Listy O. Jana Beyzyma T. J./całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Beyzym
Tytuł Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze
Data wydania 1927
Wydawnictwo Wydawnictwo Księży Jezuitów
Drukarz Drukarnia „Przeglądu Powszechnego”
Miejsce wyd. Kraków
Źródło skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
LIST I.

Ocean Indyjski, dnia 27 listopada 1898 r.
z pokładu okrętu »Oxus«.


Nie wiem kiedy będę mógł przesłać Ojcu opis schroniska trędowatych i fotografje do Misji, bo dnia 10 b. m. wyjechaliśmy wprawdzie z Marsylji na pasażerskim okręcie Oxus, lecz obecnie piszę jeszcze z pełnego morza. W dniu 21 listopada ugrzęźliśmy na koralowej skale o godzinie 4 rano i dotychczas tu pozostajemy oddaleni o 4 godziny drogi od portu Dżebuti przy wyjściu z morza Czerwonego do Oceanu Indyjskiego. Ratują nas, ale trudno idzie. Dwa statki parowe nas ciągnęły, ale nie mogły dać rady. Czekamy na mający tędy przepływać wielki okręt, który może nas wyratuje. Dziś w nocy pękła nowiutka lina, mająca przeszło decimetr średnicy. Proszę z łaski swej pomodlić się za nas i innym nas polecić, bo teraz wszystko zależy tylko od Najśw. Panny. Narazie nie grozi niebezpieczeństwo pasażerom, ale czem się ta sprawa skończy, czy i jak wyjedziemy, nie wiemy. Mszy św. przez kilka dni nie odprawiałem, bo morze wzburzone nie dało. Na pokładzie spokój, ludzie jeszcze niebardzo się boją, ale bardzo się niecierpliwią.
Więcej i szczegółowiej napiszę z Madagaskaru. Wiadomości z okrętu posyłają codzień do Marsylji telegraficznie i ogłaszają w tamtejszych gazetach...





LIST II.

Tananariwa, Luty 1899.


Pomimo najlepszych i najszczerszych chęci nie mogłem wysłać prędzej mego listu, bo rozmaite zaszły przeszkody, jak to Ojciec zaraz zobaczy. Wyjechałem z Marsylji 10 listopada 1898 r. wieczorem, około godziny 7½ pasażerskim okrętem »Oxus«. Ten okręt dość wielki: 125 metrów długi, 10 m. szeroki i 15 m. wysoki, naturalnie licząc bez masztów, tylko od pokładu do spodu. Siła pary tego okrętu równa się sile 2.500 koni; towaru może on wieźć 3.900 ton (1 ton=1000 kilogr.), oprócz ciężaru należącego do samego statku, jak n. p. kotwice i t. p. Jedna kotwica jego waży 3.600 kilo. Płynęliśmy prędko, kołysanie okrętu bardzo mało dało się odczuwać, daleko mniej niż trzęsienie wagonu: można było dobrze czytać, pisać, talerze i szklanki stały na stołach jak w jadalnej sali, zupa nie wylewa się z talerzy. Tak było tylko wtedy, kiedy morze zupełnie było spokojne, t. j. kiedy fala nie wyższa, jak na 1 metr lub 2. Czasami bywała i taka cisza, że fali wcale nie było, zupełnie jak na stawie. Kiedy zaś morze rozbryka się, wtedy kołysanie nie na żarty, bo skacze się po pokładzie, jak pajac. Morską chorobę widziałem na drugich, ale nie miałem jej wcale. W pierwszych dniach podróży, może trzeciego lub czwartego dnia po opuszczeniu portu Marsylji, morze rozhulało się i rzucało okrętem jak dzieciak piłką; wtedy miałem przez kilka godzin lekki zawrót głowy, zwłaszcza kiedy zeszedłem do kajuty, i na tem skończyła się cała choroba, więcej nic a nic nie doznałem. Rozumie się, że chodzić było mi bardzo trudno, bo podłoga z pod nóg uciekała, ale i marynarze wtedy ani kroku nie zrobili bez trzymania się za cokolwiek. Pociesznie było patrzeć z boku na cały pokład, ciągłe zderzania się i przeprosiny. Jakiś pasażer kpił sobie z drugich, że tak słabo stoją na nogach; jeszcze nie skończył swoich dowcipów, kiedy sam uderzył się o pokład tak, że odskoczył, czyli raczej odbił się jak od tramboliny i t. d. bez końca przez cały dzień. Mówią wogóle, że na okręcie trzeba dużo jeść, żeby nie dostać morskiej choroby. Ja bardzo mało jadłem, a kiedy miałem zawrót głowy, nic nie jadłem i dobrze mi z tem było, bo nie chorowałem wcale. Ci zaś co chorowali, mówili, że choćby człowiek chciał, to nie może nic do ust wziąść, taki czuje się wstręt do jedzenia. Pobyt na okręcie wydał mi się bardzo nudny, bo nic nie widać tylko wodę, a mnie zawsze tęskno za zielenią. Oprócz tego bardzo przykre te ciągłe hałasy: huk wody, łoskot maszyny i t. p. Dziwiło mnie, że małe dzieci wcale nie podlegają morskiej chorobie.
Powiedziane było w rozkładzie jazdy, że 2-go a najdalej 6-go grudnia staniemy w Tamatawie (port na Madagaskarze, moja ostatnia stacja). Płynęliśmy prędko; naraz 21 listopada 1898 r. nad ranem, ledwo się rozwidniać poczęło, usłyszeliśmy ogromny zgrzyt, trzask, dało się czuć raptowne wstrząśnienie całego statku, a potem zupełny spokój: stoi statek jakby był domem murowanym, zagrzęźliśmy na podwodnej koralowej wyspie, jak Ojcu z morza pisałem. Dobrześmy się wryli, bo okręt szedł całą siłą pary. Wszystkie starania i zabiegi, cała siła pary nic nie pomogły, ruszyć się nie było sposobu. Dopiero wyładowano po kilku dniach wszystko, co było tylko na statku, nawet kotwice i łańcuchy, oprócz bagażu pasażerów, wtedy dwa silne angielskie parowce z trudnością wyciągnęły nas na głęboką wodę. Nurek angielski opatrzył statek i powiedział, że wcale nie jest uszkodzony; wtedy znowu zaczęto zwozić z brzegu wyładowane towary i napowrót ładować. Ta operacja trwała trzy dni i trzy noce. Po skończeniu ładowania 2 grudnia 1898 r. ruszyliśmy dalej. Za wydostanie statku ze skały, wyładowanie i naładowanie, kompanja, do której należał statek, zapłaciła, jak nam mówili oficerowie okrętu, 20.000 franków. Cały ten czas, cośmy stali na skale, był nieznośny; pasażerowie znudzeni i zniechęceni, wciąż narzekali i łajali, załoga (wcale nieliczna) zmordowana do upadłego, klęła na czem świat stoi. Biedny kapitan nie śmiał nikomu w oczy spojrzeć, tuszował jak mógł, ale to nie szło.
Z początku przez dzień lub dwa, rozrywką dla pasażerów byli czarni malcy, przybywający gromadkami z brzegu na swoich lub jakichkolwiek czółnach. Nie wierzyłem własnym oczom, bo nie przypuszczałem nawet, żeby człowiek mógł tak pływać jak oni. Siedzą sobie we wodzie, jak my na krześle, tylko nogami ruszają, ręce zupełnie wolne. Krzyczą ciągle: à la mer monsieur un sou à la mer; ojoj, che aha, ojoj un sou à la mer. Pasażerowie rzucali im różne pieniądze, to sou, to 2 sou, a niekiedy i 10 sou srebrne do wody. Malcy natychmiast dają nurka i ani jeden pieniążek nie zginął, zawsze albo w drodze go który złapie, albo na dnie znajdzie, wyjdzie na wierzch wody, pokaże pieniądz, że go złapał, włoży do gęby i znowu wrzeszczy, żeby mu co rzucić. Kiedy morze spokojne (jak było kiedyśmy stali na skale) to woda zielonkawa, przezroczysta, zupełnie tak, że na dnie doskonale widać nawet każdy kamyczek. Widziałem doskonale, jak ci malcy szukali pieniądze między koralami. Nie na tem koniec; za 2 sou ci malcy dawali nurka z jednej strony okrętu i popod okręt (który we wodzie chowa się na 6 metrów, a 9 metrów nad wodą), wypływali z przeciwnej strony. Albo wdrapie się taki malec na płótno, którem pokryty pokład spacerowy (rodzaj dachu) i stamtąd skacze do wody (t. j. z wysokości mniej więcej jak z 3 piętrowej kamienicy) i wynosi 2 sou, które mu rzucono. To zupełnie jakby nie ludzie, ale jakie ziemnowodne stworzenia; po 3 lub 4 godziny jednym ciągiem siedzą we wodzie, pływają, biją się tam o pieniądze, które im rzucają i ani się męczą, ani marzną. Kiedy im rzucić co do jedzenia, to siedząc we wodzie po szyję, ruszają tylko nogami, a rękami trzymają jedzenie i jedzą, albo obierają rzucone im owoce słowem, jak my na krześle. Ale prawda, że to od maleńkości już się oswaja z morzem. Widziałem raz, jak jakaś kobieta myła rano swoje dziecko na brzegu: przyszła nad brzeg morza, namydliła dzieciaka (może miał rok najwięcej, bo malutki był bardzo), weszła po kolana we wodę, wzięła bębna za jedną rękę, zanurzyła go parę razy, wychlustała we wodzie, to jest wymachała nim jak szmatą jaką, potem wsadziła go do płótna, którem była owinięta i poszła swoją drogą. Dzieciak nie płakał wcale.
Jechałem II klasą, ale opowiadał mi jeden ksiądz, jadący I klasą, że u nich razu pewnego przy obiedzie była pocieszna komedyjka, mianowicie: podano na deser (bez którego Francuzi obejść się nie mogą) konfitury. Jakaś pani zaczęła brać ze słoika stołową łyżką; kiedy już pół stoika było na jej talerzu, a ona nabierać nie przestawała, oficer marynarki, siedzący naprzeciw niej, uśmiechnął się i bardzo grzecznie powiedział: »Jeżeli pani nie lubi konfitur, to można o co innego poprosić.« Wszyscy w śmiech, a ona poznała, że może w samej rzeczy wystarczy naraz porcyjka, którą nabrała.
Płynęliśmy szczęśliwie aż do Majungi (port na Madagaskarze). W Majundze kapitan dostaje rozkaz wysadzenia wszystkich jadących do Tamatawy, bo tam dżuma. Trudna rada, musiałem się więc z mojemi bagażami przenieść na brzeg (a miałem ich sporo; bo ksiądz Prowincjał posyłał przeze mnie rozmaite rzeczy z Tuluzy dla naszej misji). — Dziękowałem tylko Panu Bogu, że mi na sucho uszło, bo na okręcie wskutek wyziewów koralowych (okropnie śmierdzą) i gorąca, kiedyśmy stali na skale, wywiązał się plamisty tyfus. Jeden majtek umarł, a dwóch palaczy przy maszynie zostawiono w szpitalu zanguebarskim. Z Majungi niby parowcem, a właściwie jakąś zabawką, bo to maleństwo, mające tylko maszynę i pokład nad nią dla pasażerów, a bagaże były w łodzi, przywiązanej do tego parowca, popłynąłem rzeką Betsibuk do Malwatanany.
W Betsibuku mnóstwo kajmanów — roją się formalnie. Jeden zwłaszcza, z tych co widziałem, wcale był pokaźny okaz. Długi był może 12 metrów, kiedy biegł (bo on nie biega jak jaszczurka, ale podnosi się na łapach i biegnie jak pies lub inne zwierze) może jak krzesło, a może, nieco wyższy, na oko trudno mi powiedzieć. W jego otwartej buzi, jaki malec z przygotowawczej klasy chyrowskiego konwiktu mógłby siedzieć, tylko wątpię, czyby chciał.

Z Malwatanany, którą także nazywają Suberbieville, zrobiłem 344 kilometry na filanzanach. Filanzana jest to siedzenie przymocowane do dwóch drągów, bogaci mają okazalsze, ubodzy prostsze. Te nosze niesie czterech tragarzy, których tu nazywają burżanami. Koło tych czterech idzie drugich czterech i co chwila zmieniają się. Innego sposobu jazdy tu niema i podróżnych i rzeczy i wogóle wszystko, co tylko trzeba przewieźć, lub przesłać, niosą burżani. Dróg dla koni lub mułów jeszcze wcale niema. Nie mogę się wydziwić tym burżanom. Za lichą zapłatą (n. p. z Malwatanany do Tananariwy 344 kilometrów, każdy zgodzony był za 30 fr.) niosą podróżnych i ich bagaże, każdy niesie 30 kilo na sobie. Nigdy się nie męczą, zawsze weseli, gwarzą, śmieją się, biegną i nie zadyszą się; idą boso po kamieniach i kamykach,
Wioska w pobliżu Tananariwy.

błocie, przez rzeki i bagna w bród, bo mostów niema; jednakowo spuszczają się z najwyższych skał, jak na takowe wdrapują się. Żeby choć spoczywali co chwila, bynajmniej, idą jednym ciągiem bez wypoczynku 20, 35, a często i 50 kilometrów, t. j. od stacji do stacji. Na całej przestrzeni między główniejszemi miastami, porobili Francuzi wojskowe posterunki co kilkadziesiąt kilometrów. — W tych posterunkach są niby gościnne pokoje, gdzie podróżni nocują. Mówię, niby pokoje, bo właściwie jest to izba z gliny lub trzciny, pokryta chwastem, przez który deszcz przecieka; zamiast okien — dziury, które w razie potrzeby zatyka się czem i jak można. O umeblowaniu mowy niema. W takiej izdebce odprawiłem o północy trzy Msze święte w sam dzień Bożego Narodzenia — na szczęście deszcz wtedy nie padał. Ale żeby Ojciec wiedział, jakie się wtedy ma uczucia, jak żywo przedstawiła mi się stajenka Betleemska i Najśw. Rodzina, tego opisać nie potrafię, to trzeba odczuć. Podczas tych. Mszy św., kilkoro dzieci Malgaszów katolików śpiewało Gloria in excelsis i inne pieśni w swoim języku, zupełnie jakby pastuszkowie przy żłobie Chrystusa Pana; po ostatniej Mszy św. ruszyliśmy w drogę. Pomyśli może Ojciec, że ci burżani jedzą ogromnie, kiedy tak dźwigają; gdzietam! trochę ryżu, jaki owoc, czasem kawałek mięsa, ot i po jedzeniu. Ich ubranie stanowi zwykły worek, w którym wycinają trzy dziury. Jedną w dnie, przez którą wkładają głowę, dwie po bokach, przez które przechodzą ręce — o krawatce i innych częściach ubioru, mowy u nich niema.

