skargi — on sam śmiał się nazajutrz zostawszy panem Snopkowskim. Losy Polski spoczęły w ręku arcybiskupa zaprzedanego Kondeuszowi, Hetmana Sobieskiego żonatego z francuzką i oddanego Francij i znaczniejszéj części arystokracij, która pozyskaną dla niéj była.
Z księdza Olszowskiego, który wydał cenzurę kandydatów do korony i zalecał Piasta, śmiano się jak ze statysty in partibus, który wpływu mieć niemógł na Elekcij.
Mało kto naówczas baczył na to że zwolna, obok potęgi magnatów — niesforna, krzykliwa, na pozór dająca powodować sobą i kierować — rosła siła nowa, którą starsi panowie bracia mieli za swoją.
Już naówczas panowie i szlachta, których prawo nie rozróżniało, dając im równe prorogatywy — rozbili się na dwa obozy.
Dostatek lub ubóztwo nie stanowiły koniecznie cechy i znamienia jednego z dwu obozów tych, dzieliły je szczególniéj wychowanie, obyczaj, pojęcia, — strój nawet.
Już od Zygmunta III zaczynano się przebierać po Europejsku a zarzucać strój narodowy. Na pozór nie miało to żadnego znaczenia, było drobnostką, rzeczą smaku, — ale niema w życiu człowieka symptomu bez genezy — bez głęboko leżących przyczyn — i zewnętrzna forma wcale nie tak była obojętną jak się wydawać mogła.
Już ten sam fakt że ktoś miał odwagę zerwać z narodem, wyróżnić się od niego — zażądać czegoś innego niż wszyscy i — że mu smakowała rzecz obca lepiéj niż spadek dziadów i pradziadów — miał ogromne znaczenie.
Chcieć za cudzoziemca, choćby powierzchownie uchodzić wśród swoich — jest to im zadać brak smaku, — zadomowienie i zardzewienie.
Wprawdzie strój i mowę obce przynosił z sobą dwór — ale nie miałby siły ich zaczepić, gdyby w górze nie rzucono płocho wszystkiego co swoje, dla tego co obcem było.
Jako wymówkę miała młodzież bogata, cała prawie kształcąca się zagranicą — iż u obcych znajdowała ogładę większą, życie słodsze i szumniejsze, postęp w tém wszystkiem co je uprzyjemniało.
Lecz z tą chwilą gdy mówić, stroić się i bawić zaczęto po francuzku i po niemiecku — skazano Polskę starą na śmierć.
Zamiast o swéj sile wyrabiać sobie cywilizacją własną, mającą charakter narodowy i miejscowy — zmuszoną była się przeradzać i przetwarzać. Żadne takie przesilenie okrutne nie przechodzi bez oporu i boleści. — Licząc też zastępy szlachty która polską była i pozostać nią chciała, stanęły okoniem przeciwko kosmopolitom.
Walka rozpoczęła się nie zapisując na chorągwi hasła — inne wywieszono na niéj, lecz w głębi nie była czem innem tylko bojem o utrzymanie obyczaju i cech narodowości. Do nich należały do zbytku aż rozrosłe swobody, — korzystano z nich ażeby je nietylko utrzymać, ale doprowadzić do rozprzężenia i anarchij.
Z obu stron u panów i u wrzawliwéj a warcholącéj szlachty były przymioty i wady, były dobre równie jak złe popędy, — lecz walka ma to do siebie że odsłania strony ciemne, że wydobywa zło na wierzch.
U góry stanęły — prywatne przekupstwo, nepotyzm, frymarki, przedajność bezwzględna — u dołu bezrząd i rozpasanie a buta i warcholstwo nie powściągnięte.
Szlachta niechętnie szła na pospolite ruszenie, w sejmie posłowie parli się stać na równi z Senatorami, związki wojskowe i rokosze wrzały ciągle, — panowie płacili za urzędy, rozbijali się o starostwa i lekceważyli losy kraju, — królowie stali się w końcu płatnikami tylko.
Ani z jednéj ani z drugiéj strony nie tajono tego co jakby już zwyczajem uświęcone, przechodziło z pokolenia na pokolenie. Szlachta wiedziała co kto za dostojność i za starostwo zapłacił, panowie na wskroś przenikali wichrzycieli i Katylinów.
Lecz u dołu, ten tłum niesforny, rozgorzały, bezrozumny — miał za sobą że wrzał, burzył się, krzyczał i rokoszował w imie jakiejś zasady, w obronie jakiejś swobody — że się poświęcał dla ogółu, gdy u góry — stała naga i bezwzględna prywata.
Nie ważyła ona sobie wrzasku i obelg jakiemi ją obrzucano — szła cynicznie swoją drogą, — ale upadała moralnie, — tym bezwstydem.
Tłum miał wyższość nad nią — bo on szedł często pieszo i stał o suchym chlebie w obronie praw, gdy panowie lekceważąc je bankietowali. — Panowanie Jana Kaźmirza było momentem krytycznym, — w obu obozach wzmogło się rozprzężenie, szlachta podniosła głowę, obliczyła się, mruczała, czuła się silną.
Lecz jak wszystkie zbiorowiska ludzi ulegała ona tym co się jéj na wodzów narzucali i uginała za powiewem chwili...
Kilka przewódzców poruszało ziemiami wołało do — broni — i miotało temi tłumami.



Ktoby Warszawę widział w tym czasie między sejmem konwokacyjnym a elekcyjnym, świetną, wesołą, wrzawliwą, wytworną, szczebioczącą po francuzku, a przepełnioną dworami panów tak wytwornemi, iż się ich w obec cudzoziemców nie wstydzono... — owe poczty towarzyszące wojewodom, kasztelanom, biskupom, te służby w barwach kosztownych wygalonowane od złota, te panie we fryzurach, koronkach, atłasach, umalowane, woniejące, noszące wszystkie przezwiska mythologiczne lub zapożyczone z romansów francuzkich. Ktoby posłuchał żargonu salonów, w których bardzo mało gdzie się język polski odzywał — musiałby był wnieść z tego, że tu potęga panów, ich wpływ, siła — wola stanowiły o całéj kraju przyszłości.
Wszyscy ci zaś panowie i panie tak służyli zagranicznym potęgom, królowi Francij, Cesarzowi, książętom rzeczy, wszystkim co rozrzucali lub obiecywali pieniądze, iż mniemać było można, że przyszła elekcja pójdzie po woli obcych mocarstw — Francja szczególniéj od czasów Maryi Ludwiki była w ścisłych stosunkach z Polską, a że ją mieć chciała jako sprzymierzoną, hołdownicę przeciwko Cesarstwu — musiał Jan Kazimierz ustąpić z tronu dla Kondeusza — i wszystko tak było osnute, obrachowane, prowadzone przez jednookiego prymasa... iż rachuby zawieść nie mogły... Przyszły król miał już tu dwór swój — francuzki, wychowanice nieboszczki królowéj, ich mężów, młodzież wyuczoną w Paryżu — przygotowane narzędzia, sprężyny, pomocników i sługi.
Cały ten ruch jawny był — a wesołą twarzą biorących w nim udział przekonywały, że pewni być musieli powodzenia...
Dla tego zalotnego, eleganckiego niemieckiego świata, który wziął spuściznę po Maryi Ludwice i panować chciał tak męzkiéj połowie jak ona rządziła Janem Kaźmierzem, rycerski, piękny, — na najświetniejszym dworze wychowany Kondeusz był ideałem...
Z nim tu przyjść miało życie.. a w niem te piękne wychowanice królowéj — półkrólowe obiecywały sobie świetnieć i rozkazywać...
Na czele tych piękności zawczasu cieszących się tryumfem stała naprzód ulubiona Maryi Ludwice, niemal przybrana za córkę Marija de la Grange d’Arquien, żona Zamojskiego naprzód, a teraz Jana Sobieskiego hetmana, który razem z prymasem prowadził Kondeusza.
Hetmanowa była najjaśniejszą gwiazdą na tem niebie, — celowała bowiem pięknością nadzwyczajną, a umiała się nią posługiwać...
Mąż Celudon był jéj niewolnikiem. Jego adoracja dla żony — słynęła jako przykład miłości idealnéj...
Obok niéj nie zbywało na pięknościach, na zalotnych twarzyczkach, a galanterya rozpościerała się szeroko i swobodnie — ale nie gorszyła nikogo, bo się osłaniała formami wielce wyszukanemi...
W świecie tych pań, Sobieskiéj, Radziwiłłów, Potockich, Lubomirskich, Paców — żaden dzień nie mijał bez zabaw, a wesołość była tonem dominującym.
Wszystko też zdawało się ją usprawiedliwiać... Elekcja była tylko formalnością do spełnienia. Kondeusz powołany miał przybyć i Polska miała być szczęśliwą!
Patrząc zdaleka tak się to zdawało pewnem tak niezawodnem.
Zawczasu rozdawano wakanse... w Łowiczu też Prymas Prażmowski przyjmował codzień cisnących się gości, którzy mu swe usługi ofiarowali — skarbiąc jego łaski...
Ale nie wszędzie to tak wyglądało jak w Warszawie i Łowiczu...
Niemal każda ziemia miała wśród szlachty, przewódzcę, który jéj dawał skazówki i skinieniem prowadził za sobą. — W Sandomierskiem niedaleko od miasta mieszkał na małéj dziedzicznéj wioseczce JMPan Ireneusz Piotrowski, herbu Sas. — Spojrzawszy na niego gdy się wmięszał między panów braci, niktby za tego chudego, żółtego, przygarbionego, odzianego niedbale, prawie ubogo cichego a prześlizgającego się w tłumie nieznacznie człowieczka, nie dał złamanego szeląga.
Piotrowski nie miał żadnego tytułu, był ubogi, kolligacjami się nie szczycił, pańskich progów nie wycierał... ale w Sandomierskiem bez Piotrowskiego w sprawie publicznéj nikt nie stąpił.
Z téj wziętości u szlachty nie miał on najmniejszéj korzyści — ale umiał ją cenić i nie lekceważył...
Bóg jeden raczy wiedzieć co tam niegdyś w młodości na pana Ireneusza wpłynęło że — panów i magnatów, żółtobrzuchów, jak ich nazywał, znieść i cierpieć nie mógł. Był to ich wróg zacięty, chociaż z tą nieprzyjaźnią nie występował — nosił ją za pazuchą, dobywając tylko gdy mu jéj było potrzeba.
Piotrowski miał drugi przymiot czy wadę niezwykłą. W téj epoce niezmiernéj gadaniny, gdy połowa życia szlachcicowi upływała na popisach z retoryką, Ireneusz... nie prawił mów wiele, nie bawił się w Demosteneza... Gdy drudzy za długo, a nie do rzeczy pletli, tarł przerzedzone włosy, ciągnął ich za rękawy i szeptał.
— Konkludujcie...
Miano go za przebiegłego i chytrego, i był nim w istocie — ale i z tego nie szukał sławy — owszem pozornie udawał prostego, otwartego człowieka. Wioska jego, od wieków w posiadaniu rodziny będąca, zwała się Sasindwór, leżała nad Wisłą, a w półtoréj godziny mógł z niéj na swéj szkapie traktem dostać się do Sandomierza. Żona, kobiecina tak skromna, że najczęściéj chadzała z głową prostą chustą związaną, nie sadząc się na czepce i forboty, pracowita gospodyni, milcząca jak mąż i jedna córeczka Jagusia naówczas mająca lat piętnaście, stanowiły jego rodzinę całą.
Żaden naówczas szlachecki najuboższy dworek nie zamykał się niegościnnie przed ludźmi, stał i Sasindwór otworem, ale nie ucztowano w nim, bo Ireneusz jak powiadał, miał słabą głowę, pić nie mógł, nie lubił — i w pijanym towarzystwie stawał się smutnym.
Jedynym zbytkiem jego „chaty” bo tak on swój skromny dworek nazywał, były — książki. Lecz z nimi też nie lubiąc się chwalić, trzymał je w swojéj kancellaryi i więcéj się taił niż chwalił. Ulubionym jego czytaniem byli rzymscy historycy. — Gospodarzem był jak naówczas wszyscy, wedle starych podań i prawideł posługując się włodarzem, pilnując aby się nic nie marnowało, ale niezbyt zabiegłym. W wielu rzeczach jejmość go zastępowała, bo gdy przyszły sejmiki, zjazd, narady, sejm — Piotrowski musiał — na służbę...
Tak się on wyrażał o zajęciach sprawą publiczną.
Ustaloną miał tak sławę mądrego statysty u swéj współbraci Sandomierzanów, że ona i do sąsiednich województw przeszła. W ogóle był to człek skromny i cichy. Ponurym jednak i nazbyt poważnym nie był — owszem, śmiał się rad i czasem dowcipnie przyciąć umiał, a gdy się rozgrzał wyrażał się dosadnie — po szlachecku.
Pora była zimowa. Sanna się późno w tym roku usłała, ale tak wyborna i tak trwała, że się nią cieszyli wszyscy. Piotrowski siedział z Tacytem przy kominie, gdy jejmość zapukała i cicho oznajmiła.
— Masz jegomość gości...
Piotrowski książkę włożył do szafy, obciągnął suknie i wszedł do bawialni w chwili, gdy ogromnych rozmiarów, okrągły jak beczka, rumiany, z siwemi wąsami szlachcic, rubasznie się śmiejąc bokiem się wciskał przezedrzwi, wołając:
— A co? gość nie w porę gorzéj doktora!
Za okrągłym tym, tuż widać było dwóch znacznie mniejszéj objętości, ale daleko słuszniejszego wzrostu ichmościów, z których jeden miał jasne jak len włosy, a drugi czuprynę czarną i wąs do góry sterczący.
Zaczęło się serdeczne powitanie.
IMPan Symeon Garwowski Cześnikiem się jakimś mianował, jasnowłosy Remigjan Zwolski Wojskim, a ostatni, czarny i tęgo rozrosły Namiestnikiem. Wszyscy trzéj kość z kości, byli Sandomierzanie.
Piotrowski ich ucałowawszy rozsadził, a wiedząc, że żona zna obowiązki gościnności o wódce i przekąsce, w téj porze dnia, po przejażdżce niezbędnéj — nie wspomniał.
Prym między gośćmi nie tylko tuszą, ale i znaczeniem trzymał Cześnik, który ciągle śmiał się i odchrząkiwał.
— My do ciebie kochany Piotrusiu, — odezwał się po chwilce, — jak w dym! Kto nam poradzi, kto poprowadzi, jeśli nie ty?...
Ireneusz słuchał ciekawie, ale cierpliwie.
— O cóż to idzie, kochany Cześniku?
Na skinienie Garwowskiego, który się już zmordował, podchwycił pan Namiestnik czarnowłosy:
— Jasna rzecz... jasna rzecz, kochany sąsiedzie, a toż to w kapturze jesteśmy. Elekcja za pasem... co my tu poczynać mamy?...
— Tak — przerwał Cześnik — obrać króla nie sztuka, ale się nie oszukać — w tym sęk. Panowie się już wszyscy zaprzedali kandydatom. Kondeusz ich złotem obsypał — Lotaryngski, Neuburgski... kat ich wie jak ich zowią... My o nich mało co wiemy, niechby się Sandomierskie nie zbłaźniło! hę? co?
Piotrowski milczał. W tem jasnowłosy p. Remigjan Zwolski mocno odchrząknął.
Czy to trzodą mamy być, którą panowie pastuchy gnają gdzie chcą? Już nam to panowanie magnatów dało się we znaki. Oni to znowu nam sztukę chcą wyprawić...
— Jasna rzecz... — przerwał czarnowłosy.
— Ale dajże mi mówić! — syknął białowłosy, który się poruszał z jakiemiś konwulsyjnemi drganiami.
— Ks. Olszowski pisze za Piastem — kończył — tandem może i rację i ma. Chcieliśmy francuza, ten drapnął... przyszedł po nim siedmiogrodzianin, wziął nas ostro w łapy... — no! ale żołnierz był tęgi — nastąpił pół-jagielończyk, pół szwed, a cały niemiec... ten się modlił i stękał... zawichrzyło się! Obraliśmy synów dwu... Boże odpuść... Za ostatniego rzeczpospolita o mało nie rozpadła się... i ten w końcu koronę zrzucił — nom sum dignus — a pocóż się jéj napierał?...
— Cóż tedy — znowu a capite francuza mamy sobie zaszczepiać?... Nie dziwna to rzecz, aby naród jaki sobie wybierał inocudzoziemców, których nie zna i którzy go nie znają?
Cześnik się rozśmiał głośno.
— Jak Bóg miły — jest racja.
Spojrzeli na Piotrowskiego, który milczał, a w tem się drzwi otworzyły i wyrostek wniósł na dużym blacie pokrytym serwetą flaszki i przekąski.
Sprawa Elekcyi musiała na chwilę być odłożoną na stronę, bo hora canonica, mróz, zima... nakazywały się pokrzepić. Kalmusówka była doskonała.
Piotrowski przepił do Cześnika i kieliszek poszedł koleją. Czarnowłosy go powtórzył, nie pytając. Siedli znowu.
Z piersi Garwowskiego dobyło się ogromne, tuszy jego odpowiednie westchnienie.
— Co wy o tem myślicie, Piotrusiu? — zapytał Cześnik — czytaliście pewnie Olszowskiego?... hę.. a jest skryptów i innych do licha..
Piotrowskiemu twarz zasępiona i zastygła z początku zaczęła się rozjaśniać. Obejrzał się po swych gościach, jakgdyby brał miarę ich dla zastosowania do niéj odpowiedzi.
— Niech mu Bóg nie pamięta — zaczął — kto nas temi Elekcjami obdarzył. Mówiąc o nich wyglądają bardzo pięknie — swobodny wybór najgodniejszego!... a tu w saméj istocie wybiera przypadek, lub intryga, albo pieniądze. Przewidzieć kto zostanie wybranym niepotrafi nikt... Cztery czasem tygodnie leżym w polu, zmęczeni, głodni, stęsknieni za domami, naostatek krzyknie kupka ludzi nazwisko, a reszta za nią, aby się to raz skończyło... Więc Deus scit co nas czeka... Nie pochlebiajmy sobie, abyśmy na swoim postawili, ale jest jedna rzecz, któréj dokazać możemy, gdy zechcemy — że tych panów pokupowali, co jawnem jest — wyexkludujemy i naszych ichmość magnatów, co się sądzą wszechmogącemi, choć ich jest garstka, a nas tysiące... nauczemy, że my szlachta szaraczkowa jesteśmy też sobie — potęgą!...
Wszyscy trzéj przybyli ogromnie i z widocznem rozradowaniem wewnętrznem śmiać się zaczęli.
Garwowski ręce nabrzękłe zacierał.
— Toby dopiero była sztuka ut sic!!
Towarzysze jego, jasno i czarnowłosy, nie mogli się wstrzymać od śmiechu.
— Téj sztuki my możemy dokazać — dodał Piotrowski — ale potrzeba iść zgodnie i gromadą. A nie dosyć nas Sandomierzan, choć my z Krakowianami zawsze przodem idziemy, drugie też województwa musiemy sobie pozyskać, aby szły razem, a że u nas gęby się szeroko otwierają rade, a w głowach często szumi, nie koniecznie wszystkim trzeba dawać inne hasło nad to jedno: — Szlachta kupą!
— Prowadzili nas magnaci nie jeden raz za sobą posłusznych, niechże choć ten raz idą za nami.
Wszyscy goście do najwyższego stopnia ożywieni aplaudowali. Namiestnik tak był rozgrzany, że jeszcze sobie nalał kieliszek dla ochłodzenia się i wychylił go.
— No — ale kogóż wybierzemy? — pytał Garwowski — bo w tem jądro rzeczy.
Piotrowski popatrzył na niego.
— Cześniku kochany, rzekł — mnie się widzi że kto królem będzie, to prawie obojętna. Co król u nas może? Starostwa rozdawać i tytuły — więcéj nic. — Magnaci go obsiądą, oblegną i będzie musiał skakać, jak mu zagrają.
No — ale nie przeczę, że dla zagranicy król coś znaczy, reprezentuje rzeczpospolitą, trzeba więc aby miał choć postawę po temu.
Si fabula vera, rzekł Garwowski, bo i wizerunki kłamią, Kondeusz wygląda rycersko, lotaryngski ładny mężczyzna.
— Kondeusz to Francja — rzekł Piotrowski, — a ona nam już dokuczyła... Lotaryngski rakuskiego domu pokrewny, to praeter propter rakuszanin... a i to nie bardzo nam miły ród.
— Czyha na nas, jak na Węgrów i Czechów — dodał jasnowłosy...
— No — a Piast? — wtrącił namiestnik czarny.
— Piast! Piast! — rozśmiał się Piotrowski pocierając czuprynę, żeby to można znaleźć takiego Piasta, z którego by lędźwi wyszedł dla nas chrobry... ba! ba! — ba!
Goście znowu chórem się śmiali.
— Niech sobie i Piast będzie — rzekł gospodarz, ale z nim przyjdzie wiele inkonwenjencyi... rodzina, kolligaci — nieprzyjaciele.
Tu chwilkę milczał i dokończył.
— A ja wam co powiem, nie łapmy ryb przed niewodem. Główna rzecz, panom się nie dajmy. Niech to będzie elekcja szlachecka, nasza... a co do kandydata... los rozstrzygnie. Śmieli się raz na elekcyi, gdy ktoś krzyknął — Bandura!.. ja zaś mówię — bodaj bandura, aby nasz... a nie pański i taki co sobie koronę kupuje.
Pokażmy, że ona jeśli jest na sprzedaż to nie u nas. Panowie niech nią frymarczą jak chcą, my — ją dajemy... Co Bóg natchnie...
Słuchali wszyscy z należytem dla Piotrowskiego poszanowaniem.
— Ja wam powiadam, mili bracia — powtórzył Piotrowski — trzeba się o to starać, aby szlachta stanęła jak jeden mąż... kupą... Na to trzeba sobie słowo dać i nad tem pracować...
— Zgoda! zawołał Cześnik — hasło tedy — szlachta kupą... a kto ją poprowadzi?...
Piotrowski myślał i rzekł spokojnie.
— A Pan Bóg!
Cześnik skłonił głowę.
— I na to zgoda — szepnął.
— Nie przyjdzie nam to łatwo, ciągnął daléj gospodarz, bo — panowie w niektórych ziemiach mają między szlachtą klientów, sługi i ujętych ludzi. Tego syn dworzaninem u wojewody, tamtego córka we fraucymerze kasztelanowéj, a dzierżawy i dożywocia...
Zmarszczył się jasnowłosy.
— Przecież się nikt nie zaprzedaje za to — krzyknął — a tu nie idzie o małą sprawę, ale o gardłową... nam sumienia nic wiązać nie powinno.
— Śpiewamy do Ducha Świętego, Veni Creator spiritus — wtrącił Piotrowski, słuchajmyż Ducha a nie pańskich rozkazów.
— Szlachta kupą!
— Szlachta kupą! chórem powtórzyli jasno i czarnowłosy... Cześnik milczał.
Tandem — odezwał się po namyśle, gdyby z ekskluzją Kondeusza i Lotaryngskiego, dajmy na to, nie zostało nam nic tylko wybór Piasta.. więc kogóż?
— Wierzcie mi, że to już wszystko jedno — rzekł Piotrowski — ma Piast za sobą wiele, ale ma i przeciwko sobie... Każdemu wybranemu z między równych, którego majestatowi jutro się trzeba pokłonić, będą zazdrościć — przeciw każdemu będą spiskować... Główna rzecz, aby żołnierzem był... reszta!..
Machnął ręką.
— Mówicie o Piaście — dodał jasnowłosy, a szlachta już na żarty sobie mężnego wojaka Polanowskiego z ust do ust podaje...
— Polanowski taki dobry jak i Lubomirski, skonkludował Piotrowski, ale się do tego przygotujmy, że królestwo będzie szlacheckie, musimy go wybrać z panów, dla tego, że ich wszyscy znają... Przecież i to była szlachta, tylko zdegenerowana...
Narada zaczynała ostygać.
— O kandydacie naszym dopiero na woli i koło szopy mówić będziemy — ciągnął daléj gospodarz — jądro w tem, aby szlachta pokazała, że ona coś może.
Na to nigdy lepszéj nie wybierze godziny. Panowie sobie ułożyli, ukartowali wszystko, pewni są swego, pieniędzy nabrali, skórą żywego niedźwiedzia się podzielili, a my im pokażemy, że oni tu nie są gospodarzami — tylko my!...
Wyrazy te wymówione dobitnie, tak trafiły do przekonania, a raczéj do miłości własnéj przybyłych, iż się aż z krzeseł pozrywali, potakując gorąco.
Cześnik wskazał na Piotrowskiego, głowę przed nim uchylając.
— To nasz wódz i dyktator — rzekł — hasło dane, zdrajcą będzie, kto go nie przyjmie...
Gospodarz przyjął skromnie pochwałę.
— Wszystko to dobrze — rzekł — ale nie zapominajcie o tem, że jeśli się panowie hetmany, kanclerze, marszałkowie i t. p. dowiedzą zawczasu o naszem haśle — oni je w niwecz obrócą. W tem rzecz, aby robić co trzeba, a nie głosić nic...
Cześnik się zadumał.
— W tem sęk! — zamruczał — jakże ja mam nawracać, kiedy mi o mojéj religii mówić nie wolno?
— Jak?... — przerwał gorąco Piotrowski. — Oto wprost tylko bijmy na panów i ich szachrajstwo z tego samo z siebie wyniknie, że szlachta pójdzie swoim dworem i honorem. Wojna przeciwko magnatom, którzy nas za szuję mają i z tem się odzywają, wojna przeciwko przekupstwu i frymarkom. Dziś już wiadomo ile złota rozsypał król francuzki dla Kondeusza i Lotaryngii. Obiecuje, daje skąpo, ale podpisów jego i obligów dosyć jest po kieszeniach...
— Przeciwko panom!.. w to mi graj!... — z okrutną gorącością porwał się jasnowłosy Wojski — przeciwko panom... Prepotencyi ich coraz rosnącéj koniec położyć potrzeba... My krwawicą naszą i krwią naszą broniemy rzeczypospolitéj, na nas ciężary spadają, a oni biorą żupy i na żupy asygnacje, panis bene merentium, starostwa, dzierżawy, tenuty, jurgielty... nas już mało nie w niewolników obrócili — czas się otrząsnąć... czas!
Chórem powtórzono: — Czas!!...
Wszystkie twarze były mocno zarumienione. Piotrowski milczał.
Zbliżała się pora obiadowa i czarnowłosy powtórzył libację kalmusówką. Cześnik dumał, gospodarz wesół, podżartowywał sobie z tych magnatów, przeciwko którym spiskował.
— Gdyby się nam udało zrobić im niespodziankę — powtarzał.
— Jak Bóg Bogiem zrobimy ją — wołał Cześnik. — Prymas jest chytry, przebiegły ale tchórz, gdy zadźwięczą szable szlacheckie na wszystko przystanie.
Trudniej będzie z Hetmanem.
— Hę! podniósł głowę namiestnik — z Hetmanem byłoby trudno, bo żołnierz i wódz doskonały, ale jako statysta chodzi w spódnicy. Tu jego jejmość prowadzi... a ta druga Marja Ludwika, tylko jéj powagi niema... Nie obejrzy się jéjmość, jak jéj kandydat padnie...
— Kobiece rządy, mosanie — rzekł Piotrowski — choć się wam niedołężne wydają — głęboko sięgają i długo się czuć dają. Do dziś dnia nam panuje zmarła Marja Ludwika, wszystko co widzimy jéj dziełem. Z jéj ręki mamy Kondeusza, z jéj wychowania panią hetmanową i Radziwiłłową, jéj modą młodzież się ubiera, jéj językiem wszyscy mówią i piszą. Daj Boże aby obyczaj sprzedawania wakansów nie poszedł też dziedzictwem na dwór nowy.
Jeszcze tak gwarzyli wyglądając już rychło do stołu oznajmią, gdy ogromne sanie przed mały ganek dworu się zatoczyły, porwali się wszyscy do na wpół zamarzłych okien. Gość to był znowu cale tym razem nie lada, bo sanie otaczała liczna służba i zwiastowała pana.
Skrzywił się Piotrowski, — wszyscy spójrzeli się po sobie — w tem drzwi otwarto i w nich uśmiechnięty, ubrany wykwintnie ale po polsku ukazał się podżyły mężczyzna.
Był to Pan kasztelan Sandomirski. Piotrowski mało go znał, a choć z jego wioskami sąsiadował, kasztelan u nich tak rzadko przebywał, iż się prawie nie widywali.
— Po pod bramą, uczcić pana brata przejeżdżając począł grzecznie wsuwając się kasztelan — któremu towarzyszył słusznego wzrostu młodziuteczki bratanek — nie mogłem tego przenieść na sobie, aby go choć chwileczkę nie nawiedzić.
Spieszę się bardzo, bo nam ten kaptur wiele do czynienia daje — ale choć pokłonić się chciałem.
Piotrowski przyjął pana z powagą, ale zarazem uprzejmością, kasztelan raczył usiąść, nie odmówił kalmusówki i przekąski, choć ciągle powtarzał że mu się spieszy, — a w końcu okiem rzuciwszy po zgromadzeniu, które zimno go i milcząco przyjmowało, zawołał.
— Cóż — de publicis?
Pytanie głównie było do gospodarza skierowane, który po krótkim namyśle odrzekł.
— Wszyscyby radzi jak najprędzéj ów kaptur z głowy zdjąć — potrzeba nam króla.
— Święte słowa! potwierdził kasztelan bystro się oglądając — ale mnie się zdaje, że tak jakbyśmy go już mieli. — Unanimitate przejdzie Kondeusz.
— A Lotaryngski? Spytał gospodarz.
Kasztelan się skrzywił.
— Zalecają go nam jako rycerza i wojaka, a no my doma też mamy swoich hetmanów, którzy mu nie ustąpią. Więc to zaleta dla nas małéj wagi. Nam trzeba takiego coby wojsku miał czem zapłacić — to grunt. Kondeusz zaś w grosz zasobny, nikt się z nim mierzyć nie może.
Milczeli wszyscy. Piotrowski głową potrząsał i rzekł obojętnie.
— Myśmy panie kasztelanie statyści nie wielcy — oglądamy się na ichmościów, którzy wyżéj siedzicie i widzicie daléj... Byle elekcja nas długo w polu nie trzymała, bo i konie i ludzie pochudną.
Ta odpowiedź wymijająca podobała się pono Kasztelanowi, który ją przyjął uśmiechem wesołym.
— Na to jeden sposób jest — rzekł, nie długo czekając Kondeusza okrzyknąć.
— A cóż na to powie pan Podkanclerzy? mruknął Cześnik.
Kasztelan ręką skreślił w powietrzu jakiś znak niezrozumiały.
— Podkanclerzemu się chciało drukować książkę — rzekł z przekąsem i wydał cenzurę, ale ona się sama cenzuruje, — boć Piast nie możliwy. Jest ich nadto, aby się jednego z nich wybrać mogło. A co nam Piast przyniesie? gdy obcy monarcha i pieniądze i aljanse i sojusze i pomocników dla rzeczpospolitéj, skarb zasili.
To mówiąc powstał Kasztelan, nikt mu nie przeczył. Dobył jajka norymbergskiego z za żupana, spójrzał na godzinę i natychmiast się począł żegnać.
— Waszmość, kochany sąsiedzie, dodał na wyjezdnem zwracając się do Piotrowskiego — spodziewam się czasu elekcyj — będziesz z nami. Sandomierzanie wszyscy za Kondeuszem.
Nie wyjechał jeszcze za wrota, gdy Cześnik za boki się trzymając, powrócił do bawialni i zawołał.
— Trafił — jak kulą w płot!!


II.

Kondeuszowi zawczasu tryumfowali, tak się zdawało zapewnionem zwycięztwo. Książe Lotaryngski, którego poseł niewiele miał do rozdania pieniędzy, sypał obietnicami, wkradał się wieczorami do jeżdżących na dwu stołkach przyjaciół, ale z każdym dniem mniéj miał nadziei aby mu się potężnego współzawodnika zwalczyć udało.
Pomijając to że Vice-Rex ksiądz Prymas, który mówił głośno że mu szło tylko o pana wiarę świętą katolicką w sercu mającego — dawno był dla Kondeusza pozyskalnym, wszyscy dostojniejsi z nim trzymali.
Michała Tomasza Wiśniowieckiego, którego podkanclerzy zalecał, nikt nawet za kandydata nie liczył.
Cała ta gałęź dawnego jagielońskiego rodu, zdawała się fatalnością jakąś na uschnięcie przeznaczoną. Nie zbywało jéj na ludziach, ale nie miała szczęścia. Najlepszym tego dowodem był niedawno zmarły Jeremi, jednym jeden wódz który umiał kozaków gromić, i wrazić im trwogę, — mąż wielkiéj cnoty, powagi, surowości obyczaju, poświęcenia bez granic — zmarły bez zasłużonéj buławy, odarty z ogromnych posiadłości na Rusi, licho za ofiary wynagrodzony, zapłacony niewdzięcznością — który po sobie zostawił rodzinę prawie w ubóztwie. Syna na łasce dworu wychowującego się, wdowę łaską Lubomirskich i Zamojskich utrzymującą się w bardzo skromnym bycie.
Życiem ofiarnem ów Jeremi, o którym powiadano: calamitas patriae lamentatio Jeremiae — zarobił sobie tylko jedno — zazdrosnych i nieprzyjaciół.
Rycerstwo miłowało go i cenić umiało, bo go widziało na czele swojem nietylko wodzem ale żołnierzem, często bez zbroi, w prostym kaftanie rzucającym się na nieprzyjaciela.
Jako wódz miał on szczęście wielkie, jako człowiek obudzał zawiść i niechęci. Prawda że ani dworactwem, ani pochlebstwy serc sobie nie pozyskiwał. Był to mąż niezłomny... Jan Kaźmierz, którego jątrzono przeciwko niemu, poznawszy go lepiéj, już serce swe skłaniał, gdy przestrzeżono go, że Wiśniowiecki mu hetmaniąc, całą sławę i zasługę zwycięztw odbierze.
Wszystko czem go los dotknął, przeniósłszy ze stoicyzmem wielkiéj duszy, Jeremi boleć tylko musiał nad losem syna, który na łasce ludzi odumierał...
Opiekowano się nim dla tego wielkiego wspomnienia ojca... Książe Karol brat króla, królowa Marja Ludwika czuwali nad nim... na ostatek miał świętą niewiastę, matkę, w któréj żyłach płynęła krew wielkiego hetmana i kanclerza Zamojskiego.
Wychowanie domowe, nie starczyło dla dziedzica wielkiego imienia, młodego Michała wyprawiono za granicę, umieszczono go na cesarskim dworze. Opiekunowie więcéj nadewszystko dbali o to, aby mu nadać tę ogładę, polor, znajomość języków, umiejętność znalezienia się na dworze i wśród najwyższych stref społecznych — która książęciu z domu panującego niegdyś, była potrzebną.
Michał też, żywy, pojętny, ale razem łagodny i łatwy — dał z siebie uczynić co chciano. Stał się jednym z najprzyjemniejszych młodzieńców swojego czasu, i powierzchowność jego na najświetniejszym dworze mogła być pożądaną.
Kilku językami mówił z wprawą i łatwością, lubił i umiał się ubierać ze smakiem, którego mu zazdroszczono, jednał sobie serca grzecznością wyszukaną, najlepszego tonu...
Rozumie się, iż wszystko to, czego wymagało wówczas wychowanie panicza, przyswoił sobie w wysokim stopniu. Doskonały jeździec, władający również zręcznie szpadą i pistoletem — nikomu się nie dał w tych ćwiczeniach wyprzedzić.
Lecz... wszystko to, co go czyniło najmilszym z młodzieży na dworze Cesarza, co w kraju odznaczało go pomiędzy arystokracją polsko-litewską, ta powłoka jasna i piękna — nie wiadomo co kryła...
Michał nie odznaczał się niczem najsilniejszem, nie ciągnęło go nic, ani rycerstwo, ani nauka, ani nawet zajęcia urzędowe, które stopniami do wyższych dostojeństw prowadziły. Był to człowiek spokojny, zrezygnowany, pobożnością matki nauczony nie żądać wiele od przyszłości, losem ojca rozczarowany i nie spodziewający się od przeznaczeń nic więcéj może nad połączenie z jakim domem możnym, który by go wyzwolił z położenia w sprzeczności z imieniem i spadkiem po przodkach.
Czasu zbliżającéj się elekcji, która napełniła stolicę rodzinami możnemi, kwiatem arystokracji ówczesnéj, matka księcia Michała przybyła także do Warszawy z synem, i mieściła się w starym dworze przy Miodowéj przecznicy.
W owych czasach, gdy po przeniesieniu stolicy do miasta Sejmowego Warszawy, w początkach panowania Władysława IV, wszyscy panowie zakupywać zaczęli place, aby się około dworu skupić, gdy powstawały przepyszne pałace Kazanowskich i Ossolińskich, Wiśniowieccy też nabyli mieszczańską własność z placem, na któréj po pańsku budować się mieli. Przyszły potem ciężkie czasy, utrata owych dóbr na Rusi, które stanowiły całe mienie Jeremiego i dwór, w pierwszych czasach po nabyciu trochę zagospodarowany pozostał już takim, jakim go ruina znalazła...
Nie był wszakże tak opuszczonym i nędznym, aby wdowa po Jeremim i syn jéj mieścić się tu i niewielu przyjaciół i krewnych przyjmować nie mogli. Nie było wprawdzie ani sal ze sztukaterją złoconą, ani kolumn marmurowych, ani tych posągów z bronzu i marmuru, któremi przed wojną szwedzką i przed spustoszeniem Radziejowskiego, odznaczał się ów sławny pałac Kazanowskich — ale komnaty ze staroświecka były urządzone po pańsku. Ściany okrywały obicia jedwabne i skórzane, sprzęt był rzeźbiony, stare kobierce wschodnie wyścielały podłogi.
Tu Gryzelda Wiśniowiecka spędzała ciche godziny wdowiego życia, niekiedy rozjaśnione przybyciem córki lub syna. Zubożenie nie odejmowało domowi Korybutowiczów blasku ich krwi należnego. Byli to zawsze potomkowie Jagiellonów niewątpliwi, gdy inne rody książęce wiodły się albo od książąt ruskich, lub od gałęzi, których pochodzenie było wątpliwem i niejasnem...
Życie w tym dworku nizkim, przy bardzo nielicznéj usłudze, szczupłéj liczbie koni, zupełnem pozbawieniu tego co świetniéj występować pozwalało — nie mogło zaspokoić młodego Wiśniowieckiego, który lubił wytworność, potrzebował dla towarzystwa, w którem bywał stroić się i ukazywać świeżo... Ofiary matki, pomoc Lubomirskich zaledwie starczyły na najskromniejsze utrzymanie się godne imienia... Ale przez tę elegancją obrachowaną ściśle, widać było niedostatek... Dwór i dworzanie Sobieskiego, Paców, Potockich, a nawet mniéj znacznych rodzin gasiły i na szary kąt spychały księcia Michała. Trzeba to było znosić z pogodną twarzą, aby nie dać poznać jak bolało...
Przyszłość, starania szwagra Lubomirskiego obiecywały to zmienić.
Tymczasem nic skromniejszego wśród pańskiego świata nie było nad dwór i służbę księżnéj Gryzeldy... Ona tylko sama wielką powagą męczennicy obudzała poszanowanie...
Zresztą wszystko to było resztkami przeszłości, barwy sług wytarte, kolebki których sztuczne ich deszcze spłukały i wyblakowało słońce, sienniki stare, służba siwa... a że cała ona prawie pochodziła z Rusi, miała znamię jakieś ukrainne i kozacze. Gdy po innych dworach i pałacach życie płynęło prądem podbudzonym aż ku płochości — na galanterji, zabawach, muzyce, tańcach... i czytaniu romansów francuskich, tu panowała cisza niemal klasztorna, pustka jaka otacza zawsze niemal nawet najczcigodniejszą ruinę.
Ludzie się nigdy nie cisną ku mogiłom, zwracają się ku życiu... a jeżeli ich obowiązek napędzi ku nim, nie trwają długo. Księżnie Gryzeldzie przychodzili się wszyscy pokłonić, ale nikt tu nie bawił długo. Młodzież odwiedzała księcia Michała, ale się nie zasiadała u niego — tęskno tu było i smutno.
Oprócz młodziuchnéj panienki z rodziny Zebrzydowskich, spowinowaconéj z Zamojskiemi i staruszki ochmistrzyni z lepszych czasów, księżna nie miała przy sobie nikogo.
Zebrzydowska — rodem i imieniem należała do tego możnego domu, którego potomek za Rokosz zapłacił Kalwarją imię jego noszącą — ale sierotką była ubogą, w dzieciństwie wzięta przez księżnę i stała się dla niéj jakby własną córką, gdy jéj zabrakło za mąż wydanéj. Obie one przywiązały się do siebie, nawykły być razem i w myśli nawet nie przypuszczały, aby się kiedy rozłączyć mogły. Helena, którą przybrana matka zwała poufale Helą, była bardzo pięknem dziewczęciem, ale sieroctwo własne i to obcowanie z poważną, smutną, pobożną wojewodziną uczyniło ją zawczasu dojrzałą i odebrało jéj wdzięk naiwny młodości. Świeża, młoda na wejrzenie, — w obejściu się, ruchach, mowie miała coś nad wiek swój poważnego, zapożyczonego od księżnéj. Obcując z nią, mimowoli przejęła jéj cały obyczaj, — i rzadko kiedy po ustach Heli prześliznął się uśmieszek; nie znała pragnienia zabaw, nie była ciekawą ani ludzi, ani świata. Nie mówiąc jéj nic o tem ks. Gryzelda myślała, że stworzoną była na zakonnicę. Obie one były bardzo pobożne — a jednakże nie w ten sposób jak inne... Księżna czytała więcéj niż się modliła, a ściśle dopełniając religijnych obowiązków, do drobnostek nie przywiązywała wagi zbytecznéj:
Z domu dziada wyniosła przekonanie, iż tolerancja była powinnością miłości chrześciańskiéj — nie wahała się też obcować z dysydentami, których w innych domach naówczas przyjmować się wzdragano.
Wychowana przez księżnę, Hela Zebrzydowska była odmłodzonym jéj wizerunkiem. Skromna i cicha, choć swéj przybranéj matce, któréj wychowanie było bardzo staranne i niemal męzkie, winna była i umiejętność kilku języków i zamiłowanie w czytaniu i oswojeniu się z zadaniami, które nie wchodziły w zakres kobiecéj działalności — nie wydawała się z tem, była skromną i w ogóle milczącą...
O lat dziesięć prawie młodsza od księcia Michała, naprzód lubiona przez niego jak miła dziecina, zwolna dorosła do stosunków ukochanéj siostry, istoty sympatycznéj, do życia mu potrzebnéj. Z natury swéj dosyć zamknięty, nie zwierzający się łatwo, smutny książę Michał przed matką tylko i przed Helą mógł otworzyć serce i wyspowiadać się z myśli. One jedne go rozumiały...
A Hela! — rosnąć tak z oczyma wlepionemi w tego tęsknotą obleczonego, pięknego, poważnego młodzieńca, przywiązując się do niego bratersko naprzód, w końcu całem sercem, duszą, sama niewiedząc jakiem uczuciem zapłonęła dla niego. Nie rozbierała ona téj miłości swéj, ani się w niéj domyślała namiętności, gdyż w jéj uspokojonéj duszyczce, — żadne uczucie dotąd nie przechodziło do tego stanu wrzenia... namiętność była jéj nieznaną.
Księżna ani się domyślała, ani przypuszczała żeby miedzy tem przybranem rodzeństwem, więcéj coś nad miłość siostry dla brata powstać mogła.
Tymczasem książe Michał, który był młodym, czuł potrzebę kochania: w towarzystwie, w którem się obracał płoche tylko miłostki spotykał, w jednéj Heli widział ideał kobiety, któraby szczęście dać mogła... Nigdy jednak ani myślał, ani przypuszczał, aby uboga kuzynka mogła go pokochać, albo on się w niéj wedle pojęć ówczesnych tego świata, w którym się obracał rozmiłować jak Koloander i t. p.
Smutną przyszłość własną miał przed oczyma, bo nieraz Lubomirski, czasem książę Dymitr mówili mu o niéj. Potrzebował się ożenić bogato dla podniesienia rodziny, szukano mu téj narzeczonéj, a że rodem stał na równi z najwyżéj położonemi, miał prawo sięgnąć wysoko... Wychowanie nader wykwintne, powierzchowność bardzo miła, choć na one czasy, nieco sztywna — naostatek umysł wykształcony, a życie surowe zalecały go najwybredniejszym.
Ale matka nie chciała się spieszyć z ożenieniem syna.
Książe Michał, który mało miał przyjaciół męzkich, bo młodzież odstręczała jego powaga i ubóztwo, — gdy powracał do domu, po zdaniu sprawy matce z tego na czém spędził ranek, — poufaléj potem wywnętrzał się przed Helą z tego co widział i słyszał.
Było to dla niego potrzebą, a piękna kuzynka słuchała z zajęciem opowiadań nawet o toaletach paryzkich księżnéj Radziwiłłowéj i pani marszałkowéj Sobieskiéj.
Ostatniéj — nie lubiła księżna Gryzelda i wcale się z tem w kółku swojem nie taiła. Był to wstręt zarazem instynktowy i oparty na tem co słyszała i wiedziała o téj wychowanicy Maryi Ludwiki.
Przypisywano jéj tęż wygórowaną ambicję, ale daleko śmielsze, niemal zuchwałe dobijanie się majątku i znaczenia. Wyjście za mąż za starego Zamojskiego, mimo naówczas już rozpoczętych miłostek z pięknym Sobieskim, pożycie z nim, o którem się różnie wyrażano, potem powtórne śluby — zaplątanie w intrygi Kondeuszowskie, panowanie samo ułudne nad rozmiłowanym mężem, a zalotność uderzająca w obejściu się z innemi — nie czyniły ją surowéj księżnie sympatyczną; ale sąd bezwzględny, potępienie — nie wyszło nigdy z ust księżnéj. — Gdy mówiono o przepięknéj, czarującéj marszałkowéj — milczała. To było jedyną oznaką, że mówić na jéj pochwałę nic nie mogła lub niechciała. Zmuszona, chwaliła zwykle tylko wielki smak w strojach, któremi się piękna Marja odznaczała... Książe Michał, który ją widywał i spotykał często, nie był też zachwycony pięknością, nie osłaniającą i nie zaślepiającą na charakter téj Armidy, żywy do zbytku, despotyczny, kapryśny, chciwy panowania.
Była to jedna z najgorliwszych stronniczek Kondeusza, o któréj powiadano, że wszystko prowadziła, a męża miała tylko dla spełniania swych rozkazów.
W dworku księżnéj Gryzeldy była ona prawie nie widywanym gościem.
Przyjemności w towarzystwie smutnéj wdowy, żywa wesoła pani znaleźć nie mogła, a wpływu ani pomocy od Wiśniowieckich się nie spodziewała. Zdala spoglądała czasem na pięknego księcia Michała, którego strój francuzki się jéj podobał — ale nie wabiła go ku sobie. Na nic się jéj przydać nie mógł.
Marszałek Sobieski nie miał też czasu i sposobności zbliżania się do rodziny nieboszczyka Jeremiego, z którym młodziuchny jeszcze walczył nieraz w jednem polu. Nie było naówczas czynniejszego, więcéj zaprzątnionego, poruszającego się żywiéj człowieka nad niego... Wybór Kondeusza, do którego pomagał Prymasowi i żonie całą duszą, sprawy wojskowe, które go pociągały i zajmowały, starania o majętności, które na bardzo wystawne życie nie starczały — tak czas zapełniały Sobieskiemu, iż zdawał się nieustannie spieszyć i ledwie módz wszystkiemu wydołać.
Wśród tego zamętu, który elekcją przygotowywał i poprzedzał, książe Michał grał rolę bierną. Matka nie chciała, aby się zupełnie usunął był bezczynnym. Lubomirski życzył go też mieć przy sobie — ale on sam, — skazany niezamożnością swą na stanowisko bardzo podrzędne — nużył się tem poruszaniem bez myśli i ochoty.
Wybór nowego pana, dość był obojętnym księżnéj matce, — uważano tu Kondeusza jako na pewno już przeznaczonego do korony, — Lotaryngski i hamburgski krzątali się jeszcze, jak sądzono — nadaremnie... Posłowie tych kandydatów urzędowi i nieumocowani, zabiegali wszyscy jednając sobie przyjaciół, książe Michał miał imię piękne, lotaryngski więc i hamburgski zbliżyli się do niego, aże naówczas tak było w obyczaju kupować głosy, iż nikt z tego nie czynił tajemnicy, hr. Chavagnac ośmielił się małym datkiem pozyskać sobie księcia Michała.
Książe bardzo dobrze wiedział, że się tego mógł spodziewać, nie mniéj jednak mocno się zmięszał. Chavagnac widząc to usiłował go przekonać, że obyczaj był tak przyjęty, tak jawny — tak nikomu krzywdy nie czyniący, iż odmowa znaczyłaby chyba wypowiedzenie wojny. Zręczny francuz zmusił niemal do przyjęcia ofiary.
Powróciwszy z nią tego dnia do domu, książe Michał nie miał odwagi przyznać się matce, ale naprzód poskarżył przed Helą, któréj rumieniec nagły mógł zaświadczyć jak przykro jéj było się o tem dowiedzieć.
Załamała białe rączki, oczy jéj po chwili zaszły łzami.
— A! zawołała — i ty wziąłeś?!
— Musiałem — odparł kwaśno książe Michał — inaczéj bym sobie nieprzyjaciela w nim zrobił. — Powiedział mi wręcz, że gdy Hetmanowie, Marszałkowie, Prymas ofiary przyjmują, które żadną tajemnicą nie są — ja nie mogę odtrącić... datku, który niemal stał się obowiązkowym.
Hela milczała.
— Księżnie — rzekła cicho — chyba lepiéj o tem nie wspominać — gdy Sobieski, Lubomirscy, Potoccy przyjmują może to wcale im nie uwłaczać — choć dla mnie wydaje się dziwnem — są bogaci, ale my... ale my... ale ty...
Spuściła niekończąc oczy...
— Jest to rodzaj zobowiązania się i zaprzedania — dodała — cóż gdy potem sumienie nie dozwoli popierać kandydata?
— Chavagnac mi to tłumaczył, że do niczego więcéj obowiązanym nie jestem, oprócz że przeszkadzać nie będę — dodał książe Michał. — Jest to dla mnie rzecz nader łatwa, bo ani pomódz, ani zaszkodzić, gdybym chciał — niepotrafię.
Uśmiechnął się smutnie...
— Zresztą — rzekł po małym przestanku z twarzą, która się rozjaśniać zaczęła — maleńki ten przypływ do mojego szczupłego skarbca, jest bardzo pożądanym. Miałem wielką, wielką ochotę i potrzebę sprowadzić sobie ubranie z Paryża wprost... a było mi trudno... mam nawet zręczność...
— Wiem, że to słabość twoja — odezwała się cicho Hela — ale w twym wieku i przy stosunkach, ciągle zmuszających bywać w tym eleganckim świecie...
Książe Michał westchnął.
— Na cesarskim dworze nawykłem do tego — odezwał się... tłumacząc.
— A!! — odparła wesoło Hela — wiem od księżnéj, że od małego chłopięcia miałeś to upodobanie w wytwornych sukienkach i ładnych gałgankach... Co to za smutna rzecz, że wszystko tak drogie...
Książe Michał brał przedmiot rozmowy bardzo na serjo i dodał przejęty nim.
— A tu, u nas, w kraju, ani w Krakowie, ani w Warszawie sukni francuzkiéj, choćby podług najlepszego wzoru, nie potrafią tak uszyć, ażeby pochodzenia nie zdradzała. To co przychodzi z Paryża nosi na sobie takie piętno smaku i elegancji, że niepodobna się nie zachwycać — człowiek inaczéj wygląda w tym stroju...
Hela słuchała z oczyma smutnie jakoś spuszczonemi, jak gdyby przykro jéj było téj słabości kuzyna, zeznanie z własnych ust jego, powtórzone usłyszeć.
Książe Michał zaś z taką naiwnością mówił o stroju, który lubił, jakby w upodobaniu jego nie widział nic ani dziwnego, ani mężczyźnie uwłaczającego.
Zwolna dobył z kieszeni rulon złota... i podsunął go ku Heli.
— Ty pewnie także potrzebujesz — odezwał się — podzielę się z tobą chętnie.
Z niezmierną żywością, prawie przestraszona Zebrzydowska odepchnęła rulon, który się potoczył do rąk księcia Michała.
— Ja!! — zawołała — ja! ale ja mam wszystkiego z łaski księżnéj aż do zbytku! Na cóż bym ja pieniędzy potrzebować mogła!
— Ty bo najmniejszéj wagi nie przywiązujesz do ubrania — z pewnym rodzajem wymówki począł książe Michał, a jednak... ubranie, szczególniéj dla kobiety.
Hela się uśmiechnęła.
— Tak, rzekła, są panie które nic nie robią tylko się rozbierają i ubierają i o niczem nie myślą oprócz stroju, ale ja do tego bractwa nie należę.
— Na czele tych pań co się ubierać umieją — odezwał się Michał, stoi marszałkowa Sobieska. Gasi ona wszystkie inne swemi strojami paryzkiemi.
— No, i pięknością, — wtrąciła Hela, a gdyby jeszcze miała choć trochę wdzięku i uroku!... ale właśnie na tych jéj zbywa... Jest w téj pięknéj twarzy coś tak ostrego, że się jéj obawiać prędzéj można, niż rozmiłować.
— Przypomina obejściem się nieboszczkę królowę — dodał Michał.
— Z tą różnicą — szepnęła Hela że tamta, o wiele milszą być umiała gdy chciała.
Zadumany tém Michał zdawał się już rozmyślać o paryzkich sukniach, które chciał sprowadzić. Była to dla niego najważniejsza sprawa w téj chwili. Hela odgadywała z łatwością co go tak zaprzątało. Książe Michał rozrachowywał zapewne koszta tego odświeżenia swéj garderoby, gdy powolnym krokiem weszła księżna matka, a rulon zniknął w ręku księcia — który ją przyspieszył powitać z poszanowaniem.
Pomimo nadzwyczaj skromnego wdowiego, czarnego stroju — którego małżonka niegdyś sławnego Jeremiego niezrzucała — była to postać majestatycznéj powagi, a mimowolnie nakazująca poszanowanie. Na lekko pomarszczonem licu, wyrazistem, ale nie pięknem, leżał niezamącony niczem spokój chrześciański, chociaż boleść się przez niego przebijała. Siwe włosy otaczały oblicze zwiędłe, pełne jeszcze energji i życia.
Zobaczywszy syna, uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła rękę, a pocałowała go w głowę.
— Helo kochana, rzekła — niewiem czy Michał jadł śniadanie. Młody jest i potrzebuje więcéj niż ja, a nawet więcéj niż ty, choć młodszą jesteś od niego, — jest mężczyzną, musi być czynnym.
Gdzież dziś? dodała pytająco.
Książe Michał zamyślił się nieco, jakby chciał sobie przypomnieć dnia program.
— Zawsze toż samo, rzekł, książę Prymas jest w mieście, mieszka u OO. Jezuitów, obok ś. Jana, muszę być u niego, potem tuż blizko wstąpię do Lubomirskich, a daléj — niewiem prawdziwie. Pociągną mnie zapewne z sobą.
— Choćbyś się miał znudzić i zmęczyć — dodała matka siadając przy stole na podsuniętym jéj przez Helę z pomocą syna krześle — potrzeba się pokazywać wszędzie — nie dać o sobie zapomnieć, aż nadto jesteś cichy i skromny.
Książe Michał spuścił oczy, nie chciał powiedzieć matce co myślał, że nie wszędzie się mógł pokazywać bo go lada półpanek bez imienia, lub świeżo wyszlachcony cudem albo przywilejem cesarskim kupiec królewski mógł dworem, strojem i wystąpieniem zaćmić.
Szczególniéj tych bogatych dorobkiewiczów, urosłych z frymarku złemi pieniędzmi na szlązku bitemi, uprowadzonemi do polski, krakowski rynek i krakowska szlachta liczyła wielu, wytykano ich palcami, ale mieli imiona ogromne ponabywane, żenili się ze szlachciankami czystéj wody — jeździli poszustno, i choć szlachta surowszéj obserwacij sarkała, już wśród niéj zdobyte miejsca zajmowali.
Księżna Gryzelda chwilę siedziała milczącą. Tym czasem piękna Hela zajmowała się przekąską, którą dla księcia Michała podać miano. Matka znała tę drogą słabość syna, który lubił jeść, a jako zdrów i młody jadał ochoczo i dużo. Sprawiało jéj to przyjemność patrzeć jak z chłopskim apetytem, wedle jéj wyrażenia, które Hela na rycerski zamieniała, syn o każdéj dnia godzinie gotów był się odżywiać.
Było w tém coś niemal dziecięcego, bo jedząc książe Michał zapominał o wszystkiem.
— Na tę elekcję nieszczęsną, — odezwała się pomilczawszy księżna matka, ty jeszcze wiele będziesz potrzebować. — Radabym ci pomogła.
Książe podniósł głowę od talerza nad którym siedział zwieszony i chciał w pierwszéj chwili potwierdzić zdanie matki, ale się wstrzymał widząc ją zakłopotaną.
— Ale rzekł — nie sądzę abym potrzebował bardzo występować. Wszyscy wiedzą że nam kozactwo odebrało cośmy mieli.
— A! tak — i zubożenie takie jakie dotknęło ojca twego, nas, raczéj jest chlubą niż wstydem. Nie straciliśmy ojcowizny, — Jeremi złożył ją w ofierze ojczyźnie, która mu długu nie wypłaciła. Możemy być dumni z tego że ty dziś skromnie zmuszony jesteś wystąpić. Nie mniéj krew jagiellońska w twych żyłach płynie, a spojrzawszy na ciebie, każdy ją w szlachetnych rozpozna rysach.
Ale — są rzeczy niezbędne — dodała księżna po małym namyśle — konie, które tyle kosztują, trochę więcéj sług — co do niczego nie służą — no — i barwa nowa dla nich.
— A i na liczną i bardzo potężną czeladź, odezwał się książe Michał, napróżno by się sadzić było, sądzę że dosyć będzie gdy ja tam wystąpię, jak synowi Jeremiego przystało, a mój orszak szczupły.
— Te konie, konie! — westchnęła matka — mieliśmy najpiękniejsze stada, nawet Koniecpolskich konie się równać nie mogły z naszemi — a teraz.
— Wojny są na nic mordercze — dodał książę Michał — ja dla siebie mam ich kilka wcale pokaźnych, a dla czeladzi.
Nastąpiło milczenie. Księżna Gryzelda zapytała o dzień wczorajszy — i rozmowa byłaby się przeciągnęła, gdyby nie wszedł młody paź, przyjaciel księcia, który z galanterją francuzką, i on bowiem nosił się modą cudzoziemską, pośpieszył powitać gospodynią domu.
Gość był wesół, miał twarz nie piękną, choć młodą, ale rozpromienioną, ożywioną szczęśliwego człowieka, któremu na niczem nie zbywało. Myśli też jego w kółku zaczarowanem powszednich rozrywek się obracały.
Wiedział najlepiéj, gdzie dnia tego miał być obiad dla dostojniejszych, a u kogo wieczorem conversazione i zabawa z tańcami. Jak wszyscy Pacowie współcześni i ów powagą kanclerza Krzysztofa wsparty, czuł się silnym. A dawał to czuć tym z któremi raczył obcować. Za wielką łaskę téj rodziny tak wielkiego wpływu i znaczenia musiała księżna liczyć, że młody Starosta synowi jéj okazywał życzliwość i żył z nim na przyjacielskiéj stopie.
Przyjmowano go też tu z oznakami wielkiego poszanowania, do którego wiek mu niedawał prawa.
Jedna Hela Zebrzydowska najmniéj okazywała uprzejmości dla butnego, zbyt śmiałego i dumnego młodzieńca.
Pacowie stali jeszcze naówczas całą rodziną, a téj zastęp był niemały, z Kondeuszem litewskim na czele, z Prymasem i Sobieskim razem przy Kondeuszu. Ale współzawodniczący z niemi o znaczenie, czynny Sobieski i jego żona już im niemiłemi być zaczynali. Nie dawało się to jeszcze widzieć jawnie, lecz potajemnie już się do wybuchu gotowało.
Na Litwie zawadzali im potęgą lwą i wpływem Radziwiłowie, z któremi walka głucha już się wywiązywała.
Nie dziwiła się więc może księżna Gryzelda gdy młody Pac, rozpocząwszy rozmowę, z przekąsem pewnym odezwał się o marszałkowéj Sobieskiéj i o jéj mężu. Należeli wprawdzie do jednego obozu, lecz przewidywać łatwo było lada najmniejsze rozdrażnienie, pociągnie za sobą wojnę.
Z ożywionych opowiadań młodego Paca, sympatje jego i wstręty, nie zbyt ukrywane na jaw wychodziły. Często szczególniéj potrącał o Radziwiłłów.
— Nie radziłbym bardzo księciu Kondeuszowi, a nawet i na Sobieskiego... Podejrzewam ich że dla tego tylko aby moc swą okazali, gotowi się przerzucić do przeciwnego obozu.
— A cóż wy, panie Starosto, odezwała się gospodyni — zowiecie obozem przeciwnym? Wątpię aby szczupła garstka przyjaciół Lotaryngskiego i Neuburga na to nazwisko zasługiwała?...
— Dziś, nie — odparł Pac, lecz gdyby jakiś niespodziany wypadek — czego się nie spodziewamy — zachwiał wyborem Kondeusza, naówczas Lotaryngski stanie na kandydatów czele...
— Rozśmiał się Pac.
— Radziwiłłowie jedni pójdą z Neuburgskim!
— Do tego przyjść nie może, wtrącił książe Michał, aby przygotowanéj tak troskliwie Elekcij Kondeusza, mogło coś stanąć na przeszkodzie!
Pac poruszył ramionami.
— Bóg wie — odezwał się obojętnie — chodzą śmieszne pogłoski. Są ludzie, którzy utrzymują, że nasza szaraczkowa szlachta zazdrosna o to, iż my pana prowadziemy sami, chce stanąć do walki z nami i szuka Piasta, aby go przeciw Kondeuszowi podniosła. Piasta! śmiał się ciągle młody Pac... ciekawym kogo mają na myśli?...
Księżna niedowierzająco poruszyła ramionami.
— Są to niedorzeczne plotki, rzekła...
— My wszyscy — nie ścierpielibyśmy jednego z pośród nas na tronie, dodał Pac. Dało by to jednéj rodzinie przewagę... wywołać by mogło wojnę domową. Za Zygmunta Augusta nie chciano na tronie nawet kobiety Radziwiłłównéj, cóż dopiero króla, z pośrodku równych nagle tak podniesionego.
Chwilę jeszcze rozmowa toczyła się przy stole, ale Starosta wstał, pożegnał się z księżną i, ująwszy pod rękę księcia Michała, wyszedł z nim do jego pokojów.
Mieszkanie to, które miłość macierzyńska i ręka siostry starały się przyozdobić i upięknić, — w istocie było najwytworniejsze, częścią starego dworu. Cały pokój jeden obwieszony był zbrojami, po części wschodniego pochodzenia i starożytnym orężem... w sypialni księcia Michała, obok spartańskiéj prostoty pamiątek po ojcu odziedziczonych, błyszczały z za granicy przywiezione cacka, w których książe Michał zdawał się znajdować upodobanie.
Pac upadł na wysłaną skórą ławę, i żywo mówić począł.
— Wszystkim nam staje się nieznośną ta francuzka — która tu sobie chce dawać tory królowéj. Ona prowadzi Kondeusza, ona dyktuje posłami co ma czynić — ona i tylko ona wszędzie... Prymas nawet schyla przed nią głowę. Dopókiż to tego będzie?
— Zapewne aż do elekcij, rzekł Michał.
— Ale ona zechce tak władać przyszłym królem, jak rozporządzała temi co go prowadzą... My tego w końcu nie ścierpiemy. Radziwiłłowie są jawnemi nieprzyjaciołmi naszemi..., a ci trzymają z Sobieskim.
Książe Michał chłodno poprawił.
— Z marszałkową Sobieską!
— Masz słuszność, ten śliczny Celudon, jest dotąd w takiéj adoracij przed swem bóztwem, iż słucha jego skinienia... Prawda, że piękna Marja nie popsuła go miłością wielką ze swéj strony, i dla innych ma uśmiechy daleko czulsze niż dla męża...
— Daje mu czuć jak wielką łaskę uczyniła wychodząc za niego, szepnął książę Michał. Sobieski jéj winien wszystko.
Pac przerwał opowiadaniem złośliwem o nadzwyczaj poufałych stosunkach Marszałkowéj z francuzami. Przesunęły się potem w ciągu rozmowy wszystkie obiegające towarzystwo plotki... Książe Michał słuchał ich obojętnie, widać było że tego życia był tylko widzem, czynnie się nie mięszając do niego, gdy Pac gorący we wszystkiem brał udział.
Po krótkim spoczynku Michała, Pac wstał ale nie dozwolił zostać mu w domu i pociągnął go z sobą. Wiśniowiecki był mu potrzebnym do orszaku i na pokaz, tak samo, jak niegdyś książętom Ostrogskim kasztelan lub wojewoda na marszałka ich dworu...
Razem więc wyjechali z dworku przy Miodowéj przecznicy młodzi kawalerowie i rozpoczęli cały długi szereg odwiedzin, po domach w których Pac chciał się pokazać, a książe Michał towarzyszyć musiał przyjacielowi.



III.