Madagaskar to ogromna pustynia w całem znaczeniu tego słowa, ani drzew, ani ptaków, mało ludzi, słowem nic, tylko skały pokryte lichą trawą. Od czasu do czasu natrafiają się wsie, to jest 4 lub 5 lepianek, w których mieszkają, biedni Malgasze, żywiący się czem Bóg da: to ryżem, to konikami polnemi, owocami, czasem mięsem i t. p. Również trafiają się oazy (nazywają je tu lasami), t. j. jakie kilkanaście lub kilkadziesiąt drzew, ale wcale nie wyglądają na rośliny tropikalne, bo najczęściej bardzo liche. Parę razy mrowie po mnie przeszło i poleciłem grzeszną duszę Matce Najśw. Spuszczaliśmy się ze stromej i bardzo wysokiej skały; ścieżka szła ponad samą przepaścią, a nosze, na których siedziałem, mocno się przechylały na stronę przepaści. Na dnie tego urwiska widziałem strumyk i kilka zielonych krzaków, rosnących po obu stronach tego strumyka. Dopiero, kiedyśmy byli na dole, poznałem dokładnie, w jakiem byłem przed chwilą położeniu. Skała kilkaset metrów wysoka, prawie prostopadła, strumyk nie był strumykiem, ale była to ta sama rzeka Betsibuk, po której przedtem płynąłem parowcem, w której mnóstwo kajmanów, zawsze gotowych gościnnie przyjąć spadającego; krzaki — to były kokosowe palmy wyniosłe, tylko, że skała ogromnie wysoka, więc wszystko zdaje się tak małem. Spuszczając się ze skały, bardzo niewiele mi brakło do przeniesienia się na tamten świat: jakie pół metra w bok i już gotów. Gdyby nie opieka Matki Najśw., pewnobym tego listu nie pisał.
Pożywienie w drodze trzeba samemu sobie gotować, dlatego trzeba mieć ze sobą naczynia do gotowania i zapasy, bo, jak powiedziałem, Madagaskar pustynia, dostać nic nie można. Czasami tylko na stacjach i to niezawsze i nieczęsto można kupić kurczę, ryżu i cebu1i, albo jakich owoców. Miałem podróż za wygodną, wcale nietaką, do jakiej wzdychałem; było wprawdzie trochę deszczu, chłodu i głodu, ale zawsze bodaj raz na dobę miałem coś ciepłego i co do zjedzenia. Ale trudna rada, okoliczności tak się składały; gdybym był sam podróżował, to byłbym sobie dogodził, takbym żył, jak św. Franciszek Ksawery.
Wreszcie 30 grudnia 1898 roku dostałem się do Tananariwy. Tu na rezydencji będę mieszkał, póki się nie poduczę, żeby mnie Malgasze rozumieli, a wtedy przenoszę się na mieszkanie zupełnie do schroniska moich biedaków w Ambahiwurak. Na całym Madagaskarze klimat prawie europejski, z tą tylko różnicą, że niema pór roku, tylko cztery miesiące deszczu, a reszta sucho, ale przytem jest on okropnie wilgotny, bagien i moczarów pełno wszędzie. Wskutek tej wilgoci panują tu ciągłe ostre febry, które, jeśli się nie kuruje, bywają śmiertelne. Biednych krajowców dosyć wskutek tego ginie.
Przybyłem do Tananariwy 30 grudnia 1898 r., a na drugi dzień zaraz taka ciocia febra zaopiekowała się mną należycie. Tutaj wszyscy mówią, że każdy Europejczyk czy prędzej czy później, musi taką febrę przebyć. Chciałem ją chodzący przebyć, żeby się nie poddać, tylko jak zwykle robiłem, przełamać, ale się nie dało; miałem 40 stopni gorączki, a nawet nieraz i więcej, więc musiałem się położyć i cały dzień przeleżałem. No teraz Ojciec już mnie ma za wytłumaczonego, że tak późno ten list wysłałem, nieprawdaż? Trudno było wcześniej, choć szczerze chciałem. Ale to zwykle bywa, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi.
Tananariwy opisywać Ojcu nie będę, bo niema co. Jest to miasto wielkie, na górach leżące, ale nie europejskie, tylko budowane domy po afrykańsku. Wody w całym Madagaskarze niema do picia, rzeki brudne, a bagna bardzo niesmaczne. Pijemy tu wszyscy deszczówkę, którą się trzyma na przeciągu w cieniu, żeby była chłodniejszą.
Teraz opiszę Ojcu moje schronisko, ostateczny cel mojej podróży (i to mnie zatrzymało, bo musiałem pierwej obejrzeć a dopiero opisać. Otóż tak się rzecz ma: całe schronisko składa się z czterech ogromnych baraków, kościółka i mego mieszkania. Kościółek w środku, tuż obok mój domek, a baraki po obydwóch stronach, 2 z jednej, 2 z drugiej strony; kościółek narazie wystarczający do pomieszczenia chorych, których mamy 150. Ale wewnątrz to trudno opisać, jakie ubóstwo. Jeden ołtarz prostszy, niż w najuboższej parafji, zakrystji niema wcale; do Mszy św. ubierać się trzeba za ołtarzem; przed ołtarzem balaski, do których przybite dwie kraty, stanowią konfesjonały; za balaskami na ziemi rozesłane kilka rogóżek (podłogi wcale niema), na których stoją, siedzą, lub klęczą (zależy jak kto może) trędowaci. Sufitu wcale niema, tylko ściany i dach z dachówki, przez który deszcz przecieka.
Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, jaki z Ojcem kupiliśmy w Krakowie, zaczynam oprawiać i tabernakulum także będę robił (jedno i drugie wyrzeźbię), ale to wolno idzie, bo czasu mam bardzo mało obecnie. Baraki podzielone na osobne stancje nieprzechodnie, ale te stancje (właściwie dziury) okien ani podłogi nie mają. Światła tylko tyle, ile przez otwarte drzwi wchodzi. Całe umeblowanie takiej stancji stanowi rogóżka rozesłana na ziemi, na której chorzy śpią; w jednym z kątów rozkładają ogień dla gotowania sobie jedzenia; o kominach mowy niema. W takiej jednej stancji mieści się jedna rodzina z całym swoim majątkiem, jaki tylko posiada. Odziewają się ci nieszczęśliwi w co kto ma; znajdzie gdzie jaki stary worek lub coś w tym rodzaju, i już odziany. Pożywienie ich stanowi ryż przeważnie, którego trochę dostają co tydzień z misji. Oprócz ryżu misja im dać nic więcej nie może, bo żyjemy z jałmużny. Rząd dał dla trędowatych kawał gruntu (ziemia licha, potrzebująca wiele uprawy, żeby co poczciwego wydała), ale nic oprócz tego. Ci z pomiędzy chorych, co jeszcze mogą pracować, grzebią trochę tę ziemię i sadzą co mogą dostać, np. maniok, pataty (rodzaj kartofli), fasolę, kukurudzę i t. p. Jednem słowem, nędza straszna, chodzą biedacy i świecą ranami, bo owinąć niema czem. Niema przy nich nikogo, ani doktora, ani zakonnic, ani infirmarza, słowem zgoła nikogo. Ja tu jestem wszystkiem: kapelanem, zakrystjanem, ogrodnikiem, infirmarzem, gospodarzem i t. d. O aptece mowy jeszcze niema. Mój pałac tuż przy kościele, składa się on z dwóch pokoi (bez podłogi naturalnie) i małej stajenki na jednego konia (często dają nam konia, bo trzeba jedną Mszę św. odprawić u siebie, a drugą tegoż samego dnia o parę mil dalej, więc piechotą nie możnaby zdążyć) na dole, a na górze jeden pokój (moja sypialnia, gabinet, salon, refektarz), a naprzeciw kuchnia (pieca niema wcale, tylko podpala się ogień, a na trójnogu żelaznym stawia się to, co się chce gotować). No i cóż więcej? No nic, cały dom już opisany z najdrobniejszemi szczegółami. Schody z parteru na piętro mają poręcz (właściwie to drabina, ale jakże takiego słowa można użyć, opisując pałac?)
O kilkadziesiąt kroków od schroniska cmentarz dla trędowatych. Zabieram się dopiero powo1i do urządzenia wszystkiego, ale cała bieda w tem, że nie mam o co ręce zaczepić, ani grosza przy duszy. Niech Ojciec będzie tak łaskaw zbierać dla moich biedaków jałmużnę, gdzie się da; tylko posyłając, proszę wyraźnie pisać prokuratorowi, że to dla moich trędowatych, bo inaczej te pieniądze mogłyby być użyte na inne potrzeby misji, n. p. dla innych trędowatych. Mnie zaś proszę pisać każdym razem, wiele Ojciec posłał — dobrze?
Moje schronisko leży w górach o dwie dobre godziny drogi od Tananariwy; jest jeszcze w naszej misji drugie schronisko, ale tam nie byłem, bo ono odległe o 8 dni drogi.
Dołączam Ojcu fotografję, stosownie do otrzymanego od Ojca zlecenia, ale bardzo Ojca proszę w »Misjach« nie dawać podpisu apostoł trędowatych, lub coś w tym rodzaju, jak Ojciec ma w zwyczaju. Te wszystkie fanaberje to nie dla mnie wcale. Jak Bóg pozwoli, że moje schronisko cokolwiek się podniesie, to Ojcu znowu napiszę...
Na fotografji ran lepiej oddać nie można, czyto wina nieumiejętności fotografa, czy też dlatego, że ciało tych biedaków czarne, tego już nie wiem, dość na tem, że zdejmował on nie w cieniu, ale na pełnem słońcu i mimo to nie udała się.
Do opóźnienia listu proszę i to jeszcze wziąć w rachubę, że tu tylko dwa razy na miesiąc odchodzi poczta do Europy i dwa razy przychodzi. Ta poczta nie idzie końmi, ani pociągiem, tylko niesie ją pieszy posłaniec aż do portu, a to nie kilometr, ani dwa, ale setki kilometrów drogi ścieżkami przez góry, przepaści, rzeki, błota i t. p., więc to prędko iść nie może. Nazywają wprawdzie Francuzi takiego posłańca, niosącego pocztę courrier, ale temu kurjerowi tak się nieraz musi spieszyć, jak mnie do tańca, zwłaszcza kiedy dzień gorący, a on w dodatku może głodny...
Kończę już moją bazgraninę i bardzo Ojca proszę o łaskawą pamięć w modlitwach jak za mnie, tak za moich biedaków, czekam choć na kilka słów odpowiedzi.
P. S. Niech Ojciec tylko nie myśli, że ja użalam się na moje mieszkanie, bynajmniej; żal mi bardzo moich biednych chorych i o nich tylko myślę, jak zaradzić tej ich nędzy i ulżyć im. Dla mnie mieszkanie za dobre nawet, spodziewałem się dostać jaką lepiankę w ziemi wykopaną, a nie pokój z oknem i drzwiami. Jak Bóg da, że się trochę uporam (z grubszego, jak to mówią), to Ojcu opiszę znowu, jakem się urządził.





LIST III.

Tananariwa, Luty 1899.


...Mówiłem niedawno z X. Superiorem o mojem schronisku i wytłumaczyłem mu, że tak dalej iść nie może, bo to do niczego niepodobne (przeniosłem się na mieszkanie do schroniska w połowie lutego 1899 r., a na Matkę Boską Gromniczną miałem tam pierwszy raz Mszę św.). Po dziś dzień biedni chorzy żyją w barakach w nędzy, póki który nie umrze, jakem to Ojcu w przeszłym liście opisał. Bardzo mało tu misjonarzy i dlatego nie mógł żaden z Ojców oddać się zupełnie trędowatym, ale teraz ja jestem wyłącznie dla nich, więc też myślę na serjo wziąć się do rzeczy. Zarażę się ja trądem i umrę, to Matka Boska da drugiego Polaka i jakoś to pójdzie. Powiedziałem X. Superiorowi, że niezbędny szpital, a nie takie jaskinie jak teraz; potrzeba doktora i Sióstr Miłosierdzia lub innych zakonnic i t. p. Że misja uboga (żyjemy li-tylko z jałmużny) to nic; ani św. Ignacy, ani św. Teresa miljonów nie mieli, a mimo to co domów pozakładali. Chyrów jak powstał! a X. Wehinger jak radzi? Możemy i my, ufając miłosierdziu Bożemu, pomyśleć o szpitalu. Koniec końcem, rozmowa skończyła się na tem, że X. Superior powiedział: »Jak dostaniesz pieniądze, to dobrze, budujmy«. Całą sprawę oddałem, rozumie się, w ręce Matki Najświętszej; do św. Ojca Ignacego, do św. Teresy i do św. Franciszka Ksawerego, codzień się modlę, żeby się za mną wstawiali do Matki Najśw. i mam nadzieję, że po kilku latach, jak Bóg pozwoli, stanie szpital, w którym moi nieszczęśliwi będą mogli rozłożyć się jak ludzie.
Tutejsi Ojcowie więcej zrobić nie mogą, jak robią, bo ich bardzo mało, nie wystarczają wcale i nie mogą podołać wszystkiemu, coby tu trzeba robić. Madagaskar to coś w rodzaju parafji X. W. Gromadzkiego, są bowiem miejsca (i to dość wiele takich miejsc), gdzie są katolicy, a Mszy św. nie mają częściej jak raz na parę lat, bo niema kto odprawić.

Choć rozmawiam z moimi biedakami przez tłumacza (jeden z nich coś rozumie po francusku), tak tyle, co ja po szwabsku i on jest tłumaczem); bo jeszcze ich języka nie umiem, ale mieszkam między nimi, żeby biedacy mieli Mszę świętą i ratunek w razie konania. I ja przytem korzystam, bo prędzej nauczę się ja po malgaszku, nie słysząc innego języka i przytem roboty nieco prędzej idą, gdyż jak Ojcu wiadomo, »pańskie oko konia tuczy«. Choć mnie nie rozumieją najęci do roboty krajowcy, mimo to oglądają się na mnie, bo na migi coś przecież wyrazić i zrozumieć się potrafimy. A że oni są zupełnie zdrowi, więc niebardzo im folguję, bo chodzi mi o to, żeby moi chorzy byli prędzej zabezpieczeni od niepogody i t. p.

Kościół katedralny w Tananariwie.

Parę dni temu, drugi raz chwyciła mnie febra, znowu gorączka, znowu kilka dni łóżka. Czasu mi szkoda, to prawda, ale pocieszam się tem, że taka wola Boża. Bardzo chętnie pisuję do kraju, bo tyle mego, gdyż tu nigdzie słowa polskiego nie słyszę. Obecnie jednak jestem jakiś cały w kratki, nawet pisanie mi nie idzie.




LIST IV.

Tananariwa, 13 kwietnia 1899 r.


...Obecnie zajmuję się mojem schroniskiem częściowo tylko, niezupełnie, jak tego pragnę, bo mieszkałem tam jakiś czas, a potem, z rozkazu X. Superiora, przeniosłem się na mieszkanie do sąsiedniego Ojca o jakie 8 czy 10 klm. drogi, żeby się prędzej nauczyć języka krajowego, a tymczasem moją chałupę niby zlepiają, żeby mogła być mieszkalną. Robota posuwa się naprzód ślimaczym galopem, co mnie nadzwyczaj niecierpliwi, ale tu wszystko tak idzie. Każdy kawałek drzewa, każdą cegłę lub kamień trzeba przynieść na plecach, bo wozów wcale tu niema. Europejczycy czasem pojawiają się na mułach, ale prędzej idzie się piechotą niż na mule. W samej Tananariwie zamiast fiakrów są tragarze, którzy noszą na noszach tych, co ich najmują, ale nosze trzeba mieć swoje, bo tragarze takowych nie mają. Tananariwa, choć stolica, ale daleko jej jeszcze choćby i do Przemyśla, albo jeszcze mniejszego miasta. Wszystko tu strasznie jeszcze prymitywne, oprócz brudu i nieochędóstwa, które już dobrze zastarzałe; w całem mieście ani jednego nie widziałem komina, wszystkie domy kurne.
Krajowcy niby to myją się ciągle, niby się brzydzą wszystkiego, ale to chyba po swojemu, bo o ochędóstwie i o obrzydliwości nawet pojęcia nie mają. Może Ojciec nie zrozumie dobrze, co mówię o obrzydliwości i ochędóstwie, więc oto parę fakcików dla wyjaśnienia rzeczy: n. p. czarny elegant lub elegantka tłucze na głowie krokodyle (wszy) jeden drugiemu i tąż samą ręką, nie obtarłszy ją wcale, zaraz bierze owoce, mięso i t. p.; albo: pierze we wiadrze lub innem jakiem naczyniu koszulę i t. p., wyjmie tę bieliznę, zgarnie ręką mydliny z powierzchni i napije się tej wody tak, jakby to była najczystsza źródlana; albo nawóz ze stajni wynoszą nie widłami lub łopatą, ale gołą ręką, a myją się co chwila i chcą elegancko wyglądać. Jak utrzymywane są naczynia kuchenne, to już lepiej o tem nie wspominać. Gdyby mnie to kto opowiadał, tobym mu nie uwierzył, ale trudno nie wierzyć własnym oczom, a wszystko to co napisałem, widziałem mojemi własnemi oczyma. Mam do usługi Malgasza, który mi pożywienie gotuje, ale przed i po gotowaniu sam oglądam kociołek, czy i jak wymyty, a herbatę sam sobie zawsze robię, maszynkę i szklankę sam myję, żeby to było czyste.
Powiedziałem wyżej, że wszystkie domy kurne, to nie znaczy, żeby trzeba było w piecu palić, boć to przecie Afryka, ale, że w każdym domu znajduje się kuchnia, z której dym rozchodzi się po całym domu. Malgasze są z natury leniwi nie do opisania, trzeba ustawicznie naganiać, jeżeli się chce żeby co zrobili. Malgasz, usiadłszy na ziemi, grzeje się na słońcu i jest w stanie przesiedzieć 3, 4 albo 5 godzin zupełnie nieruchomie. Czy on wtedy myśli i o czem myśli, to Pan Bóg raczy wiedzieć; tak na wejrzenie zdaje się że o niczem nie myślą.


Prochownia królewska na jeziorze Anosy w pobliżu Tananariwy.

Dotychczas jeszczem się nie oswoił z tutejszym klimatem; wciąż mi febra dokucza; co trochę ustanie, to znowu chwyta. Podczas febry trudno pracować, bo miewam często po 40° gorączki. Obecnie piszę ten list we febrze, która mnie już od tygodnia trzyma. Za krajem, a zwłaszcza za konwiktem, bardzo mi wciąż tęskno, ciągle myślę jestem w infirmerji między dzieciakami. Św. O. Ignacy z natury był bardzo porywczy, a przezwyciężając się doszedł do tego, że go miano za flegmatyka. On to pewno wyprosił mi u Pana Boga, żeby mnie ćwiczył w cierpliwości. Wie Ojciec może, że ja z natury porządnie gorąco kąpany, a tymczasem wciąż każe mi Pan Bóg wyczekiwać. Był Ojciec sam świadkiem, ilem się naczekał na wyjazd w Krakowie. Teraz również muszę czekać. Proszę sobie wystawić, że jakem się zapakował w Krakowie, tak po dziś dzień jestem spakowany choć zaraz jechać. Rozpakować kufra nie mogę, bo jeszcze nie mam stałego kąta, gdzie mógłbym się choć cokolwiek rozłożyć i na serjo wziąć się do roboty. Do przyjemności to wszystko nie należy, to prawda, ale cieszy mnie, że mogę choć coś przynajmniej Matce Najśw. ofiarować, wypełniając praktycznie, co nam św. O. Ignacy zaleca w rozmyślaniu de fundamento, t. j. zupełną obojętność na zdrowie, chorobę, powodzenie, niepowodzenie i t. p., bo samo rozmyślanie, t. j. sama teorja bez praktyki, nie na wiele się przyda. To wszystko zresztą drobnostki, o których i mówić nie warto, ot trzaseczki z Krzyża Pańskiego, które wskutek mego nieumartwienia, wydają mi się przykrością. Najbardziej mnie boli i dolega nędza moich biednych chorych. Ich mieszkanie opisałem już Ojcu w przeszłym liście, dlatego teraz nie opisuję. Biedacy mają zaledwie czem się wyżywić, t. j. zaledwie tyle ile potrzeba, żeby nie umrzeć z głodu; oprócz tego nie mają nic zgoła, ani lekarstwa, ani szmaty do owinięcia ran, słowem nic; ja jeden jestem tu wszystkiem, bo ani doktora, ani Siostry Miłosierdzia, nikogo przy nich nie ma. Przychodzę do nich co sobota (póki stale nie zamieszkam w schronisku), żeby im odprawić w niedzielę Mszę św. Nie uwierzy drogi Ojciec, jak mi przykro tam się pokazać. Przyjdę tam, zaopatrzę Ostatnimi Sakramentami kto mocniej chory, pochowam, jeżeli jest nieboszczyk, potem idę trochę pomiędzy chorych, rozumie się z dobrem słowem tylko, bo nic innego nie mam. Ci biedacy użalają się mi na swoje dolegliwości (oprócz trądu najrozmaitsze choroby) a ja poradzić nic nie mogę, bo nic nie mam. Jeden mi się skarżył na silny ból żołądka — pytam przez tłumacza, czy czego niestrawnego nie zjadł za wiele (oni jedzą co pod rękę wpadnie), a ten biedak odpowiada, że od trzech dni nic zgoła w ustach nie miał! Oddałem mu swój chleb, innym powiedziałem, że będę się starał o lekarstwa. Powróciłem do mieszkania, zapłakałem, przedstawiłem rzecz całą Matce Najświętszej — i po sprawie, bo cóż więcej zrobić mogłem.
Tutaj z chorymi trzeba być bardzo ostrożnym, bo oprócz trądu, rozpowszechniony między nimi syfilis, parchy i wszy. Temu ja się nie dziwię, bo jakże biedacy mają się myć lub czesać, nie mając palców u rąk. Tak dalej iść nie może żadną miarą. Moją ideą jest wybudować szpital na jakich 200 chorych i sprowadzić ze 3 lub 4 Siostry Miłosierdzia. Nie mam ani centa na to, dlatego nie przestanę naprzykrzać się Matce Najśw., żeby raczyła dać środki potrzebne na to. Tu o żebrach mowy niema, bo Malgasze bardzo ubodzy, a Europejczyków niewielu i to po największej części sami urzędnicy i wojskowi. Rozesłałem więc, gdzie się tylko dało, listy z prośbą o jałmużnę. Do Ojca też pisałem o tem w ostatnim liście, prosząc o umieszczenie odpowiedniego artykułu w »Misjach«.
Zdaje się mi, że Matka Najśw. wysłuchała moje niegodne prośby, a raczej nie moje, ale modlitwy Karmelitanek na Wesołej w Krakowie, bo już zaczynają powoli pojawiać się tego skutki. W sam dzień św. Józefa byłem bardzo przygnębiony nędzą moich chorych, siedziałem i rozmyślałem, jakby złemu zaradzić; naturalnie, żem nic nie wymyślił, bo na wszystko trzeba de quibus, co mi najbardziej brakuje, a ex nihilo nihil fit. Może sobie Ojciec wyobrazić, w jakim byłem humorze; bo, jak Ojciec zapewne wie, Tatar, kiedy mu co cięży na duszy, nietyle zmartwiony, ile zły. Było to koło godziny 4 po południu. Posłałem mego czarnego kuchmistrza po świeżą wodę (nie ze studni, ale deszczówkę z bagna, bo tu innej wody nie mamy), żeby zgotować herbaty i, jak to mówią, zatopić robaka. Chłopak wraca z drogi i mówi mi przez okno, że kapitan chce się ze mną widzieć. Co za licho, myślę sobie, skąd się tu jaki kapitan miał wziąć w tej pustyni (moje schronisko w górach zupełnie odosobnione jak kamedulska pustelnia); wychodzę i u furtki zdybałem czekającego na mnie wojskowego. Przedstawił mi się, że jest wojskowym doktorem i zarządza szpitalem Malgaszów w Tananariwie. Zaprosiłem go do siebie na chwilkę, sądząc, że przyjechał na mule zwiedzić schronisko.
Może sobie drogi Ojciec wyobrazić moje zdziwienie i radość zarazem, kiedy Francuz, zapaliwszy papierosa, powiedział mi, że spieszy zpowrotem do miasta, żeby ujść przed deszczem i nie ma czasu zwiedzać schroniska, wstąpił tylko, żeby mnie prosić o pozwolenie zajęcia się chorymi, t. j. żeby ich co tydzień raz mógł opatrzyć i każdemu dać odpowiednie lekarstwo. Zapewniał mnie, że miał wiele do czynienia z trędowatymi i wie jak im można ulżyć, bo wyleczyć tego zupełnie nie można. Dodał przytem, że nie przybywa oficjalnie od rządu przysłany, tylko sam z własnej ochoty, bo — mówi — nie można tak ludziom dawać się męczyć i cierpieć bez żadnej pomocy. Skąd wiedział, że ci biedacy nie mają żadnej pomocy, tego nie wiem, pierwszy raz w życiu zobaczyłem go wtedy. Powiedziałem mu otwarcie, że mu bardzo wdzięczny jestem i dziękuję w imieniu chorych, ale prosić o to nie śmiałbym, bo nie mam ani grosza. On mi mówił, że wszystko chce robić bezpłatnie i lekarstwa i potrzebne opatrunki też dawać bezpłatnie, li-tylko dlatego, żeby ulżyć tym nieszczęśliwym. Lekarstw daćby nie mógł, gdyby mu rząd nie pozwolił brać ze szpitala, ale on pomówi o tem z generałem. Prosiłem go tylko, żeby o tem pomówił z przełożonymi misji, ponieważ ja decydować w tej rzeczy bez nich nie mogę i jeszcze raz podziękowawszy mu w imieniu chorych i od siebie za jego dobre chęci, pożegnałem go. Po jego odjeździe nakazałem moim chorym, żeby się modlili o uskutecznienie zamiaru doktora, a sam gorąco podziękowałem Matce Najśw. za pomoc. Czem i jak się to skończy, jeszcze nie wiem, ale mam nadzieję, że pomyślnie, boć przecie nie kto inny, ale Matka Boska sama kieruje sprawą.
Nadeszły »Misje katol.« francuskie i tam znalazłem (wyciąg z »Misji« polskich), że dla mnie nadesłano z Polski 235 fr. Dzięki Bogu, myślę sobie, sumka wprawdzie malutka, ale początek funduszu na szpital już jest, resztę doda Matka Boska. Jedno z drugiem, t. j. propozycja doktora i wiadomość o jałmużnie, wiele mi ducha i nadziei dodało. Ciężko idzie, jak z kamienia, to prawda, ale pocieszam się słowami św. O. Ignacego, który często mawiał, że im gdzie więcej trudności, tem obfitszego owocu spodziewać się trzeba.
Słońce tutaj bardzo dziwnie działa; nie jest za gorąco, bo jesteśmy w górach, nie jest nawet tak gorąco, jak u nas bywa latem; schnie wszystko bardzo prędko, tak n. p. po silnym deszczu, w godzinę potem już proch. Przestrzegają tu bardzo, żeby nie być na słońcu z odkrytą głową, bo łatwo dostać można w kilku minutach uderzenia słońca, od czego, jak mówią, łatwo się umiera albo warjuje. Stosunek czarnych i białych do słońca, zupełnie odwrotny. Czarny cały dzień na słońcu z odkrytą głową i nic mu to nie szkodzi, a Europejczyk i kilka minut nie może być bez kapelusza. Czarny ma febrę, grzeje się na słońcu i pomaga mu to; Europejczyk zdrów zupełnie, długo zostanie na słońcu, choćby i w kapeluszu, dostaje febry albo uderzenia słońca, póki dobrze nie zaaklimatyzuje się.
Pracy tutejszych misjonarzy nie opisuję, bo o niej skądinąd ma Ojciec wiadomości, a powtóre, że szczegółów żadnych nie wiem, gdyż zajęty jestem ciągle moimi biedakami, a o inne rzeczy nie pytam wcale nikogo, bo nie mam czasu na to. Księży tu mało, dlatego pracy mają wiele, każdy ma jakie kilkanaście lub kilkadziesiąt wiosek, które musi obchodzić; to tylko wiem z tego com widział i słyszał, że to praca czysto parafjalna i nie jest bardzo ciężka, ani umyła się do tej pracy np. jaką mają u nas prefekci w konwikcie. Wielki tydzień przepędziłem w Tananariwie w infirmerji z powodu febry. W niedzielę Wielkanocną Mszę św. miałem w schronisku dla moich biedaków. Na szczęście tu i pojęcia nigdzie nie mają o święconem jak u nas, bo nie miałbym co dać moim chorym.
Co kraj to obyczaj — Francuzi tenebry odmawiają, kazanie wielkopiątkowe mają, ciemnicę ubierają, a grobu Pańskiego wcale niema, ani procesji rezurekcyjnej. W niedzielę zaś Palmową mają procesję z palmami; wszystko prawie zupełnie przeciwnie jak u nas. Malgaszów bardzo wielu przychodzi do kościoła, Europejczyków nie widać, ot czasem jeden lub dwóch; między Malgaszami jeszcze jest mnóstwo pogan, da Bóg, że to wszystko albo przynajmniej wielu z nich da się ochrzcić. W mojem schronisku 140 i coś chorych (kilku umarło), a w tej liczbie kilkudziesięciu jeszcze pogan nieochrzczonych. Mam nadzieję, że jak będę umiał nieco mówić ich językiem, to za łaską i pomocą Bożą będę mógł ich ochrzcić.
Dziś się dowiedziałem, że i rząd i krajowcy nie uważają trędowatych za ludzi, tylko za jakieś wyrzutki społeczeństwa ludzkiego. Wypędzają ich z miast i wsi, niech idą, gdzie chcą, byleby nie byli między zdrowymi — u nich trędowaty, to trędowaty, ale nie człowiek. Wielu z tych nieszczęśliwych włóczy się po bezludnych miejscach, póki mogą, aż wreszcie wycieńczeni padają i giną z głodu, przy drogach wielu żebrze, ale mało kto da jaką jałmużnę, wszyscy od nich uciekają. Krewni tych biedaków czasem z litości im co dadzą, albo przechowują ich w jakim kącie u siebie, ale to rzadkie wyjątki.
W następnym liście napiszę więcej, bo tu miejsca niema, a tymczasem proszę o jałmużnę na szpital dla moich chorych.
Tak brzmi język Malgaszów:
† Amy ny anaran'ny Ray sy ny Zanaka sy ny Fanahi-Musina. Amena. (Czyta się jak po polsku zupełnie, tylko a na końcu nie wymawia się, a y wymawia się jak i); to znaczy: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.





LIST V.

Tananariwa, 14 września 1899.


Wreszcie doczekałem się listu od Ojca (datowany 21/6 1899, otrzymałem 12/8 1889), za który bardzo dziękuję. Już na dobre zaczęło mnie niepokoić tak długie milczenie, przypuszczałem, że w podróży Ojcu co złego się stało, ale dzięki Bogu, że wszystko dobrze... Czytając list Ojca (i to nie raz nie dwa), myślałem ciągle messis quidem multa operarii autem pauci — a jednak zdarzają się leniuchy, którym się nie chce pracować ani nad sobą, ani nad ludźmi. Cobym ja dał, gdybym się mógł podzielić na nie wiem ile części! Jednego Tatara zostawiłbym w konwikcie chyrowskim, a resztę porozsyłałbym tam, gdzie wcale niema księży.
Pocieszyła mnie wiadomość o zbierającej się powoli jałmużnie na wybudowanie schroniska. Dzięki Matce Najświętszej, mam już trochę grosza, ale budowy jeszcze nie mogę zaczynać, bo na wybudowanie potrzeba 30.000 franków. A potem trzeba zabezpieczyć żywność choć na jaki miesiąc naprzód dla 200 chorych, nim się znowu co wyżebrze; trzeba zaopatrzyć schronisko w sprzęty i naczynia niezbędne.
Niech drogi Ojciec ogłosi w »Misjach«, że utrzymanie jednego chorego wynosi miesięcznie 12 franków 50 centimów, rocznie 150 fr., jedno łóżko, t. j. utrzymanie chorego po wieczne czasy 3000 fr. Rachowałem dobrze i innych znających tutejsze stosunki pytałem, ale taniej żadną miarą nie można utrzymać chorego. Proszę nie posądzać, abym tu mówił o utrzymaniu lepszem, t. j. takiem przynajmniej, jak np. po szpitalach — gdzietam! mówię tu o najskromniejszem, jakie tylko może być utrzymanie.
Za wszystkich tych, którzy się w jakikolwiek sposób przyczynią do polepszenia losu moich biedaków, ja co tydzień odprawiam Mszę św., t. j. 4 Msze św. na miesiąc, a moi chorzy codzień odmawiają za nich koronkę. Więcej zrobić nie możemy, ale Matka Boska stokrotnie resztę każdemu z dobrodziejów naszych wynagrodzi. O sobie nic Ojcu nowego donieść nie mogę. Mieszkam w schronisku jak prawdziwy pustelnik, bo niemam do kogo słowa przemówić. Od rana do wieczora pracuję i nie przestaję Matce Najświętszej naprzykrzać się, żeby mi pozwoliła prędzej mieć schronisko dla moich chorych, gdziebym mógł ich lepiej umieścić i zająć się nimi choć cokolwiek. Choć już jestem ósmy miesiąc na wyspie, jeszcze jednak nie mogę rozmówić się z krajowcami, bo mi tutejsza febra i różne inne okoliczności nie pozwoliły nauczyć się języka. Uczę się go teraz, lecz kiedy będę mógł już spowiadać i katechizować, sam nie wiem. Wszystko to w ręku Matki Boskiej — dziej się Jej najświętsza wola.
Za krajem, a zwłaszcza za konwiktem ciągle bardzo mi tęskno, ciągle mi dzieciaki stoją przed oczyma. Chciałbym już módz pracować między moimi chorymi, cały kipię z niecierpliwości, a tu trzeba czekać. Jak się wszystko razem połączy i zacznie mi dokuczać na dobre, wtedy odmawiam modlitewkę św. O. Ignacego »Suspice Domine...« i to mnie uspokaja. Trudna rada, in patientia vestra possidebitis animas vestras — czekam, aż Matka Najświętsza zechce, żebym zaczął działać. Do chorych chodzę rzadko, bo mi to bardzo przykro. Gdy pójdę do nich, oni mnie obstąpią, każdy się żali na swe dolegliwości, a zwłaszcza na pożerające ich rany, a ja pomódz im w niczem nie mogę, bo nic a nic jeszcze nie mam. Skoro który tak się rozchoruje, że wstać nie może, to się z nim dzielę swoją porcją. Wprawdzie on się tem nie obje, ale zawsze coś weźmie do ust, widzi przynajmniej współczucie, a więcej na razie nic nie mogę zrobić. Czasami i tego zrobić nie mogę, bo gdy takich chorych mam nie jednego, ale kilku lub kilkunastu, to nie zanoszę im mej porcji, bo nie byłoby czem obdzielić. Dać zaś jednemu a drugim nie, to jakoś nie idzie. Na obiad ma się tu trochę ryżu, albo parę jaj (jeżeli można dostać), albo kawałek chleba, który możnaby zjeść na śniadanie we W. Piątek, wcale nie naruszając postu, szklankę herbaty z takimże kawałkiem chleba; to są zwyczajne nasze obiady, tylko nie wszystko na jeden obiad lub kolację... Mam u siebie czarnego kuchmistrza, który potrafi ryż zgotować i sfabrykować rodzaj zupy z tutejszych ziół; więc się razem żywimy, czem Pan Bóg pozwala. Fundament jednak za łaską Bożą jest, t. j. mam herbatę, a gdy ta jest, to Tatarowi mało co więcej potrzeba. Mnie głównie chodzi o moich biednych chorych, a nie o mnie. Co do chorych i schroniska mielibyśmy wiele i to bardzo wiele do pomówienia, ale dam temu pokój, bo niewszystko można pisać, o czem możnaby mówić. Niech mi Ojciec tylko wierzy, że ci chorzy są bardzo biedni i bardzo głodni. Obecnie misja nie może mi więcej dawać jak 1 litr ryżu tygodniowo na jednego chorego, więcej nic a nic!...
Obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, który kupiliśmy razem z Ojcem w Krakowie, jest oprawiony w palisandrową ramę. Wyrzeźbiłem ją, jak umiałem, ale nieźle wygląda. W górze jest tarcza z Imieniem Jezus, a na dole z Imieniem Marya, naokoło winograd. Powiedziałem moim biedakom, że to z Polski przysłane (zob. rycinę na str. 45). Bardzobym się cieszył, gdyby się udało całe schronisko wybudować za polskie pieniądze...

Razu pewnego wołają mnie, abym prędko szedł, bo jedna staruszka bardzo się rozchorowała i prawie dogorywa. Pobiegłem co tchu i zastałem ją już prawie bez życia; była to poganka. Więc nie tracąc chwili, porywam flaszkę z wodą i ochrzciłem, nadając imię Marja. Zdaje mi się, że ta dusza wyratowana, taką przynajmniej mam w Bogu nadzieję. Przychodzi mi teraz na myśl: jak miłe musiało być zdziwienie tej biednej chorej, kiedy z smrodliwego mieszkania, a jeszcze ze smrodliwszego trędowatego ciała, naraz w jednej chwili ujrzała się w ślicznem, jasnem niebie u stóp samej Matki
Obraz Matki Bożej Częstochowskiej w kaplicy trędowatych w Ambahiwurak.
Ramy wyrzeźbione przez O. Beyzyma; podług forografji z r 1900.

Najświętszej. Naturalnie, że wyobrazić sobie tego dokładnie nie mogę, ale kiedy wspomnę o tem, to mnie cieszy i bawi zarazem to zdziwienie, jakiego musiała doznać ta szczęśliwa dusza. Nie mogę dość nadziwić się spokojowi, z jakim umierają trędowaci. Widać na twarzy konającego, że on okropnie cierpi, a mimo to żadnej skargi ani narzekania nie słychać; cierpi i czeka spokojnie śmierci.

Teraz moi chorzy cierpią o wiele więcej, niż kiedy indziej, bo to jeszcze zimno, a przytem mamy ustawiczny wicher.
Tutaj pory roku idą w następującym porządku:

Wrzesień Grudzień
Październik wiosna Styczeń lato
Listopad Luty
Marzec Czerwiec
Kwiecień jesień Lipiec zima
Maj Sierpień