Była wiosna — czas na elekcję oznaczony się zbliżał, a Prymas najczęściéj przebywał w Łowiczu, dokąd codziennie zjeżdżali się wszyscy przyjaciele Kondeusza...
Po twarzach i z humorów gości można było zmiarkować łatwo iż sprawa francuzkiego kandydata stała jak najpomyślniéj. Prymas przed poufałemi otwarcie wyznawał, że pewnym był wyboru.
Zawczasu już rozporządzano wakansami, jakie w czasie pomiędzy konwokacją a elekcją się odkryły lub mogły być spodziewanemi.
Stary Prażmowski rozdawał je po naradzie ze swemi pomocnikami, nie wątpiąc, iż woli jego zadość się stanie... Pomimo téj pewności, czuwano jednak, i Prażmowski codziennie odbierał wiadomości z prowincji o usposobieniach, jakie się tam objawiały.
Trzej najdzielniejsi Kondeuszowi poplecznicy, arcybiskup, Sobieski i kanclerz Pac znajdowali się właśnie w gabinecie Prażmowskiego na naradzie zwykłéj, gdy dworzanin starszy oznajmił o przybyciu Stolnika Gorzeńskiego... a Prażmowski znać dał, aby go natychmiast wpuszczono...
Mazur, pan Cedro Gorzeński, bardzo daleki powinowaty rodziny arcybiskupa, człowiek skromny i nieznaczny, kryjący się niemal z sobą i stosunkami swojemi, był jednym z tych wiernych sług Prażmowskiego, którzy rozkazy jego spełniali i czuwali nad przygotowaniem przyszłéj elekcji — anima damnata starego swego pana Gorzeński — miał dar szczególny wciskania się wszędzie, odegrywania różnych ról wedle potrzeby i zasiągania potrzebnych informacji. Nikt by w tym skromnie ubranym, łysym nieco, pokornym, cichym Stolniku nie domyślił się narzędzia Prymasa, który jak gdyby go nie znał, — nigdy w Łowiczu pokazywać mu się nie dozwalał nawet. — Gorzeński miał dosyć miru u szlachty, a nikomu nie zawadzał. Nie wystrzegano się go wcale, gdyż nie domyślano się w nim czynnego pomocnika Kondeuszowych... W stosunku do swego protektora i przyjaciół jego, Cedro tak się okazywał pokornym, posłusznym, miękkim jakby sam przez się nic nie znaczył i nie mógł — jednakże, dzięki nadzwyczajnéj gibkości swéj — umiał nieznacznie wyśledzić to co mu wiedzieć było potrzeba i pokierować wedle swéj myśli panami bracią.
Ukazanie się Gorzeńskiego w téj godzinie nie oznajmywało nic nadzwyczajnego, niemal codzień stawił się on z doniesieniami do Prymasa, po rozkazy jego... Przytomność Sobieskiego i Paca, dla których tajemnic nie miał — nie przeszkadzała mu poufnie rozmówić się z wiernym sługą.
Stolnik skromnie stanął w progu, pokłonił się bardzo nisko z kolei dygnitarzom i — czekał.
Prymas z widocznem ukontentowaniem spoglądał na przybyłego, lubił go i cenił.
— Cóż tam nam przynosisz, mój Cedro! — rzekł cichym i miękkim swym głosem arcybiskup... Quid novi!
Gorzeński namyślać się zdawał chwilę, badające czy porozumiewające się wejrzenie rzucił na Prymasa, ale odebrał odpowiedź niemą, iż otwarcie mówić może. Samo wszakże pytanie i wątpliwość zwiastowały coś — niezwykłego i Prażmowski się poruszył niespokojnie.
Quid novi! — powtórzył.
Gorzeński pogładził łysinę, poruszył głową i trochę wahając się rozpoczął.
W istocie nowego coś przynoszę — rzekł — chociaż może to być niedorzeczną bajką, która sprawdzenia potrzebuje...
Wszystkich oczy ciekawie zwróciły się na mówiącego.
— Szlachta w Kaliskiem, w Sandomierskiem i w Krakowskiem — ciągnął daléj Gorzeński — burzy się trochę...
— Oh! — przerwał Prymas — będzie miała czas się wyburzyć...
Cedro głową zawahał...
— Tymczasem, przeciwko Kondeuszowi się sposobią — mówił — jedynie dla tego, iż senatorowie i primates Regni są za nim... Ruch ten się wzmaga...
Zmarszczył się Prymas.
— A kogóż oni chcą? — zapytał gniewnie prawie... Lotaryngskiego może!
— Wcale nie — odparł szlachcic — oni sami niewiedzą kogo postawić... potroszę im Piast księdza Olszowskiego głowy zawrócił.
Absurdum — zamruczał Prymas — nie widzę w tem najmniejszego niebezpieczeństwa, bo na Piasta żadnego, nigdy się nie zgodzę. Cóż nam to szkodzi, że się zabawią urojeniem. Jaki Piast? który? gdzie? coraz żywiéj unosząc się mówił Prymas.
Olszowski ten to prawdziwy turbator chori. Posądzam go, że tylko aby nam troski przymnożyć na żart Piasta zaleca, boć wie, że go nie ma i być nie może!
Gorzeński milczał z poszanowaniem, aż gdy Prymas skończywszy zamilkł, począł znowu.
— Z tem wszystkiem, pomiędzy szlachtą agitacja wielka, jeżeli nie przeciw Kondeuszowi, bo mu nic zarzucić nie mogą, to przeciwko panom senatorom i starszéj braci...
— Także mi mów — gorąco odezwał się Prymas. Stare to dzieje — duch przeciwieństwa, podmuch szatana... zepsucie wszelkiéj karności i posłuszeństwa władzy przez Boga wyznaczonéj!! Poczęło się to dawno i nie rychło skończy... równy Wojewodzie, brzmi jako hasło...
Zamilkł chwilę.
— Lecz — dodał — jak mawiał wielki ów kanclerz Zamojski — szlachta wykrzyczyć się musi a rychło ostygnie. Znał to do niéj i Chmielnicki. Dać się wyburzyć — a wszystko się potem ukoi i uśmierzy.
Gorzeński nie przerywał, lecz gdy nastąpiło milczenie, a oczy znowu na niego się zwróciły — mówił spokojnie.
— Nie chcę powtarzać złośliwych kalumnji — ale noszą się z tem, że Kondeusz kupił sobie wszystkich, że pieniędzmi idzie do korony, że ją zawczasu; bo za Jana Kaźmirza miał sobie zapewnioną. Sobieski i Pac spojrzeli na siebie, a kanclerz litewski mruczeć począł coś po cichu.
Marszałek, który dotąd się nie odzywał, rzekł dosyć obojętnie.
— Na wszystkich elekcjach zawsze się musiał jakiś opór objawić, bo to niemal potrzebą jest dla szlachty, aby miała zręczność okazania, iż się do pewnego znaczenia poczuwa. Jeden nasz ostatni pan, winien był unanimitatem, Kozakom... a i ten wprzód księcia Karola musiał uprosić, aby mu ustąpił.
— O Piaście mowy być nie może — odezwał się Prymas — lękam się aby to nie było sztuczką Lotaryngczyka, który szyki pomięszawszy współzawodnikowi, chce z mętnéj wody korzystać... Chavagnac daleko jest chytrzejszym i przebieglejszym niż się wydaje...
To mówiąc arcybiskup rękę podniósł do góry i głową począł potrząsać.
— Lotaryngczyka — rzekł śmiało Sobieski — wcale się nie ma co obawiać. Sam poseł jego uważa sprawę za przegraną...
— Zatem i nikogo jużby nie było do — współzawodu — rzekł Pac, bo ja Neuburgskiego nie liczę, choć u nas na Litwie, słyszę że się z nim niektórzy noszą.
Mówiąc to spojrzał na Sobieskiego, niechcąc spokrewnionych z nim wymienić wyraił się Radziwiłłów.
— Ja o tem niewiem nic — odparł Sobieski — i nie sądzę, aby mu się źle tak przysłużono, na sztych go wystawiając, gdy za sobą niema nikogo...
Po krótkiéj pauzie, Gorzeński się odezwał.
— Już mi to nie nowina panów moich szlachtę widzieć w wielkiem poruszeniu i animozyi, ale, jakem żyw, takiego rozdrażnienia nie znałem nigdy. Domyślam się więc, że tu czyjeś drożdże się znajdują na dnie...
— Czyjeż? — zapytał Prymas kwaśno — Lotaryngski by się zdradził, a gdy nie on, to któż znowu?
Zmilczał Gorzeński.
— Prawda że o Piaście mówiąc — szepnął poczekawszy, mianować go nie umieją i Polanowskim się śmieszą...
Wszyscy to nazwisko dzielnego wojaka, ale mało znaczącego człowieka przyjęli ze śmiechem. — Uśmiechnął się też Gorzeński.
— Pewnie pociesznym kandydatem jest książe Dymitr Wiśniowiecki — rzekł Prymas. — W rodzinie téj już jagielońska krew się wyczerpała, a niczem się nie odznaczają.
Poruszył ramionami.
— Żaden z najznaczniejszych naszych dygnitarzy i panów nie przyjął by tego brzemienia — dodał, wiedzą dobrze, iż koronę musieli by wdziać cierniową, bo by wszystko co żyło powstało przeciwko Piastowi...
Słuchał Gorzeński cierpliwie...
— Ten cały ruch i gorączka uśmierzą się — mówił cichym ciągle, stłumionym głosem Prymas — gdy na pole elekcyjne się ściągną... Ale któż wywołuje to warcholstwo i przewodzi?
Stolnik zacierał ręce.
— Właśnie w tem trudność jest, aby dośledzić początku — odezwał się — i dojść kto rzucił to zarzewie... Sądzę że ono kędyś w Sandomierskiem się rozpaliło — ale z czyjéj poszło ręki — nie wiem.
— Toż mi pierwszy raz — rzekł Prażmowski — nie umiał dotrzeć do dna... i naprawdę przyszedłeś z niczem...
— Nie wiele ja ważę sam to co przyniosłem — odezwał się Gorzeński — i byłbym zmilczał może — ale sądziłem, że obowiązkiem moim przecie i o tem dać wiedzieć...
— Staraj że się dojść, zkąd to płynie — przerwał Prymas — a mówić nie potrzebuję, że oddziaływać należy i wyśmiewać tych krzykaczy...
Cedro znając Prymasa, domyślił się, że temi słowy dawał mu odprawę, pokornie więc jak wchodził, tak z kolei kłaniając się wszystkim nizko, wysunął z gabinetu.
Po wyjściu jego trwało czas jakiś milczenie... Trzej wodzowie Kondeuszowskiego stronnictwa, krótko coś poszeptawszy z sobą, zdawali się uspokojeni. Pierwszy do wyjścia ruszył się kanclerz Pac... schylił do ręki Prymasa, skłonił zdala Sobieskiemu, i — odprowadzony do drzwi, — zniknął. Po odejściu jego Prażmowski poufaléj pochylił się ku Sobieskiemu.
— Smutna to rzecz wyznać — rzekł cicho — ale ja nie zupełną mam ufność w kanclerzu... Wprawdzie musi iść z nami, lecz... lecz...
Niedokończył, Sobieskiemu uśmiech przebiegł po ustach, pokręcił wąsa.
— Ja też niedowierzam Pacom — odparł, ale na Litwie, nie można zaprzeczyć, dorobili się znaczenia i potęgi. Urośli dużo...
— Przecież z Radziwiłłami się mierzyć nie mogą — rzekł Prymas.
— Ale nie mniéj wszędzie gdzie mogą, podstawiają im nogę — mówił Sobieski. Prędzéj późniéj przyjść musi do walki.
— Tymczasem trzeba ich oszczędzać — zakończył Prymas.
Sobieski, który dnia tego powrócić musiał do Warszawy, po krótkiéj téj rozmowie pożegnał Prymasa.
Hetman i marszałek, jeden z najczynniejszych tego czasu i największego znaczenia dygnitarzy, Jan Sobieski, któremu jeszcze z większą gorączką poruszająca się, krzątająca, zabiegająca żona nie dawała pokoju — należał do wybitnych wodzów partyi Kondeusza, a raczéj kandydata jakiego się Francji mogło podobać chcieć osadzić na tronie polskim.
W téj chwili była to jeszcze postać zarysowująca się niejasno, któréj ambicja i chciwość Maryi Kaźmiry nadawała barwę fałszywą.
Niefortunny los chciał, że ten znakomity ze wszech miar mąż, który przy wychowaniu i ogładzie zachodniéj zachował nigdy nie starty charakter szlachcica polskiego — zawczasu się rozmiłował w zachwycającéj wychowance królowéj Maryi Ludwiki.
Piękna ale bez serca francuzka, która poświęciła naprzód Sobieskiego staremu Zamojskiemu, dla jego fortuny i znaczenia, — dała się potem nieokazując zbytniéj miłości zaślubić pierwszemu ukochanemu, wiedząc że on będzie w jéj rękach narzędziem pusłusznem. Pierwsze lata tego małżeństwa, w których by nie ledwie posądzić można marszałkową, że uciekała od męża — były straszną próbą, na którą kochający do szaleństwa mąż był wystawiony... Wymagająca, — nienasycona, kapryśna, przepiękna Marysieńka wywarła wpływ wielki a zgubny na słabego Sobieskiego. Cudem jakimś znakomity wojownik tam gdzie szło o służbę rzeczypospolitéj nawet wszechmocnéj téj pani niedawał sobą rządzić... Ale w chwili gdy to opowiadanie się rozpoczyna — mimo że był hetmanem i marszałkiem, to jest stał na najwyższym szczeblu dostojeństwa — jeszcze nie było pewnem, czy piękna Marysieńka nie każe mu się wyprzedać ze wszystkiego i wynosić z sobą do Francji. Podróż i pobyt tam Sobieskiéj ostudziły ją może i przekonały, że lepiéj być hetmanową w Polsce, niż jedną z mnóstwa markiz i hrabiną nad Sekwaną...
Niezmiernemi wydatkami żony uciśnięty Sobieski, który jako hetman i marszałek oprócz tego z własnéj kieszeni i wojsku często płacić i posłom dawać musiał podarki, tak że po odjeździe tatarskiego posła pisze, iż ostatnią srebrną miednicę z nalewką poświęcił; — troskał się teraz głównie o pieniądze... Obiecywano je we Francji, rachował na nie wielce hetman i żona.
Oboje oni — a szczególnie sama pani, z jéj przyczyny więcéj mieli nieprzyjaciół i zawistnych niż wiernych sobie... Czyniło to życie trudnem, bo się z wielką ostrożnością poruszać było potrzeba.
Ci nawet co szli w zwartym szeregu partyi Kondeusza pod wodzą Prymasa i Sobieskiego — choć na oko z nim byli w najlepszych stosunkach, potajemnie mu zazdrościli i szkodzili.
Można rodzina Paców, któréj trzej koryfeusze stawili czoło Radziwiłłom, z Sobieskim spokrewnionym, — dyssymusowała tylko nienawiść swą dla hetmana.
W koronie tak samo uśmiechano się im wdzięcznie, ale obgadywano i starano szkodzić pokątnie. Wszystkiemu temu winną była Marja Kaźmira, któréj duma i pewność siebie raziły i zniechęcały...
Sobieski, który był stworzonym raczéj do obozowego i familijnego życia niż do zawikłanych intryg, w które go żona wplątała, prawdziwym męczennikiem obracał się w tym ogniu, zmuszony obowiązkami Hetmana do czuwania nad bezpieczeństwem kraju, — elekcją do popierania niepopularnego kandydata — naostatek potrzebą duszną do gospodarowania na rozległych majętnościach, w których się budował, tulipany i drzewka sadził, a nawet karety pod swym dozorem w domu wykończać musiał.
Rozkochany w kobiecie, która wtedy tylko czulszą się ukazywała, gdy coś wymódz potrzebowała, zarzucony sprawami różnemi, Sobieski tchnąć swobodnie czasu nie miał.
Marysieńka była wymagającą bez miary, on powodującym się aż do zrzeczenia własnéj woli...
Słaby dla téj kobiety, do któréj go więcéj temperament i zmysły przywiązywały niż serce, Hetman był nieskończenie wyższych zdolności i wykształcenia od téj żony, która nim miotała. Chciwy wiedzy i nauki, lubiący książki, przekładający nadewszystko towarzystwo ludzi uczonych, znakomity strategik i hetman — stał na wysokości ducha wieku, wśród którego żył ale miał też wszystkie jego słabości, wady i przywary. Niepomierną żądzą grosza i zbogacenia się zaraziła go żona; tak że sprzedanie korony Kondeuszowi nie wydawało mu się frymarkiem występnym, ale bardzo naturalnym targiem, za który zapłaty wymagać było wolno.
Kandydat ten francuzki, krajowi z tego tylko znany co o nim stronnicy jego głosili, u szlachty, w wojsku był najniepopularniejszą postacią — bo francuzi naprzykrzyli się za Jana Kaźmirza i Władysława, a rosnąca ich buta oburzała.
Począwszy od peruk, które pudlami zwano, aż do pończoch, trzewików, mankietów i kryz wszystko w nich wydawało się śmiesznem. Pierwszeństwo jakie im we dworze dawano, naśladowanie ich obyczaju w pańskich kołach, niechęć tę powiększało. Francuzowi krwawą wypłatać sztukę było najmilszą zabawką.
Kondeusz więc wcale serc nie pociągał ku sobie, a sposób w jaki oddawna knuto około tego poddania Polski zwierzchnictwa i władania Francji — mnożył wstręty...
Posądzano stronników francuza, że go wbrew prawom kardynalnym za żywota Jana Kaźmirza chciano wybrać i ogłosić — niechciano teraz, że namówiony, zmuszony, uwiedziony Kaźmirz ustępował tylko dla tego, aby miejsce francuzowi opróżnił.
Można więc było przewidywać opozycją, ale panowie zbyt ufali swéj potędze i wpływowi, ażeby się jéj obawiać mieli. Szlachta miała tę z dawna sławę, że głośno krzyczała, miotała się gorąco, ale wystygała prędko i naburczawszy Senatowi, szła za nim posłuszna...
Hetman powróciwszy z Łowicza, wprost zajechał do dworu, który zajmował, nie mogąc się doprosić a raczéj nie chcąc siłą zabierać Cekhauzu, który mu należał na mieszkanie, czasu sejmów i elekcji. Dwór ten i dwa przy nim sąsiednie, z kuchniami, stajniami, oficynami, zaledwie ciasno i niewygodnie pomieścić mogły piękną Marysieńkę i czynnego hetmana.
Pomimo oszczędności — Sobiescy nie mogli wysokiego swego dostojeństwa wymaganiom się uchylać; hetman lubił wystąpić, a Marja Kaźmira potrzebowała jaśnieć i pierwsze zajmować miejsce. Dwór z pocztem jaki Sobieski przyprowadził z sobą wynosił kilkaset ludzi. Stajnie dla pomieszczenia koni nie starczyły, ludzi wiele obozowało po szopkach i zakątkach.
Cały jeden dwór zabierała dla siebie hetmanowa, u któréj, jeżeli była w domu, nigdy nie przebierało się gości płci obojga. Tu się zbiegły, ztąd rozchodziły nowiny i hasła...
Lecz niczem to było jeszcze obok kancelarji i pokojów Sobieskiego, w których tłok był nieustający. Co chwila przybywali posłańcy, co chwila też wyprawiano ich. Około kilku dziesiątek pisarzy ledwie mógł starczyć pisania listów i przepisywania wiadomości. Starszyzna z trudnością utrzymywała porządek. Cisnęli się wojskowi, pchali cywilni, nabijali żydzi...
Straż jednych wpuszczała milcząc, drugich odpychała niemiłosiernie...
Sam hetman pomiędzy gości a kancellarją dzielić się musiał...
Ale to była natura dziwna, nigdy prawie nie czująca się silną ani zdrową, skarżąca codzień, a mogąca podołać i bezsennościom i natężonéj pracy i nieustannym drażnieniom. Rzadki dzień Sobieski bez jakiejś porady doktora lub pół-doktora się obchodził... — a mimo to z młodzieńczym zapałem po całych dniach hasał na łowach, noclegował po lasach i odbywał podróże pośpieszne bez odpoczynku... Często nawet zmusili go starzy przyjaciele wieczorem się więcéj napić niż było potrzeba, za co nazajutrz pokutował.
I tego dnia powrót hetmana powitała gromada oczekujących nań ludzi z dóbr jego, od wojska, z różnych stron kraju przybyłych, tak że mu się przebrać nie dano, a już drzwi się uchylały ciągle i posły od pani hetmanowéj ku niéj go wzywały co prędzéj.
Przed najpilniejszemi sprawami, powitanie Marysieńki było pierwszem.
Czekała go nie sama ale w świetnem pań i młodzieży gronie. W pokojach już oświeconych gwar słychać było wesoły zdaleka, w salce kręgiem siedziały postrojone panie żywą zajęte rozmową ze stojącemi przed niemi po większéj części młodemi panami, z niewielu wyjątkami we francuzkich strojach i w perukach. Wśród kobiet pani Dönhoffowa z czarnemi wyrazistemi, żywo biegającemi oczyma, najgłośniéj się odzywała i śmiała, mówiła najśmieléj, choć każdy wykrzyk nieznaczny drżenie brwi i ust na piękną twarz gospodyni wywoływał. Marysieńka, która już o powrocie męża była uwiadomioną, czekała na niego przy bocznych drzwiach salki, któremi był zwykł przychodzić, niecierpliwie wachlarzem potrząsając... Świeża jeszcze na podziw i młoda, pomimo dość już nużących lat i słabości przebytych, hetmanowa blaskiem swych wdzięków odznaczała się wśród licznego orszaku, który ją otaczał. Chłodem i dumą wiało od niéj, ale rysy oblicza klasycznéj regularności, cera nadzwyczaj delikatna i biała, oczy pełne ognia — nadawały jéj majestat zwycięzkiéj piękności. Nie pociągała niczem, budziła może trwogę jakąś, chociaż odgadnąć było łatwo, że chcąc być miłą i czarującą, mogła serca podbijać i panować nad niemi. Kobiety wszystkie bez wyjątku, niepostrzeżone wzrok na nią zwracały, — patrzały z obawą i niechęcią. Nie starała się też wcale przypodobać nikomu z wyjątkiem kilku panów, dla których na chwilę łagodziła wyraz twarzy. A gdy się ku innym zwracała przybierała natychmiast zwykłą swą despotyczną fiziognomję. Oczy pani Dӧnhoffowéj, która nieustannie pochylając się, powołując do siebie nader żywo zajęta była rozmową, ani na chwilę nie schodziły z gospodyni.
Z wymiany wejrzeń między niemi, obcy nawet mógł odgadnąć stosunek naprężony, przyjacielski z musu, w sercach pełen niechęci. Dönhoffowa nie mogła ani myślała o jabłku piękniejszéj się ubiegać, lecz walczyły o wpływ i znaczenie, o rolę w politycznych intrygach, w których obie były czynne.
Zmuszona oszczędzać Dönhoffową piękna Marysieńka, podobną była czasami do rumaka gryzącego żelazne wędzidło.
Sobieski cicho stąpając zbliżył się do drzwi zawieszonych gobelinową portjerą, w których żona czekała na niego, z brwiami zmarszczonemi i zniecierpliwionym twarzy wyrazem. Szedł ku niéj przejęty cały, rozpromieniony, śląc jéj od ust całusy i byłby może przypadł przed bóstwem na kolana gdyby nie obawa ściągnięcia gniewu na siebie. Marysieńka niedała mu się zbliżyć do ust, wyrwała od ust białą rączkę i ściągnęła brwi.
— Zostawiłeś mnie samą na cały dzień, poczęła wcale się nie rozczulając widokiem męża, który ją zjadał oczyma, bawiłeś się gdzieś napróżno, zapominając ile tu czeka na ciebie.
Egypcjanka (szepnęła ciszéj) jest dziś tak wesołą i roztrzpiotaną iż ją posądzam że nam jakiegoś figla chyba spłatać musiała. Usta się jéj nie zamykają, a kąsa!
Widziałeś Wardeńskiego? przywiózł pieniędzy? ja niewiem. Elent, jak mi mówiono, samemi Boratynkami za dzierżawę wóz wyładował. Niepotrzeba ich przyjmować.
— Ale bóztwo ty moje — szepnął Jan — pieniędzy tak potrzebujemy, że bodaj boratynkami brać muszę.
Marja Kaźmira poruszyła ramionami.
— Znowu strata. Aron tylko na tem skorzysta.
Korzystając z zadumania krótkiego Sobieski nieznacznie pochwycił rączkę i wycisnął na niéj pocałunek gorący.
— Jak się ma Fanfenik!
— Zdrów ale krzyczy nieznośnie i tak już samowolny jak ojciec — odparła Hetmanowa.
— Samowolny! zapytał mąż z uśmiechem.
— Despota! odparła Marja Kaźmira — na pozór zawsze posłuszeństwem mnie uspakajasz, aby się pozbyć, a potem robisz swoje.
Hetman westchnął.
— Masz mi co do rozkazania!
— Bądź bardzo uprzejmym dla Egipcjanki, (Dönhoffowéj) inaczéj domyśli się żem się na nią skarżyła, szepnęła gospodyni — i ustępując od progu, wprowadziła męża z sobą.
Oblicze pana Hetmana, które dla żony łagodnem było i jakby rozczulonem — w progu już oblokło się powagą pańską ale zarazem spokojem. Chciał okazać jakby najmniejszéj nie miał troski i ze wszystkiego, z całego obrotu spraw był zupełnie rad.
Zobaczywszy go panowie, którzy dworowali przed postrojonemi damami poczęli z kolei zbliżać się dla powitania, a Hetman wszystkich z taką swobodą poskramiał, z taką poufałością pańską, jakby wśród nich nie było ani jednego dwuznacznego i wątpliwego przyjaciela.
Pomiędzy innemi i młody Michał Wiśniowiecki znajdował się tu, nie z Pacem ale z Lubomirskim szwagrem swoim, mimo młodości, powierzchowności, imienia i rodu zajmując w stronie bardzo podrzędne miejsce na uboczu.
Nie młoda już, bardzo strojna i klejnotami okryta wdowa księżna Radziwiłłowa, zabawiała go rozmową. Inne panie niemal z politowaniem spoglądały na młodzieńca który — niemiał za sobą nic oprócz wspomnienia nieszczęśliwego ojca i miłéj twarzyczki. Nikt się nim tu nie zajmował, a Radziwiłłowa tylko dla tego bawiła go konwersacją, że nikogo innego do niéj nie miała. Wiśniowiecki też widocznie czuł się tu nie w miejscu i jakby z musu przyciągniętym.
Gdy Sobieski zbliżył się, poszedł go powitać, ale Hetman zaledwie głową go pozdrowiwszy mimochodem poszedł na stronę z Lubomirskim. Rozmowa ogólna głośna toczyła się o Janie Kaźmierzu i jego podarkach hojnych przyjaciołom. Zazdroszczono Ujazdowa a szczególniéj wieści o ex-królu były bardzo sprzeczne, jedni utrzymywali że już żałował swéj abdykacij, drudzy że się nią cieszył i wiele obiecywał z pobytu spokojnego we Francij; gdzie mu król — nadanie opactw i pensij obiecywał.
Uśmiechając się wyliczono osoby które zebrał z sobą lub przodem wyprawił.
— Nie może być aby mu po nas tęskno nie było, utrzymywał wojewoda kijowski — bądź co bądź, kochaliśmy go, a on się do nas przyzwyczaił. Francuzi milszemi mu nie będą.
— Ah! — przerwał pisarz polny koronny — od ożenienia z nieboszczką królową nikt go nie widział nigdy idącym w taniec, a w Krakowie pono dał się wyciągnąć i bardzo był dobréj myśli.
— Tak bardzo, wtrącił wojewoda ruski z przekąsem, iż przez cały czas na polskę i polaków wymyślał na nikim poczciwéj nie zostawując nitki.
— U Jana Kaźmierza wszystko to nie więcéj znaczy nad humor chwilowy, przerwał wojewoda kijowski — kochał on i zniechęcił się łatwo, serce miał miękkie a fantazja niem rządziła. Wiele mu też przebaczyć należy, bo w życiu szczęścia nie miał wcale.
Po tym epizodzie krótkim, towarzystwo się podzieliło na pomniejsze kupki i w każdéj z nich zaczęto się po cichu zajmować tem co w języku ówczesnym — w tajemniczonych, zwało się Hyacentami — to jest przyszłą Elekcją.
Ponieważ wszyscy prawie tu zebrani należeli do Kondeusza, otwarcie mówiono o współzawodnikach. Neuburgski nie miał najmniejszego nawet prawdopodobieństwa aby go na serjo wzięto — Lotaryngski stał słabo, ale wielka zręczność i przebiegłość jego posła Chavagnaca — nakazywała czuwać.
Był on nadto dobrze ze wszystkiemi, otwarcie zbyt się oświadczał zawczasu zwyciężonym i pobitym, aby mu chciano uwierzyć. — Pani Dönhoffowa utrzymywała że zapewne pana swego do korony, nie mając pieniędzy lub mając ich bardzo mało, nie doprowadzi, ale drugim dojście do niéj może utrudnić.
— Cóżby mu z tego przyszło! zapytała gospodyni.
— Miałby przynajmniéj wymówkę tę że innym się też nieposzczęściło jak jemu — wytłomaczyła Dönhoffowa.
W tem Morsztyn Referendarz, którego z powierzchowności i mowy za rodowitego francuza wziąć było można, odezwał się cynicznie trochę, choć niby na wpół żartami.
— Nie potrzebuje się Chavagnac tłumaczyć, dość aby pokazał sakiewkę wypróżnioną. Cóż się dziś robi bez dziś[1] pieniędzy? Lotaryngski chciał być na kredyt obranym, ale któż nam mógł ręczyć iż potem popłaci długi!
Najtańsza z Elekcij ostatnia, przecież półtora miljona kosztowała księcia Karola, który nigdy téj straty zapomnieć nie mógł.
Chavagnac gdy przyjdzie stawić się przed Sejmem i pana zalecać, nie wiem jak na przyzwoitą kawalkatę i dwór się zbierze. Żal mi go biedaka, bo zresztą człowiek jest miły i gładki.
— Książe Lotaryngski, dodał ktoś z boku, z początku liczył na poparcie króla francuzkiego.
— I niepotrzebnie się ambarasował szepnął chorąży koronny.
Goście wśród téj rozmowy powoli się rozchodzić zaczynali, Lubomirski żegnał już gospodynię, która na jego towarzysza księcia Michała zaledwie spojrzeć raczyła.
Zwyczajem powszednim drzwi się nie domknęły za niemi, gdy oba stali się przedmiotem mowy złośliwych.
— Książe Michał, odezwała się gospodyni, bardzo musi opłakiwać syna naszéj królowej, która miała słabostkę dla niego. Słyszałam ją żartem raz prorokującą że młodzieniaszek kiedyś królem być może.
Wszyscy goście głośnym wybuchnęli śmiechem, tak się to wydawało poczwarnie dziwacznem.
— Mogło to chyba zrodzić się teraz w głowie tak obcego światu naszemu człowieka jak ten biskup Chełmiński, rzekł Morsztyn, aby Piasta na tron prowadzić. Nigdy do tego nie przyjdzie i nie należy życzyć abyśmy prośbę taką uczynili, bo kraj by się niechybnie rozpadł, zamącił i wojna domowa a rokosze by się z tego zrodziły.
— Królowa Marja, miała słabość do księcia Michała — gdy był jeszcze wyrostkiem, ciągnęła daléj gospodyni — ale nie przewidywała że z dosyć ładnego chłopczyka tak nieznacząca, zimna — sztywna wyrośnie istota. Ja go nigdy nie widziałam po młodemu wesołym.
— Trudno po nim wymagać aby się radował, bo niema czemu, rzekł Referendarz. Codzień musi patrzeć i słuchać użalań matki i troski jéj o majętności pozadłużane, w domu niedostatek prawie. Spotkałem niedawno w drodze księżnę Gryzeldę. Jechała w przedpotopowéj wypełzłéj kolebce, konie chude, barwa ludzi wyszarzana i przedwieczna. Wierzycielom się opędzić nie może.
Nous en ferons quelque chose! wtrąciła gospodyni domu spoglądając na męża, który wąsa pokręcał ale zmilczał.
Kobiety poczęły dosyć otwarcie o księciu Michale mówić, jak się on któréj wydał i podobał. Wszystkie prawie znajdowały go znośnym ale ani powierzchowność jego, ani wykwintne wychowanie, nie pociągały ku sobie. Dönhoffowa chłodnym i zbyt nieśmiałym go sądziła.
— Zyskał by na odważniejszem występowaniu. —
— Mój Boże — przerwał żartobliwie Morsztyn, aby mieć odwagę, trzeba być sytym i mieszek czuć pełny, a na obojgu zbywa biednemu księciu Michałowi.
— Lubomirscy go przecież czemś uczynić muszą — rzekł chorąży koronny. Ma czas, boć zaledwie lat może liczyć trzydzieści.
W ostateczności powrócić by mógł na cesarski dwór gdzie go słyszę ceniono dosyć... dodał Morsztyn.
— Ani Lubomirscy, ani książę Dymitr nie dopuszczą do tego, szepnął Chorąży.
Na wspomnienie księcia Dymitra Wiśniowieckiego, z którym Sobieski był w otwartéj niemal wojnie, po twarzy jego przebiegł wyraz jakiś pogardliwéj niechęci — i rozmowa na tem się skończyła.
Reszta gości żegnała Hetmanowę i Hetmana, który z galanterją panie do powozów odprowadzał prawiąc im słodycze...
Gdy potem do salki powrócił, w któréj żonę się zastać spodziewał — już jéj tu nie zastał i pospiesznym krokiem pogonił za nią do jéj gabinetu.
Marja Kaźmiera siedziała w krześle, a przywołana sługa, francuzka ciemnéj płci, opalona, nie piękna, z kwaśnym twarzy wyrazem — zajmowała się ułożeniem włosów i przygotowaniem pani swéj do spoczynku.
Widok Pierrety, któréj się tu nie spodziewał zastać trochę zniecierpliwił Hetmana — przy niéj bowiem wezbranéj swéj czułości, która w pieszczotach i całusach objawiała, nie mógł puścić wodzów. Można było nawet posądzić, dosyć znudzoną i ostygłą panią, że pospieszyła przywołać sługę właśnie dla tego, ażeby męża trzymać zdaleka.
Jakiem uczuciem była ożywiona w téj dobie, małżeńskiego pożycia dla swego Jasieńka — o tem ona tylko może wiedziała. Hetman nie mógł się pochwalić żadnym dowodem czułości, przeciwnie składało się tak zawsze iż nawet jemu niedopuszczono zbyt być natrętnym.
I tym więc razem Orondat nie mógł mówić z Astreą, o niczem innem tylko o sprawach ogólnych, lub w interesach prywatnych, a te szczególniej zaprzątały panią hetmanową. I nie bez przyczyny, gdyż wszystko co miał Sobieski, należało już prawnie tytułem zapisów i dożywocia dla żony.
Dopilnowała się w tém tak dobrze, a przypominała tak natrętnie, iż uległy i posłuszny, zakochany Orondat uledz musiał i wszystkie akta darowizn, przekazów i zapisów już były dokonane.
Oprócz troski o siebie, Marja Kaźmiera miała ojca, brata i siostrę, któremi się opiekowała.
Hetman, który rozkazywał w wojsku rzeczypospolitéj i razem z Prymasem władzę miał w niéj największą, z pokorą musiał słuchać instrukcji, jakie mu dawała żona... Najmniejszy jéj szczegół nie uchodził jéj baczności i pamięci. Powtórzyła mu co miał nakazać rządzcy swemu dóbr, Wanderskiemu, jak odprawić dzierżawcę Kałuzkiego elenta... i użyć zręcznego do posług Arona...
Rozmowa się przedłużała — po kilkakroć Pierreta zabierała się odchodzić, ciągle na nowo przywoływana przez panią. Hetman siedział uparcie chcąc się doczekać, aby sam na sam zostali.
W tem Marja Kaźmira powstała, spojrzała na zegar bronzowy stojący na kominie. Ziewnęła kilka razy i stanowczo zapowiedziała służącéj, że natychmiast idzie do łóżka, dając niedwuznacznie do poznania mężowi, że go się pozbyć potrzebowała...
Zamruczał jakąś prośbę pokorną hetman, lecz otrzymał tak ostrą odprawę, iż jéj powtórzyć nie śmiejąc zbliżył się już tylko dla — pożegnania, przy czem mu się ciężkie wyrwało westchnienie. Marja Kaźmiera z niecierpliwością skróciła swe czułe dobranoc i głosem nakazującym zwróciwszy się do sługi, — pośpieszyła ku usłanemu pod pawilonem łożu... Sobieski rzucił na nie okiem utęsknionem — i powolnym krokiem wyszedł wygnany z raju!


IV.

Żywy ten ruch, jaki w przededniu elekcji panował w Krakowie, niedochodził prawie do spokojnego dworku przy Miodowéj ulicy. Odgłosy jego tylko przynosił z sobą książę Michał, który tak mało się zajmował w ogóle sprawami publicznemi, iż o nich nawet matce nie umiał przynieść dokładnych wiadomości. Nieco apatyczny — przyciśnięty swem ubóztwem i położeniem, które mu żadnego nie dawało znaczenia, wprawdzie codziennie bywał u Lubomirskich, u Branickiego, u księcia Dymitra, lecz nigdzie żywego nie brał udziału w tem co tak mocno innych roznamiętniało.
Przywiązany do matki gniewał się tylko na wszystkich, którzy jéj spokój zakłócali — a naówczas wybuchał aż nadto gwałtownie, ale zresztą było mu obojętnem i kto królem zostanie i jak się potem złożą owe wielkie zastępy, które z sobą o władzę rzeczywistą walczyć miały...
Za każdym powrotem do domu, szedł matkę zabawiać opowiadaniem o tem co słyszał i widział wśród tego świata, od którego się ona usuwała — ale chciała wiedzieć co się w nim działo.
Tak po bytności u pani hetmanowéj musiał też wieczorem powtórzyć ks. Gryzeldzie urywki rozmów, jakie uszu jego doszły. — Sobiescy nie należeli do ulubieńców staruszki, któréj hetman naraził się procesami, wymaganiami summ, jakie miał na dobrach Jeremiego, a naostatek i swą jawną nieprzyjaznością a zatargiem z ks. Dymitrem.
Nie lubiła szczególniéj francuzki, któréj wszystkie wady i rysy charakteru znała i odgadywała doskonale. Wielkie znaczenie i wpływ, jaki uzyskali Sobiescy w ostatnich czasach, niepokoiły ją i raziły...
Po każdem syna opowiadaniu, nie spowiadając się z tego co czuła, księżna Gryzelda coraz była smutniejszą. — Ani Lubomirscy, ani Wiśniowieccy nic się od Sobieskich dobrego dla siebie spodziewać nie mogli.
Nazajutrz, gdy już ks. Michał wyszedł był z domu, a księżna matka sama siedziała z Helą swoją, prowadząc bardzo długiemi przestankami milczenia przerywaną rozmowę, dały się słyszeć powolne kroki od przed pokoju, — Zebrzydowska powstała z siedzenia swego, staruszka podniosła głowę, i w progu ukazał się mężczyzna już lat podżyłych, ale krzepki i rześki, w sukni duchownych świeckich, z płaszczykiem czarnym na ramionach... i głębokim ukłonem pozdrowił księżnę, witając razem zwyczajowem.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Księżna z rozjaśnioną twarzą wstała podchodząc ku niemu, a Hela pocałowawszy w rękę, poprowadziła ku krzesłu, które stało naprzeciw stoliczka i siedzenia zwykłego gospodyni. Twarz księdza, nie odznaczała się wielką rysów dystynkcją, była wyrazistą, grubo wyciosaną, ale zarazem w prostocie swéj kształtną i sympatyczną. Pomimo wieku wiele życia było w tych rysach, które powaga stanu — czyniła majestatycznemi. — Był to ksiądz Fantoni kustosz warszawski, dawny przyjaciel domu Wiśniowieckich, pomimo nazwiska swego i pochodzenia, od dzieciństwa w kraju żyjący i z włoska w polaka przeistoczony. Dawne i nowe stosunki jego dawały mu przystęp do wszystkich znaczniejszych domów, a niezależność, gdyż ks. kustosz za dosyć majętnego uchodził — dozwalała poruszać się wśród arystokracji tem swobodniéj, że Fantoni nie potrzebował jéj, bo ambicji nie miał i infuły się dobijać nie myślał. Mimowoli prawie zostawszy kustoszem, urządziwszy się wygodnie w kamienicy kustodzią zwanéj, w któréj mieszkał aż nadto przestronno — nie pragnął więcéj — obowiązki duchowne przy kollegiacie, stosunki towarzyskie, zajęcie czytaniem, które lubił, starczyły mu na zapełnienie życia. Rodziny nie miał blizkiéj...
Litościwego serca, dla ks. Gryzeldy miał szczególny szacunek, na który charakterem swym, i losem zasługiwała. Energja, z jaką stawiła czoło ciosom, które ją dotykały, — obudzała w ks. Fantonim podziwienie i uwielbienie.
Widząc ją osamotnioną, kustosz miał sobie za obowiązek odwiedzać... Lubił też i cenił Helę, która się umiała poświęcić swéj przybranéj matce, wcale nie dając czuć ofiary, wesoło i ochoczo. — Naostatek zajmował go i ks. Michał, w którym by był może rad rozbudzić więcéj życia i ufności w sobie, — apatją jego niewłaściwą wiekowi — czynniejszym udziałem w sprawach publicznych zastąpić. Lecz młody Wiśniowiecki pomimo łagodności swéj, opierał się wpływowi. Nawet matka choć go miała posłusznym zawsze, przemienić natury nie potrafiła.
Ks. Fantoni w poufnéj z matką rozmowie, gdy o ks. Michale wspominali, a ona się na tę jego obojętność uskarżała, utrzymywał, iż chwila nie nadeszła, i okoliczności jeszcze się nie zjawiły, które z odrętwienia wyprowadzić go miały.
— Wolę to opóźnienie, w ks. Michale — mówił kustosz — niż innéj młodzieży zbytnią porywczość do życia, na którą siły się najlepsze zużywają, ks. Michał gdy wybije godzina jego, z całą mocą i zasobem jakie po ojcu odziedziczył — stanie w szrankach.
Księżna Gryzelda wzdychając odpowiadała: — Daj to Boże!
Ale oka matki ujść nie mogło, że Michał wychodził z téj apatji czasami tylko, gdy szło o — strój wykwintny, o elegancję, którą lubił się otaczać, a naostatek o stół wytworny, w którym do zbytku smakował. W innych sprawach żywota zimnym był tak, jakby one cale mu były obojętne... Ambicją trudno w nim obudzić było. — Nie mając zajęcia czasami chętnie brał książki do ręki, ale rzucał je, nie czując potrzeby powrócić do nich...
Nawet te młodzieńcze przyjaźnie, które się w wieku ks. Michała zawiązują łatwo i służą w życiu wiele — nie pociągały go — Michał wielu dobrych znajomych, ale prawdziwych poufałych druhów — nie znał...
Jedna Hela miała całe jego zaufanie i przed nią zwierzał się ze wszystkiego, z najtajniejszych myśli swoich... Matka znając to braterskie przywiązanie i wpływ Heli na syna, używała też jéj, gdy sama mu czegoś poddać i rozkazać nie chciała.
Ks. Fantoni przychodził jak zawsze z pewnym zapasem nowin do księżnéj. Z ust jego wychodząc przybierały one charakter inny może niż obiegając płochy świat ówczesny, bo kapłan chętniéj im dobre nie złe nadawał znaczenie.
— Już się wielu zjeżdża na elekcję, szopę postawiono i wkopano... Województwa i ziemie dawne swe obozowiska wytykają... Zjazd spodziewać się będzie bardzo liczny i ożywiony... począł kustosz. W Warszawie dla panów senatorów niemal miejsca już braknie. Dwory z sobą prowadzą liczne, choć nie sądzę, ażeby milicji potrzebowali, jak niegdyś, bo się żadna walka nie zapowiada... Francja jest zanadto potężną, aby po takim wysiłku nie była pewną zwycięztwa.
— Sądzicie? — zapytała księżna Gryzelda.
— Prawie tego jestem pewnym — mówił daléj ks. Fantoni — a najlepszym dowodem, że Cesarz, który z tradycji powinien był zajmować się tą elekcją... i czynnym w niéj być — wcale się prawie nie mięsza.
— Wszakże cesarskim kandydatem jest Lotaryngski — rzekła ks. Gryzelda — i słyszałam, że w razie gdyby mu się poszczęściło, arcyksiężniczkę dla niego w pogotowiu trzymają.
Kustosz się rozśmiał... — cicho powtarzając — Tu Felix Austria — nube...
— Tak — dodał — jest to już tradycją i obyczajem...
— Wystaw że sobie — zniżając głos przemówiła ks. Gryzelda, pochylając się ku stojącemu — że Lotaryngski poseł, usiłował mojego Michasia pozyskać...
Poruszyła ramionami.
— Michała tak mało ta elekcja obchodzi — dodała że go często namówić trudno, aby poszedł się poinformować, i gdyby Lubomirski mi nie przynosił wiadomości — żadnych bym nie miała...
— Elekcja — odparł kustosz — cała się smaży i gotuje u naszego ks. Prymasa, i u hetmana Sobieskiego. Tym dwom potęgom cóżby się oprzeć mogło?
Ks. Gryzelda zwolna podniosła blade swe, wypłakane oczy na Fantoniego.
— Wczoraj — rzekła — był u mnie stary sługa Jeremiego, Sandomierzanin, który teraz na swe śmiecisko powrócił. Prawił mnie dziwy, do których ja nie przywiązuję ważności — powiada, że szlachta zbiera się stanąć murem przeciwko panom i niedopuścić Kondeusza!!
Rozśmiał się dobrodusznie ks. Fantoni.
— Uliczna gadka! — zawołał — przy każdéj elekcji, szlachta staje okóniem przeciw starszéj braci — ale ją łatwo ułagodzić i pozyskać... nie ma się czego obawiać Kondeusza... Zresztą kogóż by oni chcieli i mogli wybrać. Dla nich tak dobry Kondeusz, Lotaryńczyk jak Neuburg, bo żadnego z nich nie znają.
— Ja prawie obojętnie patrzę — mówiła ks. Gryzelda — na wypadek elekcji. Kondeusz będzie miał na względzie, że królowa nieboszczka wielce była Michasiowi życzliwą i jéj winniśmy, że wychowanie odebrał staranne... o co mnie chodziło najmocniéj.
Jeżeliby cudem Lotaryngski się miał utrzymać, tego z pewnością cesarz będzie popierał, ożeni się z arcyksiężniczką — i dwór austryjacki mieć będzie wpływ wielki — a Michał ma na nim stosunki i przyjaciół.
Neuburczyk zaś. — —
— Wprost niemożliwy — dodał ks. Fantoni. Dwór rakuski tylko pozornie mu sprzyja, nie ma nikogo, a pieniędzy nie wiele, spokrewnieni Radziwiłłowie nie na wiele się przydadzą.
Ks. kustosz chociaż do rozmowy treści się przebrało, siedział jak gdyby go tu coś jeszcze trzymało, oglądał się, a że Helę ciągle widział za sobą, milczał. Domyślała się księżna, iż coś poufałego mógł jéj mieć do zwierzenia.
Nieznacznie skinęła na Helę, która zrozumiawszy to — wyszła natychmiast.
— Jesteśmy sami — odezwała się księżna. Zdawało mi się, ojcze, że możeście mieli co do — powierzenia mi?
— A! tak jest! tak! — żywo podchwycił kustosz — noszę się z tem oddawna, a nieśmiałem... odzywać. Teraz zaś czas jest ostatni, i muszę prosić was, M. księżno abyście mnie wysłuchali bez gniewu...
— Bez gniewu! — śmiejąc się zawołała staruszka.
— Nie obraźcie się otwartością moją — mówił ks. Fantoni. Dla syna Jeremiego i wdowy po nim, w tym starym dworku mieszkać nie przystało. Dla świata, dla rodziny coś uczynić potrzeba... a nadewszystko dla przyszłości ks. Michała. Chociaż dzisiaj interesa są ciężkie, muszą się one polepszyć, a tymczasem choć z trochą wysiłku potrzeba księcia na świetniejszéj stopie postawić. O żadnych nie mówię zbytkach, ale syn Jeremiego...
Ks. Gryzelda załamała ręce i łzy się jéj z oczów potoczyły.
— Sto razy o tem marzyłam i rozważałam co czynić — odezwała się — ale na obronę moją mam że ubóztwo nasze to chluba, to zasługa, to oznaka jakiéj największa świetność nie zrówna! Michał zmuszony brać pensją od królowéj, nie jestże to świadectwo ojca, że wszystko ojczyźnie poświęcił?
— Lecz, jest we wszystkiem miara — podchwycił kustosz — co dla innego byłoby dostatkiem, dla syna Jeremiego jest niczem... Zbyt nizko nie potrzeba upadać.
— Wszystkie moje źródła wyczerpane — przerwała ks. Gryzelda — Lubomirskiéj prosić nie mogę, Dymitr nie ma wiele... moi...
Zamilkła.
— W takich razach — odezwał się ks. kustosz — gdy się na pewną przyszłość czeka, potrzeba rachując na nią zapożyczyć się bodaj... Ja dla w. ks. Mości u kanonika Brandta mam tysiąc czerwonych złotych leżących... a mojéj kustodji cała kamienica na usługi. Pustką stoi... Tam i przyjąć będzie można przystojnie i ze wszech miar wygodniéj.
Wzruszona księżna ledwie odpowiedzieć mogła i powtarzała ciągle.
— Niech wam Bóg płaci... Ja się pożyczać lękam a ten dworek...
Kustosz nie dał dokończyć.
— Dworek zupełnie dla księżnéj i dla ks. Michała nie przystał. — Mógł tylko służyć tymczasowo, póki się co innego nie znalazło — ja nalegam na kustodją. Stoi pogotowiu.
Na te słowa nadszedł właśnie powracający ks. Michał, posłyszał je i z radością nie tajoną, rzucił się ręce księdza całować. Matka zobaczyła go tak uszczęśliwionym, iż protestować nie miała serca. Westchnęła tylko.
— Ale mnie, mnie — rzekła — pozwolicie tu jeszcze pozostać. Niech Michał będzie swobodnym, swoim dworem.
Młody książe się zachmurzył; kustosz widząc, że matka i syn najprędzéj się porozumieją zostawszy sami, wstał i pożegnał starą księżnę, która go do progu odprowadziła. Zaledwie z oczów jéj zniknął, gdy wzrok podniosła na syna.
— Poczciwy ten przyjaciel — rzekła — tak bardzo troszczy się o nas, jak żaden o krewnych... Ma on po części słuszność, że zanadto jesteś ukryty i dajesz wszystkim iść przed sobą... ale mogłoż się inaczéj ułożyć, przy tak szczupłych środkach, a takiéj nawale długów? Ludzie by uwłaczali pamięci ojca, mówiąc, że my długów tych nie płaciemy, a na zbytki tracim. Ks. Fantoni ma może słuszność — powtórzyła księżna — czyniąc mnie wyrzuty... Ja mogę pozostać w kątku i zakryta, ale ty...
— Ja — począł syn z widocznem zakłopotaniem — ja — idę za radami Lubomirskiego, nie kryję się, jeżdżę i bywam wszędzie, alem nie winien temu, że inni świetniéj występujący — więcéj oczy ściągają.
— O! tyś bo rzadko nieśmiały — odparła matka — wszyscy to mówią, ja to widzę. — Wieluż uboższych od ciebie, a niemających takiego imienia, hałaśliwie sobie torują drogi i w towarzystwie odgrywają role...
— Ja nie potrafię tego — uśmiechnął się ks. Michał.
Zaraz po wyjściu ks. Fantoniego przybyła Hela, stała tuż i słuchała.
— Potrafilibyście — wtrąciła — gdybyście chcieli tylko — ale ta powolność wasza, ta obojętność na wszystko.
Ks. Michał zwrócił ku niéj oczy z wymówką.
— Że i ty nawet mnie obwiniasz! — rzekł — ale zachowanie się moje doskonale się godzi z położeniem...
— Ono mówi tylko jakbyś niczego nie żądał od losu i nie czuł się stworzonym do niczego więcéj nad taką zapomnianą, ubogą, egzystencją — podchwyciła Hela.
— Ale w świecie bez środków... bez... zewnętrznéj okazałości — przerwał ks. Michał — nic się nie robi, a na śmieszność naraża. Stojąc na boku, nie wymagając nic, łatwiéj mi jest moją godność zachować. Gdybym się cisnął zbyt natarczywie, mógłbym się narazić na nieprzyjemne odparcie, któregobym nie zniósł.
Rozmowa pomiędzy matką, która zamilkła dumając, z synem, zmieniła się na maleńką sprzeczkę Heli z kuzynem. Ks. Gryzelda, która potrzebowała być samą, wyszła zostawując ich z sobą, pewna, że młode dziewczę wypowie myśl własną razem ze swoją.
Michał usiadł naprzeciw niéj z rodzajem rezygnacyi, ale, jak zawsze, gdy z nią był sam na sam, twarz zwykle zasępiona rozjaśniła mu się, wziął jéj rączkę, pocałował, uśmiechnął się i rzekł prawie dziecinnym wyrazem głosu:
— Nie łajcież bo mnie wszyscy!... czego chcecie odemnie!... Jestem i bez tego dosyć biedny i umęczony...
Hela niecierpliwie poruszała ramionami, ale wejrzenie jéj z wielką czułością spoczywało na kuzynie.
— Wszyscy my o was się troszczym — rzekła — wszyscy, aż do ks. Kustosza, który choć obcy, znajduje, że wam przystało więcéj się i okazaléj pokazywać na świecie — jeden tylko... sam ks. Michał tak jest obojętnym...
— A! Helo moja — przerwał książę ciągle goniąc za rączką jéj, którą usiłował pochwycić, a która mu się wysuwała. — Helo moja... ten biedny Michał wcale dla siebie czego innego pragnie i marzy, niż wybyście mu dać chcieli. Ja nie jestem stworzony do tego świata, w którym mi ciągle czegoś dobijać, coś zdobywać potrzeba — aby nazajutrz jeszcze większego i wyższego pragnąć. Takby mi dobrze było w bardzo miernym stanie, w bardzo skromnym pałacyku, z kilkunastu służby w ładnéj barwie, z parą kolebek poszóstnych w stajni, z dobrym kucharzem i pasztetnikiem.
— No i z garderobą z Paryża! — dodała szyderczo Hela.
— A! to się rozumie — wesoło ciągnął daléj książe.
— Cóż więcéj? — pytała Hela.
— Bez troski o te Boratynki, bez długów, od których się trzeba wypraszać...
Tu zamilkł chwilę.
— Bez nieprzyjaciół, bez tych walk i intryg, które zatruwają życie — dokończył.
— Obraz tego pożycia niepełny — wtrąciła Hela — dla dopełnienia go potrzeba dostojnéj i miłéj małżonki...
— Wiesz — żywo zawołał ks. Michał — bylebym miał matkę i ciebie, nie zatęsknię za nikim więcéj. Kobiet się boję... a spokój tak mi jest drogi.
— Leniuszek jesteś — odpowiedziała Zebrzydowska. — Boisz się wszystkiego, gdy ojciec twój niczego się przecież nie lękał.
Zmarszczył się na to wspomnienie Wiśniowiecki.
— Mylisz się Helo moja — rzekł poważniéj — a jeżeli się w polu nie lękał nieprzyjaciela, o tego i ja się nie obawiam, ale tych co pozorem przyjaźni i braterstwa zdradę przynoszą... co jemu życie tak ciężkiem uczynili — tak jak ja się obawiał i nienawidził. Nie idę więc chętnie tam, gdzie się z niemi spotkać mogę.
Zebrzydowska siedziała zamyślona.
— Wszystko to w kobiecie by było do wytłómaczenia — odpowiedziała po przestanku — mężczyzna stworzony jest do walki, nie do takiego żywota sybaryty w spoczynku... cóż, gdy jak wy młody jest, gdy nosi imie Wiśniowieckich — i gdy ma wszystko, coby go na świecie zalecić mogło...
— Ah! — rozśmiał się ks. Michał — mylisz się właśnie przyznając mi, czego nie mam!...
Oboje milczeli chwilę, Hela badała go wzrokiem, on milczał, lub spotkawszy jéj wejrzenie uśmiechał się słodko.
— Wierz mi Helo — rzekł wstając — póki mam matkę i ciebie więcéj nic a nic nie pragnę. Tak mi z wami dobrze... Sądzisz, że zbliżając się do tego świata, najeżonego intrygami, smaku do czego nabrać można!... Patrzę, słucham i wzdrygam się. Widzę ich jak się ściskają, całują, zwierzają sobie, jak się bratają, a w chwilę potem ośmiewają się wzajemnie i dołki kopią pod sobą... Walka Paców z Radziwiłłami, walka Lubomirskich z Sobieskim, niedowierzanie, sprzedawanie się wzajemne... zgody, które są zawiązkiem nowych kłótni, przymierza nazajutrz zrywane, zazdrości, współzawodnictwa, ambicje nienasycone... a fałsz chlebem powszednim...
Hela słuchała ze smutną rezygnacją.
— Wy wszystko widzicie za czarno — odezwała się. — Ludzie są słabi, ale nie tak źli, jak się wydają, a z takiemi, jakich ich Pan Bóg stworzył żyć przecie potrzeba, bo na pustynię uciec nie można...
Widząc zasępionym mocno Michała, litościwe dziewczę usiłowało go rozerwać.
— Spodziewam się — rzekła — żeście nie zapomnieli wysłać do Paryża zamówienie na suknie?...
— Wczoraj jeszcze — żywo odparł ks. Michał — coś podobnego mieć muszę jak Chavagnac... Na nieszczęście te koronki są tak drogie, a hafty i galony tak sobie płacić każą.
— Będziesz że to miał w porę na koronację? — pytało litościwe dziewczę.
— Wyraźnie położyłem ten warunek. Sejm Elekcyjny, który się dopiero rozpoczyna, niezawodnie się przeciągnie. Choćby nie szło o kandydata, szlachta różne wprzódy położy warunki, odzyskanie ziem oderwanych, zabezpieczenia praw dyssydentów i tym podobnie. Będzie to pretekstem do długich mów, rozpraw i straty czasu... Przyjdzie potem posłuchanie posłów, kandydatów do tronu, narady... burze... i w najszczęśliwszym razie miesiąc czasu od otwarcia upłynie. Niewiem zresztą, ale jeżeli jest w interesie Interrexa naszego dłużéj się bawić tą władzą jaką ma... przeciągnie... Czekać może zechce, aby Kondeusz się miał czas zbliżyć do granicy i ukazać potem natychmiast w aureoli swego rycerskiego bohaterstwa... Jeżeli mi nie przywiozą na czas tych sukni z Paryża — dodał z wielkim naciskiem książe — przyznam się, że będę w czasie uroczystości następnych dosyć zakłopotany... Jeden tylko garnitur cały mam świeży i wytworny, inne nie nowe są i znać na nich, że wiele do zmiany nie mam w garderobie... Chavagnac mi wielką oddał przysługę, wcale się tego nie domyślając...
— Zdaje mi się — szepnęła Hela, — iżby się bez niéj obeszło, bo księżna spodziewa się pieniędzy i wiem, że one są dla was przeznaczone...
— Naprzód powinna pamiętać o sobie — wtrącił książe.
— My niczego nie potrzebujemy — sprzeciwiła się Hela. — Wam wszystkiego trzeba... Suknie, konie, barwa, ludzi...
Niedokończyła. Książe Michał westchnął.
— Nadewszystko potrzeba wam ochoty do życia... — zakończyła Hela.
Spojrzeli sobie w oczy. Wiśniowiecki nie odpowiedział, wziął jéj rękę, przyłożył do ust i wyszedł zadumany.
Wkrótce potem kazał sobie podać konia i wyjechał na miasto; dzień wiosenny wabił wszystkich ku Woli, tłumy ciekawych ciągnęły ku szopie. Książe pojechał też ku dworowi kanclerzyny Pacowéj, który stał na drodze z Warszawy ku okopom. Dla ciekawych pań, przyjaciółek Kondeusza, które Elekcja żywo obchodziła, tak, że pragnęły być jaknajbliżéj Woli i poza pod okopami, właścicielka rozkazała właśnie przybudować wzdłuż dworu długą całą oszkloną galerję, w któréj jak kwiaty w cieplarni po całych dniach, od dnia rozpoczęcia zjazdu, siedziały wszystkie piękne i nie piękne, młodsze i starsze panie, przypatrując się przejeżdżającym, krytykując powozy, konie, ubiory, służbę, zatrzymując znajomych, powiewając chustkami i bawiąc się ruchem ożywionego gościńca doskonale.
Kanclerzyna ledwie mogła pomieścić gości, tak się jéj tu napraszano, panie siadywały po całych dniach, mężczyźni przybywali, siedzieli, odjeżdżali, wracali.
A że sprawa Kondeusza, którego niewidzialna chorągiew powiewała nad tą galerją, stała w przekonaniu wszystkich doskonale, — wesołość i najlepszy humor panowały tu ciągle, galerja rozlegała się śmiechami, piękne panie trzpiotały. Niepominął nikt kanclerzynéj, aby nie stanął lub przynajmniéj nie zwolnił kroku i parę słów nie zamienił z kobietami.
Kanclerzyna, hetmanowa, piękna młodziuchna księżna Radziwiłłowa, Dönhoffowa i inne, miały na usługach mnóstwo kawalerów, krewnych, dworzan... Ci pomiędzy Wolą, Warszawą, a w pośrodku stojącym dworem tym utrzymywali nieustający związek. Zbiegały się tu nowiny najświeższe, plotki i wiadomości z obu stron.
Nikt do okopów nie mógł się dostać nie przejechawszy pod oczyma ciekawych pań, które na dane hasło zbiegały się do okien, cisnęły, pozdrawiały znajomych, i rozpierzchały około stołów przez cały dzień przekąskami, konfiturami, ciastami i winem zastawionych. Jadący konno podjeżdżali pod samą ścianę, aby podaną im białą rączkę uścisnąć i odebrać z koralowych ust rozkazy; z kolebek niektórzy wysiadali, inni jak Prymas wychylali się, błogosławili.
Gawiedzi też ciekawéj zawsze nieco opodal stały gromadki, które więcéj oknom galerji niż przejeżdżającym się przypatrywały.
Książe Michał bezmyślnie skierował się w tę stronę zrazu, ale wpół drogi, spojrzawszy na swego wierzchowca, na towarzyszących mu dworzan w dosyć wytartéj barwie, zawrócił... O białym dniu on i jego dwór nadto niepocześnie wyglądali, aby się narażać na porównanie z temi, którzy pod galerją znaleźć się musieli, a ci właśnie stanowili część towarzystwa najwytworniejszą.
Nawet młody przyjaciel Pac, z którym się spotkał, namówić go z sobą nie mógł do kanclerzynej, — książe Michał wymówił się tajemniczą jakąś sprawą pilną, a udał się na samotną przejażdżkę...
Gdy się to działo, a księżna Gryzelda, po żywéj rozmowie z Helą, wzięła książkę, aby czytaniem zatrzeć przykre wrażenia i smutne myśli. Stary sługa dał jéj wiedzieć, że ów niegdy księcia Jeremiego dworzanin z Sandomierskiego, niejaki Wacek Grąbczewski, chciał się pokłonić.
Nie dobrze rozumiała księżna czego on mógł potrzebować, gdyż raz już mówiła z nim, ulękła się nawet trochę, aby nieświadomy jéj położenia, nie zażądał, w imie dawnych zasług jakiéj pomocy — lecz ktokolwiek przychodził w imie nieboszczyka — odepchnąć go nie mogła.
Zyskał więc powtórne posłuchanie Grąbczewski.
Z wielką pokorą stanął ubogo odziany, chudy, długi, z szyją też wyciągniętą, z głową śpiczastą — niegdy Wackiem poufale zwany podkoniuszy Jeremiego.
Pozdrowiła go uprzejmie księżna, nie powstając z siedzenia, zakłopotana samą myślą tą, że może czegoś żądać, czego mu odmówić będzie musiała.
— Ja to — odezwał się szlachcic od progu, pociągając wąsa, widocznie zmięszany... jąkający się — ja tu do stopek W. ks. Mości raz jeszcze przychodzę z prośbą wielką.
Księżna aż pobladła.
— Kiedy mi moją śmiałość, pani przebaczy — mówił daléj Grąbczewski. — My Sandomierzanie wszyscy w wielkiéj mamy weneracji tych, co dla rzeczpospolitéj cierpieli i walczyli za nią, więc też i imię nieboszczyka, panie mu świeć — Jeremiego jest u nas w największéj estymie. Zatem i ród jego cały... wielu się u mnie prosi, żeby choć syna bohatera oglądać mogli. Jużci to trudno wszystkich przyjmować... ja to wiem, ale mam jednego poczciwego przyjaciela, a po troszę i plemiennika... którego bym, za pozwoleniem księżnéj Mości (tu się pokłonił) — rad przyprowadzić... niechby miał to szczęście krew wielkiego naszego hetmana oglądać.
Księżna słuchała, powoli ochłonywając ze strachu... ale prośba poczciwego Grąbczewskiego nie mniéj tak się jéj wydała dziwną jakąś, że nie rychło odpowiedź na nią znalazła...
— A wy toście ks. Michała nie spotkali, nie widzieli? — spytała.
— Niech mi W. ks. Mość daruje — rzekł szlachcic — oczyska mam złe, nie dowidzę, a — co prawda — nie widywałem ks. Michała od jego dziecięcych lat, poznać by mi było trudno.
Uśmiechnęła się staruszka wesoło, bo ta cześć dla imienia męża miłą sercu jéj była.
— Mój Grąbczewski — odezwała się do niego — jutro rano przyjdź z tym przyjacielem, Michał będzie w domu, i starego sługę ojca pewnie przyjmie wdzięcznie. Za przywiązanie do domu naszego — Bóg zapłać!
Szlachcic nie przedłużając już rozmowy, nizko się pokłoniwszy, wyszedł natychmiast.
Dziwne trochę żądanie Grąbczewskiego, przez cały dzień w wesołem usposobieniu utrzymywało staruszkę, — pochwaliła się tem Heli naprzód, potem ks. kustoszowi, który przyszedł na chwilę, naostatek powracającemu ks. Michałowi, który wiadomość tę przyjął dosyć obojętnie. Dać się tak na widowisko nie było mu miłem. Nie był wcale usposobionym do przypochlebiania się i pozyskiwania sobie serc panów szlachty. — Wychowaniec innego świata, dziecię innéj cywilizacji — mało rozumiał tę tradycyjną, starą, domową, która nie mając powierzchownéj ogłady zachodniéj, — w pewnych względach stała z nią na równi.
Śmiałem się może wyda to twierdzenie, lecz nie mniéj pewna, że moralne i religijne pojęcia w lepszéj części szlachty, rozwinięte były wielce, a tam gdzie ani fanatyzm ni przesąd nie skalał ich — na łacinie saméj wyrobieni ludzie, mogli na francuszczyźnie wypolerowanym sprostać.
Skrzywił się nieco ks. Michał, gdy mu matka prośbę Grąbczewskiego przełożyła, dodając, że mu posłuchanie zapewniła. Matce niczego w świecie odmówić nie mógł... ale gdy sam na sam pozostał z Helą zamruczał.
— Niepodobam się im, to pewna — chociaż starać się będę, abym pamięci ojca nie uczynił krzywdy... ale co za pocieszna myśl chcieć mnie oglądać?..
Hela nie znajdowała jéj wcale tak dziwną.
— Mój Michasiu — odezwała się łagodnie — przygotuj się tylko jutro z wesołą twarzą do szlachty... po co świat ma widzieć, jakie my troski w sobie nosiemy?
Nazajutrz około dziesiątéj zjawił się zapowiedziany Wacek Grąbczewski, prowadząc z sobą drugiego mało co pokaźniéj niż on sam wyglądającego pana brata. Był to Ireneusz Piotrowski.
Uprzedzona służba, któréj stara księżna kazała się w trochę większéj liczbie i w najlepszéj barwie stawić — wprowadziła do salki jadalnéj gości, w któréj staraniem Helki, niezbędna przekąska była przygotowaną.
Hela, któréj o sławę domu nie mniéj chodziło, jak księżnie Gryzeldzie, postarała się o to, aby w zastawie stołu resztki sreber, szkła rzniętego, i najpiękniejsze obrusy wystąpiły...
Śniadanie też zimne, z wędlin, chleba, masła, suszonych owoców i różnych przysmaków złożone, — wcale pańsko wyglądało...
Przychodzących przywitała Hela, a tuż i ks. Michał już ubrany, w najświeższéj peruce, w najwytworniejszych sukniach, z dosyć jasną twarzą ukazał się na progu, na komplement Grąbczewskiego, odpowiadając bardzo grzecznem powitaniem.
Wacek natychmiast powinowatego swego Piotrowskiego przedstawił, ale pod imieniem Sasa, które klejnot jego oznaczało...
Piotrowski po krótkim preliminarzu zręcznie zawiązał rozmowę, któréj ks. Michał dosyć roztargniony słuchał. Nie wiele go obchodziło to wszystko. — Kiedy niekiedy rzucał słówko od niechcenia.
Tymczasem przepić musiał do gości, i razem z niemi ochoczo się wziął do śniadania.
Hela wyszła zaraz zostawując ich samych, i wkrótce Piotrowski bardzo zręcznie na elekcją się zawrócił.
— My byśmy, radzi co najprędzéj tę pańszczyznę odbyć — mówił — bo dla nas hreczkosiejów to ciężka rzecz w samą porę wiosenną, przy nadchodzących sianokosach, a gdzie może niejeden się jeszcze i nieobsiał, stać w polu kilka tygodni... a, choć suche dni minęły pościć często gęsto, bo nie każdemu stać na kuchtę.
— Zdaje się — wtrącił książe obojętnie — iż elekcja się nie przeciągnie, wszyscy zgodni prawie na Kondeusza. Drudzy kandydaci nie wielu za sobą mają.
— Myśmy to słyszeli i wiemy o tem — odezwał się Piotrowski — ale i to nam wiadomo, że Kondeusz za gotowy grosz sobie przyjaciół pokupował, a to jest obrazą Bożą, simonją wprowadzać tam, gdzie ducha świętego się wzywa i jemu potem przypisywać, co się pieniędzmi uczyniło.
U nas szlachty Kondeusz nie jest persona grata...
— A któż? — spytał ciekawie ks. Michał.
— Bóg wiedzieć raczy, kogo nam podda duch święty — śmiejąc się mówił Piotrowski. Czemu by Piast nie miał być?
— Ah! — spytał Wiśniowiecki — wybór Piasta bardzo trudny — bo to tak dobry jeden jak drugi... a zazdrość by się zrodziła nadto...
— My też nie przesądzamy nic — ciągnął na pozór obojętnie Piotrowski — to tylko W. ks. Mości powiemy, co jest rzetelną prawdą, iż szlachta niemal wszystka (trutniów się nie liczy) ani Kondeusza nie chce, ani żadnego z tych co się jemu przekupić dali.
Rozśmiał się książe słysząc to.
— Wybór będzie bardzo trudny — rzekł żartobliwie — ja tam w te sprawy się mało wdaję, za młody jestem, ale że pomiędzy panami mało kto jest nie pozyskany dla Kondeusza... — więc kandydata nie łacno znajdziecie...
— Ha! — rozśmiał się Piotrowski — przy pomocy Bożéj — gdzie kilkadziesiąt tysięcy głów jest do wybierania i do wyboru razem, jedną zawsze się wyszuka, któréj korona będzie do twarzy...
Śmiejąc się wołają niektórzy, żeby bodaj Polanowskiego, aby nie Kondeusza, ani tych co się przekupstwem skazili.
Książe Michał milczał, a Piotrowski popatrzywszy na niego ciągnął daléj.
— Ja to Waszéj Książęcéj Mości z naszych arkanów się spowiadam, bo syn Jeremiego, srodze pokrzywdzonego do magnatów tych nie należy, co bez szlachty, sami chcą koroną rozporządzać.
Zarumienił się ks. Michał — rozmowa poczynała być drażliwą.
— To pewna — odparł nieco się zawahawszy — iż ja do żadnéj partyi nie należę, a za młodym jestem, abym mógł co znaczyć między koryfeuszami... Dla mnie, kogo Bóg natchnie, a kogo szlachta wspólnie z szatanami okrzyknie panem, równie będzie wdzięcznym...
— My też nie inaczéj o Waszéj Książęcéj Mości wróżyliśmy sobie — mówił Piotrowski. — Imieniem i rodem należycie nie tylko do magnatów, ale do jagiellońskiéj dynastji — a no sercem i duchem, po tem czegoście doznali trudno wam z panami iść, — szlachta też tem więcéj was miłuje.
Skłonił się zmieszany nieco ks. Michał, niewiedząc już co mu odpowiedzieć. Nastąpiła chwilka milczenia, przerwał ją Grąbczewski.
— W. Książęca Mość, nie możecie tego ani wiedzieć, ani widzieć, jaki duch szlachtę zagrzewa... a jak oburzoną jest, że jéj Simonjacy chcą swego króla narzucić. Głoszą go bohaterem wielkim, wodzem i hetmanem, ale pono inna to wojnę poradzić z niemcami czy z francuzami, niż u nas z kozaki i tatary. Nam drugiego by Jeremiego potrzeba... a przedewszystkiem szlachta, któréj więcéj jest stokroć niż panów, pragnie obrać sobie króla po swéj myśli a woli Bożéj.
Słuchał ks. Michał zdziwiony nieco, niedowierzający, lecz ciekawy.
— Pierwszy to raz o tem usposobieniu wmościów się dowiaduję — rzekł — ale życzę, aby lepiéj porozumieć się i iść zgodnie, a do rozterki i rozdwojenia nie dać asumptu.
— Lubo, nam się widzi — dodał cicho i skromnie Piotrowski — nie może być ani walki, ni rozdziału. Nas szlachty, jest, co najmniéj kilkadziesiąt tysięcy, Kondeuszowych panów, licząc hojnie, kilkuset... więc liczba weźmie górę...
Słuchając tego programu jak zabawnéj baśni, Wiśniowiecki, który widział w tem tylko fantazję szlachecką, nie mogącą się urzeczywistnić, wesoło napełnił kieliszki winem, które przed nim stały i odezwał się konkludując do Piotrowskiego.
— Zatem waszego kandydata, zdrowie.
I wypił, a Grąbczewski z Piotrowskim żywo i głośno okrzyknąwszy — Vivat! poszli w jego ślady.
Wkrótce też potem, pod pozorem zajęcia Wiśniowiecki wstał, a szlachta się z nim pożegnała.
Wprost od niéj przeszedł książe do matki, aby jéj zdać sprawę z przyjęcia gości, choć staruszka siedząca w sąsiednim pokoju, część rozmowy słyszeć mogła.
— Mameczko droga — rzekł wesoło w rękę ją całując, rad że się pozbył szlachty, — nasz Grąbczewski przyprowadził mi osobliwego Sandomierzanina... Utrzymuje on, że na złość Prymasowi i Sobieskiemu Kondeusza nie wybiorą...
I śmiać się począł — nie mogąc powstrzymać...
— Szlachta myśli o Piaście! — dodał ramionami zżymając — górą pan Polanowski!!


V.