Tutejsza zima, to nie europejska z mrozami, ale za gorąco też nie jest. W pogodnym dniu termometr pokazuje w cieniu +16°C. najwięcej, a w nocy opada do +3° a nawet +1° C. Czasami, ale to rzadko, nad ranem bywa szron. Niektóre tylko drzewa spuszczają liście na zimę; owady nie zamierają, ale wogóle wszystko bardzo smutno wygląda.
Ludność tutejsza jeszcze prawie pół na pół dzika. Jest już, dzięki Bogu, dość katolików, ale potrzeba jeszcze wiele pracy, aby z nich wykorzenić resztki pogańskich zabobonów i przesądów. Protestantów też tu nie braknie. Niestety, przebywający tu Europejczycy więcej szerzą rozpusty niż cywilizacji. Pojęcia Malgaszów wogóle są jeszcze bardzo dziecinne; każdej rzeczy się dziwią, wszystko ich bawi, lada fraszka, już śmieją się do rozpuku; ich zachcianki też nielepsze. Tak np.: razu pewnego byłem między chorymi. Jeden z nich (ten co na fotografji siedzi w środku z krzyżem na piersiach — zob. rycinę na str. 2) przywołuje mnie i pyta: »Kiedy mój Ojciec jedzie tam hen, hen, daleko, za to wielkie morze, skąd do nas przyjechał?« Odpowiedziałem, że wcale już tam nie pojadę, zostanę z wami i pytam zarazem, o co mu chodzi. On mi na to: »To bardzo źle, że mój Ojciec nie jedzie, to mnie przykro; jedź mój Ojcze koniecznie i prędko wracaj, bo ja chciałbym koniecznie, żeby mi mój Ojciec przywiózł taki biały kapelusz, jaki noszą wszyscy wazá«. (U Malgaszów, każdy kto nie jest Malgaszem, a zwłaszcza każdy biały nazywa się wazahá — wymawia się wazá). Dostałem mu taki kapelusz w Tananariwie, i on nim teraz nacieszyć się nie może; cały dzień ma go na głowie; wielką mu przyjemność sprawia, gdy mu się powie, że on ubrany zupełnie jak wazá; swoją drogą prócz kapelusza nic na sobie europejskiego nie ma, ale on na to nie zważa. Niejeden znowu często się myje, aby być bielszym i t. p. mają zachcianki...
Mam do Ojca małą prośbę, mianowicie: skoro który z naszych zdecyduje się wyjechać do Madagaskaru, niech mi przywiezie ze sobą trochę nasion pachnących kwiatów, n. p. lewkonij pełnych, rezedy, laków, kilka cebulek hiacyntów, białych lilij, także nieśmiertelników, pełnych astrów i t. p. Czy Ojciec uwierzy, że tu o takie kwiaty o wiele trudniej niż u was o egzotyczne rośliny. Ananasami i aloesami płoty wysadzają, a takich kwiatów niema, chociażby się doskonale udawały. Mnie koniecznie nasion potrzeba, bo nie mam czem zdobić kościoła, a powtóre moi biedacy cierpią od smrodu własnego gnijącego ciała, chociaż się znajdują na wolnem powietrzu. Chciałbym dla nich założyć ogródek kwiatowy, żeby im osłodzić choć trochę tę ich nędzę.
Teraz muszę Ojcu donieść o jednej rzeczy, którejby Ojciec może nie przypuszczał. Ja, samouk, nie umiejący wcale rysować, bom się nigdy nie uczył, ja, mogący zaledwie być za chłopaka u jakiego rzeźbiarza, i to jeszcze kto wie, czyby mnie przyjął, ja uchodzę tu za rzeźbiarza! Przyczyna tego bardzo prosta: na całym Madagaskarze niema ani jednego rzeźbiarza, zatem ja, mogący wyskrobać jakikolwiek listek, uchodzę tu za ukończonego rzeźbiarza. W Paryżu ma być wystawa, na której Madagaskar ma mieć osobny pawilon. X. Superior mnie prosił, żeby spróbować, czy który z czarnych nie potrafiłby rzeźbić. Spróbowałem, i to jakoś poszło, więc kazałem mu zrobić dwie ramy na wystawę, w których będą oprawione rysunki też robione przez Malgaszów. Rysunek rozumie się dałem jak najłatwiejszy; jak rzeźba wykonana, to wykonana, mniejsza już o to, dość, że to będzie rzeźbione przez Malgasza. Czarny artysta cieszy się, że jego robota będzie paradować w Europie i że może za to co dostanie...
Rozgadałem się, poraby skończyć, a tu właśnie przypomniało mi się malutkie zdarzeńko: Co miesiąc musimy się wszyscy zbierać w Tananariwie na casus z teologji moralnej, exhortę i t. p. Szedłem razu pewnego na takie zebranie (mam porządne dwie godziny drogi, naturalnie pieszo, i rzekę trzeba w bród przechodzić, bo mostu niema), uszedłem może jaki kwadrans drogi, kiedy zaczął mroczyć nie deszcz, ale taki kapuśniaczek, co to mniejszy od deszczu, a większy od rosy, ale przemoczy człowieka do kości. Rozwinąłem parasol i idę dalej. Słyszę, że ktoś boso biegnie za mną, jakby mnie chciał dogonić. Naraz wpada mi pod parasol jakiś czarny frant, mogący mieć jakie 12 lub 13 lat, bez krawatki rozumie się (mówiąc wyraźnie, tylko z przepaską na biodrach) i stanowczo oświadcza, że musi iść ze mną pod parasolem, bo mu na deszczu zimno. Trudna rada; bliźniego w biedzie trzeba ratować, chodź przyjacielu — przykryłem jak mogłem parasolem mego czarnego towarzysza podróży i tak szliśmy razem aż do Tananariwy. W mieście pożegnaliśmy się, jakby od wieków znajomi, ale ja, mimo to po dziś dzień nie wiem, jak się ten bąk nazywał, bo mi się nie przedstawił.
Oczekując listu od Ojca — polecam się jego łaskawym modlitwom.
P. S. Słyszałem, że kilku naszych chciałoby się dostać do trędowatych. To bardzo pięknie, ale teraz pytanie, czy to wszystko powołanie prawdziwe, czy tylko chwilowe zachcianki. Oby każdy z tych, co o tem myśli, posłuchał mojej rady i pierwej 10 razy dobrze rozważył wszystkie racje pro i contra, a dopiero potem prosił o misję. Wierzajcie mi (a mówię to z doświadczenia własnego, nie z czyjegokolwiek opowiadania), że nie jest to rzecz tak łatwa, jakby się zdawało. Zachwycać się opisami »Misyj katolickich«, zwłaszcza jeżeli artykuł dobrze napisany, daleko łatwiej, niż samemu być osobą działającą. Niech Bóg błogosławi każdemu, coby się chciał poświęcić, bo przez to ściągnie błogosławieństwo Boże na naszą prowincję.
Do Księdza K. N. w Chyrowie pisze O. Beyzym d. 21/6: »Listów moich nie obawiajcie się wcale, bo w środkach ostrożności jestem może zanadto uważny. Wstydby chyba było, gdybym ja przebywszy 11 lat w infirmerji, miał nie wiedzieć, co i jak robić, żeby choroby nie przenieść do innych. Zresztą sumienie mam, choć tatarskie, ale dzięki Bogu uczciwe, i nie odważyłbym się narażać Was na niebezpieczeństwo. Jeżeli Pan Bóg zechce, żebym ja sam był trędowatym, wtedy przez kogo innego Was wszystkich pożegnam i pisywać przestanę zupełnie. Narazie jednak tak źle jeszcze nie jest, więc się nie obawiajcie, jak się nie obawiacie infirmarza obsługującego chorych na szkarlatynę lub inną zaraźliwą chorobę«.





LIST VI.

Tananariwa, 25 listopada 1899.


... W początkach listopada spadł grad bardzo obfity i wielki, jak mówiono mi w Tananariwie, że pojedyncze ziarnka były wielkości śliwki, leżał kilka godzin, a w dołach, gdzie słońce nie dochodzi, przeleżał parę dni. W mieście grad zrobił wiele szkody, a nas po stacjach misyjnych ominął, i dlatego tylko relata refero, bom sam tego nie widział.
Pisałem kiedyś Ojcu, jak się urządziłem w mojem mieszkaniu; teraz muszę nieco uzupełnić moje opowiadanie. Póki mieszkałem, nie oddalając się z domu, wszystko było w porządku; ale pewnego razu chwyciła mnie znowu tutejsza febra. Porządnie mnie chwyciła, a ja też porządnie zacząłem się bronić od pieszczot tej ciotuni. Całemi dniami tylko to robiłem, że nawijałem w opłatki chininę i połykałem. Najadłem się tych pirogów z łacińskiej kuchni co niemiara, a mimo to nie chce mnie febra opuścić, gorączka trwa i trwa. Wkładam więc brewiarz do torby, biorę kij w rękę i maszeruję na kurację do Tananariwy. Wykurują, to dobrze, a nie, to drugie dobrze; przynajmniej wyspowiadam się przed śmiercią. W Tananariwie na powitanie bura od X. Superiora, ministra i infirmarza, żem przyszedł piechotą taki kawał drogi (2 dobre godziny) mając gorączkę. Trudna rada: idzie się piechotą, jeśli niema czem jechać. Wysłuchałem z pokorą tych wszystkich wymówek i napomnień i zacząłem się kurować. Za łaską Bożą, po kilku dniach wylizałem się — czy na długo — to pytanie, ale odesłano mnie na stację burżanami (tragarzami).
Wchodzę do mego pokoju i zastaję tam wszystko białe, jakby śniegiem pokryte: wszystko zakwitło od wilgoci. Rad nie rad przeniosłem się na strych, i teraz mam w tym pokoju na piętrze wszystko co miałem przedtem na górze i na dole. Zaczęła się już pora deszczowa, więc o mieszkaniu na dole mowy niema. W sam dzień św. Stanisława Kostki 13/11, bardzo niewiele brakowało, a byłbym się tanim kosztem dostał na tamten świat. Od rana było bardzo gorąco, parno i pochmurno; około południa zaczął deszcz padać i pioruny sypały się jak z worka. Przypatrywałem się temu wszystkiemu i przysłuchiwałem jakiś czas, bo lubię patrzeć na burzę, potem zacząłem odmawiać brewjarz. O godzinie 2-giej po południu, tak silny uderzył piorun, że moja chata zatrzęsła się od huku. Zdawało mi się, że to coś trochę czy nie za blisko. Zeszedłem więc na dół, żeby zobaczyć, czy moi trędowaci nie mają jakiego kłopotu od tego pioruna. Wychodzę, i zastałem coś innego, niż myślałem. Piorun uderzył nie w baraki moich chorych, ale tuż obok mojej chaty, tak może na metr od ściany i całą obryzgał błotem, zabił ptaka wielkości naszej wrony, a jak się nazywa, nie wiem (Malgasze nazywają go kicikici), wyrwał kawał darniny i poleciał w ziemię. Tym razem szczęśliwie się zakończyło polowanie pioruna tylko na ptaku, ludziom, dzięki Bogu, nic się nie dostało. Ptaka oddałem chorym, którzy się zbiegli do mnie, żeby zobaczyć, czy się co złego mi nie stało i zarazem obejrzeć ślady pioruna.
Obecnie burze z piorunami są u nas na porządku dziennym; prawie dnia niema bez nich. Kilka dni temu zaczęły pioruny bić nienajgorzej, więc zeszliśmy z moim czarnym kuchmistrzem na dół, ażeby łatwiej dać drapaka w razie, gdyby dach chciał się walić. A niewiele na toby potrzeba, jak mi się wydaje, bo cały dom trząsł się tak, że pisząc, czułem drżenie stolika. Nie wiem, czy Ojcu o tem wspominałem, że na morzu pioruny daleko ładniej wydają się, niż na ziemi. Gdy byłem na okręcie, z prawdziwą przyjemnością przypatrywałem się, jak biły pioruny jeden po drugim, każdy z nich — na oko sądząc — miał może jaki kilometr długości, a jak trzasnął we wodę, to aż miło, znać, że nie żartuje, ale wali co może. Grzmoty niedobrze się słyszą na okręcie, bo huk wody i maszyny przeszkadza. Nie można na pioruny długo patrzyć jednym ciągiem, zwłaszcza w nocy, bo światło to zanadto razi oko.
Wie Ojciec, że ja »Misje« czytuję z wielkiem zajęciem, ale nieraz ze strachem. Ze wszystkich stron proszą o wsparcie, bo wszędzie bieda. Jest jeszcze co prawda dużo miłosiernych ludzi na świecie, którzy wspierają, gdzie prawdziwa nędza, ale potrzebujących tylu, że chociażby się nie wiem jak wielkie jałmużny rozdało, to przecież na każdego odrobina spadnie. A u mnie nędza coraz gorsza. Nieraz łamałem sobie głowę, co począć, żeby niejednego z moich chorych zabezpieczyć od głodowej śmierci. Swoją porcją dzieliłem się często jak mogłem, ale co to znaczy, to chyba tyle co psu mucha na śniadanie. Aż mi się niedobrze robi, gdy wspomnę, że tyle ludzi traci taką masę pieniędzy na zachcianki i przyjemności nieraz najniegodziwsze, a moi chorzy nie mogą mieć ani schroniska, ani utrzymania, i jeszcze nie dzień, ani dwa trzeba czekać na to, ale może jeszcze jakie parę lat przyjdzie klepać taką biedę.
Wszystkim Ojcom i Braciom życzę wesołych Świąt i jak najpomyślniejszego nowego roku i stulecia zarazem. Oczekując z niecierpliwością listu od Ojca, a polecając się Jego modlitwom, pozostaję sługą najniższym w Chrystusie.





LIST VII.

Tananariwa, 28 grudnia 1899.


Pierwsze to święta, które spędziłem z moimi trędowatymi, bo, jak Ojcu wiadomo, w przeszłym, t. j. 1898 r., świętowałem w drodze do Tananariwy. Żeby te święta były wesołe, to trochę trudno powiedzieć, przeciwnie bardzo mnie smuciły, a to ze względu na moich chorych. W pierwszy dzień odprawiłem im trzy Msze św., ale gdzie? Nie potrzebowałem wcale stawiać szopki, jak to robią po naszych kościołach, bo mój kościół bodaj czy nie w gorszym stanie obecnie, jak Betleemska stajenka. Ściany zbrukane od deszczów i popękane rozchodzą się na wszystkie strony — chorzy muszą wybierać miejsca, gdzieby mogli rozesłać rogóżki, na których siedzą, bo w kościele błoto (teraz właśnie pora deszczowa). Ołtarz z gliny zrobiony tak jak i ściany, tylko parę kawałków deski położono zamiast mensy i stopnia; ozdobiłem go jak mogłem zieleniną (kwiatów jeszcze nie mogę dostać) ot i cała parada. Wie Ojciec drogi, że Matka Boska Częstochowska w rzeźbionej ramie i ten ołtarz niby cośkolwiek ozdobiony, wyglądają w tym kościele zupełnie jak piękny bukiet przy dobrze zasmolonym kożuchu. Moi chorzy wystroili się jak kto mógł, mimo to jednak wyglądali jak czeladź murarska w powszedni dzień. Zapach w całym kościele wcale nie przypominał kadzidła, ale trudna rada, inaczej być nie może, bo ci nieszczęśliwi gniją żywcem. Po 3-ciej Mszy św. ci, co jako tako mogą chodzić, rozeszli się na żebry, a reszta została w swoich barłogach. Ot i już po świętach. Tutaj, tak jak we Francji, na Boże Narodzenie, Wielkanoc i Zielone Świątki tylko jeden dzień świętują. Gdyby to tylko było rzeczą możliwą, to byłbym jak najchętniej poprosił, ileby się dało, osób zamożnych, żeby, po dobrej wigilji, nie do ozdobionych kościołów, ale do mojej kapliczki przyszli na Mszę św. w pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Zobaczywszy na własne oczy mój kościół, a w nim wycieńczonych i zgłodniałych trędowatych śpiewających »Gloria in excelsis«, możeby się więcej zlitowali nad tą nędzą i dopomogli prędzej wystawić schronisko i zabezpieczyć jego choćby jak najuboższe utrzymanie.
Nie przestaję prosić Matkę Boską, żeby nakłoniła serca miłosiernych ludzi do pospieszenia z pomocą moim nieszczęśliwym trędowatym, których bez przesady śmiało można nazwać najnieszczęśliwszymi ze wszystkich najnieszczęśliwszych ludzi na świecie. Wcalebym się nie pogniewał, gdyby się znalazł w Ameryce, jak to już się niejednemu zdarzyło, jakiś bogaty wujaszek czy ciocia, mniejsza o to, słowem, jak to mówią, jakiś dwudziesty kół w płocie, któryby bezdzietnie poszedł na tamten świat, a mnie zrobił swoim spadkobiercą. Cały kłopot tylko w tem, że narazie jakoś na to się nie zanosi. Pisałem już dawno do jednego Amerykanina, prosząc o wsparcie, ale dotychczas odpowiedzi nie mam. Czy mego listu nie dostał, czy może go dostał, ale uznał za stosowne całą tę sprawę zostawić czasowi, t. j. pokryć ją milczeniem, tego już nie wiem, dość na tem, że dotychczas z Ameryki ani hu hu. U mnie nędza ta sama co przedtem, tylko nie taka sama, ale większa. Dlatego udaję się do Ojca drogiego z następującą prośbą: proszę z łaski swej umieścić jaki artykuł w »Misjach«, prosząc wszystkich, kto tylko może i łaskaw, żeby byli tacy dobrzy i przyspieszyli nieco z jałmużną na moje schronisko. Wiem, że i Ojcu i wszystkim, czytającym »Misje«, dzikiemby się to wydawało, bo piękna to prośba, piękna żebranina tak żądać od kogoś, jak niby z własnej kieszeni: dawaj i to prędko. Warjat chybaby mógł się tak odezwać a nie żebrak, mający przytomność umysłu, boć przecie jałmużna, to łaska, o którą prosić trzeba i to pokornie, a nie rozkazywać, żeby ją dawali i to w dodatku prędko. Jeżeli jednak Ojciec zwróci uwagę na powód, dla którego proszę o przyspieszenie jałmużny, to zdaje się mi, że ta prośba wcale tak dziko wyglądać nie będzie. Otóż proszę o pośpiech, jedynie dlatego, że nagroda z pewnością nie minie nikogo, kto się przyczyni choćby najmniejszym datkiem lub innym sposobem do polepszenia losu nieszczęśliwych trędowatych, i to niebyle jaka, ale stokrotna nagroda, bo cała ta rzecz w ręku Matki Boskiej, która nie pozwoli przewyższyć się w hojności; każdy zaś co daje, daje samemu Boskiemu Jej synowi, który powiedział: »coście jednemu z tych uczynili, Mnieście uczynili«. Ja żebrzę, gdzie tylko się da, i za łaską Matki Najśw., choć wprawdzie powoli, ale jakoś to idzie. Dlaczegoby jednak Polacy nie mieli się pospieszyć, żeby za ich pieniądze, jeżeli nie zupełnie, to przeważnie przynajmniej, mogły być wystawione schroniska trędowatych i przez to uprzedzić np. Francuzów i innych w otrzymaniu za to nagrody od Matki Najśw., jak w tem, tak w przyszłem życiu? Nie piszę to wcale bez namysłu. Wiem, że po całym Bożym świecie pełno nędzy; zewsząd przychodzą ustawiczne prośby o wsparcie, na wszystkie strony słychać ustawiczne narzekania: »ciężkie czasy, pieniędzy brak, a tu na wszystkie strony nic nie słychać tylko daj i daj, tak, że człowiek sam nie wie jak poradzić, choć z duszy serca chciałby pomódz biednemu« i t. d. i t. d. Dlatego namyślałem się, czy prosić Ojca o umieszczenie takiego artykułu w »Misjach« czy nie. Kiedym się nad tem zastanowił, przyszło mi na myśl: gdyby chodziło o jakąś wystawę, o jaki pomnik, o urządzenie jakiejś narodowej uroczystości, lub o coś podobnego, to, choć czasy ciężkie, choć pieniędzy brak, jednak zaraz zawiązałby się komitet i znalazłyby się pieniądze, nietylko na podobny cel niezbędne, ale i na opłacenie niejednego może dziesiątka członków takiego komitetu. Mało tego, że pieniądzeby się znalazły, ale w dodatku prędkoby się znalazły i to może nawet więcej, niżby potrzeba było. Czyby się nie dało coś w tym rodzaju zrobić z wybudowaniem schroniska trędowatych, na które ja żebrzę! Różnica zachodzi wielka między i między, bo wszystkie wystawy, pomniki, uroczystości narodowe i t. p. rzeczy, dobre to jest, ale czy będzie za to nagroda w przyszłem życiu, to pytanie, na które odpowiedzi jeszcze niema, boć to wszystko rzeczy czysto ziemskie, doczesne, z których korzyści niekoniecznie wiele jak dla tych, którzy urządzają, tak dla tych, którym urządzają. Poratować zaś bliźnich w takiej nędzy będących jak trędowaci, to czysty zysk, jak w tem tak w przyszłem życiu. To wszystko rozważywszy, zdecydowałem się prosić drogiego Ojca o umieszczenie takiego artykułu w »Misjach«, a może przez to przyspieszyć pomoc moim nieszczęśliwym chorym i ściągnąć błogosławieństwo Boskie na nasz biedny kraj. Zresztą ja tylko proszę, a Ojciec niech zrobi, jak będzie uważał w Panu za lepsze. Mnie się zdaje, że mam dostateczny powód do proszenia o przyspieszenie jałmużny, ale nemo judex in causa sua, więc decyzję i przychylenie się do mojej prośby lub nie, zostawiam zupełnie drogiemu Ojcu.