Kilka tygodni upłynęło na wstępnych rozprawach około królewskiéj elekcji, sam wybór się przeciągał bardzo, a panowie szlachta szemrali. W istocie przyczyn zwłoki trudno się było dobadać.
Na Woli, około okopów, obozowiska województw przedstawiały obraz tak ciekawy i ożywiony, iż tłumom, które się tu ściągały, aby mu się przypatrywać choć zdala, wcale się dziwować nie było można.
Mało kto, zamożniejszy mógł się w mieście wygodniéj rozłożyć, uboższa szlachta, a téj liczba była przemagająca, w najściślejszem znaczeniu tego wyrazu obozowała. Tylko był to obóz sui generis, bez taborów po większéj części, a że już od miesiąca się tu rozłożył, miał czas sobie stworzyć pewną fiziognomję odrębną.
Nie mówiąc już o tem, że Litwa i Ruś samą powierzchownością, mową i obyczajem, na pierwszy rzut oka różniła się ogromnie od Wielkopolski, małopolan i mazurów, każda ziemia miała odznaczające ją właściwości. Po sukniach, po wozach, po uprzężach i po garnuszkach z jadłem odróżnić było można zkąd kto pochodził...
Prześmiewano się tak dobrze z mazurskiéj mowy, jak ze śpiewania litwinów, ale drwiono też z różnych właściwości krakowian i sandomierzanów. Rzadko jednak między panami bracią przychodziło do drapieżnéj waśni, a dłuższe obozowanie pozawiązywało mnóstwo stosunków i poprzypominało dawne kolligacyje i związki.
Życie tu wiodło się w osobliwszy sposób. We wszystkich województwach, naczelnicy ich, starszyzna, pan wojewoda, kasztelan mieli rozbite namioty pańskie ogromne, często po kilka ich otaczało chorągiew, a tabor też wozów je opasywał — ale pan wojewoda nigdy lub bardzo rzadko noc przepędzał w polu, miał każdy pomieszczenie w klasztorze, dworze, w najętéj kwaterze w Warszawie, a na Wolę, do swoich zjeżdżał tylko we dnie, gdy było potrzeba. Stoły otwarte, marszałkowie dworu obsługiwali, zastępując panów.
Oprócz tych różnobarwnych, kosztownych, szkarłatnych, złocistych, pasiastych namiotów pańskich, które zdala widać było, mało kto miał pokaźniejszy.
Bracia szlachta albo sobie kleciła szatry płótnem zgrzebnem i wojłokami okryte, lub budowała szałasy, budki i szopki. Niektórzy z tarcic wcale pokaźno sklecone mieli domki słomą okryte, ale tych było niewiele.
Wóz, a przy nim daszek od słoty przyparty, ognisko wykopane w ziemi i od wiatru przysłonięte, były najzwyklejszem schronieniem. Około wozu czeladź na gołéj ziemi legiwała, chroniąc się pod wóz, gdy deszcz nocą padał... Sam też pan niewiele więcéj wymagał, bo każdy był do łowów i do koczowania nawykły, a choć potem łamało w kościach — niezważano wiele i lada smarowanie pomagało.
Konie musiały dzielić los panów, choć wielu o nie prawie dbało więcéj niż o siebie i ludzi, i dla nich szopki kleciło, a żłoby kupowało. Ubożsi wszakże z płóciennym żłobem i workami na łeb zarzuconemi się uspakajali.
Było co się rozliczności tych gospodarstw przypatrzeć, bo i tu charakter, temperament, obyczaj człowieka dobitnie się malował. Jeden dbał tylko aby jego taborek pięknie świecił, drugi aby mu wygodnie i zaciszno było.
Nie zbywało i na stowarzyszonych po kilku, którzy do spółki obozowali, gotowali, jedli, pili i noclegowali.
Bracia, powinowaci, przyjaciele chętnie się tak skupiali, bo im kupką było najweseléj, — kuchta jeden warzył, expens był mniejszy, jadło lepsze... śpiżarnia obficiéj zaopatrzona. Z tą, po czterech tygodniach, gdy się z wozów wyjadło wszystko, nie jeden miał kłopot nie mały. Trzeba było po wszystko do miasta na rynki i targi posyłać, bo przekupnie miejsca zabiegali po drogach i gościńcach, wykupując od wieśniaków wszelką żywność, a potem ją dwakroć przedając drożéj. Przychodziło nieraz z temi przekupniami, po większéj części żydkami, do kłótni i do bójki po przesmykach, a przemyślniejsza szlachta posyłała po wsiach okolicznych dla picowania..
Jadło swoją drogą, a napój też był niemałą troską, bo i o dobrą wodę dla koni i ludzi nie łatwo było, rozbijano się u studni z wiadrami, wozili ją beczkami sprzedający... Tandem bez piwa, gorzałki i nawet wina mało kto się obchodził. Co się z domu przywiozło nie na długo starczyło przy dobrych humorach, o piwo wareckie, częstochowskie i inne trzeba się było starać w Warszawie, a nie zawsze go łatwo i tanio dostać było, — na gorącu też kwaśniało prędko.
U skrajów obozu stały wprawdzie z wiechami sosnowemi budy, w których sprzedawano gorzałki, piwa, miody, a nawet liche wina, ale w tych szynkach czeladź się po większéj części napijała, bo szlachcic do nich szedł niechętnie. Najuboższy nawet swoją chciał mieć piwa bodaj baryłkę. W gorące dni wychodziło ono tak, że ani się było opatrzeć, gdy drożdże tylko pozostały. Przyjęcia u wojewodów, dygnitarzy i panów nie starczyły szlachcie — a nie codzień bywało tego świętego Jana. Kłopot więc, bo raz w raz trzeba było sięgać do mieszka, licząc się z tem, czy do końca starczy a i z powrotem do domu.
Jeśli komu tu gody były to chyba czeladzi, — dla téj elekcja rajem się mogła nazwać, bo i swobody miała więcéj i zabaw różnych do wyboru.
Około bud, szynków i kramików gromadziły się płci obojéj z miasta przybysze nie saméj ciekawości k’woli. Postrojone jejmościanki, pod wieczór zawodzące pieśni, czeladź na pokuszenie wiodły.
Obok tych, kosterów z miasta, na oko ludzi porządnych, nachodziło dużo, z kośćmi podrabianemi, z kubkami umyślnie na oszukaństwo robionemi. Kto się tu wdał w grę, nie wyszedł cały. Z tych zawsze prawie i kieszeń próżną i guzy w dodatku wynosił...
W szałasach niektórych cyganie, żydzi i różne narody grały do tańca, śpiewały pieśni, a młodzież z pannami z miasta patrzała się na pląsy... Na tem jeszcze nie koniec pokusom, bo ławek i straganów z rozmaitą kupią, stały całe szeregi, tak obrachowanych, że właśnie najpożądańsze towary w sobie zawierały, przyczem każdy taki przekupień zapewniał i poprzysięgał, że gorszy towar w mieście Warszawie, dwakroć był droższy.
W budach tych czego dusza zapragnąć mogła, dostał każdy.
Czapki, obówie różne, suknie nowe i przenoszone, chusty wschodnie, bramowania, kutasy, sznury, rzemień, sprzączki, żelaztwo... leżało tu poddostatkiem. Wszystko za bezcen...
Nie jeden łatwowierny szlachcic tak się tu zaopatrzył, że dopiero nazajutrz rano dojrzał oszukaństwo, gdy tego co go odrwił, ani było znaleźć...
Do miasta wprawdzie z ciekawości saméj każdy się wlókł gdy mógł, ale codzień tam bywać nie stało czasu.
W niedzielę obozowisko przy okopach, inną tylko przybierało postać. Budy z kupią były pozamykane, szynki nie wszystkie otwarte, bo kto mógł na nabożeństwo do kościołów spieszył.
W obozie było kaplic kilka pańskich, ale do tych się docisnąć nie każdy mógł i umiał. Wabiły też uroczyste nabożeństwa u św. Jana, u Jezuitów, u Bernardynów i po innych bliższych kościołach. Obóz w święta i w niedziele zamierał, panowie wszyscy ucztowali w mieście, gdzie zawsze któryś z ważniejszych przyjmował, Prymas czasem, hetman, kanclerze, marszałkowie, Radziwiłłowie, Pacowie, Lubomirscy.
We dni powszednie szlachta wcześniéj od panów otaczała szopę, i nierychło się doczekała z miasta prywatów.
Każdy z nich z pompą się stawił i okazałością, z pocztem, z hajdukami, z czeladzią, a kolasy pozłociste, a barwy jak z igły...
Biednéj szlachcie już zmęczonéj wyczekiwaniem widok tych wspaniałości o świadczących dostatkach, więcéj przynosił goryczy niż pociechy. Kłaniano się duchownym okrom Prymasa, który miru nie miał, ale innych zuchwałe mierzyły wzroki i nie jeden nieprzyjemny wykrzyknik doleciał do ucha. Przez kilka tygodni miał czas każdy poznać i barwę i konie i dwór i oblicza dygnitarzy... Pokazywano ich sobie palcami.
Szopa, w któréj się naradzano oblężoną była po dniach całych, a szlachta otaczająca często bardzo burzliwie i krzykliwie się znajdowała... tak że Prymas i staruszkowie biskupi bledli, bo i szable pobrzękiwały i odgróżki latały w powietrzu.
Nikt już teraz nie mógł zaprzeczyć, że usposobienie umysłów po województwach bardzo rokoszem pachło. Spodziewał się jednak każdy z wojewodów i starszyzny, że u siebie, przez wiernych klientów burzę zażegna. Nie pierwszy to raz butna szlachta chciała moc swą pokazać, a gdy ją długo wytrzymano na słocie, o głodzie, w końcu szła gdzie jéj wskazano.
Tak, zdaniem Prymasa i Hetmana tym razem też być miało... A że niecierpliwość rosła coraz i objawiała się codzień gwałtowniéj — postanowiono wreszcie, że posłów od kandydatów do korony przyjmować miano, co zapowiadało już zbliżającą się elekcję. Dla wszystkich była ta chwila stanowcza, bo i na wystąpienie posłów rachowali partyzanci, gdyż z wspaniałości ambasady wnoszono o zamożności panów, co je wysyłali. A nie łatwą rzeczą było wystąpić tak, aby ludziom zaimponować tam, gdzie naprzykład hetman Sobieski z królewskim niemal przepychem się pokazywał codzień, z końmi, kolaskami, usarją, kopijnikami, kozakami, z których kapało złoto.
Obok hetmana, Radziwiłłowie też z niemniejszą ostentacją przyjeżdżali, a Lubomirscy, Pacowie, nawet Morsztyn nie dawali się im zatrzeć.
Jedni przepychem, drudzy smakiem, ci końmi, tamci rzędami i uzbrojeniem celowali, tak że było codzień na co patrzeć.
W szopie czasem wrzało i huczało, a gdy się tu poczęło, do koła też szlachta brała udział we wrzawie. Dopiero pod wieczór kończyły się narady i znowu począwszy od kolaski Prymasa ciągnęło to wszystko mimo domu kanclerzynéj do miasta.
Tu mało kto nie był zmuszony stanąć, bo piękne panie niedawały się pominąć, nie zasiągnąwszy wiadomości u źródła. Często bardzo przed tym domem kanclerzynéj powozów, koni i ludzi było tyle, że drogę zapierali. Rozlegały się wesołe śmiechy, szumiały rozmowy, rzucano spragnionym z okna pomarańcze. Pacowa kazała roznosić po gościńcu wino i napoje, jakich kto zażądał.
Wcale się nie troskano o to, że oprócz osób należących do tego towarzystwa, mnóstwo szlachty, mieszczan i gawiedzi różnéj przypatrywało się temu pańskiemu... mięsopustowi na ulicy, który szlachtę szczególniéj raził i oburzał wyzywającem swem przyzwoitości lekceważeniem.
Na tém kończyły się prace dzienne senatorów, którzy powróciwszy do Warszawy, przebrawszy i otrząsłszy z okrutnego kurzu, który najczęściéj na drodze tumanami się wzbijał, jechali albo na nowe narady, lub zaproszeni na biesiady, najczęściéj kończące się takiemi upojeniami, że niektórzy z niego dopiero około południa wychodzili, całkiem już do szopy i okopów jechać nie mogąc.
Tu także noc miała swą odrębną fizjognomją. Nie mówiąc o budach pod wiechą, otwartych do białego dnia, z pod których dromle, cymbały, szaławaje i skrzypki ze śpiewkami słychać było, a do nich czeladź się wykradała, pod wielą namiotami i szałami ucztowano nie wytwornie, ale obficie się składając na wspólne biesiady. Napoje wówczas podbudzały umysły, żywiéj poruszały serca, śmieléj się odzywano i tu niechęć przeciwko panom, która była hasłem elekcij od początku rosła, coraz groźniejszą się stająca.
Karmiono ją umiejętnie codzień nowemi opowiadaniami, a dosyć było samego widoku tych przepychów urągających się szlacheckiéj mierności i ubóstwu, aby oburzyć i do zemsty podbudzić.
Lada słówko prawdziwe czy fałszywe, jakoby na pokojach wyrzeczone, które piórkami różnemi przystrajano, rozchodząc się z ust do ust jątrzyło ją coraz więcéj. Utrzymywano, że Prymas i Hetman ze wzgardą się wyrażali o gawiedzi szlacheckiéj, o szaraczkowych kapotach, którą obelżywie „szują” zwali. Szlachta zrywała się do szabel zgrzytając zębami i czasem tylko ostygnięciu w nocy i snom uspokajającym winni byli panowie, iż ich nie napastowano, gdy do szopy jechali.
Trafiało się już wszakże, iż po drodze napiły, a nieumiejący się utrzymać szlachcic pięść ściśniętą wyciągał bodaj naprzeciwko Prymasa, a drugi szablą pobrzękiwał. Wówczas nie pozostawało im, jak — niewidzieć i niesłyszeć, odwrócić się i pominąć zuchwalca.
Pomimo tych oznak, coraz częstszych podrażnień, panowie wcale niezwątpili o sobie i swéj sile.
Klienci ich, któremi się każdy posługiwał, nie mówili im prawdy i nie śmieli wyznać, że ust otworzyć już w obronie Kondeusza i jego partyi nie było można w obozie.
Gorzeński, który z raportami przychodził do Prażmowskiego, Korycki niejaki, służący w tenże sposób Sobieskiemu, Moczydło, który był Paca sługą, spróbowawszy panów swych ostrzedz, nieznalazłszy u nich wiary, albo milczeli i dysymulowali, lub sprowadzali to o czem donosili do najdrobniejszych rozmiarów.
W obozie szlacheckim pomimo nocnych narad i spisków, we dnie panowała karność, bo i Piotrowski i jego pomocnicy ciągle to szlachcie wrażali, że do momentu ostatecznego, powinna się zachować skromnie, cicho, aby przedwcześnie panów do obrony nie zbudzić.
Piotrowski był niezmordowanie czynnym, ale po swojemu — wszędzie on był, albo ręka jego, a nigdzie go widać nie było.
Tak stały rzeczy, gdy jednego poranka, hrabia Chavagnac, poseł niefortunny księcia Lotaryngii, kończył się ubierać i oblewał perfumami, mając wyjechać do Kanclerzyny, a w tem służący mu oznajmił, że jakiś szlachcic życzył sobie z nim mówić.
Rola, jaką tu hr. Chavagnac odegrywał, była bardzo smutną. Godzien lepszego losu, lepszéj sprawy, przebiegły, zręczny, umiejący sobie drogę utorować wszędzie murów nie rozbijając, dworujący chętnie pięknym paniom bez różnicy do jakiego obozu ich mężowie należeli i tym sposobem dowiadujący się mnóstwa tajemnic — od niejakiego czasu udawał zrozpaczonego i zwątpiałego.
Mówił otwarcie, że się już niczego nie spodziewał dla swego kandydata, ale mu honor kazał dotrwać do końca.
Potajemnie protegowany przez Austrję, Chavagnac przekonywa się, jak ta opieka w Polsce małego była znaczenia bez pieniędzy. Temi musiał bardzo oszczędnie szafować, bo zapasy się wyczerpywały.
Nieumiejętność krajowego języka zastępował Chavagnac jaką taką łaciną, a w najgorszych razach tłómaczem się posługiwał.
Oznajmienie o szlachcicu nieznajomym, który z nim mówić życzył sobie — nie było mu w téj chwili pożądanem, bo mu żaden taki szlachcic nie mógł się przydać. Skrzywił się i byłby go odprawił z niczem, gdyby nie myśl, że wszystkiego próbować i w zdesperowanych razach wszelkich środków się chwytać należało.
Przyglądał się jeszcze w zwierciadle najwytworniejszemu swemu ubraniu, które mu było do twarzy i poprawił peruki, w lokach spadającéj z obu stron świeżéj i ładnéj twarzy, pełnéj życia i dowcipu, gdy w tem samem zwierciadle pokazał mu się wchodzący gość tak ubogo, biednie, nieobiecująco wyglądający, iż Chavagnac pożałował, że go kazał wpuścić.
Obok niego miał nawet postać żebraka. Żupanik wybladły na piersiach, na tem kontusz sukienny dobrze przenoszony, pas zwiędły i wymęczony, na nogach buty niegdyś czerwone, ale dziś barwy niedającéj się oznaczyć. Szabelka w oprawie prostéj... czapka w reku z barankiem, którego tylko resztki pozostały — oto był strój, w jakim Piotrowski się stawił do eleganckiego, posła księcia Lotaryngii.
Piotrowskiemu na posmarowanie biedaków, których używał do rozbudzania szlachty na ospałych województwach potrzeba było koniecznie pieniędzy. Zbierać ich po szlachcie nie mógł, straciłby mir u niéj przez to... od nikogo też brać nie chciał. Myśl mu przyszła śmiała do posła Lotaryngskiego zastukać, który miał w tem największy interes, aby szkodzić Kondeuszowi. Dictum, factum i oto stał przed hr. Chavagnac’em.
Hrabia przyjął go ukłonem zimnym nader, ale grzecznym. Nadto był dobrze wychowanym, by komukolwiek chciał uchybić, a robić sobie nieprzyjaciół nie była też pora.
— Mówisz pan po łacinie? — spytał go Piotrowski.
Chavagnac skłonił głową.
— Z biedy się rozmówimy — odparł.
Oko dyplomaty po odezwaniu się, poczęło badać przybysza i hrabia zaciekawiony, postrzegł, że może go powierzchowność omyliła.
Wejrzenie Piotrowskiego zdradzało inteligencję. Nie płaszczył się też i nie uniżał jak inni, umiał zachować swą godność, co także mówiło za nim.
— Jesteś pan posłem księcia Lotaryngskiego? — spytał przybyły.
Chavagnac potwierdził.
— Musi więc waćpanu chodzić o to, abyś się niewygodnego i niebezpiecznego zbył współzawodnika. Mówię o Kondeuszu.
Wyrazy te w ustach tak niepoczesnego człowieka, wywołały uśmieszek mimowolny na usta posła. Co taki biedak mógł zaszkodzić Kondeuszowi, a pomódz Lotaryngskiemu?
Uśmiechu tego może dostrzegł Piotrowski, ale się nie zmięszał.
— Któż pan jesteś? i w czyjem mówisz imieniu? — zapytał Chavagnac.
— Kto ja jestem? — począł spokojnie szlachcic — to mój strój i mina powiada panu. Jestem jednym z tych dwudziestu tysięcy, electores regum, którzy stanowić będą w koronie.
Skłonił się Chavagnac.
— Przychodzę sam od siebie — ciągnął daléj Piotrowski, i mam panu do uczynienia propozycję. Chcesz waćpan abyśmy ekskludowali z liczby Kondeusza, jako jawnie o przestępstwo obwinionego?
Poseł się aż rzucił w tył ze zdumienia.
— Ekskluzja Kondeusza! — zawołał żywo — zapewne! nic dla mnie pożądańszemby być nie mogło, ale jakże się to może stać?
— Co panu do tego, jeśli ja biorę na siebie, że my go wyłączymy — odparł Piotrowski.
— Jakaż rękojmia?..
— Żadnéj... moje słowo. Chcesz waćpan, dobrze — nie — kłaniam uniżenie. (Servus).
— Czekajże! na Boga! — zawołał mocno zaintrygowany Chavagnac — proszę pana. Rozmówmy się lepiéj, otwarciéj. Nie chcesz mi pan powiedzieć nazwiska swego?
— Owszem, jeśli ono potrzebne — rzekł — Sas — ale ono nie nauczy niczego... Jestem sobie ubogi i nieznaczący szlachcic — a jak mnie waćpan widzisz — ręczę za ekskluzją Kondeusza.
Chavagnac milczał.
— Tak — rzekł w końcu — ale jakież warunki?...
— Nader przystępne — odezwał się zimno Piotrowski. — Sto dukatów, nie więcéj.
Śmiać się zaczął poseł.
— Żartujesz pan ze mnie? — zawołał.
— Bynajmniéj, daje na to szlacheckie słowo, a u nas verbum nobile to tak jak przysięga, że Kondeusz będzie ekskludowany.
Pewność z jaką to mówił Piotrowski tak uderzyła Chavagnaca, że się głęboko zamyślił.
Targ, jaki mu szlachcic proponował zdawał się śmiesznym, lecz Chavagnac znał już do tyla Polskę, iż wiedział, że tu z powierzchowności sądzić nie można. Śmiałość, pewność siebie Piotrowskiego, imponowały mu... wahał się. Ofiara była małoznaczącą, ale oszukanym być sobie nie życzył.
— Przyznasz pan — odezwał się — iż propozycja takiéj przysługi od zupełnie nieznajomego, który oprócz słowa swego żadnéj nie daje rękojmi, potrzebuje namysłu. Nie idzie o sumkę tę, jest ona nieznaczącą, ale to wygląda na żart ze mnie!
Zmarszczył się Piotrowski.
— Mówię serjo i słowa dotrzymam, a nie miła moja ofiara...
Skłonił się.
Powaga i zimna krew szlachcica zwyciężyła. Chavagnac wyciągnął mu rękę.
— Siadaj pan, przynoszę co żądasz...
Zamiast usiąść Piotrowski począł się przechadzać po pokoju, a Chavagnac wkrótce powrócił z rulonikiem, który mu wcisnął w rękę.
Szlachcic mu nie podziękował i obojętnie wsunął go do kieszeni.
— Słowo jeszcze — zatrzymując już wybierającego się odchodzić odezwał się Chavagnac. — Jakie masz pan środki, aby dokazać tego cudu?
— Najprostszy w świecić, jeden tylko, wiemy kogo i za jaką sumę kupił Kondeusz, co wziął i ma obiecane Prymas, Hetman i jego żona, Pacowie i inni... dosyć będzie huknąć, aby zmusić senatorów do ekskluzij. Rzecz jest pewna i stanie się jak powiedziałem — dokończył Piotrowski.
Wszystko to stało się tak jakoś niespodzianie i prędko, że dopiero po odejściu szlachcica, poseł rozmyślając nad tem co uczynił — chociaż sam się śmiał z łatwowierności swojéj — uznał dobrem, że sto czerwonych złotych ważył dla dokonania tego, za coby chętnie wprzódy ofiarował był tysiące.
Ale był też w położeniu tak rozpaczliwem, że stawić małą sumkę z nadzieją choć najsłabszą wygranéj, mogło mu w każdym razie być wybaczonem.
Dnia tego, jak zwykle, jechał do domku nadrożnego Kanclerzynéj, gdzie się piękne panie zbierały, aby słuchać kondolencij nad swym losem i żarcików. Tym razem jednak mała ta, nic nieznacząca okoliczność, spotkanie z Piotrowskim, dawało mu i humor lepszy i iskierkę nadziei.
Księżna Radziwiłłowa, gdy wszedł, pierwsza z twarzy jego wyczytała, iż był lepszéj myśli.
— Hrabio — spytała go żartobliwie — miałżebyś od wczora pozyskać Prymasa, czy Hetmana, że tak dziś wyglądasz wesoło?
— Ja? — odparł zręczny francuz, ruszając ramionami — nie próbuję, jak księżna wiesz najlepiéj, oblegać twierdz niezdobytych.
— Ale dziś masz niemal twarz zwycięzcy! — śmiała się księżna.
— Bez méj wiedzy — rzekł Chavagnac — gdyż czuję się, wedle logiki ludzkiéj najniezawodniéj pobitym... alem sobie przypomniał co historja powtarza nieustannie, że los dumnych upokarza... a Kondeuszowi tak zawczasu tryumfują... iż mogą wywołać zemstę losu.
— Z któréj hr. Chavagnac będzie się starał skorzystać! — zaśmiała się księżna.
Hrabia skłonił się w milczeniu.
O trzy kroki daléj siedziała w blasku swéj piękności królewskiéj Marja Kaźmira, przy niéj wsparty na poręczy krzesła stał Hetman, który, jadąc do szopy na chwileczkę się tu zatrzymał.
Francuzka zrana odebrała listy ode dworu, a twarz jéj promieniała tryumfem. Warunki wszystkie, jakie Sobiescy stawili za wybór upewniwszy Kondeusza, zostały przyjęte — a mimo to Hetman miał oblicze posępne i wąsa tak targał, jak gdy go co mocno drażniło. Razem z żoną wyszli do sąsiedniego gabinetu.
— Cóż tam znowu zaszło żeś tak chmurny? — zapytała Marysieńka.
— Jestem zmęczony jak wyrobnik! — zawołał Sobieski; — ani dnia, ani nocy spokojnej i drzwi się nie zamykają; ciągłe wydatki, na nic nie starczyć groszem — a na dobitkę mi Korycki młody przyniósł złe wiadomości z Woli.
— Z Woli? a cóż to być może — pogardliwie spytała Sobieska.
— Szlachta nie żartem spiskuje — mówił cicho Hetman — wre i kipi u Sandomierzan, w Krakowskiem, odgrażają mi że nas na szablach rozniosą i wprost wołają, żeśmy koronę sprzedali.
Zaperzyła się Marja Kaźmira.
— Hałastra! — zawołała gniewnie, tupiąc nóżką. — Szablami grożą, jak gdybyście wy wojska nie mieli, które ich w puch rozbić może!
— A potem? — pytał Sobieski — któż będzie króla wybierał?
— Senat... wy! okrzyknie go Prymas.
— Łatwo to powiedzieć, ale nie tak jak się zdaje dokonać. Za szlachtą stoi cała rzeczpospolita i jej prawa, które szanować musiemy.
Ze zmarszczonem czołem zabierał się odchodzić.
— Korycki młody — przerwała nagle królowa — kłamcą jest. Chce tylko wyłudzić pieniądze. Strzeż się go.
— Pieniędzy nie żądał — odparł Sobieski — bo powiada że teraz na nic by się nie zdały.
Niedowierzająco popatrzyła piękna pani, niemogąc pojąć, aby kto nie potrzebował pieniędzy, gdy je pod jakimkolwiek wyłudzić mógł pozorem.
— Koniec końcem — całując białą rączkę, niechętnie podaną mu — rzekł Hetman: panu Bogu podziękuję gdy zaśpiewamy Te Deum; niewytrzymałbym dłużéj...
— Jutro, poseł Kondeusza? nie prawdaż — zapytała żona.
— Tak jest; dwie moje najpiękniejsze karety muszę posłać po niego, a moja pani i królowa będzie musiała niebieską się kontentować i temi woźnikami co przyszły z Jaworowa.
Byłaby może zaprotestowała piękna pani przeciwko poświęceniu jéj dla posła Kondeuszowego, ale dla Francji gotową była na tę ofiarę.
Z kolei przed galerją Kanclerzynéj przesunęły się wszystkie orszaki panów ciągnące do okopów. Młody Pac w towarzystwie ks. Michała, którzy dnia tego nie potrzebowali się znajdować przy swoich województwach — przybyli też bawić panie do pawilonu Kanclerzynéj.
Pomimo bardzo starannego ubrania, książe Michał, w towarzystwie, w którem się kilku francuzów, Chavagnac, Pac i inni eleganci znajdowali — stawił się nader skromnie.
Oczy pięknych pań zmierzyły go ciekawie.
— Ten biedny Wiśniowiecki — szepnęła młoda Radziwiłłowa — aż mi go żal. Tak wszędzie pokorną i nieznaczącą rolę grać musi.
— Był to ulubieniec Marji Ludwiki — z przekąsem odezwała się Sobieska, — ale tylko dobre serce téj pani, mogło do istoty tak upośledzonej się przywiązać.
— Jakto? — przerwała Radziwiłłowa — słyszałam że mówi ośmiu językami!
— A tak, ale żadnym z nich nic do rzeczy powiedzieć nie umie — rozśmiała się Hetmanowa — i ten wiekuisty pozór ofiary, mający obudzać współczucie!
— Nie miał szczęścia się wam podobać? — podchwyciła Radziwiłłowa — tembardziéj mi go żal.
Sobieska ruszyła ramionami.
W istocie ks. Michał, zmuszony pozostać w cieniu, sam jeden, bo mało kto się chciał zbliżyć do niego, nie znalazł nikogo takiego oprócz Chavagnaca, który tego dnia miał więcéj uprzejmości niż zwykle i sam go przyszedł powitać.
— Na kiedyż wasz wjazd? — spytał go ks. Michał.
— Zapewne pojutrze — odparł wzdychając Chavagnac — mowę mam już gotową, ani się z tem kryję, że jéj sam nie pisałem.
— Ks. Riquet — szepnął Wiśniowiecki.
— Tak jest — potwierdził hrabia — ale co znaczą najpiękniejsze słowa, gdy się niema czem poprzeć!
Żartobliwie ręce rozpostarł.
— Heroicznie — dodał — spełnię moją ofiarę i wypiję kielich do dna. Gdyby nie to że Neuburg jeszcze jest biedniejszym odemnie, bo o nim nawet mowy niema, byłbym najnieszczęśliwszym z ludzi.
Wiśniowiecki stał obojętnie zadumany czy roztargniony.
— Mój hrabio, — rzekł w końcu — mówią że w czasie elekcji dzieją się czasem rzeczy niespodziane. A nuż szlachcie się zamarzy okrzyknąć Lotaryngskiego?
Skrzywił się Chavagnac.
— Nie żartujcież! — odparł — co niepodobna — niepodobna. Mojem zadaniem twarzą pogodną złą grę witać. Patrz książe, jak mój rywal jest tryumfujący...
Chwila była jakiegoś milczenia — okna galerji stały otwarte; zdaleka od okopów wiatr przyniósł jakby jakiś szum i wycie. Szlachta się także około szopy manifestowała.
Chavagnac się wzdrygnął cały.
— Trzeba przyznać — rzekł — że ta potwora Apokalypsy, która się zowie tłumem, głos ma nie piękny. Ryczy nawet gdy się weseli, a cóżby było gdyby się chciała rozgniewać!
Niektóre z pań zadrżały też na odgłos krzyków, dochodzących je od okopów. Sobieska, przypominając co jej mówił mąż, pobladła, ale Kanclerzyna Pacowa nie strwożona odezwała się:
— Szlachta jest w dobrym humorze! to dobrze! Im głośniéj krzyczy, tem pewniéj zrobi co jéj każe starszyzna. Ja się raczéj boję milczenia.
W tem zahuczało na gościńcu, na pole pędził jeszcze spóźniony biskup Chełmiński Olszowski, ale na widok jego wszyscy odwrócili głowy, panie się pochowały, i minął galerję, niemając się komu pokłonić.
— Przyjaciel Wiśniowieckich! — szydersko syknęła Dönhoffowa, spoglądając z ukosa na stojącego w cieniu ks. Michała. — Podziwienia godna odwaga że śmie z tem występować.
W tem weselszy jakiś przedmiot śmiechem wielkim, szepty te zagłuszył.



VI.

Nieodstępnym towarzyszem młodego Paca, który często księcia Michała odwiedzał, był jego wieku, daleki i powinowaty, Zygmunt Kiełpsz, staréj litewskiéj rodziny potomek, sierota, miernego majątku. Ale wychowany starannie, bo go Pacowie ze swemi synami razem w domu i za granicą kształcili.
Kiełpsz miał wprawdzie parę wiosek w Olszmiańskiem, które puszczał dzierżawą, starczyło mu to na przyzwoite utrzymanie, ale obok Paców uchodził za ubogiego. Bardzo miłéj powierzchowności, paniczykowato wyglądający, po francuzku przebrany, wesół, śmiały, żywy, Zygmunt miał dosyć szczęścia między ludźmi, a szczególniéj opiekowała się nim troskliwie pani Kanclerzyna.
Łaski téj pani miały naówczas wielkie znaczenie. Niegdyś zachwycająca urodą i wdziękami, Klara Eugenja de Mailly, daleka krewna Marji Ludwiki, powinowata Kondeuszowi, znakomitego rodu — teraz już trzydziesto kilko letnia, ale jeszcze piękna a nadewszystko za piękną uchodzić pragnąca, nie mogła rywalizować ze swą przyjaciółką Hetmanową Sobieską ani świeżością, ani blaskiem, ale powagą i wziętością w niczem jéj nie ustępowała.
Kiełpsz miał naówczas lat dwadzieścia i Kanclerzyna obchodziła się z nim jak z wyrostkiem, ale zazdroszczono mu téj opieki. Zygmuś zresztą miał łaski u wszystkich i starał się wkupić w nie, będąc uprzejmym dla każdego.
Młody Pac przybrał go sobie za przyjaciela a razem sługę, bo Kiełpsz słuchał jego skinienia, ułatwiał mu, pośredniczył — i rzadko ich widywano osobno, tak że spotykając pojedyńczo, natychmiast się o drugiego dopytywano. Zawisłość tę swoją od Paców Kiełpsz zrobił jako rzecz naturalną, wypływającą z położenia, o wyswobodzenie z niéj nie dobijając, młody, wrażliwy, bywając często w domu Wiśniowieckich, Zygmunt spotykał zawsze Helę, a składało się tak, że ona go zabawiała i on się nią zajmować musiał.
Piękność, a nadewszystko rozum i właściwy jéj wdzięk, który nieodejmując młodości, nadawał rzadko w tym wieku powagę Zebrzydowskiéj, powoli młodego Kiełpsza rozmarzyły i zachwyciły.
Zakochał się w niéj szalenie. Miłość ta długo pozostała niepostrzeżoną, on sam się może do niéj przed sobą nie przyznawał — ale z każdym dniem rosła i naostatek stała widoczną. Pac zaczął Helą prześladować przyjaciela.
Było to uczucie — bez przyszłości i bez nadziei. Najprzód Hela, mimo grzeczności dla Kiełpsza, okazywała się obojętną, potem wiadomem było, że ona nie miała majątku, a Zygmunt był bardzo miernego. Pacowie chcieli go, obyczajem w wielkich rodzinach bardzo pospolitym, ożenić z jaką bogatą, niemłodą wdową, któraby mu wniosła zamożność do domu. Nie mogło więc być mowy o Zebrzydowskiéj, nie mającéj nic oprócz opieki ks. Gryzeldy, która sama cierpiała prawie niedostatek.
Wszystko to i on sam sobie i Pac mu ciągle powtarzał, a niemniéj Zygmunt upierał się, rozmiłowując coraz mocniéj w wychowance ks. Gryzeldy.
Zdradzające się atencje młodego chłopaka, Hela przyjmowała z widocznym frasunkiem i zakłopotaniem. Była dla niego chłodną, a strzegła się najmocniéj, aby grzeczności nawet fałszywie sobie nie tłómaczył.
Nadskakiwania Kiełpsza nie uszły i oczów księżnéj Gryzeldy, która o swą wychowankę spokojną była, ale radaby ją była widzieć — szczęśliwą może inaczéj — a nadewszystko się z nią nie rozłączać.
Naostatek i ks. Michał dostrzegł, że Zygmunt się zalecał, wesoło winszując tego Heli, która się rozgniewała.
— Przepraszam cię, moja kochana Helo — odparł ks. Michał — niema się za co srożyć na mnie. — Kiełpsz jest bardzo dobrym, miłym, zacnym chłopakiem i nikomu zaloty jego nie czynią krzywdy.
— Ale niegodzi się grzeczności młodego kawalera zwać zalotami — odparła Hela, bo ani ja jestem do zalotów, ani on o nich nie myśli.
— Dla czegożby on w ślicznéj mojéj Heli nie miał się zakochać po uszy? — żartował kuzyn — ja to znajduję tak naturalnem, że gdyby widując cię nie kochał się, posądziłbym go o ślepotę...
— Nie wiesz, jaką mi tem przykrość czynisz — przerwała Zebrzydowska — obracając w żart... to, co dla mnie jest bardzo smutnem. Ja, nikomu żadnego nie zazdroszczę losu, alebym pragnęła, aby mnie ludzie nie narzucali tego, który moim być nie może. Stworzoną jestem na cichą sługę i pomocnicę, na to czem jestem przy twéj matce... więcéj nic nie pragnę. Do świata niemam ani tych przymiotów, jakich on wymaga od swoich, ani mnie on nęci. Jestem szczęśliwą... bez zalotów, bez marzeń o małżeństwie. Cóżbym ja komu przynieść mogła?...
— Jużciż przecie kiedyś zamąż wyjść musisz? — zawołał.
— Nigdy — mówiła Hela.
— I Kiełpsz ci się niepodoba? — pytał książe.
— Owszem, jest bardzo miły i może bardzo dobry chłopak, gdy wy wszyscy za nim świadczycie — mówiła Zebrzydowska — ale w nim rozmiłować się nie myślę, a jego grzeczności dla mnie wielce mi ciężą.
Książe Michał trzymał stronę zakochanego, dowodził, że należał do bardzo dobréj rodziny, że nie był tak ubogim, jak utrzymywano, a rachować mógł na spadki, na protekcję wszechmogących na Litwie Paców i na krescytywę.
— Cóż mnie to wszystko obchodzi, kiedy ja ani za niego, ani za nikogo zamąż iść nie myślę — odpowiadała Hela.
— Ale dla czego?
— Nie mam powołania do tego stanu — mówiła Hela, spuszczając oczy. — Czyżbyście się mnie pozbyć chcieli?...
Ks. Michał porwał się zagniewany.
— Mnie o twoje szczęście chodzi — zawołał z gorącością, którą rzadko okazywał — bo nic w świecie przykrzejszemby być nie mogło, nad rozstanie się z tobą. Nie pojmuję życia bez ciebie...
Hela miała oczy spuszczone.
— Nie szukajże dla mnie także innego szczęścia nad to, jakie ja mam dziś i chcę jaknajdłużéj się niem cieszyć...
— Tak, moja Helo — ciszéj rzekł książę — ale przyszłość?...
— Przyszłość — odparło dziewczę — wiem co myślisz. Ty możesz się, a raczéj musisz ożenić, ale twoja żona pozwoli przecież, abym ja jéj służyła wiernie, jak twéj matce. Ja więcéj nic nie wymagam, tylko nie odłączać się od was. Od dzieciństwa przywykłam do tego domu i innego mieć nie chcę, a bardzo skromnym w nim kątkiem się zaspokoję.
Z uczuciem pochwycił ks. Michał rękę wyrywającą się Heli i okrył ją pocałunkami.
— A! ten świat, te jego wymagania, obowiązki względem imienia i rodziny, wszystko to, co człowieka czyni niewolnikiem — jak to są rzeczy smutne i wstrętne. Czemu się od tego uwolnić nie można, gdy kto niema ambicij, a od losu dla siebie nie pragnie niewiele[2]?...
— Nie zapominajcie — poczęła Hela — że kobieta może się wyrzec wszelkiéj ambicij i samoistności, a mężczyzna nie, bo jest głową rodziny...
— Dajmy temu pokój — niecierpliwie dorzucił ks. Michał — poco przewidywaniami zatruwać sobie chwilę obecną! Będzie co będzie. Gotówbym moje szczęście twojemu poświęcić... i dlatego łapię Kiełpsza, gdzie mogę, ale w istocie wszystkichbym prędzéj porozpędzał co nam cię odebrać grożą.
Chociaż sam tak na próbę, czy naprawdę protegował Kiełpsza, książe Michał, gdy ten więcéj nadskakującym, natarczywszym się okazywał — chmurzył się tak, że go można było o zazdrość posądzić.
Nie mógł nic zarzucić panu Zygmuntowi, ale szukał w nim jakichś śmiesznostek. Znajdował, że niemiał smaku w ubraniu, że zanadto się trzpiotał, że zbyt zależnym wisiał przy Pacach.
Wszystko to przynosił Heli, która uśmiechając się, odpowiadała:
— A przecież zalecałeś mi go?
— Bo ma też i dobre strony, ale właśnie dlatego, że go upatrzyłem dla ciebie, radbym mu wszystkie przyswoić doskonałości.
Rzadko którego dnia nie wspomniał o Kiełpszu, a ta usta mu zamykała.
— Ale dajże mi z nim pokój.
Księżna Gryzelda, którą los wychowanki wielce obchodził, dopatrzywszy się zalecanek Zygmunta, mocno się nim zajęła. Postarała się zebrać wiadomości o rodzinie, stosunkach, majątku i znajdowała, że dla Heli nie byłby — do odrzucenia.
— Hela, zwierzała się synowi, pewno więcéj warta, imie Zebrzydowskich samo wiele znaczy — a jéj przymioty tysiąc razy więcéj jeszcze, ale kto się pozna na téj stokrotce ukrytéj w trawie, która główki nad nią podnieść nie chce? Skarb to jest ta dziewczyna — niestety! ludzie się na nim nie poznają!!
Ks. Michał na zwierzenia odpowiadał tem co słyszał od kuzynki, że ona ani za mąż, ani z ich domu wychodzić sobie nie życzyła.
— Nie racja to, abyśmy my się nie starali o to, co jéj przyszłość zapewnić może — mówiła ks. Gryzelda. — Ja nie jestem długowieczną. Cóż potem? Przy tobie pozostać nie może, chyba gdybyś się ożenił... a narzucać jéj żonie twéj niepodobna, jeśli się sama na niéj nie pozna. Musiemy przecie wyszukać jéj męża. Do klasztoru, pomimo zamiłowania spokoju i pobożności powołania nie ma. Ja oddawna staram się i powoli dla niéj gromadzę wyprawę...
Rozmowy podobne powtarzały się często, a Kiełpsz tymczasem nie zrażony okazywanym mu chłodem, coraz się większą zapalał namiętnością.
Doszło to do tego, że się nie powstrzymał i przed opiekunką Pacową, która Zebrzydowskiéj nie znała prawie, wychwalać ją zaczął. Obudziło to do tego stopnia ciekawość kanclerzynéj, że — rzadko odwiedzając ks. Gryzeldę, dwa razy umyślnie pojechała do niéj, aby się lepiéj Heli przypatrzeć. Umiała ją wciągnąć w rozmowę, wybadać i wprawnem okiem kobiety na wielkim wychowanéj dworze oceniła ją jak zasługiwała...
— Ma w sobie wszystko, co by z niéj mogło bardzo znakomitą uczynić panią — ale uboga — bez rodziny — trudno aby w towarzystwie dobiła się należnego stanowiska...
Nie dziwuję się Zygmusiowi, że mu głowę zawróciła — choć ani on dla niéj, ani ona dla niego. Kiełpszowi potrzeba majątku, jéj także... ubodzy musieli by się na wsi zakopać... Nie każdy znajdzie Władysława jak Kazanowscy. Myśmy dla Zygmusia wiele uczynić gotowi, ale mu fortuny dać nie możemy. Kto ma dziś dosyć?
Kanclerzyna usiłowała wybić z głowy protegowanemu Helę. — Biedny chłopak milczał, było to nad jego siły. Szukał wszelkich możliwych środków, aby się dostać do dworku Wiśniowieckich i choćby spojrzeć na Helę. Pac doszedł, że się stał nawet z tego powodu pobożnym, bo wyśledził w którym kościele ks. Gryzelda z wychowanką bywały i łapał je u kropielnicy, przy wyjściu, a potem odprowadzał na Miodową.
Widząc go za każdym razem rumieniła się Hela, często go zbywała milczeniem upartem — ale to go nie zrażało. Przeciwnie ks. Gryzelda, która rachowała na protekcją Paców, na opiekę kanclerzynéj, a nic dla Heli lepszego nie widziała, starała się Kiełpsza pociągnąć, ośmielić, zapraszała go, dawała małe polecenia.
Kiełpsz, który jéj był niewymownie wdzięcznym, korzystał chciwie z uprzejmości ks. Gryzeldy. Wykradał się z odwiedzinami, siadał i przesiadywał przy krosienkach Heli i stoliczku staruszki, przynosił nowiny i skrypta, słowem nie wahał się okazywać, że konkurował o łaski panny.
Ale im on się stawał natarczywszym, tem Zebrzydowska zimniejszą się być starała. — Ostrożnie napomykała księżnie, że — możeby nie należało tak często przyjmować Kiełpsza.
— Cóż ci to szkodzi! — odpowiadała uśmiechając się staruszka — ja go dla siebie nie dla ciebie zapraszam, bywa tylko przy mnie... Nie zaleca się tak, aby ci to mogło czynić ujmę... Ja go bardzo lubię i dziwię, że ty ocenić nie umiesz...
— Ale, mamuńciu — przyklękając przed staruszką mówiła Hela — ja mu oddaję sprawiedliwość — jest z młodzieży może najprzystojniejszym — po księciu Michale, ma tylko tę wadę, że się chce zalecać, ja tego nie lubię.
Księżna Gryzelda za każdym razem kończyła rozmowę długim wywodem konieczności zabezpieczenia się na przyszłość.
— Moje dziecko — mówiła — gdy się znajdzie człowiek zacny, uczciwy, który się gorąco przywiąże, nie potrzeba go zrażać. O ludzi nie łatwo... Choćbyś nie miała serca do niego — trzeba się przyzwyczajać.. oswajać... przywiązanie się znajdzie... a ja dla ciebie życzę całem sercem Kiełpsza...
— Ale ja wcale za mąż wychodzić nie myślę — powtarzała Zebrzydowska.
— To dziwactwo — mówiła żałująca ją ks. Gryzelda — za mąż iść jest przeznaczeniem naszem! Choćbyś nie chciała, musisz... Klasztor ci się też nie uśmiecha...
— Ah! — kończyła Hela — z dwojga złego jużbym wolała prawie klasztor, niż zamążpójście przeciw sercu i przeciw woli.
Świadek tego oporu, w końcu i ks. Michał przed matką brał stronę kuzynki.
— Jeżeli się jéj Kiełpsz nie podoba — mówił — i za mąż iść nie chce! pocóż ją zmuszać?
— Nie zmuszam jéj — tłomaczyła się stara księżna — ale... zostaw to mnie.
Miała pobudkę do tego wielką troskliwa matka, że tak uporczywie Helę nawracała. Oka jéj nie uszło to, o czem ani Hela ani ks. Michał sami nie wiedzieli, do czego się nie przyznawali przed sobą. Ks. Gryzelda widziała rodzącą się miłość syna dla wychowanki i jéj uczucie dla niego. Napełniało ją to obawą; nie lękała się żadnego ze strony obojga zapomnienia się, ks. Michał był statecznym, pobożnym i surowych obyczajów młodzieńcem; Hela dziewczęciem zbyt panującem nad sobą, aby im groziło niebezpieczeństwo, ale coraz bardziéj przywiązując się, nawykając do siebie — mogli w końcu dojść do tego przekonania, że bez siebie żyć im niepodobna — a Michał mógł zapragnąć się z nią ożenić.
Naówczas cała przyszłość jego byłaby złamaną — wszystkie nadzieje matki w niwecz by się obróciły. Marzyła dla niego jakąś Zasławską księżniczkę, Lubomirską lub dziedziczkę ogromnych włości...
W ten tylko sposób dawny splendor domu mógł się podźwignąć.
Wmawiała to często ks. Michałowi, który słuchał milczący, ale wcale się nie przejmując.
Widząc jak te dwie drogie jéj istoty, kochały się, jak dla siebie zdawały się stworzone, jak Hela doskonale sobą dopełniała to, czego Michałowi brakło, matka smuciła się, iż los skazywał ich na rozłąkę — lecz teraz ona była głową rodziny, a nie mogła poświęcić jéj dla szczęścia jedynaka... Wiśniowieckich imie i ród wymagały ofiary...
Wprzódy może niż które z nich uczuło, że braterskie ich przywiązanie, wcale inny przybiera charakter, nim ręka Heli zadrżała dotknięta przez Michała, nim wejrzenie jéj sięgnęło mu do głębi duszy — matka przewidziała tę nieuchronną ostateczność.
Jedynym środkiem zdawało się jéj wydanie za mąż wychowanki, a nikt się nie nastręczał oprócz Kiełpsza...
Musiała mu więc być pomocą.
Ks. Michał miał nawet zbytnią tę troskliwość za złe matce.
Przyjmowany bardzo mile przez ks. Gryzeldę, pod pozorem, iż nowiny elekcyjne przynosi, pan Zygmunt codzień już zachodził do księżnéj... Gdy z okopów nie było nic nowego do ofiarowania, ratował się Kiełpsz powtarzaniem tego co słyszał u kanclerzynéj.
Zbierało się na wezwanie posłów od kandydatów, a pierwszym miał być Kondeuszowy, gdy zrana wpadł Kiełpsz, zastając jeszcze ks. Michała przy śniadaniu, któremu matka i Hela asystowały tylko. Kawa wprawdzie znaną już była naówczas i jako osobliwość przywożono ją ze wschodu, gotowano, podawano, ale się w niéj nikt nie kochał, a mężczyźni pili winną polewkę, piwo grzane albo jedli coś posilniejszego. Ks. Michał, który lubił jeść, właśnie był dwie miski opróżnił, gdy Zygmunt się zjawił na progu, z twarzą mocno ożywioną, zmęczony i zadychany.
— Przybiegam tylko na chwilę — zawołał — aby oznajmić, że w okopach jakaś się na dziś gotuje burza... Książe Michał pewnie zechce być na stanowisku, ja także. Potrzeba pospieszyć, bo rozprawa dziś szlachty z senatorami będzie żywą i stanowczą.
— Zkądże o tem wnosicie? — zapytała ks. Gryzelda.
— Mam świeżuteńką wiadomość od okopów — mówił Kiełpsz — przez Gintowta, który wprost ztamtąd przybył, aby dać znać Radziwiłłom... Szlachta kilku województw formalny zdaje się gotować rokosz. Kupy się gromadzą, szopa otoczona, burza wre. — Wszyscy mówią, że to wymierzone przeciwko Kondeuszowi.
— Przez kogo? — wtrąciła księżna.
— Bóg wie, bo tego zrozumieć nie można, do wieczora szala się przechyli i zagadka rozwiąże.
W téj chwili wchodzący książe Michał, który już na koń siadać był gotów, nie dał się nawet zbliżyć Zygmuntowi do Heli. — Potrzeba było w czwał pospieszać na pole pod Wolę, aby być świadkami tego co się tam odbyć miało.
Całując w głowę syna matka nieznacznie krzyżyk mu zakreśliła nad czołem, młodzi panowie pożegnali się i wybiegli w ulicę, spiesząc ku Woli...
Na gościńcu nie widać już było ani kolas pańskich, ani pocztów, ani opóźnionéj szlachty z miasta do okopów pospieszającéj — wszyscy już na miejscu być musieli.
W dość znacznéj odległości od szopy i okopu, ks. Michał usłyszał wrzawę i huczenie tłumów, z pośrodka którego krzyki się piskliwe wyrywały niekiedy. — Gdy się zbliżyli, widok jaki się ich oczom stawił, nie dozwalał wątpić, że tu jakaś katastrofa się gotowała.
Szopa stała oblężona niepoliczonym szlachty tłumem, tak rozgorączkowanym, jak gdyby tuż na szablach miał roznieść osaczonych senatorów.
Ks. Michałowi i Kiełpszowi już by się bliżéj szopy nie dało pewnie docisnąć, gdyby się nie trafił na drodze Gorzeński znajomy księciu, który dopomógł mu tak dzielnie, iż konie oddawszy sługom, — za nim się przedzierając dotarli aż do słupów, i mogli wejrzeć do środka. Tu potrzeba było całych sił młodych ludzi, aby się oprzeć naciskowi fali téj ruchoméj, która gdzie niegdzie tak szopę oblegała, że słupy jéj trzeszczały.
Zewnątrz i wewnątrz — było na co patrzeć... Przy stole ogromnym, na krzesłach i ławach, mając w pośrodku siebie bladego jak trup Prymasa, siedzieli potrwożeni senatorowie i biskupi... Na twarzach ich malował się przestrach niewysłowiony. Prażmowski drżącemi rękami ocierał pot z czoła, inni szeptali niespokojni — oczyma rzucając ku żywym ścianom otaczającym. Nie było prawie jednego z nich, który by téj burzy jak orkan strasznéj śmiał stawić czoło... Nie wrzawa ale ryk dziki rozlegał się nieustannemi wybuchy, wśród których trudno było głosy pochwycić. Szczęk szabel podobywanych z pochew, któremi nad głowami wywijając szlachta ciągle uderzała... był jakby towarzyszeniem muzyki do téj pieśni szalonéj.
Z senatorów żaden nie mógł przyjść do słowa; podnosili się śmielsi prosząc o głos, zahukiwano ich wrzaskiem.
Oswoiwszy się dopiero z tą wrzawą, ks. Michał mógł pojedyncze wykrzyki zrozumieć...
— Precz z Kondeuszem! precz z przekupionemi!
Jeden z biskupów powstał, ręce rozpostarł, podniósł je ku niebu — ale nieubłagał milczenia — powórzono.
— Precz z Kondeuszem!
Ekskludować Kondeusza! Precz z Judaszami! precz ze zdrajcami!
Gdy prośby senatorów nic nie mogły na rozwścieczonym tłumie, szlachta po za szopą zebrana, sykać zaczęła sama, domagając się milczenia, które nie rychło, powoli... zaczęło się od uśmierzenia bliżéj stojących i poszło potem w głąb tłumów... Szmer tylko głuchy i szczęk szabel nieustawał... W tem po za szopą, na rękach podniesiono barczystego mężczyznę, a ten pomimo wielce niewygodnego na rękach panów braci umieszczenia, rozpoczął mowę.
— Jawnem to jest — nikt się z tem nie kryje, wszyscy wiedzą, że Kondeusz ludzi i głosy zakupił... Stała się zdrada i świętokradzkie przysiąg złamanie... Ojcowie to ojczyzny dopuścili się simonji... — sprzedali sumienia... Kondeusz co ich kupił nie może być królem naszym. Pocznie się to panowanie od frymarku, skończy na zdradzie i sprzedaniu ojczyzny.
Precz z Kondeuszem, ekskludować Kondeusza!!
Senatorowie siedzieli niemi. Ze szlachtą do tego stopnia rozszalałą nie było już sposobu ani traktować, ani ją chcieć uspokoić, ni przekonać.
Nikt prawie nie czuł się tu czystym w sumieniu, a z wyjątkiem niewielu twarzy, z których jeszcze duma i gniew buchały, reszta wybladła i zmieniona zdawała się błagać o miłosierdzie.
Prymas drżał tak widocznie, słabł, oglądał się z taką trwogą ku tym brzękającym szablom, jak gdyby nadeszła ostatnia godzina.
W téj chwili jednego szalonego wybryku tylko potrzeba było może, aby się krew polała i szopa napełniła trupami. Tłum się upajał swoją potęgą, mruczał, groził, miotał — czuł silnym i nie myślał ustąpić, żadne błaganie nie mogło go zmusić do milczenia.
Pomimo wojskowéj straży, która u wejścia do szopy strzegła, deputacja szlachty wparła się do środka.
Sami tworząc tych wysłańców mogły spotęgować trwogę, byli to ludzie zrozpaczeni, niepamiętni na nic, szli ku starcom i ojcom duchownym na pół zmartwiałym na krzesłach jak ludzie co prawo dyktować mieli.
Najmniejszéj oznaki względności i poszanowania dla dostojeństw nie okazywał z nich żaden. Czuli się wysłańcami téj siły pięści, która nie szanuje nic, a wszystko gruchocze.
— Precz z Kondeuszem! precz z Kondeuszem! poczęli krzyczeć wysłani, z których jeden się zuchwale przybliżył i stanął nad Prymasem, tak że starzec poczuł oddech jego piekący na sobie.
Prażmowski się odwrócił do niego.
— Na Boga! dzieci moje! co czynicie! jęknął głosem osłabłym.
— Niema tu dzieci, jest naród który przychodzi się upomnieć o poszanowanie przysiąg i prawa, i woła wam, domaga się, nakazuje.
— Precz z Kondeuszem.
To mówiąc — gdy mu ogromny chór zawtórował — dokończył palcem wskazując na arkusz papieru leżący na stole.
— Ekskluzja Kondeusza.
Struchleni Senatorowie milczeli, Prymas drżał i dygotał jak w febrze, chwytał rękami suknię ku sobie, oczyma rzucał błagając litości — a nie miłosierne — precz z Kondeuszem, wrzało nad nim.
Prażmowski chciał zwlec rachując na to że późniéj usposobienie to się zmienić może, iż się burza zażegna, spoglądał więc na swych pomocników i filary Kondeuszowego stronnictwa, na kanclerza Paca, Sobieskiego, Morsztyna, ale żaden z nich nie dawał znaku najmniejszego — nadziei.
Pac dumnie spoglądał zagryzłszy wargi na dach szopy i belki, Sobieski stał wąsa kręcąc z czołem pofałdowanem, Morsztyn zdawał się sam z siebie i ze wszystkich urągać. Niebyło środka — uledz musiano.
Szlachcic sięgnął po papier i podsunął przypadkiem siedzącemu blizko Biskupowi chełmińskiemu Olszowskiemu.
— Proszą pisać ekskluzję Kondeusza, krzyknął zuchwale, a nie to my ją szablami pisać będziemy i nie atramentem... ale krwią.
Olszowski natychmiast wziął się do pióra — tem swobodniéj że do Kondeuszowych nie należał. Szlachcic za nim stojąc oczyma po papierze chodził za piórem, każde słowo śledząc — aż do końca. Niedając nawet zaschnąć inkaustowi porwał arkusz i poniósł go, rzucając przed Prymasa.
— Podpisujcie! zawołał nakazująco.
Prażmowski się nie namyślał już, szło mu teraz tylko o wyrwanie się ze szpon szlachty, środków przeciwko temu gwałtownie obiecywał sobie szukać późniéj. Salwował życie, choć mu się ręka tak trzęsła, że trudno nią było nakreślić nawet tych liter kilka, podpisał się — a pismo poszło od niego do panów kanclerzy, którzy milcząc musieli iść za przykładem Prymasa. Wszyscy też oni to co on myśleli. — Byle się z okopów wydobyć. — Znajdziemy środek aby tę exkluzję uczynić nieważną — w krótce cisnąć się zaczęli Senatorowie i wyprzedzać, aby co prędzéj z pod szopy uwolnić — chociaż wyjść z niéj teraz jeszcze nikt by był nie mógł, taka ciżba zbita usiana, stała do koła.
Akt napisany okrył się podpisami, Prymas wstał szukając oczyma Krucyfera, kapelana dworu, ale do tych tłum się dostać nie dozwalał.
Tymczasem szlachcic z pod szopy z arkuszem wyszedłszy, nad głową go unosząc — krzyknął do stojących braci.
— Kondeusz ekskludowany!
Ogromny okrzyk radości powitał to zwycięztwo tysiąców, Senatorowie w szopie stali zamknięci jeszcze, niemogąc się wydobyć. Lękali się mówić i naradzać aby nie ściągnąć oczów. Prymas który był blady i trząsł się przed chwilą, odzyskiwał nieco ducha burząc się gniewem. Krew biła mu do głowy.
Upokorzonym czuł siebie i godność swą prymacjalną! On! vice-rex! zmuszony przez oszarpaną gawiedź do zadania kłamu, do potępienia samego siebie. Na innych twarzach wyraz ten złości mniéj był widoczny, ale całe koło czuło i wiedziało jedno — to że szlachta je zwyciężyła i zuchwała teraz skorzysta pewnie z tryumfu.
Nie rychło dworzanom Prymasa i wojskowym Hetmana, udało się z głównego wyjścia szopy rozdzielić ciżbę — i panom swobodną utorować drogę. Lecz w porównaniu z tem jak przybywali — co za zmiana!! Było to coś jak sen, któremu się wierzyć nie chciało. Zrana Kondeusz był pewnym tronu — teraz — wszystko przepadło... Szeptali między sobą senatorowie.
— To sprawa Lotaryngskiego, to ten lis układny Chavagnac.
Drudzy posądzali neuburgskiego, inni składali to na jakąś piekielną kabałę. Sobieski pogrążony był w myślach jakby gmach cały złudzeń runął na niego i przywalił go.
Gniewy panów musiało to zwiększać że naokoło szopy panowała radość, okrzyki, śmiechy, które paliły nieszczęśliwych. Chęć zemsty rodziła się w sercach przeciwko szlachcie.
Prymas ile razy mówić zaczął, plątały mu się wyrazy, jąkał, nic nie kończył ze wzruszenia.
Siadano do kolebek, na konie, jakby dla towarzyszenia pogrzebowi. Prażmowski kazał swoją kolebkę firankami zapuścić dokoła, aby jego nikt i on nikogo nie oglądał.
Wieść o ekskluzij błyskawicą z pod okopów poleciała do Warszawy, a po drodze obiła się o pawilon kanclerzynéj — ale Pacowa krzyknęła z oburzeniem.
C’est un mensonge infame!
Hetmanowa łamała ręce.
Drugi i trzeci, z przejeżdżających gdy potwierdzili wieść pierwszą, Pacowa wpadła w rodzaj szału. Musiano ją trzeźwić, uspakajać kroplami, a że Chavagnac przypadkiem się znajdował tam właśnie, na niego spadły gromy.
Poprzysiągł że o niczem nie wiedział.
Oczekiwano Hetmana i Kanclerza, aby się od nich o czemś więcéj dowiedzieć. Nadjeżdżał pierwszy Sobieski i choć z posępną twarzą zsiadł z konia nie okazując po sobie zbytniéj rozpaczy. Miał już czas wiele rozważyć.
— Ale cóż się to dzieje? ale to nie do wiary, ale jakżeście pozwolić mogli na to?
Kanclerz i Sobieski długo szli milczący, chcąc zapewne oba wyręczyć się sobą.
Pac wybuchnął na ostatek.
— Nikczemna, podła intryga! wszystko było ukartowane! Rozbój na gładkiéj drodze. Prymas stracił przytomność, on zgubił wszystko. Mógł się oprzeć. Zląkł się takich szabel brzęku. Przecież szlachta by arcybiskupa nie tknęła! On! on! niepojętym światem zgubił sprawę i nas.
— Więc się do szabel rwano! — krzyknęła Pacowa.
— Ba! ba! — rzekł Kanclerz — mieliśmy ich tysiące nad głowami dobytych, a zbój ks. Olszowskiemu do ucha wrzeszczał: pisz, bo my szablami pisać zaczniemy i nie inkaustem, ale krwią.
Kobiety oczy sobie pozakrywały.
Hetman milczał zbliżywszy się do żony, na którą patrzał z politowaniem.
— Prymas — rzekł poczekawszy nieco — zląkł się, co prawda, ale dziwować się nie można, bo my, co znamy związki wojskowe i ich zuchwalstwa — wiemy, co może taki tłum gdy się upoi! Nie są to żarty.
Szlachcic dobry i miękki jak wosk, gdy w domu siedzi, ale w polu i w kupie... wolałbym z niedźwiedziem i dzikiem mieć do czynienia.
Chavagnac, który napadnięty zmięszał się i zaraz potem dla informacji odjechał, nie przeszkadzał mówić otwarcie. Zaczęto więc badać przyczyny tego rozjątrzenia, przypisując wszystko Lotaryngskiemu, ale i Neuburgskiego z Cesarzem można było posądzać.
Z całego towarzystwa znajdującego się u Kanclerzynéj, nikt nie myślał głosować za Neuburgskim. Z musu zwracano się ku ks. Lotaryngskiemu, roztrząsając już jak się z nim mogły składać sprawy rzcczypospolitej.
Stronnictwu Kondeusza pozostawało oprócz tego zadanie trudne, wytłumaczenia się, uniewinnienia. Katastrofa przychodziła tak niespodziewanie, tak dziwnie, iż wczoraj jeszcze wysyłano kurjerów z zapewnieniami o wyborze niezawodnym — dziś zaś musiano oznajmić że nagle runęła ta budowa, nad którą Marja Ludwika pracowała, którą pomagał wznosić Jan Kaźmirz, a wysypano na nią krocie.
Zaufanie, jakie przewódcy stronnictwa francuzkiego mieli u tamtejszego dworu, musiało runąć. Sobiescy, którzy budowali niemal przyszłość swą całą na spodziewanych łaskach, Marja Kaźmira, która dla swéj rodziny potrzebowała tam opieki, była w rozpaczy. Kazała zaraz zachodzić karecie i chora odjeżdżała do miasta. Wrażenie wypadku było niezmierne, ale ci, co na elekcję nastawali, aby na niéj coś zyskać, nie potrzebowali długiego czasu do namysłu i tegoż wieczoru byli już u Chavagnaca, który odżywiony nadzieją, rozweselony, przyjmował nieustannie napływających gości.
Przypomniał on owego szlachcica, o którym nikomu nie wspominał i w duchu powiedział sobie że w Polsce ani ludzi ocenić, ani zrozumieć nic obcemu nie było podobna.
Szlachcic więc dotrzymał słowa! Intrygę całą przypisano naturalnie Chavagnacowi, a nadto mu to pochlebiało aby się wypierał zbytecznie.
Teraz z kolei wybór Lotaryngskiego zdawał się pewnym i potajemny kurjer pobiegł z tem do Wiednia nocą.
Chociaż i Neuburgski coś na tem zyskiwał, o szczebel stając wyżej, nie łudził się nikt jego wyborem. Jedni Radziwiłłowie z częścią Litwy gotowali się dać mu głosy.
Wszędzie pogłoska o upadku Kondeusza uczyniła wrażenie ogromne. Ale każdy to inaczéj tłumaczył.
Ks. Michał, który w czasie burzy znajdował się ze szlachtą Sandomierską po za szopą, świadkiem był niemym i biernym tego dramatu, który w nim niesmak obudził.
Przetrwał cały ten zamęt, stojąc razem z Kiełpszem na koniu, nie mięszając się do niczego, dotrwał do końca, a potem apatycznie dość zawrócił się do domu. Kiełpszowi chwilami krew szlachecka w żyłach kipiała, lecz umiał się trzymać na wodzy. Późniéj gdy zobaczył Kanclerza, który szedł jak z krzyża zdjęty, żal mu się go zrobiło. Pod miastem rozstali się z ks. Michałem, który wróciwszy do matki, znalazł ją jeszcze zupełnie nieświadomą wypadku, a gdy opowiadać zaczął, sądziła zrazu że z niéj żartuje.
Nawet w zimowym opisie ks. Michała wypadki dnia tego groźnemi się wydawały, a ks. Fantoni, który zjawił się tu wkrótce — nie wahał się z dnia tego wyciągać na następne wnioski najgroźniejsze.
— Teraz już nic a nic przewidzieć nie można — mówił Kustosz — szlachta zwycięzka nie da sobie narzucić nikogo, wybierze po swéj myśli i może panom na przekorę zrobić wybór najdziwaczniejszy.
Wszyscy ręczą już za Lotaryngskiego, a ja czuję że umyślnie go pominą. Gotowi wybrać Polanowskiego.
Na zapytanie Kustosza, gdy ks. Michał ożywiwszy się nieco, opisywać począł oblężenie szopy, przerażenie Prymasa, wtargnięcie deputacji do Senatorów i dyktowanie im ekskluzji, wrzawę tę rokoszową — wszyscy się wzdrygali ze zgrozy i strachu.
— Znam naszego arcypasterza — dodał Kustosz — próżno i myśleć, ażeby on zdał się tak pobity i zwyciężony na łaskę lub niełaskę. Jestem pewnym że jutro rozpocznie walkę, że się szlachta rozbije może, a Elekcja wśród zamętu przedłuży. Prymas się uląkł, ale właśnie za to się na wszystkich mścić będzie...
We dworku ks. Gryzeldy uczyniło to wrażenie smutne. Elekcja zmuszała ks. Michała i matkę do wydatków, na które ciężko było starczyć.
Z drugiéj strony wybór Lotaryngskiego, kandydata Rakuskiego, o którym już mówiono, że mu arcyksiężniczkę Eleonorę przeznaczono, jeśli by był królem — pomyślnym się zdawał dla księcia, który miał zachowanie u Cesarza i stosunki na dworze.
Tylko kustosz składając ręce i oczy podnosząc do góry, szeptał:
Za nic nie ręczyć! Okrzykną Polanowskiego!!...



VII.

Nazajutrz dopiero szlachta swem zwycięstwem upojona się otrzeźwiła i rozmyślać poczęła — co daléj?
Tryumf wczorajszy był wprawdzie wielkiego znaczenia, ale nie przygotowano się rozważnie jak korzystać z niego. Pomiędzy senatorami a — ludem, jak szlachtę ową małą zwano — rozbrat był zupełny, lecz starszyzna wiedziała dokąd szła i co miała na celu, a ów lud ślepo i namiętnie kroczył na przekór.
Nie stało Kondeusza i znienawidzonych francuzów, ale nie było go kim zastąpić.
Ci co w myśl ks. Olszowskiego życzyli Piasta, nie wiedzieli jakiego wziąć, chcieliby go szukać między panami — a to im było wstrętnem, okrzyknąć zaś takiego wojaka w wytartym kubraku, jak Polanowski, śmiesznem się stawało... coby na to świat powiedział?
Lotaryngski, rycerski pan... tak z francuzka wyglądał im jak Kondeusz.
— Nie kijem go to pałką! — wołał Piotrowski. — Ta tylko między dwoma różnica, że za Kondeuszem stała Francja, a za Lotaryngskim rakuszanie występują.
Do okopów nazajutrz panów widać nie było.
Prażmowski, już ochłonąwszy ale mściwy i przewrotny, a razem tchórzliwy, wołał miotając się po mieszkaniu swem wśród dworu i przyjaciół.
— Gdzie szablami dzwonią nad głowami, nie nasze miejsce! Jak sobie posłali tak niech śpią, my tam niepotrzebni.
— Pozwolisz mi W. Eminencja uczynić sobie tę uwagę — zamruczał kanclerz — że do proklamowania króla, pod absencję waszą dobrowolną, oni sobie innego biskupa znajdą, a ks. podkanclerzy jest na pogotowiu!
Gdy u Jezuitów, u Bernardynów po refektarzach w Warszawie burzliwe senatorów odbywały się narady — co poczynać, Prymas jechać na pole nie chciał, inni się też ociągali — pod okopami szlachta chodziła namarszczona, groźna, ale zakłopotana również jak panowie.
Odgrażano się — sami sobie króla obierzemy! ale do skutku doprowadzić pogróżkę nikt nie miał odwagi.
— Czekajmy! — dodawali kunktatorowie — ichmość się namyślą, że nas więcéj jest i że bez nas do końca nie trafią.
Oczekiwano więc, ale od Warszawy nikogo widać nie było, oprócz wysłanych na zwiady. Ci donosili:
— Naradzają się, wzajem sobie czyniąc wyrzuty... ale koni zaprzęgać, aby do okopów jechać, ani myślą.
— Chcą nas tak ichmość panowie starsi bracia skarcić — mówi Piotrowski, siedząc na opróżnionéj beczce od piwa — aleby się powinni rozmyśleć, że my sobie na ich miejsce ludzi dobrać potrafiliśmy, a oni bez tego tłumu, na który plują, nie stąpią kroku. Jutroby im jednego dworzanina niestało, gdybyśmy krzyknęli na naszą młodzież — kto im służy to zdrajca!...
Wśród trochę ostygłych po wczorajszem rozgorączkowaniu gromad, które już się na nowo rozpalać i podżegać zaczynały, Gorzeński, Korycki, Moczydło — wysłani po języka przez Prymasa, Paca i Sobieskiego, krążyli z rękami na plecy założonemi i przysłuchiwali się.
Gorzeński pierwszy przesznurkowawszy po wojewodztwach, powąchawszy tu i owdzie, czem ta rebelja wczorajsza pachniała, siadł na szkapę i pokłusował do miasta do OO. Jezuitów i Prymasa. Jechał biedaczysko z głową zwieszoną, bo mu się to wszystko niepodobało, a wypadek był — jak się francuzi wyrażali — bez precedensów, to jest bezprzykładny.
— Tego związki wojskowe nauczyły — szemrał Sobieski, a Prymas dodawał:
— Mogli rozsiekać hetmana... potrafią i biskupa męczennikiem uczynić...
Wśród rozpraw tych nadjechał z raportem Gorzeński, z nosem tak zwieszonym, iż ani go pytać było potrzeba co przywoził. Miał to wszystko wypisane na czole.
— A co? — zapytał Prymas.
Gorzeński ramionami poruszył.
— Mówią — poczekamy mało, — a nie zechcą oni do nas, my do nich nie pójdziemy, obejdziemy się bez Prymasa i Hetmana.
Wszyscy panowie spojrzeli po sobie i milczeli.
— A lękać się znowu tego brzęku szabel — dodał do Prymasa się obracając Gorzeński — lękać niema czego. Hałasu dużo... a w rzeczy to pusta wrzawa. Głos podnieść łatwiéj niż rękę...
Panowie naradzali się oczyma, Prymas się ociągał. Nie była już może obawa katastrofy co srodze obrażona duma — wstrzymywały go. Wczoraj on — Interrex — Prymas, najwyższy dostojnik duchowny państwa, którego tron biskupi malowano na równi z królewskim dawniéj — on! musiał drżeć przed wytartemi kubrakami. Tego im darować nie mógł. Gdy sobie przypomniał strach własny, bladł z gniewu i upokorzenia...
Zemścić się — choć to uczucie kapłanowi i biskupowi nie przystało wcale — zemścić się — było jedynem jego pragnieniem...
W samym charakterze tego człowieka... leżało rozwiązanie zadania, jak tylko by ostygł i zapanował nad sobą — Prażmowski musiał poddać się pozornie, uniżyć... i zdradą potem a spiskiem zapłacić.
Przebaczyć! ani umiał, ani mógł... w starcu nadto jeszcze zepsutéj krwi kipiało...
Cóż teraz mówiono we Francji o jego zaręczeniach uroczystych — co myślano o jego znaczeniu — jak się tam wyśmiewać musiano lub o oszukaństwo go obwiniać!! Tego przebaczyć nie mógł także..
Tak dzień cały upłynął w niepewności, ale od okopów przyszła wieczorem przez różne usta jedna rezolucja szlachty.
— Nie przyjedzie Prymas i przekupieni koryfeusze — obejdziemy się, dali Bóg bez nich...
Prymas obawiał się podkanclerzego, że gotów był na wszystko.
Gdy późno już kilkunastu z województw ichmościów niby proprio motu, stawiło się do Prymasa, i poczęli radzić a prosić, aby się nie absentował, Prażmowski był już przygotowanym.
Przybrał postawę smutną, bolejącą a rozczuloną — łzy mu stawały na powiekach.
— Dzieci moje — odezwał się czule do posłów — ja wam, ojczyźnie i sprawom téj rzeczypospolitéj do tchu ostatniego służyć jestem gotowy... Siły mi dziś nie dozwoliły dziś dojechać, smutek wielki przygnębiał. Modliłem się... aby Bóg zesłał opamiętanie i pokój...
Naznaczono dzień do posłuchania Neuburgskiemu — pościągali się rozpłoszeni... Szlachta stała zimna, szyderska, cierpliwa.
Neuburgski tak nędznie i niepokaźnie wystąpił, że w szeregu powozów jego, dwie kolebki, które z urzędu posłał od siebie, jako marszałek, Sobieski, najwięcéj się odznaczały, a orszak jego o wiele i liczbą i blaskiem przechodził poselstwo, z którego się otwarcie naśmiewano. Sam pono poseł, który musiał go zalecać, czuł i widział, że się to na nic nie zdało... panowie senatorowie nie słuchali myśląc o czem innem — tłum drwił i śmiał się... Drugiego dnia koléj przychodziła na Lotaryngskiego... Hr. Chavagnac zręczny, przebiegły umiał ze wszystkiego korzystać.
Z rozbitéj nawy Kondeusza, co tylko na brzeg dało się wyciągnąć — zagarnął. Umysły panów, nie mając się już do kogo skierować, skłoniły się ku ks. Lotaryngskiemu. Wiele mówiło za nim, młodym był, rycerskiego usposobienia, obiecującym — przyrzekał do ostatniéj kropli krwi wylać w obronie rzeczypospolitéj rekuperować awulsa! Wiedziano że rakuską miał opiekę i poparcie. Może by to mu przyjaciół nie przyczyniło, ale gdy zewsząd groziła wojna, a szczególniéj od wschodu, przymierze z Cesarstwem do pogardzenia nie było.
Rozprawiano o Lotaryngskim, który też — choć się mierzyć nie mógł rozsypanemi pieniędzmi z Kondeuszem — pokaźniéj i zamożniéj się stawił.
Wjazd hr. Chavagnaca nie czynił mu wstydu, oprócz karet Sobieskiego, miał własnych cztery pozłocistych i świeżym aksamitem poobciąganych, a wewnątrz powyściełanych adamaszkami i lamami. W karetach jechał dwór hrabiego, strojny, błyszczący, wesoły. Barwa domu lotaryngskiego, w któréj występowała zielona ze złotem, połyskiwała i na służbie, któréj po dwunastu przy każdéj jechali karecie.
Sznur się umiejętnie i umyślnie przedłużony wyciągał na przestrzeni dosyć znacznéj. Karety szły w pewnych odstępach od siebie, daléj jechali paziowie konno, kapiący od złota, a za niemi dwudziestu masztalerzy z czubami piór szkarłatnych, białych i zielonych. Prowadzono nawet konie paradne pod szytemi dywdykami... słowem — wjazd wcale się okazywał — niczego... Szlachta mu się przypatrywała, szczególniéj na konie zwracając uwagę, które jedni chwalili, drudzy w nich wad szukali... Wieczorem, gdy się te zalecanki kandydata skończyły, a szlachta rozeszła po obozie, namiotach i szopach, można było słuchając sądzić, że lotaryngczyka wybiorą.
Z Neuburgskiego wprost się wyśmiewano — nic go nie zalecało — za lotaryngskim mówiło wiele, szczególniéj zaś to — że pod ręką innego nie miano kandydata — a Piast... choć się uśmiechał im... drugim się wydawał mrzonką.
Naradzano się — ziewano, a Vox populi, domagał się — końca.
Po wybuchu tym, który kupiono wyłącznie Kondeusza — znużenie czuć się dawało, jak po wysiłku każdym. Tu i owdzie powtarzano:
— Do domów!.. Ś-ty Jan, kosowica — terminy. Żony nakazywały przez posłańców do mężów, aby wracali. Tymczasem znowu Prymasa i panów w okopach widać nie było... Prażmowski się zżymał.
Późnym wieczorem Sandomierzanie i Kaliszanie się zgromadzili i postanowili wyprawić do Prymasa ultimatum.
— Nie zechcecie ichmość do nas! Bóg z wami, sami sobie rady damy, wybierzemy i proklamujemy... bez was...
Znowu tedy uląkł się Prażmowski. Paru deputatów kazał winem częstować, a tego się nie odmawia i u nieprzyjaciela, wyszedł do nich w komeszce, — w półuroczystym stroju... łagodny jak baranek, namaszczony, pobożny, serdeczny. Co słowo powtarzał — Moje dzieci!! i zapewnił, że stawi się na żądanie ichmościów.
— Raz to skończyć trzeba — przemówił przewódzca poselstwa — szlachta się wyjadła, zmęczyła, pochorowała, przeszło miesiąc darmo w polu stoi. Dobrze panom pod dachami i z kucharzami, a nam deszcz za kołnierz się leje i często o szklance piwa z suchą grzanką cały dzień trzeba pościć...
Poszło tedy wieczorem wszędzie jednym głosem. — Jutro króla okrzykniemy.
Kogo?! Większa część myślała o Lotaryngczyku, innym było to prawie obojętnem, boć szlachta już raz zwycięztwo odniosła.
Od rana pod szopą było gwarno, ale tym razem województwa same pilnowały porządku i kupy — nie rozbijano się i nie rozpływano. Tylko bliżéj owéj szopy... życie drgało jakieś wydatniéj... a widowisko przybywających panów mogło zaprawdę ciekawość obudzać.
Z obliczów czytać było można, jeśli nie myśli, bo z temi się nikt nie wydaje łatwo — to charaktery, co się zdradzają mimowoli.
Prażmowski wszedł uroczyście prowadzony, starszy niż kiedy, umyślnie złamany, a tak pokorny dumnie i mądrze, a uśmiechający się łagodnie że w niektórych litość obudzał.
Ci co go przed chwilą widzieli jak się przed poufałemi burzył, miotał, pięście ściskał i piorunami rzucał — tu go poznać ledwie mogli. Niejednemu uśmiech mimowolny prześliznął się po ustach, nie jeden szepnął sobie w duchu — O lis!!.. lis szczwany!!..
Na innych twarzach maski wedle charakterów były różne. Sobieski hetman stał tak jakby go nic nie dotknęło, jakby nie poniósł szkody, i zimno patrzył na wszystko, choć ruina Kondeusza, na duszy mu gruzami leżała...
Ale w tej rycerskiéj wąsatéj twarzy, która do grania komedji nie była nawykła, widać było przymus jaki sobie zadawał — i co go on kosztował...
Pac kanclerz — dumą nadrabiał. Rodzina ta świeżo do potęgi urosła, gotową była zachowaniu jéj poświęcić wszystko. Widać to z nich było... Czekali na jaką stronę szala przechyli — bo z wyjątkiem Radziwiłłów, z któremi przejednanie było niemożliwe, mogli przyjąć każdego kandydata jakiegoby im traf ślepy narzucił. Serce ich i skłonności ku Francji ciągnęły — ale nawet miłość ku niéj, interesowi familji ustąpić musiała. Widzieli się już panującemi na Litwie, pieczęć, buława, krzesła najpierwsze były w ich rękach. Morsztyn nie występował naprzód, i nie widać go było. Reszta zwyciężonych Kondeuszowych, już barwę Lotaryngskiego wdziała jawnie...
W umysłach wszystkich... niepewność, oczekiwanie — ciekawość... rodziły niepokój nadzwyczajny.
Każdy okrzyk głośniejszy zdawał się coś przynosić... Każdy drżeniem się odbijał pod szopą.
Ks. Michał od rana był na okopach, i stanął przy Sandomierskiéj chorągwi, zmęczony, znudzony, o jedno Boga prosząc, aby raz się to skończyło. Spełniał swoj obowiązek z apatją, odrętwiony, obojętny, lecz grożąc ostatkiem cierpliwości.
Cały niemal dzień upłynął na niczem; brakło biskupów, Prymas się opóźnił... a przybywszy i usiadłszy w miejscu swem — mścił się milczeniem.
Szlachta się zżymała. Koryfeusze ostatniéj walki poczęli się wyrywać z głosami.
— Jeżeli Imć. ksiądz arcybiskup nie zagaja... prosiemy księdza biskupa Krakowskiego, aby przewodniczył. Czas do obrad przystąpić.
Głuchy szmer wtórował, a Prażmowski jakby się ocknął, cichym głosem zaprotestował, iż do ostatniego tchnienia ojczyźnie służyć gotów.
Tymczasem z senatorów, którzy stali usta mając jak zamalowane, nikt się z niczem odezwać nie śmiał. Oglądano się, potrącano, a obawa wzniecenia burzy była widoczna.
Pod szopą więc — szemrano tylko, więcéj pozornie niż rzeczywiście radząc — czekano skazówki od województw...
Tu jakoś dnia tego — umiarkowanie brało górę, ale głosy się słyszeć dawały. Kilka województw oświadczało się za Lotaryngskim.
Część Litwy Radziwiłłowska wołała za Neuburgskim — ale nikt nie poszedł za nią...
Tu i owdzie szlachcic się podnosił i głos zabierał, prawił, rozwodził się, pluł i niekonkludował.
W Sandomierskiem naprzód huknęło:
— Piasta! Piasta!!
Ledwie się dał słyszeć ten okrzyk, aż jak iskra elektryczna przebiegł tłumy.
— Piast!
Ze śmiechem w kupkach wołano gdzieindziéj.
— Polanowski...
Jakiś żartowniś przypomniał — Bandurę — ale go zahukano.
W tem, ni z tego ni z owego podkomorzy kaliski Krzycki zawołał głosem donośnym:
— Michał ks. Wiśniowiecki! Syn Jeremiego!!
Tak mało się kto spodziewał tego imienia, że go nie zrozumiano w początku — ale zaledwie dosłyszano wyraźniéj wymówione — stała się rzecz dziwna, niepojęta... Jak gdyby wszystko ku temu było przygotowane, zaczęły wybuchać wołania...
— Michał książe Wiśniowiecki!
Nie było oporu, nikt nie śmiał się przeciwić...
Spadł ten kandydat, jakby istotnie od Ducha Świętego zesłany... Pochwycono go z zapałem... Był to król, jakiego właśnie szlachta potrzebowała. Syn pokrzywdzonego przez magnatów Jeremiego, krew bohatera, plemie jagiellońskie... ubogi.. nieznany, zapomniany.
W wyniesieniu go szlachta mogła dać znamię swéj potęgi.
— Vivat Piast! Vivat król Michał! vivat Wiśniowiecki! — zawrzało dokoła z gwałtownością nadzwyczajną...
Napróżno by się był kto chciał przeciwić... Zapał rosnął z taką niesłychaną szybkością i potęgą, że ani było podobna temu prądowi się opierać... Jak ogień w posuchę rozległo się na całem polu:
— Vivat Michał!
Szlachta podrzucała czapki, szable podnosiła w górę, gardłowała jak upojona, jak oszalała... Wołanie stało się krzykiem i ryczeniem zwycięzkiem.
Pierwszy odgłos z pola wpadający do szopy — przeszedł niezrozumiany. Tu tak nikt w świecie nie mógł się ubogiego, nic nie znaczącego, bez stosunków i przyjaciół książęcia spodziewać, że uszom nie uwierzono. Z ustami otwartemi, z oczyma podniesionemi Prymas stał — jak osłupiały... W koło się oglądał pytając wzrokiem.
W tem z wrzawy téj nagłéj dobitnie, jasno, głośno wypłynęło:
— Piast! książe Michał Wiśniowiecki!
Prażmowski, który się był podniósł nieco nasłuchując padł na krzesło bezsilny — z oczyma obłąkanemi...
Gniew, rozpacz, przestrach wypiętnowały się z kolei na twarzy starca. W téj chwili stanowczéj, nieprzygotowany, — nie mógł być panem siebie — zdradził się — lecz zwolna to co go otaczało — nakazywało choć pozorną rezygnację...
Rzucił wzrokiem w koło.
Oburzenie jego podzielali marszałek sejmowy, który podniósł się pierwszy, jakby chciał miejsce swe opuścić — Sobieski, już zabierający się do wyjścia, i znaczna liczba senatorów... Cała ta opozycja, która jeszcze się czegoś spodziewała, w momencie zbiegła się około krzesła Prażmowskiego.
Szło o to, aby go uprowadzić, naówczas nikt by może inny nie śmiał śmiesznego, jak się Morsztyn wyraził, króla — proklamować...
— Jedźmy! jedźmy! precz!
Bez namysłu prawie, pochwycono starca pod ręce. Nie opierał się.
Pod szopą zamęt się stał wielki, rozerwanie jakieś — niepewność.
— Czekajmy! — wołali niektórzy.
— Jedźmy — nalegał Sobieski gniewny. Żarty z nas stroją!
Przemogła gromada, która Prażmowskiego otaczała. Powtarzano — Jedźmy... Prymas dał się wziąć i prowadzić do powozu... W jednéj chwili znaczniejsza część kolebek i koni stała pogotowiu. Senatorowie uchodzili do miasta.
Nikt im drogi nie tamował, nikt nie wstrzymywał. Szlachta wybuchała śmiechem z tego popłochu, a coraz głośniejsze wołanie:
— Vivat Piast! Vivat król Michał! głuszyło wszystko.
W téj ucieczce nagłéj z pola elekcji widać było nieporadność panów, którzy wcale nie przewidywali téj ostateczności, ale pozostali sami.
W polu zgodność głosów była — przerażającą...
Powozy, które uciekających z pod szopy unosiły do stolicy, sunęły się wśród tłumu, jak jeden mąż powtarzającego:
— Vivat król Michał.
A wołaniu temu towarzyszyła taka wesołość, radość i szał niekłamane, iż twarze senatorów bladły ze strachu i gniewu.
Nie jeden byłby się może zawrócił — ale było zapóźno... Oglądając się obliczano kto w szopie pozostał.
Brakło wielu... Koryfeusze tylko uchodzili... Spostrzeżono, że Pacowie pozostali, że Lubomirskich nie było...
W miejscu marszałka sejmowego Potockiego, który jechał za Prymasem, w szopie osieroconą laskę już, po krótkiéj rozwadze pochwycił był Stanisław Lubomirski, starosta spiski, szwagier Michała Wiśniowieckiego... nie dopuszczał rozsypania się pozostałych.
Około niego Olszowski biskup chełmiński gromadził rozpierzchłych... Pacowie stali z boku rozmyślać się zdając jeszcze, czy pojadą za Prymasem, czy pozostaną z Olszowskim. U wielu widać było tęż samą niepewność i obliczanie się z siłą przemagającą, lecz wołanie województw zgodne nie tylko nie ustawało, rosło, wzmagało się — brało górę — niepodobna było wątpić, że téj jednomyślności już żadna siła niepotrafi rozerwać.
Nie było Prymasa do proklamowania króla — ale zastąpienie go przez któregokolwiek bądź biskupa ani było niemożliwem, ni bezprzykładnem.
Stanowczy krok Lubomirskiego wpłynął na to, że większa część senatorów pod szopą została...
Co się działo w polu z ks. Michałem?! On sam z tego sobie nie mógł jeszcze zdać sprawy.
Przybył jak zwykle na Wolę z małym i skromnym pocztem kilku ludzi.
Kiełpsz, który mu towarzyszył, rozłączył się z nim idąc do Litwy swojéj, a książe Michał zajął miejsce zwykłe pod sandomierską chorągwią.
Znali go tu niektórzy, a z wielu porobił był czasu elekcji znajomość. Ubogi ten książe ściągał oczy ciekawe... twarzą posępną i osamotnieniem. Niekiedy zbliżał się do niego stary ów sługa, czasem przychodził Piotrowski, najczęściéj jednak — był sam i dumał nudząc się na tem stanowisku obowiązkowem.
Dnia tego był jeszcze może bardziéj znużony niż kiedy...
Gdy w niewielkiem oddaleniu kaliskie zaczęło wołać — Vivat książe Michał — Wiśniowiecki, vivat Piast! książe się tak mało spodziewał tego, iż niezrozumiał i niedosłyszał okrzyku.
Ale w tem tuż Sandomierskie buchnęło całe jak jeden mąż... zwracając się ku niemu.
— Vivat książe Michał!
Wziął to za żart i krew ogniście mu do głowy buchnęła. Zmarszczył się groźno do tych co bliżéj stali wołając:
— Mości panowie, żartów takich się wyprawiać nie godzi.
Nie skłonny do gniewu — zaperzył się. Ale wołanie nie ustawało i stary ów sługa przybiegł pierwszy chwytając go za kolana.
— Królem Was wołają! het! wszystkie województwa jednozgodnie...
— Dajcież mi pokój! to nie może być — odparł gniewny książe Michał.
W tem i drudzy nadbiegać zaczęli wyrzucając czapki, wołając, ciesząc się, szalejąc.
Książe Michał stał blady jak chusta... Niepodobna już wątpić było o tym cudzie. Jak grom i błyskawica przeleciały przez czaszkę jego... łzy strumieniem rzuciły się z oczów...
Transeat a me calix iste! — zamruczał.
Stał jak posąg — osłupiony, a łzy ciągle lały mu się z pod powiek. Wspomnienie ojca, matki — przestrach jakiś nie dozwalały zebrać myśli.
Zdawało mu się, jak gdyby nagle siła jakaś w nowy świat go przeniosła. W oczach się ćmiło, nie wiedział nic. Pochwycono konie jego za cugle, opasano go, prowadzono... nie pojmował sam co się działo...
Rażenie piorunem nie mogło być gwałtowniejszem.
Nigdy może elekcja żadna nie dokonała się z większą zgodnością głosów. Nawet ci co byli pozyskani do Lotaryngskiego i zabierali się go okrzykiwać — porwani prądem nie wiedząc co czynią — krzyczeli Piast. Szał szlachty przechodził miarę wszelką... Był to jéj król! Wczoraj ubogi, stojący w kątku u tych możnych, którzy na niego patrzeć nie chcieli — dziś jéj głosem, jéj wolą na tron podniesiony...
Gdzieniegdzie dawało się słyszeć:
— Zmiłujcie się — toż on pięciu koni nie ma na stajni, a przybył na plac bodaj samotrzeć... a zkądże on wydoła.
Zapał był taki, że wszyscy natychmiast wołać poczęli:
— Odda każdy co kto ma najlepszego! Jutro on niczego od panów potrzebować nie będzie. To nasz król, my sobie wstydu uczynić nie damy... Vivat Piast!
Można sobie wystawić, jakie wrażenie na paniach zgromadzonych w pawilonie kanclerzynéj uczyniła wiadomość z pola elekcyjnego przyniesiona.
Przybiegł z nią jak szalony goniąc, aby innych wyprzedzić, zdyszany Kiełpsz. Wszystkie panie zobaczywszy go podnoszącego czapeczkę do góry, wybiegły naprzeciwko niemu.
— Piast... Piast..
Gdy potem dodał — książe Michał Wiśniowiecki — panie mu rozśmiały w oczy.
Farceur! — zawołała Sobieska.
Kiełpsz się w piersi uderzył, ale w tymże momencie przesunęła się kolasa Prymasowska nie zatrzymując i Sobieski nadciągał blady. Imie księcia Michała latało w powietrzu. Kobiety stały zdrętwiałe oburzeniem i gniewem.
Marję Kazimirę trzeźwić musiano. Hetman zaledwie hamując się mógł mówić.
— Tak — okrzyknięto go, nam na złość — to książątko, któremu koszule może sprawiać będzie musiała rzeczpospolita — ale go Prymas nie ogłosi, a my go znać nie chcemy!...
Mała to była pociecha...
Kanclerzyna Pacowa, więcéj panująca nad sobą, dostrzegła pierwsza, iż mąż jéj i rodzina nie przybywała, prawdopodobnie więc musiała w szopie pozostać.
Spytała o marszałka sejmu.
— Ten już jest w Warszawie, rzekł Sobieski, ale po drodze słyszałem że Starosta spicki po nim wziął laskę.
Nie wszyscy więc się cofnęli.
Pacowa usiadła zamyślona. Hetmanowa rzucała się wściekła, płakała, łamała ręce, odpychała męża, który ją chciał całować. Po dwakroć ponieść taką klęskę, ludziom którym się zdawało że wszystko mają w ręku, było ciosem nie do zniesienia. Wszyscy szukali winowajców, zrzucając z siebie winę, na drugich. Posądzano już Paców o zdradę.
Hetmanowa kazała się wieść do domu.
Tym czasem u Prymasa, gdzie się wszyscy niemal zbiegli z pod szopy gromadzili, roztrząsano co tu czynić należało, aby elekcyi niedorzecznéj, upokarzającéj nie dopuścić. Chciano działać na wybranego, na jego matkę — ale na to nie było czasu. Zaprzeczyć ważności wyboru jednogłośnego, jawnego, przeciwko któremu tylko senat powstawał i to nie cały — nie było sposobu.
Pierwszy nadjeżdżający późniéj już Hetman zwrócił na to uwagę, że byli w mniéjszości — i nie mieli za sobą żadnego prawnego środka.
Tym razem wielka cela generalska u OO. Jezuitów w któréj Prymas ledwie dysząc, otoczony swemi towarzyszami, naprzemiany słabł i burzył się z gniewu — podobną była zamętem i wrzawą do obozu na Woli.
Nie było sposobu, Wiśniowieckiego musiano przyjąć — ale można było przewidzieć czego się miał spodziewać.
Do zgromadzonych tu koryfeuszów opozycij nadbiegł Gorzeński.
Sądzono że cóś przynosił jeżeli nie pomyślnego to przynajmniéj nowego. Szlachcic miał sobie tylko za obowiązek donieść że jeżeli nie przyspieszy powrotu Prymas, innego biskupa zmuszą do obwołania króla i z nim pojadą odśpiewać Te Deum do ś-go Jana.
Prażmowski się porwał, wszyscy czekali co postanowi — badano się oczyma.
— Trzeba było upokorzyć się i — wracać — bo — nie mieli innego ratunku. Król był jednomyślnie obrany. Kazano zachodzić kolasce Prymasa. Senatorowie niektórzy wyprzedzając go udali się nazad na Wolę, usiłując tylko wśliznąć tam teraz tak jakby jéj nie opuszczali.
W szopie gdzie Podkanclerzy Olszowski i Stanisław Lubomirski gospodarowali sami — zmiana usposobień dokonywała się w oczach — cudownie.
Pierwsi po krótkim namyśle, Pacowie, którzy nie wrócili do miasta, stanęli po stronie elektu.
— Jak skoro Kondeusz nie może być królem, rzekł kanclerz, wolę już Wiśniowieckiego jak Lotaryngskiego jestem pewniejszym że go sobie pozyszczę.
Michał około którego, wczoraj pogardzonego skupiało się teraz wszystko, kłaniało mu i do pocałowania ręki dopraszało, — płakał jeszcze, niemogąc przyjść do siebie — i opamiętać się.
Wielkie szczęście jest jak nieszczęście wielkie przybijającym.
Myślał o matce.
Z tem większem uniżeniem powracający powitał go Prażmowski, że był judaszem, który miał zdradzić i zaprzedać. Nie myślał się tłumaczyć z dezercyi — ulegał woli narodu objawionéj tak silnie i stanowczo.
Michał który ani winy żadnéj nie widział, ani zdrady nie podejrzewał, przyjął go z poszanowaniem należnem głowie duchowieństwa.
Ze skruszonych i powracających najmniéj pokory okazał Hetman Sobieski, z dumą w milczeniu przyjmował tego króla, jak gdyby zapowiadał że mu zgodę i pokój drogo opłacić musi.
Ci co daléj i lepiéj widzieli, rozumieli to iż na Olszowskiego tylko na Paców i Lubomirskiego rachować mógł wybrany — reszta uginała się przed koniecznością, była posłuszna — ale wściekle gryzła nałożone wędzidło.
Gdy przyszło jechać do miasta, aby Te Deum zanucić w katedrze, nie miał Michał tylko tego konia i dwu pacholików, z któremi przybył i gotów był powracać jak przyjechał, ale Prażmowski nie mógł dopuścić tego.
Ofiarował więc Elektowi miejsce w swéj kolebce i wobec cieszącéj się szumnie swoim zwycięztwem szlachty książe Michał wsiadł około wroga swego do powozu...
Tłumy poprzedzały ich z wrzawą z okopów płynąc do miasta, a w tem pospólstwie panowała radość nie do opisania.
W ciągu jazdy z Prażmowskim nie rozmawiali nad słów kilka, starzec był przybity — młody król rozrzewniony tą łaską opatrzności którą, odnosił do zasług ojca, do modlitw pobożnéj matki, nic sobie nie przyznając.
Od Woli aż do zamku i kościoła szeregami poruszał się lud, szlachta, co tylko żyło w Warszawie, a oprócz senatorów, na twarzach wszystkich widać było jakieś uszczęśliwienie i tryumf.
Zdawało się najbiedniejszym, że ten król ubogi, nieznany był — ich królem, dla nich wybranym — a w nim oni wszyscy zwyciężali.
Do kościoła ś. Jana, nabitego już, oświeconego na prędce, którego dzwony rozkołysane wesoło zwiastowały nowinę szczęśliwą — docisnąć się już nie było podobna. Straż którą Hetman wyznaczył musiała torować drogę Elektowi, — padł na kolana przed wielkim ołtarzem, a Prażmowski przeszedł do zakrystji wdziać szaty uroczyste, aby hymn chwały i dziękczynienie zanucić.
Rad nie rad musiał też Hetman posłać rozkaz do cekhauzu aby z dział bito.
W tym obchodzie, nie podobnym do żadnego z tych co go poprzedzały było coś dziwnie przejmującego, ale smutnego razem. Ten wybraniec narodu otoczony nieprzyjaciółmi, na których twarzach ledwie tłumiona malowała się nienawiść, podobnym był do skazanego, któremu wyrok czytają.
Ze łzami i rezygnacją go przyjmował. Hymn się rozlegał pod sklepieniami kollegjaty głosem w którym brzmiało razem — Miserere pokutne i groźb pełne — Dies irae.
Czuli to wszyscy — panowanie narzuconego zapowiadało się jako walka, dni kary, boleści i sromu.
Na twarzy Michała ani na chwilę nie prześliznął się promyk jasnéj łzy — stał blady, zmęczony i głosem zgasłym szepnął podtrzymującemu go Lubomirskiemu.
— Do matki! do matki!