Nie pamiętam, czy już o tem pisałem czy nie, ale coś mi się zdaje, że chyba jeszcze nie. Sprawdza się zupełnie na Malgaszach łacińskie przysłowie: de gustibus non disputandum. Spostrzegłem, że jeżeli nie ogół, to przynajmniej bardzo wielu pomiędzy nimi ma zanadto wygórowane pojęcie o swojej piękności, którą wcale nie grzeszą. Widziałem niejednego przed kawałkiem lustra, przypatrującego się swojej facjacie, sam nie wiem, jak długo. O stracie czasu mowy tu niema, bo u Malgaszów czas taką ma wartość, jak u nas przeszłoroczny śnieg. Ale co śmieszne to śmieszne. Nieraz brzydki człowieczysko jak kuzynek belzebuba, a napatrzyć się na siebie nie może. Zdaje się, że napróżno siliłby się ten, ktoby chciał takiemu facetowi wytłumaczyć, że on brzydki i że nie ma na co tak długo patrzeć. To jednak tylko śmieszne i nic więcej, ale gdy eleganci i elegantki chcą uchodzić za cywilizowanych i zaczynają się już ubierać z europejska, to prawdziwe utrapienie. Wysztuceruje się to wszystko już nie według mody, ale chyba według wszystkich możliwych mód naraz; a że czarni wogóle z natury nie pachną, więc każdy i każda stara się dostać jakie tylko może perfumy i pomadę. Gdzie zaś co znajdzie, wszystko na siebie pakuje i stąd taka mieszanina zapachów, że nie wiem, czy najlepszy chemik potrafiłby sfabrykować coś podobnego. Gdy się eskadron takich elegantów i elegantek wsypie do kościoła, to, kto wie, czyby się świece mogły palić, gdyby nie było przeciągu w kościele. Rozdając kiedyś Komunję św. w Tananariwie, byłem w kłopocie, co z nosem zrobić. Smród trędowatych zdaje się znośniejszy od tych pachnideł, bo choć to wprawdzie porządny smród, ale jeden tylko, a nie taka mieszanina zapachów, z których co jeden to nudniejszy od drugiego. Proszę jednak tych modnisiów nie posądzać o ochędóstwo, bo o to, zdaje się, wcale nie dbają, niby się wymyją i wysztucerują, a w tych napomadowanych włosach i naperfumowanych odzieniach tyle nieraz zwierzyny (na którą się poluje nie strzelbą, ale gęstym grzebieniem), że gdyby to mogło być sprzedawanem choćby jak najtaniej, to właściciele byliby z pewnością miljonerami. Trafiają się co prawda i wyjątki w tej mierze, t. j. tacy, co nie posiadają wcale zwierzyny na sobie, ale to wyjątki tylko i, o ile wiem, wcale nieliczne.

O. Beyzym i dzieci trędowate w Ambahiwuraku.

Niedawno temu, jeden z moich chorych, czując się bardzo źle, prosił o Chrzest św. Udzieliłem mu go natychmiast, a nazajutrz rano już nie żył. Przyszli do mnie krewni zmarłego i mówią, że chcą go wziąć, żeby pochować u siebie. Bierzcie kiedy chcecie, odpowiedziałem, ale ja nie chcę odpowiadać za nic. Oni mnie proszą o pozwolenie na piśmie, żeby się mieli czem przed rządem wykazać, gdyby ich haczono, że trędowatego zanieśli między zdrowych — to im odmówiłem, bo nie mam prawa dawać takiego pozwolenia. Oni, bojąc się odpowiedzialności, zostawili nieboszczyka, który w ten sposób pochowany został po katolicku. Malgasze cmentarzy nie mają po wsiach, ale chowają swoich zmarłych albo gdzie w polu, albo we własnem podwórzu, jeśli mają grób familijny. Ze Chrztem trzeba być tutaj bardzo ostrożnym i niebardzo łatwo go udzielać.

Najpierw trzeba, proszącego o Chrzest, dobrze przygotować, zapewnić się, o ile to możliwe, że on prawdziwie chce być katolikiem (mówię o dorosłych) i dopiero ochrzcić, bo łatwo i często się zdarza, że który z Malgaszów da się ochrzcić a potem nie praktykuje Wiary, ale skacze jak mu wygodnie i lepiej na rękę z wiary do wiary, przejdzie na protestantyzm, po jakimś czasie wraca do pogaństwa i t. d. Protestanci dają każdemu, co się u nich ochrzci (czy go do chrztu przygotowują, czy nie, tego nie wiem) lamba, t. j. kawał płótna jak prześcieradło, który krajowcy zawsze noszą na sobie, tak jak Europejczycy szale. Otóż razu pewnego znalazł się artysta, co się chwalił, że w przeciągu 16 dni dostał bezpłatnie 12 takich lamba. Pytają go, jakim sposobem to zrobił, on mówi, że bardzo prostym, a mianowicie: szedłem z Tananariwy do Tamatawy, podróż ta trwa 8 dni, idąc tam, zaszedłem do sześciu rozmaitych zborów protestanckich i dałem się w każdym ochrzcić, ot już jest 6 lamba. Żeby mnie nie poznano, nie szedłem po 2 razy do jednego zboru, ale wracając do Tananariwy, zaszedłem po drodze do 6 innych zborów i w każdym dałem się znowu ochrzcić, ot i jest znów 6 lamba, i tym sposobem w ciągu 16 dni dostałem 12 lamba, nie zapłaciwszy nic. Opowiadano mi to jako fakt prawdziwy, czy zaś to fakt prawdziwy, czy anegdotka tylko, skąd ja mogę wiedzieć, relata refero. W każdym razie, choćby to była tylko anegdotka, jest to rzecz bardzo prawdopodobna, bo Malgasze nadzwyczaj są chciwi na wszystko. Niech tylko który z nich zobaczy cokolwiek u kogo, to zdaje się, że nie byłby Malgaszem, gdyby o to nie poprosił. Czy mu ta rzecz potrzebna, czy nie, on na to nie zważa wcale, tylko prosi. Chcieliby wszystko mieć, jak u nas Rusini mówią »chytro mudro, a ne wełykim kosztom«, t. j. mieć jak najwięcej, a przytem pracować jak najmniej.
Kiedyś rozmawiając z chorymi, pokazałem im »Misje« ze sierpnia r. 1899, gdzie ich 3-ch jest na fotografji, zaczęli się dopytywać, kto to pisze te wielkie papiery i w jakim języku, że ani przeczytać, ani zrozumieć nie można. Powiedziałem im, że to pisane po polsku i że to jeden ksiądz pisze i rozsyła te wielkie papiery, żeby dla nich uzbierać trochę jałmużny. Oni znowu pytają mnie, gdzie ten ksiądz mieszka, czy w tym dalekim kraju za morzem, skąd ja do nich przyjechałem, odpowiedziałem, że tak i że, jeżeli chcą, to sami mogą do Ojca napisać. Jest tu między chorymi w mojem schronisku dwóch katechistów, którzy katechizują chorych, prosili mnie, żebym, napisawszy ten list po polsku, przesłał go Ojcu. Posyłam więc tłumaczenie zupełnie dosłowne tego listu, nawet z adresem, tylko potem podałem parę uwag dla wyjaśnienia miejsc może niezrozumiałych dla nieznającego zupełnie języka Malgaszów.
NB. Moje schronisko leży w miejscu nazywającem się Ambahiwurak. Nazwisko Ojca ja napisałem jak trzeba, bo Malgasze ani wymówić go nie mogą, ani liter, potrzebnych do napisania go, nie mają w swojem abecadle. (Czermiński u nich brzmi: »Tseremisiky«).

Oto adres i list:
»Ksiądz Czermiński w Polsce.
Księże, którzy jesteście ojcem i matką nieszczęśliwych,1 oto co my Wam mówimy: jeżeli Wam możliwe to zróbiće, my Was prosimy, żebyście poprosili Chrześcijan w waszym kraju trochę pieniędzy dla nas biednych chorych z Ambahiwurak, bo nasze tutaj pożywienie wcale niewystarczające, nasze domy stare i brudne, mamy tylko jedno lamba 2 do przykrycia się i cierpimy od zimna. Tym listem my Was odwiedzamy i żegnamy zarazem.
Tak mówią Michał i Rafał 3 katechiści i wszyscy biedni chorzy z Ambahiwurak«.4

1. Jesteś ojcem i matką nieszczęśliwych znaczy: jesteś tym, do którego nieszczęśliwi mogą się z ufnością oddawać jak do ojca lub matki.
2. Lamba jest to kawał płótna wielkości prześcieradła.
3. Odwiedzamy i żegnamy zarazem jest to wyrażenie, oznaczające serdeczne pozdrowienie, jest to wyraz czysto malgaszki, który się żadną miarą inaczej przetłumaczyć nie da.
4. Tak mówią Michał i Rafał... to ma oznaczać, że Michał i Rafał piszą do Ojca w imieniu wszystkich chorych.


Gdyby Ojciec był łaskaw przysłać kilka słów odpowiedzi, to sprawiłby wielką radość tym nieszczęśliwym. Proszę napisać w swoim liście po polsku, a ja im to oddam przetłumaczone na malgaszki język, niech się ucieszą.
Napisałem Ojcu na początku listu, że szopki nie potrzebowałem stawiać i w samej rzeczy nie myślałem wcale o tem, bo, jak powiedziałem, cały kościół wygląda bodaj czy niegorzej od Betleemskiej stajenki, to raz, a powtóre, że nie miałem nic zgoła do ubrania szopki. Tymczasem stało się inaczej. W sobotę 23/12 przysłano mi zupełnie niespodzianie z Tananariwy figurki malowane i wycięte z blachy Dzieciątko Jezus, Matki Najśw. i św. Józefa, otrzymałem te rzeczy wieczorem, więc już nie mogłem nic zrobić. Nazajutrz, t. j. w niedzielę 24-go, związaliśmy naprędce z moim czarnym kuchmistrzem szopkę z kawałków bambusa, pokryliśmy suchą trzciną i wyglądało to w samej rzeczy jak szopka; wewnątrz wyścieliłem świeżą trawą, zaniosłem do kościoła, postawiłem na małym stoliku i zacząłem umocowywać figurki Najświętszej Rodziny. Któryś z chorych zobaczył to i zaraz powiedział innym, że ja coś robię w kościele. Za chwilę już wszyscy chorzy zeszli się do kościoła, żeby się mojej robocie przypatrywać, bo wszystko ich bawi i zaciekawia jak małe dzieci. Kiedy otoczyli stolik, na którym była szopka, słychać było okrzyk: »ojej, Maluśki Jezus«, potem przez jakiś czas przypatrywali się w zupełnem milczeniu. Przypatrzywszy się nieco, powiedzieli mi: szopka ujdzie, ale cały nasz kościół strasznie brzydki, czy możemy go ozdobić? Naturalnie, że najchętniej przystałem na to, tylko ciekaw byłem, co też oni wymyślą. Kilku chorych, będących jeszcze w pierwszem stadjum, poszło zaraz, nacięli gałęzi z drzew (jest kilka drzew przy ich barakach), narwali trawy i polnych kwiatów i umaili nietylko kościół, ale i drogę od baraków do kościoła. Skończywszy robotę, wołają mnie, żebym powiedział, dobrze czy nie, a przytem proszą, żeby nazajutrz Msza św. mogła być o północy. »Katoliki na całym świecie mają tak, a my czemu nie tak, kiedy my także katoliki«. Na to jednak nie przystałem, bo w nocy deszcz, więc to dla nich byłoby szkodliwem (przejścia krytego od baraków do kościoła niema). Żeby jednak zadośćuczynić ich żądaniu, powiedziałem, że odprawimy nabożeństwo raniutko. Co do umajenia powiedziałem, że doskonale zrobili, ale jeszcze niewszystko, bo będziecie iść pociemku do kościoła. Dałem im z kościoła dwie latarki, które używamy przy udzielaniu Sakramentów św. konającym i przy pogrzebach, zawiesili je na gałęziach i zadowoleni rozeszli się, żeby czekać rana. Czy spali tej nocy czy nie, tego już nie wiem, dość na tem, że ledwo deszcz ustał około 3-ciej godziny, już droga była iluminowana i zaczęli schodzić się do kościoła. Około 4-tej zacząłem odprawiać Mszę św. Musieli się porządnie pomęczyć moi chorzy, bo przez wszystkie trzy Msze św. bezustanku śpiewali i odmawiali różańce. W ciągu dnia ustawicznie ktoś z nich był w kościele przy szopce. Każdy, co mógł tylko, to coś przyniósł, to gałązkę, to kwiatek polny lub trawę, żeby przyozdobić kościół. Prawdziwa to pociecha patrzeć, jak ci nieszczęśliwi garną się do Boga. Możnaby bardzo wiele dobrego między nimi zrobić, doskonale ich przygotować do śmierci, bo chętnie garną się do Boga, chętnie słuchają i wykonują co się im mówi, ale niesłychanie wielką przeszkodę stanowi brak środków do utrzymania. Taki każdy chory ustawicznie zajęty tylko potrzebami doczesnemi, rano musi myśleć, coby w południe zjadł, w południe nie wie, czy nie przyjdzie mu pójść spać bez kolacji, idąc spać przemyśla, coby jutro skąd dostać i t. d. Ta nędza sprowadza też i występki, t. p. zdarzyła się między chorymi kradzież. Kazałem winowajcy natychmiast oddać pieniądze właścicielowi i zagroziłem wypędzeniem, jeżeli coś podobnego powtórzy się jeszcze. Ten winowajca (była to poganka) oddaje ½ tylko pieniędzy, bo drugą ½ przejadła i zapewniła, że głód ją zmusił do kradzieży. ot i woda na mój młyn, ma Ojciec dowód, że dobrzeby było, gdyby Ojciec zdecydował się napisać w »Misjach« artykuł z prośbą o przyspierzenie jałmużny na wybudowanie i utrzymanie schroniska.
Tyle narazie, jak Bóg pozwoli doczekać, to z następną pocztą znowu do Ojca napiszę. Bardzo prosząc drogiego Ojca o łaskawą pamięć w modlitwach, kończę moją bazgraninę, sługa w Chrystusie najniższy.





LIST VIII.

Tananariwa, 13 listopada 1900.


Drogiemu Ojcu posyłam kilka fotografij z mego schroniska. Może będziecie mogli tam w kraju mieć słabe wyobrażenie o trądzie i biedzie, w jakiej się moi chorzy znajdują. Mam kilku gorzej chorych, ale ich trudno męczyć fotografowaniem, więc ich nie wziąłem. Między moimi chorymi głód więcej się teraz rozpanoszył, bo przedtem, ci co mogą chodzić, żebrali przy drogach i to, choć wprawdzie niewiele, ale choć coś im pomagało. Obecnie rząd zakazał zupełnie żebry, więc nowy kłopot. Moi chorzy skwaszeni i pytają, jak tu radzić teraz. Powiedziałem: wiele i bardzo wiele, módlmy się do Matki Najśw., a poślemy nasze fotografje do Europy, za morze, do Polski, to jakoś to będzie, bo w Polsce dobrzy ludzie i miłosierni, jak zobaczą was na fotografji, to zlitują się i przyślą wam jałmużnę. To ich trochę pocieszyło i uspokoiło i z wielkiem ukontentowaniem zbierali się do fotografji. Wytłumaczyłem im tylko, że muszą być cierpliwi, bo Polska jest za wielkiem morzem, zatem to daleko; oprócz tego, tam niema depozytu żadnego, żeby tylko wziąć pieniądze i wysłać, ale trzeba żebrać i składać jałmużnę, a jak się co uzbiera, wtedy posłać. Droga też długa, więc nie tak zaraz mogą te pieniądze przyjść i t. p. Widocznie trafiło to biedakom do przekonania, bo pokiwawszy głowami, powiedzieli: »Słuszność przy Ojcu, trzeba czekać«.
W dwóch wypadkach ledwom się powstrzymał od śmiechu, bo nie pora była śmiać się wtedy, mianowicie przy pogrzebach. Chowałem nieboszczyka trędowatego, już odmówiłem zwykłe modlitwy, poświęciłem grób i kazałem zasypać. Już sporo ziemi było na nieboszczyku, aż tu naraz biegnie jedna z chorych i krzyczy: »poczekaj, poczekaj«. Sypiący ziemię zatrzymali się, a ja ze zdziwieniem czekałem, co z tego będzie. Otóż ta kobieta przyniosła kapelusz, którego używał nieboszczyk; jeden z tych co zasypywali mogiłę, złożył go we czworo, zrobił otwór w ziemi i wpakował ten kapelusz nieboszczykowi. Przy innym znowu pogrzebie włożono zmarłemu do grobu tabakę w kawałku bambusa, którą nie skończył żuć za życia.
Ma Ojciec wiedzieć, że Malgasze bardzo mało palą i to bardzo nieliczni, tylko jakby wyjątek między nimi stanowią palacze. Ale rozpowszechnionem jest tu bardzo żucie, czy smoktanie tabaki, dokładnie tego nie umiem powiedzieć. Chowają tę tabakę nie w tabakierkach, ale w cienkich kawałkach bambusa, zatkniętych z obu końców drzewem. Z tego rodzaju tabakiery nasypuje sobie Malgasz tabaki na dłoń, poczem z dłoni wsypuje ją między dolną wargę a dziąsła, potrzyma kilka minut w ustach, a kiedy przestanie już piec, wtedy tabakę wyplunie.
Pytałem moich chorych, naco zmarłym kładą takie rzeczy do grobów? Cała odpowiedź była: »niech ma, to było jego«.
Jak Maglasze chciwi są na pieniądze, i jak o nich ciągle myślą, może Ojciec wnosić z tego, co się mi niedawno zdarzyło. Wołają mnie do chorej i mówią: »może wnet umrze, a ochrzczona źle, bo u protestantów«. Pobiegłem natychmiast i zastałem chorą w samej rzeczy mającą się już bardzo źle, prawie konającą. Pytam, czy chce, żebym ją ochrzcił i żeby umarła katoliczką, odpowiada: »tak«. Ochrzciłem ją, rozumie się warunkowo, i odchodzę. Wówczas ta kobieta woła na mnie, żebym wrócił; podchodzę i pytam, czego chce, ona mówi: »trochę pieniędzy, Ojcze«. Wszyscy obecni w śmiech na całe gardło; powiedziałem jej, żeby się już o nic nie troszczyła, do nieba przyjmą ją bez pieniędzy; w parę dni potem pochowałem ją.
U Malgaszów jeszcze jest zwyczaj, że przy pogrzebach lamentują płaczki. Nie ma Ojciec wyobrażenia, jak to dziko wygląda, a to z tego powodu, że Malgasze z natury ogromnie są skłonni do śmiechu, lada co najmniejszego, coś nawet takiego, z czegoby się dziecko nie roześmiało, Malgasz śmieje się do rozpuku. Przy pogrzebach, na których bywali członkowie rodziny zmarłego, zwykle odbywały się takie lamenta. Słucham raz, drugi, ale coś mi się wadało, że to płacz i zawodzenie na komendę a nie z żalu, patrzę, a tu kilka takich płaczek lamentuje i śmieje się zarazem. Od tej pory zakazałem to zupełnie. Powiedziałem moim chorym, że kto chce rozmawiać albo śmiać się, niech się na pogrzeb nie zjawia, to nie czas na komedje i teraz już lepiej pod tym względem.
Stulecie zakończyliśmy, dzięki Bogu, po katolicku. Moi chorzy spowiadali się i komunikowali 31 grudnia 1899 r., a pięciu przystąpiło do pierwszej Komunji św. i dostali szkaplerze.