VIII.

W dworku przy Miodowéj przecznicy po wyjeździe zrana księcia Michała, życie powszednie swym niezmiennym trybem się ciągnęło.
Tu, jak w innych gospodarstwach ludzi podeszłych wszystko się godzinami regulowało i stosowało do nich.
Starzy słudzy znali je i nie potrzebowali skazówek wiedząc co każda godzina znaczyła.
Ks. Gryzelda usiadła do swego stoliczka, na którym robotka ręczna obok książek i różańca złożoną była. Hela Zebrzydowska wydawała rozkazy, chodziła po domu, zbierała co jéj było potrzeba aby powrócić do staruszki, siąść naprzeciw niéj i zabawiać ją do powrotu syna.
Goście bardzo się tu rzadko zjawiali, a tych dni rozgorączkowanych ostatnich wcale się ich niespodziewano, z wyjątkiem codziennego, przyjaciela domu ks. Fantoniego.
Ks. Gryzelda otwarcie prosiła Boga aby się raz skończyć mogła ta utrapiona elekcja. Spodziewano się też lada godzina coś stanowczego dowiedzieć. Księżna, która tylko o synu myślała, jak wprzódy rachowała na Kondeusza i ciągle o nim mówiła tylko, tak teraz o dworze Cesarza, o pobycie na nim księcia Michała — o nadziejach jakie budować mogła na tem dla przyszłości.
Wtórowała jéj w tem Hela i obie rokowały sobie najświetniejszą karjerę dla księcia, który miał wcześnie wymagane przymioty dla wysokiego stanowiska przy tronie.
Imie, wychowanie, sława przodków, osobistą ogładę, przyjemną powierzchowność, charakter łagodny.
— Michał — powtarzała wzdychając księżna Gryzelda — ma tę tylko jedną wadę, która w życiu często jest przeszkodą by dojść do czego — ma nadto pokory i skromności.
Przez cały dzień tak siedziały same, ubolewając nad Michałem, który o głodzie musiał piec się na słońcu i w pyle.
Już się miało ku wieczorowi, gdy Hela usłyszała tentent cwałem biegnącego konia ku dworkowi i wyjrzawszy oknem zobaczyła jezdnego, który do wrót się dobijał, poznając w nim swego starego sługę Jeremiego, sandomierzanina, który się podwakroć wpraszał do księżnéj.
Pośpiech z jakim przybywał raził ją jak groźba. Zlękła się czy się co złego nie stało księciu Michałowi, ale wybiedz się dowiedzieć nie miała siły. Tchu jéj zabrakło, złożyła ręce, zaczęła się modlić.
Tymczasem już w przedsieni słychać było spór żywy i wołanie.
— Puszczajcie mnie... na Boga, niosę dobrą nowinę..
Przebojem jak szalony wpadł do przerażonéj ks. Gryzeldy na wpół pijany szlachcic, czapką wywijając po nad głową, padł przed nią na kolana i wrzasnął:
— Vivat! wybraliśmy królem naszego księcia Michała!!
Księżna wzięła go za obłąkanego lub napiłego. Rzecz dla niéj była tak niemożliwą, że uśmiech bolesny wywołała tylko...
— Dobrze! dobrze — zawołała — napij się tam czego... i...
I, niedokończyła tych słów, gdy się drzwi otworzyły znowu i niezmiernie blady, poważny jakiś — poruszony wewnętrznie, jakby miał nieszczęście zwiastować, wszedł ks. Fantoni.
Tymczasem, krzyczącego — Vivat! i opierającego się szlachcica służba uprowadzała.
— Księżna już wiesz? — zapytał głosem słabym kustosz.
— Nic nie wiem.
— Książe Michał obrany królem!
Wiśniowiecka słuchając bladła... nogi się pod nią zachwiały, upadła na krzesło.
— Rzecz jest najpewniejsza, wybrany i okrzyknięty jednogłośnie. Prymas ze swą partją się opierał, ale zmuszony został powrócić do szopy, aby go proklamować.
Hela, która wszedłszy słuchała i jak ściana stawała się bladą, wydała słaby okrzyk i na wznak upadła zemdlona.
Szczęściem turecka sofa, przy któréj stała, a na nią spadła głowa — zabezpieczyła od większego szwanku, a krzyk ściągnął z pokoju obok dziewczęta... Zebrzydowska też po krótkiem omdleniu natychmiast odzyskała zmysły, ale pozostała jak od pioruna rażoną.
Matka chciała się modlić, złożyła ręce, poruszyła ustami, odmówiły jéj posłuszeństwa. Hela też płakała zamiast się cieszyć. Nie było radości, ale niewypowiedziana troska i obawa przyszłości.
Ks. Fantoni nie umiał słów znaleźć, aby uspokoić i natchnąć męztwem. Ks. Gryzelda sercem matki widziała co czekało syna.
— Duch Jeremiego cieszyć się może — szeptała staruszka, łzy ciągle ocierając — ale biedny Michał padnie ofiarą. Tylu nieprzyjaciół, zazdrosnych tylu... a życzliwych gromadka tak mała...
— O to się nie ma co troszczyć — odparł kustosz — zmieni się to wszystko w oka mgnieniu i przyjaciele się znajdą i wrogi umilkną...
— Ale on sił nie ma po temu — szeptała matka i powtarzała: — Biedny Michał.
Zebrzydowska niema, oczyma jakby obłąkanemi bezmyślnie patrzyła w okno. Grzebała wszystkie swoje nadzieje — Michał królem, na niedostępnéj dla niéj wysokości... ona osamotniona... sierotą na wieki!!
Nieuśmiechało się jéj królestwo dla niego, znała go nadto dobrze, że do tronu stworzonym nie był, że na nim być musiał ofiarą...
Wśród ciężkiego oczekiwania upłynęło wiele czasu; rozkołysały się dzwony wszystkich kościołów, dochodził huk dział do dworku, a oznaki te radości księżną Gryzeldę coraz większą jakąś napełniały trwogą... Wieczór nadchodził.
W ulicy zaszumiało nareszcie, słyszeć się dał turkot powozów, — u wrót zatrzymał się orszak liczny, towarzyszący nowemu panu, który biegł poruszony do matki.
Chciała wstać naprzeciw niego, ale sił jéj zabrakło...
Wiśniowiecki, któremu towarzyszyli Lubomirski i ks. Olszowski wbiegł do pokoju i przed matką padł na kolana, zachodząc się od płaczu...
— Błogosław!! — mówił cicho, ściskając jéj nogi — matuniu. — Błogosław dziecko twoje...
Widok był poruszający tego ukorzonego majestatu przed świętością macierzyńskiéj powagi.. Nikt z przytomnych od łez powstrzymać się nie mógł... a każdemu w duszy przyszła myśl — że panowanie to dziwnie od łez się zaczynało...
Biskup Chełmiński i Starosta Spiski zabawiwszy chwilę, uznali właściwem pozostawić matkę i syna sam na sam z sobą. Lubomirski tylko zapowiedział, że późniéj przybędzie po szwagra, aby go na zamek odprowadzić, gdzie noc już przepędzić musiał, bo nazajutrz od rana tysiące spraw było do omówienia i załatwienia.
Król prosił tylko, aby go w spokoju z matką, choć kilka godzin pozostawiono.
Gdy się to działo, niemal zapomniana Hela — otrzeźwiona, wróciwszy do pokoju, stała drżąca na boku, i oczyma smutnemi patrzyła na towarzysza młodości.
Michał dopiero po wyjściu biskupa, kustosza i Lubomirskiego, wzrokiem niespokojnym szukać jéj zaczął, podszedł ku niéj i pochwyciwszy za rękę, przycisnął ją do serca.
Niemi oboje spojrzeli sobie w oczy...
Ks. Gryzelda powoli przychodziła do siebie. Zażądała od syna, aby jéj to wytłomaczył, jak się to stać mogło, co się stało. Nikt przecież nie przygotowywał się, nie starał, nie myślał o tym wyborze? Michał zrana odjechał jak zwykle — nie mając przeczucia tego co go spotkać mogło...
— Jeden Bóg, który rządzi losami ludzi — odezwał się syn — wie jak się Jego wola dokonała nademną. Stałem spokojnie przy chorągwi Sandomierskiéj, nie domyślając się niczego... Słuchałem gwaru, śmiechów i wrzawy... obiło się o moje uszy imie Polanowskiego. Nagle nie wiem zkąd w powietrzu rozległo się imie moje... niezrozumiałem w początku.
Nie wierzyłem uszom... opierałem się, wypraszałem... Głosy pomnażały się, rosły, nadbiegła szlachta tłumnie, ściskając za nogi, wyrzucając do góry czapki, radując się... gdy mnie łzy się z oczów toczyły.
Brałem to za niegodziwe urągowisko — gniewałem się. Niestety! stało się... czego nikt w świecie przewidzieć nie mógł.
Wprowadzono mnie do szopy, z któréj znaczna część senatorów z Prymasem uszła do miasta... zostali tylko Pacowie, Olszowski, Lubomirski, który Potockiego właśnie zastąpił. Nie wiem jak długo trwał zamęt i niepewność, ale po za szopą szlachta groźno warczała, dopominając się o proklamę...
Nie wiem też czy sam z dobréj woli — czy zmuszony powrócił Prymas, gdy już się domagano od podkanclerzego, aby on okrzyknął wybranego.
A! jakim srogiéj nienawiści wzrokiem przeszył mnie Prymas... jaką dumą gniewną powitał Sobieski, jakim szyderstwem Morsztyn...
Tych oczów jak żyw nie zapomnę...
Matka troskała się już po niewieściemu o pierwsze potrzeby... W domu pieniędzy było mało... Michał wypróżnił kieszenie i co miał rzucił na stół... Hela przybiegła z całą kasą domową. Wszystko to zebrane razem — było tak szczupłym zasobem, iż pożyczka, którą ks. Fantoni ofiarował, stała się koniecznością.
Ani nowo obrany król, ani matka nie rozumieli jak podołają niezbędnym wymaganiom nazajutrz zaraz. Pod szopą w wozowni stała jedna zużyta z zasłonkami połatanemi kolebka, brożek i wozy... Wierzchowy koń nie miał ani postawy, ani rzędu odpowiadających godności pana. Lubomirski ofiarował już znany zaprząg swój cały... ale to nie starczyło... Uciec się do marszałka Sobieskiego, który karetami swemi woził — nie pozwalała duma...
Położenie było trosk pełne...
Nieprzyjaciele patrzyli i musieli korzystać ze sposobności wyśmiewania tego króla — ciżby... wybrańca szaraczków...
Smutek okrył twarze. Ks. Gryzelda po za te powszednie troski sięgała myślą, starając się zebrać synowi przyjaciół i obrońców... Tak niewielką garstkę ich naliczyć mogła!
Wieczór wśród téj urywanéj opowiadaniami rozmowy uchodził szybko. Dopiero teraz przypomniano sobie, że Michał przez cały dzień nic prawie nie miał w ustach...
Hela pobiegła aby mu przygotować posiłek jakiś na prędce...
Z nią potem wyszedł do jadalni sam, gdyż księżna matka, chciała się pomodlić...
Michał jak pijany, trzymając za rękę Helę powlókł się do stołu, dopiero trochę wina pokrzepiło go. Siedli jak niegdyś dawniéj, naprzeciw siebie. Zebrzydowskiéj na myśl przyszło, iż po raz pewnie ostatni tak poufale po staremu zbliżyć się mogli, zaczęła płakać znowu i głowę ukrywszy w rękach szlochała.
— Helo — na miłość Bożą — począł król — nie odejmuj mi odwagi.
— Dla mnie — z za łez wołała Zebrzydowska — wszystko skończone, życie moje to szczęśliwe.. z dzisiejszym dniem się zamyka. Co ja pocznę!
— Siostro ty moja najdroższa — przerwał Michał — nie odbieraj mnie siły, bo ja jéj teraz potrzebuję najwięcéj. Nic się nie zmieni — nic nie może zmienić w sercu mojem dla ciebie. Będziesz czem byłaś, moją najdroższą Helą.. z matką, istotą którą na téj ziemi najczuléj kocham i miłować nie przestanę...
Hela nie mogła łez utulić.
— Przebacz — rzekła w końcu — łzy to są samolubne — ostatnie! Nie mogłam ich wstrzymać. Myślę i wyobrażam sobie samotność i sieroctwo nasze. Oni cię porwą, chwycą, nie dadzą tchnąć — nie będziesz miał chwili dla nas swobodnéj... Królem!! nie królem aleś się stał ich niewolnikiem i ofiarą.
Ciche, spokojne, ubogie szczęście nasze rozprysło się i rozbiło na wieki... A! gdybyś ty przynajmniéj mógł być szczęśliwym.
— Ja? — podchwycił Michał — ani się spodziewam tego... ani to być może...
Wiem co mnie czeka. Gdybyś widziała te twarze, które mi zapowiadały nieubłagane prześladowanie i wojnę... gdybyś wyobrazić sobie mogła, z jaką groźb pełną, a ułożoną do uniżenia twarzą, wiózł mnie Prażmowski do kościoła... jak mu w piersi głos tłumiła wściekłość, jak drżał cały patrząc na mnie... a Sobieski... a cały ten zastęp ich...
Hela się porwała oburzona.
— Królem przecież jesteś! — zawołała. — Mówią, słyszałam, że polscy królowie małą władzę mają, ale nie sposób abyś nie znalazł między senatorami poparcia i pomocy...
Słyszałam, gdyś powiadał, że Pacowie cię nie odstąpili...
— Nie odjechali z Prymasem, zostali w szopie, ale się trzymali wyczekiwając zdaleka — rzekł młody król.
Krótkie milczenie przerwało rozmowę.
— Co mi potem wszystkiem — cicho począł Michał — co mi po królowaniu, gdy ja ciebie przy sobie ani matki mieć nie będę. Przywykłem się dzielić z tobą myślami, byłaś mi nieraz najlepszym przewodnikiem i doradzcą.
Muszę znaleźć sposób, ukraść godzinę jakąś dla siebie, abym mógł tu zbiedz i odetchnąć. Niewydołam ciągłemu królowaniu — ja co tak spokój i ciszę kochałem...
— Ks. Fantoni zapowiedział już — przerwała Zebrzydowska — że jutro i księżna się ze dworku na kustodją wynosić musi. Będą i ją odwiedzali ci co się do króla dobijać zechcą, nie przystało jéj tu pozostać, a na zamek nie zechce...
Michał już nie słuchał, rękami szukał białych rączek siostry i chwytał je namiętnie, szepcząc imie Heli... Ona też zapominała się — patrzała mu w oczy... i płakała..
— Rozdzielić się musiemy! — szeptała. — Ty znajdziesz tysiące co ci zastąpią siostrę — i powiernicę, ja nikogo już w życiu mieć nie będę.
— Nic nas nie rozdzieli! — przerwał gwałtownie Michał. — Sama mówiłaś, — królem jestem. Mogą mi narzucić obowiązki, ale sercem mojem przecież ja jeden rozporządzam... Tego ty pewną być możesz... a ja bez ciebie życia nie pojmuję.
Bóg wie jak długo by się była ciągnęła ta zapłakana rozmowa, gdyby ks. Gryzelda nie zaczęła się upominać o syna. Michał wstał, pochwycił Helę, objął ją, przycisnął do piersi i na czole złożył pocałunek gorący.
— Pamiętaj — rzekł — bądź co bądź, jam twój, wierny... jam twój.
Pomięszani wrócili do staruszki, która może przeczuwając to pożegnanie zbyt serdeczne, właśnie dla tego przywoływała syna niespokojna.
W téj saméj prawie chwili — Lubomirski wracał po króla..
Ale matka puścić nie chciała...
— Kochana matko — rzekł całując jéj ręce drżące — na zamku, pomimo pory spóźnionéj pełno jest, czekają na Michała ci co się może najprędzéj obawiać mogą niechęci... bo mu ją dziś jeszcze sami jawnie okazywali. Kanclerz Pac siedzi i mówił mi, że się nie oddali, dopóki nie rozmówi z królem... Nie należy on już teraz ani do was, ani do rodziny, ale do kraju, któremu służyć musi. Porywam go — jedziemy...
Michał jeszcze raz pochylił się do kolan matki, chciał potem zbliżyć się do Heli, ale skinęła tylko ręką, przyłożyła chustkę do oczów i uciekła...
Wprost ztąd na zamek pospieszać musieli, w którym było jasno i niemal pomimo nocy tłumno...
W podwórzu stało powozów, koni, pocztów, straży poddostatkiem, ruch panował w pustych i opuszczonych przed kilku godzinami komnatach.
Dwór rozpierzchły po Janie Kaźmirzu na pierwszy odgłos o wyborze zbiegł się na zamek, gotów znowu na służbę. Nieład panował, ale na ludziach nie zbywało.
Wysiadali gdy im stojący u krużganku koniuszy koronny śmiejąc się oznajmił, że o kolebkę dla króla na jutro troskać się nie potrzebował Starosta Spiski.
— Jest ich już aż trzy nowiusieńkich jak z igły, każda z sześciu paradnemi woźnikami i uprzężą — mówił koniuszy. — Nie mogłem się dowiedzieć, kto je przyprowadził i ofiarował, alem oglądał i znajduję paradnemi...
Michał może nie słyszał — szedł na górę, gdzie, jak mu oznajmiono, czekał kanclerz Pac i wielu innych. Cała ta rodzina prawie razem z nim stawała przy królu...
Nie było Sobieskiego, chociaż urząd wielkiego marszałka, powinien go był sprowadzić, — ale na innych dostojnikach nie zbywało.
Gdy skromny i bojaźliwy ukazał się król młody, niedano mu się oddalić od progu i otoczono kołem, każdy chciał być pierwszym z hołdem i rewerencją, zaręczając iż był z wyboru szczęśliwy.
Pac nawet z całą swą dumą — oświadczał głośno, że był wprawdzie za Kondeuszem i gotów był głosować na Lotaryngskiego, ale się ani on, ani nikt widocznego cudu Bożego, natchnienia Ducha Świętego niespodziewał.
— Gdy się to stało — dodał — szczęśliwi jesteśmy i serca ci ofiarujemy... a w potrzebie i dłonie.
Tu wspomniał Pac, o czem nigdy nie mówił, że sam na swoje uszy słyszał z ust nieboszczki królowéj Marji Ludwiki, jak Michałowi królowanie przepowiadała, godnym go uznając korony.
Natychmiast znalazło się jeszcze kilku utrzymujących, że też słyszeli i bardzo dobrze zapamiętali...
Kanclerz Pac za najpilniejszą sprawę uważał — przejednanie i pozyskanie Prymasa, sam przez żonę obiecując wpływać na dwór francuzki aby sprzyjał nowemu królowi.
I dodał tajemniczo.
— Znajdą się środki zbliżenia, a nawet połączenia z Francją, ale na to jest czas...
Michał zaledwie miał czas i mógł się zdobyć na podziękowanie wszystkim już cudownie pozyskanym, trochę odwagi wstąpiło do jego serca.
Późno w noc na ostatek goście opuścili zamek, dozwalając odpocząć znużonemu. Lubomirski sam jeden z nim pozostał.
Chociaż sypialnia, niegdy Władysława i Kaźmirza zajęta teraz przez króla, była w dosyć spokojnym kącie zamku położoną — jak tylko na brzask, to się tu wszystko poruszać zaczęło, a ludzi napływać, że Lubomirski wstać musiał.
Przyczyną tego niepokoju była pod Wolą wczoraj, w wielkim rozgorączkowaniu jednogłośnie przyjęta uchwała szlachty, iż królowi z którego niezamożności naśmiewali się jawnie Pacowie, ci co go wybrali, powinni byli złożyć w ofierze co kto miał najlepszego, aby go wyposażyć.
Z takim zapałem chwycono się tego wniosku, iż w obozie on prawie zasnąć nie dał... Wymyślał każdy co miał dać, a ofiarność była taka, że ostatniego konia, co dla szlachcica najcięższą jest ofiarą, gotów był każdy poświęcić — dla swojego króla.
A że pomiędzy ogromnym tym tłumem, zamożnych było bardzo wielu, i ci na elekcją dla wystąpienia i popisu z domów pozabierali co mieli najpokaźniejszego i najdroższego, każdy więc prawie miał coś do przyniesienia w ofierze, tak że ubożsi, gdy na nic więcéj nie stawało, choć parę pistoletów lub szablę drogą, złożyć byli gotowi.
Przez całą niemal noc czyszczono, trzepano, wyświeżano co kto miał, nazajutrz rano nieść na zamek.
Zaledwie się dzień jasny robić poczynał, gdy ta osobliwa procesja z Woli ku zamkowi długiemi szeregami ciągnęła... konno, z wozami, kolebkami i t. p.
Niemal gwałtem potem włamano się na zamek, dopominając u Burgrabiego, aby salę wyznaczył gdzie miano składać ofiary, pisarza posadził z księgą, aby je regestrował. Próżno się ten wymawiał że rozkazów żadnych nie miał, zakrzyczano go, zahuczano, a że i stara służba chętnie do tego spisku weszła, pootwierano sale, znaleziono skrybenta i rozpoczęto składanie darów, które przez cały ten dzień i kilka późniéj jeszcze nieprzerwanie się ciągnęło.
Wypadek to był w tych przynajmniéj rozmiarach nigdy nie praktykowany. Trafiało się że panowie i szlachta, te osobliwe konie, te do zwierzyńca osobliwe stworzenia, te jakieś starożytne pamiątki królom przynosili i składali do ich skarbca — takiego nacisku darów, nikt nigdy nie widział, ani o nim słyszał.
W ulicach niezmierne tłumy zebrały się patrzeć na ten pochód wesoły i dziwaczny, jedyny w swoim rodzaju. Nie było bowiem sprzętu i rzeczy, któréj by nie niesiono dla króla JMci., począwszy od koni i psów myśliwskich, do pozłocistych naczyń, dzbanów, futer i kobierców...
Ani Lubomirski, który z początku przyjmowaniu się chciał opierać, ani książe Dymitr Wiśniowiecki, przybyły też zrana do zamku, niemogli szlachtę przekonać, która się dopominała zuchwale o prawo obdarzenia swojego króla. Musiano w końcu uledz, i trzech pisarzów zaledwo mogło wydołać regestrowaniu rzeczy i nazwisk... Nie mieli się czego wstydzić ofiarujący, gdyż wszystko niemal było przedziwnem i szacownem.
Samego uzbrojenia starczyło już na piękny poczet straży, gdyby ją zaraz sztyftować chciano.
Oprócz tego, cokolwiek późniéj Senatorowie też tłumnie zaczęli nadciągać.
Sobieskiego tylko i Radziwiłłów brakło długo, bo pierwszy z Wiśniowieckimi, zwłaszcza z księciem Dymitrym był w jawnym rozbracie, a drudzy z Pacami wojnę prowadzili. Jak tylko więc o przystaniu ich do Michała się dowiedzieli, połączyli się z Sobieskim.
Hetman, oni i Prymas stanowili zarodek tego nieubłaganego obozu przeciwników, których niczem nie mógł nigdy Michał przebłagać. Ale dzień ten, przynajmniéj pozornie, był dniem hołdów i uznania..
Złem czy dobrem sercem królowi już ogłoszonemu musieli wszyscy bić czołem, niemogąc na razie jawnéj wypowiedzieć wojny.
Hetman nawet ze swego urzędu Marszałkowskiego, musiał się stawić na zamku i tam pewien porządek wprowadzić...
I on i wszyscy niechętni Senatorowie mieli zręczność przekonania się naocznie, z jaką, można było powiedzieć, zajadłością manifestowała [3] swe dla króla obranego przywiązanie...
W oczach ich przeciągły te gromady znoszące dary, a w otwartych salach mogli ciekawi oglądać istotnie ciekawe nagromadzenie kosztownego sprzętu, który już starczył choćby na królewskie wyposażenie. Mnogość ludzi, która się przyczyniała do tego, możliwem czyniła wielkiego szacunku składkę, już do południa zalegającą sale tak że miejsca braknąć zaczynało.
W wozowniach też i stajniach, na przyprowadzane konie, powozy, na przywożone namioty, — ciasno było. Nowa służba krzątała się coraz zajmując więcéj miejsca...
Wszyscy szli przypatrywać się i podziwiać...
Najpierwsze miejsce zajmowały srebra, których mnogość wielką zniesiono, tak że jak drzewo leżały kupami szczególniéj miednice i nalewki, pomiędzy któremi moskiewskiéj i holandzkiéj roboty obok augsburgskich i gdańskich leżały. Puhary, behery, kubki, misterne w kształcie paziów, ananasów, — zwierząt dziwacznych srebrne, pozłociste, sadzone kamieniami — na najwspanialszy kredens starczyły. Nie brakło ogromnych dzbanów, wiader, — ani łyżek zapasowych, które apostolskiemi tuzinami, z wizerunkami świętych i napisami miała szlachta podostatkiem. Oddawano z pod serca, aż do pamiątkowych obrazków N. Panny i Chrystusa na blachach złotych malowanych, aż do relikwiarzy i ampułek. Jeden z bogatszych postawił beczkę srebrną na nogach krzyżowych z bachusem na niéj.
Po srebrach szły najbogatsze rzędy i siodła, na które, równie jak na dywdyki konie okrywające sadzono się wielce aksamitem wyściełane, grubemi blachami pozłocistemi z przodu i z tyłu obijane, ze strzemionami szerokiemi tak że całą nogę osłaniały — niektóre turkusami były sadzone, inne czarnonielem ozdobne. Do każdego siodła należał rząd podobny, a sam nieraz czub który koniowi nadełbem sterczał, kosztował tysiące. — Dywdyki zaś szyte złotem i perłami tak grubo że ich dosięgnąć było trudno, nie były żadne osobliwości. Oprócz tego zwykle koncerz ozdobny, a często tarcza do niego i sahajdak z łukiem należały do takich rzędów.
Łuków mało używano, ale do parady każdy je wdziewał, a owe tak zwane łuky sahajdaków, kamieniami wysadzano i złotem dzierzgano. Do siodeł też wielu zamiast do ramion, przytwierdzano owe skrzydła husarskie, w srebro oprawne, których tu wiele było kosztownie upieczonych.
Dopieroż broń szła, a téj rozmaitość naówczas była niezmierną, bo ją i ze wschodu i ze Włoch, Hiszpanij, Niemiec, Anglij, Francij sprowadzono.
Strzelby w kość słoniową złotem nabijane, oprawne w szyldkrety, w drzewo zamorskie jak żelazo twarde i ciężkie, pistolety tureckie i francuzkie, tarcze mniejsze z wizerunkami bitemi, szyszaki złociste i trybowane, koszule z drutów złoconych, na których modlitwy, psalmy i napisy wypisane stały. Szable, pałasze, mieczyki, stosami się walały na podłodze, misiurki z czaplemi piórami przy nich, a żelaznych blach co niemiara, iż do zbroi gończych i turniejowych, które już rzadko kto wdziewał.
Sobieski, który tu rzucił okiem przechodząc, rzekł do towarzyszącego mu Potockiego.
— Cały Cekhauz, mości panie!
I westchnął.
W istocie dział i moździerzy może tylko brakowało, ale nie gardłaczy i hakownic.
Daléj izba zarzucona kupami kobierców, opon, tkanin wzorzystych flamskich i całych postawów tkanin na obicia. Zkąd one się tu wzięły, tłumaczyć tylko mogło to, że ci co nie mieli z sobą nic na podarek stosownego, do sklepów i składów się wciskali, a że na elekcyję perskich kupców, ormian i tureckich przekupniów ściągnęło się dosyć, było więc w czem wybierać.
Niektóre ofiary mogły prawie obudzać śmiech, lecz szły z dobrego serca, a dowodziły tego przejęcia się elekcyją, a nienawiści ku panom, których zwycięstwo nie stłumiło.. Nie tyle może miłość tu czyniła — co owa niechęć przeciwko możnowładzcom, którzy przekupieni lekceważyli sobie tłumy i narzucić im chcieli, kogo im się podobało.
Rozumiano to bardzo dobrze i dla tego w sercu Sobieskiego i jego towarzyszów rodziło się tem większe pragnienie okazania siły — i pomszczenia sromotnéj klęski...
Całe miasto dnia tego nie mówiło o niczem, tylko o tym wysiłku ubogiéj szlachty, która po pańsku wystąpiła.
Księcia Michała nieprzygotowanym spotkało szczęście, które nazywało się u ludzi tem imieniem, a było w istocie brzemieniem nad siły. Nigdy nic nie mogło mu obiecywać podobnego losu, a natura i wychowanie nieusposobiały do niego.
Bezbronnego więc od pierwszego dnia otoczyła sieć intryg, — miał przeciwko sobie wyjąwszy Paców, Lubomirskiego i biskupa Olszowskiego — całe możnowładztwo. Miłość ludu — jak się wyrażano pogardliwie — zwiększała niechęć ku niemu...
Prymas namyślał się, jak miał postępować, ale w sercu miał największą odrazę do tego człowieka, który go w oczach świata uczynił bezsilnym i odebrał mu owoc długich zabiegów.
W ciągu dnia z urzędu wszyscy byli przy królu nieuchybiając mu, niechętnie, ale Senatorowie naradzali się o wyznaczeniu dni koronacyi. Sprawy wojenne i czuwanie nad granicami zajęło Sobieskiego. Milczący Elekt słuchał, przypatrywał się, nieśmiejąc jeszcze ani się odzywać, ani brać w niczem udziału. Stanowiono bez niego.. Ale zebranie na zamku dla formy, nie miało w istocie znaczenia, dopiero wieczorem u Prymasa miano się naradzić stanowczo — co daléj?
Prażmowski powrócił znużony i podrażniony, uczynił bowiem z siebie co mógł, aby Elekta pozyskać, a znalazł go dumnym, zimnym i obojętnym. Spodziewał się, że go opanuje łatwo, że król będzie szczęśliwy, pozyskując go sobie, tymczasem przestrzeżony dawniéj o charakterze człowieka — młody Pac zbywał go milczeniem i nie dał się poruszyć.
Wieczorem u OO. Jezuitów naturalnie o niczem nie było mowy tylko o królu, o wyborze i o tym szalonym wybryku szlachty, która ubogiego swego ulubieńca wyposażyła.
— Gdyby człowiek na to nie patrzył, nie dotykał — wołał Prymas — nie chciałoby się wierzyć téj baśni. To wygląda na powieść o jakimś Leszku lub Popielu... Dziś już mi mówili, że prawią jakby rój pszczół siadł na chorągwi, niby żywe znamię tego, że Pan Bóg chciał Piasta...
Głosy się odzywały różne...
— Niewytrzyma na tronie — szeptał Morsztyn, — nie ma poparcia... nie znajdzie siły... Sobieski go ani pytać, ani słuchać nie będzie, a Pacowie...
— Pacowie... — krzyknął prymas, który się giął i kurczył, gdy go gniew przejmował. — Słyszał kto o podobnéj zdradzie!?...
— Pacowie lękali się stracić tego znaczenia, jakie świeżo pozyskali — odezwał się Hetman. Jestem pewny, że kanclerzyna go już może w myśli swata we Francyi...
— Nie dziwiłbym się temu — przerwał Prażmowski — bo ja sam myśl tę miałem, ale Austrja czuwa!.. ho! ho!...
Ktoś z przytomnych zwrócił się ku przeszłości, chcąc dobadać przyczyn téj katastrofy, bo dotąd pozostawało nierozjaśnionem, kto Kondeusza ekskludował a Michała wyniósł na tron.
Wpływowi (cenzury ks. Olszewskiego) nic a nic nie przyznawano. Głębocy politycy szukali potajemnych sprężyn, nie mogąc uwierzyć w to, aby ta biedna szaraczkowa szlachta, ci prostaczkowie... mężów takich, jak oni, w pole wyprowadzić mogli...
Kondeusza — zgodzono się na to — chytry Chavagnac wypłoszył, ale nie mógł się starać o Michała?
Przypuścić wypadku, woli Bożéj nie mógł nikt... zostawało więc tajemnicą to, co zgotowało wybór syna Jeremiego, a Prymas teraz posądził już Paców, że oni chyba, mając w tem interes zapewniony, usnuli to i dokonali.
O przyszłym królu zdania były najniedorzeczniejsze. W istocie nikt go nie znał. Widywano go dotąd nieśmiałym, cichym, skromnym, pobożnym... a nieco powolnym, ani wielkiego genjuszu, ani energji nikt mu nie przyznawał...
Prymas wprost sądził nieudolnym do rządzenia.
— Utyskiwano na Jana Kazimierza, że dawał sobą rządzić — i słabym był, cóż będzie z tym kawalerem, który na podkoronnego dworu Cesarskiego doskonale przystał, ale na króla...
Morsztyn poruszył ramionami.
— Wczoraj go u kanclerzynéj łokciem potrąciłem, aby mi miejsce zrobił — i ustępował bardzo pokornie, a dziś go muszę w rękę całować...
— Nie! nie!... — powtarzał Prymas — albo pójdzie tą drogą, jaką mu naznaczymy, albo... Wszakci Jan Kaźmirz dał przykład, że abdykować można... a gdzieindziéj siła wypadków, iż królów wyganiano i pozbywano się ich.
Rozprawy, utyskiwania i narady u Prażmowskiego trwały do późnéj nocy, ale nie umiano postanowić nic i skończyło się na narzekaniach i odgróżkach.
Na zamku króla męczyli dopominający się posłuchania, przynoszący mu wieści, składający życzenia, przypominający się, jako starzy ojca słudzy... Michałowi tak tęskno było do matki, że w końcu wyrwał się z nieodstępnym Lubomirskim do niéj... Tu się spodziewał spocząć i odetchnąć... Nie brał z sobą ani dworzan, ani komorników, ani orszaku, który by go zdradził, chciał być po staremu Michałem, tym wolnym... i szczęśliwym.
Hela powitała go w progu.
— Król!... — zawołała głośno.
— A! nie — choć tu niech ja nim dla was nie będę — przerwał Michał, chwytając jéj rękę, jam już tak zmęczony jednodniowym panowaniem...
Matka wyszła do niego... z uśmiechem na ustach. Ona — ona — niestety — jedna się radowała w duszy temu tryumfowi, który dla niéj zarazem był pamięci ojca oddaną pogrobową sprawiedliwością. Na jéj twarzy widać było szczęście i ona męztwem syna się starała natchnąć.
— Helo kochana — zawołała — na zamku pustki, oni może jeść co nie mieli, przyjmże Najjaśniejszego Pana!...
Wtem Lubomirski począł opowiadać o wyposażeniu przez szlachtę, a ks. Gryzelda spłakała się nie ciesząc darami, ale miłością, co je przyniosła...
— Tak — dodał Starosta Spiski, kończąc — ale matuleńko kochana, mamy też cała armję wrogów nieprzejednanych z Hetmanem i Hetmanową na czele!...


IX.

Wszystko, co przychodzi niespodzianie — spada jak gromem na człowieka i na czas jakiś pozbawia go siły. Szczęście też zabijać umie, a ubezwładnia czasem na długo.
Taki ono skutek wywarło na Michale Wiśniowieckim, który przygotowanym do niego nie był wcale, a w rzeczy wybór króla tak mało go obchodził, że owéj sławnéj Cenzury ks. Olszowskiego, w któréj o Piaście mowa była, wcale nie czytał.
Najzuchwalsze jego nadzieje nigdy nie sięgały po nad skromny jakiś urząd przy dworze i Starostwo, które by mu odpowiednio imieniowi i pamięci ojca występować dozwalało. Matka też nie marzyła o wielkich powodzeniach, znając nieśmiałość syna, chciała go bogato ożenić i tem w dom znowu dostatek wprowadzić. O koronie nigdy się tu nikomu nie śniło...
Lecz wnuczka Zamojskiego z myślą jéj prędzéj się oswoiła, niż skromny, cichy syn Jeremiego. Ona w tem widziała palec Opatrzności, widoczną wolę Bożą, natchnienie Ducha Świętego. Była tem dumną.
Wielka radość zasłonięta przed nią, niezmierne trudności położenia i kolce téj korony cierniowéj, któréj dźwigać nie miał siły wybrany.
Nazajutrz zaraz, gdy już ks. Kustosz począł nalegać, aby ze dworku na Kustodję się wyniosła — i przygotowania ku temu czynić rozpoczynano, pierwszy z przejednanych przybył do niéj Kanclerz Pac.
Był to jeden z możnowładców wielkiéj energji, wpływu, znaczenia — i na niego liczyć było można. Przyjechał ks. Gryzeldę zapewnić, że na niego król młody liczyć może.
— Mości Księżno — rzekł otwarcie — stajemy przy królu Imci i stać będziemy, niech w nas ma zaufanie... Postaramy się o to, aby mu zjednać przyjaciół i sług wiernych...
Nie potrzeba się łudzić, położenie króla, syna W. ks. Mości będzie trudnem — znam ks. Prymasa, znam hetmana i hetmanowę, wiem że elekcja do rozpaczy ich przyprowadza, że gotowi do ostatecznych się rzucić środków, bodaj nawet zachwiać tronem, ale nas Paców ma król trzech, nie licząc młodszych, a my i na Litwie i w koronie coś znaczemy. Żona moja ma we Francji nie mniejsze i nie gorsze związki od pani hetmanowéj. Potrafiemy nieprzyjaciołom stawić czoło.
Ks. Gryzelda załamała ręce.
— Sądzicie, panie kanclerzu — zawołała — że wybór ich nie przejedna? nie rozbroi? Cóż zyszczą wojując z Michałem?! On nikomu złego nie życzy, ani uczyni...
— Ale z namiętnościami ludzkiemi liczyć się potrzeba — mówił kanclerz — a niema straszniejszéj nad ambit upokorzony. Prymas i hetman wedle własnego mniemania byli panami sytuacji, zmuszeni się poddać, będą spiskowali i knowali. Musiemy czuwać...
— A! — przerwała ks. Gryzelda pochylając się do kanclerza, z błagającym tonem. — Bądźcie niedoświadczonemu memu synowi opieką! Proszę Was... Nieopuszczajcie go...
Sobieskiego — znam dawno i zbliska — dodała — miałam z nim, niestety, pieniężne sprawy, — jest bardzo źle z ks. Dymitrem... ale ja sądzę, że szlachetny w głębi duszy, nie dopuści się on przeciwko nam.
Kanclerz się uśmiechał.
— O Sobieskim mówiąc — rzekł — trzeba mieć też na myśli hetmanowę, która nim rządzi — a téj ja się obawiam. Zresztą wierzę w to, iż miłość ku rzeczpospolitéj — nigdy mu się przeciw królowi zadaleko posunąć nie da, zwłaszcza w tych strasznych czasach, gdy nam bunt i wojna z Turkami zagraża... Nie tu więc najniebezpieczniejszego antagonisty szukać potrzeba — ale — w Prymasie.
Kanclerz się skrzywił.
— Nie waham się przewidywać — mówił daléj — że tego nawet zupełnem poddaniem mu się — trudno będzie... rozbroić. Nie może on przebaczyć tego, iż został zwyciężony i w oczach obcych monarchów upokorzony.. Około Prymasa będzie zawsze skupiać się obóz nieprzyjacielski.
Bądź co bądź — staniemy i my do walki — bez obawy... Niech tylko król zaufa nam i idzie za radami naszemi.
Ks. Gryzelda zapewniła również o wdzięczności swéj, jak o powolności syna kanclerza.
— Nie ma doświadczenia Michał — rzekła — ale dalekim też jest od zbytniéj w siebie wiary. Możecie być pewni, że da pokierować sobą.
Pac dotknął zaraz drażliwéj materji, tego o co się naówczas wszystko rozbijało — rozdawnictwa wakansów...
— Dzisiaj — rzekł — największą siłą jaką król ma w ręku, jeżeli nie jedyną jest rozdanie wakansów. — Niemi on może sobie zjednać, rozbroić, pozyskać — ale powinien być oględnym. W pierwszéj chwili do zbytku ulegać wymaganiom nieprzyjaciół, uszło by za trwogę...
Kanclerz mówił dosyć długo, a na koniec pewien, że sobie pozyskał ks. Gryzeldę, odjechał. Pacowie byli w tych pierwszych dniach, razem z Lubomirskim i Olszowskim nieodstępnemi, ale też jedynemi niemal przy królu.
W kilka godzin po Pacu, oznajmiono hetmana, który na stopie przyjaznéj był z księżną, choć na nią narzekał z powodu obrachunków.
Sobieskiego polityka zmusiła zajrzeć tu teraz i powinszować staruszce.
Z pewną rubasznością, którą czasem przybierał gdy znudziło mu się być Orondatem i Celadorem — wszedł udając wesołego.
— Przychodzę powinszować W. ks. Mości — ozwał się całując podaną mu rękę.
— A! hetmanie — przerwała mu — myśmy tak wysoko nie sięgali myślami, a dziś więcéj mamy obawy, niż pociechy.
— Co Bóg da — przyjąć potrzeba — odparł Sobieski — choć nie taję, że spuścizna po Wazach nie łatwa do dźwignięcia..
Bądźcież synowi mojemu — pomocą i podporą! — odezwała się księżna.
Milczący, bez odpowiedzi, nic nie chcąc przyrzekać skłonił się hetman wąsa kręcąc.
— Niech tylko król złych dowódzców nie słucha — odezwał się namyśliwszy — i wybierze sobie tych co znają kraj, ludzi a nieszczęśliwe położenie nasze. Ale — będzie! będzie miał co do czynienia. Szlachta niesforna, wojsko lada podmuch gotowe do związków więcéj niż do boju. Kozactwo rozpasane, turcy uzuchwaleni nieszczęściami naszemi.
— Tak, ale wy hetmanem! — przerwała ks. Gryzelda — to najlepsza rękojmia zwycięztwa...
Hetman, krótko zabawił, wizyta była więcéj z obowiązku i grzeczności, niż z serca. Na czole miał wypisane jak się troskał i był skłopotany.
Resztę dnia spędzono we dworku na wybieraniu się z niego do kustodji ks. Fantoniego, gdzie matka króla trochę pokaźniéj przyjmować mogła. Całe staranie o dom spadało na Helę, która właśnie teraz roztargnioną była, nieprzytomną i chodziła jak jakiś cień, istota skazana i pokutująca.
Kiedy niekiedy z oschłych oczów dobywały się łzy, a ręka musiała uciskać pierś, w któréj duszno było i ciężko... Co jéj potem było, że Michał królem został okrzyknięty, gdy ona go utracić musiała. Nigdy wprawdzie nie miała nadziei ażeby — Michał do niéj, ona do niego należeć mogła, ale się spodziewała skromnego jakiegoś stanowiska w jego domu, przy rodzinie, któreby dozwalało pozostać z nim razem. A teraz!! Już w ciągu tego pierwszego dnia zaraz obijało się o jéj uszy, co Lubomirski mówił ks. Gryzeldzie, że dla ks. Michała jedno z dwojga, lub rakuska arcyksiężniczka, albo jedna z księżniczek krwi francuzka, przeznaczoną była... O tem ożenieniu jako o konieczności, jako o związku co miał dać siłę nową, szeptano już... Hela przerażona słuchała... Tak! — Michał był dla niéj straconym... Nawet przybliżyć się, mówić — wkrótce nie wolno jéj być miało...
Tego smutku wychowanki księżna matka, która coraz była weselszą i szczęśliwszą, wcale zrozumieć nie mogła. Brała je za zmęczenie pracą, i pocieszała tem, że raz się przeniosłszy na kustodją, Hela sobie spocząć będzie mogła.
Spocząć! myślała w duchu Zebrzydowska — teraz!... My już wszyscy spokoju nie zaznamy! Los rzucił nas w wir, który miotać będzie nami — aż pochłonie!!
Najprzykrzejszem dla niéj było, że teraz po całych dniach nawet wiedzieć nie mogła co się z Michałem działo, ona, która była nawykłą śledzić krok jego każdy, a często — bardzo często, niepewnym siebie, kierować! Z zamku dochodziły tylko głuche wieści, których dobrze wyrozumieć było trudno. Przynosił je czasem Lubomirski, niekiedy ks. Fantoni; sam król, choć najmocniéj pragnął, nie miał chwilki, aby się wyrwać do matki.
Myśląc jakby na to zaradzić, krzątała się z wynoszeniem i zbieraniem ze dworku sprzętu, który się miał na kustodją przenosić, gdy — wpadł Kiełpsz. Był on teraz nieodstępnie na rozkazy króla, ale serce go ciągnęło do tego dworku i do Heli, która wiedziała bardzo dobrze o jego rozkochaniu i poruszała ramionami, patrząc na wesołego trzpiota.
Tym razem był on jéj pożądanym, bo mógł przynieść jéj z zamku coś o królu i myśl przyszła dziewczęciu, wyzyskać przywiązanie Kiełpsza, robiąc z niego sługę i posła.
Przyjęła go też nieco uprzejmiéj, weselszą twarzyczką — i zarzuciła pytaniami. Kiełpsz nie wiedząc czemu to przypisać, niezmiernie był szczęśliwy.
— Możesz się pan teraz — rzekła — bardzo przysłużyć księżnie matce. Jesteśmy nawykłe z dawna wiedzieć o każdym kroku... księcia, nie, króla — a z zamku mało kto przychodzi, powinieneś parę razy w dzień przynosić nam wiadomości. Co pan masz tam do czynienia?
— Ja? — odparł Kiełpsz — a no, jestem tymczasowo dworzaninem pokojowym J. Królewskiéj Mości, a więc na rozkazy przez cały dzień, ale, jeżeli księżna każe ułożę się tak, abym mógł przychodzić.
— Zrób pan to — odezwała się Hela — jestem pewna, że i król wdzięczen będzie, bo i jemu tęskno być musi za matką, jak jéj za nim...
— Ale ja z tego najszczęśliwszym będę! — składając ręce zawołał Kiełpsz. — Dobrze! bardzo dobrze!!
Hela zbliżyła się cicho mu szepcząc.
— Ks. Gryzeldę najmniejsza rzecz obchodzi. Radaby wiedzieć jak król znosi to życie trudzące, do którego nie nawykł, kogo widuje, jak panowie są dla niego... Wszystko! wszystko!!
Ułożyła się więc, że na przyszłość pomiędzy kustodją, bliżéj położoną od zamku, a zamkiem, Kiełpsz miał być łącznikiem. Podjął się tego z wdzięcznością, bo się spodziewał pozyskać przez to względy Heli, w któréj coraz mocniéj czuł się rozkochanym.
Na pierwsze danie — nie miał wiele do przyniesienia. Na zamku jeszcze się układało dopiero do nowego życia. Dworscy Jana Kaźmirza starzy rozpierzchli, urzędnicy mniejsi dworu ściągali się dopominając posad dawnych i zajmując je po większéj części. Michał dobrodusznie przyjmował te posługi, nie bacząc kim się otoczy. — W tem zbiorowisku ludzi różnych, więcéj może niechętnie usposobionych niż życzliwych, starzy lekceważyli sobie to książątko ubogie, które się im wydawało bardzo pośledniem, po dynastji Wazów...
A że gawiedź taka zwykle mierzy znaczenie człowieka jego dostatkiem, ów król ubogi, o którym wiedziano, że kilka dni temu ledwie miał koni dziesiątek na stajni — wydawał się jéj niezbyt poszanowania godnym. Obchodzono się też z nim nie okazując mu zbytniéj uległości i stara służba rządziła się samowolnie...
Michał za wiele miał na barkach, aby mógł podołać wszystkiemu.
W nim samym dokonywał się ciężki ten proces przetwarzania się człowieka, który wczoraj własnéj woli nie miał, a dziś rozkazywać musiał i kierować.
Wszystko dla niego nowem było.
Wyrobić w sobie nagle siłę woli, jasne pojęcie położenia, zrozumienie stosunków, jakie go łączyć miały z tym światem, wczoraj obcym dla niego — dla każdego było by trudnem, a dla leniwego i nieśmiałego umysłu Michała — zadaniem się stało niemal nad siły. Potrzebował rady podpory, przyjaciela, któremu by mógł zaufać...
Instynkt mu wskazywał, że ci co dopiero teraz zbliżyli się i podali mu ręce, więcéj we własnych widokach to czynili, niż dla niego...
Serca — nie było nigdzie... musiał po nie myślą uchodzić do starego dworku na Miodową, do matki i do Heli...
Na zamku jeszcze się nie uspokoiło i nie poskładało wszystko w formy nowego życia, a już występowały ambicje, chciwość, zazdrości, wymagania... nie mówiono tylko o rozdawaniu wakansów, a każdy chciał rozporządzać niemi. Pacowie oczywiście stali na pierwszym rzędzie, domagając się, aby król ich słuchał... Zarazem Sobieski dopominał się ustępstw, grożąc niejako, jeżeli by mu ich nie uczyniono.
Począwszy od Prymasa każdy miał protegowanych — a ci co najnieprzyjaźniéj występowali przeciwko Michałowi, sądzili, że za przejednanie mają prawo ceny wielkiéj wymagać.
Michałowi wydawało się to wprost — obrzydliwem.
Milczący — patrzył — i nie mając nikogo więcéj, — zmuszonym był z Pacami trzymać, od których już Sobiescy oboje się oddalali. W języku towarzystwa ówczesnego, który dla dogodności nadawał wszystkim przezwiska, w rozmowach i korespondencji służące do pokrycia imion prawdziwych, Pacowie już zwali się — bażantami. Hetmanowa, dotąd połączona dosyć ściśle z kanclerzową — ostygła dla niéj i usuwała się... Obie miały stosunki z dworem francuzkim, które je rozdzieliły, do walki przeciwko sobie pobudzając.
Nowe związki — nowy świat tworzył się około króla Michała, ale w najszczęśliwszym razie to co się przy nim skupiało nie miało jeszcze siły wiele i Prymas z hetmanem pochlebiali sobie, że mogą stać się groźnemi nawet, jeżeli im król nie ulegnie.
Dla człowieka tak dotąd skromne zajmującego miejsce podrzędne, który począwszy od matki aż do szwagra musiał iść za wskazówkami rodziny — nagłe pozyskanie władzy było — przerażającem. Lękał się jéj użyć.
Dodać do tego potrzeba nawyknienie umysłowe do zajmowania się fraszkami, które ks. Michałowi było właściwe, i wstręt do poważnéj pracy. Dotąd najważniejszem zadaniem w jego życiu było — ubranie i elegancja, przywiązywał do powierzchowności swéj wagę zbyt wielką. Twarz jego zastygła ożywiała się dopiero gdy mówił o nowych strojach, o drobnostkach, które do nich należały. W tym przedmiocie miał nawet rozległe wiadomości i smak, który go prowadził drogą bitą, gdy w innych wahał się na każdym kroku. Smieszném więc nieraz wydać się mogło Staroście Spiskiemu, gdy po całym dniu nudów, w ciągu którego król zaledwie otwierał leniwie usta — wieczorem ujrzał go niezmiernie ożywionym — gdyż zajął się sprawą swéj garderoby.
To co było zamówionem w Paryżu — mogło starczyć dla księcia Wiśniowieckiego — król potrzebował nieskończenie więcéj. Miała nastąpić koronacja. Niektórzy byli tego zdania aby się Michał przebrał po polsku, przypominając że nawet Jan Kaźmirz raz probował się tem raz[4] wkupić w łaski u narodu. Wiśniowiecki oparł się temu stanowczo.
Nawykłym był do peruki, do sukni europejskiéj, do koronek, do tego pół niewieściego stroju, który mu się wydawał jedynym pięknym i wyższą cywilizacją znamionującym.
Potrzeba było natychmiast wysłać zamówienia do Paryża, a rzecz ta tak gorąco zaprzątnęła króla, iż na prośby szwagra, nawet jéj do jutra nie byłby odłożył — gdyby się nie okazało że francuz Tionville, którego użyć musiano do tego poselstwa, dnia tego nie był do wzięcia.
Późnym wieczorem król nareszcie znużony przypomniał o matce, a że ona już się była przeniosła do kamienicy ks. Fantoniego, udał się do niéj. Ożywiony był bardzo — niestety — nie wiadomościami od kresów z Konstantynopola — ale wysyłką po garderobę do Paryża.
— Było to — fraszką, ale ona charakter rysowała człowieka, który się królem nie czuł jeszcze.
Wszystko co się łączyło z obroną granic leżało na Sobieskim, na księciu Dymitrze i na Hetmanie Pacu.
Księżna Gryzelda uradowała się widząc syna wchodzącym z twarzą rozjaśnioną i wesołą, — dorozumiewała się jakiegoś ważnego odniesionego zwycięztwa — gdy król całując ją w rękę odezwał się żywo.
— Proszę o polecenia do Paryża, jutro wysyłam Tionvilla po suknie dla mnie. Najmniéj cztery różne garnitury mieć muszę i każę mu je podług wzorów w Versalu wziętych u najpierwszych zamówić krawców. Matka wielkiemi zdumionemi oczyma wpatrywała się w niego.
— Zdaje mi się rzekła nieśmiało że wiele rzeczy pilniejszych by było.
— A! — nic! — nic, przerwał syn namiętnie prawie. Cóżbym ja począł w czasie koronacji, gdzie posłowie obcy przybędą. Muszę przecie wystąpić jak przystało panującemu.
Podskarbi — nie wątpię dostarczy mi, choćby z własnéj szkatuły, na ten wydatek pierwszéj, niezbędnéj potrzeby.
Hela, która stojąc z boku słuchała, poruszyła z lekka ramionami białemi.
Michał dopiero teraz ją postrzegłszy, z wyrazem największego poruszenia, rzucił się ją witać i — niezważając na Lubomirskiego, który zabawiał ks. Gryzeldę, odprowadził ją na stronę.
— A! Helo ty moja — począł z niezwykłym pośpiechem — jak mi za tobą tęskno... jak mi brak ciebie! Tak nawykłem się radzić téj mojéj Egeryi, że często nie wiem co począć i boję się stąpić kroku.
— Masz tylu lepszych doradzców odemnie — skromnie rzekła Zebrzydowska — ale, mów, mów, proszę, jak się składają stosunki; jak się stawi Sobieski, Prymas, Morsztyn, Dönhoffowie...
Michał nagle sposępniał.
— A! radbym choć tu u was, o tych nieznośnych zawikłaniach zapewnić, które mnie męczyły przez dzień cały. Nie słyszę o niczem ciągle tylko o tych wrogach moich. Prymas, hetman — obijają mi się o uszy... Mówmy już o czem innem.
— Ale to jest najważniejsza! — przerwała Zebrzydowska.
— To też ja — wtrącił król pośpiesznie — wszystko to zdałem na kanclerza Paca... Pójdę za jego skazówką...
Pomilczał chwilę i weseléj dołożył:
— Mów co ci Tionville ma przywieźć z Paryża? Ja mam na myśli dwie sztuki atłasu dla matki, dwie dla ciebie, koronki... pióra...
— Ale na cóż mnie to wszystko! — przerwała niecierpliwie Zebrzydowska — ja przynajmniéj wcale tego nie potrzebuję... Jestem wprost sługą ks. Gryzeldy i ani mi przystało...
— Ale! cóżbo znowu! — począł król chwytając ją za rękę... ja o tem ani chcę słuchać. Dla mnie — mówił z rosnącą żywością — każę wszystko na wzór króla i wedle mody paryzkiéj sporządzić.
Oczy mu błyszczały, usta się uśmiechały, a Hela patrząc na niego westchnęła.
— Że też wy, królu mój — rzekła smutnie — w takiéj chwili stanowczéj możecie myśleć o tem!!
— Stanowczéj! — podchwycił Michał — ale stanowcza chwila już przeszła. Panowie ci są przejednani, poddali się — i wszystko się ułożyć musi, dlaczegóżbym ja nie miał zająć się tem jak się pokażę... Nie trzeba, aby dawne nasze ubóztwo zdradzało się...
Zebrzydowska milczała. W tem matka, która spragnioną była syna, powołała go do siebie.
Ją zajmował głównie Prymas i Sobieski.
— Zdaje mi się — rzekł uspakajająco Michał — że się już pogodzili z położeniem. Pac zresztą dokona dzieła... Naturalnie potrzeba ich zdobyć ofiarami, ale ja do nich jestem przygotowany.
Pomilczał trochę i opanowany myślą ciągle jedną — wznowił o wysyłce do Paryża rozmowę.
— Co matka dla siebie przywieźć każe?
— Nic, dziecko moje — odparła staruszka. Z dawnych splendorów znajdę jeszcze dosyć lam, axamitów i atłasów, aby w potrzebie wystąpić jak biednéj wdowie przystało... Tych szat żałoby po moim niezapomnianym nigdy Jeremim niezrzucę — nawet w dniu najuroczystszym, gdy syna jego koronować będą...
Michał westchnął... Widać było, że wielką miał ochotę powrócić do swojéj garderoby i wysłańca do Paryża — ale ks. Gryzelda i Lubomirski zwrócili rozmowę na poważniejsze przedmioty — i król posłuchawszy ich trochę milczący, wstał odwołując z sobą Helę.
Poszła za nim posłuszna... a może rada, iż sam na sam — z dawną poufałością przemówić do niego będzie mogła... Zapytała umyślnie czy widział Prymasa.
— Nie — odparł z niechęcią król — pozostawuję kanclerzowi, jako dawnemu jego przyjacielowi, porozumienie z nim. Mam się przyznać? Ten stary obudza we mnie wstręt i obawę niewypowiedzianą. Ma coś w oczach, nawet gdy się przymila i najsłodziéj przemawia, — tryskającego nienawiścią...
Nigdy pono nie przemogę się względem niego...
— Ale mu tego okazywać nie należy — szepnęła Egerja. — Księżna matka zarówno się go obawia, a nie mniéj by go rada pozyskać...
Michał poruszył ramionami.
— Mówię ci, zdałem to na Paców, oni jedni mogą coś, bo długo z nim byli razem i znają go lepiéj od innych.
Westchnął ciężko.
— A, Helo moja! panowanie, korona, jakaż to ciężka pańszczyzna! Zowie się to pięknie, ale w istocie jest niewolą. Człowiek nie należy już do siebie... — jest na posługi wszystkim, odpowiada za wszystko... Gdy sobie przypomnę nasze wieczory w dworku przy Miodowéj, nasze ranki wesołe, przy stoliku śniadania.
— A! te nigdy już niepowrócą — przerwała Zebrzydowska. — Jam je łzami pożegnała...
— A ja! — westchnął Michał — i wnet przybrał postawę energiczniejszą — ale nie! nie — rzekł — nie dopuszczę nigdy, abyśmy się rozłączyć mieli.
Matkę i ciebie chcę mieć przy sobie. Nie wyżyłbym bez was, a gdy się moją myślą z wami, z tobą podzielić nie mogę, zdaje mi się, że nie mam prawa, nią się pokierować. Ty często jaśniéj, lepiéj widzisz nademnie.
— Nie — odezwała się Hela — ale tę nieszczęsną waszą nieśmiałość czasem mogłam zmienić w energję, któréj teraz właśnie najwięcéj potrzebujecie, bo ze słabości będą korzystać...
Matka znowu przywołała syna do siebie, nie spokojna chciała go spytać o kogoś... Potrzebowała wiedzieć jak się względem niego znajdowali, Branicki marszałek, Chorąży koronny (Sieniawski), Wojewoda Ruski szczególniéj — naostatku Wojewoda kijowski... co mówił i myślał książe Dymitr.
Oddawna pomiędzy nim a Sobieskim zatarg był, który się zaogniał coraz bardziéj, a groził teraz następstwami nieprzyjemnemi. Dla wojny, która się bądź co bądź, zapowiadała, zgoda dwu hetmanów była niezbędną.
Lubomirski już wnosił naówczas, co wkrótce do skutku przyjść miało, aby Dymitr starał się o pokrewną hetmana wielkiego księżniczkę Zasławską i Ostrogską. Spodziewano się zbliżając rodziny, pojednać ludzi... Ale tu, jak w każdym kroku Sobieskiego, wpływ żony Marji Kaźmiry był przeważający, a ją tak trudno było pozyskać. Z despotyzmem nieubłaganym kobiety, która zna swą siłę, rządziła ona mężem, poddanym jéj najzupełniéj.
Ks. Gryzelda gotową była dostojność swą przed dumną francuzką ukorzyć i sama pierwsza uczynić kroki... Ale potrzeba było wprzód zapewnić się, że to upokorzenie nie zostanie odepchniętem wzgardliwie.
Wszystko to z chłodem niepojętéj obojętności przyjmował król, zatopiony w myślach — niestety! — bardzo dalekich od poważnych trosk matki... rachował właśnie ile garniturów potrzebować będzie i jaką sumę na nie od Podskarbiego weźmie. Oprócz tego niepewien był czy dwa najparadniejsze, zupełnie podobne, nie będą koniecznemi...
W téj chwili wszedł — sąsiad, gospodarz i przyjaciel domu ks. kustosz Fantoni, który się cieszył widząc ks. Gryzeldę u siebie. Król przywitał go uprzejmie — przypominał mu owe dawne, szczęśliwsze czasy.
Poczęto od różnych drobnostek tyczących się domu, bo kustosz rad go był uczynić najwygodniejszym dla swéj lokatorki — ale po krótkiem porozumieniu — wstał Fantoni i zwrócił się do króla, który z nim odszedł na stronę. Siedli jak niegdyś dawniéj — a zacny kapłan z troskliwością przypatrywał się twarzy młodego pana.
— Wydajesz mi się, W. Król. Mość zmęczonym bardzo — odezwał się — ani jest się dziwić czemu. Z życia spokojnego przejść bez — żadnych pośrednich przygotowań w taki zamęt i na taką wyżynę!!
Michał popatrzył na niego, nie śmiejąc skarżyć się zrazu.
— W istocie — odpowiedział — zmęczonym czuję się wielce — a dotąd nic a nic zrobić nie mogłem. Słucham — uczę się — nie rozumiem wiele, ale Pac mnie wyręcza.
— Staremu przyjacielowi pozwolisz W. Król. Mość być szczerym! — odezwał się kustosz.
— A! mój ojcze! — przerwał pochylając się ku ramieniowi jego — mój ojcze!... proszę, zapomnijcie o téj nieszczęsnéj koronie.
— Oceniam wysoko przyjaźń i pomoc Paców — ciągnął kustosz daléj — ale potrzeba mieć własną wolę i — powoli ze wszelkich się wiązów wyswobodzić. Kraj po was, królu mój, wiele wymagać będzie, a nie zechce pamiętać na to w jak ciężkich warunkach, szlachta narzuciła tę koronę!!.
Wojna wisi nad nami, z kozactwem nie ma końca, z Turkami nieunikniona walka.. Polska jest otoczoną nieprzyjaciołmi, Jan Kaźmirz wam ją przekazał osłabłą, zniszczoną, okrwawioną, zbolałą — a was — opasał kołem zawistnych i wrogów...
— Spodziewamy się ich pozyskać — wtrącił król nieśmiało.
— Nie wiem — mówił daléj kustosz — zjednać będzie trudno, trzeba ich przełamać. Energji na to i silnej woli!!
Spuścił oczy Michał, jakby nie śmiał ich obiecywać.
— Sobieski — rzekł — musi być pozyskanym, bo my go nie przemożemy. Wojsko ma w nim ufność, wodza drugiego jak on, nie uwłaczając ks. Dymitrowi, znaleźć trudno...
— Sobieski — ciszéj odparł kustosz — nie tyle jest strasznym co Prymas... Z bólem serca muszę to mówić o głowie kościoła. Tego by należało ująć, rozbroić — a to mi zdaje się prawie niemożliwem. Natura to skryta, mściwa i nieprzebaczająca... Klęski jaką mu zadano, nie przebaczy nigdy..
— Ale mnie jéj przypisywać nie może — odezwał się Michał. On wie lepiéj niż inni, żem ani się starał, ani pożądał, ani wiedział do chwili ostatniéj co mnie w polu elekcyjnem czekało.
— Tak jest — dodał Fantoni — ale na nikim innym pomścić się nie zdoła tylko na w. królu Mości.
Mówię to nie dla tego abym strwożył, lecz żebym obudził męztwo i baczność — Bóg dopomoże — lecz ustrojcie się i czuwajcie.
To mówiąc powstał kustosz i widząc niepokój matki, ukazał ją królowi, który do niéj powrócił.
Takim był początek tego panowania, które się zdało wolą niebios, natchnieniem Bożem w chwili krytycznéj, zesłane, a miało być męczeństwem niewinnego słabego człowieka, który podołać niemógł zarazem nieprzyjaciołom zewnątrz i wewnątrz mu zagrażającym.
Wojna zapowiadała się na granicach, wojnę wypowiadał mściwy Prażmowski.
W pierwszych jednak początkach spodziewano się dni jaśniejszych.
Wkrótce nieuniknione małżeństwo młodego pana pierwsze przyszło na stół, aby prymasa zniechęcić i zemstę jego rozżarzyć na nowo.
Prażmowski chciał przynajmniéj swoje zaprzedanie dworowi francuzkiemu tem opłacić by króla z księżniczką Orleanską ożenić. Rozpoczął więc starania o to pewien, że król młody szczęśliwym będzie i dumnym z tego połączenia, ale przeciwko francuzce mówiły wspomnienia Maryi Ludwiki i frymarki przedwczesne o koronę, a intrygi Sobieskiéj i kanclerzynéj Pacowéj. Nie mogła szlachta przebaczyć Kondeusza złotem jéj narzucanego. Wstręt do Francij był niezmierny i stanowczy, tak wielki że przemógł nierównie bardziéj wkorzeniony i starszy jeszcze od cesarskiego domu rakuskiego.
Z tego umiał korzystać ksiądz biskup chełmiński Olszowski i zwrócił się z negocjacjami do Wiednia, o arcyksiężniczkę dla Michała.
Była właśnie na wydaniu arcyksiężniczka Eleonora, przeznaczona księciu Lotaryngskiemu, z którym — jak powiadano łączył ją zdawna serdeczny węzeł, ale polityka niezna spraw serca ani się lituje cierpieniem dwojga istot dla siebie przeznaczonych, gdy je rozerwać potrzeba dla dogodzenia swym planom.
Olszowski znalazł w Wiedniu poważne ucho i miłe przyjęcie. Z tradycjami domu zgadzało się to zamężcie. Dał Zygmuntowi III dwie żony, potem Władysławowi jedną, z chęcią w Wiedniu zgodzono się na połączenie z młodym królem, który znany był tam i cenionym. W prawdzie wspomnienia jego pobytu w Wiedniu skromne były... i wcale przeczuwać nie dawały tak świetnéj przyszłości.
Walka pomiędzy Prymasem, a ks. Olszowskim wszczęła się — gorąca — zacięta, lecz Prażmowskiego przeznaczeniem było — doznawać niepowodzenia, mimo największych wysiłków.
Zapowiadało się więc ożenienie z arcyksiężniczką, król milcząco, zimno, z rezygnacją przyjmować się zdawał tę konieczność i następstwo nieuchronne. Obiecywało nowość połączenie to dla zagrożonego kraju pomoc a przynajmniéj poparcie moralne Cesarstwa. Wszyscy przyjaciele króla, niewyjmując Paców, mających tu ścisłe z Francją i dworem jéj stosunki godzili się na austryjaczkę.
Prażmowski szalał i odgrażał się i wściekał, ale musiał tłumić to w sobie, aby na jaw nie wydać z nową doznaną klęską. Mściwy starzec niemógł przebaczyć Michałowi, wszystkiego co z jego powodu połknąć musiał i milcząco pochłonąć w sobie, najzuchwalsze plany, krążyły w znękanym starcu, — który rozpaczą do nich był przywiedziony.
Całą swą więc siłę zwrócił on ku tym, których dawne stosunki z nim łączyły, aby ich zachować przy sobie i użyć przeciwko temu, którego za wroga swego uważał.
Sobieskiego szczególniéj starał się utrzymać, rozjątrzać i wszelkie usiłowania przejednania zniweczać. Tak też, dzięki jego zabiegom, zbliżenie się do Wiśniowieckich przez małżeństwo ks. Dymitra z ks. Susłowską przeszło na niczem. Stare spory i niechęci odżywiono.
Jednych Paców nieudało się Prymasowi od króla oderwać. Ci mu pozostali tem wierniejsi — że Sobieski był połączonym z Radziwiłłem, a walka o przewagę na Litwie z niemi nie ustawała.
Król Michał nie wielu sobie zdobyć potrafił przyjaciół — czuwał nad tem Prażmowski. — Szczupła garstka wiernych tron chwiejący się otaczała. Chmurny horyzont, burzami brzemienny, zawisł nad rzeczpospolitą.
Wybraniec szlachty niósł ciężki krzyż na ramionach — posępny i milczący dźwigał męczeństwo swoje.
Ożenienie z arcyksiężniczką Eleonorą, walkę która go zewsząd cisnęła — miało przenieść do domowego pożycia — nieprzyjaciela posadzić u wezgłowia... aby ani chwili jednéj nie miał już spokoju i wytchnienia.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.





KRÓL PIAST.
POWIEŚĆ HISTORYCZNA
(Michał książe Wiśniowiecki)
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.




WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA.

1888.
Дозволено Цензурою.

Варшава 23 Декабря 1887 г.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Druk Braci Jeżyńskich, (dawniéj J. Ungra), Warszawa, Nowolipki Nr. 9







I.

Częstochowa, któréj wizerunek cudowny tysiące pielgrzymów ściągał od wieków, — w tych latach była jeszcze nowym, świeżym okryta blaskiem wspomnień obrony od Szwedów.
Wszystko tu jeszcze przypominało te chwile walki nierównéj, gdzie po jednéj stronie stała ziemska pięści potęga, szwedzki żołnierz liczny, zbrojny, wprawny, uzuchwalony zwycięztwami — z drugiéj garstka mnichów, gromadka ludzi pościąganych losem pod chorągiew Matki Bozkiéj. Zwyciężcy wszędzie Szwedzi, wysiliwszy się na zdobywanie małéj twierdzy, siłą niewidzialną bronionéj, w końcu z niczém odejść musieli.
Rozgłos téj obrony, imie Kordeckiego, nadawały miejscu temu nowy blask, aureolę szeroko roztaczającą się nad błogosławioną świątynią na niewzruszonéj opoce. Świeże jeszcze pamiątki tych dni heroicznéj walki, — cierpień, niedostatku, trwogi naprzemian i nadziei spotkać można było wszędzie. Tam tylko, gdzie tego wymagało bezpieczeństwo, pozalepiano wyłomy, pozapełniano szczerby, zakryto blizny chlubne; gdzieindziéj stérczały w murach kule bezsilne, widać było drogi i ślady pocisków, które się rozbiły o słabe ściany kościoła i klasztoru.
Żyli jeszcze ludzie, którzy tu walczyli, co byli świadkami tych dni, już jako starożytne jakieś dzieje ozłoconych blaskiem legendy, opromienionych cudami.
Nie było w podwórzach, przy narożnych basztach, w krużgankach miejsca, z którem by się jakieś nie łączyło wspomnienie. Starzy dziadkowie kościelni drżącemi rękami pokazywali gdzie stał Kordecki, którędy dobijali się Szwedzi. Nieme teraz też same działka niewielkie odpoczywały na murach, które ich zwycięzko obroniły.
Historja była tak cudowną, tak dziwną, iż słuchając jéj pielgrzymi płakali, klękali i całowali ziemię uświęconą tą łaską niebios...
Wszystko znowu powróciło na miejsca swe, co w obawie nieprzyjaciela naówczas skrywać musiano, owe skarby, które nęciły żołdaków dobyto, mnogie vota okrywały wspaniały, hebanowy ołtarz Ossolińskich, a lud podwojonemi zgliszczami płynął z całéj Polski, z sąsiedniego Szlązka, z Rusi, do łaskami słynącego obrazu.
Szczególniéj we dnie czci Marji poświęcone, mała twierdza, przedmieścia i wioseczki poblizkie nie mogły pomieścić pątników.
W końcu Lutego następującego roku, chociaż żadna z tych uroczystości nie przypadała, Częstochowa, twierdza, miasteczko, okolice były przepełnione przyjezdnemi. Do klasztoru ani się docisnąć było można, liczne straże wojskowe ustawione były wszędzie i tłumowi napływać nie dawały. Nie był on téż podobnym do tych gromad pobożnych wędrowców, które tu pieszo przyciągały z kijmi w rękach i węzełkami na ramionach. Ogromne wozów tabory rozciągały się pod murami, namioty i chałupy, mimo pory zimowéj, osłaniały ludzi i konie, nie mogące się w murach pomieścić.
Nadzwyczajne przygotowania kazały się domyślać jakiegoś obchodu wspaniałego. We wrotach głównych widać było rusztowania świeżo pobudowane, a obok nich stosy zielonéj jedliny i jałowców. Około kościoła na drabinach ludzie rozwieszali długie sploty gałęzi, mające przyozdabiać ściany. Wszędzie ruch i krzątanie się były nadzwyczajne, — kominy buchały słupami gęstego dymu, a naprędce z kamieni i cegieł powznoszone kuchnie żarzyły się niezmiernemi ogniskami, przy których całe sztuki zwierzyny i różnego mięsiwa się piekły. Strażom zbrojnym, chodzącym z halabardami, rozpędzającym tłumy, ciężko było je w granicach naznaczonych utrzymać. Krzyki dawały się słyszeć tu i owdzie. Tymczasem dzwony zwykłym porządkiem wołały na modlitwę — a z kościoła słychać było brzmienie organów i dobywające się pieśni.
Niedaleko od wnijścia bocznego do kościoła, obok szeregu ławek, straganików i budek, w których sprzedawano obrazki, szkaplerze, medaliki, świece i vota różne, w gwarze ciągle płynącego dwoma prądami ludu, stało dwóch szlachty, ludzi średniego wieku, jeden chudy z szyją długą, którą kołnierz kożucha lisiego po troszę osłaniał od zimna, drugi okrągławy z twarzą mocno zaczerwienioną, z uśmiechem na ustach w wilczurze podpalanéj i ciepłych butach.
— A co? a co? — mówił żywo, spluwając ciągle baryłkowaty szlachcic — nasz król szlachecki, albo się to gorzéj prezentuje niż ci, którzy go poprzedzili?? Ot, jak wystąpił!! — a nie powiedzą téż, aby się małżeństwem upośledził, boć bierze arcyksiężniczkę austryjacką, cesarską córkę, którą sama cesarzowa aż tu do Częstochowy ma przeprowadzić! Sub intelligitur że i posag musi być cesarski i splendor niemały spływa na naszego elekta!
Szlachcic z szyją długą słuchał obojętnie, oczyma biegając dokoła.
— No — no, panie Grzegorzu — odparł po namyśle — tak ono to się wszystko wydaje w łaskawych oczach waszych — ale... ba! ba! ba!
I ręką począł w powietrzu dziwnie kręcić, głową téż potrząsać, a po ustach uśmiech mu szyderski latał.
— Na oko, w istocie — mówił daléj — splendidissime wszystko to wygląda. Możnaby sądzić, że pan nasz szczęśliwy, potężny, bogaty i że mu ptasiego mleka tylko braknie — a no w rzeczy saméj wcale jest inaczéj.
Grzegórz zdumiony, z za pasa ręce okryte futrzanemi rękawicami wydobył.
— Co acindziej mówili — zakrzyknął — możeż to być?
Szlachcic o długiéj szyi strząsnął się, bo mu zimno być musiało, i rzekł:
— Ja tu, mosanie, na mrozie i wietrze długo w konwersacji nie dotrzymam, chcesz pogawędzić, idźmy gdzie pod dach, bo wiatr smaga i mróz się wzmaga...
— A gdzież tu pod dach? — westchnął Grzegórz — wszędzie jak nabito...
Za husarzami, za hajdukami, za czeladzią królewską nigdzie się nie docisnąć...
— Ja tu mam braciszka znajomego, a po troszę i pokrewnego — przerwał z otuchą... Mała figurka, bo nawet nie mszalny tylko — braciszek, ale wiele dziś znaczy, bo mu, słyszę dozór nad spiżarniami i piwnicą powierzono...
— A jakże wy się chcecie do niego dostać, — zawołał Grzegorz, — to to właśnie jak na lep wszyscy muszą do niego się ściągać — i oblegać.
Chudy głową potrząsnął.
— On nikogo nie wpuszcza do siebie — rzekł — a choć w sukni zakonnéj chodzi, ale to taki zawadyjaka, że sobie nikomu nie da imponować, a i siłę ma potemu, bo z jego garści trudno całym wyjść. Dla tego pewnie go na straży tych skarbów postawiono... Chodź no za mną — sprobujemy...
Probować w istocie trzeba było i nie bardzo szczęśliwie przecisnęli się do klasztoru, bo im bliżéj murów i wnijść, tem tłum stał gęstszy, a gdzie niegdzie tak zbity że na wpół zduszone niewiasty w niebogłosy krzyczały.
Nie byłoby się im może udało wnijść do środka, bo tu straż wojskowa niedopuszczała lada kogo, gdyby u drzwi bocznych klasztoru nie wybiegł w habicie paulinów, w czarnéj z futerkiem czapeczce na głowie, mężczyzna olbrzymiéj statury, z twarzą rumianą, z oczyma na wierzch wysadzonemi, z wargami na wpół otwartemi jakby niedokończonem wołaniem.
— Ojcze Czesławie! — zawołał rękę ku niemu wyciągając w lisiurkę odziany, — na miłość Bożą, pozwól nam we dwu przysiąść i spocząć u siebie!!
Usłyszawszy ten głos błagający, skrzywił się, niezmiernie zajęty i spieszący zakonnik, ale poznawszy mówiącego, twarz mu się rozjaśniła.
— A, Ireneusz... jak Bóg miły! a ty tu zkąd! zawołał.
— Nie pytaj, a ratuj — odparł chudy — boki mam poobijane, a uszy bodaj poodmrażane... Zlituj się!
— Wielu was jest? zapytał Czesław.
— Dwu tylko, dwu! daję słowo...
— Czekajcież tu na mnie, gdy powracać będę, rzekł głos zniżając zakonnik, zabiorę was z sobą...
Dokończywszy tych słów, a odpowiedzi nie czekając, puścił się O. Czesław pośrodkiem największego ścisku i ciżby i tak sobie umiał przejście zdobywać potężnemi rozmiarami, że się aż słaniali ludzie. Znikł wkrótce gdzieś w stronie kuchni, a oczekującym nie pozostawało nic tylko rękami bić po plecach dla rozgrzania się i nogami tupać.
Chwila oczekiwania wydała się dosyć długą, ale tłum znowu falować i przeć się zaczął, a czarna czapeczka z uszami O. Czesława wypłynęła po nad głowy a i mnich dał im znak aby w ślad za nim postępowali...
Nie było to łatwem, bo miejsce sobie musieli przebojem zdobywać, ale w progu z pomocą zakonnika zsunąwszy się po dwu stopniach w dół znaleźli się w korytarzu, gdzie już nie było takiego natłoku, mogli odetchnąć, chociaż i tu pusto nie było.
Ruch panował wszędzie...
Szli w milczeniu daléj i coraz daléj krużgankami aż do drzwi które kluczem z kieszeni wydobytym otworzył O. Czesław i wpuścił ich do wnętrza i za sobą je zatrzasnął.
Nie była to cela zakonna, jak się spodziewali, ale rodzaj składu czy spiżarni, na ten czas w wielkim nieładzie...
O. Czesław witał ich uśmiechem...
— Dwa stołki może sobie gdzie znajdziecie, albo zydel, albo pustą faseczkę, odpocznijcie, — ja czasu niemam... Patrzcie co tu się koło mnie dzieje.
W istocie nie jedna ale dwie izby dosyć obszerne, polspione, które para okien po nad samą ziemią umieszczonych olśniewała skąpo, bo w dziedzińcu ludzie stojący całkiem je prawie zasłaniali, wyglądała na spiżarnię na wpół zrabowaną.
Nie było czasu porządku utrzymać żadnego. Tuż przy drzwiach ogromną baryłkę czuć było octem, którego pełną być musiała... dalej parę beczek z liwarem i z balijkami — ogromna fasa z nadwerężonemi obręczami, na podłodze konewki, wiadra — necki.. Na ścianach pułki zastawione były garnkami przeróżnéj wielkości czarnemi, czerwonemi, białemi, butlami i słojami. W drugiéj izbie był wprawdzie stół jako tako z desek zbity i rądelek przy nim, ale jedno i drugie zarzucone naczyniami i szmatkami, tak że miejsca tu sobie znaleźć nie było łatwo.
— Gospodarujcie, siadajcie, a mnie nie pytajcie, zawołał O. Czesław... nie mam na nic czasu. Zdano na mnie spiżarnię królewską, w części i klasztorną, głowę tracę... Gdzie tu temu wydołać!.. A nakradną przy téj sposobności — strach pomyśleć. Cynamon, gwoździki, pieprze najprzedniejsze cetnarami im trzeba wydawać!
Chwycił się za głowę; ale nie tracąc czasu, mówiąc ze stołu wziął gąsiorek próżny, powąchał go, przystawił z lejką do beczki, natoczył płynu bursztynowego koloru i postawił przed gośćmi, którzy na zydlu przysiedli... Oczyma poszukał kubków, prędko je zdjął gdzieś z pułek i rzekł.
— Ogrzejcie się... ale nie przebierajcie miary. —
Okrągłemu szlachcicowi cała twarz drgać i śmiać się zaczęła, aż do najmniejszéj zmarszczki... Zdawało się że nawet włosy trochę po zdjęciu czapki rozrzucone wesołość tę, oblicza dzielą.
— Dobroczyńcą naszym jesteście! zawołał, bo to mróz, wiatr że człowiek do szpiku kości przemarzł...
— To ostatki już zimy, przerwał zakonnik, dziś a jutro nastąpi odwilż i wiosna...
— Ej? ej? podchwycił p. Ireneusz — a wy to zkąd wiecie?
— Pijawki mi to powiadają, a to nigdy nie chybia — odpowiedział O. Czesław, który nie przerywając rozmowy, ciągle się krzątał, chodził, cóś dobywał, zawijał, mruczał, ważył na szalkach... a na chwilę nie spoczął.
— Panu Bogu podziękuję, gdy się to wszystko skończy, mówił — a Najjaśniejsi państwo do Warszawy odjadą. Szczęść im Boże!! Ale, dziś dopiero wieczorem sam król przybywa, jutro ślub: uczta potem a wesele, tak że ledwie na św. Kaźmirz ztąd wyruszą. Przez wszystek ten czas, ani się pomodlić, ani zdrzemnąć. Modlitwy odmawiam chodząc, a często jednę pięć razy poczynam, niemogąc dokończyć. Pan Bóg mi to przebaczy, bo i pierwsze posłuszeństwo niż nabożeństwo, wedle reguły zakonnéj.
— Ale to na was zbyt wielkie włożono brzemię, kochany wujaszku — odezwał się chudy p. Ireneusz, żeby wam choć do pomocy kogo dali...
— Miałem ich dwu! zawołał O. Czesław — cóż myślicie? tylko mi przeszkadzali a bałamucili — wolę sam... Otarł pot z czoła, bo mimo chłodu, pocił się i cały był zdyszany..
Ireneusz spoglądał na niego z czułością wielką...
— Jak mi was żal! wyjąknął, ale dla króla to naszego czynicie — a to jest nasz król, nasz!!
— Jakto — nasz? zapytał zakonnik...
— Bo myśmy go a nie panowie i senatorowie królem okrzyknęli — rzekł Piotrowski, gdyż on to był...
— No — to ja wam powiem, rozśmiał się O. Czesław, że choć się jutro z cesarzówną żeni, choć go splendory królewskie otaczają — ale nie musi wam być wdzięcznym!
— Jak to! dla czego! krzyknął Piotrowski.
Zakonnik się rozmyślił, potarł ręką po twarzy, odetchnął i nie odpowiadając — zapytał.
— Możebyście co przekąsili!..
— A! co tam, przekąsili, podchwycił Piotrowski — nie o przekąskę idzie, ale coście powiedzieli?? Dla czego wdzięcznym być niema?
O. Czesław, który towarzysza swojego siostrzeńca nie znał, zamruczał tylko.
— Ciężka to rzecz korona — ta którą nam na głowie balwierz wygoli, daleko lżejsza i łatwiéj ją nosić...
To mówiąc obrócił się do swych faseczek i począł gospodarować.
Orzeźwiająca woń korzennych przypraw rozeszła się po izbie... krągły p. Grzegorz nosem ją wciągał z przyjemnością.
— Toć to będą łakocie — szepnął — a na te tłumy gości, jak nastarczycie... dalipan ani wiem!..
— Nastarczym — rzekł śmiejąc się O. Czesław, bo nas uprowidowano i my się sami też zmogli na zapas taki, aby lepiéj co pozostało, niż odrobiny zabraknąć nam mogło...
Co wy sobie myślicie? hę? zjedzą nam husarze i wojsko z Senatorami razem czterysta wołów? cztery tysiące baranów, drugie tyle z czubem jagniąt, sto jeleni, pięciu łosiów, parę tysięcy zajęcy, kilkadziesiąt dzików, pięć tysięcy par kuropatw, sześć tysięcy indyków, trzysta bażantów — i cieląt już niewiem wiele...
Szlachta za głowy się chwyciła...
— Tak, tak, śmiał się z ich podziwienia O. Czesław, ale pamiętajcie, że król prowadzi z sobą pułki całe, a to naród żarłoczny... czeladź i ciury też powietrzem nie żyją.
— A cóż oni wypiją!! zawołał okrągły szlachcic.
— O! tego ani wymierzyć, ani obliczyć — pucował O. Czesław, samego przedniejszego wina hiszpańskiego i węgierskiego beczek dosyć naściągano.
— I co to kosztować będzie! zamruczał Piotrowski...
Zakonnik się rozśmiał.
— Króla JMci dosyć, a i klasztor nie mało, bo my choć zakonnicy ubodzy, nie możemy dopuścić abyśmy też panu coś naszemu nie przynieśli. Gdyby mu to przynajmniéj na szczęście było! westchnął mnich, ale. — Ręką zamachnął i umilkł.
— A dla czegoż nie miałby być szczęśliwym? — odparł Piotrowski.
Czesław długo nań patrzył.
— Bo te królewskie i cesarskie małżeństwa, rzekł, kojarzą się na los szczęścia... Nie znają się z sobą przyszli małżonkowie, a często jedno z nich kogo innego ma w sercu, a innemu rękę oddać musi...
Na dwoje babka wróżyła!
— Nasz król — począł Piotrowski — nic mu ująć — młody, przystojny, wedle ich obyczaju ubrany i ufryzowany, grzeczny i układny, czemuby się podobać nie miał??
— Nie zapominajcie o tem że z cesarskiego domu Arcyksiężniczka — mówił ojciec — która może pamięta, jak u dworu nasz król naonczas podkomorzując chodził za stołem... — nosem będzie pokręcać... zamilkł chwilę ojciec Czesław.
— Jako powiadam, po co mu było koniecznie Cesarzownéj albo królewnéj szukać — dodał — wybraliście Piasta, trzeba mu było Rzepichy poszukać, a byłaby się znalazła — z rakuskiego zaś domu...
Ksiądz się zamyślił i urwał nagle... Do drzwi stukać zaczęto — wybiegł za głowę się porwawszy. Z pierwszéj chwili słychać było głosy pomięszane... O. Czesław się spierał i fukał...
Kuchmistrze nalegali i na ostatek poczęto coś wydawać, a szlachcice zdala świadkami byli, jak zabierano oberemkami najkosztowniejsze przyprawy.
— Nam w domu, czasem chrzanem, koprem i kminem obchodzić się trzeba — rzekł Grzegorz — i jakoś się z tem żyje, ale tu... korzenno być musi, a dostatnio... my też ogórkami się obchodzim, gdy im limonij i pomarańcz mało.
O. Czesław powrócił odprawiwszy kucharzy.
— Nie powstydziemy się choćby i cesarskiego dworu i Cesarzowéj matki, która córkę odprowadza — rzekł — Kuchmistrzów mamy, z których jeden pryncypalny u Jerzego Ossolińskiego się aplikował a potem kuchnię prowadził, inni też i za granicą u książąt różnych uczyli się swéj sztuki... Obiecują też cuda! Sami cukiernicy co budują, do postawienia na stołach, to tylko iść patrzeć a zdumiewać się z taką oni sztuką piramidy całe wznoszą... jakby z marmurów, alabastrów, i kryształów...
Piotrowski się uśmiechał, po troszeczku wino cmoktając...
— A gdybyście byli króla tego naszego widzieli, gdy w dzień elekcji stał pod chorągwią, niepoczesny, skromny, zbiedzony... — począł z pod wąsa — na pole przybył bodaj samotrzeć, konie pożal się Boże, barwa wyczesana... i oto cośmy dokazali, dziś on Cesarzównę zaślubił — i tysiącami zamierza gości jego nie nakarmić.
— Ja zaś powiadam wam — przerwał zakonnik, aby tylko wdzięczen był... Nasza głowa kościoła — Prymas cierpieć go nie może choć musi, Hetman także nieprzyjaciel, między Senatorami dobrze połowa wrogi... gdyby mogli w łyżce wody by go utopili.
— Ale królem jest! podchwycił Piotrowski gwałtownie. Na jego miejscu wszystkich tych wrogów króla a per consequens i ojczyzny nauczyłbym rozumu.
— Gdyby było komu pomódz — rzekł ciszéj zakonnik — ale on bez mała, sam stoi jak palec...
Zamilkli wszyscy.
— Teraz już mu szlachcie pomódz będzie trudno — odezwał się pomyśliwszy Piotrowski — ale, jednak, gdyby bardzo Prymas ze swemi bruździł — kto to wie?? możemy stanąć przy nim i obronić.
O. Czesław zamilkł...
— Biedny to człowiek, rzekł po chwili, wiem od tych co go otaczają. Męczennikiem jest — a siły mu P. Bóg nie dał do takiéj walki nieustajnéj, gdzie na każdym kroku trzeba patrzeć sidła i zasadzki... Powiadają że czasem wszedłszy do gabinetu swego modli się a płacze... czasem wybucha, ale to ogień słomiany, podrażni tylko nim nieprzyjaciół, a nazajutrz zmięknie... A przytem — dodał ciszéj zakonnik — szczęścia niema! Nic mu się nie wiedzie, Bóg go kocha bo mu krzyże zsyła. — Dla tego ja i tego małżeństwa więcéj się obawiam niż niem cieszę.
— Hm! mruknął Piotrowski.
O. Czesław sparł się na stole i pochylił ku niemu.
— Ks. biskup chełmiński — ciągnął daléj, — panu i królowi jak najlepiéj życzył swatając arcyksiężniczkę Eleonorę, ale czy o tem wiedziała co ludzie powiadają, że była przeznaczoną księciu Lotaryńgskiemu i z nim od dzieciństwa w wielkiéj i serdecznéj poufałości?? Jedzie tedy pewnie ze łzami do nas, a ze wstrętem do narzeczonego jéj męża... a że krew w sobie czują cesarską... ten zaś potulny i łagodny jest — czego się tu spodziewać?
— Ale bo — gwałtownie podchwycił Piotrowski, — wy mój ojcze, widzicie wszystko tak czarno, że aż mnie się zrobiło straszno w duszy... niech Bóg uchowa!! Król, mężczyzna!! powinien się postawić tak aby mu nikt nie śmiał...
Dobrodusznie O. Czesław począł się śmiać mocno.
— Ireneuszu mój — zawołał — widziałeś ty kiedy mężczyznę aby nad niewiastą górę wziął? i nigdy w świecie! Dla tego ojcowie kościoła zowią ją kusicielką, istotą nieczystą, niebezpieczną. Grzech i kara na ziemię przez nią przyszły...
— Ale też i odkupienie — przerwał Grzegorz...
Zakonnik zamilkł chwilę...
— Tak, ale na to było potrzeba istoty bez zmazy poczętéj i nad wszystkie niewiasty wyniesionéj — odezwał się poważnie.
A no dosyć téj teologij! — dosyć. Oto macie po kawałku piernika — dodał, — pijcie wino, zakąście i wynoście się, bo ja muszę do ojca przeora, a potem do innych spiżarni... Wszystko na mojéj głowie.
Odprawieni w ten sposób goście, dopili kubki i podziękowawszy za przyjęcie wyszli nazad w podwórce, gdzie ścisk się jeszcze powiększył, bo ciągle nadjeżdżały wozy królewskie i sługi. A około murów, bram, pełno było drabin i ludzi na nich kończących przyozdobienia...
Kolebki na saniach właśnie zatrzymały się były za służbą i jezdny który im towarzyszył wołał niecierpliwie dopominając się stanowniczego... a nie łatwo go było odszukać.
W tłumie szeptano, że z Warszawy przybyły panie dworskie z ochmistrzynią, które przyszłéj królowéj frauencymer składać miały i w istocie z zafiranek widać było wyglądające i kryjące się zaraz od ciekawych oczu twarzyczki kobiece.
Nim stanowniczy się zjawił jeszcze, młody dworzanin królewski pędem przybiegł do kolebek i począł do nich zaglądać szukając kogoś znajomego. Był to Kiełpsz, a domyśleć się łatwo, że kogo innego tak chciwie szukać nie mógł tylko panny Heleny Zebrzydowskiéj, o któréj wiedzieć musiał, że się tu znajdowała. Jakoż wykrzyk wesoły oznajmił że ją znalazł, ale twarz która się ukazała witając go tak była blada i smutna, że nawet Kiełpsza wnet ostudziła.
— Czekamy niewiedząc gdzie wysiąść i pomieścić się — odezwała się Hela obojętnie... Nigdy tu nie byłam... a moją pielgrzymkę radabym rozpocząć od ołtarza Matki Boskiéj, bo ona tu panią i gospodynią... Ale same z panną Popielówną i towarzyszką moją nie trafiemy...
— Ścisk okrutny — ale wziąwszy jednego z czeladzi — odezwał się Kiełpsz, — podejmuję się panie do kaplicy wprost poprowadzić.
Kobiety już wysiadać miały, gdy Sobolewski stanowniczy przypadł zdyszany i niedopuścił, mówiąc że wyznaczone komnaty mają na dole, a z nich daleko łatwiéj korytarzami dostać się do kościoła, nie potrzebując przez tłum się przebijać.
Tak się téż i stało, on i Kiełpsz wysadzili wszystkie panie przed samemi drzwiami, u których straż stała i towarzyszyli im do sklepionych pokojów dla nich przeznaczonych, w których ciepło było i mniéj więcéj na przyjęcie gotowo. Rozumie się tylko, że przy takim natłoku, panie się musiały obozowem na ziemi posłaniem zaspokoić. Młode i wesołe prawie wszystkie gościnę tą klasztorną przyjęły śmiejąc się i ochoczo.
Kiełpsz, który Helą wprowadził nie miał siły się od niéj oddalić chociaż ona wydawała się tak zmęczoną, była tak milczącą, jakby jéj wszelkie towarzystwo ciężyło.
— Każesz mi pani sobie pokazać drogę do kościoła? — jestem na usługi — odezwał się. Gdyby nie to nie byłbym natrętnym.
Kilka towarzyszek Zebrzydowskiéj oświadczyło też chęć pomodlenia się naprzód przed cudownym obrazem i Kiełpsz, teraz tytułujący się Krajczym przyszłéj królowéj, — poprowadził je znanemi już sobie przejściami do kościoła i kaplicy.
Tu jednak mimo godziny w któréj się już żadne nie odbywa nabożeństwo, ścisk pobożnych był tak wielki iż fraucymer królowéj z największą trudnością się mógł dostać do kaplicy... przepełnionéj pobożnemi, z których wiele krzyżem leżało, płakało i modliło się głośno..
Cisza panowała tam i tylko przejmującemi niekiedy przerywana westchnieniami pobożnych, a z podwórców głuchy zaledwie szmer dochodził...
Hela upadła na kolana i cała pogrążona w jakiemś uczuciu głębokiem, zdała się zapominać co się do koła jéj działo. Z oczyma wlepionemi w obraz ciemny modliła się gorąco. Kiełpsz stojący nie daleko dojrzeć mógł płynące po jéj twarzy łzy... Długa chwila upłynęła tak nim nareszcie zmęczone podróżą powstawać zaczęły, a jedna z nich szepnęła Heli, iż także powinna była iść a spocząć.
Wstała więc i ona, powolnym krokiem z Kiełpszem idąc za swemi towarzyszkami.
— Króla się dziś spodziewamy — rzekł Kiełpsz... — i radzibyśmy doczekać...
— Jedzie — krótko odparła Hela.
— Pani go pewnie widziała? — mówił daléj Kiełpsz — mnie się wydał gdym go opuszczał tak smutnym, że mi się aż serce ścisnęło. Ktoby się domyślił że na wesele jedzie?
Hela westchnęła.
— Pan wiesz że go zmusili do tego, — odparła smutnie Hela, — ksiądz Olszewski głównie, który koniecznie chciał z domem Cesarskim związku, bo się obawiał aby francuzkie intrygi nie uwikłały króla. Ale tak jedno jak i drugie ożenienie — biednemu panu...
Niedokończyła i zamilkła.
— O już to że biedny to biedny, — szepnął nowo mianowany Krajczy, — my co się ciągle o niego ocieramy wiemy to najlepiéj. Prymas i Hetman w czem mogą i jak mogą szkodzą, nękają, sprzeciwiają się, prześladują, a on — zbyt dobry jest.
— A i to prawda — przerwała Hela żywo — nadto powolny i łagodny — ale natury jego nic zmienić nie potrafi... Co to małżeństwo mu gotuje — dodała — jeden Bóg wie... Miał dotąd przynajmniéj czasem chwilę wytchnienia — teraz i tę mu ono odbierze...
— No — rzekł Kiełpsz — ja się tém pocieszam, że arcyksiężniczka młoda, król miły i umiejący serca pozyskiwać, nie może to być aby ona się do niego, a on do niéj nie przywiązał.
Na twarzyczce bladéj panny Zebrzydowskiéj nagle zjawił się rumieniec, oczy jéj błysnęły ogniem jakimś dziwnym, wargi zadrgały, lecz nic nie odpowiedziała długo — a potem cicho szepnęła.
— Daj Boże! daj Boże!
— Pani widziała jéj konterfekt? — zapytał Kiełpsz...
— Tak — król mi go pokazywał — odparła krótko.
— Dosyć przystojna — odparł Krajczy.
— Ja tego nie znajduję — rzekła Hela — twarzyczka pospolita, a wyraz jéj dumny... Zresztą malarze nie zawsze trafiają.
— I to téż pani słyszeć musiała — szepnął Kiełpsz — bo to wszyscy powtarzają, że była słyszę przeznaczona, innemu... Lotaryngskiemu podobno, z którym się znała od dzieciństwa.
— Żal mi jéj — odpowiedziała Zebrzydowska — ale się za swój los na naszym panu mścić gotowa...
— Ja niewiem — począł młody Krajczy — ale mnie się zdaje że naszego króla choćby kto miał nawet ochotę nienawidzieć, on go swą dobrocią i łagodnością rozbroi. Prawda że tego starego nieznośnego klechę niepotrafił skruszyć, ale — to człowiek nie... dobry... niech mu Bóg nie pamięta.
Szli tak po cichu rozmawiając powoli, aż ku drzwiom pokojów przeznaczonych dla fraucymeru. Kiełpsz westchnął.
— Panno Heleno, rzekł pocichuteńku — kiedyż ja się doczekam tego co dla mnie jest życiem lub śmiercią?? Mam przyrzeczenie że...
Hela podniosła oczy ku niemu.
— Panie Zygmuncie — odezwała się — cierpliwości! Myślmy teraz o królu nie o sobie.
— Ale ja już czekam tak długo?
— Chcesz więc abym prędzéj mu — podziękowała? i powiedziała — nie mogę?
— A! Boże uchowaj! krzyknął aż nazbyt głośno zapominając się Kiełpsz. Gotówem czekać byle nie dostać grochowego wianka. Ja wiem iż jéj wart nie jestem, panno Heleno — ale kocham tak...
Nastąpiło milczenie. Szli już do drzwi, Kiełpsz schylił się do jéj ręki, pocałował ją i musiał odejść, a frauencymer wesoło wbiegł do przeznaczonego mu mieszkania.
Krajczy zadumany wolnym krokiem udał się ku wyjściu. Co chwila króla się spodziewano, a choć przyjęcie tego dnia nie miało być, uroczyste — duchowieństwo, senatorowie i wojsko wyglądało przybycia.
Późno już kolebka otoczona znacznym oddziałem jazdy, a za nią, dwie inne, wszystkie na saniach, ukazały się we wrotach i król wprost udał się do kaplicy, na któréj progu biskupi, przeor i mnogi kler oczekiwał na niego. Lubomirski i jeden z młodych Paców mu towarzyszyli.
Przed ołtarzem padł na kolana i modlił się. W godzinę potem już — sam jeden — siedział z Lubomirskim zamknięty, wyprosiwszy sobie spoczynek. Marszałek dworu przyjmował gości w refektarzu... Wieczerzę dla króla podano mu osobno... — ale tego dnia — ów co jeść zwykle lubił i był smakoszem, nic prawie nie tknął.
Lubomirski patrzył i ramionami poruszał.
— Zmęczony jesteś — rzekł z dumną poufałością do niego.
— Nie — odparł Michał — jestem jakiemś przeczuciem, trwogą niewypowiedzianą tęsknicą przygnębiony.
Załamał ręce.
— Ja jéj, ona mnie nigdy kochać nie będzie — począł chmurno. Obojętną może pozostać — serca zmusić niepodobna, wiem że kocha innego, ale mścić się zechce na mnie za to że los mnie jéj narzucił.
— To są urojenia — rzekł Lubomirski, tak jak ów projekt wydania jéj za Lotaryngskiego jest plotką. Tworzysz sobie troski przedwczesne... Król westchnął i ręce na piersiach złożywszy chodzić począł.
— Wszystko to być może — rzekł, nazwij urojeniem jak chcesz — czuję nadciągającą burzę nową. Powiedz mi com ja zawinił że tak pokutować muszę. Wiesz co cierpię...
— Zawiniłeś, bracie mój a najjaśniejszy panie, odezwał się Lubomirski usiłując rozmowę uczynić weselszą — tem, że wszystkich chcesz rozbrajać dobrocią, ujmować łagodnością.
— Próbowałem iść za radą waszą — przerwał król — sam wiesz żem kilka razy otwarcie i groźno wystąpił cóż to pomogło? podrażniło ich tylko.
— Bo wiedzieli dobrze iż to nie wyszło z ciebie, ale z nas, że trwać nie mogło. Bądź nieubłaganie surowym.
— Cóż to pomoże? uśmiechając się smutnie odparł król — Prymasa złożyć nie mogę, skarżyć się na niego do Rzymu, — nie pomoże nic. Hetmanowi władzy niemam odebrać prawa. Ufają w to — i póki ja i oni żyją — wojna trwać będzie.
Lubomirski zamilkł...
Zapukano do drzwi, wszedł dworzanin służbowy.
— Co przynosisz? spytał król.
— Cesarzowa stanęła na noclegu szczęśliwie i nasz posłaniec przybył oznajmić o tém. Zdaje się że do jutra też i śnieg tajać zacznie, bo się na odwilż zbiera, kolebki więc nasze pójdą łatwo, a gościniec już ludzie spędzeni z okolicy znacznie oczyścili.
Król dał tylko znak głową, dworzanin wyszedł. Stał długo w miejscu zadumany...
— Gdy mnie okrzyknięto — odezwał się do Lubomirskiego chmurno — mimowolnie mi się wyrwało z ust Transeat a me celix iste, dziś też same wyrazy powtarzam w duszy — ale kielich żywota mego pełen goryczy spełnić potrzeba do dna! Bądź wola Twoja!.


II.

Nazajutrz d. 27 Lutego, ironją losu wypogodziło się niebo, ociepliło powietrze, zaświeciło słońce, jak gdyby dniem tym przepowiadało długi szereg szczęśliwych! wszyscy to sobie tłumaczyli gwiazdką pomyślną nowożeńców; błogosławieństwem bożem. Król nawet, choć blady i zmęczony wstał uspokojony nieco, usiłując się z przeczuciem swoim pogodzić.
Od rana wszystko było w ruchu w klasztorze i na mieście i co miało towarzyszyć królowi, gotowało się wystąpić świetnie.
Już na granicy Cesarzowę matkę odwożącą córkę mężowi przyszłemu, — półtrzecia tysiąca szlachty zbrojnéj i strojnéj z przepychem na jaki się tylko zdobyć mogła, przywitało swą królowę.
Jechała ona nietylko w towarzystwie swéj matki ale razem ciotki swéj Maryi Anny mantuańskiéj i młodszéj siostry... Rodzina ta zdawała się rozstawać z obawą z przyszłą królową, i dodawać jéj męztwa do spełnienia ofiary, któréj cesarz Ferdynand III, wymagał po córce. Nie było tajemnicą że Eleonora jechała zalewając się łzami, narzekając na losy, oburzając przeciwko temu gwałtowi jaki jéj polityka ojca zadawała. Musiano przez całą drogę łzy jéj osuszać, pocieszać, utulać rozżaloną ale razem oburzoną i gniewną przeciwko swemu przyszłemu małżonkowi.
Szeptano o tem i w otoczeniu króla po cichu, pocieszając się tem iż czas złagodzi tęsknotę, zbliży i przejedna. Senatorowie królowi oddani i wszyscy co o cześć jego i narodu dbali, wysilali się teraz aby przyjęcie cesarzowéj i dostojnych jéj towarzyszek, uczynić prawdziwie królewskiem i wspaniałem. Wysilano się na wystawność, na okazanie bogactwa rzeczypospolitéj. Ze skarbca wszystko co mogło uświetnić przyjęcie, pomnożyć jego wspaniałość przywieziono z Krakowa... Kościół i sale w których gości miano przyjmować zawieszone całe przepysznemi kobiercami temi, wedle rysunków Rafaela i Gulio Romano, które stanowiły jedną z najkosztowniejszych spuścizn po Jagiellonach, — jaką się żaden naówczas królewski skarbiec poszczycić nie mógł. Wszystkie srebra i klejnoty koronne, najpiękniejsze naczynia, najrzadsze i misterne rzeźby z kruszczów drogich zdobiły kredensy częstochowskie...
Zarówno też orszak towarzyszyć mający królowi, konie i kolebki dobrane były najtroskliwiéj. Ubogi ów królik szlachecki widział się otoczonym bogactwy i wytwornością wyszukaną, którą lubił i cenił wysoko...
Sama liczba pocztów jakie z nim przybyły do Częstochowy, mogła dać pojęcie wysokie o zasobach rzeczypospolitéj..., a dobór młodzieży rycerskiéj, starszyzny poważnéj składał się na obraz niezrównanie uroczysty i świetny. Od lam złocistych, klejnotów któremi okryte były uzbrojenia, rzędy na koniach, dyndyki, sahajdaki i tarcze, jakby deszcz ognisty sypał się i oślepiał. Oprócz owych pół trzecia tysiąca szlachty, która od granicy towarzyszyła Cesarzowéj Eleonorze do noclegu i z niego wróciła do króla, aby się z jego połączyć orszakiem, miał Michał przy sobie pięciuset halebardników w barwie królewskiéj, kosztownie przybranych i jeszcze około dwóch tysięcy szlachty z całym przepychem na jaki się zdobyć mogła, ciągnącéj na straży osoby króla... Niemniéj nad osiemdziesiąt kolebek złocistych i srebrzystych, obitych aksamitami, wyściełanych lamami i adamaszkami wiozło urzędników, senatorów, dwór pański kolebka przepyszna, w któréj jechał król aż do miejsca, wyznaczonego na spotkanie z Cesarzową, zaprzężoną była ośmią końmi białemi, a trzy jéj podobne szły przeznaczone dla przyszłéj królowéj i jéj orszaku... Za powozem króla masztalerze i koniuszy prowadzili cudnéj urody wierzchowca, którego miał dosiąść dla spotkania Cesarzowéj.
Niemy, zamyślony, blady, jechał król... Na samem wsiadanem w Częstochowie, traf chciał że spotkał u drzwi nadchodzącą z innemi paniami — Helę Zebrzydowską, oczy ich zeszły się we wejrzeniu smutnem, łzami osłoniętem. Michał chciał się zatrzymać aby przemówić do niéj słowo, zawahał się, lecz nieubłagane konieczności etykiety dworskiéj zbliżyć mu się do niéj nie dozwoliły...
Król sam jechał w swéj złocistéj kolebce, strojny z wykwintnością największą, okryty sobolową delją... któréj spięcie samo karbunkułami ogromnemi jak słońce grzało...
Niedojeżdżając do Chłęchowa dano znać że powozy Cesarzowéj widać było na gościńcu... Zatrzymały się orszaki, stanęła kolebka i królowi podano konia, którego dosiadłszy, otoczony wyborem młodzieży z senatorów, wyprzedził pochód, aby powitać swą przyszłą... W chwili gdy mu podawano złote strzemię... koń, którego miał dosiąść, pośliznął się na topniejącym śniegu i upadł na przednie nogi. Nie trwało to jednak nad jedno oka mgnienie i pochwycił się natychmiast pełen ognia, tak że zaledwie bliżéj stojący, ten omen fatalny dostrzegli...
Stosunkowo do wytworności pocztów i powozów królewskich, nadciągające Cesarzowéj nie wydawały się bardzo świetnie, ale w tem ich zaniedbaniu i kroku ozdób u świecideł była powaga jakaś i majestat, na których orszakowi króla zbywało...
W wielkiéj kolebce siedziały Cesarzowa matka, któréj rysy nosiły inacze na sobie ślady piękności przekwitłéj, narzeczona króla Eleonora, a naprzeciw nich księżna mantuańska i młoda księżniczka siostra Eleonory...
Zatrzymały się powozy u namiotów rozbitych, do których droga suknem była wysłana i tu pierwsze uroczyste, z mowami i podziękowaniami nastąpiło powitanie... Przyszli małżonkowie — spojrzeli na siebie — ku wejrzeniu tem cała przyszłość się zawierała... Wzruszenie nawet nie przeszkodziło arcyksiężniczce Eleonorze we wzroku jakim zmierzyła męża zawrzeć groźby i niechęci... Szyderski uśmiech zadrgał na jéj ustach, a źrenice jasne od płaczu zarumienione jakby strzałą przeszyły Michała, który zdawał się błagać litości.
Postawa jego skromna, wyraz twarzy łagodny nie rozbroiły narzeczonéj, wzrok jéj nie stał się słodszym, ani mniéj groźnym... Mówił że pozostanie nieprzebłaganą.
Cesarzowa matka za siebie i za córkę musiała okazywać uprzejmość i wesele twarzą już nawykłą do tego przymusu dworskiego, który uczy śmiać się i smucić na rozkaz dany... choćby serce płakało i krwią zabiegało...
Takiemi wyuczonemi uśmiechy witały króla dwie księżne pokrewne... Michał chociaż powagę swą królewską dobrze utrzymać umiał, nie potrafił jednak ukryć całkiem wrażenia jakie na nim uczyniło wejrzenie przyszłéj żony, którą ile razy spotykał powtarzało mu tę samą groźbę przyszłości...
Królowa nie wydała mu się piękną, chociaż świeża jéj twarzyczka, płeć delikatna, rysy dosyć szlachetne nadawały jéj fizyognomję wyrazistą — ale nie było w niéj nic sympatycznego, pociągającego, niewieściego, a duma rodu cechę na niéj piętnowała odstręczającą. Dziecię Cezarów zdawało się mówić całem obliczem, iż nikomu z sobą na równi stanąć nie dozwoli.
Powitanie też było, pomimo uprzejmości Cesarzowéj matki, zimne i suche... a narzeczona widocznie unikała potem aby się jéj oczy nie spotkały ze wzrokiem przyszłego męża...
Wysłuchano mów i powinszowań, w czasie których królowa przyszła dawała znaki zniecierpliwienia i orszak znowu złożył się jak wprzódy, z tą różnicą iż król konno jechał u kolebki, po stronie z któréj siedziała Eleonora.
Przez cały ciąg drogi do Częstochowy, w czasie którego muzyki przygrywały, a potem bicie we dzwony i wystrzały z dział rozmowy i wymiany choćby kilku słów, czyniły niepodobną — król jechał milczący oczyma sięgając napróżno w głąb kolebki w któréj siedząca pani zdawała się rozmyślnie spojrzenia jego unikać.
Wszystko zresztą ściśle podług programu dopełnionem zostało, w kaplicy przed obrazem cudownym, młoda królowa zdawała się nabierać męztwa... i łzy już nieuroniła... Uklękła na modlitwę, w dłoniach zanurzyła twarz i pozostała tak chwilę długą, dopóki matka nie przyszła ją wyrwać z téj zadumy pobożnéj...

..................

Młoda para sama jedna w obszernéj komnacie sypialnéj — któréj środek zajmowało szkarłatnym pawilonem na złoconych kolumnach okryte szerokie łoże — stała niema przeciwko sobie.
Zmuszona spocząć na chwilę, obok małżonka, zaledwie drzwi się zamknęły za odchodzącą Cesarzową matką, zerwała się szybko Eleonora i osłaniając płaszczem białym ze złotem szyciem, który miała przygotowany, drżąca, poruszona, wybiegła oddalając w głąb’ komnaty. Z trwogą i groźbą razem w oczach, spoglądała w stronę, gdzie mąż pozostał.
Michał podniósł się też żywo — i z początku stał niepewny, potem krokiem powolnym zbliżać się począł do żony. Ale w miarę jak do niéj podchodził — Eleonora usuwała się przed nim, a doszedłszy do stołu, na którym przybory toaletowe rozłożono — podniosła głowę i wzrokiem odpychającym rzuciła na męża.
Michał zatrzymał się i jak winowajca, czekał — wyroku, czując, że ów mu zagraża...
Nierychło z ust królowéj dobył się głos łkaniem tłumiony.
— Najjaśniejszy panie, rzekła — wysilając się aby spokój i powagę odzyskać — proszę mnie posłuchać...
Król głową skłonił.
— Zostałam zmuszoną oddać wam rękę — ciągnęła daléj — nie pytano mnie o serce... Ono oddawna do kogo innego należało... Jestem otwartą i szczerą, oznajmuję mu to. Połączono nas przed ołtarzem, winnam mu posłuszeństwo, ale nie dam sobie zadać gwałtu — a spodziewam się, że nie zechcesz z praw swych korzystać...
Poruszyła się żywo i chwyciwszy ze stołu flaszeczkę lareadryny przyłożyła ją do twarzy aby orzeźwiającym jéj zapachem odetchnąć. — Oczy nabrały blasku rozpaczliwego, cała drżąca oczyma trzymała osłupiałego Michała w oddali od siebie...
Król długo nie mógł odpowiedzieć...
— Bolesny to wyrok dla mnie, rzekł nareszcie — ale potrafię mu się poddać, dopóki okoliczności go nie zmienią. Pani może poznasz mnie lepiéj...
— Ale postanowienia mojego nie zmienię nigdy! nigdy! powtórzyła z naciskiem Eleonora... Dla oczów ludzkich muszę być żoną jego, ale żadna siła zwolić mnie nie może — poddać się narzuconemu mi jarzmu nienawistnemu...
W. królewska Mość wiedziałeś o tem, bom mu znać dała przez osobę zaufaną, że mężem moim być nie możesz... Należało zerwać układy.
— Niezależało to odemnie, słabym głosem odparł Michał...
Nawet Najjaśniejszy ojciec wasz nie byłby zezwolił na to...
Eleonora potrząsała głową i jakby sama do siebie pomrukiwała ciągle.
— Nigdy! nigdy!
Wtém uczuła, że osłabła od wzruszenia, drżały pod nią nogi, i padła na stojące blizko krzesło. Głowę sparła na ręku, nie patrzyła już na męża, po twarzy widać było kroplami spadające łzy, których nie ocierała...
Michał stał jak wryty.
— Co mi pani rozkażesz? — zapytał chłodno.
— Abyś się W. Królewska Mość oddalił — rzekła żywo. Zmęczenie podróżą, wzruszenie będzie tłumaczyć potrzebę spoczynku...
Słuchał król, lecz nie ruszył się z miejsca...
— Zbyt to byłoby upokarzającem dla mnie — odezwał się. Oczy wszystkich są na nas zwrócone, na cóż mamy złośliwym dostarczać karmi.
— Mnie to bynajmniéj nie obchodzi — żywo przerwała, poruszając się królowi. Dziś lub jutro wielka tajemnica ta, że ani ja, ani serce moje nie należą do W. Królews. Mości, zostanie odkrytą i powszechnie wiadomą. Potrzeba przygotować się do tego...
— Może to być pani obojętnem — odparł król powoli — ale ja, jako panujący, mając dosyć nieprzyjaciół, nie chcę się im dawać na pośmiewisko. Nie dopominam się praw moich, lecz zachowanie form pewnych warować sobie muszę!
— Prawa! warować! — pogardliwie i gwałtownie podchwyciła Eleonora. Ja żadnych praw nie uznaję, ani ich sobie dyktować pozwolę...
I dumnie spojrzawszy z góry na nieszczęśliwą swą ofiarę, odwróciła się ze wstrętem. Powolnym krokiem Michał przeszedł się po komnacie zamyślony.
— Pozostanę tu parę godzin — odezwał się, zdala na sofie na sposób turecki wysłanéj zabierając miejsce.
— W. Królewska Mość możesz iść na spoczynek i namiot nad łożem zapuścić.
Obojętność, z jaką te wyrazy wymówił Michał, zdawała się uderzać królowę, spojrzała z ukosa na niego, jakby chciała wziąć miarę siły jego i charakteru. Na pytanie odpowiedzi nie dając, pozostała w krześle, rzeźwiąc się ciągle oddychaniem woni, którą przy ustach trzymała...
Nastąpiło długie, głuche milczenie. Nieporuszony, z oczyma wlepionemi w posadzkę — siedział król Michał. Eleonora niespokojna, rzucała się na siedzeniu.
Z dala zegar wieżowy bił powolnie godzinę...
Rozmowa zerwana nie zawiązała się już więcéj, aż w chwili gdy po godzinie upłynionéj, król powstał ze siedzenia. Eleonora poruszyła się, mierząc go wzrokiem.
— W. Królewska Mość — odezwał się zimno zabierając odchodzić małżonek — pozwolisz mi, abym z Najjaśn. Cesarzową matką otwarcie pomówił jutro... Nie godzi się i sumienie mi nie pozwala kłamać przed nią — milczeniem nawet. Powinna wiedzieć, w jakiem położeniu zostawia mnie i panią.
Eleonora krótko się namyśliła, brwi ściągnęła.
— Nie rozumiem — rzekła — na co się to przydać może, gdyż ani rozkaz matki, ani żadna przemoc nie zmusi mnie zmienić mego postanowienia. Będę dla W. Królewskiéj Mości i dla świata — królową, ale żoną jego — nigdy!
Pytać mnie o to co masz uczynić, nie potrzebujesz W. Królewska Mość. Oskarżanie mnie przed matką nie polepszy stosunków naszych, zwiększy tylko tę niechęć, ten wstręt, który miałam i mam do niego, i taić go nie będę...
Czyń W. Królewska Mość jak mu się podoba...
Michał milcząc ukłonił się i wyszedł. Nazajutrz w przepysznie przystrojonym refektarzu zastawione stoły czekały na młodą parę, która wraz z Cesarzową matką pod baldachimem na podwyższeniu zasiadła, mając przy sobie dwie księżniczki.
Dwór przepełniał salę, w któréj dostojniejsza część towarzystwa przy osobnych stołach się mieściła, a reszta w kurytarzach i dolnych izbach klasztornych rozdzieloną była. Małżonkowie dotąd nie zamienili słowa nawet, a Cesarzowa matka sama tylko niekiedy przerywała uprzykszone milczenie. Szumnie huczna muzyka usprawiedliwiała je po części.
Król jednak co chwila obracał się do żony, na ustach drgały mu pytania, ale ostre wejrzenie oniemiało. Parę razy Kiełpsz zdala dostrzegł, iż Michał zwrócony do żony mówił coś do niéj, i widział téż jak krótko, niechętnie, zbywając go odpowiadała Eleonora.
Po twarzy Cesarzowéj matki, która przy królu siedziała, przebiegały widoczne oznaki niepokoju i frasunku, po kilkakroć przechylała się do córki, starała wzrok jéj spotkać i oczyma jéj coś powiedzieć, lecz nie odniosło to żadnego skutku, królowa Eleonora pozostała jakby sztywną lalką, wyuczoną do pewnych ruchów, które z lodowatą obojętnością spełniała... Michał wysilał się na wesołość pozorną, na ożywienie, które udawać musiał...
Uczta w tych warunkach przeciągająca się długo dla form, które jéj towarzyszyły, stokroć jeszcze nieznośniéj dłuższą wydać się musiała obojgu królestwu... Przed oczyma ich obraz ten przesuwał się zamglony, niewyraźny, a odgłosy wesołe, okrzyki — brzmiały jak urągowisko.
Naostatek owoce, cukry i olbrzymie pyramidy ozdobne z napisami i godłami oznajmiły koniec téj męczeńskiéj biesiady.
Kiełpsz, który jako nowo mianowany Krajczy posługiwał ciągle swéj pani, miał jednak dosyć czasu, aby drugiej, téj, która go stokroć więcéj pociągała ku sobie, pozostać wiernym i dać dowód, że niezapomniał o niéj. Dwór niemiecko-włoski i polski młodéj królowéj siedział u drugiego stołu, a jedno z przedniejszych miejsc przy nim zajmowała jako powinowata królowi, Helena Zebrzydowska. Wśród mnóztwa ładnych twarzyczek, które jak grzęda kwiatków całą stronę osobnego stołu zajmowały, Hela odznaczała się tak klasyczną regularnością rysów i wyrazem ich niemal surowym a tragicznym, iż wszystkich oczy ściągła na siebie. Ubrana wykwintnie, ale z prostotą, o ile ona przy uroczystem wystąpieniu zachowaną być mogła. Zebrzydowska miała w sobie coś zagadkowo pociągającego.
Mimowolnie pytał się każdy patrząc na nią — kto być może ta młoda istota, piękna, poważna a tak smętna, jakby od kolebki chodziła w żałobie. Miejsce jéj u stołu tak szczęśliwie wyznaczonem zostało, że miała naprzeciwko siebie króla i królowę, a oczy jéj nie schodziły z obojga, szczególniéj z Eleonory...
Badała ją wzrokiem, starała się odgadnąć i sięgnąć do głębi duszy, a doznane wrażenie ściągało jéj brwi, chmurzyło twarz i czyniło coraz posępniejszą. Kiełpsz coraz to podbiegał nieznacznie...
— A cóż, królowa? — szeptał.
Hela nic nie odpowiadała.
Za drugim czy trzecim razem szepnęła do niego:
— Słyszałeś ją mówiącą?
— Dotąd nie — ani mówi, ani jeść raczy, talerze odbieramy nietknięte. Napiła się wody z winem...
— A król? — cicho dodała Zebrzydowska
— Król probował parę razy pytać o coś, ale nie ręczę, czy odpowiedź otrzymał...
Po uczcie tańce się rozpocząć miały, do których przystępowano z taką ochotą jak do stołu...
Cesarzowa zajęła miejsce pod baldachymem, wymawiając się od tańca...
Król z sześciu senatorami za sobą, panie najdostojniejsze przeprowadził kilka razy po sali. Tym samym powolnym krokiem przy dźwiękach muzyki, Michał przeszedł się z arcyksiężniczką, królowa podała rękę Pacowi, zmieniły się pary...
Eleonora posłuszna wskazówkom podawała rękę, szła wyprostowana, z oczyma wlepionemi gdzieś w obicia ścienne, powracała, siadała, wstawała, podobniejsza do automatu nie do żywéj istoty.
Król też w końcu, pomimo wysiłku aby się okazać szczęśliwym i ożywionym zesztywniał, ostygł i z tą samą obojętnością znudzoną, spełnił co mu w kole wskazano...
Muzyka tylko szydersko urągała weselem — które nie odbrzmiewało wśród ścian głuchych...
Programmatowi dnia nie było jeszcze końca. Na przeciw krużganków na piętrze, na których siedzenia kobiercami i futrami pookrywane przysposobione były, mistrz ogniów sztucznych i kierownicy uroczystości przygotowali widowisko, dla oglądania którego całe towarzystwo wyjść musiało.. Król podał żonie rękę, którą zlekka odtrąciwszy przeszła do matki, musiał więc zbliżyć się do Marji Anny Muntuańskiéj i z tą razem stanął patrzeć na zapalone i oświecone ługi tryumfalne, w powietrze wystrzelające cyfry połączone, deszcze iskier różno-barwnych, kaskady ognia, kule gorejące... — cały szereg pupilów fejerwerkera cekhauzu warszawskiego, który usiłował pokazać wiedeńskim gościom, że cesarskim nieustąpi...
Tłum stojący w podwórcach, ciżba ludu za murami twierdzy na polu, głośnemi okrzykami radości witały każde nowe zjawisko, które na ciemnem niebie pisało wróżby szczęścia i vivaty...
Dwory króla i królowéj, Cesarzowéj matki, panowie senatorowie, panie z Warszawy przybyłe, pomiędzy któremi jedne z pierwszych miejsc zajmowała kanclerzyna Pacowa — towarzyszyły królestwu...
Eleonora zawczasu wymówiła to sobie, na co się zgodzić musiano, że oprócz polskiego swego fraucymeru i urzędników, trzymać będzie mogła sługi do których była nawykłą. Zgodzono się na to tem łatwiéj iż wszystkie królowe rakuskiego domu zawsze z sobą przynosiły to niemiłe wyposażenie, które się do tego przyczyniło, aby żadna prawie z królowych nigdy do polskiego języka i obyczaju nie nawykła...
Kiełpsz, który z wielką ciekawością obliczał już tych, co pozostać mieli przy królowéj — dnia tego dopiero dostrzegł postać, która mocno zwróciła jego uwagę. Był to niemłody już, z twarzą dziwnie pomarszczoną, w peruce wielkiéj ale dosyć zaniedbanéj, charakterystycznéj i nie miłéj powierzchowności mężczyzna, którego mu wskazano jako sekretarza królowéj. Jedni go mianowali włochem, niemcem drudzy, a twarz tylko cechowała zgryźliwą, nieprzystępną, zamkniętą w sobie osobistość, która nie okazywała najmniejszéj ochoty, ani obeznać się, ani zbliżyć do tych, z któremi żyć jéj było przeznaczonem. Z rękami w kieszeniach, przygarbiony, drżąc od zimna, sekretarz ów wpatrywał się na pozór w ognie sztuczne, lecz daleko pilniéj badał oczyma niespokojnemi każdy ruch królowej i tych co ją otaczali...
Wyraz tego zmęczonego już życiem oblicza nie był wcale pociągający, ale w oczach błyskała inteligencja i wielka wiara w siebie... Dwór polski — wcale się nie zdawał czynić na nim wrażenia. Obejście się jego z ludźmi do służby i dworu królowéj Eleonory należącemi wskazywało, że zajmował stanowisko wysokie i miał prawo rozkazywania. Zostawiony sam sobie sekretarz miał bardzo nieprzyjemny pozór człowieka, który czuje się nie na swem miejscu... Brwi siwe nawisały mu aż na powieki, usta się zamykały silnie, fałdy i marszczki występowały na długiéj żółtawéj twarzy wyraziście, — lecz gdy się kto zbliżał i zwracał jego uwagę, lice wygładzało się, łagodniało — i starało przypodobać wyrazem uprzejmości. Szło mu widocznie o to aby robić znajomości i zasięgać informacije, bo zaczepiał z kolei po niemiecku, po włosku i po francuzku, wszystkich co mu się nastręczali. Kiełpsz wcale dobrze mógł mówić po niemiecku. P. sekretarz widział go usługującego królowéj jako krajczego i teraz gdy przypadkiem czy przez ciekawość — młody krajczy podsunął się i zbliżył ku niemu, — nadzwyczaj nadskakująco sprobował z nim zawiązać rozmowę.
Natrafiwszy na język niemiecki — niezmiernie się ucieszył. On sam mówił nim wprawnie bardzo, ale zaraz na wstępie prezentując się p. krajczemu, oznajmił że był włochem, że się zwał Toltini, a od dziecka będąc przy dworze języka niemieckiego nauczyć się miał sposobność.
Rozmowa rozpoczęła się od wielkich pochwał jakie sekretarz oddawał wspaniałości przyjęcia, wytworności stołu, wybornym winom — a na ostatek nawet świetnemu fajerwerkowi...
— Wszystko to dla naszéj królowéj pani — odparł Kiełpsz, — zdaje się straconem, tak dziś uderza i nas i każdego smutek jéj twarzy...
Toltini żywo bardzo zwrócił się do krajczego.
— A jakże się temu możecie dziwować, — przerwał... — To było dziecię ukochane, pieszczone, które nigdy, na chwilę nie opuszczało matki. Sama ta myśl że się z nią rozstać musi... napełnia ją boleścią. Sama jedna, zostanie w pośród obcych...
— My téż — rzekł Kiełpsz z podejrzanym uśmieszkiem dwuznacznym — nie dziwiemy się uczuciu bardzo naturalnemu, ale ubolewamy nad tém — i radzibyśmy tylko widzieć czem by ta tęsknota i smutek rozproszyć się dały.
Toltini obejrzał się z jakąś obawą dokoła.. i rzekł z wachaniem pewnem.
— Na to jedno jest lekarstwo — czas!!
I wnet zwracając rozmowę włoch począł badać Krajczego — o króla, o jego charakter, upodobania, usposobienie i t. p.
Krajczy rad był może tym pytaniom.
— Nie tylko ja — rzekł — ale wszyscy to panu zgodnie powiedzą o królu jedno, że nad niego lepszego człowieka i serca nieznaleść, ale w tem właśnie i największa przywara — bo zbyt jest łagodnym i dobrym.
Toltini podniósł brwi ruchem, który mu był właściwy i opuścił je. Cała skóra na czole poruszała mu się tak, że peruka z nią nawet to niżéj opadała, to się po nad czoło dzwigała...
— A! a! — rzekł — jak na króla rycerza, kraju w ciągłych wojnach, zmuszonego się bronić, gdzie wiele energii potrzeba — w istocie zbytnia dobroć może się stać szkodliwą, ale w domowem pożyciu.
Toltini dokończył takiem samem poruszeniem skóry na głowie i czole.
Pomyślał chwilę.
— Królowa też, którą i my wam przywieźli, — odezwał się — perła naszego dworu, odznacza się wielką serca dobrocią, ale — pieszczona... kobieta... nawykła mieć swoją wolę — musi zwolna nawykać do zastosowania się z wolą cudzą...
Wyszeptał to poufnie, chcąc Kiełpszowi tonem i miną okazać całą wartość tego poufnego zwierzenia się.
— A — odparł krajczy — spodziewam się, że na despotyzm naszego pana uskarżać się nie będzie...
Toltini przyjął to wdzięcznie.
— Ja pozostaję tu przy królowéj pani — rzekł. — Nawykłem do Wiednia, trudno mi bardzo się z nim rozstać było, ale nasza pani potrzebowała zaufanego do korespondencij człowieka. Cesarz ojciec życzył sobie tego... musiałem się poświęcić — uczyniłem to chętnie.
— Zostawiłeś pan rodzinę w Wiedniu? — zapytał Kiełpsz.
Włoch na parę kroków się cofnął.
— Ja! rodzinę? — począł śmiać się — nie miałem jéj nigdy.. Rodzice dawno mnie odumarli — a nigdy nie byłem żonaty. Poświęciłem się cały usługom najjaśniejszego pana... duszą i ciałem do niego należę...
I Toltini zawiązawszy kilka węzełków na nitce słów, które mu bardzo łatwo z ust płynęły, — dosyć zręcznie o króla rozpytywać począł.
Dotknął delikatnie, ostrożnie, ale zawcześnie przy nowéj znajomości, stosunków króla z płcią piękną.
Kiełpsz zamiarami zżymnął...
— Nasz król — zawołał — wychowany przez bogobojną matkę, nieśmiały z natury, — nigdy nie okazywał najmniejszéj skłonności do zbliżania się ku płci niewieściéj...
— A! — podchwycił Toltini — ale dwór polski za Władysława i Kaźmirza słynął z bardzo swawolnych miłostek!
— Niewiem — rzekł Kiełpsz — bom nie był wówczas na dworze — co się tyczy króla ten wychował się jak panienka...
Toltini słuchał z niedowierzaniem.
— Przecież jakieś upodobania mieć musi, coś w życiu musi go nęcić — odezwał się. — Niema człowieka, któryby skłonności jakichś nie okazywał. Myśliwstwo? Konie?
— Bardzo pomiernie się niemi zajmuje — mówił Kiełpsz. Jeżeli znowu przyjdzie do wojny, zapewne zajmie się wojskiem i stanie na czele jego.
U nas król Hetmanem być musi.
Włoch zamilkł — a po chwili wychwalać znowu zaczął elegancją i przepych z jakim wystąpił dwór i król.
— Otóż pan trafiłeś — przerwał Kiełpsz — na istotną słabość pana naszego. Lubi on wytworność i wykwintne stroje, wszystko co uszlachetnia człowieka i czyni go przyjemniejszym nawet powierzchownością.
— Jest to — gust wielkim rodom właściwy — rzekł Toltini.
— Nasz też król z panującego domu pochodzi — zamknął Kiełpsz...
Gdy tak rozmawiali w krużgankach ruch powstał, bo ognie się ostatnie spaliły, a marszałek szepnął królowi, iż czas było powracać do sal, w których jeszcze jedna dnia tego ceremonja odbyć się miała.
Nigdzie wspanialéj jak w polsce nie występowano z weselnemi podarkami.
Obejść się bez nich nie mogło tem bardziéj, że oprócz królowéj, któréj należały ze zwyczaju, — Michał musiał jakąś ofiarą, upamiętnić ten dzień cesarzowéj, jéj siostrze i młodéj siostrze żony...
Ceremonja oddawania darów zwykle następującego dnia po weselu się odbywała, lecz cesarzowa nagliła z powrotem do Wiednia, potrzeba więc było przyspieszyć...
Król podarki swe żonie złożył już był rano, teraz przyniósł je matce i dwom księżniczkom, a senatorowie po nim poczęli z kolei przynosić i składać u stóp królowéj Eleonory — podarki najrozmaitsze...
Niegrzeszono nigdy skąpstwem w takich razach, cóż dopiero gdy trzeba było iść w zawody z drugiemi?
Wysadzali się panowie dygnitarze, wojewodowie, kasztelani, a nawet niektórzy biskupi na te dary, — przy téj zręczności popisując z łaciną i włoszczyzną...
Poczynając od klejnotów, łańcuchów, naszyjników, pasów, do sreber, roztruchanów, miednic, nalewek, kubków, — kosztowne futra, wschodnie kobierce, wzorzyste makaty i obicia lawowe, stosami legły u nóg młodéj królowéj.
Cesarzowa, siostra jéj i młoda arcyksiężniczka zachwycone były i ubawione widokiem tych skarbców na które królowa tylko patrzyła z tak widoczną obojętnością i niemal pogardą iż matka po kilkakroć jéj do ucha szeptała, zapewne usiłując skłonić aby — trochę wdzięczniejszą twarzą starała się to przyjmować...
Cesarzowa też wyręczając ją po kilka razy odzywać się musiała do zbliżających panów aby zatrzeć nieprzyjemne wrażenie jakie na nich chłód i duma królowéj czyniły...
Król Michał wyręczał także żonę, która siedziała zastygła, jakby obca temu co się do koła jéj działo...
Tym którzy na to zwracali uwagę, mówiono po cichu.
— Czegoż bo chcecie od niéj! pierwszy raz rozstaje się z matką? Dajcie jéj odboleć rozłączenie się z rodziną.
Zabawy i tańce miały się potem przedłużyć jeszcze, zagrała muzyka, poruszyła się młodzież na dany znak króla, lecz ten chłód jaki odpoczątku obwiewał wszystko, paraliżował i pląsy niewesołe, urywane, które się wprędce skończyły, bo królowa uskarżała się na znużenie, a cesarzowa odjazdem wymawiała...
Męzkie tylko towarzystwo u marszałkowskich stołów zasiadło już podochocone zapijać za zdrowie obojga królestwa — a po kątach, zausznicy Prymasa siali już rozmaite pogłoski... i zbierali plotki...
Dla czego im jednym podobała się ta królowa z taką dumą i nieczułością witająca kraj, któremu panować miała? to tłumaczyć tylko mógł instynkt ludzki, przewidujący co mu za narzędzie służyć może.
Przyjaciele króla spoglądali na nią z trwogą w sercach.


III.