Mimowolnie zupełnie przybyło mi trochę wiedzy z naturalnej historji. Pewnego razu zabierałem się do podlania kilku kwiatów, które mam do ozdobienia ołtarza. Biorąc konewkę, spostrzegłem osę ciągnącą ogromnego pająka. Bardzo mnie to zaciekawiło, postawiłem konewkę i zacząłem się jej przypatrywać. Szła bardzo prędko (tutejsze osy może dwa razy tak wielkie, jak nasze) ale cofając się, bo pyszczkiem trzymała pająka, którego wlokła. Jak drogę widziała, tego nie rozumiem, ale ani razu nie utknęła, ani zaczepiła o nic, a szła pomiędzy trawą, po grudzie, przez rowki, jamki i t. p. przez cały czas. Pajęczysko miał rozciągnięte łapy i nie drgnął ani razu, zupełnie jak nieżywy. Śledziłem tę osę może przez jakie 5 czy 6 metrów, a potem wróciłem do swojej roboty. Będąc u jednego z naszych Ojców, pytam go, czy nie wie co osy robią z temi pająkami i opowiedziałem mu, com widział. Ten Ojciec powiedział mi, że to rzecz ciekawa, ale wcale nienowa i że ona sam to kiedyś widział wszystko. Osa złapie pająka, ukole go żądłem, ale nie zabije tem ukłóciem, tylko go ubezwładni tak, że pająk tylko pyskiem może ruszać, zresztą niczem. Po ubezwładnieniu zawlecze osa takiego pająka do swego gniazda ulepionego z gliny, i tam składa na nim swoje jajka. Pająk nie psuje się, bo
Mężczyźni trędowaci i O. Beyzym.

jest żywy, a małe osy, zaraz po wylęgnięniu, żywią się tym pająkiem, póki go całkiem nie zjedzą. Szkoda tylko, że osy tak mało zabijają pająków, bo ich tu tyle jest, że opędzić się trudno; gdzie spojrzeć, wszędzie ich pełno, wszędzie zasnuto, na domach, drzewach, trawie, ziemi, wewnątrz domów, słowem wszędzie. W ziemi też ich jest dość. Zobaczyłem raz okrągłą dziurę w ziemi, a chcąc się dowiedzieć czy głęboka i czy zamieszkana, wlałem tam trochę wody. Ledwo wlałem wodę, wyskoczyła stamtąd spora tarantula. Innym razem chciałem sobie zrobić do kościoła kilka lichtarzy z gliny (parę gałek, jak u nas zwykle robią na iluminację w oknach), grzebnąłem łopatą i ze ziemią wydobyłem znowu tarantulę. Na ołtarzu obmiotłem przede Mszą lichtarze i obraz z pajęczyny i pająków, przychodzę w południe do kościoła, oho, nowi lokatorowie na temże samem miejscu już zasnuli swoje sieci i rozgospodarowali się na dobre.

Nie wiem skąd wziął się u Malgaszów zwyczaj podawania ręki, zdybując się z kim i to znajomy czy nieznajomy, wszystko jedno. Mnie ten zaszczyt już prawie zupełnie nie spotyka, bo zburczałem niejednego za to. Idąc kiedyś do Tananariwy, zdybuje mnie jakiś wysztucerowany facet, zachodzi mi drogę i łapę wyciąga. Czego chcesz? pytam (o jałmużnie mowy być nie mogło, bo widać było po jego ubraniu, że ma się dobrze). On mówi: »dzieńdobry Ojcu!« »Dzieńdobry, to dzieńdobry, ale twojej łapy nie potrzebuję i nie podawaj ją nikomu, z kim nie jesteś dobrze znajomy, bo powiedzą o tobie, żeś jeszcze dziki«. Nauka nie poszła w las, jak to mówią, bo potem zdybaliśmy się znowu kiedyś, ale on mi się tylko ukłonił, a łapy już nie było. Zwyczaj powyższy nawet trochę niebezpieczny, bo ręce u Malgaszów wiecznie spocone i lepkie, a tyle między nimi chorób niekoniecznie pożądanych, jak np. parchy. Dziwnie przytem wygląda zdybać się z jakimś smarowozem, którego w życiu się nie widziało i ni stąd, ni zowąd »servus kolego«, jakby się było z nim w zażyłości od dzieciństwa co najmniej.
Na jednej z fotografij, które Ojcu posyłam, jest opatrunek ran. To się dotychczas odbywa pod gołem niebem, bo w izbach za ciemno i za ciasno i tylko wtedy, gdy skąd dostanę kawałek płótna zdarny do owinięcia rany.
Pisząc ten list, musiałem go przerwać, żeby się zrobić na chwilę inżynierem. Było to wieczorem około godziny 9, deszcz lał jak z cebra; póki grzmiało i błyskało tylko, tom sobie z tego nic nie robił, ale naraz trzasnął piorun tuż koło mojej chaty. Oho, pomyślałem, może to kolega tego co niedawno ptaka upolował (pisałem już Ojcu o tem) koło mego mieszkania. Biorę latarkę i idę nadół, żeby zobaczyć, czy się gdzie co nie stało. Na dole komunikacja przecięta, cała sień zalana. Rad nierad musiałem wziąć się do łopaty i zrobiliśmy z moim kuchmistrzem na spółkę rowek w sieniach, tak, że teraz woda spływa popod próg nazewnątrz. Zabrakło nam to wprawdzie jakie pół godziny czasu, ale zato teraz możemy sucho przejść w sieniach. Piorun, dzięki Bogu, nigdzie szkody nie zrobił. O naszem stroju nie wspominam nawet, bo Ojciec łatwo się domyśli, jak malowniczo byliśmy poubierani przy urządzaniu tej kanalizacji w sieniach.
Żeby nie nadużywać cierpliwości drogiego Ojca, kończę już moją bazgraninę. Proszę mnie z łaski swej uwiadomić o swoim powrocie z misji, na którą się Ojciec wybiera, zaraz po przybyciu do Krakowa. Życzę Ojcu jak najlepszego powodzenia w tej misji, prosząc o łaskawą pamięć w modlitwach.
P. S. Choć na fotografijach każde śmiecie nieźle się przedstawia, jednak porównując mój opis budynków z fotografjami, może Ojciec wiedzieć, żem nie przesadził w liście. Wnętrze np. kościoła, może jeszcze niebrudne? ściany niepopękane i nie rozchodzą się każda w swoją stronę? a mieszkania chorych, prawda, że nie za jasne wewnątrz?





LIST IX.

Tananariwa, 28 lutego 1900.


List Ojca datowany 5/1 1900 otrzymałem 13/2 1900 i bardzo zań dziękuję. Bardzo pomyślne wiadomości przesyła mi Ojciec o jałmużnie. Ucieszyłem się tem; daj Boże, żeby tak dalej szło, to będę mógł myśleć o kupieniu gruntu pod schronisko. Tutaj teraz pora deszczowa, trochę mamy kłopotu z wilgocią, wszystko kwitnie i butwieje. Chleb trudno utrzymać cały tydzień, spleśnieje i jeść go nie można; sól i cukier topnieje; obraz Matki Boskiej z kościoła wziąłem do siebie dopóki nie ustaną deszcze, bo w kościele deszczby go zniszczył. W moim schronisku nic jeszcze nowego nie ma, wszystko po dawnemu, taż sama nędza co przedtem. Mam jednak nadzieję, że może niezadługo będę mógł drogiemu Ojcu pomyślniejsze nieco wiadomości przesłać, bo Najśw. Matka myśli nawet i o ogrodzie dla trędowatych, czego dowód miałem w tych dniach, mianowicie: Panowie Grzegorzewski i Legrand przysłali mi z Wilna 13 pakiecików rozmaitych nasion kwiatowych dla zasiania w ogrodzie trędowatych. Posyłam ci Ojcze nasiona — pisze p. Grzegorzewski, o które prosiłeś w »Misjach«. Prosiłem Ojca o nasiona, Ojciec wydrukował mój list w »Misjach«, ci Panowie wyczytali to i przysłali nasion. Doskonale doszły, nawet ziarnka nie potłuczone stampilami na pocztach, chociaż przysłano bez żadnej paczki, tylko w rekomendowanym liście. Kiedy o ogrodzie myśli Najśw. Matka i przez dobrych ludzi daje nasiona, to i o schronisku też nie zapomni. Podziękowałem ustnie za ten dar Matce Najśw., a potem listownie tym Panom i teraz będe się starał rozmnożyć kwiaty, żeby módz w nowem schronisku zrobić uczciwy kwiatowy ogródek i mieć przytem czem ołtarz zdobić.
Kiedyś w styczniu jeszcze b. r., wołam rano mego czarnego kuchmistrza, żeby szedł do Mszy mi posłużyć i pytam, co się stało, że jeszcze nie wstał, on mi mówi, że czuje się bardzo niedobrze i prosi, żeby mógł jeszcze trochę poleżeć. Na to nie zgodziłem się, ale kazałem mu nie wstawać zupełnie, a sam poszedłem do kościoła, przygotowałem wszystko i Mszę św. sam odprawiłem bez służącego. Uśmiałby się Ojciec, gdyby mógł był widzieć z jakiem zdziwieniem pytali mnie chorzy co się stało, że bez służącego odprawiałem Mszę św. i czy to tak można, żeby ksiądz sam odprawiał i służył zarazem.
Jest na cmentarzu trędowatych, jak już Ojcu, zdaje mi się, kiedyś pisałem, kilka grobów familijnych. Niedawno chowałem zmarłego do jednego z takich grobów. Nie potrafię Ojcu opisać tego widoku, po dziś dzień zapomnieć nie mogę, żywo stoi mi przed oczyma. Napatrzałem się już niemało na szkaradne i obrzydliwe rany, widziałem już niejednego bardzo zepsutego trupa, ale coś tak straszliwie brzydkiego, jak tych kilku trupów wtłoczonych do wspólnego grobu, rozumie się bez trumien, bo tu zmarłych chowają owinąwszy ich tylko w płótno, jeszcze w życiu nie widziałem. Odkąd jestem w Zakonie, jeszcze w żadnych rekolekcjach, w żadnem rozmyślaniu, w żadnej exhorcie nigdy się nie tak jasno, jakby namacalnie nie przedstawiło co to za lichota, co to za nikczemny proch cały ten człowiek i jaki przytem człowiek głupi, że całe życie pyszni się, uważając się zawsze za coś wielkiego, jak wtedy, kiedym patrzył w ten grób. Mimowoli wyrwało mi się z ust: Matko Najświętsza, daj prędzej opuścić to cielsko i dostać się do Ciebie. Co mnie tylko ogromnie dziwiło i dziwi to, że nic a nic zgoła nie było czuć z tego grobu. Zakatarzony nie byłem wcale, wiatru podczas pogrzebu nie było, tuż nad grobem stałem i nic zgoła nie czułem. Węch przecież mam dobry i nie wiem, czyto tylko u mnie, czy i u wszystkich tak, że oko daleko łatwiej i prędzej oswoi się ze szkaradztwem, obrzydliwym jakim widokiem, niż nos z zapachem. Czy mój nos taki delikatny, czy udaje chyba takiego delikatnego, sam już nie wiem, dość, że zawsze ma swoje ale, przy byle jakim, choćby niemocnym smrodzie. Pytałem, będąc na zebraniu w Tananariwie, coby to miało znaczyć, że z tego grobu nic a nic nie było czuć, ale Ojcowie nie potrafili mi wytłumaczyć. Co za widok w tym grobie! Nie wiem, czyby Skarga, gdyby mógł zmartwychwstać, tyle zrobił swoim najognistrzym kazaniem, co zrobiłoby jedno spojrzenie w ten grób. Mimo to jednak, przywiązanie do życia jest w każdym człowieku. Oto np. moi chorzy w nędzy są ostatniej, bo, jak Ojcu wiadomo, ani pożywienia, ani mieszkania, ani posłania, ani odzienia uczciwego nie mają, jedzą co pod rękę wpadnie, cierpią od ran i oprócz tego inne choroby często im dokuczają, pomimo to jednak każdy z nich chciałby żyć. Kiedy którego dobrze przyciśnie choroba i czuje, że już z nim krucho, wtedy z największym spokojem oczekuje śmierci; nie skarży się, nie jęczy, nie narzeka, ale czeka końca, tak jakby był zupełnie obojętny na wszystko. Kiedy się jednak zdarzy, że choroba przełamie się i chory powraca do zdrowia (t. j. rozumiejąc nie po waszemu, ale po naszemu, po trędowatemu, do zdrowia), znaczy, że żyje i chory tylko na sam trąd, lub z jakim dodatkiem innej choroby, ale żyje, wtedy się cieszy. Już się nieraz zdarzyło, że chory dziś zaopatrzony Ostatniemi Sakramentami, nazajutrz było o tyle lepiej, że wywlókł się ze swej chaty, żeby się grzać na słońcu i z ukontentowaniem chwalił się, że nie umarł. Cieszy mnie jednak bardzo, że oni boją się umierać bez duchowej pomocy. Jeżeli który ciężej zachoruje, zaraz po mnie posyła, a gdy przyjdę, to prosi o Ostatnie Pomazanie, albo o Chrzest św., jeżeli jest poganinem albo protestantem. Natychmiast zadość czynię każdemu takiemu żądaniu, choć nieraz zdaje mi się, że choremu nie jest tak źle, jak mu się wydaje, bo Ostatnie Pomazanie nie jest ustanowione tylko dla mających już umrzeć na pewno, a powtóre nieraz się zdarzyło, że chory wieczorem poczuł się trochę gorzej, a w nocy już nie żył. Wiele dobrego w tym względzie robi ten Michał, co do Ojca list w imieniu chorych napisał. Na fotografji jest ten, któremu ja rękę opatruję. Choć sam biedny mocno cierpi od trądu, ustawicznie jednak chodzi od izby do izby, wizytuje chorych i jeżeli znajdzie, że ktoś ma się gorzej, zaraz mu proponuje Ostatnie Sakramenta i mnie uwiadamia. Ma przytem dość wielki wpływ i mir między chorymi. Dzielenie ryżu bez niego się nie obejdzie (wie już Ojciec, że z misji co tydzień przysyłają trochę ryżu dla chorych), zajdzie jaka kłótnia albo spór o cokolwiek, Michała muszą spytać o zdanie; dzieci się czasem rozbrykają, Michał wykrzyczy albo i ucha niejednemu nakręci i spokój. Ktoś mocniej chory, odkłada na później Ostatnie Sakramenta, mówiąc, że jeszcze się bardzo źle nie czuje. Michał mu na to odpowiada: »Człowieku, najpierw zacznij od Pana Boga, to wszystko dobrze będzie«. — I to wystarczy, chory prosi o Ostatnie Sakramenta, albo o Chrzest św., jeżeli poganin, a potem dopiero o posiłek, albo, jeżeli jest, o jakie lekarstwo i t. d. Nazywają go chorzy tatusiem i słuchają go, jakby był ich przełożonym. Bardzo jestem kontent, że go mam, i proszę Matkę Najświętszą, żeby go jak najdłużej utrzymywała przy życiu i zdrowiu, bo dużo robi ten człowiek dobrego. Ten Michał nazywa się Rabary. Jego żona też taka poczciwa jak i on, i wyręcza go wszędzie, gdzie tylko trzeba, bo jeszcze nie jest w tem stadjum choroby co jej mąż.
Miałem niedawno mały wypadek, właśnie w ciągu pisania tego listu, a mianowicie: przy rzeźbieniu tabernaculum pękło mi na dwoje wąziutkie półokrągłe dłutko, część z ostrzem spadła na stół, a część pozostała w rączce wpakowała mi się w lewą dłoń z brzegu tuż koło wskazującego palca. Coś chrustnęło przytem, ale ja sobie z tego nic nie robiłem, myśląc, że to chrustnięcie było skutkiem nacisku tępej stali na skórę. Wyjąłem dłuto z ręki, które wcale niegłęboko zastrzęgło, bo może na ½ ctm. niewięcej, zatamowałem krew i dalej robiłem. Ale pod wieczór, było to jakoś we środę, łapa mi spuchła, zacząłem dobrze czuć, że ją mam i przytem dostałem dreszczy jak we febrze, zrobiłem okład z wody i koniec na tem. Później przypomniałem sobie, co kiedyś powiedział mi jeden doktor jeszcze w kraju, że kiedy się kto skaleczy w stawie, to można łatwo mieć do czynienia z nożem doktorskim albo i pożegnać się zupełnie z palcem. Jak jedno tak i drugie, wcale mi się nie wydało pociągającem i na to wspomnienie stchórzyłem na serjo. Ukląkłszy zatem przed obrazem Matki Najśw., poprosiłem, żeby jeżeli Jej wola i łaska, pozwoliła inaczej jakoś cierpieć, a rękę żeby wykurowała, boć przecie tabernaculum skończyć muszę. We czwartek było mi bardzo trudno przy Mszy św., a w piątek nie mogłem wcale Mszy odprawić z powodu tej spuchniętej łapy. Nie przestawałem zatem prosić Matkę Najświętszą o uzdrowienie i przytem przyrzekłem Jej, że jeżeli wysłucha mojej niegodnej prośby, to podam to Ojcu do »Misyj« jako podziękowanie Matce Najśw. za wysłuchane prośby, żeby ci co czytają »Misje« mieli jeden dowód więcej nieskończonej dobroci Matki Boskiej i wychwalali Ją za to. Otóż w samej rzeczy Matka Najświętsza raczyła mnie niegodnego wysłuchać, w sobotę z trudnością wprawdzie, ale odprawiłem Mszę św., w niedzielę już było znacznie lepiej i mam w Bogu nadzieję, że nim ten list do Ojca dojdzie, to może już tabernaculum będzie skończone. Jest to wprawdzie drobna rzecz, o którejbym może Ojcu i nie wspominał, ale że obiecałem Matce Najśw., więc muszę.
Rozbazgrałem się i możebym jeszcze nieprędko przestał drogiego Ojca nudzić moją gadaniną, bo kiedy się ma sposobność pogadać ze swoimi choćby listownie, to nie wiem czy możnaby z tej sposobności nie skorzystać, ale mnóstwo innych listów muszę jeszcze napisać, zatem rad nierad kończę, polecając się bardzo łaskawym modlitwom drogiego Ojca.





LIST X.

Tananariwa, 28 marca 1900.