Rozpoczęło się życie nowe — z przybyciem królowéj Eleonory do Warszawy. Znękany oporem i niechęcią przeciwko sobie, źle ukrywaną lub objawianą otwarcie, która go ścigała na każdym kroku, król wchodząc do swych komnat na spoczynek, znajdował w nich milczenie — wejrzenia wrogie, — antagonizm we wszystkiem i przekorę. Dość było ażeby zażądał czegoś — natychmiast ze strony królowéj odpowiadano przeczeniem i odmową.
Zaledwie wymódz było można na królowéj, aby publicznie występując, powstrzymała się od okazywania wstrętu, wzgardy i gniewu przeciwko małżonkowi. Lice jéj nie rozjaśniało się nigdy, chyba gdy listy przyszły z za granicy i mogła się zamknąć ze starym Toltinim, dla odpowiadania na nie. Kraju tego, który ją przyjął gościnnie i serdecznie ani poznać, ani się zbliżyć do niego nie chciała, nie patrzyła na nic, nic ją nie obchodziło.
Co tylko królowi miłem być mogło i pożądanem, dla niéj stawało się wstrętnem. Nie obcowała z nikim oprócz téj garstki ludzi, która z nią do Polski przybyła, powiernikiem i prawą ręką był sekretarz Toltini...
Dnie jéj schodziły w samotności, zamknięciu, nudach i gniewach...
Dla oka ludzkiego król Michał musiał po kilka razy na dzień przechodzić do komnat żony, czasem obok niéj pokazywać się publicznie... Nikt nigdy nie był świadkiem ich pożycia z sobą i stosunków poufałych. Czasem gdy król wszedł... panowało głuche milczenie, jak gdyby nawet nie raz pragnęli rozmowy, niekiedy przezedrzwi dawał się słyszeć donośny, rozkazujący głos królowéj, cichy króla, — wybuchy jakieś... a po nich grobowe milczenie. Wychodząc od żony Michał zwykle był blady, znękany, zadumany a powróciwszy do sypialni oddychał dopiero swobodniéj.
Nikomu się jednak nie zwierzał z tego co cierpiał, nadto był wstydliwy razem i dumny. W początkach choć bystre oko dworzan widziało ten stosunek lodowaty młodego małżeństwa — spodziewano się zmiany i polepszenia — tymczasem przeciwnie, z każdym dniem rozstrój stawał się wyrazistszym. Mechanicznie, jakby zmuszona, pokazywała się królowa w swéj loży czasu nabożeństwa u Ś. Jana, — klękała na modlitwę, podnosiła się po skończeniu obrzędu i znikała... Niebawiło ją nic — nie żądała niczego.
Zmuszona przyjmować polskie panie, zaledwie raczyła się do nich odzywać, a bardzo często, przemawiała szydersko i otwarcie, wyśmiewała obyczaje polskie. Z duchowieństwa, z senatorów ci tylko znajdowali u niéj lepsze przyjęcie, których wszyscy znali jako przeciwników króla i nieprzyjaciół. Dla nich bywała prawie uprzejmą.
Toltini, który w przeciągu bardzo krótkiego czasu poznał główniejsze działające osoby i potajemnie zbliżył się do najczynniejszych, musiał dostarczać skazówek...
Oprócz niego, który się wciskał wszędzie, cały dwór niemiecko-włoski królowéj zupełnie się wydzielał na zamku od królewskiego. Dodane Eleonorze polki, wprawdzie przychodziły na służbę do niéj, trwały w swych obowiązkach, ale królowa nigdy ich do niczego nie używała. Na zapytania ich nie odpowiadała — unikała otarcia się o nie; a fraucymer ją w tem reflektował. Mały wyjątek stanowili cudzoziemcy, będący w służbie króla, ale i względem nich nieufność okazywano.
Jedynym węzłem między tym światem zamkniętym młodéj pani, a resztą ludzi — był Toltini, człowiek niezmordowany, zręczny, — niepotrzebujący wiele czasu na rozpoznanie ludzi, — nadzwyczaj uprzejmy i przebiegły... Skromne stanowisko sekretarza podnosił on do znaczenia daleko większego i — miał nawet pretensje, by go kanclerzem osobistym królowéj zwano. Nadawał sobie powagę przesadzoną i w bardzo krótkim czasu przeciągu miał już wstęp do wszystkich znaczniejszych domów, z których wynosił wiadomości jakich potrzebował, ale nigdy się z niczém nie zdradził.
Gdy się starano go wypytywać o królowę, — zbywał pełnemi uwielbienia ogólnikami, ale ze słów jego nie można było żadnego wyciągnąć wniosku. Zręczny bardzo, gdy mu na pytanie odpowiadać było niewygodnie, parę razy poruszał skórą na głowie, brwiami, czołem i udawał że nie słyszy, a naglony zbywał pytających zupełnie niestosownemi odpowiedziami...
Niewiadomo kto go wprowadził do Prymasa, ale pewném było, że bywał u niego w godzinach różnych i że czasem przesiadywał tam długo. Z ks. Olszewskim grzecznie był, ale zimno i zdaleka.
W kilka miesięcy po zawarciu małżeństwa w Częstochowie, nieznośne te stosunki młodych państwa, które za przemijające z początku uważano, — zaczęły się ustalać i utrwalać... Stały widocznemi — pogorszyły o tyle, że już nawet nie starano się ich osłaniać.
Helena Zebrzydowska uczyniona ochmistrzynią dworu królowéj, znalazła się w najprzykrzejszem w świecie położeniu, gdyż pani, zapewne uwiadomiona o stosunkach jakie ją łączyły z królem, szczególną niechęć jéj okazywała.
Łagodna i dobra Hela zastraszyć się nie dała wcale. W tym czasie Kiełpsz zaczął nalegać mocno i — los jego miał się rozwiązać. Z tego powodu Zebrzydowska, która teraz Michała widywała tylko zdaleka lub na krótko, zażądała posłuchania... Michał kazał jéj oznajmić, że sam też oddawna pragnął się z nią widzieć i naznaczył swobodną godzinę.
Zebrzydowska znalazła go w gabinecie nad stołem papierami i listami zarzuconym, siedzącego bez zajęcia, z oczyma wlepionemi w ścianę. Wydał się jéj straszliwie zmienionym. Zobaczywszy we drzwiach wchodzącą, wstał i z rękami wyciągniętemi ku niéj pospieszył. Twarz mu się trochę wypogodziła. Oboje długo patrzyli sobie w oczy, nie mogąc przemówić. Hela nieznacznie powieki otarła, król się na uśmiech wysilał...
Z przestrachem prawie Zebrzydowska się przypatrywała téj znanéj sobie, niedawno jeszcze świeżéj i młodéj twarzy, która nagle jakby zwiędła i zestarzała — zdradzała okrutne cierpienie...
— Unikałem spotkania z tobą — odezwał się Michał po cichu i oglądając dokoła. Czułem, że nie powstrzymałbym się od skarg, a one się na nic nie zdały. Domyślasz się zresztą, jakie jest moje pożycie i życie, dla kogoż to tajemnicą!! — mam na czole wypisane, żem nieszczęśliwy...
— Męztwa! męztwa! — przerwała Hela, usiłując je téż w sobie obudzić — to są początki — wszystko się zmienić może...
— Mnie się to wydaje skończoném — odparł król zbliżając się i głos aż do szeptu zniżywszy. Nie wiesz nic — muszę ci wyznać wszystko...
Chwilę namyślał się król i twarz jego jeszcze się stała smutniejszą.
— Królowa pierwszego wieczora — ciągnął daléj — oświadczyła mi otwarcie, że nigdy żoną moją nie będzie. Sto razy potem słyszałem to powtórzone z jéj ust że mnie nienawidzi, że serce jéj należy do kogo innego, że wyszła przymuszona...
Rozumiesz teraz jak żyjemy z sobą. Radbym ocalić choć pozory... wstyd mi ludzi — serce mi krwawi. Jestem najnieszczęśliwszy...
Wiesz co mam do zniesienia od Prymasa i jego przyjaciół, jak się oni ze mną obchodzą, jak w każdym kroku stawią mi opór i niedopuszczają nawet obrony kraju, któraby mojem była dziełem. Ręce mam związane... Wszyscy ci co są ze mną nie podołają Hetmanowi i Prażmowskiemu... Dodaj do tego utrapienie, nędzę moją domową — nieprzyjaciela we własnéj żonie, a będziesz mieć obraz mojéj doli.
Zebrzydowska słuchała, ale nie było to dla niej rzeczą nową.
— Potrzeba jednak — rzekła — choćby się przyszło do ostatecznych uciec środków, rozkuć z téj niewoli.
— Jak? — podchwycił król i — pomilczawszy dodał:
— Pacowie, ich przyjaciele i moi — szukamy tych środków i znaleźć ich nie możemy. Prymas woli, ażeby rzeczpospolita szwank poniosła, niż by on miał uledz i uznać się zwyciężonym. Przepowiadają mi na pewno, że Sejmy wszystkie zerwane będą, że żaden nie dójdzie, że żadna uchwała nie stanie, choćby największe zagrażało niebezpieczeństwo... Dosyć jest jednego człowieka złéj woli, aby owoc kilkutygodniowych narad spełzł na niczem...
Zebrzydowska załamała ręce...
— Ale trwać tak nie może! — zawołała...
Michał podniósł oczy do góry...
— Radbym, aby mnie Bóg wyzwolić raczył — odezwał się — ale On jeden to uczynić może — ja nie mam siły...
Hela na dobre płakać zaczęła — a król poruszony temi łzami, usiłował wrócić do apatji swéj powszedniéj. Wziął ją za rękę...
— Mówmy o sobie — odezwał się — wiem, że chciałaś się mnie radzić... Łatwo mi odgadnąć o co. Kiełpsz, poczciwy, zacny chłopak, kocha cię, chce się żenić — ja mam dla was wyposażenie obmyślone... zatrzymałem dwa starostwa — idź za niego... Zabezpieczysz sobie przyszłość...
Zebrzydowskiéj głos się z trudnością dobywał ze ściśnionéj piersi.
— Ja kochać go nie mogę — rzekła potrząsając głową.
— Ale mu szacunku odmówić nie możesz — dodał król. Przyszłość niepewna wielce — jam nie długowieczny. Nie będą mogli inaczéj, dadzą mi truciznę... Znajdą takiego, co się im zaofiaruje mnie zgładzić. Zostaniesz sierotą... Dla spokoju mojego — idź za niego.
Hela oczy spuściła nie odpowiadając; myśl jéj zwróciła się już do króla...
— Nie przerażajcie mnie tą trucizną — odezwała się — będę się teraz nieustannie jéj obawiała... Są przecież sposoby zabezpieczenia się od niéj.
— Braun stary — przerwał król — czuwa nad tém, daje mi nawet antidota. Nad kuchnią i piwnicą nadzór jest pilny — lecz któż ujdzie swojemu przeznaczeniu?
Zadumał się.
— Śmierć jest niczem, zamruczał zamyślony — cierpienia się boję...
Zebrzydowska pochwyciła rękę wychudłą króla i całować zaczęła — oblewając ją łzami, Michał zdawał się uspakajać.
— Niemówmy o tem — odezwał się żywiéj — wróćmy do Kiełpsza...
— A ja proszę nie mówmy o nim — westchnęła Hela.
Wachała się chwilę.
— Nie moglibyście sobie Toltiniego pozyskać? zapytała... Ma wpływ wielki na umysł królowéj, jest u niéj wszystkiem... To pomocnik jéj myśli, pomocnik, przyjaciel sługa...
— Wiem o tem, rzekł król zimno — lecz Toltini jest już w ręku nieprzyjaciół i spiskuje z niemi. Co knuje? o tem niewiem, lecz że na współ z niemi działa to pewna... Chcieli by się mnie pozbyć, ale ja téj cierniowéj korony, właśnie dla tego że mi dolega, nie zrzucę. Mają jeden ten tylko sposób — truciznę.
— Nie posuną się aż do zbrodni — odparła Zebrzydowska. Nienawidzę tych ludzi, ale nie sądzę aby zdolnemi byli zajść tak daleko.
— Znajdzie się ktoś co im usłuży — począł Michał zimno. — Zresztą — któż wie co poczną aby mnie zgładzić — sposobów jest wiele.
Widząc dziewczę rozpaczającem, król nagle zamilkł, zrozumiał że napróżno ją trapił temi domysłami gdy ona powiernicą tylko być mogła bezsilną.
Nagle Zebrzydowska poruszyła się żywo i przystąpiła do króla bliżéj.
— Dobrze — odezwała się — zgodzę się oddać rękę Kiełpszowi, ale wy go przywiążcie do osoby swojéj, niech on was nie odstępuje, krajczym królowéj uczyńcie kogo chcecie, on powinien być waszym krajczym, stolnikiem, podczaszym, wszystkiem. On jeden kocha was i potrafi czuwać.
Ze dworu waszego oddalcie podejrzanych.
Poruszył ramionami król Michał.
— Ja niewiem ani komu mam ufać, ani kogo podejrzewać — odezwał się zadumany.
— Wszystkich obcych — przerwała Zebrzydowska. I u nas są źli ludzie, — ale zdrady nikt się tak podłéj nie dopuści. — Dzięki Bogu nie jest to w obyczaju naszym. W innych narodach namiętność i złość dochodzą aż do czyhania potajemnego na życie — u nas napad zbrojny i zabójstwo rzecz powszednia — ale nie nikczemna trucizna!!
Mówiła gorąco, Michał spojrzał na nią i zdawał się dzielić jéj przekonanie.
— Masz słuszność — odparł — cudzoziemców oddalić muszę.
Zegar wybił godzinę, westchnął król słysząc ją i z obawą jakąś spoglądając na stos papierów, który leżał przed nim na stole.
— Helo wojna — rzekł głosem przejętym uczuciem. Proszę cię, nieoddalaj się od dworu.. Niemam nikogo czasem — słowo twoje — doda mi męztwa, tracę siły, tracę odwagę, tracę głowę...
Zastukano do drzwi i Zebrzydowska szybko uszła drzwiami bocznemi, gdy drugie otwierały się i ks. biskup chełmiński wchodził z papierami pod pachą.
Nie był on już tym zwyciężcą dni dawnych, pełnym nadziei i ufności w siebie — walczył mężnie wprawdzie, ale był znużonym i chwilami ogarniało go zwątpienie.
Jak każdy człowiek prawego charakteru, który w boju z wrogami, nie może użyć ani zakazanego oręża, ani środków nikczemnych, ani ludzi wzgardzonych, Olszowski musiał się czuć słabym, widząc przeciwko sobie występujące siły, w których nie czyniono wyboru.
Dla Prymasa i ludzie i środki dobre były, byle go wiodły do celu. Posługiwał się wszystkiem co mogło mu zapewnić zwycięztwo.
Przed królem Olszowski ukrywał swe zwątpienia chwilowe, ale w sobie cierpiał wiele, w tym wybrańcu szlachty widział męczennika i ofiarę, która bezsilna, mordować się dozwalała, opierając tylko — wytrwaniem.
Biskup poufale powitał króla papiery rzucając na stół.
— Nie pytam was o nowiny — odezwał się Michał — bom zawsze na najgorsze przygotowany.
— Niewiem czy je tak nazwać można — rzekł Olszowski — gotuje się niezawodnie wojna — mnie się zaś zdaje że ona ocalić może. Niepodobna by nawet najgorsi ludzie, niebezpieczeństwem ustraszeni nie zostali. Sobieski — chociaż Prażmowski nim włada — kocha kraj i nie zdradzi go. Sejm musi uchwalić i pobory i pospolite ruszenie, jeżeli kozacy na nas turków naprowadzą.
Hetman przeciwko turkom jest wodzem, jakiego równego znaleźć trudno.
Bądź co bądź wspólne niebezpieczeństwo jedna i zbliża.
Boleśnie uśmiechnął się król Michał.
— Niewiem co myśli Hetman, rzekł, ten może lepiéj jest uwiadomionym, ale Prymas i jego partja szerzą pogłoski że wojna jest zmyśleniem, urojeniem, że niebezpieczeństwo nie istnieje, że ja chcę szlachtę zniszczyć wyciągając ją z domów.
Poruszył ramionami.
— Ale się to utrzymać nie może! przerwał Olszowski.
— Szerzy się to przekonanie umyślnie rozsiewane przed sejmem — odezwał się król, wierzcie mi. Łatwo jest wpoić to człowiekowi czego on sobie życzy. Szlachta ma wstręt do pospolitego ruszenia, do wojny — zleniwiała. Prymas bije w to co jéj miłe... Sejm się zbierze i zostanie zerwanym, napróżno.
Westchnął.
— Ja lepszego się spodziewam — odparł Olszowski.
Unikając dalszéj rozmowy o tem, Podkanclerzy rozłożył papiery i począł o tych nieszczęsnych wakansach, które stanowiły zawsze najdrażliwszy z przedmiotów.
Nieprzyjaciele króla, zuchwale się domagali nadań starostw, urzędów — Michał w nadziei przejednania gotów był do ustępstw zawsze — Olszowski się im przeciwił.
I teraz spór się wszczął pomiędzy niemi.
Biskup miał słuszność — dowodził on że lepiéj było obdarzać przyjaciół i tych, których pozyskać się spodziewano, niż nadaremnie probować przejednania. Nazajutrz po przypieczętowaniu przywilejów, ci co je otrzymywali najczęściéj się przechwalali tem, że strachem je wymogli na królu, i szli daléj w zajadłym oporze przeciwko niemu...
Walka o każdy nowy przywiléj między królem a podkanclerzym, kończyła się zwykle milczącem uleganiem ostatniego...
Olszowski na ostatek wzdychając zawiadomił pana o kilku drobnych wybrykach nieprzyjacielskiego obozu... poczem rozstali się wzdychając oba.
Król daléj codziennie swe obowiązki spełniał z rezygnacją odrętwiałego cierpieniem człowieka...
Każdego dnia musiał pójść do królowéj, która go nie zawsze przyjmowała... Zasiedli późniéj do wspólnego stołu, przy którym nie było prawie rozmowy, jeżeli królowa Eleonora nie znalazła przedmiotu jakiegoś do urągania i dokuczania małżonkowi. Wyśmiewanie wszystkiego co tu spotykała, było dla niéj najmilszą zabawką.
Zwykle król słuchał milczący.
Czasem probował ją rozbroić łagodnością, która zdawała się przeciwny spodziewanemu skutek wywierać. Gniewało królowę. Zrywała się od stołu pod pozorem bólu głowy i rzucała go samego.
Życie było do niezniesienia...





Lata w ten sposób upływały... przedłużała się walka, sejmy były widowiskami gorszącemi, podburzającemi umysły... Prażmowski gdy się posunął do ostateczności i obudził niechęć przeciw sobie, ukazał się pozornie, przychodził rękę króla całować ze skruchą, a nazajutrz rozpoczynał podstępną swą grę na nowo.. Do ostateczności przywiedziony, złamany klęskami sromotnemi, — upokorzony traktatem w Buczaczu zawartym, Michał wycieńczony, znużony upadł na siłach...
Około niego osnuwała się tym czasem sieć najobrzydliwszych knowań i spisków...
Toltini, który potajemnie ciągle uczęszczał wieczorem do Prymasa, i zupełnie się z nim porozumiał... pracował teraz nad tem ażeby go zbliżyć do królowéj.
Zdawało się to — niepodobieństwem.
Kiełpsz, który czuwał tam gdzie się inni wcisnąć nie mogli, pierwszy pochwycił nić nowego spisku, którego doniosłości niepodobna było objąć, a nawet znaczenia wyrozumieć.
Porozumienie Prymasa z królową zdawało się niepodobieństwem, nie ważnością — cóż bowiem mogło mieć na celu?
Gdy po raz pierwszy Prażmowski zrana się ukazał na pokojach Eleonory, która go ze szczególnemi oznakami poszanowania przyjęła — doniesiono o tem natychmiast królowi.
Michał pomyślał nad tem chwilę i nie dopatrzył w tem nic nad chętkę dokuczenia mu... Ramionami poruszywszy, — obojętnie to przyjął.
Przy obiedzie królowa była promieniejąca, — zdawała się tryumfować.
— Miałam przyjemność — odezwała się żywo — poznać dziś bliżéj i dłużéj rozmawiać z Arcybiskupem.
Wiem o tem — rzekł król obojętnie.
— Jest to człowiek spotwarzony — dodała... — Podobał mi się wielce, ma rozum, polityk i statysta niepospolity, ale tu — regułą jest ogólną, nie udolnych powoływać, a zdolnych odpychać...
Ironiczny uśmiech zaigrał na jéj ustach.
— W. Królewska Mość — nie lubisz go? — zapytała.
— Wypłacam mu wzajemnością — odparł Michał zawsze apatycznie — odpoczątku mego panowania ten człowiek się nie kryje z nienawiścią dla mnie, zrywa Sejmy, kraj podburza, — wietrzy...
— Walczy za swe przekonania — przerwała królowa — zresztą słyszałam iż ma prawa wielkie, a granic ich nie przekracza. Najlepszym tego dowodem że W. Królewska Mość nic mu uczynić nie zdołasz.
— Duchownym jest — to go osłania — odparł król.
— I ma więcéj przyjaciół w kraju od W. Króla Mości — dodała Eleonora z widoczną przyjemnością, dokuczając mężowi.
Michał, nawykły do tych przekąsów, obojętnie jadł tym czasem i cały się zdawał jedzeniem zajęty...
To upodobanie w wykwintnéj kuchni, które było słabością biednego króla, obudzało w Eleonorze rodzaj obrzydzenia, z którem się nie taiła. Niekiedy szydersko się wyraziła o obżarstwie... a sama, umyślnie nie jadła prawie przy stole...
Tego dnia przez cały ciąg obiadu, Prymas był przedmiotem rozmowy, którą król podsycał mało.. Pod koniec Eleonora wstała nie czekając na Michała i zostawując go przy owocach...
Odwiedziny Prymasa... były tego dnia pogłoską i nowością, która wszystkich zajmowała...
Prażmowski stary i schorzały, zdawał się odżywionym i pokrzepionym. Zamknął się po obiedzie i długo z nim nad listami pracował... Twarz miał pod wieczór rozjaśnioną, tryumfującą..
Gości swych zwykłych odprawił wcześnie — czekał na kogoś...
Późno już bardzo godziną, bocznemi drzwiczkami, wpuszczono po cichu Toltiniego, który w pół zgięty, pokorny, uśmiechający się pospieszył do ucałowania ręki starca, nadzwyczaj też łaskawie i serdecznie przyjmującego gościa tego...
Na próżno sekretarz Eleonory wymawiał się od tego honoru, Prażmowski posadził go też, obok siebie...
— Jestem jeszcze cały przejęty — odezwał się po cichu — wrażeniem jakie na mnie uczyniła królowa... najnieszczęśliwsza istota pod słońcem. Córka Cezarów! żona, tego niedołężnego i przewrotnego książątka! Co za los! ubolewania godzien...
— Tak — potakiwał z wielkiem przejęciem Toltini — męczennicą jest... żywot to do niezniesienia.
Spojrzeli sobie w oczy dwaj spiskujący i Prymas długo na ucho szeptać coś począł sekretarzowi Eleonory. Zdawał się obawiać szmeru nawet tego cichego mruczenia — tak coś strasznego zwierzał włochowi. Nawzajem włoch więcéj wyrazistemi rąk ruchami niż słowy mu odpowiadał. Pomimo takiego zabezpieczenia się od posłuchów i zdrady. Prymas rzucał oczyma do koła... i dopiero po namyśle... drżącą ręką dobył z za sukni przygotowany list, wcisnął go Toltiniemu i niedając mu ani na chwilę trzymać na oczach, zmusił do schowania w boczną kieszeń... Znowu szepty się rozpoczęły... twarz Prymasa na przemiany wyrażała to radość, to niepokój. Toltini też nie bardzo się okazywał spokojnym, i wkrótce mieszkanie Prażmowskiego opuścił.
Zrana Kiełpsz doniósł królowi że sekretarz królowéj został wysłanym do Wiednia.
— N. panie — odezwał się — królowa bez włocha tego obejść nigdy nie mogła... Zaszła więc jakaś okoliczność nie pospolitéj wagi, kiedy się go, choćby na krótki czas pozbyć była zmuszoną.
Widziałem Toltiniego na samem wyjezdnem. Zapomniał widać o tem, iż sam mi mówił, że rodziny wcale niema, skłamał bowiem przedemną, że uprosił sobie dni kilka stęskniwszy za familją. Wszystko to razem dowodzi, że coś się knuje...
— A cóż gorszego się jeszcze knuć może? — przerwał król obojętnie.
— Niewiem — odezwał się Kiełpsz — ale i to znak nie dobry, że Toltini wczoraj był nocą u Prymasa...
Spojrzał Michał na mówiącego i poruszył ramionami...
— Cóż oni uczynić mogą? — rzekł zimno... Wyczerpali już wszelkie środki...
— Jednakże... potrzebaby... coś począć? — odezwał się nie śmiało dworzanin...
Zmarszczył się na to król i potrząsnął głową...
— Słyszałeś kiedy bajkę o bazyliszku? — zapytał.
Krajczy stanął zmięszany — po ustach króla smutny uśmiech przebiegł...
— Tak jest — dodał, o bazyliszku!... Mówią o nim że sam się ukąszeniem i własnym jadem zabija... Ja sądzę, że źli ludzie tak własną złością nakoniec giną.
Niech czynią co chcą.
Kiełpsz nic już więcéj mówić nie śmiał, ani się przyznać do tego co na własną rękę — począł.
Przekonanym był iż Toltini z ważnemi papierami musiał być wyprawionym do Wiednia. Nie wątpił iż one jak wszystko co przedsiębrała królowa, przeciwko mężowi były wymierzone.
Całą noc męczył się i niepokoił tem krajczy, a nad rankiem, wiedząc że Toltini do Wiednia jedzie dnia tego, znalazł ludzi, dobrał im dowódzcę i wyprawił ich przodem aby włochowi po drodze, papiery jakie wiózł z sobą odebrali. — Zalecił im ażeby staremu nic nie czynili złego — i dla niepoznaki tylko obedrzeć go musieli, aby napaść na prostych rabusiów złożoną być mogła.
Wybrani przez Kiełpsza tak się doskonale uwinęli, że nieczekając nocy, w lesie Toltiniego zaskoczywszy, obrali go ze wszystkiego co miał do koszuli. Z początku jednak listów przy nim żadnych znaleźć nie mogli i dopiero zaszyte w odzieży odkryli. Był między innemi papierami królowéj list do matki, do ojca i Prymasa do Ferdynanda. Toltini odarty, przestraszony tegoż dnia na noc powrócił do Warszawy potajemnie i — straszna za powrotem jego burza na zamku powstała. Królowa Eleonora z gniéwu rozchorowała się i położyła w łóżko.
Król o niczem nie wiedział — Kiełpsz sprawca tego śmiałego napadu, tak pomyślnym uwieńczonego skutkiem, mógł nim być dumnym, ale wiedział że Michał mu tego nie pochwali.
Wieczorem gdy król wieczerzę sam z Pacem zjadłszy, rozbierał się i miał iść do łóżka, rzucił mu się do nóg Kiełpsz wyznając co popełnił.
Król mocno się oburzył w początku, połajał za zbytnią gorliwość krajczego, ale w końcu papiery odebrane Toltiniemu podać sobie kazał.
Sądził Kiełpsz że je rozpieczętuje przeczyta i jawnéj zdrady mając w ręku dowody, użyje ich na pognębienie wroga.
Król tymczasem z wielką trwogą i troskliwością opatrzywszy pieczęci czy nie zostały naruszone, — papierów ani tknął i zamknął je pod klucz.
Ciekawym był Kiełpsz co z niemi potém pocznie. Michał postąpił sobie ze szlachetnością charakterowi jego właściwą. — Królowa ochłonąwszy nieco po pierwszém wrażeniu nazajutrz wstała z łóżka i do wspólnego przyszła stołu. Michał idąc na ten obiad zabrał z sobą papiery. W chwili gdy Eleonora wchodzić miała do jadalni, spotkał ją w gabinecie który ją poprzedzał.
Zapytał naprzód o zdrowie, naco otrzymał niedorzeczną odpowiedź — królowa chciała nie przedłużając rozmowy iść do sali, ale Michał jéj zastąpił drogę grzecznie i zatrzymał.
— Musiałaś pani wczoraj kogoś wysyłać do Wiednia z listami — odezwał się.
— Alboż mi niewolno? oburzyła się Eleonora.
— Nikt jéj tego nie zaprzecza odezwał się Michał, lecz należy z listami wyprawiać ludzi pod osłoną. Zdaje się że wczorajszy poseł wpadł w ręce jakimś opryszkom, którzy go odarli, bo moja straż i myśliwcy pochwycili ich potem z papierami, które szczęściem do rąk się moich w całości dostały.
Królowa bladła i rumieniła się — rzuciła na męża wzrokiem jadowitym.
— Gdzie są te papiery krzyknęła.
Michał powoli dobył z szerokiéj bocznéj kieszeni sukni pakiet i grzecznie wręczył go królowéj.
Chciwie naprzód rzuciła się na pieczęcie co widząc król rzekł z uśmiechem łagodnym.
— Pieczęci są w całości — miałem wielką ochotę dowiedzieć się co też ks. Prymas może pisać do Jego Cesarskiéj Mości, lecz nieśmiałem łamać pieczęci.
Odetchnęła królowa, ale nie myślała się tłumaczyć i uniewinniać, powróciła jéj duma i zuchwałość, milcząca poszła do stołu. Przez cały jednak czas trwania obiadu, siedziała nic do ust nie biorąc i nie mówiąc ani słowa. Michał dnia tego jadł długo, jadł wiele i Eleonora zniecierpliwiona pod koniec, odsunęła krzesło powracając do swych pokojów.
Po południu ks. Olszowski przyszedł do króla, który mu poufnie opowiedział co się stało.
Biskup chełmiński rzucił się wołając.
— Gdzie ten list?? gdzie! a dowiedziawszy się że król zwrócił go żonie, wpadł w rozpacz niemal. Przywodził tysiące przykładów przejmowanych korespondencij osób podejrzanych, dowodząc że gdzie szło o najwyższéj wagi sprawy krajowe, król miał prawo nieszanować tajemnicy listów.
Co więcéj składał dowód że Zamojski listy króla Zygmunta III przejęte na Sejmie pokładał.
Michał odpowiedział obojętnie:
— Wstręt miałem do użycia takiego środka. Cóżbym się zresztą dowiedział z listu Prymasa? nic — oprócz tego że mię zapewne przed teściem obwinia.
Przez dni potem kilka Toltini się nie pokazywał na dworze, mówiono, że leżał chory. Wstał potém i z dawną swą wstrętliwą twarzą zjawił się na pokojach.
Był on zwykłym pośrednikiem pomiędzy królem a Eleonorą, gdy czegoś wymagała, bo niemożna powiedziéć aby kiedy prosiła o co, zobaczywszy go zdaleka — Michał podszedł ku niemu.
— Cóż to? byłeś chory? zapytał go po włosku.
— Tak jest N. Panie — odparł sekretarz kłaniając się nizko. — Przyszedłem właśnie w. królewskiéj Mości wytłumaczyć się z tego że listy przy mnie od ks. Prymasa znaleziono. Ja o nich niewiedziałem, oddała mi je Najjaśniejsza Pani. Miałem zlecenie tylko wręczyć je Cesarzowi Imci?
Popatrzył mu król w oczy zimno.
— Weź że waszmość z sobą ludzi kilku, gdy z listami ważnemi jechać będziesz. Szczęściem tym razem że się przypadkiem do rąk moich dostały.
Odwrócił się i odszedł.
Królowa nie dała sobie wmówić iż papiery zabrane Toltiniemu trafem do rąk króla doszły, — była pewną że czatowano na jéj sekretarza — ale pojąć niemogła jak, starając się zdobyć listy, potem z nich nie korzystano i pieczęci nie naruszono.
Wypadek ten, zatarł inne po sobie następujące. Turcy chcieli zmusić do zachowania sromotnych w Buczaczu zawartych traktatów, które Polskę czyniły hołdowniczą państwu ottomanów. Roczny haracz nieopłacony miał ściągnąć dzicz na granice, których szlachta z obojętnością niepojętą bronić nie chciała, bo przewrotny Prymas krzyczał ciągle że nieprzyjaciela niema, że krajowi nic nie grozi.
Schorzały starzec rzucał się bezsilny, wietrzył ani sam nic nie mogąc królowi zrobić, ani jemu nic począć nie dając. Szczęściem chociaż związany z nim Sobieski i również nienawidzący Wiśniowieckiego, czuwał na granicy i bolał nad klęskami poniesionemi, usiłując je powetować...
Utracony Kamieniec — pokój ohydny, niesforność wewnątrz — obudził w nim miłość kraju.
Ks. Olszowski tylko niemógł się uspokoić po przejętych listach Prymasa do Cesarza — odgadnąć nieumiejąc co on tu mógł knować? Napróżno starał się pomiędzy duchowieństwem otaczającem Prażmowskiego znaleźć kogoś coby tajemnic jego był świadomym.
Wiedziano że od niejakiego czasu Prymas miał z Wiedniem ściślejsze stosunki, do których wchodziła królowa, ale nikt się domyśleć nie mógł, co one miały na celu.
Różnemi drogami wyprawiano listy do Wiednia, Prażmowski otrzymywał odpowiedzi, lecz zamykał je i znikim się tajemnicami nie dzielił. Można było tylko dorozumieć się iż mu zemstę obiecywał i jakieś króla upokorzenie, gdyż chory starzec cieszył się tem iż pokona nieprzyjaciela.
— Pozna siłę moją!!
Ks. Olszowski doszedł i tego że jeden ze starszych duchownych archi-katedry gnieźnieńskiéj przez Prymasa potajemnie został wysłany do Rzymu do Ojca Ś-go.
Okoliczność ta wcale by zresztą na siebie nie zwróciła uwagi, bo stosunki ze stolicą apostolską były ciągłe i żywe, — uderzało to iż ksiądz Scholastyk nie miał nic danego na piśmie i ustnie poselstwo swe miał sprawić.
Sieci intryg plątały się tak gęste, tak na wszystkie strony przeciągane, iż się z niemi ciągle trzeba było spotykać i walczyć. Król do tego nie czuł się stworzonym.
Zdrowie jego, prócz tego, coraz się pogorszało. Bliżsi posądzali już że mu zapowiadaną truciznę zadano.. Często po całych dniach w łóżku z boleściami okrutnemi przepędzać musiał, a zaledwie z niego powstawszy spotkał wiadomości, które rozpaczliwe położenie kraju przynosząc, — resztę sił mu odbierały.
Hela niekiedy wciskała się niespokojna ze słowami pociechy do chorego. Podnosił wówczas oczy i odpowiadał na jéj pytania.
— Iść trzeba, iść, walczyć i zginąć!!


IV.

Nigdy na zamku warszawskim smutniéj nie bywało jak teraz, nawet gdy Zygmunt August leżał tu chory wyglądając zgonu, gdy Anna Jagiellonka dręczyła się elekcją i broniła praw rodu swego, — ani za Zygmunta prześladowanego przez rokoszanów, ani za następców jego. Nigdy też dwór królewski nie rozpadał się tak na dwa nieprzyjacielskie obozy, które wojny sobie niewydając, nie przychodząc do walki, wzajemnie śledziły, podsłuchiwały i szkodzić sobie usiłowały...
Wszystkie próby jakiegoś przejednania, zgody, zbliżenia zbolałą królowę Eleonorę znajdowały oporną, a czas zdawał się tylko wstręt jéj do męża powiększać. Łagodność jego i dobroć nawet obudzała w niéj tylko śmiech i politowanie.
Korzystali z tego nieprzyjaciele króla, który miał nieubłaganych wrogów, a wśród tych co przy nim stali, po większéj części przyjaciół wystygłych, zmęczonych i myślących o sobie.
Znaczenie i potęga Hetmana Sobieskiego rosły z dniem każdym — Prymas na nim się też opierał.
Czynny, przytomny, w potrzebie umiejący z siebie i imienia zrobić ofiarę, — u wojska mający miłość i wiarę, rosnął w oczach ten wódz, z którym się już nikt mierzyć niemógł.
W miarę téj siły jaką zdobywał, znaczenie króla zmniejszało się. Wybraniec ów szlachty nawet u niéj tracił na powadze, bo wiary w niego nie miano.
Męczył się życiem, ludźmi, sobą i nieznośnym związkiem z żoną. Ks. Olszowski jeden wierny mu, oddany, broniący go — sam na ostatek zwątpił i o sobie i o królu... odrętwienie, bezsilność ogarnęły wszystkich.
Jedyną nadzieją — smutną bardzo ks. Podkanclerzego było, że Prażmowski chorzał i zdawał się długiego nie obiecywać życia...
Po zgonie jego wiele zmienić się mogło. Nie rozpaczano o zbliżeniu się do Sobieskiego... — chociaż srogie przeciwko niemu podrażnienie Paców, stawało na przeszkodzie.
Ks. Biskup chełmiński oddawna śledził niezrozumiałe dla siebie konszachty Prymasa z dworem wiedeńskim... i przypadek dopiero odsłonił mu tajemnicę, któréj z początku nie chciał dać wiary.
Zgryźliwy Prymas miał przy sobie ks. kanonika Rostowskiego, niegdyś wielkiego ulubieńca, któremu z wszystkiego się zwierzał... Dumny, zdolny, uzuchwalony Rostowski, któremu nigdy dosyć benefisów i dochodów nie było, poczynał sobie z chorym na ostatku Prymasem, jako ze starcem zdziecinniałym.
Znosić to musiał długo Prażmowski, obawiając się swego przeciwnika, lecz w końcu wymagania jego doszły do takich rozmiarów, że ich w żaden sposób zaspokoić nie mógł.
Ks. Rostowski wcale nie miał litości nad starcem, który w nim nie obudzał szacunku. Dla kanonika Prymas był szczeblem aby się podnieść w górę, narzędziem tylko, tak jak dla Prażmowskiego ulubieniec ten również wygodnym sługą.
Znali się bardzo dobrze... ks. Rostowskiemu na prawdę nic zarzucić nie było można, surowego obyczaju, nie miał w sobie pobożności gorącéj, ale obowiązki spełniał ze scisłością do przesady posuniętą. Jako kapłana szanowano go i obawiano się. Nie chętnie szli do niego ludzie do spowiedzi, gdy zasiadł u konfesjonału, z kazalnicy rzucał pioruny, ale też życie jego własne zgadzało się z tą zasad surowością.
W politycznych sprawach ks. Rostowski bystrością umysłu i pracowitością swą był nieocenionym, w nich też dawał Prażmowskiemu się prowadzić, na niego składając i odpowiedzialność za kierunek jaki im dawał.
Nagle nieprawdopodobna wieść się rozeszła że ks. Rostowski postradawszy łaski Prażmowskiego, do Gniezna na wygnanie skazany, miał Warszawę opuścić.
Ks. Olszowski, który ze wszystkiego korzystał, szukał też środka aby się zbliżyć do kanonika.
Spotkali się u ks. Jezuitów przypadkiem.
— Słyszałem — odezwał się biskup do Rostowskiego — że ks. kanonik opuszczasz Warszawę, a podobno i Łowicz...
Kanonik skłonił głowę.
— JM. ks. Prymas mnie wysyła...
Początek ten rozmowy głośny, skłonił biskupa do zaproszenia ks. Rostowskiego na obiad do siebie.
— Jeżeli się ks. kanonik nie obawiasz zapowietrzonego — dodał Olszowski.
Kanonik wesoło odparł, że nie miał już nic do stracenia.
Przy obiedzie, który dnia tego oprócz kapelana nie sprowadził nikogo do podkanclerzego, mówiono o rzeczach obojętnych, ale już z wyrażeń kanonika wnosić było można iż z Prymasem zupełnie zerwał.
Z tem większą więc ciekawością, zaprosił go na poufną rozmowę do sypialni biskup chełmiński.
— Przyrzekam wam zachowanie tajemnicy — rzekł do kanonika — ale zaspokójcie ciekawość moją, co was z Prażmowskim poróżniło?
Rostowski nie dał się nawet prosić bardzo...
— Wszystko ma swe granice — rzekł. — Służyłem Prażmowskiemu w jego robotach potrzebnych, w sprawie publicznéj, lecz zażądał wreście kooperacij w tem, czego sumienie niedopuszczało...
I po chwili milczenia — Rostowski dodał.
— Prażmowski pracuje nad wyrobieniem rozwodu królowéj i razem na złożenie króla z tronu... a wprowadzenie Lotaryńskiego, który ma ją zaślubić!!
Olszowski stał osłupiały.
— Duchownemu — biskupowi być do takiéj nie czystéj sprawy pierwszym bodźcem... niegodzi się. Powiedziałem mu to otwarcie. Ale już kroki są poczynione. Cesarz się zgadza podobno... Ztąd spór, naleganie, odmowa — i nie łaska w którą popadłem...
Olszowski stał jeszcze zamyślony — mówić niemogąc...
— A królowa?? — szepnął.
— Zdaje się że ona pierwsza myśl tę podała — mówił Rostowski i najgorliwéj pracuje nad przyprowadzeniem jéj do skutku...
Prymas, któremu się zwierzyć miała utrzymuje, że rozwód bardzo łatwym będzie, gdyż nigdy z sobą nie żyli — matrimonium rotum, sed...
Biskup chwycił się za głowę.
— Cała ta sprawa — mówił kanonik — właśnie jest w biegu. Wymogła na ojcu Eleonora, iż się zgodził na to. Prymas zaręcza, iż na tron go z pomocą Sobieskiego wprowadzi... Nieszczęśliwy król niewie o niczem, a o nieszczęśliwszym kraju, nikt nie myśli.
To zwierzenie się ks. Rostowskiego można sobie wyobrazić jakim było ciosem dla Olszowskiego.
— A Rzym? — zapytał — niewiecie jak się na to zapatrują w Rzymie...
Papież był bardzo dobrze usposobionym dla króla...
— I jest nim zapewne — dodał Rostowski, ale głowa kościoła, ma tu nie jedną sprawę na barkach swoich, a znajdą się ludzie co mu ją przedstawią tak jak Cesarzowi potrzeba. Dodajcież wpływy tego dworu w Rzymie, i mówmy otwarcie, pieniądze, któremi królowa nieomieszka poprzeć swój rozwód.
Ks. Olszowski, który niemógł w końcu nie uwierzyć Rostowskiemu tak był przybity odkrytą tajemnicą — iż na chwilę energją utracił.
Podziękował najczuléj kanonikowi — i zamknął się tego dnia w domu aby obmyśleć, jak postąpić należało, dla zapobieżenia następstwom niegodziwéj intrygi.
Miał li otwarcie o niéj oznajmić królowi, czy działać na swą rękę i milczeć aby mu nowego strapienia oszczędzić?? Ciężkie to było do rozwiązania pytanie — gdyż w zupełnéj nieświadomości utrzymać go, prawie nie było podobna.
Ks. Olszowski postanowił otwarcie się z królem rozmówić, bo ważniejszem było zapobieżenie zgorszeniu i niebezpieczeństwu niż oszczędzanie zmartwienia.
Dzień spędziwszy na rozmyślaniach nazajutrz biskup udał się zrana do króla, niosąc już na twarzy zapowiedź nowych trosk.
Znalazł króla, jak zazwyczaj samego, spartego na rękach, z cierpieniem na licu wyrytem — ale razem z tym rodzajem nieczułości, która już dawniéj Michałowi zwykłych wybuchów zniecierpliwienia nie dopuszczała.
Zwrócił się ku Podkanclerzemu i wskazał mu siedzenie naprzeciw siebie.
Ks. Olszowski złożył przyniesione do podpisu papiery i milczał długo. — Król nie odzywał się także, nie spytał nawet o nie — czekał.
Na ostatek biskup zebrał się na odwagę.
— Nie dobre przynoszą wiadomości — rzekł — ależ W. Królewska Mość nawykł do nich, a te krzyże, które Bóg zsyła, przyjmujesz jako dowód łaski Jego. Radbym zataić.
W tem Michał przerwał gwałtownie.
— Na Boga tylko nic nie taić! nic nie skrywajcie przedemną — wolę od razu wiedzieć co mnie czeka...
Oczy trwożliwe nieco zwrócił na biskupa.
— Sprawa to domowa, nie publiczna — rzekł biskup — ale nie mniéj bolesna. Unikałem zawsze i pytań i mięszania się w stosunki W. królewskiéj Mości z Najjaśniejszą Panią, ale dziś dotknąć ich musiemy.
— Wszyscy wiedzą o tem — odezwał się król z obojętnością zupełną, — że w małżeństwie mojem miłości nigdy nie było i nie ma...
— Tak, boleliśmy nad tem wszyscy — dodał Olszowski, — że nawet w pożyciu domowém pociechy nie masz W. Król. Mość, ale...
Zatrzymał się, myśląc jak przystąpić do oskarżenia; żal mu było króla, który czekał wyroku z natężoną ciekawością.
— Prymas, i w to się wmieszał — mówił daléj biskup, i jemu tylko to przypisać należy, iż w Wiedniu przyjęto myśl rozwodu. Prażmowski, jak się zdaje, zrobił im nadzieję, że tron będzie wolnym, i że rozwiedziona królowa, nowo wybranego ks. Lotaryngskiego poślubi. Mam dowody, że układy o to się potajemnie rozpoczęły, za zgodą i wspólnictwem N. Pani, co dziwniéj, z wiadomością Cesarza...
Michał słuchał, bledniejąc... twarz mu się boleścią wewnętrzną zmieniła. Nie znalazł na odpowiedź słowa, usta mu zapadły — milczał długo.
— Spodziewać się tego można było... — rzekł w końcu — lecz w Wiedniu!...
Poruszył ramionami.
— Tak, Prymasa to jest dzieło, czuję w tem rękę jego... Wszystko to było tak zręcznie ukrywane, a raczéj tak monstrualnie, nieprawdopodobne, iż mogli bezkarnie działać, a nikt nawet posądzać ich nie śmiał.
Podniósł głowę i popatrzył na biskupa...
— Cóż czynić myślicie?... zapytał. Ja — otwarcie się rozmówię z królową, — dodał z boleścią — może sobie oszczędzić zachodów i zgorszenia... trochę cierpliwości... Ja długo żyć nie będę — czuję i niechęć i niemoc do życia...
Mniéj należy obwiniać słabą kobietę — ale ten — ten...
Nie dokończył król i otarł czoło zimnym okryte petem.
— Tak, — rzekł nawpół do siebie — wypić trzeba ten kielich upokorzeń aż do dna. Prymasowi nie przebaczę nigdy...
— Słyszę, — przerwał ks. Olszowski, — że starzec nie wstaje już z łóżka, a stary doktór Braun, którego też do niego wzywano, mówił mi, iż życie w nim wyczerpały namiętności.
Michał milczał obojętny, a cały w sobie.
— Rozmówię się z królową — dodał po długiem milczeniu, — wy — nie — wiem... chcielibyście pojechać do Cesarza, aby mu wymówić jego wspólnictwo?...
— Cesarz nie przyzna się do niego — odparł Olszowski, a my piśmiennych dowodów nie mamy...
— Nic więc czynić nie myślicie?... — zapytał król.
— Musimy to rozważyć — odpowiedział Olszowski.
Michał się zadumał, w ręku pochwycony papier gniotąc bezmyślnie.
— Dziękuję wam — odezwał się głosem już ostygającym po pierwszym wybuchu. Zostawcie mi dzień dzisiejszy...
Przez litość biskup Chełmiński, już dłużej o tym przedmiocie nie mówiąc, przedłożył królowi bieżące sprawy, a Michał mechanicznie ujął pióro i z kolei podawane mu papiery podpisywać zaczął, myślą będąc gdzieindziéj...
W pół godziny ta praca milcząca — dokończoną została, podkanclerzy zebrał papiery rozrzucone i powstał.
— Pozwól mi W. Królewska Mość — odezwał się, zabierając się już odejść — prosić, abyś nie brał do serca sprawy, która prawdopodobnie pozostanie tylko prośbą nieudałą... i skutków za sobą nie pociągnie żadnych.
— Wszakci — zimno odparł Michał — ostrzelany jestem... bądź spokojny.
To mówiąc, odprowadził do drzwi wiernego sobie biskupa — i gdy się one zamknęły za nim, zadzwonił na dworzanina.
Kiełpsz na czatach będący, wszedł natychmiast.
— Oznajmcie o mnie do królowéj — rzekł głosem podniesionym król — i powiedzcie, że widzieć się z nią muszę.
Nie siadając już, niespokojny, z rękawiczkami i kapeluszem w ręku, czekał król w pośrodku sypialni. Kilka razy poruszył się ku progowi, sądząc, że Kiełpsz powraca, który dosyć czasu potrzebował na przyniesienie odpowiedzi.
Stanął w progu i szepnął tylko, że królowa czekać miała. Szybkim zrazu krokiem rzucił się król ku drzwiom, lecz natychmiast go zwolnił. Przesuwając się przez długi szereg pokojów, jak i korytarzy, szedł zadumany... — nie widząc tych, których spotykał. Między innemi nastręczył mu się z pokornym ukłonem Toltini, na którego spojrzał nawet...
Królowa Eleonora oczekiwała już w salce swéj posłuchalnéj na małżonka, sparta o stół, jakby tem chciała mu zapowiedzieć, że długo nie miał pozostać...
Od progu rzucił na nią posępne spojrzenie Michał. Podszedł, nie kłaniając się i nie witając.
Głos mu drżał, gdy mówić zaczął.
— W interesie waszym — rzekł — jest, aby to z czem przychodzę, niekoniecznie obcych doszło uszu... Raczcie się upewnić, że nas wasz dwór nie podsłucha.
Wcale niezwyczajne to zagajenie widocznie zmięszało królową Eleonorę. Krokiem żywym podeszła ku drzwiom jednym, otworzyła je gwałtownie, spojrzała i milcząc na swe miejsce powróciła.
Król zwykle tak apatyczny, tym razem miał wyraz twarzy szyderski.
— Sądziłem — rzekł — iż W. Król. Mości, przecierpiawszy już ze mną czasu tyle, zechcesz być do niedalekiego końca cierpliwym, przekonywam się że tak nie jest i że się wyczerpała cierpliwość W. Król. Mości. Wiem o jéj staraniach z pomocą Prymasa rozpoczętych o rozwód ze mną... w nadziei że mnie tronu pozbawią.
Uśmiechnął się boleśnie.
— Wszystko to — wywołałoby zgorszenie dla Cesarskiéj rodziny waszéj nieprzyjemne... Przychodzę więc radzić jeszcze nieco cierpliwości. W. Król. Mość widzisz sama, iż życia nie starczy mi na długo... ja sam to czuję...
Pierwszy raz od stąpienia Eleonory na tę ziemię, która jéj była tak wstrętliwą — z dumnéj, śmiałéj i zuchwałéj — królowa stała się niemal pokorną — złamaną, tak ją przeraziły te słowa...
Wargi jéj zadrzały, potoczyła oczyma obłąkanemi dokoła, kilka razy chciała zacząć coś mówić i chwyciła się za piersi — nareszcie podeszła prędkim, niepewnym krokiem do króla.. Nigdy jéj taką nie widział...
— Ja o niczem niewiem! Sprawa to nie moja — jestem jéj obcą. — Nie obwiniajcie mnie.
Michał dumnie zamilczał. Upokorzenie to Eleonory, zmuszonéj się wypierać — uwalniało go od wyrzutów i sporu, trochę litość wzbudziła, gdy na oczach jéj ujrzał łzy i w całéj postawie niewypowiedziane pomięszanie.
— To są zapewne, sprawy tych co się mną opiekują — widząc mnie nieszczęśliwą — dodała Eleonora podchodząc jeszcze do męża, który cofnął się kroków parę. Ja niewiem o niczem... o niczem.
Głos jéj drżał.
— Cieszę się więc że W. Król. Mość mogłem w czas przestrzedz — rzekł Michał. Skandal bezużyteczny.. trzeba go uniknąć.
To mówiąc skłonił się i zawrócił ku drzwiom. Królowa niespokojna szła za nim aż od progu — ale się ku niéj nie zwrócił. — Pomięszana stanęła na chwilę niepewna co pocznie — i po odejściu króla, wołać zaczęła na swą zaufaną ochmistrzynię, która przestraszona przybiegła.
Królowa już się rzuciła w krzesło i głosem osłabłym — zawołała.
— Toltini — Toltini!!
Raz pierwszy była złamaną. Obawa ojca, który mógł być wmięszany w zawikłanie dla niego wstrętliwe, strach skandalu mogącego się rozejść po Europie, odjęły jéj odwagę.
Włoch, którego pochwycono gdzieś na korytarzu, biegł przelękły, przewidując coś nieprzyjemnego.
Eleonora w krześle, z chustką na oczach, bezsilna była dla niego zjawiskiem tak nowem i dziwnem, iż osłupiały z trwogi stanął przed nią.
Zerwała się nagle.
— Toltini — zawołała... zdradzona jestem.. król był przed chwilą — przyszedł mi czynić wyrzuty, — wie o wszystkiem..
Załamała ręce.. Włoch zagryzł usta.
— Jeśli jest w tem czyja wina — oprócz przypadku odezwał się, to chyba starego tego Prymasa, którego namiętność często czyni nierozważnym, co do mnie.
Żywym krokiem nie słuchając go już Eleonora się przechadzać zaczęła po sali. Sama coś szepcząc do siebie.
Włoch po kilka kroć rozpoczynał rozmowę, nic mu nie odpowiedziała. Postał pokornie w progu, dała znak że go nie potrzebuje — wyszedł.
Nadeszła godzina obiadowa — król oznajmić kazał że czując się niezdrów, do stołu nie przyjdzie.
Trafiało się to nie jeden raz, a Eleonora wcale nie troszczyła się o małżonka, — tego dnia zmieniła obyczaj i wysłała komornika swego aby się o zdrowie króla dowiedział. Mówiono o tem po całym dworze, jako o wypadku — niesłychanéj wagi.
Kiełpsz do którego zapytanie przyszło, nie donosząc o niem królowi, odpowiedział że niedyspozycja Najjaś. Pana — nie zdaje się być groźną, ale bolesną.
W postępowaniu Michała nie było od dni powszednich żadnéj prawie różnicy, Kiełpszowi się wydał tylko śmiesznym i więcéj ożywionym.
Nad wieczorem, króla już na zamku nie było, ale służba miała rozkaz nie rozgłaszać o tém i mówić dowiadującym się że leżał chory. Do tego wszyscy byli nawykli...
Późnym wieczorem Prażmowski leżał pod szkarłatnym pawilonem, a u wezgłowia jego stary balwierz, do którego usług był nawykłym ucierał coś w małym moździerzyku kamiennym, z ukosa spoglądając na chorego..
Obraz tego starca, który walczył z niemocą i nadchodzącym sporem, każdego innego, nad tego sługę co od dawna oswojony był ze swym panem, i gorączkowym jego temperamentem, napełniłby niepokojem.. Stary i od kilkunastu lat przy osobie arcybiskupa zostający cyrulik zimnem okiem patrzył na rzucającego się po łożu, szarpiącego na sobie okrycie, mruczącego niewyraźnie coś, co można było raz wziąć za modlitwę, a wnet potem za przekleństwo. Gdy kołdry spadały, cyrulik stawił swój moździerzyk, poprawił je, siedział znowu na miejscu i obojętnie proszek zacierał w doniczce.
Prymas niekiedy wołał wody — naówczas dawał mu stróż przegotowaną jakąś i mętną dyzannę..
Na twarzy starca straszliwie wymęczonéj i boleścią wewnętrzną pokrzywionéj — cierpienie gorączka i stan ducha niespokojny razem się malował. Niekiedy poczynał się modlić i modlitwa zamierała na wargach, chwytał się za piersi, za boki i jęczał, potem kładł na poduszki, twarz osłaniając rękami, usiłując uspokoić i usnąć — lecz wysiłek ten trwał krótko, porywał się gwałtownie i głosem ochrypłym wołał znowu wody. Nie mówiąc słowa cyrulik podawał kubek poprawiał kołdrę, — i siadał — nie okazując najmniejszego wzruszenia..
Późno już było. Zdala donośne dały się słyszeć kroki, a że tu wszyscy około chorego zwykli byli chodzić na palcach, Prażmowski posłyszawszy chód ten, z trwogą nie wysłowioną dźwignął się na łożu.
Cyrulik też biegł już do drzwi, które się otwarły nagle i — w progu ukazał się — król.
Prymas, jak gdyby widmo ujrzał — ze słabym okrzykiem oczy sobie zasłonił.
Michał podszedł aż do łoża i stanął. Była chwila milczenia i oczekiwania, którą tylko ciężkiego oddechu Prymasa odgłos przerywał.
— Potrzebowałem widzieć, waszą pasterską mość odezwał się król głosem dosyć podniesionym.
Zwrócił się do stojącego tuż, przelękłego balwierza i dał mu znak aby odszedł precz.
Gdy się drzwi za nim zamknęły, Michał przystąpił bliżéj jeszcze łoża.
— Niewiem którego z nas — odezwał się — pierwéj Bóg na sąd swój wezwie — między wami a mną, on sprawę roztrzygnie... W ciągu tych lat przebaczałem nie raz — wyciągałem rękę na próżno byliście i jesteście mi wrogiem. Nie przyszedłem was prosić za sobą — ja nic nie mam do stracenia... proszę was abyście majestatowi temu królewskiemu rzeczypospolitéj oszczędzili sromu i zgorszenia, a nie dawali go ludziom na pośmiewisko...
Wiem o waszych stosunkach z Cesarzem, któregoście uwikłali w sprawę rozwodu z ujmą czci domu rakuskiego, wiem o wszystkich knowaniach waszych... Ja i wy stojemy oba nad grobem. Rozwód mojéj żonie nie potrzebny, śmierć nas bez papieża rozwiedzie...
Zamilkł wzruszony król na chwilę, wzruszenie głos mu odejmowało...
Prymas łkał, jedną ręką twarz osłaniając, drugą chwytając bezmyślnie okrycie...
— N. Panie — rzekł...
— Nie tłumaczcie się — przerwał król — byłoby to próżnem... Ja do was nawet żalu niemam, skracając mi życie, skróciliście cierpienie... ale wy jesteście głową kościoła, namiestnikiem Chrystusa na ziemi téj... a daliście przykład nienawiści, zajadłości — prześladowania. Przez was kraj ten stoi bezbronnym, — waszą sprawą gdy nieprzyjaciel na granicy czyha, wewnątrz walczą bracia z sobą. Godnem li to kapłana? głowy kościoła? Wnijdźcie w sumienie wasze... Bóg nas osądzi! Bóg nas osądzi! Bóg nas osądzi!
Podniesionym głosem wyrzekłszy te słowa, król zmierzył wzrokiem słabnącego starca... stał jeszcze milczący moment krótki i krokiem powolnym wyszedł z sypialni...
Gdy balwierz biegnąc ku łożu przypadł do niego aby na ratunek chorego pospieszyć, znalazł go wijącego się na łożu, z przekleństwy na ustach, rozszalałego gniewem...
— Precz — precz... — wołał nieprzytomny — precz — wszyscy zdrajcy! precz odemnie.
Odepchnięty, stary sługa powracał, podając napój, okrywając zrzucanemi kołdrami... Prymas był w stanie bezprzytomnym, nie doopisania... Potrzeba było natychmiast wezwać doktora...
Tym czasem zamiast niego, włoch Toltini, którego zawsze niepytając wpuszczano, nadbiegł domagając się do Prymasa i zdyszany stanął nad jego łożem...
Ale Prażmowski zobaczywszy go i poznawszy, podniesionym jeszcze krzykliwszym głosem, zawołał.
— Zdrajcy! zdrajcy! precz ze zdrajcami!
Dla balwierza jawnem było, iż mogło zbliżyć się — konanie... Tem pilniéj wysyłał co chwilę po doktora.. który nie nadchodził... Kapelan, który nadbiegł i począł nakłaniać do usposobienia i modlitwy, doznał takiego samego jak włoch przyjęcia, Prymas odepchnął go, wołając.
— Zdrajca! wszyscy zdrajcy! precz odemnie — nikogo niechcę...
Prawie gwałtem balwierzowi się udało wreście uspakajającą miksturę wlać mu w usta, która po chwili odrętwiająco działać zaczęła... Wołania i jęki wyrywały się jednak z ust starca, dopóki sen sztuczny, ciężki, gorączkowy nie zamknął mu powiek.
Około łoża powoli ściągnęło się co było starszych sług i dworu Prażmowskiego... Wszedł na ostatek i wynaleziony z trudnością zwykły lekarz Prażmowskiego Almer, niemiec. Poszeptawszy z balwierzem krótko, zbliżył się do łoża, wyszukał ręki i pulsu, głową potrząsnął i padł na siedzenie u węzgłowia...
W tym że momencie, jeden z synowców Prażmowskiego, wpadł przelękły do sypialni... Wiedział już o odwiedzinach królewskich i łatwo mógł przewidzieć ich skutek...
Ze zwieszoną nad łożem głową postał chwilę i zwrócił się do Almera.
Niemiec ręce rozpostarł, podniósł je do góry, westchnął, dając poznać że stan chorego był rozpaczliwy.
Godzina może upłynęła w złowrogiem milczeniu. Coraz szybszy i cięższy oddech chorego słyszeć się dawał, oznajmując jakby tą ostateczną walkę życia ze zgonem, — która tu zapowiadała się ciężką i męczeńską. Chory otworzył nagle oczy, usiłował się podnieść, padł bezsilny na węzgłowie i usta wyjąknęły...
— Wody!
Doktór podał mu napój przygotowany, ale — wlać go było potrzeba — bo starzec nie miał siły do przyjęcia...
Oczy gorączkowym jeszcze blaskiem zapalone biegały do koła...
— Sen! to był sen? — szepnął — król? sen? król??
Almer potwierdził to ruchem głowy...
Chory nieco się uspokoił, poznał synowca i poruszył ręką, która bezsilna opadła.. Kapelan zbliżył się z książką i krzyżem...
Prymas głową skinął aby czekał... ale oddech stawał się coraz trudniejszym, a niepokój chorego większym coraz... Ksiądz ukląkł u łoża i modlitwy półgłosem odmawiać zaczął...
Było to nadchodzące już konanie...
Stary balwierz płacząc podniósł naprzód poduszki, poprawił je... potem wysunął jedną... Widać było wysilenia chorego ostatnie, aby się podnieść jeszcze... Usta poruszały się szeptem niezrozumiałym... Wlano mu w nie napój, który się rozszedł na węzgłowie...
Zapalono gromnicę, ale palce umierającego już jéj ująć nie mogły...
Pomimo zdającego się co chwila nadchodzić zgonu — walka się przedłużała... Gdy wszystko skończonem już sądzono, chory wzdychał, otwierał na wpół powieki i konanie ponawiało się równie ciężkie i bolesne jak wprzódy...
Przez zasłony w oknach dnieć już zaczynało, gdy synowiec powieki zmarłego zamknął płacząc — i twarz oblekła się siną barwą, którą zastąpiła krwawą i przeszła wprędce w zielonawy kolor trupi...
W mieście uderzono w dzwony...
Król po powrocie na zamek nie rychło mógł usnąć, — sen potem ciężki ze znużenia, obiął go tak twardy, iż zwykła godzina, w któréj zawsze się z nałogu budził minęła...
Dzień był biały, gdy paź drzemiący u drzwi, posłyszał wołanie.
— Która godzina?
Zegar wskazywał ósmą. Kiełpsz czatujący na przebudzenie wchodził właśnie głos króla posłyszawszy.
— Dlaczegoście mnie nie zbudzili? — zapytał Michał.
— W. Królewska Mość byłeś nadto znużonym wczoraj — rzekł Kiełpsz — a nie było nic pilnego.
W tem odgłos wszystkich dzwonów rozkołysanych jęczących — uszy króla uderzył.
— Co to jest? — zapytał.
Zawahał się z odpowiedzią krajczy..
— Musiał ktoś umrzeć... — szepnął cicho.
— Ale biją po wszystkich kościołach, we wszystkie dzwony — niespokojnie dodał Michał i paziowi wskazał aby szedł się dowiedzieć. Chłopak nie potrzebował iść na zwiady.
— Ks. Prymas umarł — rzekł spokojnie...
Król zbladł nieco i spojrzał na Kiełpsza, który odpowiedział na wejrzenie, krótkiem...
— Jeszcze wczoraj się tego spodziewano...
Prawie w tym samym czasie włoch wchodził do pokoju królowéj, która roztargniona, u śniadania siedziała... Myślami była tak objętą, iż nawet odgłosu dzwonów nie zwykłego, nie zdawała się słyszeć i uważać.
Twarz i postawa Toltiniego ją uderzyły. — Zbliżał się powolnemi krokami do stołu.
— Cóż to za święto dzisiaj? zapytała Eleonora — te dzwony? tak rano?
Włoch wahał się nieco...
— Po umarłym dzwonią — rzekł cicho... i poczekawszy dorzucił z westchnieniem.
— Prymas zmarł téj nocy..
Twarz królowéj bladością się okryła... dłońmi zasłoniła oczy — zaczęła płakać... Toltini cofnął się kroków parę... nieśmiał pocieszać nawet.. Eleonora siedziała długo jakby zapomniawszy o nim... Włoch czekał uspokojenia z uszanowaniem i cierpliwością, dopiero gdy łzy ocierać zaczynając wzrok ku niemu zwróciła królowa — zbliżył się do stołu tronu..
— Przed samym zgonem — rzekł cicho — król był u niego, zdaje się nawet, że to zgon mogło przyśpieszyć, chociaż mu go od kilku dni przepowiadano..
Usłyszawszy o królu, Eleonora zacisnęła usta, zmarszczyła brwi... zadumiała się... chociaż płaczem i niepokojem zmęczona, wstała i palce kładąc na ustach — szepnęła do Toltiniego..
— Wszystko się odmienić musi — król jest też chory niebezpiecznie, godziny jego policzone... Pytałam Brauna... powiada, że się to przeciągnąć może, ale choroba nie uleczona... Będę dobrą i łagodną...
Spuściła oczy ku posadzce, stała jakiś czas zadumana, i nie zwracając się już do Toltiniego — wyszła...



V.

Wybuchy takie gwałtowne, nagłe otwieranie się uciśnionego ducha — a po nich znowu powszednia apatja i obojętność na wszystko, milczenie uparte, były cechą temperamentu raczéj niż charakteru króla. Początek nieszczęśliwy panowania nauczył go, że walka z nieprzyjaciołmi była nad siły, a poparcie przyjaciół za słabe... zamykał się więc w sobie cierpiąc, starając tylko nie zdradzać boleści, przez rodzaj dumy.
Zwątpienie o zwycięztwie po kilku próbach nadaremnych, czyniło go już na przebieg spraw obojętnym, nie żył już ale wegetował.
Ale ten stan bierny wyczerpywał go także i przychodziły momenta stanowcze, w których krew się w nim poruszała, słowo napierało z ust — chciał pokazać, że chociaż milczał tak chłodno, rozumiał, widział i czuł wszystko. Żona szczególniéj i Prymas obchodzili się z nim okazując lekceważenie — dla tego w końcu i jéj i jemu gorączkowo rzucił w oczy prawdą. Ale wybuch taki nie miał u niego żadnych następstw i ciągu. Ostygał, zamykał się w téj żółwiéj skorupie obojętności — powracał do znieczulenia...
Nazajutrz też po zgonie Prymasa, król Michał ostygły, wyszedł tylko aby żadnéj z form i zwyczajów nie chybił i nie zaniedbał. Twarz wprawdzie nosiła ślady doznanych wrażeń, lecz one mogły uchodzić za następstwo choroby...
Daleko silniéj dzień ubiegły, wystąpienie męża, śmierć Prymasa podziałały na królowę. Z Wiednia też nadeszły listy, które zmianę zapowiadały ze strony Cesarza... Ojciec wymagał aby Eleonora wytrwała do końca, jako żona ściśle spełniająca swe obowiązki. Choroba Michała, przepowiadany mu zgon czyniły bezużytecznemi starania wszelkie, zawsze cień mogące rzucić na królowę i na cesarską rodzinę.
Wszystko to razem, po rozmyśle, po płaczu, skłoniło królową do zupełnéj zmiany w postępowaniu.
Chciała się na pozór przynajmniéj pojednać z mężem, wejść w jego życie i w oczach ludzi uchodzić — bodaj za małżonkę przywiązaną.
Wprawdzie z dnia na dzień tak zmienić ton, zachowanie się — nawet sam tryb życia — było zanadto uderzającém.. Musiała stopniować swe nawrócenie — aby Michał uwierzył że szczerem było. W sercu jéj nie zmieniło się nic, uczucia może tylko nienawiści, gniewu jeszcze się spotęgowały — ale pozory — z doskonałym instynktem przebiegłości kobiecéj — Eleonora obmyślała bardzo trafnie.
Smutek głęboki poprzedził to mniemane nawrócenie — złagodniała naprzód ogólnie dla wszystkich nim poczęła łagodność większą okazywać mężowi.
W następstwie nie chciała aby król Michał tylko widział i czuł zmianę, pragnęła ją na jaw wprowadzić, uczynić widoczną wszystkim.
Poczęło się to bezzwłocznie.
Król nierychło mógł to postrzedz, bo znowu pogrążonym był w sobie...
Jedynemi chwilami jaśniejszemi dla niego były te które spędzał u pani Krajczynéj, Hela Zebrzydowska długo się opierając uległa wreszcie i podała rękę Kiełpszowi — król jako powinowatéj sprawił wesele okazałe, Krajczemu na Litwie nadał tenutę zaoczną i korzystną, ale oboje Kiełpszów zatrzymał przy sobie.
Mówił otwarcie.
— Niemam nikogo — jestem sam, nawykłem do Heli — niech czasem mam się choć przed kim poskarżyć...
Rzadko jednak, aby nazbyt oczów i języków nie zwracać na siebie — król o ile możności nieznacznie wykradał się do Kiełpszów, którym dał pomieszczenie na zamku...
Nie mogło to ujść bacznego oka takich przebiegłych szpiegów jak Toltini i niewieści dwór królowéj. Wiedziano że Zebrzydowska była powinowatą, widziano w niéj coś więcéj może — Hela wcale się o to nie troszczyła.
Chcąc dokuczyć mężowi królowa Eleonora probowała wprzódy różnemi sposobami pozbyć się Heli z zamku — ale spotkała opór tak stanowczy choć chłodny, iż musiała się wyrzec postawienia na swojem.
Za to wszelkiemi możliwemi sposoby starała się przy każdéj zręczności, uroczyście dworskiéj i t. p. upokorzyć Krajczynę, zepchnąć ją w ostatnie rzędy... okazać jéj niechęć i odrazę.
I to nie skutkowało, bo Kiełpszyna miała charakter i takt wytrzymujący wszelką próbę. Gdy potrzeba było, mogła nie widzieć, nie słyszeć i nie rozumieć. Gdy niespodziany zwrót nakazywał teraz królowéj — zmienić całą taktykę postępowania, zrozumiała że i względem Heli powinna się była inaczéj postawić, bo tak wielce jéj użyteczną być mogła.
Ostrożną jednak być musiała, bo czytała w oczach Kiełpszynéj, że ta się łatwo uwieść nie da.
Bardzo zręcznie rozpoczęła od zbliżenia się do kilku pań polskich, najmniéj jéj wstrętliwych — zapraszając je na obiady. Mniéj uderzającem było że przy obcych zwracała się czasem do męża i wciągała go w rozmowę. Król Michał zdziwiony w początku — chociaż w szczerość przejednania nie wierzył, rad był choć pozorami jakiejś zgody.
Między ludźmi zaczynano mówić o tem, że królowa przestała być tak dla męża obojętną jak dawniéj, przypisując to politowaniu nad stanem zdrowia jego. Michał gdy mógł być spokojniejszym więcéj nic nie wymagał. Wpadał w to swe odrętwienie i zadumę — i nie skarżył się...
Przypadło to właśnie na czas gdy Hetmanowa Sobieska z rozkochanym mężem swoim była w tak naprężonych stosunkach, iż nawet straszny wyraz — rozwód — zabrzmiał w ustach męża. Pobyt długi w Gdańsku — wyjazd do Francji i przeciągnięte tam zamieszkanie Marji Kaźmiry przyprowadziły Hetmana do rozpaczy.
Gniewał się już i groził — a nadąsana pani, pewna swéj przewagi, odpowiadała listami, w których męża nie oszczędzała, stawiła mu warunki, nie chciała się zakopać na wsi...
Z téj niebytności w kraju Hetmanowéj, która rozdrażnienie męża podtrzymywała — korzystano usiłując go pogodzić z Pacami, ułożono wydanie pokrewnéj Sobieskiego Radziwiłłównéj za księcia Dymitra Wiśniowieckiego, starano się zbliżyć do siebie i przejednać Paców z Hetmanem. Sobieski niesłychanie zajęty wojskiem, czuwaniem nad granicami, zapobieganiem związkom żołnierskim — wymykał się, trzymał zdala ode dworu i przeciągał podanie ręki nieprzyjaciołom...
Królowa — wchodząc po raz pierwszy w życie czynniejsze — pochwyciła zręczność tę aby się stać użyteczną i naprzód zbliżyć do pań polskich, a przez nie pomódz królowi...
Wszystko to było rzeczą tak nową, tak dziwną, że ludziom patrzącym wierzyć się nie chciało w zmianę, gdy król Michał śmiercią Prymasa i rozkazami z Wiednia nadesłanemi wykładał to sobie.
Nie mógł już przywiązać się do żony, ani nawet zmuszać szczerości tych objawów — ale one życie czyniły znośniejszem. — Rad był i temu.
Sprawy krajowe wikłały się tymczasem coraz straszniéj i tylko czujności Sobieskiego, jego wierze w to iż rzeczpospolita dźwignąć się mogła i miała siły po temu, winien był kraj ocalenie.
Trudnem jednak było odrodzenie moralne tego stanu szlacheckiego, który sam jeden był wszystkiem. — Wypadki począwszy od pierwszych elekcij królów, rokosze, związki wojskowe, sejmy nawet zuchwale zrywane, coraz zmniejszająca się władza i powaga królów, coraz pomnażający zamęt w pojęciach obowiązków i praw — mnożyły zamieszania i anarchją. Stan szlachecki widział tylko przed sobą prawa swoje — ciągle obawiając uszczerbku w nich, a znać nie chciał swych obowiązków...
Wyszukiwano ustawy uwalniające od wszelkich służebności, ograniczające władzę królewską — a ciężary zrzucano z siebie. Odmawiano poborów — nie chciano ani słyszeć o pospolitem ruszeniu — wyrzucano królom zaciągi wojsk obcych, a wymagano aby niemi bez szlachty bronili sami rzeczypospolitéj. Wyciągnąwszy w pole szlachcic po upływie kilku tygodni wracał do domu krzycząc — płać albo rozpuszczaj!!!
Jakże się było zewnętrznemu obronić nieprzyjacielowi skutecznie, gdy wojska się z rąk wyślizgały, wiązały przeciwko Hetmanom, samowolnie zajmowały zimowe leże, narzucały na majętność ciężary, a na Sejmie niebezpieczeństwom od granic wierzyć nie chciano...
Logika wypadków jest nieubłaganą, chociaż nie zawsze chód jéj się daje wykazać. Elekcje wprowadziły przekupstwo, — zaczęto potem tak samo za pieniądze nabywać nadania, starostwa, urzędy. Płacono za nie królowi lub królowéj.
Prywata rozpościerała się coraz bezwstydniéj i pojęcie obowiązków znikało. Zatem szło że w całe życie szlacheckie wciskał się interes osobisty, że żołnierz wymiatał bezbronnego ziemianina, ziemianin na sejmie myślał nie o rzeczypospolitéj ale o własnéj korzyści z każdego kroku i głosu.
Nawet ów kataklyzm kozacki, — straszliwy gniew boży — niepotrafił przywieść do upamiętania.
Zadanie rządzących w kraju, w którym bezrząd był stanem normalnym stawało się niesłychanie trudnem. — Potrzeba było energij razem i przebiegłości aby pokierować nieswornemi i zmusić do posłuszeństwa.
Wśród takiego zawichrzenia — król jakim był Michał — musiał być ofiarą — niemal bezczynną.
W końcu jednak obezwładnienie i oczekiwanie jakiegoś składu szczęśliwszego okoliczności stało się Michałowi nieznośnem. Czuł się wyczerpanym, chciał raz skończyć — i powtarzał sobie nieustannie — walczyć zginąć!!.
W takiem usposobieniu ducha przyszedł raz na lasce się opierając, przedwcześnie zestarzały, wycieńczony do Kiełpszów. Ile razy myśli własne wprawiały go w stan niepokoju — szedł pociechy szukać u przyjaciółki młodości — użalić się przed Helą. Umiała złagodzić cierpienie słowem jakiejś nadziei, otuchą szczęśliwszego zwrotu.
Sobieski ciągnął z wojskami na przeciwko Turkom. Wzywany po kilkakroć do Warszawy, wymawiał się ciągle obowiązkiem nieoddalania od obozów — czuwania aby się nie formowały związki. Przybywszy do stolicy, bawił w niéj krótko i ująć się nie dawał.
Od kilku dni król Michał odbierając wiadomości o ruchach wojsk, o opóźnieniu się Litwy i Paca, który umyślnie, jak utrzymywano, ociągał się przyprowadzeniem posiłków, aby Sobieskiego na sztych wystawić — okazywał niepokój nadzwyczajny.
Hela — śledząca każdy ruch jego, rozpytująca codzień doktora Brauna — posyłająca męża... aby jéj przynosił o królu wiadomości po kilka razy na dzień — ujrzała go z pociechą wielką wchodzącego nieśmiało do skromnego mieszkania, które z mężem na zamku zajmowała.
Na bladéj twarzy króla malowało się rozdrażnienie jakieś nie zwyczajne i zaledwie przywitawszy kuzynkę, trzymając jeszcze jéj ręce drżące — odezwał się.
— Wiesz, wiesz — co postanowiłem? — dłużéj tak gnuśnie gnić nie mogę, postanowiłem — wyruszyć z gwardją, i stanąć na czele wojsk, obok Sobieskiego.
Gdy to mówił a twarz mu się zapałem rodzącym rozjaśniała, zarazem oddechu mu zabrakło i obejrzał się szukając krzesła — kilkadziesiąt kroków trochę wzruszenia, wyczerpały go.. Hela patrzała zdumiona.
W téj chwili wszedł krajczy, któremu oznajmiono, że król był w odwiedzinach u jego żony.
— Słuchaj że — odwracając się do niego odezwała się Hela — król, w tym stanie zdrowia, postanowił, na nic się nie oglądając — jechać do wojska i objąć nad niem dowództwo.
Kiełpsz ręce załamał.
— Ale to po prostu jest niepodobieństwem, zakrzyknął. Potrzeba naprzód zdrowie i siły odzyskać.
Michał poruszył się żywo na siedzeniu.
— Właśnie to mi może dać zdrowie rzekł, naprzód, uspokoję się, potem powietrze, ruch, zajęcie, mogą mnie orzeźwić.
— N. Panie przerwała Hela, słyszałam to z ust doktora Brauna, potrzeba nadewszystko spoczynku, wygód, regularnego życia, pokarmów dobranych do stanu zdrowia, tego wszystkiego nie można mieć na wojnie. — To było by wprost samobójstwem.
Król zapatrzony w okno zdawał się niesłyszeć.
— Braun? stary Braun — rzekł z przekąsem — co on wie? on nas i chorób naszych nierozumie. Ludzie krwi rycerskiéj w pokoju gniją i w niwecz się obracają — wojna ich pokrzepia. Nakoniec jest to nad siły moje wytrwać tu zdala — bezczynnie — z rękami założonemi, gdy tam Sobieski laury zdobywać będzie.
Już dziś on tu jest więcéj bohaterem, królem panem niż ja.
Pobije turków — ale razem i mnie dobije — bo ja po jego zwycięztwach, jeszcze nikczemniejszym wydawać się będę.
Nie — nie! — dodał z zapałem — choćby przyszło nałożyć głową — pójdę!
Hela się sprzeciwiać wręcz nieśmiejąc, szepnęła mężowi na ucho ażeby Brauna przyprowadził, a sama się zajęła przygotowaniem szklanki lemoniady, która czasem, chwilowo ulgę królowi sprawiała w boleściach na które cierpiał.
Przyniesiony napój Michał, całując jéj ręce połknął chciwie i zadumał się.
— Będzie temu z pół roku — począł po cichu, nie powtarzaj tego nikomu... proszę cię — przywidzeniem to jest może — posądzam grzesznie. Lemoniada twoja mi to przypomniała. Siedziałem w sypialni, kazawszy sobie przygotować taki sam napój, który czekał na mnie w sali posiadalnéj.. Posłałem był po Toltiniego.. Usłyszawszy szmer otworzyłem drzwi i ledwiem miał czas dojrzeć jak pochylony nad szklanką w niéj się rozpatrywał, odskoczył nagle. Wszedłem, nie patrzałem na lemoniadę.. Toltini mnie gniewał. — Począłem mu robić wymówki, tłumaczył się. Zmęczony, pochwyciłem szklankę, która czekała na mnie i wypiłem ją duszkiem. Smak dziwny mnie uderzył, — całe usta wewnątrz ściągnęła jakaś cierpkość.. Zapach napoju był nie zwykły, jak gdyby czosnkiem go zaprawiono. — Odepchnąłem szklankę,[5] Wieczorem było mi niedobrze.. od téj pory, cierpię więcéj, mogę powiedzieć że ani jednego dnia zdrowia nie miałem.
Blada słuchała Hela, tak rozbierając to wszystko, doszła do przekonania, że gdyby, jak król posądzać się zdawał, w napój rzucono truciznę, nie mogłaby ona działać tak wolno.. pospieszyła więc uspokajając.
— N. Panie, rzekła — w tym napoju nic przecie być nie mogło.. naprzód że w tak zbrodniczy zamiar nie mogę uwierzyć — powtóre że trucizna — gdy już to straszne słowo wyrzec potrzeba — tak powolnie nigdy nie działa.
— Mylisz się — żywo przerwał Michał — umyślnie czytałem wiele. — Są trucizny których działanie na lata się rozkłada... a Toltini jest włochem. Spuścił król głowę.
— Nie mówmy o tem — dodał, tak — posądzam może niewinnie. Morsztyn powiada że ja się sam niezdrowemi truję pokarmami, ale cóż ja tak niezdrowego jadam! Węgrzyn! raki, które lubię.
Hela poruszyła ramionami niechcąc przedłużać rozmowy o tym przedmiocie, właśnie też wchodził stary Braun, posuwistym krokiem, ociężale. — Był to już trzech czy czterech królów z kolei nadworny doktór, nie zagłębiający się w księgach, nie studiujący Hipokrata i Galena, ale mający praktykę ogromną i nieocenione doświadczenie. Wzrok jego chwytał oznaki choroby dla drugich niedostrzeżone — wyroki jego zawsze prawie były przepowiedniami nieochybnemi. Hela pospieszyła naprzeciw niemu.
— Wzywam pana na ratunek, odezwała się — król nagle postanowił jechać do wojska i iść z niem na nieprzyjaciela! Jestże to podobieństwem? w tym stanie? Patrz pan!
Braun poprawił perukę flegmatycznie..
— Zdaje mi się rzekł, że przy największéj chęci, Najjaśniejszy Pan tego nie potrafi dokazać — siły braknie. Należy je wprzódy odzyskać... Życie regularne, djeta.
Michał ręką niecierpliwie poruszył.
— Mówicie mi ciągle jedno — odezwał się, słucham was — czy mi się w najmniejszéj rzeczy polepszyło i nic a nic!!. Pozwólcież sprobować czego innego — ruchu — powietrza, a nadewszystko wewnętrznego uspokojenia, dziś ja z samego niepokoju choruję.
Braun nieznacznie poruszył ramionami.
— N. Panie — rozpoczął..
— Niczego słuchać nie chcę — przerwał Michał — niemogę. Wierzcie mi że gorzéj już nie będzie jak jest, nie mam nic do stracenia. Po całych dniach trawi mnie wewnątrz jakieś poczucie niby głodu — próżni nie nasyconéj. Jem dziwnie, a potem boleści — boleści..
— Przestrzegam od jedzenia — szepnął Braun..
— Tak, ale nieznasz tego co ja doznaję — gdym głodny — rzekł król — na ówczas ogarnia mnie prawie szaleństwo... Muszę jeść — przynajmniéj przez ten czas gdy spożywam, mam chwilę wytchnienia.
Doktór słuchając głową potrząsał.
Nagle Michał zamilkł, spuścił głowę i próżną szklankę wyciągnął ku Heli... Ta spojrzała na Brauna, który cukier i cytrynę widząc na drugim stole, dał znak przyzwolenia, chociaż i temu napojowi nie bardzo rad się być zdawał.
— Ale o wyprawie pod Chocim, czy Kamieniec, czy ja tam niewiem gdzie — mówiła Kiełpszyna — mowy być nie może.
— A przynajmniéj nie powinno — potwierdził lekarz.
Zmarszczył się król.
— Waćpan będziesz przy mnie — szepnął — zawsze więc czas — zatrzymać, gdyby... choroba istotnie się pogorszyć miała...
Braun westchnął.
— Z téj podróży nic być nie może.
Zamruczał.
Dosłyszawszy tych wyrazów, król się uśmiechnął szydersko.
— Niewierzysz więc — rzekł — abym miał tyle siły nad sobą? — przekonasz się...
— Nawet przy największym wysiłku — jest to wprost niepodobieństwem — zamknął Braun — i poważnie przystąpiwszy do króla ujął jego rękę wychudzoną, długo puls badając.
Twarz miał zadumaną i smutną.
Zwolna opuścił potem rękę Michała i odstąpił na kilka kroków, milczący. Po chwili nie było go już w pokoju...
Hela chodziła nie spokojna... nie wznawiając rozmowy o wyjeździe, Michał dosyć wesoło coś rozpowiadać zaczął o pobycie Sobieskiéj we Francji, o którym rozmaite chodziły wieści, o ostudzeniu dla niéj męża, a nawet o projektach wyniesienia się ich obojga z Polski.
— Nie przyjdzie to nigdy do skutku — odezwał się Kiełpsz — Sobieski musiałby się wyprzedać, ma mnóstwo spraw w sądach i interesów, które myśleć nawet o tem nie dozwalają.
Zabawiwszy nieco jeszcze — Michał wstał, żegnając gospodynię.
— N. Panie — ta podróż? — zapytała...
— Jest postanowioną — odparł król zimno... Jeżeli na drodze zabraknie mi sił, zawsze czas się do łóżka gdziekolwiek bądź położyć.
I mówiąc to wyszedł, unikając przedłużenia rozmowy.
Hela, którą parę razy już królowa Eleonora, pod różnemi pozorami wzywała do siebie, tegoż wieczora posłała prosić ją o posłuchanie, które z nadzwyczajną uprzejmością, nigdy wprzódy nie praktykowaną, udzielone zostało...
Zdawało się krajczynéj, że król dla żony zmuszony do pewnéj względności i powolności — da się jéj może powstrzymać od wyprawy...
Eleonora przyjęła nienawistną sobie krajczynę tak mile i przyjaźnie, jakby spragnioną była jéj widzenia.
— N. Pani — odezwała się przybyła — dowiedziałam się od męża, iż król JMość postanowił jechać do wojska... Stan jego zdrowia, zdaniem doktora Brauna, niedopuszcza nawet myśleć o tem. Zdawało mi się że obowiązkiem moim było donieść o tem W. Królewskiéj Mości...
Eleonora wiadomość przyjęła z podziwieniem i żywem zajęciem.
— Ja o tem nic niewiem jeszcze... — rzekła — gorący biorąc udział w téj sprawie, ale nieomieszkam pytać go i będę się starała odradzić... Wistocie król jest — osłabiony...
Braun może trochę przesadza i stan jego zbyt groźnym wyobraża, ale inni lekarze, także mu spokój nakazują.
Czy potrafię królowi to wyperswadować? — Nie zawsze prośby moje u niego dobrym skutkiem są uwieńczone — dodała z ironicznym uśmiechem, co nieprzeszkadza bym spełniła obowiązek...
A po krótkiem milczeniu, dorzuciła.
— W każdym razie — jeżeliby król uparcie stał przy swojem — moje miejsce jest przy nim, pojadę także, choćby dla czuwania nad zdrowiem jego.
Hela zamilkła.
Królowa rozwodzić się zaczęła z wielką obfitością słów, — nad stanem zdrowia męża, nad jego sposobem życia; przyznała że w ostatnich miesiącach pogorszyło mu się znacznie, i starała się okazać nadzwyczajną gorliwość.
Krajczyna chwilę zabawiwszy, po głębokim ukłonie — odeszła...
Nazajutrz już na zamku nie było tajemnicą że król się do wyjazdu sposobił. Wydane zostały rozkazy do przysposobienia wozów, namiotów, koni, — do ściągnięcia pułków, które mu towarzyszyć miały. Młodzież się radowała wyprawie, starsi przewidywali w niéj coś groźnego.
Co tu mówić o wojowaniu — mruczał starszy koniuszy Terczak — kiedy on dwóch godzin na siodle nie wytrzyma... Konia mu potrzeba dać coby nogi miał, i na łeb nie leciał, szkapa co nogi ma trzęsie, a król utrząśnięcia nie znosi.
Kuchmistrz francuz, usłyszawszy o podróży przysposabiał długie regestra zapasów, których potrzebował niezbędnie inaczéj się nie podejmując króla karmić, bo mu dogodzić było trudno.
Nie bardzo jednak wierzono téj zachciance — gdyż wszyscy widzieli na twarzy króla wycieńczenie, a choć jego, częste spoczynki — opieranie na lasce, świadczyły jak mu każde żywsze poruszenie się było trudnem.
Braun protestował, krajczyna biegała nie spokojna wszystko to jednak niemogło powstrzymać przygotowań do podróży — a król nie tylko że nie zmieniał wydanych rozkazów, lecz co dzień przynaglał i pytał czy je spełniano.
Królowéj projekt wyprawy był bardzo na rękę — dawał jéj sposobność okazania się litościwą, i troskliwą o zdrowie męża.
Przy obiedzie naprzód zagaiła o tem zapytując męża czy prawda było że miał zamiar do wojska się udać, i że do wyjazdu czyniono przygotowania.
Trochę zadziwiony tem zajęciem — Michał pomilczawszy nieco odparł chłodno, że — musiał, jechać do wojska...
— Ale doktór Braun uznaje to nie możliwem — poczęła żywo Eleonora. Dowiedziawszy się o wydanych rozkazach wierzyć im niechciałam, mówiłam o tem z lekarzem... Sprzeciwia się stanowczo...
— Chociażby nawet było jakie niebezpieczeństwo odparł król chłodno — są wypadki w których się na nie narazić jest obowiązkiem...
— A więc pozwolisz W. królewska Mość — przerwała królowa — abym widząc go w takim stanie, — spełniła też obowiązek i towarzyszyła mu do obozu...
Wielkiemi oczyma spojrzał król na żonę, nieodpowiadając długo...
— Nie jest to przejażdżka dla rozrywki — rzekł tonem, w którym się trochę zniecierpliwienia przebijało... — a dla W. Król. Mości podróż taka, nawet przy dobrem zdrowiu, nielepszem jest niepodobieństwem niż dla mnie chorego... Jestem mężczyzną i nawykłem do niewygód, naostatek i niebezpieczeństwo...
— Jeżeli względy te niewstrzymają was — poczęła królowa z wielką gorącością, doskonale udaną — nie powinny i mnie strzymywać.
Ja koniecznie, proszę i domagam się o to.
Powtórnie król spojrzał zdziwiony, i dosyć sucho odparł.
— Nie mogę zgodzić się na to...
— Ja ustąpić nie mogę — dodała królowa...
Wstawano od stołu i na tem się pierwsza rozmowa skończyła...
Wróciwszy do swych pokojów, Michał długo stał zadumany, wpatrzony w ścianę — myśląc o téj metamorfozie Eleonory — któréj — pomimo całéj swéj dobroduszności — nie wierzył. Było coś w głosie, wejrzeniu, w każdym ruchu téj kobiety, co, pomimo największego starania o to aby się okazać szczerą, przejętą, nawróconą — ostrzegało i znamionowało fałsz i udanie...
Nierozumiał tylko król na co się to jéj przydać mogło.
Towarzyszyć sobie w podróży!! nie myślał dozwolić — oburzało go to... Jedynem dobrem w téj rozpaczliwéj wyprawie do wojska było że miał być swobodnym — że mógł nie widzieć jéj i nie karmić się tym fałszem, który mu sprawiał obrzydzenie.
Prosty jednak zakaz był niemożliwym. Zdawało się że Eleonorze szło o rozgłos tego poświęcenia — postanowił więc kanclerzynie Pacowéj i innym paniom zlecić to aby królowę starały się zatrzymać w Warszawie.
On zaś — niewzruszoną miał wolę stanąć przynajmniéj tam gdzie wołał obowiązek...
Nieszczęśliwa Krajczyna przekonała ich po kilku nadaremnych wysiłkach, że żadna już siła ludzka nie mogła zachwiać tem postanowieniem, które się wyrobiło długą rozwagą i rozpaczliwem położeniem.
Ohydny traktat Buczacki — haracz! poddaństwo niewiernym — stracony Kamieniec dniem i nocą brzemieniem leżały na jego piersi — życie dać aby się obmyć z tego sromu nie było nadto... Hela zaklinała go aby się dla lepszéj zachował przyszłości.
— Niema jéj dla mnie — odpowiadał gwałtownie — zostanie czarna w dziejach Karta, któréj nic nie wydrze... żyć z tym łańcuchem na szyi — dławić się tym bólem — nie mogę dłużéj...
Potrzebuję przynajmniéj zginąć na wojnie i pobłogosławię tę kulę, która mnie oswobodzi i oczyści!! Związano mi ręce — a bezwładnemu zarzucają bezczynność! — muszę więc iść abym okazał, żem życia dla ojczyzny nie żałował.. Ofiara też to nie wielka, tak było gorzkie!!
Stało się czego może życzyła sobie królowa, ofierze jéj towarzyszenia królowi nadano rozgłos wielki. Panie z kolei jechały błagać i odradzać — straszyć temi tatarskiemi ordami, które Marją Ludwikę zmusiły zawrócić od Krasnegostawu...
Wiedziano w całéj Warszawie o gotowości królowéj Eleonory do poświęcenia się dla męża, mówiono o tem wiele, pisano... Przyjaciele pod niebiosa ją wynosili...
Król nie rozprawiał już z nią o tem, milczał uparcie, ale rozkazów do podróży nie wydawał.
Natomiast przyśpieszano przygotowania wyjazdu dla chorego króla. Braun wyznaczonym był aby mu towarzyszył... Kiełpsz jechał także, a płacząca Krajczyna szeptała cicho — ażeby bliżéj być — pojadę do Lwowa...
W kraju, w wojsku to nagłe postanowienie królewskie przyjęte było ze zdumieniem — jedni mówili zapóźno — drudzy znajdowali to próżnem.
Rycersko mógł się tylko zalecić w pierwszych panowania początkach. — Wiedziano że chorował, nie miano mu nawet za zasługę, iż ostatkiem sił chciał służyć ojczyźnie.
Nieprzyjaźni — szydzili — urągając mu że na widok jego ani się podda Kamieniec, ani Turcy pierzchną... On sam pochlebiał sobie że za sobą pociągnie tę szlachtę, która go niegdyś na tron wyniosła, a potem opuściła tak haniebnie.
Ale — nie ruszał się nikt — długi nieład wszedł w nałóg — przebąkiwano, że nim stoi rzeczpospolita...
Widziano ją już rozszarpaną za Kaźmirza, a jednak nie rozpadła się i żyła jeszcze, nie wierzono ażeby Turek z kozakiem pożyć mogli choć osłabłą.
Na dworze tymczasem trwała komedja królowéj napierającéj się aby towarzyszyć mężowi — i opór bierny ze strony męża, — który dziękował, uśmiechał się zimno, z goryczą w duszy.
Stan jego codzień się pogorszał — pobożny ofiarował Bogu męczeństwo swoje, lecz postradał wiarę w ludzi, ochotę do życia, smak do niego. — Przyszłość mu się już nie uśmiechała — pragnął końca. Widziano go tylko dumniejszym coraz, zimniejszym, — obojętniejszym na wszystko... Napróżno ks. Dymitr który sobie pochlebiał że z Sobieskim potrafi dojść do zgody i przyjacielskich stosunków, usiłował podnieść upadłego na duchu, napróżno Pacowie obiecywali teraz po zgonie Prymasa, zupełną zmianę i rozbicie obozu nieprzyjacielskiego — Michał nie wierzył. Posłuszny im spełnił co życzyli, czynił kroki pojednawcze, wzywał listami Hetmana do siebie — Sobieski składał się nawałem zajęć — brakiem czasu — obiecywał, a widocznie króla unikał i coraz postępował samowolniéj, aby to co czynił nikomu tylko jemu było przyznane.
Z każdym też dniem człowiek ten, który był istotnie zesłanym i przeznaczonym na ratunek, rosnął i olbrzymiał w oczach wszystkich.
Gdy mowa była o nieszczęsnych traktatach Buczackich, o haraczu obiecanym turkowi, jednogłośnie się odzywano.
— Sobieski skruszy ich potęgę...
Na niego nie na króla się oglądano. I gdy wieść się rozeszła że Michał wyruszył do obozu nie uczyniła ona wrażenia najmniejszego, a Hetman zawiadomiony przyjął ją kwaśno. Król dla niego był zawadą, i kłopotem tylko... Słuchać go nie mógł — zdać nań dowództwo — śmiesznem było — osobą swą nie budził w żołnierzu męztwa... po cóż przybywał?..
Po cichéj rannéj mszy wysłuchanéj u Św. Jana, pobłogosławiony w podróż, w towarzystwie Podkanclerzego i dosyć licznego dworu — król puścił się ku Lwowu i Glinianom.
Ale zaraz pierwszych dni podróży — przekonać się mógł iż zbyt liczył na swe siły. Przybywał na noclegi tak znużony, iż musiał natychmiast iść do łóżka.
Nie skarżył się jednak i ani słowo nie zdradziło cierpienia... służba odgadywała tylko wysilenie jakiego potrzebował ażeby znużenie pokonać i boleści nie okazać. Braun zalewał go lekarstwami, które nie skutkowały. Oczy zapadły coraz głębiéj, skóra żółkła, oddech się stawał cięższy, a pragnienie i głód paliły go nieustannie. W drodze stawano często, aby choć kilku ugotowanemi jajami wewnętrzną tę czczość na chwilę zapełnić... Lecz zaledwie uspokojona wracała znowu...



VI.

Jak niebo do ziemi — obóz i dwór Sobieskiego nie podobnym był do dworu króla.
Michała smutek i zwątpienie udzielało się wszystkim co się do niego zbliżali, przynieść tu wesołéj twarzy nikt nie śmiał, ani się odezwać głośniéj, ani poruszyć żywiéj. Sam widok tego schorzałego, jakby opuchłego i nabrzękłego z licem wychudłem i nalanem razem przedwczesnego starca — opierającego się na kiju, okiem szklannem przyglądającego i niewidzącego nic, zatopionego w sobie, zapominającego się co chwila — którego nic odżywić i poruszyć już nie mogło — odejmował męztwo i wlewał zwątpienie.
Ci co przybywali tu pełni życia — odchodzili złamani. — Rzadko kto mógł się dostać do niego, oprócz najpoufalszych, a przypuszczony, zasadnie słów kilka z ust jego usłyszawszy wynosił wrażenie najboleśniejsze..
Gorętsi wprost się odzywali.
— Ale to trup jest... tyle tylko że go nie pochowano!!
Sobieski nie miał jeszcze lat pięćdziesięciu i, chociaż często cierpiący, bo życie czynne i przebyte boje zostawiły po sobie pamiątki — był jeszcze w pełni sił i życia. Wśród współczesnych jaśniał naówczas jako jedna z najpiękniejszych postaci — nad swój czas i ducha wieku stojąc wyżéj rycerskiemi szczególniéj przymioty.
Lecz zarazem w tym bohaterze, który walczył już od Zborowa począwszy, we wszystkich prawie wojnach za Jana Kaźmirza, w tym nieodrodnym wychowańcu Czarnieckiego, — było dwu ludzi różnych i Sobieski jakim go tradycje domowe, wychowanie macierzyńskie, nauki ojcowskie, obozowe życie wyhodowało, i Celadon zawczasu opanowany przez ulubioną wychowanicę Maryi Ludwiki, zepsutą i pieszczoną pannę d’Arquien, tę najśliczniejszą Marysieńkę, która najzgubniejszy wpływ na szlachetnego lecz zbyt dla niéj słabego kochanka wywierała.
W tym właśnie momencie swojego życia Sobieski od dawna już rozłączony z żoną, która jakiś czas bawiła w Gdańsku, potém podróżowała i zatrzymała się we Francij mniéj wystawiony na jéj wymagania i rady, — więcéj był sobą samym niż uległym sługą dziwacznéj, chciwéj i ambitnéj kobiety. Dla tego może w tym okresie widzimy go z takim zapałem poświęcającego się obronie rzeczpospolitéj, — oddającego własne mienie na jéj potrzeby, niezmordowanie zajętego sprawami wojskowemi, czuwającego w obozie aby związków niedopuścić.
Długa rozłąka z żoną wkrótce, niestety — skończyć się miała. — Marja Kaźmira rozrachowawszy się wracała do téj Polski, z któréj męża chciała wyciągnąć, przekonawszy się iż we Francij znaczenia tego jakie tu miała, zdobyć nie potrafi.
W czynnem życiu bohatera, ta chwila była może jedną z najpracowitszych i najrozmaitszemi zatrudnieniami przepełnionych. — Rozległe majętności i ciążące na nich processa i wierzytelności, gospodarstwo, — potrzeba nieustanna pieniędzy przy ogromnych wydatkach, obowiązek czuwania nad wojskiem, sprawy familijne, zawikłania wynikające ze starych antagonizmów między rodzinami, — nie dawały mu spoczynku. Mnóstwo ludzi cisnęło się pod jego skrzydła, tysiące spraw opierało się o niego. Oprócz tego, namiętny myśliwiec, chciwy nowości i książek czytelnik, chętny do rozpraw filozoficznych i wieczornych dyskusij z duchownemi i uczonemi — Sobieski zarzucony był ludźmi i sprawami najróżnorodniejszemi. Rzadko długo mogąc na miejscu wysiedzieć, przenosił się ze swych posiadłości, do obozu, do Lwowa, do Żółkwi lub Jaworowa.
Pomimo już objawiającéj się skłonności do utycia zbytniego, które mu późniéj ciężarem się stało, był jeszcze naówczas Hetman jednym z najpiękniejszych mężczyzn swojego czasu i typem męzkiego polskiego oblicza. Dosyć słusznego wzrostu, postawy okazałéj, pańskiéj twarzy wdzięcznéj, wśród któréj czarne ogniste oczy błyskały zawsze życia pewne, — celował on we wszystkich rycerskich ćwiczeniach, dosiadał konia i po kilkanaście godzin mógł wytrwać na siodle, strzelał celnie i bawił się po staremu z łuku dokazując cudów, po całych dniach przesiadywał w kniejach na niedźwiedzie i dziki czatując — w salonie umiał zabawić najwykwintniejsze sfrancuziałe towarzystwo, a pozostał przytem owym rubasznym szlachcicem polskim, któremu zawsze w kontuszu było najwygodniéj.
Nie można się dziwić że Marja Kaźmira czasem ku niemu wstręt niemal okazywała, że się z jego życiem pogodzić i do niego zastosować nie chciała, że uciekała od tego namiętnego kochanka, który własnemi rękami sadził drzewka i kwiaty, — pilnował budowy powozów, i sypał tam pieniędzmi, gdzie ona by je wyciągnąć chciała... Celadon rozkochany nie dosyć był francuzem dla niéj i nigdy się niedał tak zepsuć i zbeszcześcić, aby cel życia widział z nią razem w zbogaceniu i zaspokojeniu dumy nie nasyconéj.
W obozie pod Glinianami, zapominał Sobieski o wszystkiem oprócz zbliżającéj się rozprawy z turkami, których siły liczono na krocie — i nadziei prędkiego po tem zobaczenia najśliczniejszéj Marysieńki, która wracała rada nie rada, nie spiesząc wcale do stęsknionego małżonka.
Tu go doszła jednego ranka niespodziewana wiadomość iż król Michał do obozu przybywał...
Przyjaciel od serca, — równie jak Sobieski znakomita rycerska postać swojego czasu, Wojewoda ruski Stanisław Jabłonowski wchodził właśnie do namiotu, gdy Hetman z listem otwartym w ręku stał nad stoliczkiem zadumany.
Nie mówiąc nic Sobieski pismo rozłożone podał Jabłonowskiemu, który je przebiegł oczyma, okazał pewne zdziwienie, ramionami zżymnął i kartę rzucił na stół.
— Fantazja chorego człowieka — rzekł obojętnie. Nie idzie zatem aby się ona spełnić miała. Piszą mi z Warszawy że Michał był i jest mocno chory, że trzyma się wprawdzie i niechce dać złamać, ale ani Braun ani żaden z lekarzy, długiego życia mu nie obiecuje.. Sprobuje może do Ujazdowa przejażdżki i zawrócić się będzie musiał.
— W dodatku, śmiejąc się rzekł Sobieski, piszą mi że i królowa, płacąc za długą obojętność mężowi, chce mu towarzyszyć aby czuwać nad nim. Spojrzeli sobie w oczy.
— Spóźniona czułość, rzekł Wojewoda Ruski. Wszystkiemu temu nie chce mi się wierzyć.
— Król był na wyjezdnem, mówił Hetman, stanowniczych przodem wysłano. Zdaje mi się że on na swojem postawi, ale nie idzie zatem abyśmy go z sobą brać mieli ku Kamieńcowi lub Chocimowi. Byłby to ciężar, zwłoka — zawada tylko. Przytomność tego króla, którego wojsko nigdy na czele swem nie widziało, wcale mu męztwa i zapału nie doda, a fantazja niedoświadczonego, który rolę najwyższego wodza odgrywać zechce — może dla nas być przeszkodą do swobodnego ruchu, wcale co innego jest dla mnie, iść niezależnemu gdzie wskażą okoliczności i potrzeba, — a być pod rozkazami króla, który kierować zechce nieudolnie i szyki mi mięszać może.
— Tak jest, odparł siadając Wojewoda ruski, ale ja, z tego co mi donoszono wnoszę, że podróż ta króla będzie tylko nieudałą próbą. Nieszczęśliwy i nieudolny chce okazać przynajmniéj dobrą wolę i gotowość do ofiary, a tego mu za złe wziąć nie można.
— Ubolewałem i boleję nad jego losem, począł Sobieski — ale sam winien sobie, gdy się dał szlachcie wciągnąć i przyjął na barki to — czego dźwignąć nie mógł. Nie powinien był przyjmować korony.
— Tak, lecz komuż by się ona nie uśmiechnęła rzekł Jabłonowski, rodzina zresztą nie przebaczyłaby mu była tego zrzeczenia się. Sam siebie nie znał może, a ludzie widzieli w nim tylko syna Jeremiego.
— Który do ojca najmniejszego nie ma podobieństwa! podchwycił Hetman. Jeremi! a! ten był przynajmniéj żołnierzem i wodzem szczęśliwym jakich mało.. ale Michała w Wiedniu na dworaka wychowano.
Peruka zgniotła mu ducha polskiego pod czaszką..
Westchnęli oba — Hetman machinalnie sięgnął po list i raz jeszcze oczyma go przebiegać zaczął potrząsając głową.
— Musimy się do odebranych zastosować wiadomości, będziemy na niego czekali, chociażbym co najprędzéj rad wyciągnąć, aby nawałę turecką uprzedzić a może ją na przeprawach i w wąwozach zahamować nim do nas wtargnie. Nie radbym im dać przekroczyć granic.
Z drugiéj strony, dodał Sobieski Pac też się opóźnia, nie przybywa, może go doczekamy i razem będziemy mogli z Litwą ułożyć plan przyszłéj kampanij.
— Pac oddawna tu już się stawić był powinien — rzekł Jabłonowski.
— A ja naglę go nieustannemi posły aby pospieszał, mówił Hetman. — Zkładają się wcale niedorzecznemi wymówkami.. i nie przyciąga.
Jabłonowski zmarszczył się.
— Nie mamy się co łudzić — rzekł — ja to widzę jak na dłoni — zgoda żadna nie zapobieży zazdrości i współzawodnictwu. Pac rachuje na to że Sobieski rzuci się pierwszy na świeże jeszcze tureckie siły, że odpartym być może, a on skorzysta z tego i na znużonych pohańcach odniesie świetne żwycięztwo...
— Rachuba to możliwa i cale ludzka — rozśmiał się Sobieski — ale chybić może. Sobieski ten nie rzuci się zbyt zuchwale, ani się da napaść nieopatrznie, bo mu potrzeba być zwyciężcą — a on — tu podał rękę Jabłonowskiemu, z panem Wojewodą ruskim nawet bez Litwy, nie tak bardzo turków się boją.
Liczą ich na krocie zawsze i być może iż wojska Sułtana zalegają przestrzenie ogromne, ale to jest szarańcza, któréj wielka moc niema koniecznie wielkiéj siły. Konie ciurów, ladajakiego pospólstwa tam tłumy... Jeżeli się im nie uda nawałą nieprzyjaciela zmódz w pierwszym napadzie — wszystko to potem pierzcha, dusi się, topi i ginie w ucieczce szalonéj... Nasz jeden pułk za ich dziesiątek stanie... Nie przestrasza mnie liczba, bylebyśmy stanowiska zajęli dobre, a w pierwszem zetknięciu się odeprzeć nie dali.
Po chwili milczenia Wojewoda ruski powrócił do króla, którego zapowiadano.
Zaczęli obiadowywać kiedy się go spodziewać mogli, obu im oznajmione przybycie nie w smak było.
— Ja się tem pocieszam tylko — dodał Sobieski — iż wyperswadować potrafiemy choremu, z pomocą starego Brauna i mojego Janacza, że na niebezpieczną, jesienną porą wyprawę, niepodobieństwem mu się pokazać...
Oba razem wyszli z pod namiotu przed którym stała zatknięta hetmańska chorągiew, buńczuki i straże chodziły gęste. Mały taborek wozów otaczał to obozowisko w obozie. Maleńka wyniosłość na któréj rozłożonem było, dozwalała ztąd okiem ogarnąć rozległą przestrzeń zajętą wojskiem, oczekującem na znak do dalszego pochodu...
Poranny ruch ożywiał całe te mrowisko — miasteczko i jak okiem zajrzeć było, okolicę. Zdala dochodziły odgłosy trąbek, bębnów, okrzyki ludzi, zwady, brzęk szabel, szczęk łańcuchów, spętanych koni i cały ten głuchy szmer a warczenie tysiąców, które znamionuje budzące się życie... Dzień był pogodny ale chłodny, przymrozek ziemię ściągnął... Około namiotów dymiły gęste ogniska...
Sobieski okiem zmierzywszy cały ten obraz — posmutniał i nazad do namiotu zawrócił... Jabłonowski pożegnał go, siadł na koń i jechał do swoich...
W drugim oddziale wielkiego namiotu Hetmana, trzech pisarzów czekali na niego...
Kupą tu leżały doniesienia, listy, gazetki pisane, prośby, na które odpowiadać było potrzeba — czekano na skazówki pana.
Wziął się natychmiast do pracy...
W obozie już podsłuchana wiadomość o spodziewanym króla przyjezdzie, przebiegała z namiotu do namiotu. Witano ją zdziwieniem, niedowierzaniem a gdzieniegdzie śmiechami. Król ani miłości wielkiéj, ani też niechęci nie budził — mało kto tu o nim myślał i do jego czynności przywiązywał wagę.
— Król — mówili starsi rotmistrze — a cóż on tu robić będzie?!.. Tyle tylko że nas dla mustry na plac ku niemu wyprowadzą i będziemy się musieli poubierać na okaz, krzyknąć — vivat, a potem pod szałasy powrócić. Żeby nam choć parę kwartałów zaległego żołdu przyniósł z sobą, dopiero byśmy mu vivatowali z całego serca — ale o tem nie słychać!!
Insi nie dowierzali téj plotce, wielu mówiło.
— Piąte koło do wozu! Jako żywo nie dowodził nikomu, i na wojnach nie bywał... Co nam po nim.
Na tak przygotowujące się tu przyjęcie wojsk — król Michał powoli zdążał ku Glinianom — podróż szła nie sporo. Doktór Braun ponaznaczał stacje małe, wypoczynki długie. Niekiedy jesienne powietrze i słota wstrzymywały po gospodach i opóźniały o dnie całe.
Z Warszawy Kiełpszyna jadąca do Lwowa, przyłączyła się wraz z mężem do królewskiego orszaku, postanowiwszy tak długo towarzyszyć Michałowi, jak tylko będzie można... Dla króla, osamotnionego, było to wielce pożądanem, chociaż w początku niepokoił się nieco tem kobiecem towarzystwem — nie chcąc dopuścić złośliwych tłumaczeń, ale pani krajczyna tak umiała uczynić się nie znaczną, nie postrzeżoną, tak niknęła wśród téj gromady służb i czeladzi — iż nikt prawie nie zwracał na nią uwagi.
Dla króla pogrążonego ciągle w jakiéjś chmurnéj zadumie, wieczorem ten znany głos przyjaźny, przypominający szczęśliwsze młodości lata, był chwilowem orzeźwieniem, które choć nie długo trwało, dawało wytchnienie i rozrywkę.
Lecz im się bardziéj ku Glinianom zbliżano, tem Michał niespokojniéjszem i chmurniéjszem się stawał. Podróż, choć się do tego niechciał przyznać, nużyła go coraz mocniéj. Środki jakiemi usiłował Braun i on sam, wyczerpujące się siły rozbudzić na nowo, — rozdrażniały więcéj niż krzepiły... Jedzenie, napoje, zamiast wzmocnić, czyniły go ociężałym, sennym i wywoływały boleści; potrzeba było ciągle czemś słabnącego orzeźwiać, poić, podsycać sztucznie...
Wśród tych cierpień jedna tylko rozmowa z Helą, umiała go na czas jakiś oderwać od smutnéj rzeczywistości.
Po drodze ciągle nadchodziły wiadomości i gońce na przemiany z Warszawy i z obozu.
Nie przynosiły one nic pocieszającego. Sobieski chłodno oznajmywał tylko że turcy nadciągają, że Litwy dotąd niema — i że wojska będzie mało powitać Najjaśniejszego pana. Poufnie pisma przychodzące do różnych osób króla otaczających zawierały po większéj części zwiększone obawami pogłoski o turkach i tatarach, którzy w nigdy dotąd nie bywałej liczbie, nieprzeliczonym zastępem mieli spaść na Polskę.
W innych które przed królem starannie okrywano i tajono, zawartą była wiadomość że Sułtan, z mocy traktatu zawartego, uważając króla Polskiego za opłacającego haracz hołdownika swego, miał mu wysłać kaftan, jakim zwykle obdarzano poddanych Porcie książąt, zarazem dopominając się nie opłaconego haraczu...
Nie bez przyczyny wszyscy otaczający chorego i rozdrażnionego Michała — chcieli mu tego sromu oszczędzić, obawiając się aby nie dobił nieszczęśliwego. Musiano więc czuwać i nad pismami i nad ludźmi przybywającemi, ażeby który z nich nie zdradził się z tem doniesieniem.
Kiełpsz i cały dwór czatować musiał na przybywających posłańców i gości, po drodze bowiem, szlachta zawiadomiona o przejeździe pana, więcéj z ciekawości niż przywiązania do niego, wyjeżdżała na spotkanie a na noclegach i popasach, liczne często gromadki domagały się posłuchania.
Naówczas Kiełpsz, młody Pac i inni towarzyszący Michałowi, wychodzili pierwsi do tych gości prosząc ich aby chorego oszczędzali a o niczem mu smutnem i groźnem nie donosili.
Król resztki sił szafował na te posłuchania, które znowu często zbytnią wesołością i rubasznoscią szlachty raziły go i męczyły.
Wlokło się tak nieznośnie dla wszystkich to podróżowanie przeciągające się do zbytku...
Zbliżając się już ku Glinianom, Krajczyna w ostatku musiała zawrócić do Lwowa. Zapowiedziane to pożegnanie zasmuciło Michała, który ją przyjął czulej jeszcze i wdzięczniéj niż zwykle. Hela nie łudziła się wcale ani Braun się z tem przed nią ukrywał — król miał się coraz gorzéj. Podróż wycieńczyła go i znużyła. On sam jednak nie chciał się przyznać do tego. W progu izdebki którą dnia tego zajmował, przywitał pożyczanym uśmieszkiem, towarzyszkę lat młodych.
— Widzisz, rzekł — prostując się i podnosząc głowę, jestem coraz rzeźwiejszym i mam nadzieję że będę mógł obok Hetmana konno objechać wszystkie pułki, obejrzeć wojsko całe bez znużenia... Byle pan Bóg dał porę znośną...
Hela popatrzyła na niego smutnie.
— Ale na tem nie koniec — poczęła siadając u komina, przy którym król zziębnięty się ciągle ogrzewał — wojsko będzie wkrótce musiało wyciągnąć w pole, gdzie już ani stanowniczych, ani obmyślonych nie przygotowanych noclegów nie znajdziecie, w kraju, w którym często wody nawet do picia nie dostanie, gdzie o żywność będzie trudno... Po całych dniach na koniu, a choćby w powozie niewygodne noclegi, prywacje wszelkiego rodzaju — choremu — jak przetrwać przyjdzie? Drżę na myśl samą.
Michał usiłował się uśmiechnąć...
— Ja nie mam obawy — rzekł zmuszając się mówić przeciwko przekonaniu, właśnie może ten rodzaj życia nowy, te prywacje, ruch przymusowy, wpłyną na mnie lepiéj, niż długi ten spoczynek...
— Ale kiedyżeście wy spoczywali? — przerwała Hela... pozornie chyba, nie dano wam nigdy odetchnąć swobodnie...
— Siedziałem zamknięty, rzekł król — to mnie zniszczyło... Rachuję na ruch. My dzieci rycerzy, stworzeni wszyscy jesteśmy do czynu, do działania, do konia nie do zatęchłych izb i tych więzień, w których nas trzymają obowiązki...
Wierz mi — ufaj — wyzdrowieję na powietrzu...
Zresztą sam widok wojska doda mi otuchy, mówił daléj, wszyscy przyznają, że Sobieski ma siły znaczne i jak najpiękniéj wyćwiczonego żołnierza...
A! ten Pac! dodał zaciskając ręce, ten Pac... który Litwinów dotąd zebrać nie mógł i tak się ociąga... Naglę go i zaklinam listami codziennie. Niewiem nawet na pewno gdzie jest w téj chwili.
— W. królewska Mość, smutnie poczęła Hela, macie ufność w Pacach...
— Bo oni jedni zostali mi wierni, od pierwszéj chwili stojąc przy mnie, wtrącił Michał żywo.
— Tak — niestety — ciągnęła daléj Krajczyna, ale oni to więcéj pono czynią przez niechęć ku Hetmanowi Sobieskiemu niż przez miłość dla was...
Zawahała się nieco i spuściła oczy.
— Mój mąż, któremu jako litwinowi chodzi wielce o to, aby Litwa nie pozostała w tyle... dowiaduje się pilno o tem co się tam dzieje na Litwie. Utrzymuje on, że Pac mógłby oddawna połączyć się z Sobieskim, gdyby chciał i że antagonizm tylko wstrzymuje go.
— A! to być nie może — zawołał gwałtownie Michał — nie chcę, nie wierzę temu. Miałżeby Pac dla własnego interesu narażać rzeczpospolitą, w chwili gdy całych jéj sił potrzebujemy aby nietylko odeprzeć turków ale odzyskać Kamieniec...
Kamieniec! — westchnął — tę perłę... tę jedyną twierdzę graniczną, ten klejnot, który mi zasnąć nie daje, którego strata dla mnie istnym cięży kamieniem... Pozostanie on w rękach niewiernych, to zapowiedź daleko większych późniéj strat i upokorzeń — Kamieniec!!...
Widząc ten wybuchający gwałtownie żal króla — Hela się wstrzymała...
— W. królewska Mość — rzekła po małym przestrachu — piszcie do Hetmana Paca ztąd jeszcze, mój mąż obmyśli posłańca, który to pismo zaniesie i doręczy... zaklnijcie go aby pośpieszał...
— Pisałem wczoraj, wysłałem list z Warszawy — westchnął król, sądzę że chyba zupełna niemożliwość utrzymała Litwę.
Kiełpsz stał u okna.
— N. panie — szepnął — Hetman Pac może zbyt wiele sobie obiecywał, nie zgromadził sił jakie mieć chciał i pod pozorem tym się ociąga — ale tu już nie prosić i zaklinać go, raczéj nakazać pod stratą łaski królewskiéj należy, aby niezwłocznie i pośpiesznie zdążał ku Glinianom...
Niespokojny Michał obrócił się oczyma szukając czegoś czy kogoś...
— Ks. Olszowski? — rzekł głosem poruszonym.
— List ja napisać mogę — przerwał Kiełpsz... przybliżając się do stolika.
— Dobrze — pisz go po swéj myśli — zawołał Michał — zgadzam się na to, rozkaz mu wyślę naglący, nie cierpiący zwłoki...
Krajczy już się sposobił do pisania — a Hela podała przygotowany napój, którego spiekłemi już ustami król szukał.
— Tak — szepnął — Sobieski rad temu będzie, bo w ostatnim liście żali się także na Paca...
Kiełpsz — dodał nalegająco — powtórz że Pacowi, że ja sam do Glinian jadę, że ja, nie Hetman oczekuję tam na niego, że ja nie Sobieski wymagam, aby Litwa, jak jest, stanęła mi do boku bez zwłoki. A! te niezgody, które nas dzielą! westchnął — one to a nie turcy i kozactwo, dobiją tę rzeczpospolitę!!
— Dzięki Bogu — poczęła uspakajająco Hela — nie pozostało już zwaśnionych nad Sobieskiego i Paców...
— Dodaj Radziwiłłów i Paców — rzekł król wzdychając, powinowatych jednych i drugich...
Głos zniżył — zamilkł.
Kiełpsz spieszył z listem. Nadał mu formę poufną, aby pieczęci żadnéj oprócz sygnetu na kopercie nie potrzebował, obawiając się zwłoki lub uwag ks. Olszowskiego, które mogły wysłanie opóźnić...
Nie czytając prawie, ręką drżącą, podpisał król, kilka słów dodając uprzejmych i swobodnie odetchnął.
— Widzicie, czynię co mogę — rzekł, a będzie li wina czyja, spadnie na mnie. Spętany odpowiadam za wszystkich...
Zwycięztwa pójdą na rachunek Hetmanów, klęski na mój tylko — taka jest dola moja...
— Raczéj wszystkich panujących — przerwała Hela oddadzą wam sprawiedliwość — chcieliście dobra rzeczypospolitéj.
— Cóż chęci znaczą! uśmiechnął się Michał — one w żaden nie idą rachunek...
— Ależ zła samego naprzód przewidywać nie godzi się — poczęła Krajczyna, byłoby to zwątpieniem opatrzności. Owszem, wszystko się obiecuje jaknajpomyślniéj. Wasza król. Mość możesz mieć słuszny żal do Hetmana, lecz jako wódz nikt inny by go nie zastąpił. Wszyscy go wynoszą i sławią — troskliwym jest, nieznużonym.
— Tak — gdyby nie Radziwiłłowie — rzekł Michał, jabym go już może z pomocą Dymitra mógł sobie pozyskać. Wszystko się rozbiło o nich.. Ożenił się Dymitr, ale pozostał im obcym, a ja wrogiem..
— To sprawa Paców — wtrąciła Hela. Michał popatrzył na nią ironicznie się uśmiechając... Tak... nie wyjdziemy z tego czarodziejskiego koła... Pacowie... i Radziwiłłowie... a ja wpośrodku bojujących — ich ofiarą.
Wieczór cały spłynął na cichych rozmowach u komina... Ile razy Krajczyna wstała aby się oddalić, król ją wstrzymywał. Jakieś smutne przeczucia go dręczyły — dodawał sobie odwagi, ale zaledwie się ożywił opadał na siłach...
Dosyć już było późno, gdy Kiełpsz przyszedł, dał znać Michałowi, że przypadkiem powracający z Glinian, przyjaciel Sobieskiego, który umyślnie jeździł dla widzenia się z nim, Biskup Warmiński Wydżga, nocował tu także i — mógłby mu może dać wiadomości jakie o Hetmanie.
Słynął on wówczas jako jeden z najdowcipniejszych ludzi swojego czasu, choć więcéj po łacinie niż po polsku, lub na wpół temi językami obu — koncepta w śmiech puszczał. Znał go król, ale nie liczył do swoich, bo Wydżga Hetmana był przyjacielem.
Dla téj wziętości jednak jaką miał u ludzi, dla wielkiéj głowy rozumu, i czci jaką wyznawał dla pamięci Marij Ludwiki, którą król też jako swą pierwszą opiekunkę wspominał zawsze z poszanowaniem, wypadało prosić biskupa.
Wyszła więc Hela cichym głosem na progu szepnąwszy. — Do widzenia!.. a w chwilę potem żywo, z wesołem obliczem, ukazał się biskup, witając króla swoim obyczajem, łacińskim cytatem Virgiljusza.
Smutny, musiał Michał dla niego przybrać ton któryby stanu duszy jego nie wydawał.
— Krzyżują się nasze drogi, rzekł sadzając biskupa — wy, Pasterzu wracacie z Glinian, ja tam jadę.
— Niech Bóg błogosławi, odparł Wydżga. Hetman oczekuje tam na Was — bene praeparato pectore. Wojsko wygląda pięknie, a idzie z ochotą na nieprzyjaciela.
Król westchnął i nie mógł się wstrzymać od wyrażenia tego co mu na sercu leżało..
— Pac się spóźnił! boli mnie to niezmiernie — rzekł.
— Si vis pacem para bellum, odpowiedział siląc się na niezręczny dowcip Wydżga.. Hetman nasz tymczasem przygotował się na ewentualność wszelką, a nie przyjdzie pax — pociągnie z panem wojnę.
Usiłował tak króla rozweselić biskup, bo mu jego chmurne oblicze przykre czyniło wrażenie..
— To tylko źle, dodał, że Wasza Królewska Mość nie bardzo zdrów tam jedziesz gdzie wiele sił potrzeba.
— Spodziewam się je odzyskać — rzekł Michał prędko. W drodze nawet czuję się lepiej. Hetman odemnie starszy, bo podobno około pięćdziesięciu sobie liczy.
— Hetman! przerwał biskup — on sobie wcale liczyć nie dozwala, a na twarzy mu kwitnie rumieniec. Jako młodzik się zwija..
— Szczęśliwy! — szepnął Michał posępniejąc — ale każdy ojczyźnie przynosi to co ma.
Spojrzał na Wydżgę w którego oczach malowało się współczucie i dodał.
— Znacie, ojcze, życie moje — nie miałem nigdy szczęścia, bo i téj chwili gdy mnie niespodzianie elekcja spotkała, ani dla siebie ni dla rzeczypospolitéj za szczęśliwą nie liczę — i teraz gdy radbym krew przelać — zastyga ona i krzepnie.
Staram się podźwignąć jak mogę.. a uczynię co zdołam..
Któżby więcéj wymagać śmiał po was. Najjaśniejszy Panie! przerwał Biskup.. Stajecie z dobrą wolą na miejscu wyznaczonem, resztę uczyni Bóg.
Wszyscy, z Hetmanem na czele, mamy teraz nie nadzieję, ale przeczucie że Bóg da zwycięztwo — pocieszy nas i osłodzi wam żywot, w którym wiele goryczy mieliście do wypicia..
Ale na pociechę wspomnijcie sobie czego doznał antecessor wasz, król Kaźmierz, co ucierpiała anielska nasza a bohaterska królowa? i was też, miłościwy królu, nim się fortuny obróci koło, — wszystkim nam do tego skłaniać jest obowiązkiem, abyście savienti fortunae animum tenacem przeciwstawili.
— Jednego tylko pragnę — przerwał król z zapałem, mieć tyle siły abym mógł na placu stanąć, piersi nastawić i — zginąć, a! — wielką by to pociechą było dla mnie!!.
Gdy to mówił lice mu zapłonęło — rumieniec się zjawił na policzkach i cała postać przybrała rycerski charakter. Ale — stan ten zaledwie trwał krótką chwilę — głowa mu opadła na piersi, opuściły go siły, obejrzał się za służbą, czując palące i zeschłe wargi. Uderzył w dłonie.
Kiełpsz wbiegł i spojrzawszy tylko podał mu przygotowany napój.
Wydżga patrzył i litość coraz wyraziściéj się odbijała na jego twarzy.
Uprzedzony przeciw królowi — nie lubił go nigdy, w towarzystwie Sobieskiego nasłuchał się wszystkiego co przeciwko niemu wyciągano i wymyślano ażeby niechęć obudzić — lecz zblizka patrząc na tego męczennika — uczuciem ludzkiem poruszyło mu się serce.
— N. Panie, rzekł żywo. Z uwielbieniem słucham was i patrzę — ale nie pojmuję jak dostojna małżonka wasza, a naostatek i lekarz mógł dozwolić w tym stanie podjąć podróż — a myśleć nawet o wojnie.
Słysząc to król się zerwał z siedzenia.
— Łudzicie się, mój ojcze — zawołał — to są momentalne, zwykłe moje, od wielu lat, przechodzące cierpienia, na które ja zważać nie zwykłem.
Niech Bóg broni aby mi się kto śmiał przeciwiać teraz — gdy mam wolę niezłomną, gdy iść muszę.
Ojcze! — dodał — Kamieniec!! z Kamieńcem na piersi kładnę się, wstaję, chodzę — Kamieniec nie choroba mnie zabija — traktat Buczacki mnie dusi.
Na mojem panowaniu i imieniu, srom ten, niezmazany krwią pozostawić, a!.
Zakrył sobie oczy rękami.
Wydżga skłonił głowę nie mówiąc nic, a król dorzucił głosem drżącym.
— Umrę! zginę! ale ja tego pragnę! ale to mi się jedno uśmiecha, króla znajdziecie łatwo, a ja żyć tak dłużéj nie mogę.
— Najjaśniejszy Panie — powstając z krzesła z powagą odezwał się Wydżga — wasze imie Michael — niech wam będzie otuchą. Wiecie co ono oznacza? quis ut Deus! — kto nad Boga: ten Bóg będzie waszą pociechą i obroną, a ulituje się niewinnego męczarni.
Biskup łzy miał na oczach.
— Godzina spóźniona, rzekł, czas abyście odpoczęli N. Panie — a ja krzyżem świętym was błogosławiąc radbym w duszę wlać pokój!!
Rozstali się w progu.
Znużony wszystkiem co tego wieczora doznał król natychmiast się położył, ale przeciwko rozkazom Brauna, który rozkazał dzień wytchnienia. Polecił mieć wszystko w gotowości do dalszéj podróży.
Im się zbliżał bardziéj do celu, tém niecierpliwość rosła.
— Nie odetchnę, nie będę spokojnym aż gdy stanę wśród wojsk i obozu.. Tam dopiero wypocząć będę mógł...
Krajczy, który pozostał w krześle przez noc całą — z boleścią się przekonał iż przez całą noc nie zmrużył oka. Rzucał się po łożu jęcząc, siadał na niem — dopytywał o godziny, usiłował zasnąć napróżno.
Braun, który wezwany przyszedł nadedniem, usłyszawszy od krajczego o stanie króla i przekonawszy się, że przedłużenie męczarni ulgi by nieprzyniosło, zgodził się na podróż i ze dniem Michał w kolebce zamkniętéj, drzemiący i rozmażony jechał daléj ku Glinianom...


VII.

Wieczór był jesienny, na zachodzie rozpogodzone niebo płowo-żółtym blaskiem świeciło, a szare, porwane chmury uciekały ku wschodowi... Chwilami wiatr chłodny przelatywał szumiąc i niosąc z sobą zapowiedź mrozu...
Na rozległéj równinie pod Glinianami obóz Sobieskiego poruszał się życiem wieczornem, pędzono i prowadzono konie od wodopojów, czeladź krzątała się pod szopami dla nich skleconemi, wieczorne ognie połyskiwały tu i owdzie, a dym od nich z wiatrem rozkładając się unosił nad ziemią. Szum i gwar dzienny powoli ustawać zaczynał — jednakże tu dnia tego więcéj niż zwykle widać było jezdnych i część wojska czekała przy osiodłanych koniach, a niektóre oddziały stały w gotowości jak do występu, chociaż mrok padał i wieczór nadchodził.
Szeregiem od obozu na gościńcu stali jezdni ustawieni tak aby się widzieć mogli, na czatach, a oczy ich zwrócone w stronę przeciwną, wypatrywały oczekiwanego jakiegoś znaku.
Na wzgórzu, gdzie stały obok siebie namioty hetmańskie i Wojewody ruskiego Jabłonowskiego — widać było też przygotowania jakieś, jakby się na przyjęcie gościa przybierano.
Służba liczna Sobieskiego, czeladź, dworscy w barwie świątecznéj kręciła się do koła namiotów, sam Hetman ukazywał się niekiedy u wnijścia a wierzchowego konia jego osiodłanego masztalerz przeprowadzał...
Oczekiwanie to, domyśleć się łatwo spowodowane było obiecanem króla przybyciem, ale zamiast Michała, który zmuszony był osłabieniem wcześniéj stanąć na spoczynek, aby się zbyt zmęczonym nie pokazać przed wojskiem, nadbiegł posłaniec tylko z ustnem zawiadomieniem że król Michał z powodu uszkodzenia kolebki (tak mówić kazano) nazajutrz mógł przybyć dopiero.
Rozstawione więc na drodze czaty szybko się nazad do obozu ściągać zaczęły, a Hetman odebrawszy wiadomość wszedł do namiotu, aby zarzucić paradny strój, który też wgotowości był — uśmiechnął się z politowaniem.
— Szczęściem, zawołał wesoło nie nagli nic, lecz gdybyśmy tak na wodza czekać musieli w obec nieprzyjaciela?... mogłoby się nam za to dostać po tebinkach.
— Z tego co wiem miarkując — odparł Sobieski, który spieszno rozdziewał się ze swych atłasów i aksamitów aby przywdziać wygodny kożuszek popielicowy — król nietylko niema się lepiéj, ale zdrowie mu się pogorszyło znacznie. Niepodobieństwem jest abyśmy go z sobą pod Chocim brali, gdzieby nam zawadzał tylko. Braun mu podróż odradzał, nieposłuchał — pisze mi jeden z moich Koryckich, który jest przy dworze, iż się uparł tak że go nawet ukochana powinowata jego, mająca nad nim moc wielką, krajczyna Kiełpszyna pohamować nie mogła.
Pięknie to z jego strony, ani słowa — lecz... spóźnił się z tą rezolucją... Braun, słyszę, otwarcie powiada iż żyć nie będzie długo, a tą podróżą jeszcze sobie skrócić może ostatki tego mizernego żywota!!
Wiesz — dodał Sobieski — niebyłem mu nigdy przyjacielem, walczyłem z nim, stałem przeciwko niemu, a raczéj przeciw tym co z nim idą, czy też jego prowadzą — ale, słowo ci daję — teraz mi go szczerze żal...
Nie żądał téj męczeńskiéj korony — wypraszał się od niéj, gwałtem mu wciśniętą na skronie, opłacił ciężko... Żona!! zamiast pociechy przyniosła mu domową troskę i pomnożyła liczbę nieprzyjaciół. Dopóki żył Prażmowski spiskowała z nim jawnie aby męża z tronu zepchnąć a Lotaryngskiego wprowadzić. Dziś zmieniła taktykę, ale nie uczucia... Stała się czułą — bo się dwór rakuski brzydkiéj intrygi zawstydził, która na jaw wyjść groziła. Zważ co ten człowiek wycierpieć musiał.
Pacowie nas oskarżają, żeśmy mu trucizny zadać kazali!! niepotrzeba było więcéj nad tą jaką mu życie przynosiło... a wostatku i on sam niepomiernie jedząc..
To mówiąc stanął Sobieski przed przyjacielem, który pilno słuchając w oczy mu patrzył... — i dokończył.
— Kondeusz tedy znowu wystąpi jako kandydat najmocniejszy — a tym razem szlachta już mu się przeciwić nie będzie.
— Jeżeli jéj milszego nie poddamy kandydata — przerwał Wojewoda ruski. O ewentualnościach Elekcij ani mówić można, nawet w przededniu co dopiero zawczasu.
Nie zawsze ta ciżba, któréj głosy przeważają, godną jest aby na nią Duch święty zstąpił, ale dziwnie czasem kości padają. Kondeusz będzie pewnym, a Polanowskiego okrzykną.
— Dajże mi pokój z tym poczciwym Polanowskim, który się gniewa gdy mu tem królestwem w oczy jak urągowiskiem rzucają — daj mi pokój i z wszelkim jakimkolwiek bądź Piastem... Spróbowaliśmy Michała tamquam satis.
Uśmiechnął się Jabłonowski.
— Nie łapmy ryb przed niewodem, dodał.
— Jutro tedy doczekamy się króla — westchnął Sobieski — a jabym wolał w miejscu jego Paca mieć, naówczas ruszylibyśmy wesoło, pozbywszy się najjaśniejszego.
— Jeżeli on da się tak pożegnać i odprawić — rzekł Jabłonowski. Człowiek chory i zbolały upartym jest...
Nastąpiło milczenie. — We dwu tak ci druhowie, których najczulsza przyjaźń łączyła, spędzili wieczór na przypomnieniach wojen, w których albo oba razem lub pojedyńczo udział brali...
Nazajutrz ostry przymrozek, wedle zapowiedzi wieczora poprzedzającego, ściągnął ziemię, a wiatr zwróciwszy się ku północy, smagał nielitościwie, ale dzień był jasny, choć barwa słonecznych promieni tak zimną się wydawała jak powietrze.
Przez znaczniejszą część dnia potroszę wyglądano króla, i wieczór nadchodził znowu, gdy oznajmiono nareszcie że część taboru, wcześniéj z noclegu wyprawiona, do Glinian przybywała, król zaraz za nią miał nadążyć. Sobieski z Jabłonowskim oba konno z oddziałem pancernych, wyjechali na kraj obozu, aby — pana powitać.
Tu też dwór stary drewniany, opróżniony był i już przysposobiony na przyjęcie Michała, któremu pod namiotem trudno by wytrwać było...
Ani dnia tego o uroczystem myślano przyjęciu...
Za wozami pokazał się orszak wojskowych, gwardje i hajducy towarzyszący Michałowi, potem tabory znowu, na ostatek kolebki dworskie. W poszóstnéj wielkiéj jechał na wpół leżąc Michał, mając Brauna i ks. Olszowskiego przy sobie. Kiełpsz konno u drzwiczek asystował.
Zawczasu oznajmiono królowi, że się do obozu zbliżali, od popasu już ubrał się, i z niepokojem niewymownym wyglądał rychło li wojsko zobaczy...
Na twarzy jego malowała się trwoga, i Braun widząc wzruszenie kroplami na cukrze mu podawanemi, starał się nerwy uspokoić — sił dać choćby kosztem późniejszéj prostracij.
Stanęła w końcu kolebka, a u dzwiczek jéj pokazali się na dzielnych koniach dwaj wodzowie — Sobieski i Jabłonowski, otoczeni świetną gromadką dobranego rycerstwa.
Był to najpiękniejszy w świecie obrazek, gdyby nie odwrotna strona jego, król ten schorowany i wybladły, przestraszonemi oczyma patrzący z zazdrością na Hetmanów swoich.
Wspaniała postać Sobieskiego, nie mniéj rycersko i pięknie prezentujący się Jabłonowski, po za niemi wąsate oblicza pancernych, husarzy, Rotmistrzów, Chorążych, w pozłocistych misiurkach z czepcami i pióropuszami, konie w bogatych rzędach, broń połyskująca jakby ze srebra ulana, nad głowami szeleszczące długo puszczone proporce...
Za Sobieskim Buńczuczny jego i orle skrzydło hetmańskie — giermek z tarczą... On sam w białym żupanie ze srebrzystéj lamy, w niebieskim kontuszu, w delijce sobolowéj szkarłatnéj.. Jabłonowski czarno z purpurą i złotem ustrojony... stanowili przepyszną grupę...
Król rozkazawszy sobie otworzyć kolebkę wysiadł aby okazać swą rzeźwość, w zwykłym francuzkim stroju, w peruce i kapelusiku na niéj z piórami, z mieczykiem u boku misternie ze stali wyrzeźbionym u rękojeści, z szarfą na piersiach, z koronkami pod szyją, gdy na chwiejących się cienkich nogach stąpił na ziemię, potrzebował usłużnéj ręki Kiełpsza, czuwającego nad nim aby nie upaść. Witał siląc się na uśmiech i podnosząc nakrycie głowy Hetmana i Wojewodę... ale głos jego cichy, ochrypły zaledwie uszu ich dochodził. Zsiadali właśnie z koni do ręki królewskiéj.
Powitanie ze strony Michała było nadzwyczaj uprzejme — Sobieski i Jabłonowski szanowali w nim majestat królewski, a teraz i ten drugi majestat boleści, który obu ich przejmował współczuciem.
Dosyć było spojrzeć na króla, aby odgadnąć jaki gwałt sobie zadać musiał aby stanąć tu, pomimo bezsilności i cierpienia.
— Opóźniłem się, począł — przemijająca niedyspozycja mnie wstrzymała... Czuję się lepiéj teraz i rad jestem żem tu stanął, aby z wami trud dzielić. Panu Hetmanowi winienem dzięki za zebrane siły, za niezmierną jego pracę... Nie będę ja mógł, odpłaci to wdzięczna rzeczpospolita.
Sobieski wąsa pokręcał.
— N. Panie, odezwał się — zapłaty nie żądam, spełniłem obowiązek. Prawda iż nieraz ciężko przychodzi tego dopełnić... Dziś mamy już siłę do odparcia gotującéj się napaści...
— Paca tylko co nie widać — dodał oczy spuszczając król, ciszéj, — radbym go wytłumaczyć! nie umiem. Posłałem iterum iterumque nagląc... spodziewam się skutku...
Pomilczał nieco Hetman.
— Nie może nas w chwili tak stanowczéj opuścić rzekł powoli. Mybyśmy w najgorszym razie obejść się może potrafili bez niego, ale on bez spełnienia powinności nie zdoła się obejść, boby srom uczynił sobie...
Podniósł król oczy na dobraną garstkę towarzyszów — pozdrowił ich, lice mu się uśmiechnęło i począł chwalić.
— Jutro dopiero — przerwał Sobieski, będę miał to szczęście W. królewskiéj Mości sprezentować wierne jego rycerstwo, które całe wystąpi i okaże się, dziś pora spocząć W. królewskiéj Mości, a my towarzyszyć jéj będziemy.
W przewidywaniu potrzeby był wierzchowiec dla Michała przygotowany, którego masztalerz za kolebką prowadził, król dosiąść go chciał, ale Braun się sprzeciwił.
— Dosyć będzie, jutro trudu — rzekł, a dziś.
— Dziś i potrzeby niema fatygi téj, dodał Sobieski... mrok nadchodzi, w obozie zabierają się do spoczynku.
Kilku słowy, jeszcze podziękowawszy Michał zwrócił się nazad ku swéj kolebce..., a Sobieski z Jabłonowskim mogli się przekonać z niepewnych i ociężałych ruchów jego, że na jutrzejszy występ nie wiele liczyć było można...
Poprzedzając króla Hetman i Wojewoda doprowadzili go do dworu — gdzie już służba przodem posłana, oczekiwała i zarazem posiłek wieczorny, którego zawsze czczością wewnętrzną chorobliwą dręczony król potrzebował...
Do stołu razem z nim zasiedli zaproszeni Hetman i Jabłonowski, a starszyzna wojskowa obok miała drugi, który czekał też zastawiony obficie. Wszystkich oczy ciekawe zwracały się pilno i niespokojnie na przybyłego pana, który czując to że siedział jakby pod pręgierzem, zmagał się na rzeźwość i wesołość. Zdradzało go jednak znużenie, które brało górę gdy się cokolwiek zapomniał. Dla najmniéj nawet upornych oczu, złudzenie możliwem nie było... — widziano w nim chorego, który chciał się krzepkim ukazać — i padał...
Litość jaką już wprzódy mieli dla niego Sobieski i Wojewoda, wzmogła się żywym widokiem człowieka tak srodze umęczonego. Zdziwienie tylko pewne wywołało wkrótce niepomierne króla żarłoctwo — bo nad siły jego było powstrzymać się od niego... Żaden z tych śmiałków nie będąc lekarzem, nie umiał rozróżnić apetytu zdrowego człowieka od tego pochłaniania jadła... gorączkowego i zabójczego, Hetman więc wniósł po prostu, że mimo osłabienia natura oddziaływa i może jeszcze nad chorobą wziąć górę. Przy wieczerzy znowu turcy, tatarowie i kozacy na plac wyszli, i o nich tylko rozprawiano, a Sobieski nalegał aby pospieszać nimby owe tysiące czas miały się przeprawić i wtargnąć na Podole...
Sławna wiktorja pod Chocimem odniesiona nęciła znowu pod mury tego zamku, wróżbą dobrą i Hetman gorąco pragnął się potykać z turkami.
O siłach ich tak przesadzone prawiono dziwy, że im wiary dać nie było można.
— Gdyby w istocie — rzekł w końcu, szarańczy téj plugawéj tyle było co nam jéj zapowiadają, i tak ona jeszcze we mnie zbytniéj nie budzi obawy. Dla saméj żywności i przekarmienia koni, turcy jednym oddziałem skupionym ciągnąć nie mogą, rozdzielać się muszą. Nasza rzecz nie dać się im połączyć — a pojedyncze kupy rozbijać... co, przy łasce Bożéj, a języku, którego Lipkowie dostarczyć powinni — możliwem być sądzimy.
Zaczęto tedy i o Lipkach tych, tatarach z Litwy przesadzonych, którym nie zbyt dowierzano. Tak się wśród ożywionéj rozmowy skończyła wieczerza, a Sobieski i wszyscy goście pospieszyli króla pożegnać, o godzinę spytawszy, o któréj wojsko chciał oglądać.
Choć było co czynić, chcąc pułki wszystkie widzieć, choć pobieżnie, nie naznaczono zbyt rannéj pory aby Michałowi dać czas do spoczynku...
Ledwie się za ostatnim z gości drzwi zamknęły, gdy Kiełpsz ujrzał króla, który przy krześle stał, upadającego na nie. Oczy mu się zamknęły mimowolnie, przemogła niemoc i na zapytania nie odpowiadając, zadyszany zbyt długo przeciągniętem wysileniem, król pozostał nieruchomy, dysząc tylko ciężko...
Wzruszenie — rozmowa, potem nagle przyjęty pokarm, w którym miary nie znał, sprowadziły ten stan prostracij, z któréj Braun narzekając i utyskując starał się wyprowadzić ciągle aż do zbytku zadawanemi lekarstwami, nie bacząc że i one chorego nużyły...
W nocy przyszedł sen niespokojny i gorączka a o odłożeniu przeglądu wojska król sobie mówić nie dawał. Zdradzić się obawiał ze słabością. Braun ani się śmiał odezwać, a Kiełpsz ile razy coś podszepnął, w odpowiedzi odbierał wybuch zniecierpliwienia i gniewu.
Nazajutrz więc z rana konia najspokojniejszego, siodło jak najwygodniejsze przysposobiono wcześnie, a Braun doradził aby i kolebka zdala stała na zawołanie w pogotowiu.
Wcześnie nadto porwawszy się z łóżka — Michał kazał podać śniadanie. Łudził się tem zawsze iż pokarm obfity równie wielkie miał mu dać siły... Zwierciadło w które spoglądał pokazywało mu twarz zmęczoną, w któréj on jednak upatrywał — lepszą cerę i odżywienie...
O przywdzianiu choćby lekkiéj zbroi nie marzył sam król nawet, boby jéj nie mógł dźwignąć, strój więc zwykły, ze zwierzchniem futerkiem, buty z szerokiemi obkładami i szpada u boku stanowiły całe — uzbrojenie...
Ze swojego dworu nie potrzebował brać orszaku — bo mu Hetman miał towarzyszyć i stanowić straż jego. Przybył też w porę Sobieski przybrany dnia tego we zbroję, szyszak i wiodąc za sobą cały zastęp urzędowy, który dostojeństwa jego był oznaką. Obyczajem wschodnim, niesiono przed nim buńczuk ozdobny, orle skrzydło na wysokiem drzewcu osadzone, giermek niósł złotą Sobieskich Janinę, Chorąży proporzec jego, a on sam buławę dzierżył w ręku. U siodła obyczajem swym miał oprócz koncerza przytwierdzony srebrny bębenek, w który uderzał pałeczką, gdy chciał kogo przywołać...
Król ze swą peruką, kapeluszem — i mieczykiem cienkim za oręż cały, obok tego wspaniałego Hetmana tak biednie, a co gorzéj, cudzoziemsko i obco wyglądał, iż najżyczliwszych mu — smutek czoło okrywał...
Kiełpszowi łzy się kręciły w oczach, młody Pac ramionami zżymał... Widocznem było iż się narażał na pośmiewisko tego żołnierstwa, które porównywając go z Sobieskim, śmiesznym i biednym widzieć musiało...
Ale na to — nie było ratunku.
Sam on nie czując może do siebie aby się mógł wydawać śmiesznym, obawiał się o jedno tylko — o wytrwałość — o siły... Strach sprowadzał uderzenia krwi do głowy i żarem go oblewał na chwilę, po którym następowały dreszcze...
Dzień wietrzny był i chłodny — ale suchy...
Na całéj przestrzeni pułki stały porozstawiane z chorągwiami rozwiniętemi w całym blasku najwspanialszego uzbrojenia. Było li ono odpowiednim już ówczesnym nawet wymaganiom sztuki wojskowéj, rzecz to więcéj niż wątpliwa, ale nawet uprzedzeni cudzoziemcy oddawali sprawiedliwość chorągwiom cesarskim szczególniéj, pancernym kopijnikom, hajdukom, iż na oko piękniejszego żołnierza widzieć nigdzie nie było można. Popisywano się z usarzami skrzydlatemi przed dworem francuzkim i postawę ich a malowniczy strój wychwalano, ale naówczas już, ci co ich w boju widzieli o zmianach w uzbrojeniu mówili i zamierzali je dokonać.
Żołnierz piękny był ale niski i nie obrotny — to co dźwigał na sobie pętało go..
Jedną z najlżejszych broni było kozactwo regularne w wojsku koronném — a oto jak współcześni rynsztunek rotmistrza, a raczéj Sotnika opisują. Musiał on mieć na sobie nie lekką do dźwigania koszulę drucianą, na głowie misiurkę z czepcem, u boku pałasz, muszkiet albo łuk i sahajdak na plecach. U pasa całe wisiało gospodarstwo, szydło, krzemień, nóż, sześć łyżek srebrnych wchodzących jedna w drugą, w worku safianowym czerwonym, u pasa też zawieszony był pistolet nie małych rozmiarów, chustka paradna, czarka ze skóry wygotowanéj, do czerpania wody, szabałtas na papiery, pieniądze, grzebień i inne drobnostki, pęk jedwabnych sznurów do wiązania niewolników...
Wszystko to wisiało z prawego boku, bo po lewéj był pałasz. U siodła zaś poczepiane — czasza drewniana do pojenia koni, trzy pęta skórzane dla wypuszczania na paszę... Nie liczy się ładownicy do muszkietu, rogu na proch i innych drobnostek... Husarze ze skrzydłami u siodeł, z ogromnemi koncerzami, często z tarczami, sahajdakami, łukami i kopjami długiemi, we zbrojach, koszulach, misiurkach albo hełmach, więcéj jeszcze mieli do dźwigania.
Lecz w polu, gdy to się w szeregach rozwinęło a długiemi barwnemi proporcami wiatr szeleściał, gdy słońce tysiącem iskier osypało rzędy wysadzane — blachy złocone siodeł, czuby i trzęsidła na głowach koni, gdy w tych żelaznych piersiach zagrzmiała Bogarodzica, ozwały się trąby i kotły, konie zarżały, duch rycerski ogarnął tych dobranych chłop w chłopa, rozrosłych jak olbrzymy wojaków — obraz z nich złożony jak baśń jakaś stara stawił się oczom zdumionym...
Żołnierz to był tak kosztowny ze swemi lamparciemi skórami i kobiercami perskiemi na ramionach, z rzędami jak strumienie turkusów i rubinów spływającemi na grzbietach koni, ze srebrem i złotem kutemi skrzydły orlemi — iż kraj co go dostarczał musiał chciwość łupieżców nęcić... Cóż dopiero gdy się k-temu dołożyły wozy co szły za każdym z towarzyszów, często sreber i kosztownego naczynia, futer i odzieży drogiéj pełne...
Takiem wspaniałem widowiskiem w promieniach jesiennego słońca Sobieski witał króla...
Nie po raz pierwszy przedstawiało się ono oczom Michała, ale nigdy w takiéj rozciągłości, z taką barw rozmaitością nie oglądał wojska swojego. Z dumą a otuchą wielką musiało mu się poruszyć serce, a Sobieski też ukazując te pułki, z których każdy nazwać umiał, a o każdym coś na cześć jego powiedzieć — mógł się pochlubić że mu hetmanił i mieć nadzieję że ono zbiegowisku wpół nagich tatarów na drobnych szkapach z lichemi łukami — pobić się nie da...
Zaśmiało się lice królowi, zarumieniły policzki i przed chorągwiami, które mu się schylały pozdrawiając, zdejmował nizko kapelusz.. Słabo z początku potem żywiéj nieco, odzywały się — vivat Rex..
Iść na czele tych zastępów, walczyć razem, poledz na placu — bodaj — zdawało mu się szczęściem niewysłowionem po męczeńskim żywocie!.
Najpiękniejsze pułki już objechali razem, a Michał nie uczuł jeszcze znużenia — dreszcze tylko niekiedy czuć mu się dawały.
Nagle — gdy okiem mierzył rozległość placu jaki jeszcze przebywać musieli, jakby obłok mglisty przesunął mu się przed oczyma, czuł że blednieć musiał — zimny pot występował mu na czoło, wewnątrz niewysłowione jakieś ssanie ścisnęło mu wnętrzności, nie wiedząc sam co czyni powstrzymał konia. Sobieski jadący obok nie rychło dostrzegł co się działo, gdy nieco daléj odsunięty Kiełpsz podbiegł i chwycił króla w chwili gdy omdlały chylił się na bok i z konia mógł obalić.
Wysilał się napróżno aby utrzymać się na siodle i przemódz mdłość — musiano stanąć, otoczono go natychmiast, dwór pozeskakiwał z koni, i na rękach jego Michał znalazł się na ziemi. Nogi mu się zginały, ale mocując się nieco, potrafił na nich utrzymać. Wracała mu przytomność i pierwszem staraniem było odepchnąć sługi, a rękami sięgnąć po cugle konia. Lecz znalazł się tuż Braun, Hetman też z konia już zsiadłszy zbliżył się do niego z Jabłonowskim.
— N. Panie — wzruszony począł Sobieski — zbrodnią jest samobójstwo! My na to nie możemy dozwolić, abyś Wasza Królewska Mość wszystkim nam drogie życie swe, poświęcał nadaremnie...
— To było — to było, przemijające, chwilowe — pozwólcie, rzekł błagającym głosem Michał — już mdłość przeszła..
— Ale za chwilę powrócić może — odezwał się przystępujący Braun.
— Siadaj Wasza Królewska Mość do kolebki, nalegać począł Jabłonowski — i powracaj do dworu. Niepodobieństwem jest w takim stanie zdrowia myśleć o wojnie i o podróży nawet..
Królowi pod wrażeniem boleści duchowéj, zrobiło się słabo znowu, sparł się na ramieniu Kiełpsza, bledniejąc trupio — i z ust okrytych jakby pianą białą — wyrwało się nie wyraźne..
— Kamieniec!!
W tym stanie zesłabnięcia, z którego kroplami jakie miał przy sobie trzeźwić go usiłował Braun, — zaniesiono Michała do kolebki.
Kiełpsz z doktorem siedli z nim razem, a Sobieski z Jabłonowskim jechali daléj oglądać resztę pułków.
Wieść o zasłabnięciu króla piorunem się rozeszła. W wielu obudziła ona współczucie dla niego, ale ci co go nienawidzili, podżartowywali sobie.
— Jeżeli on obejmie dowództwo, które mu należy, jeśli się przy wojsku znajdować będzie — dobrze wyjdziemy, boć jeszcze ani prochu nie powąchał, ani świstu strzał tatarskich nie słyszał!!
W sercu Hetmana, może po raz pierwszy dla znienawidzonego króla prawdziwa — szczera obudziła się litość. Był pod wrażeniem potwarzy które o nim — o jego nieczułości, obojętności i dziwactwach rozgłaszano, Prymas zmagał się na to zohydzenie Michała. Sobieski go teraz oglądał — odczuł jego dolę, przypomniał sobie całe panowanie i — litość go zdjęła. — Jeden ten wyraz wyrzeczony mdlejącemi ustami — Kamieniec! — nawrócił go. Żal mu się zrobiło iż nieraz go był zmuszonym prześladować.
Po odjeździe króla na poły omdlałego, Hetman prędko dokończył przeglądu i pospieszył z Jabłonowskim do swego namiotu.
Tu — wylał się przed przyjacielem z tem co czuł.
Wojewoda ruski przyznał się naówczas, że król i na nim zrobił toż samo wrażenie bardzo nieszczęśliwego człowieka.
— Dołącz do tego, rzekł, że żona go zdradza, dręczy i ostatek dni mu zatruwa — a w istocie miłosierdzia godzien ci się wyda.
I to rozumiem dobrze, dodał Wojewoda, że dla oczyszczenia siebie, dla ulżenia w sumieniu chce z nami iść, ale możemyż my na to zezwolić?
— Nigdy w świecie! zawołał Sobieski. Pewne względy należą królowi, cóż dopiero choremu, — te względy nas będą paraliżowały w pochodzie, dla jego bezpieczeństwa będziemy musieli najlepsze oddziały gwardji odłączać, w pochodzie się ociągać, a ostatecznie niewygody go zabiją.
— Niepodobieństwem jest go wziąć — potwierdził Jabłonowski. Do Warszawy nie sporo mu wracać, niech jedzie do Lwowa i tam pozostanie bliżéj teatru wojny.
— Ale daż się on namówić?
— Krajczy ten, jak że się zowie — przerwał Wojewoda — ma nad nim moc, słucha go. Jest to mąż jego kuzynki Zebrzydowskiéj, — potrzeba go do nas zaprosić i z nim poradzić.
Sobieski nie odpowiadając wyszedł z téj części namiotu w któréj stali, klasnął na kozaczka.
— Maszka! rzekł, siadaj na konia, jedź do dworu który król zajmuje i proś do mnie pana Kiełpsza. Ale sobie dobrze zapamiętaj nazwisko, bo jak mi inną rybę ułowisz, dostaniesz po karku. Powiedz że Hetman pilno prosi na dwie słowie.
Kozaczek pierzchnął, bo u Sobieskiego wszystko duchem słuchało.
Nie upłynęło pół godziny a krajczy z siadał z konia u namiotu — ale jak noc posępny.
— Musiałem was wezwać, rzekł Hetman witając go. Z królem jest źle, a będzie gorzéj gdy się uprze jechać z nami. Śmiech i żal mówić nawet o tém..
— Tak — przerwał Kiełpsz — ale nie pojedzie z wami, to ze zgryzoty i żalu zamrze.
— Prędzéj wyzdrowieje — rzekł Sobieski. My na to pozwolić nie możemy, o żywot jego chodzi. Na wyprawie się nam nie zdał, bo by ją hamował. — Do Lwowa tymczasem go odwieźcie, bliżéj będzie. Na to wy, gdy zachowanie u niego macie namówić powinniście.
— Alem ja sługą tylko — odparł Kiełpsz, powagi nie mam. Wie że go kocham, żem życie dla niego dać gotów, a no tego mało. Młody jestem.
— My z panem Wojewodą poczniemy — mówił daléj Sobieski, wy popierajcie — powiedźcie to ks. Olszowskiemu, on też w ten sens odzywać się powinien.
— Jak że teraz jest? zapytał w końcu Hetman.
Kiełpsz głową potrząsnął.
— Leży w łóżku sparty na ręku i duma a niekiedy rzuca się jakby go piekło.. Powróciwszy do dworu musieliśmy go poić i karmić ażeby te wewnętrzne bóle stłumić — ociężał potem — drzemał, teraz rozbudzony zaczyna cierpieć znowu.
— Można z nim będzie widzieć się dzisiaj? spytał Jabłonowski. Im prędzéj tem lepiéj będzie gdy do Lwowa wyprawiemy, tu ani wygód ani apteki, ani doktora nie ma. Powinniście wyruszyć natychmiast.
— Wieczorem król właśnie życzył sobie widzieć się z panami Hetmanami, będziemy więc czekali.
— Przygotujcie go do tego z czem my idziemy..
Zaledwie Kiełpsz odjechał, gdy Braun wózkiem się kazał do Sobieskiego przywieść, zamierzając o toż samo go prosić, co on miał na myśli.
— Niewiele w nim już życia jest — rzekł wzdychając stary, dobijać się go nie godzi bez korzyści dla nikogo. Na wojnę jechać ani może myśleć, daj Boże go dowieść do Lwowa..
Król sam się już może nie łudził — ale zawsze jeszcze chwilami wmawiał w siebie że jechać musi i pojedzie.. Kiełpsz poruszał ramionami nic mu nie odpowiadając, z naleganiem bowiem czekał na przeważną inicjatywę Hetmana.
Oznajmiono o nim nareszcie, przybył ks. Olszowski i wszyscy obsiedli łoże króla. Braun stał w odwodzie.
— N. Panie — odezwał się Sobieski, przychodziemy nie od siebie ale od całego wojska W. Król. Mości prosić go abyś zaniechał podróży i naprzód myślał o zdrowiu. Dali Bóg je odzyskać w każdéj chwili będziesz mógł połączyć się z nami — tym czasem ja na Paca nie czekając iść muszę — a Wasza Królewska Mość nie do Warszawy a do Lwowa, bliżéj wojsk możecie się udać na spoczynek.
Michał ze spuszczoną głową milczał.
Potwierdził ks. Olszowski, poparł to Jabłonowski, zamruczał naostatek Braun iż inaczéj być nie może.
— Nie przeczę — odparł powoli Michał, że ja nie zdałem się wam na nic — bo ze mnie ani wódz, ani żołnierz — ale dla mnie sroga niewola, nie być tam, gdzie o cześć narodu będzie oręż rozstrzygać. Wolałbym umierać przy waszym boku, od tatarskiéj strzały niż mizernie konać w gospodzie, myśląc o Kamieńcu — o was i o wyprawie... a nie wiedząc co się dzieje...
— Będziemy W. królewskiéj Mości gońcami o każdym naszym donosić kroku — dodał Sobieski — ale do Lwowa jedźcie i to niemieszkając, bo w Glinianach ani wygody, ani pieczy, ani spokoju mieć nie będziecie.
My też ruszamy i jutro obóz zwijać zaczniemy...
Nie było sporu, bo konieczność nakazywała się poddać — począł tylko — zwrócony du Hetmana król modlić się.
— Panie Hetmanie, na krew pańską, dawajcie mi znać o krokach waszych — a, da Bóg, zwycięztwach... Jako nieboszczyk ojciec mój miał szczęście przeciwko kozactwu, tak wy je macie przeciw turkom... Pobijecie ich, odzyszczecie Kamieniec, ale tego już oczy moje widzieć nie będą.
— N. Panie — wtrącił Jabłonowski, potrzeba się otrząsnąć z tych złych myśli. Macie siły — wiek was nie przygniata. Spoczynek i starania lekarzy, zdrowie wam przywrócą.
— Nie — odparł sucho król — gdybym nawet wiadomość odebrał że Kamieniec rekuperowany, nie wiem czy i to by mi życie wróciło.
Schwycił się ręką za piersi...
— Ssie mnie cóś wewnątrz — i życie wyssało...
Znowu głowa mu opadła...
Chwilę jeszcze bawiono go rozmową — aż znużenie widząc wielkie Hetman pierwszy wstał żegnać, oznajmując o ludziach, których miał dać królowi dla odprowadzenia go w straży do Lwowa.
Michał milcząco już zgodził się na wszystko.
Łzy stanęły w oczach Sobieskiemu gdy go żegnał, pewnym będąc że już żywym nie ujrzy — ks. Olszowski wyszedł też przeprowadzając Hetmanów, a Braun zbliżył się przynosząc krople.
— N. Panie rzekł — stanowniczego na całą noc wysyłam do Lwowa aby dla W. królewskiéj Mości i dworu mieszkania przygotował. Część taboru też wyjdzie zaraz...
Nie sprzeciwiał się już Michał — leżał na pościeli w myślach pogrążony... Wracał mu coraz ten wielki żal że na wojnę pójść nie mógł.
— I téj pociechy Bóg mi odmówił — wzdychał.
Kiełpsz go tem pocieszał że Braun rychłe polepszenie obiecywał, a wyprawa się przeciągnąć mogła, lecz temu on nawet spragniony nie wierzył. Wieczorem gdy wszystko ucichło a z obozu tylko trąbki czasem dawały się słyszeć — poruszał się drżący, nasłuchiwał, potem głowa upadła na poduszki i modlił się.
Kiełpsz słyszał na przemiany.
— Kamieniec! i — bądź wola Twoja... Gdy nazajutrz około dziesiątéj wyszedł król przez dwu paziów podtrzymywany siadać do kolebki, nadjechał jeszcze Sobieski i zsiadł z konia, z czułością niemal witając razem i żegnając nieszczęśliwą ofiarę.
— Jedź — W. królewska Mość — rzekł — z dobrą otuchą — czuję że pobijemy tę hołotę i że Buczacki traktat na szablach rozniesiemy, a śladu po nim nie zostanie... Kamieniec odbierzemy!
Z tém szczęśliwem w uszach proroctwem usiadł Michał, albo raczéj położył się w kolebce, która powoli jak żałobny pochód, mijając obozowisko gościńcem wązkim posunęła się do Lwowa.
Tam już zawiadomiona Krajczyna, do któréj mąż wysłał umyślnego — oczekiwała płacząc gościa i gotowała się na służbę swą siostry miłosierdzia, a serce jéj mówiło że ona była ostatnią dla biednego brata posługą. Chciano dać znać królowéj, lecz sam Michał, wstrzymać się z tem rozkazał...
W drodze chory był ciągle na wpół śpiący, budząc się pił i jadł chciwie i znowu w sen głęboki wpadał...