Zabierając się do pisania tego listu, mimowolnie uśmiałem się sam ze siebie, że niema listu, w którym nie byłoby jakiejś jeremiady, zawsze się Ojcu na coś użalam, a nigdy nie doniosę coś, coby Ojca tylko zająć mogło. Ale niech Ojciec sam osądzi, czy mogę zrobić inaczej, kiedy ciągle, jakby naumyślnie, kłopot na kłopocie jedzie i kłopotem pogania. Oto np. niedawno zdarzyła się tego rodzaju awanturka: Dnia 3 marca po południu zaczęło się chmurzyć i było bardzo parno, wiatru wcale nie było, cisza najzupełniejsza, chmury nadchodziły coraz to bardziej, tak, że około godz. 4 było ciemno jak o szarej godzinie, jak to mówią. Zaczęło błyskać, grzmieć, deszcz zaczął padać, ale nie zwracaliśmy na to uwagi, bo to pora deszczowa — chmury bardzo ciemne, no może będzie gradu trochę i po sprawie. Wszystko to na porządku dziennym tutaj aż do końca kwietnia. Ale naraz około godz. 5 ni stąd ni zowąd, zerwał się ogromny wicher, pioruny sypały jak z worka i deszcz zamienił się w ulewę, formalna zrobiła się nawałnica. Co się działo poza chatą nie wiem, bo nie można było nic ani widzieć, ani słyszeć, było ciemno i grzmoty zagłuszały wszystko, chata moja drżała od wichru i huku. Widok tej burzy śliczny, prawdziwie przyjemnie było patrzeć i słuchać jak waliły pioruny, coś tak Ojcze jak na bębnie, niby grochem posypie drrr — po chwili palnie pojedynczy piorun, potem drugi, trzeci, potem znowu posypie i t. d. Widok śliczny, to prawda, pomyślałem sobie, ale i to łatwo być może, że to ostatnia przygrywka dla ciebie, może pod takt tego marszu na tamten świat wymaszerujesz, bo albo piorun gwizdnie, albo chata zawali się nim zdołasz wybiedz z niej. Ukląkłem więc przed obrazem Matki Boskiej (ten obraz co Ojciec kupił mi przed odjazdem z kraju — muszę go trzymać u siebie, bo w kościele woda zniszczy) wzbudziłem żal za grzechy, poleciłem moich chorych i moją grzeszną duszę łaskawej opiece Najśw. Matki i gotów — niech się dzieje co ma się dziać. Zazieram po chwili do kuchni, co się tam dzieje. Mój czarny kuchmistrz gotuje ryż na kolację i koronkę przytem odmawia; wszystko w porządku, powiedziałem my tylko, żeby zaraz rzucił wszystko, gdyby chata mocniej zadrżała, i zbiegł co prędzej na podwórze, żeby nie być zgniecionym przez walącą się chałupę. Zająć się czemś trudno było, bo dach lichy i bez tego, uszkodzony nawałnicą mało chronił, więc trzeba było zabezpieczać się od wody, gdyż w chacie także ulewa, tylko nie taka, rozumie się, mocna jak na dworze; trwało to z półtorej godziny. Kiedy ustała nawałnica, a deszcz tylko padał, zapaliłem latarkę i poszedłem zobaczyć co się u moich chorych dzieje. Ledwom się pokazał, powstał ogólny krzyk i hałas, każdy woła, żeby do niego zajść i zobaczyć co woda narobiła: »Mój Ojciec niech idzie do mnie, gdzie mam spać powie mnie« woła jeden. »Mój Ojciec, mój Ojciec, tutaj niech idzie, tutaj, jak tu nocować, miałem trochę ryżu, woda zabrała, głodny jestem, zimno mnie« — wrzeszczy drugi i t. d. Chodziłem od drzwi do drzwi, pocieszałem, nadrabiałem miną, żartowałem, że będzie nam miękko spać, bo woda to nie kamień, ale to wszystko tylko pro forma, jak to mówi przysłowie: hop na ulicy, choć bieda w kamienicy, bo w duszy zupełnie co innego się działo. Niby się śmiałem, żeby tym biedakom dodać odwagi, ale łzy przy tym śmiechu przemocą się cisnęły, połykałem je tylko jak mogłem. Jakże obojętnie patrzeć na to? W izbie woda, z góry kapie, ciemno zupełnie, bo skąd taki biedak ma wziąć świecę, chory, głodny, pokryty ranami, okryty mokrą szmatą, siedzi w błocie i trzęsie się od zimna, a ja biegam od drzwi do drzwi i nic a nic pomódz nie mogę. Chodziłem tylko dlatego, żeby wiedzieli, że o nich pamiętam i że najchętniejbym im pomógł, gdybym tylko mógł. Michał, z którym Ojca zaznajomiłem w poprzednim liście (ten co do Ojca pisał w imieniu chorych) woła mnie do siebie i pyta: »Mój Ojciec powie, jak teraz będzie, co dać ubogim?«
Za 100 franków, które mi O. Marjan przysłał, kupiłem ryżu dla tych kilkunastu co nie mogą sobie wcale pomódz, ani żebrząc, ani w inny sposób, żeby ich, o ile się da, ratować od głodowej śmierci. Michał miał jeszcze trochę tego ryżu w swojej izbie, to to on wydziela tym biedakom porcje codziennie; podczas nawałnicy woda rozbiła garnek i ryż z błotem zmięszała, kilka garści tego ryżu, co jeszcze mogły być oczyszczone i użyte, kazałem zebrać, a co dalej będzie, ha, to już rzecz Matki Najśw. Powiedziałem chorym, że zaraz z rana dam znać ks. Superjorowi i powróciłem do siebie. Ukląkłszy przed obrazem, prosiłem Matkę Najśw. o pomoc w tym kłopocie, byłbym się dłużej nieco modlił, ale zaczęła woda ciec do stancji tuż nad obrazem. Zdjąłem obraz ze ściany, schowałem go pod stół, nakryłem jak mogłem i przygotowałem się do drogi, żeby nazajutrz raniutko odprawić Mszę św., a potem, jak trochę woda opadnie w rzece, przez którą przechodzić trzeba, naturalnie w bród, pójść z raportem i prośbą o pomoc do ks. Superjora. Tymczasem nazajutrz Mszy św. mieć nie mogłem, nawałnica zerwała dachówki, dziur mnóstwo narobiła w dachu, cały ołtarz w błocie i obsypany kawałkami spadającej dachówki. Zabrałem kamień z ołtarza i wszystko co się tylko dało, i Mszę św. odprawiam w moim pokoju póki albo kościoła nie naprawią, albo nie przejdzie pora deszczowa. Że nie można mieć Mszy św. w kościele, to Ojciec może przekonać się z fotografji: od ściany za ołtarzem, w której są framugi ze statuami Serca Pana Jezusa i św. Józefa, do pierwszego słupa podpierającego dach, jest się pod gołem niebem, deszcz codziennie pada, deski ani kawałka żeby ołtarz przykryć, więc jakże Mszę św. odprawiać.
NB. Cały ołtarz zrobiony z gliny, tylko mensa kładzie się na nim. Ale cierpliwości trochę, mój Ojcze, bo nie koniec jeszcze całego kłopotu, zaraz będzie coś jeszcze poczciwszego, mianowicie: Niedawno odebrałem Ojca korespondentkę i cieszyłem się wiadomością o przybywającej jałmużnie — niedługo trwała ta radość. Poszedłem nazajutrz po nawałnicy do Tananariwy z raportem i prośbą o pomoc. X. Superjor wysłuchał wszystko i powiedział, że muszę się z tem udać do X. Bardon (generalny przełożony naszej misji, zastępujący tu X. Prowincjała), bo bez niego nie można w tej rzeczy poradzić. Idę do X. Bardon, który obecnie zajęty budowaniem konwiktu w innej części miasta. Przedstawiam mu całą rzecz i proszę zarazem, żeby to załatwił, nie biorąc nic z tych pieniędzy co dla mnie Ojciec przysyła, bo jak zaczną mnie potrochu obdzierać z jałmużny, którą z kraju dostaję, to nigdy nie będę mógł wybudować schroniska. X. Bardon powiedział, że narazie jakoś chorych zabezpieczy się od deszczów i zaczął rozpytywać o jałmużnę na schronisko, wysłuchawszy mnie, powiedział: »Źle cię Ojcze poinformowano, za 30.000 franków schroniska nie będzie takiego jak chcesz, to jest coś porządnego, coby mogło potrwać jakiś czas, za te pieniądze można był kiedyś to zrobić, ale nie dziś przy takiej drożyźnie. Wybudować kilka baraków, które po każdym deszczu trzeba będzie naprawiać, jak te, które masz obecnie, to nie warto — jak budować, to już coś trwalszego, a przytem zwróć uwagę na następne rzeczy: w miejscu zaludnionem budować schroniska rząd nie pozwoli, musisz go wystawić na pustynie, dróg nie mamy, każdy kamyk, każdy kawałek drzewa muszą ludzie przynieść. Robotnik drogi, materjał również, zwłaszcza drzewo, utrzymanie dla chorych choćby najlichsze, zapewnić trzeba, bo nie można im dawać z głodu umierać. Pisz zatem gdzie tylko możesz, zbieraj jałmużny, a jak będzie tyle ile trzeba, to wybudujemy. Na takie schronisko trzeba nie 30.000, jak ci mylnie powiedziano, ale 150.000 fr. Mnie możesz wierzyć, bo nic nie robię tylko wciąż buduję, aż mi dokuczyło, wiem zatem dokładnie, jaka cena wszystkiego obecnie, a że od tak dawna wciąż buduję, więc się trochę znam na rzeczy. Miejmy w Bogu nadzieję, że będziemy mogli mieć schronisko, tylko ciągle proś i proś o jałmużnę«.
Niech mi Ojciec wierzy, że pókim słuchał, tom słuchał siakotako, ale usłyszawszy, że trzeba 150.000 franków, spuściłem nos na kwintę. Tyle trzeba, a ja tak mało dopiero mam, ileż to jeszcze czasu czekać trzeba! Wróciłem do misji porządnie w kratki i dopiero nazajutrz rano, wracając do siebie, w drodze opamiętałem się i uspokoiłem zarazem. Wstyd mnie, żem taki głupi i lada czem się nastraszę, wszak to w ręku Matki Najśw., a zatem niemożliwem nie jest choćby i trzy razy tyle miało kosztować. Prawda, że 1 frank = ½ fl. a., albo ⅓ rubla, ale mimo to trzeba tego sporo, przyjdzie może nieźle poczekać. Dotychczas mam wprawdzie bardzo mało, ale ta trocha co się uzbierało, to tylko od nas z kraju, a choćby resztę dopełnili inni, to zawsze pierwszy fundament będzie za polskie pieniądze i pod afrykańskiem niebem będą czcić na ołtarzu naszą Najśw. Częstochowską Mateczkę.
Z dnia na dzień widzę coraz bardziej, jak dziecinne usposobienie mają Malgasze choćby i starzy, i jak mało im trzeba do śmiechu i wesołości. Szedłem ochrzcić umierającą pogankę, po drodze pytają mnie co robić (było to w niedzielę), bo tu woda wyrwała jamę przy samym baraku i chodzić niebezpiecznie — powiedziałem, że chociaż to niedziela, jamę niech zasypią, bo może być jaki wypadek, zwłaszcza, że wieczorny deszcz powiększy tę jamę. Ochrzciwszy chorą, wracam do siebie i widzę, że ci co mogli robić, wzięli się do noszenia ziemi, a innych mnóstwo chorych przypatrywało się robocie. Po chwili usłyszałem śmiech, krzyki, wycia, jakby nie wiem co się stało. Wróciłem, żeby zobaczyć co zaszło. Malutki dzieciak, zaledwie umiejący chodzić, widząc, że inny noszą ziemię, położył sobie na głowie (Malgasze przeważnie noszą ciężary na głowie) grudkę ziemi wielkości może jak kułak i razem z innymi niósł do zasypania jamy. Innym znowu tego rodzaju powodem do ogólnej radości była dachówka spadająca z dachu. Zwykle w poniedziałek przynoszą burżani (tragarze) ryż z misji dla chorych. Ten ryż dzielą chorzy między siebie przy drzwiach kościelnych. Otóż razu pewnego, przy takim podziale ryżu, powstał ogólny śmiech i krzyk; co takiego — spadła dachówka i o mało co jeden z chorych w głowę nie dostał. Śmiesznego w tem nic niema, a dla nich to aż nadto wystarczający powód do śmiechu.
Nie bez podstawy mówi przysłowie, że »człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi«, ja przemyśliwałem, jakby tu w maju ozdobić ołtarz, a tu tymczasem zachodzi pytanie, czy po tej nawałnicy będzie można w kościele Mszę św. odprawiać. Szkoda, że to tak daleko, bo gdyby nie odległość, mógłby Ojciec kiedy przyjechać do mnie choć na jeden dzień i przypatrzyć się nieco tutejszym burzom i piorunom, a wtedy ręczę, że zapisałby Ojciec bodaj arkusz cały w swoich »Misjach katolickich«. Chętniebym to Ojcu zrobił, ale trudna rada, nemo dat quod non habet, pisarzem nie jestem. Oprócz tego co wiem od Ojca, jeszcze dosyć listów dostaję od nas z zabranych prowincyj, w których mi donoszą, że się tam zajmują losem moich trędowatych; ucieszyła mnie bardzo ta wiadomość, i podziękowawszy najpierw Najśw. Matce za Jej opiekę, poszedłem do chorych i powiedziałem im: módlcie się ciągle za naszych dobroczyńców, bo w Polsce, tam hen, hen za tem wielkiem morzem, w tej ziemi, skąd ja do was przyjechałem, za was się modlą i zbierają pieniądze, żeby można było dla was wybudować porządne schronisko i mieć za co kupić wam jedzenie i lamba (płótno, którym się owijają). Bardzo kontenci z tej wiadomości i kazali powiedzieć, że się modlą i dziękują za jałmużnę. Przetłumaczyć na polskie to się nie da dobrze, bo to są wyrażenia właściwe tutejszemu językowi — dosłownie to brzmi tak: Ojciec napisze Polakom, że my dziękujemy i dziękujemy jeszcze (.), i dajemy im zapewnienie, że się za nich modlimy aż do wieczora (:). Sens pierwszego wyrażenia (.) jest: tysiączne dzięki składamy, czyli dziękujemy po tysiąc razy, lub coś w tym rodzaju. Drugie wyrażenie (:) znaczy: ustawicznie, bez przestanku, wciąż. Inaczej przetłumaczyć nie można. Nie wiem czy Ojciec sam poznałby swoje nazwisko, wymówione przez Malgasza. Moi chorzy choć je z trudnością wymawiają, ale wiem, że zapamiętali, bo był u mnie w tych dniach jeden z naszych Ojców z sąsiedniej stacji, widząc się z chorymi, mówił im, że słyszał ode mnie o zbieraniu jałmużny dla nich; jeszcze nie skończył mówić, a jeden z chorych przerywa mu i mówi: »wiemy, wiemy, to ksiądz Czermiński w Polsce zbiera, tam, skąd, nasz ksiądz przyjechał«.
Choć wiem, że porządnie musi się drogi Ojciec znudzić, czytając co ja nagryzmolę (jeżeli wogóle Ojciec ma na tyle cierpliwości, żeby to wszystko czytać), mimo to chętnie pisałbym dłużej, żeby mieć przyjemność choć listownie przynajmniej po polsku mówić, kiedy ustnie nie można. Mimo to jednak muszę na ten raz już skończyć, bo mi czas nie pozwala dłużej pisać. Czekając niecierpliwie na odpowiedź, polecam się wraz z moimi chorymi modlitwom drogiego Ojca.





LIST XI.

Tananariwa, 13 kwietnia 1900.