VIII.

W drodze do Lwowa, otrzymał król wiadomość że Pac i Litwa połączyli się z Sobieskim i wojsko spiesznie postępowało przeciw turkom, którzy pod Chocimem leżeli obozem, w nieprzeliczonych, jak mówiono — tłumach, osłonięci rzeką, skałami, przekopami i twierdzą samą panującą nad okolicą.
Było to pociechą dla Michała, iż ci na których liczył, pomimo niechęci i sporów z Sobieskim, stawili się gdzie ich powoływał obowiązek, podróż do Lwowa powolna, nie zbyt nużąca, nie pogorszyła już stanu zdrowia jego. Ks. Olszowski tylko i Kiełpsz nieustannie odpowiadać musieli na pytania, któremi ich król zarzucał, dopraszając się coraz świeżych od wojska wiadomości.
Lwów, nie poruszył się wcale na przyjęcie króla, Sobieski liczył tu więcéj i gorętszych przyjaciół, z obojętnością dowiedziano się o chorobie i powrocie Michała...
Jedna tylko Krajczyna przyjęła go ze wzruszeniem ręce jego całując...
— Widzisz — odezwał się do niéj słabym głosem — nie przyjęto mnie — nawet mi poczciwie umrzeć nie wolno! Skazany jestem na łoże i bezczynność.
Dosyć było spojrzeć na niego Heli, aby sobie ten wyrok wytłumaczyć — tak zastała go, w krótkim tym przeciągu czasu straszliwie zmienionym znowu. Oblicze zdawało się już jakby napiętnowane tym znakiem śmierci, która cechuje ofiary swoje, nim je pochwyci.
Kiełpszyna, choć ją tu widok do łez pobudzał, starała się udawać wesołą, i niemal dziecinnemi nadziejami króla odżywiać...
— Najjaśniejszy Panie — mówiła krzątając się około niego — wkrótce powrócicie tu do zdrowia. Poczciwy stary Braun jest doskonałym lekarzem, ale oczy jego nawykły patrzeć na was, nie dostrzegają wiele... bo się z tem oswoiły. Lwów ma kilku doktorów, przywołamy ich na radę. Nadewszystko spocznijcie nie tylko ciałem ale duchem, zaufajcie wojskom i wodzom — wszystko się pomyślnie ułoży — i Kamieniec odzyskany zostanie.
Wstrząsł się cały słysząc ten wyraz król — brzmiał on mu w ustach bez przestanku..
— Kamieniec! — powtórzył głucho — Kamieniec... a potem — gotów jestem umierać...
Któż następnych dni wrażenia wyliczyć potrafi... Niecierpliwość czyniła je niesłychanie długiemi — wiadomości przychodziły rzadko, nie wszystkie można było podawać królowi — osób około chorego mało się gromadziło.. wiernych garstka i trochę ciekawych.
Pomimo pogorszenia jakiego doznał Michał w Glinianach, tu zdawał się stan zdrowia polepszać cokolwiek. Nie potrzebował leżeć po dniach całych, przechadzał się niekiedy o lasce jednéj, bez pomocy paziów, brał czasem książkę do ręki, a cierpienia regularnem życiem się zmniejszyły.
Sam on teraz wyznawał, że powrót do Lwowa był koniecznym.
Dano znać do Warszawy o zmienionem postanowieniu i stanie zdrowia, ale Michał wyraźnie wskazał aby królowa nie ruszała się ztamtąd i nie przybywała do niego.
Wiadomość o zasłabnięciu króla w Glinianach w istocie wielkie wrażenie uczyniła w Warszawie... — szczególniéj na królowéj. Zdawała się ona przepowiednią zgonu, na który tu z niecierpliwością oczekiwano.
Goniec pobiegł do Wiednia, a Toltini ofiarował się jechać sam do Lwowa, aby się o stanie zdrowia króla naocznie przekonać. Włoch z tego co słyszał, spodziewał się króla Michała zastać na łożu — może dogorywającego.
Tymczasem zawiodły go nadzieje, przybywszy dowiedział się zaraz z ust Brauna samego, że król znacznie się miał lepiéj. Włoch jednak nie dowierzając, postanowił sam dotrzeć do chorego i nareszcie się przekonać o tem mniemanem polepszeniu.
Miał listy i papiery od królowéj, i natychmiast o nim oznajmiwszy, krajczy wpuścił go do sypialni.
Dnia tego król był ubrany, siedział w krześle, i twarz jego mniéj może śladów cierpień przebytych okazywała, po nocnym spoczynku.
Toltini też, choć wcale przeciwnego doznał wrażenia, usiłował okazać nadzwyczajną radość i pociechę z polepszenia stanu zdrowia.
Żywo począł mówić o tem jak królowa Jéj Mość gorąco sobie życzyła przybyć sama, dla czuwania nad zdrowiem męża.
Michał przyjął to oświadczenie dwuznacznym uśmiechem.
— Wcale nie życzę sobie tego, aby królowa JMość, któréj zdrowie wymaga pohamowania, w tą brzydką porę jesienną narażała się po bezdrożach na trud i niewygody. — Ja zaś, jak tylko cokolwiek sił odzyskam, spodziewam się także nie pozostać tu bezczynnym, ale połączyć się z Hetmanami...
Dla lepszego zbadania stanu rzeczy, włoch nie spieszył z powrotem. Polepszenie z którego się tak cieszył na pozór, wistocie mięszało szyki.
Nuż by król Michał, miał przyjść do sił i wyzdrowieć?? dla królowéj byłoby to okropnem, bo jéj nadzieje przez to znowu by gdzieś w mroki przyszłości ustąpić musiały.
Włoch szczególniéj dla zbadania położenia przywiązywał się do doktorów, z których kilku razem ze starym Braunem, używanych było do rady. Jeden z nich Zboiński, uczeń Bolońskiéj akademij, który dobrze mówił po włosku, nieposądzając o złą wolę Toltiniego, służył mu chętnie.
Był to człowiek młody jeszcze i bystrego umysłu, a szczęśliwego oka.
— Zdaniem mojem — rzekł Zboiński naglony aby bez ogródki prawdę wypowiedział — to polepszenie na zdrowiu króla JMci, jest pozornem i przemijającem. Wewnątrz siedzi uparta choroba jakaś, na którąby noża może więcéj niż lekarstwa potrzeba, a tam kędy ona się mieści, żelazo nie sięga...
Będą wiec alternatywy polepszenia i upadku, aż póki gwałtowne jakie wzruszenie, które wstrząśnie całym organizmem, smutnego nie sprowadzi końca.
Radzibyśmy — ciągnął daléj Zboiński — przedłużyć drogocenny żywot króla JMci, ale pod te czasy czujności zaprawdę wielkiéj potrzeba, aby mu wzruszeń oszczędzić.
Szczęściem niewie dotąd o tem, oczem ks. Olszowski jest uwiadomiony, a coby go pewnie dobić mogło.
Toltiniemu oczy zaświeciły, pochylił się pożądliwie ku doktorowi, jakby wyssać z niego chciał, tę wiadomość, która zabójczą być mogła.
— O czem! o czem! — zapytał natarczywie.
— Zboiński mało świadom dworskich stosunków, sądził że sekretarz, a jak go grzeczniéj zwano, kanclerz królowéj, musiał być we wszystko wtajemniczony i dodał swobodnie.
— Toć wiecie pewnie, że Sułtan wysłał do króla posła, który się ma zaległego z traktatu Buczackiego haraczu domagać, a wiezie razem sromotną ową suknię poddańczą, ów kaftan niewolników dla króla... którym odziewają hołdowników...
Nie ma wątpliwości iż gdyby król dowiedział się o tym pośle, o tym kaftanie, który mu wiozą — nie przeniósłby téj hańby i sromu...
W stanie jego zdrowia i sił, byłoby to zabójczem. Wszystkie więc starania Hetmana Sobieskiego skierowano potemu aby posła pochwycić i niedopuścić do Lwowa, a nasze na to aby król niedowiedział się nawet o tem.
Toltini po raz pierwszy o tem słyszał, i ledwie mógł radość swą utaić z pochwycenia tak ważnéj wieści... Szatańska myśl natychmiast powstała w głowie jego. Miał w ręku oręż, którym bez narażenia siebie ani królowéj mógł zadać cios śmiertelny...
Król był chciwy nowin, a Toltiniemu nikt nie nakazywał milczenia.
Szło więc tylko oto aby dobrać chwilę i sam na sam z królem — pod pieczęcią tajemnicy podszepnąć mu o tym kaftanie i haraczu...
Krok to był jednak na który aby się ważyć, włoch potrzebował rozmyśleć się dobrze...
— Nużby przepowiednia doktora Zboińskiego nie ziściła się, a Michał przetrwał mężnie ten cios, i podstęp włocha wyszedł na jaw?
Cokolwiek sił nabrał był król... Toltini się wahał.
Co kilka dni tym czasem z pochodu przez Bukowinę dochodziły pocieszające do Lwowa wiadomości, królowi przyjaźni, którzy wiedzieli jak one skutkowały odżywiająco, nie wahali się je zmyślać, a drobne powiększać dla niego.
Nie domyślał się wcale tego pobożnego oszukaństwa.
Głucho mówiono już o tem, co się wistocie sprawdzić miało wkrótce, a co było dziełem potajemnem Sobieskiego, że Mołdawianie na posiłek przez Seraskiera wezwani przeciwko Polsce, mieli zamiar zamiast na nich, — z nią razem na turków się obrócić. Posiłek ten znaczny, niespodziewany, nie tylko zmniejszał potęgę Seraskiera, ale dawał Sobieskiemu siłę nową.
Radość z tego była wielka, choć jeszcze przedwczesna.
Toltini nie dawał temu wiary, a tymczasem wypatrywał chwili, w któréjby mógł obmyślany plan swój szatański przyprowadzić do skutku.
Nikt nad niego teraz pilniéj nie dosiadywał w antykamerze króla, na wszelkie gotów posługi, patrząc tylko jakby się, wkraść do sypialni a króla sobie zjednać.
Mówiono zarazem że wchodząc na Bukowinę Hetman spotkał do króla z kaftanem wyprawionego posła i bez względu na charakter jego poselski, ponieważ wojna była wypowiedzianą, kazał go ująć i pod strażą osadzić.
Toltini i temu wierzyć nie chciał! przecząc aby Sobieski ważył się uwięzić posła...
Ks. Olszowski i troskliwy Kiełpsz stali na straży, aby żadna wiadomość niepotrzebna nie dostała się do uszu chorego. Wistocie Hetman spotkał Agę na Bukowinie i w pierwszéj chwili myślał go wysłać na zamek jakiś aż do końca wojny, lecz ostrożność nakazywała nie budzić przedwcześnie turków, i na tem się ograniczono, że pod pozorem straży dla bezpieczeństwa otoczono Agę, tak aby mu nie dać żadnego uczynić kroku...
Jechał on do Lwowa,... ale tu czuwał Olszowski...
Król miał się lepiéj — cieszyło to wszystkich, on sam obiecywał sobie, że na koń wkrótce siąść będzie mógł..
Jednego wieczora dowiedział się nareszcie na pewno włoch, iż Aga z dodaną mu eskortą, ze szkatułką kaftan od Sułtana przysłany zawierającą, z firmanem jego — przybył do Lwowa... ale go gęstemi tak otoczono czatami — iż ani się mógł ruszyć — ani do niego nikt dostąpić, oprócz przez ks. Olszowskiego wysłanych urzędników, którzy dla choroby króla, przyjęcie posła zwłóczyć mieli polecenie.
Toltini miał postanowienie niewzruszone — zamiar swój doprowadzić do skutku, co tem łatwiéj mu przyjść mogło, że król przed nim utyskiwał ciągle na to iż pod pozorem zdrowia, tajono przed nim wiele, nie mówiono mu prawdy.
Wejście na tę Bukowinę, tylekroć nieszczęśliwą i klęskami polaków pamiętną, szczególniéj go niepokoiło. Toltini w rozmowach swych z królem, głośno potępiał to zachowywanie w sekrecie wiadomości, których brak go bezczynnym być zmuszał.
Na wieczerzę tego dnia ulubione Michałowi dano pieczone cyranki, których zjadł może za wiele z tą żarłocznością chorobliwą, — któréj sam się wstydził.
Wkrótce potém położył się w łóżko, dosyć ożywiony i wesół, a włoch czatujący na to aby go samego pochwycił, wcisnął się do sypialni — gdy w niéj nikogo nie było, bo wszyscy aż do paziów u drzwi wieczerzali.
Zasiadł więc korzystając z tego u wezgłowia Toltini i zabawiać począł Michała — różnemi powiastkami z Warszawy przywiezionemi.
— Mało mnie te wasze plotki obchodzą, — rzekł król dosyć wesoło, wolałbym nad nie coś pewnego się dowiedzieć o Sobieskim i Pacu. Pisał do mnie skarżąc się ostatni, iż przodem ciągnący Hetman koronny kraj mu ogołaca — tak że on idąc za nim w ślad wojska niema czem przekarmić. Od kilku dni brak mi świeżych wiadomości.
— Zbytnia to może troskliwość o zdrowie W. Król. Mości, począł włoch, ale naganić jej trudno, gdy z dobrego serca pochodzi, chociaż, zdaniem mojem, zbyt słabym i wrażliwym sobie W. Królewską Mość wystawiają ks. podkanclerzy i dwór cały. Mnie się zdaje że otwarte zawsze donoszenie o wszystkiem, przygotowujące do wszelkiéj ewentualności byłoby daleko zbawienniejsze.
— Tak jest — odparł żywo Michał, bo ja wiedząc o tych zachowywanych ostrożnościach, o tem oszczędzaniu mnie zbytecznem, niepokoję się więcéj — domyślając gorszych może niż spotkać mnie mogą ewentualności.
Toltini się uśmiechał, znacząco oglądając do koła, jak gdyby się obawiał być podsłuchanym.
Król natychmiast powziął myśl że włoch coś wiedzieć musi — i że od niego mógłby się czegoś więcéj dowiedzieć.
— Bądź-że ty otwartym — jeśli co wiesz, rzekł zwracając się do niego..
— Gdybym nawet wiedział, odparł Toltini, nie ważyłbym się, tak surowo zakazano W. Królewskiéj Mości cokolwiek bądź, bez kontroli ks. biskupa donieść — niech mnie Bóg broni — byłbym zginiony.
— Król się poruszył mocno.
— Na Boga! — zawołał, anim tak chory, ani tak zdziecinniałem abym miał kontroli podobnéj podlegać, mnie to gniewa.
Włoch ramionami poruszył i milczał.
— Ale — mówże — jeśli masz co do powiedzenia nowego, począł król — mam dosyć siły aby posłyszeć prawdę i nie obawiam się jéj.
— Nie mogę — rzekł cichuteńko, schyliwszy się do uszu prawie Toltini. Wasza Królewska Mość mimowoli moglibyście się zdradzić, a że nikt tu nie był oprócz mnie, padło by to na mnie i nigdyby mi tego nie przebaczono.
— Alem ja nikogo nie zdradził w życiu — odezwał się Michał tonem błagającym — proszę cię, maszli co powiedzieć takiego tajonego przedemną, mów — mów, prawdziwie wdzięczen ci będę.
To kończąc król, który znał wielką chciwość włocha — pomyślawszy nieco, zwysiłkiem ściągnął z wychudzonego palca lewéj ręki piękny pierścień ze smaragdem i podał go Toltiniemu, który dla ceremonij nieco się wzdragał, i przyjął go z wielkim pokłonem, całując rękę Michała.
Oczy króla gorzały podbudzoną ciekawością i niepokojem, — naturalnie to co przed nim ukrywano pomyślnem być nie mogło... Drżał cały...
— To z czego oni czynią tajemnicę, począł cicho bardzo włoch, wcale nie zasługuje na taką baczność, ani ma tak wielką wagę, jaką przypisują...
— A! przerwał król, ten poczciwy mój Kiełpsz i kuzynka moja, pani krajczyna — wistocie obchodzą się ze mną jak z dziecięciem. Więcéj mam męztwa i wytrwałości nad nich — całe moje życie tego dowodem.
Zwrócił się do Toltiniego.
— Mów! cóż tam takiego!
Włoch się uśmiechać począł.
— Mojem zdaniem rzecz ta niema żadnego znaczenia. Sułtan wysłał pono do Waszéj Królewskiéj Mości posła z podarkiem, a że on ma się ograniczać do kosztownego kaftana, który hołdowników jest cechą i że razem dopominają się haraczu.
Mówiąc to patrzył na króla Toltini i uląkł się sam widząc wrażenie jakie uczynił na słuchającym chciwie panu. Lice jego zbladło jak chusta — drżeć począł cały, pot kroplisty wystąpił na czoło, zasłabł i rękami wesprzeć się musiał... Milczał... słychać było oddech przyspieszony i trudny, w piersiach mu chrzęszczało...
— To niema żadnego znaczenia — dodał Toltini.
— Przybył! przybył ten poseł? podchwycił król gorączkowo.
Włoch się zawahał i uląkł.
— Niewiem z pewnością — prawdziwie niewiem — dodał — mówią jedni że jest tu — ale go zamkniętym trzymają w gospodzie, drudzy że ma być w drodze — inni że go Hetman ująć kazał...
— Mówią o tém że się upomina o haracz — że mnie jak hołdownikowi posyła kaftan! załamał ręce. Mówią już o tém!! Gdyby nawet fałszem było — co za srom iż na mnie to rzucić można a znajdą się ludzie którzy uwierzą.
Blademi rękami zakrył sobie twarz, pochylił ku ścianie makatą okrytéj i pozostał tak pogrążony w sobie.
W antykamerze słyszeć się dawały kroki — włoch przestraszył się aby go na gorącym nie pochwycono uczynku i począł błagając.
— N. Panie, — zaklinam Waszą Królewską Mość abyście mnie nie gubili — dając poznać iż zdradziłem tajemnicę.
Ale król ani słuchać ani się nie zdawał słyszeć.
Wstał Toltini i pochylił się nad nim, pochwyciwszy szklankę z napojem — który mu zwykle dawano, król nie patrzył i nie mógł dostrzedz tego — aż zimny kubek ręki jego dotknął. Porwał go i wychylił. Oczy miał jakby opłakane.
— Bądź spokojny, rzekł — nie obawiaj się — w potrzebie obronię cię, twierdząc iż zmusiłem.
— Ja się w żadnym razie nieprzyznam! wtrącił włoch.
Domawiał tych słów — gdy Kiełpsz się pokazał w progu i jednym oka rzutem rozpoznawszy stan króla, podbiegł do łóżka.
— Co to jest? zapytał groźno włocha..
— Niewiem — nic niewiem — począł Toltini — przed chwilą N. Pan rozmawiał swobodnie, bardzo był rzeźwy, chwilowa jakaś niedyspozycja..
— O czemże mówiliście? badał krajczy.
— O Warszawie, o rzeczach starych i obojętnych, dodał włoch.
Włoch niechciał odejść bez pożegnania. Siłą prawie pozbyć się go musiał krajczy, gdyż wiedział że przy nim Michał był zwykle ostrożnym i zamkniętym.
Opierając się, strwożony Toltini głośno pożegnawszy Michała — który nic nie odpowiedział, z sypialni się wysunął.
Kiełpsz pochylony, wylękły cichemi słowy łagodnemi usiłował z tego stanu prostracij wyprowadzić króla.
Wiedział on bardzo dobrze, iż ilekroć ona postępowała tak nagle, zawsze przyczyną jéj było jakieś wrażenie na duchu odniesione.
Nie wątpił że i teraz niezręczność włocha — jakieś przypomnienie przeszłości, musiało podziałać na chorego..
— N. Panie, odezwał się — jesteśmy sami. Mam li kazać Brauna przywołać? Cóż się stało! Toltini musiał zmęczyć..
Zwolna zwrócił król wybladłą twarz ku niemu — ujął go za rękę i rzekł cichym głosem.
— Nie obwiniaj włocha — dajcie mu pokój — słabo mi się zrobiło — nic więcéj to przejdzie.
— I zaledwie to wymówiwszy wlepił oczy zaognione w krajczego.
— Macie jakie wiadomości?
Nim Kiełpsz zdołał odpowiedzieć — weszła ostrożnie drzwi uchylając żona jego — wiodło ją jakieś przeczucie. Zbliżyła się do łóżka śpiesznie i nie potrzebowała aby jéj mąż oznajmił — iż coś króla dotknęło — zawołała po cichu.
— Włoch ztąd wyszedł. A! to jego sprawa!
Kiełpsz palec położył na ustach...
— Musicie mieć jakieś wiadomości od wojska, od Hetmanów, może od turków... wszystko taicie przedemną, ta myśl mnie zabija... dorozumiewam się, zgaduję srogie rzeczy. Mówcie mi jeśli co jest!
— Nowego nie ma nic — odparł Kiełpsz. Jak skoro od Hetmana przyjdzie cokolwiek, natychmiast przyniesiemy... Michał niespokojnie na łóżku się obracał. — Nadszedł Braun... przystąpił do łóżka, ujął za rękę... i żachnął się...
— Zkąd to wzruszenie? zapytał...
Nieumiano mu odpowiedzieć, Michał spojrzał na niego...
— Daj mi co uspokajającego — rzekł — w istocie niepojęty jakiś niepokój mnie opanował. Lękam się sam niewiem czego...
Stan króla, który zrana jeszcze się polepszał, tak nagle znowu zdawał się zmieniony na gorsze, iż Braun natychmiast posłał po Zboińskiego i trzeciego lekarza, którego przybierał do rady. Tymczasem napojono go kroplami, zmuszono położyć się — i wszyscy w milczeniu czuwali nad nim...
Gorączka się wzmagała... Braun co raz to badający puls, postęp jéj upatrywał z trwogą. Nadeszli dwaj towarzysze jego — nie byli też z tego stanu kontenci. Szukano przyczyny nie mogąc jéj odgadnąć.
— Ktoś królowi ze służby może — nieostrożnie napomknął o przybyłym Adze...
Kiełpsz wybiegł do sieni brać na spytki dworzan, komorników i służbę. Nikt z nich nie przyznał się do tego aby coś doniósł królowi. Szemrano tylko że Toltini bawił długo, szeptał cóś po cichu, a ciekawy paź Maszkowski widział przez otwór od klucza, jak pochylony nad łóżkiem królowi coś opowiadał zniżonym głosem w sposób tajemniczy.
— A! zawołała Kiełpszyna, ten niegodziwy Włoch, on jest wszystkiego przyczyną — posądzam go tak samo o złe słowo jakbym posądziła o truciznę. Do wszystkiego jest zdolnym, a co czyni — to zawsze z obrachowaniem i przewidywaniem skutku...
Na próżno domagał się król osłabłym głosem, aby się wszyscy rozeszli i samego zostawili ze zwykłą strażą nocną — nikt odchodzić nie chciał — Krajczynę tylko zmusił aby się oddaliła...
Po północy dopiero nastąpiła niespokojna drzemka, przerywana wykrzyknikami i zrywaniem się jakby ze strachu.
Kiełpsz z podziwieniem usłyszał — Haracz... Aga... Sułtan...
Nie było już dla niego wątpliwem iż ktoś musiał zdradzić tajemnicę, a nie mógł to być nikt inny tylko Toltini. Nad rankiem zawiadomiony o tem ks. Olszowski postanowił go bez pożegnania z królem do Warszawy odprawić...
Gdy król po bardzo złéj nocy się przebudził dopominając rannéj polewki, był tak osłabionym te kilkanaście godzin tak okrutnie znowu wycieńczyły go, iż Braun głowę stracił. Ks. biskup tymczasem, w kilku słowach porozumiawszy się z królem, przywołać kazał włocha do siebie.
— Wolą jest N. Pana — rzekł — abyście dziś jeszcze powracali do Warszawy. Listy nadejdą późniéj zwykłemi kresami. Macie królowę pozdrowić, i oznajmić jéj że król ma się lepiéj, choć chwilowo na siłach opadł. Nie powinna się niepokoić, my tu czuwać nie przestaniemy.
Toltini musiał być posłusznym, ale czuł się wyśledzonym i odkrytym — o co mu zresztą niewiele chodziło — byle dopiął tego czego sobie życzył...
W ciągu dnia nie tylko że nie było polepszenia, ale gorączka ciągle się wzmagała i rosła... Razem z tém i trwoga wszystkich otaczających.
Michał nie tracił przytomności, lecz zaledwie mu się do snu przymykały powieki — natychmiast wykrzykiwał i nie pamiętał już co mówił. Jeść nic nie chciał, pragnienie paliło go tylko.
Na chwilę około południa sam na sam pozostawszy z Krajczyną, król się obejrzał i szepnął...
— Aga przybył od Sułtana!
— Jaki Aga? zapytała...
— Z kaftanem, z pętami, z kajdanami, które chce włożyć na mnie!
Krajczyna podniosła ręce.
— Królu mój — zawołała — co za myśli? jakie przewidzenia... ktoś chyba fałszywą was i głupią gadką zaniepokoił. Aga — przybył wistocie turecki posłaniec, ale ani kaftana, ani żadnych nie przyniósł wymagań. Wprost tylko dowiadywać się mu polecono, co znaczy wojsk zbieranie się na granicy. To są nie poczciwe plotki.
Uwierzył temu zapewnieniu, czy nie, zamilkł Michał, — zatopiony w myślach, które gorączka dziwacznie targała i czyniła z nich mięszaninę bezładną. Choremu wszystko się na myśl cisnęło razem, wspomnienia młodości, męczarnie panowania, walki w których wszystkich miał przeciwko sobie, prześladowanie żony, nadzieje ostatniego z orężem w dłoni obmycia się w oczach ludzi... niemoc która go do łoża przykuła... Nie miał ani przywiązania ani ochoty do życia, ale umrzeć w téj godzinie stanowczéj gdy ohydny traktat Buczacki polska szabla rozciąć miała — zamknąć — gdy światło nareszcie przyjść miało — było ciosem straszliwym.
Napróżno go Hela starała się pocieszyć.
— Przeznaczenie jest nieubłagane, mówił oprzytomniając, ani łzy ani modlitwy, ani pokora — nic nie zmoże wyroku żelaznego. Umrę właśnie w tenczas gdy życie by mi mogło się uśmiechnąć jeszcze..
Szczęściem wśród tych boleści — nadeszła znowu wiadomość od Hetmana.
Wielkie, szlachetne serce jego, które litość uczuło dla téj ofiary — skłaniało Sobieskiego do oznajmywania choć z wielkim trudem królowi, o każdym niemal kroku, wlewając w niego nadzieją blizkiego zwycięztwa. I tego dnia nadbiegł także kursor z listem do ks. Olszowskiego, a chociaż Michał marzył chwilami nieprzytomnie, biskup przyszedł niosąc mu wieść pocieszającą.
— N. Panie — rzekł — Hetman oznajmuje że lada chwilę, wraz z Pacem uderzy na Seraskiera Hussejna-Paszę... Turcy w znacznéj liczbie leżeć mają pod samą twierdzą Chocimem na tem samem obozowisku skałami i wałem osypanem, na którem ojciec Sobieskiego odniósł pamiętne nad niemi zwycięstwo...
Most rzucony przez rzekę łączy ich z drugim jéj brzegiem, ale ten zburzonym będzie lub opanowanym, a Hetman pewien jest iż nieprzyjaciela pokona. Mołdawianie, na których Seraskier rachuje, z pewnością przejść przyrzekli na naszą stronę, Hetman potajemnie widział się z ich wodzem i umówił...
Tem odstępstwem ustraszy się nieprzyjaciela, bo się go najmniéj nie spodziewa...
— Michał słuchał gorączkowo dysząc.
— O Boże! — zawołał — a mnie, mnie tam niema — ja tu konam zwyciężony i sromotą okryty... kaftanem, kajdanami.
Biskup począł zbijać ową powieść o pośle i kaftanie, lecz król zadumany go nie słuchał.
— Potrzeba dziękować Bogu — dodał biskup... cieszyć się i radować.
Hetman jutro obiecuje drugiego posła, który przyniesie potwierdzenie pierwszych wiadomości.
Niemogąc niczem wpłynąć na ukołysanie tego niepokoju Olszowski, jako kapłan wreście, radził i zalecał modlitwę.
Michał posłuszny złożył ręce, usta jego coś szeptać poczęły, lecz niedługo trwała modlitwa, myśli ją smutne przerwały i zatopiony w nich król wpadł w stan gorączkowy.
Tymczasem odprawiony z rozkazem wyjazdu pilnego Włoch, zatrzymał się potajemnie we Lwowie. Z tego co mu przekupiona czeladź przynosiła, wnosił że król długo pożyć nie może — chciał być pierwszym, który szczęśliwą ową nowinę żałoby przyniesie Eleonorze...
Ukryty na przedmieściu.. czekał.
W mieście już wieść się rozchodzi ta, że król dogorywa. Kupki ciekawych, chłodne — stały w ulicy i pod oknami, szepcząc, dowiadując się ale nikt nie okazywał najmniejszéj oznaki współczucia. Umysły wszystkich i serca były z Sobieskim na kresach...
Król ten, który nigdy miłości nie miał, bólem swym nawet litości nie mógł obudzić. Druga taka próżniaków gromada otaczała gospodę turecką, w któréj pilno strzeżony Aga siedział, dumnie się dopominając aby go do króla prowadzono.
Napróżno składano się tem iż leżał chory obezwładniony... — Aga słuchać nie chciał. Nim go uwięzić było można, co bez rozkazu króla lub Hetmana stać się nie mogło — trzeba było zabawiać i wypraszać się u niego. Dwór tymczasem posła, jak zwykle, rozkładał przyniesione bez cła towary i niemi frymarczył.
Agę tłumacz trzymał na pół prośbami, w pół nadziejami obfitszych podarków, jeżeli choremu da czas przyjść do siebie.
Nie domyślał się wcale ten dawny posłaniec Sułtański, że liczne wojsko w téj saméj chwili zabierało się Seraskiera otoczyć i złamać..
Noc upływała na czuwaniu — wszyscy znużeni rozeszli się wreszcie; jedna tylko krajczyna z mężem pozostała modląc się i płacząc.
Żywiła ona jeszcze jakąś nadzieją, że Michał po tem przesileniu, wywołanem niepoczciwą zdradą — powróci do siebie, odzyska siły — żyć będzie. Z myślą tą osierocenia zupełnego oswoić się nie mogła. Dla niéj biedny towarzysz młodości, którego ona jedna znała tylko — był całym światem. Dla niego ona poświęciła wszystko, i aby mu nieść pomoc, a nie oddalić się od niego oddała rękę obojętnemu człowiekowi..
Po północy wszedł Braun rozespany, chcąc się przekonać o stanie króla.
Na palcach podszedł do łoża, przyłożył głowę do piersi aby się oddechowi przysłuchać, wziął leżącą na kołdrze rękę... i odstąpił po chwili.
Hela poszła za nim.
— Panie mój — pociesz mnie! — szepnęła. — Stan króla się polepszył? Uratujemy go?
Lekarz milczący patrzał na nią.
— Bóg czyni czasem cuda — odezwał się głosem słabym — ale tu jużby cudu potrzeba — na przywrócenie mu życia wyczerpanego... Chcecież aby dłużéj się męczył??
Gwałtownie zachodzić się cichym płaczem zaczęła kobieta... Braun z tą zimną krwią nawykłego do patrzenia na śmierć człowieka, spoglądał na nią.
— Ja nie wyrokuję nic — rzekł — ale i obiecywać nic nie mogę.... Niestety! dobito jakąś wiadomością przyniesioną niewcześnie, jakąś zatrutą strzałą... od któréj myśmy go zasłonić nie zdołali!!
Wśród tego milczenia i płaczu, Michał się przebudził wołając..
— Na mury! do szturmu!! tędy! zamną. Jeremi idzie przed nami.. turcy uchodzą... Kamieniec otwiera bramy...
Syknął boleśnie...
— Ojcze mój — rozpoczął zmienionym głosem — jam niewinny!! jam życie dać był i jestem gotów... wyrwano mi oręż z ręki — zamknięto... żona stanęła w progu... Prymas mi nałożył kajdany... ale wszystko to minęło — jestem wolny.. Sobieski ze mną.. Pacowie przy mnie — na turka... Zdeptałem ten kaftan... poszarpany ten traktat... wszystko minęło — nad Wiśniowcem znowu słońce wschodzi Ojcze! — ojcze...
Głos się zniżył, słuchając płakała Hela: Szmer już tylko wychodził z ust jego i jakby łkanie... modlił się urywkami psalmów pokutnych..


IX.

Z dnia dziewiątego na dziesiąty listopada, noc jesienna śnieżysta, mokrą zapowiadała się szarugą, deszcz ze śniegiem naprzemiany przynosił wicher i ziemię już rozmiękłą w błotniste zmieniał kałuże... Na niebie szarem niekiedy przedarte obłoki jaśniejszemi świeciły plamami, lecz wkrótce nadciągające szybko chmury je zakrywały... Żadne żywe stworzenie nie wychylało się z jamy, barłogu, ani gniazda, żaden głos oprócz gniewnego szumu wichru nie dawał się słyszeć. W tym szumie który naprzemiany zmieniał się w wycie, ryk, świsty i jakby głuche gromów głosy — zdawała się brzmieć jakaś tajemnicza rozmowa... żywiołów, na ziemię gniewnych i grożących jéj zagładą.
Po nad brzegami Dniestru, gdy nieco światła padło na skały, parowy i zamknięte niemi pochyłości, oko dostać mogło — jakby kretowiskami zaległe przestrzenie, pomiędzy któremi gdzieniegdzie przysłonięte, czerwonawo migotało ognisko.
Były to dwa nieprzyjacielskie rozłożone naprzeciw siebie w pewnéj odległości obozowiska... Po nad niemi na niebie ciemném, czarno jak katafalk podniesione w górę mury zamczyska o czterech basztach na węgłach stać się zdawały na straży.
Do jednego boku téj twierdzy tuż przyległ okolony skałami, z jednéj strony opasany wałem obóz Seraskiera Hussejn-Paszy — z graniczącem z nim i wałem tylko oddzieloném obozowiskiem Mołdawianów. Kiedy niekiedy na wyżynach wałów i skał mignął czarny cień straży, która ukazawszy się zaledwie znikała po za usypami. Osiemdziesiąt kilka tysięcy głów, wedle powieści szpiegów, leżało tu czekając na hasło do boju, siedemdziesiąt dział stało z paszczami otwartemi, skierowanemi ku obozowi polskiemu.
Hussejn-Pasza ogłodził okolicę na kilkadziesiąt mil w koło, żywność dla ludzi i koni gromadząc obfitą.
O połowę mniejsze siły, które tu przyprowadzili z sobą Sobieski i Pac w ciaśniejszym zamknięte obrębie — zdawały się przeznaczone poganom na pożarcie... Dowodzący turkami Hussejn słynął jako wojownik i zwycięzca — jego żołnierz był już w mnogich bitwach zahartowany — zielona chorągiew proroka powiewała nad niezliczonemi namioty i szałasami. Głuche milczenie na pozór uśpiony obóz zalegało...
Na przeciw — na wzgórzu wyniosłem wybrzeża, rozbite namioty Hetmanów we dnie dozwalały z tych widzieć znaczną część tureckiego obozu i sterczące na wałach działa...
Godzina już była spóźniona, w namiocie Sobieskiego świeciło jeszcze życie a ruch nie ustawał. Hetman z inżynierem francuzem, ze starszemi Rotmistrzami, z Jabłonowskim i Podskarbim Modrzewskim, żywą zajęci byli rozmową.
Na twarzy Sobieskiego zawsze życiem płonącéj dwakroć teraz więcéj niż zwykle widać było blasku i zapału.. Poruszał się niecierpliwy, podnosił głos — a energja z jaką wystąpywał, wszystkich otaczających go — powoli zdawała się rozbudzać i przejmować.
Kiedy niekiedy niespokojny wzrok Hetmana zwracał się ku wnijściu do namiotu, gdy silny wiatr poruszył zamykające je opłotki, jakby się przyjęcia czyjego spodziewał. Oznaki niecierpliwości objawiły się na piękném obliczu Hetmana. Wszyscy towarzyszący mu wyrazem twarzy, równie jak słowy zdawali się z nim w zupełnéj zgodzie i jedności. Raźno i dziarsko poruszał się Jabłonowski, Modrzewski mówił głośno i uśmiech wywoływał na usta Sobieskiego. Francuz inżynier z głową spuszczoną przypatrywał się planowi na stole leżącemu, Hetman spoglądał coraz na duży zegar gdański leżący obok, który już dziewiątą wskazywał, klasnął w dłonie, nadbiegł młody Korycki.
— Cóż mówił Hetman litewski! zapytał.
— Że natychmiast przybywa — odparł dworzanin...
Korycki zniknął, Sobieski kubki stojące na stole ponalewał...
— Chocim — rzekł jakby sam do siebie, ale głośno. Zawsze nam bywał szczęśliwy.
Na te słowa, którym nikt nie myślał zaprzeczać — uchyliła się zasłona we drzwiach i szeroka z czarnym wązkim sznurkiem wąsa, marsowa, posępna, dumna, ukazała się twarz Hetmana Paca, który długie, na ramiona spadające włosy z mokrego śniegu otrząsał.
Sobieski pośpieszał na powitanie. Przed chwilą ożywiona gromadka towarzyszów Sobieskiego — zamilkła i spoważniała... Chmurne oblicze Paca wzniosło tu z sobą jakiś chłód i zadumę.
Hetman wskazywał siedzenie — ale Pac potrząsnął głową.
— Stawię się, rzekł zimno — na rozkazy wasze.
— Prosiłem was na ostatnią — na stanowczą radę wojenną, odezwał się Sobieski. Stojemy twarz w twarz, naprzeciw nieprzyjaciela — wszystko tak się składa jak przewidywałem, lub nawet lepiéj nie mogłem się spodziewać, nie pozostaje nam nic nad uderzenie — w imie Boże, najeźdźców... niżeli oni stosunkową naszą słabość obliczą...
Mniéj nas jest, to prawda, aleśmy nawykli siłę naszą nie liczbę mierzyć — jest nas dość by ich zwyciężyć...
Mówił z wielkim zapałem, a twarz Paca, który słuchał w ponurem milczeniu, przyoblekła się jakby chmurą czarną.
— Postanowiłem wypatrzywszy godzinę, gdy modlitwą będą zajęci — mówił Sobieski, uderzyć na ich obóz od strony wału nowousypanego, bo ta jedna przystępna...
Pac słuchał czekając końca, a gdy Hetman zwrócił się do niego, wzywając aby objawił swe zdanie, począł zwolna i zimno.
— Nie miejcie mi za złe — mówił, iż ja wszystko dobrze rozważywszy ważyć się na wyzwanie do boju niemogę. Idąc tu nie rachowaliśmy na taką nieprzyjaciela siłę, ani na takiego wodza jakim jest Hussejn, ani na pozycję tak obronną, pod skrzydłami zamku... Ważyć na niepewne losy spotkania z przeważną liczbą nieprzyjaciela, który tu przyprowadził walecznego i w kandij zaprawionego żołnierza, my z naszemi pościąganemi na prędce, młodemi i niedoświadczonemi ludźmi — nie możemy...
Ustąpić ztąd potrzeba i czekać pomyślniejszych dla nas warunków.
Sobieski się wstrząsnął cały.
— Nie doczekamy się nigdzie i nigdy pomyślniejszych, zawołał — mogę to już głośno w téj chwili zapowiedzieć czego pewien jestem, że Mołdawianie przejdą na stronę naszą.
Pac rzucił ramionami.
— Zdrajcy! zawołał... ileśmy to razy za zaufanie im przypłacili. Podejście jest — którego się obawiać potrzeba. Przejdą na naszą stronę — aby nas wziąć we dwa ognie!!
— I jabym nie dowierzał im — odparł Sobieski, lecz mam rękojmie pewne, a ten krok jaki uczynili do mnie, jest dowodem iż przewidują nasze zwycięztwo. Turcy są znużeni, zbyt ufają swéj liczbie, na ściśniętych w obozie i jakby uwięzionych, dosyć wpaść aby rzeź sprawić, rozwinąć się nawet nie będą mogli i albo ich w Dniestrze potopiemy lub wyrzeżem.
Wszystkim towarzyszom Sobieskiego lica się zaśmiały potakująco. Pac tylko pozostał zimnym i chmurnym.
— Na tak zuchwałą rachubę los ojczyzny ważyć — ja nie mogę, rzekł zimno..
— Jam postanowił i spełnię com zamierzył — odparł Sobieski. Dosyć by było na piędź jedną się zacząć cofać aby turkom dać zuchwalstwo — którego niemają. W cofaniu się — zgniotą nas na miazgę, popłoch ogarnie. Zgubieni jesteśmy — naprzód iść potrzeba!
— I nadaremnie ginąć? wtrącił Hetman litewski. Nie, ja mojego żołnierza szczędzę i ochraniam, dać go na pastwę niemogę.
Bądźcie pewni, panie Hetmanie, że bez dojrzałéj rozwagi zdania tego nie rzuciłbym płocho. Znam jak wy położenie — siły — zasoby, widzę więcéj niż niebezpieczeństwo — przewiduję pogrom niechybny. Wpadliśmy w matnię, myśleć trzeba jak się z niéj wydobyć.
Jasne oblicze Sobieskiego nieco się chmurzyć zaczynało, a raczéj niecierpliwością zadrgało. Oglądał się na swoich, jakby na pomoc ich przyzywał, i Jabłonowski wystąpił.
— Turek i tatar — rzekł, tylko naówczas straszni, gdy się mają miejsce rozsypać, rozpędzić i uderzyć kupą, w ciasnych wałach zamknięci ani serca ani wprawy do walki nie mają... Choćby ich więcéj jeszcze było w téj gęstwinie połowa bezczynną zostanie — w tém pewność wygranéj...
Hetman litewski słuchał.
— Z tą ufnością w siebie i ślepotą, odezwał się — sami chodzim na zgubę własną! Na Boga, zaklinam was, chłodniejszą krwią zmierzcie. Mówicie nie jak wodzowie, ale jak rycerze. Gdyby tylko o to szło jak ze sławą ginąć, głosowałbym z wami, ale losu ojczyzny ważyć — nie mogę...
— Losy ojczyzny, przerwał w uniesieniu Sobieski, już są rozstrzygnięte, jeżeli my w téj chwili, jutro ich nie dźwigniemy zwycięztwem. Musiemy pomścić srom tego ohydnego Buczackiego traktatu, oswobodzić się z pod haraczu i poddaństwa — odzyskać postradaną sławę i cześć.
Zginiemy! no — to padniemy po rycersku, i krwią zmażemy plamę, lepiéj ginąć niż niewolę znosić... lepiéj ginąć.
Jabłonowski, Modrzewski i cała gromadka starych rotmistrzy, za Sobieskim wykrzyknęła.
— Lepiéj ginąć!
Pac słuchał zimno, pobladł nieco.
— Co do mnie — odezwał się — ja ginąć gotów jestem, ale powierzonego mi wojska gubić nie mam prawa... Możemy się obronną wycofać ręką, czas jeszcze... wyczekać do sposobniejszéj chwili.
Sobieski któremu oczy czarne świeciły ogniem okrutnego zapału i gniewu — mówić mu nie dał.
— Panie Hetmanie — zawołał — nie będę was zmuszał, choć główne dowództwo jest przy mnie. Pozostaniecie więc bezczynnym widzem naszéj walki, zgoda i na to, ale ja — uderzył się w piersi, ja — jutro idę na obóz, szturmuję i staczam walkę... Będzie co da Bóg! Ja ufam wszechmocnemu Panu zastępów, że chrześcijańskiemu wojsku swojemu da zwycięztwo... czuję to, wierzę najmocniéj.
Hetman litewski milczał, zwolna rękę spuszczoną za pas założył.
— Boli mię to że was przekonać nie mogę, rzekł — ani się dać przekonać. Stoję przy swojem, czterdzieści na osiemdziesiąt — stawać nie możemy. Mój żołnierz z pod strzechy, pierwsze pole, nie dostoi... pierzchnie jeden pułk, popłoch pójdzie — zginiemy wszyscy... Na Boga... ojczyznę zgubiemy!
— Ocalim ją, uratujemy! zawołał Sobieski z ogniem wielkim. Posłuchajcie żołnierzy pod namiotami wrą wszyscy niecierpliwością i żądzą pomszczenia się... Nigdy Polska niczyją hołdownicą nie była, nigdy pęt nie nosiła na sobie — rozkazywała i siała trwogę — myśmy dopiero padli tak nisko, że turek nam haracz narzucił, że śmie kaftan słać królowi i wymagać poddaństwa...
A my w takiéj chwili wahać się mamy, iść — życie dać — ginąć aby upodlonemi nie żyć!!
— Życie dać — zamruczał Pac, to najłatwiéj — lecz niem okupić wyzwolenie... Rozpatrzcie się baczniéj, panie hetmanie — nie spożyjemy ich... zgniotą nas liczbą swoją.
— Właśnie położenie obecne, przerwał Jabłonowski, ten atak nam czyni mniéj groźnym, sciśnięci rozwinąć się nie mogą..
— Tak — rzekł Pac zimno — ale za to coraz świeże pułki przeciwko naszym stawić będą i w końcu nas złamać muszą.
— Nie znacie turków, oparł się Sobieski, téj rachuby, téj krwi zimnéj u nich niema. Gdy nie pokonają nieprzyjaciela pierwszym miotem — uchodzą — żadna siła ich nie wstrzyma. Wojsko ich w ucieczce nie broni się nawet, daje się wyniszczać i ginie...
Wszystko to cośmy tu zastali, dodał, było przewidziane i spodziewane.. szedłem z zamiarem stoczenia walki i od niéj nie odstąpię... Polska albo się jutro wyswobodzi lub nigdy już nie będzie wolną... Wszyscy ilu nas jest pragniemy, wołamy, domagamy się boju i wierzym w zwycięztwo.
Wam, panie Hetmanie — nie daję rozkazów, nie narzucam woli mojéj, czyńcie jak wasze przekonanie wam dyktuje, będziecie świadkami, żeśmy ojczyznie dług spłacając, legli jéj wierni... — jeżeli Bóg nas skazał na to...
Odstąpił krok i otarł czoło... Wszyscy milczeli, a w śród ciszy téj wicher zawył zdaleka. Pac stał dumny, nie przekonany, uparty — milczący. Stali tak dwaj starzy zapaśnicy naprzeciw siebie, jeden z twarzą wypogodzoną, pełną rycerskiego męztwa wyrazu — drżącą wzruszeniem; — drugi chłodny, upokorzony nieco, ale pan siebie i niedający się pokonać...
Sobieski, jakby na tem miała się skończyć rada wojenna i spór cały, który za rozstrzygnięty uważał, uprzejmie się zbliżył do Paca, zmienionym głosem spokojnym zapraszając go na kubek wina przygotowany.
— Różnica zdań — odezwał się, nie powinna wpływać na osobiste stosunki, panie Hetmanie... ani wy mnie zuchwalstwa mego za złe nie bierzecie, spodziewam się. Szedłem tu, życząc tylko aby los mi pozwolił walczyć pod murami Chocima. — To dla mnie omen i otucha...
Hetman litewski napróżno twarz, zazwyczaj chmurną, starał się trochę rozjaśnić.
— Szczęśliwego tego przeczucia — ja — niestety — podzielać z wami niemogę, odezwał się powoli kubek biorąc do ręki. Życzę wam aby się ono sprawdziło — a da li Bóg, cała zasługa i sława wam należéć będzie.
W moich oczach wszystko się składa najniefortunniéj a mołdawianom nie wierzę, — jak niewolnik chytry jest i przewrotny. Znana to sztuka jego wszystkim obiecywać, a nie dotrzymać nikomu.
— Postawię go tak — abym się go w żadnym razie nie mógł obawiać — rzekł Sobieski, a na jego posiłek wcale nie rachuję — tylko na ten popłoch jaki zdrada rzucić musi.
Pora w istocie gorszą już być nie może — ale na pogodę czekać nie mamy o czem, bo nam paszy i chlebów zbraknie. Żołnierz dzięki Bogu — rwie się jeszcze, późniéj znużony ostygnie i ducha straci.
Jutro więc lub nigdy. Stójcie a patrzcie panie Hetmanie — dodał z uśmiechem — jam jednego pewien — że nie dotrzymacie bezczynnie, serce wam w piersi uderzy i trąby do boju zagrają.
To mówiąc — ręce zatarł i rozśmiał się wesoło Sobieski.
Narada była skończona — Pac nie mówił nic, przybity tem że sam jeden z ostrożnem swem zdaniem pozostał. Chwilę jeszcze zabawiwszy pod namiotem Sobieskiego, pożegnał go — siadł na koń i odjechał.
Rotmistrze też odebrawszy rozkazy, radzi z nich, gotowi wszyscy porozjeżdżali się do pułków swoich. Ostatni Jabłonowski w chwili pożegnania rzucił się w objęcia przyjacielowi. Uścisnęli się milczący ale pełni nadziei i ufności że jutro przynieść musiało zwycięztwo.
Po odejściu Jabłonowskiego Hetman przed obrazkiem N. Panny rzucił się na kolana i modlił krótko ale gorąco — wstał i zadumał się.
Przed oczyma jego stanął ten wymęczony nieszczęśliwy król, który tam gdzieś zdala konał miotany trwogą, bez pociechy — bez nadziei może... litość która w serce raz wstąpiła — odezwała się odżywiona.
— Winienem mu choćby ostatnią osłodzić chwilę — rzekł do siebie. Ze Lwowa piszą że dni jego policzone, jak żebym rad aby wiadomość o zwycięztwie jeszcze go przy życiu zastała.
Zawołał Koryckiego.
— Przygotujcie tak wszystko — rzekł, aby jutro — gdy Bóg da żyć — posłaniec najbystrzejszy do Lwowa był gotowy. Są rozstawione konie?
Dziś niepoślę już listów żadnych.. jutro..
Takim był przeddzień Chocimskiego zwycięztwa.
A we Lwowie? król leżał na łożu z którego już po Toltiniego odwiedzinach podnieść się nie mógł. Wzmagały się cierpienia, rosła gorączka. Braun chodził nie odpowiadając na pytania.
Heli zaledwie się zrana udało przekonać niepokojącego się Michała, iż żadnego posła dotąd we Lwowie nie było, iż słyszano o jakimś, ale ten przez Sobieskiego był zatrzymanym — a o żadnych wymaganiach haraczu, nikt nie wiedział.
Zapewnienia jéj tak były stanowcze, zaręczenia tak silne, że król w końcu umilkł przekonany, choć zawsze trwożny.
Tym czasem wistocie gotowało się coś co nieszczęśliwego, konającego dobić mogło.
Straże postawione przy gospodzie tureckiéj zwolna zaniedbywać się zaczęły, ubezpieczone tem iż Aga czekać obiecywał, aż król pozdrowieje. Turek też przezorny nikomu się nie przyznał do tego iż zamierzał niespodzianie — gwałtem się królowi narzucić.
Traktat Buczacki zuchwałym go czynił — obchodził się tu ze wszystkiemi, jak z hołdownikami pana swojego..
Poprzedzającego dnia wzbronić mu nie można było przejażdżki po mieście. Przeciągnął z kilku swojemi Kawasami po ulicach, przypatrywał się zamkowi — ormianin tłumacz usłużny wskazywał mu różne miejsca i opowiadał dzieje.
Nazajutrz z południa zamierzył też z tym samym tłumaczem się umówiwszy wyjechać na miasto, i gwałtem wtargnąć do króla.
Było to zuchwalstwo które tylko ów nieszczęsny haracz i traktaty usprawiedliwić mogły. Aga czuł się tem obrażonym że jemu posłowi Padi-Szacha odmawiano przystępu do króla — którego sobie lekceważył — a w chorobę jego ciężką wierzyć nie chciał. Zmusić więc zamierzał królewskich urzędników i dwór aby go do króla wpuścili.
Zawczasu przysposobioną szkatułę ową zawierającą kaftan, obwiniętą jedwabnemi chustami, miał sobie powierzoną starszy sługa, a firman Sułtana na piersiach z sobą zabrać chciał Aga.
Spisek ten uknuty był z taką pozorną obojętnością — iż nikt się go spodziewać, nikt przewidywać go nie mógł.
Kiełpsz i ks. Olszowski wiedzieli o tem że dnia wczorajszego Aga się rozpatrywał i przejeżdżał po mieście. Niepokoiło to krajczego, ale dodany turkowi urzędnik tłumaczył się tem, że oprzeć się nie mógł, a Aga oburzał się i tak na rodzaj niewoli w jakiéj go trzymano.
Michał leżał w gorączce, chociaż przytomność mu powracała, bolejący — otoczony przez najulubieńsze swe sługi, nikt w świecie nie domyślał się podstępu i uknutego spisku, gdy z południa przyodziawszy swe najparadniejsze szaty, Aga na najpiękniejszym ze swoich koni, z małym pocztem, wrzekomo na przechadzkę wyruszył.
Mówiono już o nim wiele w mieście — około gospody stało zawsze ciekawych dosyć, a wieść o przejażdżce jeszcze ich więcéj zgromadziła.
Szczęściem jakiemś dworzanin króla Masłowski, który już się o owéj szkatułce i kaftanie nasłuchał, dostrzegł gdy na koń wsiadali, iż jeden z towarzyszących Adze, zabierał z sobą spory węzeł obwinięty w jedwabne chusty.
Uderzyło go i to że dzisiejszy strój turka — który wczoraj bardzo był odziany skromnie, jakby uroczyste jakieś wystąpienie zwiastować się zdawał.
Przestraszony tem przypuszczeniem — które na myśl mu przyszło, iż Aga może gwałtem chcieć się dostać do króla, a samą wzbudzoną wrzawą, choremu spokój zakłócić, Masłowski pędem się kopnął do królewskiego mieszkania.
Tu nikt się wcale żadnego nie domyślał niebezpieczeństwa, ks. Olszowskiego nawet przy królu nie było.
Kiełpsz z żoną siedzieli w ciemnym, z pozapuszczanemi oknami sypialnym pokoju, podsłuchując oddech ciężki, wyrywające się z ust wyrazy i bolesne jęki.
Wśród tego spokoju jak piorun spadł Masłowski, wywołując Kiełpsza do sieni.
— Panie krajczy — zawołał — turecki ten pies, znowu na miasto się wybrał, nie mogli go wstrzymać. Nie było to nie było.. alem na moje oczy widział, gdy za nim wynoszono jakieś zawiniątko spore, które sługa wiezie pod płaszczem. Wystroił się też Pan Aga jakby na posłuchanie jechał, — kat go wie, sprzykrzyło mu się — gotów tu gwałtem wpaść na króla.
— Pilnują go stróże! nie może to być — zawołał Kiełpsz. Nie będzie śmiał.
— A jabym mu nie wierzył — rzekł Masłowski. Jużciż choćby i przyjechał nie dopuścim go, ale wrzasku turcy narobią, bo wiadomo jak oni kwiczeć umieją.
Kiełpsz rozmyślać począł.
Wczorajszego dnia turek wcale w ulicy się téj nie pokazywał; wyprawił Masłowskiego aby naglądał czy się nie skieruje w tę stronę, tymczasem i gwardij dał rozkaz, aby więcéj żołnierza stanęło przy królewskiéj kwaterze i niespokojny, do ks. Olszowskiego wysłał z oznajmieniem.
Trwoga cała jeszcze się zdawała nieusprawiedliwioną niczem, oprócz popłochu jaki rzucił Masłowski — gdy wysłany wrócił nagle krzycząc że Aga już był w ulicy i wprost zmierzał ku królewskiéj kwaterze.
Nieulegało wątpliwości że tu zuchwale wtargnąć zamierzał. Ks. Olszowskiego nie było, ani nikogo coby mógł stanowcze wydać rozkazy, ale Kiełpsz miał dosyć odwagi, aby dla ocalenia króla, największą odpowiedzialność wziąć na siebie.
Straży oddziałem przy domu dowodził towarzysz stary — Namiestnik Świderski, a temu do zuchwałego kroku nigdy na męztwie nie zbywało.
Wybiegł krajczy do niego.
— Panie Namiestniku — zawołał — króla ratować musimy. Turek ten zuchwalec jedzie wprost bodaj tu do chorego dobijać. Potrzeba go po prostu wziąć i uwięzić. Niemamy nic do stracenia — bo tam się i tak Sobieski już z niemi ściera.
— A gdzie ta bestyja? krzyknął Świderski — w to mi graj!.
Zawołał na ludzi swoich, i sam już siedział na koniu.
Zdala w ulicy widać było kłusem podążającego Agę — któremu ormianin dom przez króla zajęty wskazywał. Świderski z kopyta ruszył przeciwko niemu, na ludzi wołając aby otoczyli i niepuszczali daléj.
Turek widząc wybiegającą tłumnie gwardję — nie domyślał się zrazu że przeciwko niemu wymierzoną była — aż gdy go zewsząd opasali żołnierze — wołać zaczął na tłumacza.
Przestraszony ormianin podbiegł do Świderskiego.
— Co pan najlepszego robisz! krzyknął — wszak to poseł Sułtana — do króla jadący..
— A kto mu do króla pozwolił jechać — odparł Świderski.
— Albo on o pozwolenie będzie pytał! zawołał ormianin. Co wam się to zdaje?
— Mnie się zdaje — rzekł Namiestnik, iż ja go z mojemi ludźmi na gospodę odprowadzę po dobréj woli albo i poniewoli. Jak mu do gustu.
Ani kroku daléj — powiedz mu to odemnie.
Skoczył Ormianin do Agi z przestrachem, oznajmując że daléj puścić nie chciano.
Turek się rozsierdził i na swoich skinął, dobyli szabel... Gwardja też nie czekała i stała pogotowiu, a Świderski pistolety podsypać kazał, i wnet je pośpiesznie dobyto... Aga stał blady trzęsąc się z gniewu — już, już do bójki przyjść miało, gdy od królewskiego dworu znowu kupka żołnierzy z muszkietami biegiem nadciągnęła...
— Powiedz swojemu Adze, krzyknął Świderski, że ja na żadne jego poselskie przywileje względu mieć nie będę, ruszy mi się krokiem daléj, każę ognia dać...
Turcy się policzyli że opór był nie możebny, krzycząc i łając zabierali się do odwrotu. Ale odwrót był zaparty. Objęto ich tak dokoła że się ruszyć nie mogli.
Świderskiemu rozochoconemu na tem nie było dosyć..
— Powiedz temu skurczypałce, krzyknął do ormianina, niech szable natychmiast oddają. Biorę ich do niewoli, bo swobodnie puścić nie mogę, kiedy tu po mieście broją.
Tumult się wszczął pomiędzy turkami, Świderski nie ustępował...
— Niech mi zaraz broń składają, krzyczał, a nie to ja ich tu w pień wszystkich wyścinam.
I wywijał szablą w powietrzu.
Aga blady był ze złości jak ściana, ale gdy się obejrzał, że tu i wojska i ludu coraz więcéj się ściąga, a pospólstwo rozgrzane przez Świderskiego przybiera coraz groźniejszą postawę, począł się prosić przez Ormianina.
— Odprowadzcie mnie do gospody — będę czekać spokojnie...
Świderskiemu chciało się na swojem postawić.
— Broń niech złożą! wołał, nic nie pomoże.
Zaczęło się parlamentowanie próżne, turcy radzi nie radzi — widząc się w saku — z wrzaskiem i przekleństwami szable na bruk ciskać zaczęli, które Świderski pilno kazał pozbierać, bo taka broń warta coś była.
— A teraz, zawołał — choć mam w trokach sznurek jedwabny na wiązanie jeńców — niech idą jak stoją do gospody — tylko ich z oka nie spuszczać.
Już tedy Aga zawrócił się i Świderski z nim, z dobytą szablą, poważny, wąsa kręcąc jechał odprowadzając go do gospody — tryumfując, aż nadbiegł za niemi Trzeciak z kancelarij króla.
— Panie Namiestniku — krzyknął — toście nam dopiero kaszy nawarzyli. — Wiecie wy co to znaczy, posła w niewolę brać i ignominję mu taką wyrządzić. Taż to jus gentium laesa est — co my teraz poczniemy.
Świderski się rozsierdził.
— E! co mi tam jus gentium Sobieski ich tam płata już, a my tu będziemy szanowali — chciał nam tu pod nos kurzyć! a zasię!!.. Co z woza spadło — to przepadło!!
I dał znak aby prowadzono więźniów daléj, a Trzeciakowi tylko rzucił na odjezdnem.
— Odprowadzę go do gospody, straż postawię, a potem się z ks. podkanclerzym rozmówię.
Tak się stało. Turcy jak nie pyszni musieli do gospody nazad, ale im pałaszów nie oddano i Świderski straże postawiał w rzędzie, dając im rozkaz — zechce który się wymykać — precz — kulą w łeb. — Sam wprost z tamtąd pojechał na kwaterę do Biskupa i zastał go właśnie, gdy od Arcybiskupa powróciwszy się przebierał. Kazał się oznajmić Świderski.
Biskup wyszedł natychmiast.
— Co mi tam W. Mość powiesz dobrego! zapytał.
— Fraszka, księże biskupie — turków do niewoli wziąłem, co mam z niemi robić?
— Gdzie? jakich? zawołał przestraszony Biskup.
— A no, tego Agę! wiercił mi się po ulicach — gwałtem chcąc do króla — ażem musiał go osaczyć i zmusić do złożenia oręża.
Ksiądz Olszowski pobladł i zaczął się trząść ze strachu.
— Jezu! Marjo! — wykrzyknął — cożeś to wać pan najlepszego uczynił — poseł jest — nietykalna osoba...
Świderski ramionami ruszył.
— Ja tam o tem niewiem nic, a — bruździ mi i chce samowolnie do króla — a za się!! — Dałem go pod wartę.. Co z nim czynić...
— Albo ja wiem — mruknął rozmyślając podkanclerzy — niech tak zostanie jak jest, ale patrz wać pan aby mu włos z głowy nie spadł.
Turcy larum narobią i mścić się będą.
— Mnie się widzi, księże biskupie, że ich tam nasz Hetman rozumu nauczy i ani pisną. Tymczasem o zdrowie króla JMci chodziło...
I Świderski odszedł zwycięzki... ale po mieście trwoga się wzięła wielka, że posła śmiano w niewolę zagarnąć...
Wieczorem na pewno spodziewano się posłańca z pod Chocimia...
Stan króla był zawsze ten sam, tylko ku wieczorowi, jak zwykle gorączka się powiększała, późniéj od rzeczy mówił i majaczył.
Braun pytany albo nie odpowiadał nic lub mruczał.
— Księdza więcéj mu potrzeba niż doktora — ja mu nie poradzę, ani stu nas gdyby było...
Wśród głuchéj ciszy w całym domu... leżał tak Michał marząc, a tych marzeń przedmioty czasem się odgadywać dały z urywanych wyrazów, które mu z ust się dobywały...
— Są listy? jest co od Hetmana? — pytał — a nieotrzymawszy odpowiedzi, padał jęcząc na poduszki. Drzemał, budził się i zrywał znowu.
— Kamieniec wzięli!! Kamieniec wzięli.
Nikt nie odpowiadał i twarz sobie rękami okrywając — milczał...
Wśród takiego rozgorączkowania nadszedł wieczór, obawiano się pogorszenia.
Tymczasem stało się całkiem przeciwnie.. Przebudził się król zmienionym, słabym ale naturalnym głosem pytając o godzinę.
Krajczyna będąca przy łóżku — odpowiedziała mu, zapytując czy by pić nie chciał — potrząsnął głową...
Twarz straszliwie wychudła miała wyraz inny — ostygły... Zdawało się, że jakieś przesilenie zajść musiało wewnątrz... mówił zimno i przytomnie.
Uradowało to niezmiernie krajczych oboje i Kiełpsz skoczył po Brauna, oznajmując mu, że król zdawał się pod wieczór znacznie lepiéj.
Pospieszył natychmiast doktór i najpierwsza rzecz, za puls pochwycił... okazując podziwienie wielkie.
Wistocie choroba zdawała się ustępować, gorączka znacznie się zmniejszyła, umysł był zupełnie przytomny, król sobie przypominał wszystko... i uskarżał tylko na osłabienie...
Polepszenie było tak widoczne a tak wielkie, iż we wszystkich nadzieja wstąpiła. Ks. Olszowski przybywający oczom i uszom wierzyć nie chciał. — Braun ramionami ściskał...
Na dzień ten obiecana była wiadomość od wojsk, którą Sobieski dać przyrzekł gdy na miejscu pod Chocimem stanie i siły nieprzyjaciela, a położenie swe będzie mógł ocenić... Oczekiwano więc z niecierpliwością. Tym czasem król spowiednika zażądał.
W ciszy i bez żadnego rozgłosu, któryby ludzką ciekawość mógł budzić, odbyło się przyjęcie ostatnich Sakramentów, chory legł uspokojony i niemal uśmiechnięty...
Co chwila tylko kazał się dowiadywać o posłańca od Hetmana...
— Widzę go — mówił — widzę! jedzie... listy mi wiezie...
I ręce składał ku niebu je podnosząc... Niekiedy oczy zamykał i drzemał lekko, potem otwierał je i coś szeptał...
Tak — do późnéj godziny — nie chcąc usypiać, broniąc się niemal od snu oczekiwał ciągle, aż istotnie — zastukano do wrót, goniec przybył.
Ks. Olszowski wybiegł nieznacznie aby listy naprzód odczytać, nimby je mógł królowi ukazać... obawiał się złéj wiadomości, któraby znowu stan jego mogła pogorszyć.
Ale list Hetmana — własną jego pisany ręką — był pełen najpiękniejszych nadziei...
— Mogę czcią moją szlachecką i rycerską zaręczyć, że Turków pokonamy... Leżą w tak ciasnym obozie, że mi się wymknąć nie będą mogli. Wiem że Hetman Pac bitwy wydawać niebędzie życzył, ale ja muszę iść i muszę zwyciężyć i będą pomszczone klęski i traktaty — jako na niebie Bóg.. zwyciężymy...
Z tym listem rozradowany wszedł ks. biskup chełmiński. Król który już tem jasnowidzeniem jakie miewają chorzy — przeczuł posłańca i domagał się pisma..
Ze złożonemi rękami — podniósłszy się siedząc słuchał czytania... a z oczów mu łzy popłynęły... Wielka radość na wymęczonéj odmalowała się twarzy...
Podniósł oczy do góry — i rzekł.
Nume dimitte servum tuum, Domine.
Zwolna pochylił się na poduszki... uśmiechnął dziękczynnie podkanclerzemu i spokojnie legł jak do snu... oczy mu się zamknęły... odstąpili wszyscy — oddech słaby... słychać było.
Kiełpszyna uklękła przy krześle i modliła się.
Wśród ciszy — nagle ciężkie dało się słyszeć westchnienie.. Podbiegła ku niemu.
Król nie żył.


KONIEC.






  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zbędne powtórzenie słowa dziś.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; winno być nie pragnie wiele lub pragnie niewiele bez poprzedzającego przeczenia nie.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; najprawdopodobniej brak słowa szlachta.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zbędne powtórzenie wyrazu raz.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; zamiast przecinka winna być kropka lub następny wyraz (Wieczorem) małą literą.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.