List Ojca odebrałem i bardzo zań dziękuję. Odpowiedź do chorych, którą mi Ojciec przysłał, napisałem po malgaszku i oddałem Michałowi, mówiąc mu, żeby to wszystkim chorym nazajutrz przeczytał (odpowiedź dałem mu już o zmroku). Byłem pewny, że on to zrobi kiedy wszyscy chorzy w południe będą zebrani i ani przez myśl mi nawet nie przeszło, żeby on to zrobił inaczej. Tymczasem nazajutrz, rozbierając się po Mszy św., usłyszałem zaraz po skończeniu pacierza (jaki chorzy codzień po Mszy św. odmawiają), Ojca nazwisko wymienione przez Michała. Zdziwiło mnie to bardzo, więc stanąłem nieruchomie i słuchałem co to będzie. Michałowi trudno czytać, bo oczy biedaka trądem już zajęte, więc powiedział tylko: »Mój Ojciec Czermiński przysyła list do nas« i zaraz potem inny chory głośno ten list odczytał. Nie przerywałem, bo myślałem sobie, stało się; ale ubawiło mnie, że ta odpowiedź Ojca była przeczytana w kościele i to tak zamaszyście, jakby to był conajmniej jaki list pasterski, albo jaka encyklika Ojca św.
Niedawno dowiedziałem się, że Malgasze lata rachują od główniejszych zdarzeń, dziwiło mnie tylko to, że ani sposób dowiedzieć się od którego, ile ma lat. Trzeba sądzić z tego, jak wygląda ten o czyj wiek chodzi, bo albo odpowie: nie wiem ile mogę mieć, albo taką poda liczbę, że zaledwie w przybliżeniu może mieć tyle co mówi. Często zaś, zapytany o wiek, palnie coś tak półtoraludzkiego, że kto wie, czy on sam rozumie co mówi. Rachuba zaś lat według główniejszych zdarzeń bywa często paradna; niech Ojciec sądzi o tym z tych kilku odpowiedzi, które tu Ojcu przytaczam. Pewien Malgasz przyprowadził swego syna do jednego z naszych Ojców, prosząc żeby go ochrzcił. Ten syn był pod wąsem i wyglądał na lat 30. Pyta się ten Ojciec Malgasza: »Ile twój syn ma lat?« Malgasz: »Już duży«. Ojciec: »Widzę że duży, ale ile ma lat, pytam«. Malgasz: »Ile? kiedy królowa Rasuherin[1] podróżowała u Betsileów na południu, to go moja żona odłączyła«.
Zapytano raz Malgasza: »Czy to twoje pole?« Malgasz: »Tak«. — »Od kiedy go masz?« Malgasz: »Już oddawna«. — »No przecież mniej więcej ile lat?« Malgasz: »Jak Francuzi tu przyszli, to ja zbierałem ryż z tego pola już trzeci raz«.
Albo znowu spytano Malgasza: »Ile masz lat?« Malgasz: »Na pamięć to ja tego nie wiem, ale to bardzo łatwo porachować. Kiedy król Radam I[2] odwrócił plecy (o królach nigdy nie mówią Malgasze że umarł, tylko odwrócił plecy, o wszystkich innych mówią, że umarł), ja jeszcze nie pasłem ani indyków, ani owiec«. Zwykle dzieci Malgaszów zaczynają od pasienia indyków i owiec, a gdy podrosną, to rodzice każą im paść woły. Prawda Ojcze, że można być mądrym z takich odpowiedzi? Zdaje się, że póki taki czarny rachmistrz nie tłumaczy, to się mało rozumie, a skoro wytłumaczy, to się kompletnie nic nie rozumie. No, czy może nie tak? Wiem z opisów, że na północy bardzo lubią tłustość; tak n. p. Eskimos zjada świecę łojową jako przysmak, powiadają, że zimny klimat wymaga tego, mnie się jednak zdaje, że to niekoniecznie zimno jest głównym powodem tego gustu do tłustości, sądzę z tego, co widzę, że extrema se tangunt. Madagaskar w zimnym klimacie nie jest przecie, a Malgasze przepadają za tłustością. Kawałek mięsa lub co innego, przyprawionego z tłustością, którą dobrze czuć łojem, tak, że od samego zapachu nudności się dostaje, i zdaje mi się, żebym nie wiem jak był głodnym, tobym tego zjeść nie mógł. Malgasz zjada ze smakiem i im więcej czuć łój, tem on się więcej delektuje. Rzecz jakaś powalana tłustością, u Malgasza nie uchodzi za brudną, miałem sposobność przekonać się o tem u siebie. Razu pewnego przynosi mi mój czarny kuchmistrz szklankę, którą wziął nibyto do wymycia, powalaną łojem ze świecy. Cóż u licha, pytam, czy to ma być czysta szklanka, chcesz żebym z niej pił? On wytrzeszczył oczy i pyta zdziwiony, czego ja chcę. No, czy nie widzisz, że ta szklanka teraz brudniejsza, niż była przedtem? A to co takiego? pytam, pokazując mu łój. On mówi: »Ależ niech mój Ojciec zobaczy, to nic przecie brudnego, to tłustość« — i bardzo go to zdziwiło, żem mu kazał drugi raz wymyć szklankę, ja zaś nie wiedziałem sam narazie, czy on udaje głupiego, czy w samej rzeczy jest tak głupim, aż dopiero potem dowiedziałem się, że wogóle u Malgaszów tłustość to taki specjał.
Kościół i mieszkania chorych poprawili nieco, dodając trochę dachówek; ślady po tej nawałnicy, o której Ojcu pisałem przedtem, zostały porządne, ale o naprawie, nie mówię już gruntownej, ale o większej przynajmniej niema co i myśleć. Sam prosiłem X. Superjora, żeby tego nie robił, chyba, żeby chciał za jakie inne pieniądze to zrobić a nie za te, które dla mnie przez Ojca z kraju przychodzą, bo to się nie opłaci, ta stara rudera pochłonełaby nie wiem wiele, a pożytku mało. Wolę zatem zbierać pieniądze, żeby prędzej móc wybudować schronisko, o którem marzę dniem i nocą. Mszę św. odprawiam już w kościele, nie w swojem mieszkaniu, ale Pan Bóg raczy wiedzieć, jak to długo potrwa. Ej, żebym to ja tak mógł, jak nie mogę, cobym ja dał za to; opisać Ojcu tego nie potrafię co się we mnie dzieje na widok tego, czego codziennym jestem świadkiem. Ciągle przychodzą do mnie trędowaci i nie proszą, ale błagają o przyjęcie ich do tej obrzydliwej jamy, czy jak to nazwać nie wiem, którą tytułują schroniskiem trędowatych, a mnie dyrektorem tego schroniska. Muszę odmawiać, bo utrzymać nie mam za co. Trędowatych zewsząd wypędzają, oni żebrzą przy drogach (przy ścieżkach właściwie, bo przejechać temi ścieżkami nawet taczką nie można; no, ale nazywają to drogami, mniejsza o to, niech i tak będzie), boć przecież żyć trzeba, podwójci chodzą i napędzają ich stamtąd kijami: »Idź gdzie chcesz, ale tu nie siedź, bo żebry zakazane, a jak cię tu znajdę, to kij na tobie połamię«. Niejeden trędowaty był obity przez tych nielitościwych podwójcich. Proszę się teraz postawić w położeniu takiego trędowatego i powiedzieć co on ma ze sobą zrobić? Zewsząd go pędzą, wychodzi zatem na to, iż po ziemi chodzić mu nie wolno, w wodzie przecież siedzieć,ani w powietrzu latać nie może, więc gdzie ma się podziać? Niedawno przyszedł do mnie chłopczyna, mogący mieć najwyżej jakie 10 lub 12 lat, sierota, ani ojca, ani matki nie ma. Dotychczas żył tem, że pasł woły u jakiegoś Malgasza, dostał trądu i przepędził go od siebie ten właściciel wołów, żeby się trądem nie zarazić. Aż mi niewiem co się robiło, gdy tego dzieciaka z kwitkiem odprawiałem, ale cóż mam robić, kiedy inaczej nie można. Takie przytem to biedactwo było wątłe, takie wychudzone, że pojąć doprawdy nie mogę, jak ten okrutnik, u którego dzieciak pasł woły, miał serce i odwagę wyrzucić go z domu. Dotychczas zapomnieć tego dzieciaka nie mogę i gdybym mógł, to zdaje mi się, że z prawdziwą przyjemnością wygarbowałbym skórę na grzbiecie temu właścicielowi wołów za jego nieludzkie obejście się z dzieciakiem. Kiedy rozmyślam nad położeniem tych nieszczęśliwych i nad sposobami, jakby im ulżyć, to zdaje mi się, że dopiero wtedy swobodniej odetchnę, gdy będę miał schronisko z zapewnionym utrzymaniem przynajmniej na 200 chorych. O większej liczbie narazie nie marzę, bo i utrzymać byłoby niemożliwem i nie byłbym w stanie obsłużyć wszystkich sam jeden. Z 200 chorymi przy pomocy Najświętszej Matki jeszcze dam sobie radę i sam, ale więcej trudno. Et głupstwo zresztą to wszystko, byleby prędzej mieć schronisko, a jak takowe już stanie, to wtedy ex re consilium.
Może Ojciec będzie niekontent, że znowu w moim liście żale i utyskiwania, nie moja w tem wina, chciał Ojciec, żebym Mu przysłał stąd więcej wiadomości, więc przysyłam, a że tem chata rada czem bogata, zatem i żale się tu wplątały. Nie ręczę, czy przyszły list do Ojca, jeżeli Pan Bóg da doczekać, obejdzie się bez opisania jakiego kłopotu, narazie jednak już dość tego.
W tej chwili przypomniałem sobie rozmowę jednego z naszych misjonarzy z jakimś Malgaszem, która może Ojca nieco rozerwie. Trzeba Ojcu wiedzieć, że Malgasze patrzą na roślinność okiem zupełnie bydlęcem. Wszystko, co może się jeść, to ich obchodzi i chętnie takie rośliny sadzą. Taka zaś roślina, którą jeść nie można, choćby to był niewiedzieć jaki cudny kwiat, w oczach Malgasza żadnej nie ma wartości. Otóż razu pewnego, jeden z naszych misjonarzy polewał grządkę kwiatów, którą miał przy swojem mieszkaniu. Nadchdzi na to jakiś Malgasz i po zwykłem przywitaniu, w ciągu rozmowy mówi z pewnem zdziwieniem i pogardą zarazem: »Nie szkodaż to sił i pracy sadzić takie kwiaty i do tego codzień polewać, wszak tego jeść nie można, któżby dbał o to. Trzeba być Europejczykiem (wazaha) żeby takiemi rzeczami się zajmować«. Na to tak mu misjonarz odpowiedział: »Masz zupełną słuszność, trzeba na to być Europejczykiem, ale czy wiesz dlaczego? Oto tak się rzeczy mają: każdy Europejczyk ma pięć zmysłów, wzrok, węch, słuch i t. d. i dlatego zajmują go i przyjemność mu sprawiają takie rzeczy, jak n. p. hodowanie kwiatów, z przyjemnością patrzy na ładny kwiat, miły mu zapach tego kwiatu; przypatrując się kwiatom, myślą podnosi się do Boga i uwielbia jego wszechmocność i t. d. i t. d. Malgasz zaś niema, zdaje się, ani oczu, ani nosa, ani uszu, ma on tylko brzuch, o którym ustawicznie myśli i dlatego kwiaty, choćby najcudowniejsze, u niego żadnej wartości niemają, jeżeli ich jeść nie można. No, powiedz przyjacielu otwarcie, co ty o tem myślisz«. Przekonało to widocznie Malgasza, bo się zawstydził, powiedział tylko: »Prawda przy moim Ojcu« (ma Ojciec rację) i zaraz dał drapaka co prędzej.
Mówiąc o roślinach, poproszę Ojca o jedną małą przysługę, mianowicie: proszę z łaski swej dostać dla mnie trochę nasienia brzozy, czy płaczącej, czy zwykłej, to już mniejsza o to, byle brzoza i nasienia grabiny. Nasiona kwiatowe z łaski p. Grzegorzewskiego już mam, jak Ojcu wiadomo, chciałbym jeszcze koniecznie dostać nasienia brzozy, żeby teraz zasiać małą szkółkę, a jak Matka Najśw. pozwoli wystawić schronisko, zalesić to schronisko brzozą i eukaliptusem, to powietrze będzie świeższe u chorych, a z grabiny porobię żywe płoty. Jak brzoza, tak i grab, o ile sądzę, zaaklimatyzuje się tutaj. Eukaliptusu tu nie brak, jest go tu dość, nawet kilka gatunków, ale brzozy ani grabu wcale niema, przynajmniej ja nigdzie nie widziałem ani jednej. Choć może Ojciec śmiać się ze mnie będzie, ale powiem Ojcu otwarcie, że pisząc ten list, i na płacz i na śmiech mi się zbierało. Na płacz — bo widzę ciągle nędzę tych nieszczęśliwych trędowatych, a nie mogę jeszcze moich pragnień do skutku przyprowadzić i przez to im ulżyć. Na śmiech — że na starość tak zdziecinniałem. Schroniska niema, o nasienie brzozy dopiero Ojca proszę, a mnie w myśli już się przedstawiło schronisko zalesione brzozą, kościół obsadzony naokoło brzozą i kwiatami, a na ołtarzu obraz Najśw. Matki Częstochowskiej umajony gałązkami naszej polskiej brzozy. Mimowoli przyszło mi na myśl przysłowie naszych wołyńskich chłopów: »Dureń dumkoju bohatije« (dureń marzeniem wzbogaca się). Tak zupełnie za mną było w tej chwili, jeszcze nic a nic zgoła nie mam, a ja już cieszyłam się przez chwilę tem co może kiedyś będzie, a może i nie.
Na dziś chyba będzie dość; jak Pan Bóg da dożyć, a Ojciec zechce, to z następcą pocztą znowu Ojcu trochę czasu zabiorę na czytanie mojej bazgraniny. oczekując niecierpliwie kilka słów odpowiedzi, bardzo Ojca proszę o modlitwy jak za moich biedaków, tak i za mnie.





LIST XII.

Tananariwa, 28 kwietnia 1900.


W przeszłym roku opisałem Ojcu, jak obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia w mojem quasi schronisku. Gdybym chciał teraz coś nowego napisać o Wielkanocy, to już byłoby chyba trudno. Wielki tydzień obchodziliśmy, jak się dało — chorzy czytali głośno w kościele Mękę Pańską i odprawiali Drogę krzyżową. Począwszy od Mszy św. we Wielki Czwartek, zakazałem dzwonić na »Anioł Pański«, a zamiast dzwonka, zrobiłem im grzechotkę. Zdziwienie chorych było niemałe, bo biedacy nigdy jeszcze o tem nawet nie słyszeli. Wytłumaczyłem im, jak mogłem, że Kościół św. tak przepisał dla okazania smutku i żałoby przy rozpamiętywaniu Męki Pańskiej. Naturalnie, że o Bożym Grobie ani mowy, bo nie było z czego ustawić. Żeby zaś lepiej mogli sobie ci biedacy przedstawić to, co czytali o Męce Pańskiej, zrobiłem naprędce z drzewa narzędzia Męki Pańskiej i po Mszy św. we Wielki Czwartek wystawiłem w kościele. Oto i ma Ojciec już cały Wielki tydzień jak najszczegółowiej opisany. Ucieszył mnie następujący szczegół: Oto, gdy się dowiedzieli, że Kościół zabrania we Wielkim poście, a tem bardziej we Wielkim tygodniu, wszelkich tańców, zabaw i t. p. w całym katolickim świecie, bardzo sobie to wzięli do serca i sumiennie wykonali. Ma Ojciec wiedzieć, że ci biedacy, kiedy się zejdą wieczorem, gawędzą trochę przed barakami nim się rozejdą na spanie. Czasem zaś usiądą wkoło i śpiewają, a kilku z pośród nich, co mają nogi jeszcze nie zajęte trądem, wchodzi po kolei w środek tego koła i tańczy. Do tańca jednak rzadko śpiewają, ale najczęściej i najlepiej im się tańczy przy muzyce. Ta muzyka składa się z bardzo niewielu instrumentów, mianowicie: jeden dzieciak ma bębenek z jakiejś skorupy, czy już nie wiem z czego zrobiony (nie oglądałem go zbliska) i tak w niego bije: tra, tra, tratata, tra, tra, tratata, i tak bez zmiany, a ci co mogą, przyklaskują do tego w dłonie — oto i cała kapela, czy orkiestra, czy jak Ojciec chce to nazwać. Taniec ich jest narodowym tańcem Malgaszów. Odrzuciwszy prysiudy, bardzo przypomina naszego kozaka, albo kolomyjkę. Może Ojciec sobie wyobrazić, że jak śpiew, tak taż i taniec nieszczególny, bo tak biedny trędowaty, ani głosu, ani ruchów zupełnie wolnych mieć nie może; na to jednak nikt nie zważa, ani widzowie, którzy zarazem są muzykantami, ani tancerze. Dobre i to, że mogą na chwilę zapomnieć o swojej niedoli. We Wielkim zaś tygodniu, nietylko takiego tańca, ale nawet pogadanki nie było. W Niedzielę Wielkanocną po Mszy św. rozeszli się, kto mógł, poszedł ukradkiem żebrać, a kto nie mógł, ten zawlókł się na swój barłóg, i tak dokończono świąt.
Niewesołe to wprawdzie Alleluja, ale czyż podobna inaczej świętować w takich warunkach, w jakich obecnie jesteśmy? Te warunki, jakby na moje utrapienie, robią się coraz to gorsze prawie z dniem każdym. Proszę nie myśleć, żebym się na to przed Ojcem użalał, bo nie w tej myśli to piszę — co zresztą pomogą te wszystkie żale, chyba tyle, co umarłemu kadzidło. Taka wola Boża i po sprawie. Donoszę to Ojcu tylko dla tego, że jak się człowiek przed drugim wygada, to mu jakoś lżej, choć wie, że to niewiele na co się przyda, jeszcze zaś więcej dlatego, że Ojciec widząc nienajlepsze położenie moich biednych chorych, będzie z większym zapałem w swoich »Misjach« prosił miłosiernych ludzi o jałmużnę.
Niedawno zakazał rząd żebraniny, żeby trędowaci nie roznosili zarazy po kraju. Pędzą ich zewsząd i tylko ukradkiem uda się czasem któremu gdzieś co wyżebrać. Źle to jest i bardzo mi narazie nie na rękę, ale, myślę sobie, niech i tak będzie. Z tych pieniędzy, co Ojciec przysyła, nie mogę szafować wiele, bo nigdybym nie miał schroniska, naprzykrzam się ustawicznie Matce Najśw. i za Jej pomocą wydzieram poprostu kogo i jak mogę, głodowej śmierci. Ale nie na tem koniec. Zdaje mi się, żem już kiedyś pisał Ojcu o tem, że tu drzewa opałowego bardzo mało i bardzo drogo kosztuje, lasów nigdzie niema, gdzieś tam na wybrzeżach wyspy są, jak powiadają, lasy, ale u nas pustynia zupełna bez drzew. Z tego powodu Malgasze wogóle, a w tej liczbie i moi chorzy, gotują sobie strawę, zamiast drzewa paląc trawę, co w pustyni rośnie. Tej trawy trzeba bardzo wiele, bo co trawa, to nie drzewo, ledwo buchnie płomień, już po trawie, dokładaj znowu, jeżeli chcesz mieć ogień; ustawicznie zatem trzeba chodzić i zbierać zapasy tej trawy. Teraz chorym to zakazali. Masz babo placek! nowa pociecha! radź jak chcesz, zgotować coś przecie trzeba, ale przy czem, o to nikt nie pyta i nie troszczy się wcale, nie wolno trędowatym chodzić po pustyni i basta. Sprzedają wprawdzie Malgasze tę trawę, ale czyż ja mogę myśleć o kupowaniu? Takiego paliwa snop, który jeden człowiek łatwo niesie, kosztuje prawie ½ fr. Ani mowy nawet o kupowaniu dla tych chorych, żeby każdy mógł sobie dwa razy na dzień jeść ugotować. Kiedy kto czego bardzo wyczekuje, to mówią, że »czeka jak kania na deszcz«, a ja bez najmniejszej przesady Ojcu mówię, że wszystkie kanie razem, ile ich tylko jest na świecie, nie wyczekują tak deszczu, jak ja wyczekuję, żeby już prędzej mieć schronisko z zapewnionem utrzymaniem dla moich nieszczęśliwych chorych. Obecnie tutaj zima, zdrowi kulą się, a cóż dopiero chory i do tego trędowaty, cały okryty ranami i oprócz kawałka brudnego płótna, nic więcej nie mający do okrycia się. A tu w dodatku zabraniają zbierać suchą trawę w pustyni — jak się zapas uzbierany wyczerpie, to nie będą mogli moi biedacy ognia rozpalić, a ten zapas jest tak szczupły, że nim ten list do Ojca dojdzie, to u nas trawy może już nie będzie wcale.
»Nie wolno zbierać trawy w pustyni« — słysząc coś takiego, trudno doprawdy własnym uszom wierzyć, bo człowiek nie może pojąć, czy to kpiny, czy żarty, czy też na serjo prawda. »Nie zbieraj paliwa« znaczy tyle, co »nie wolno ci ognia rozpalać«, a mówiąc wyraźnie »masz zostawione ad libitum, albo jedz surowy ryż, czy co tam będziesz miał, albo wcale nie jedz i giń z głodu« — no i gadaj tu z takimi!
Tutaj trąd coraz bardziej się wzmaga, chcą niby przeszkodzić szerzeniu się tej plagi, ale zapóźno spostrzegli, że wartoby coś przecie o tem pomyśleć. Jeszcze gorzej, że strasznie niedbale biorą się do rzeczy, niby od niechcenia, ot aby zbyć tylko, jak u nas mówią: »sobotnim sztychem na niedzielny targ«, ut aliquid saltem fecisse videantur, żeby nie można było tylko zarzucić, że nic a nic zgoła w tej mierze nie robią. Choroba szerzy się szybko, a zapobieganie temu szerzeniu się jej, postępuje ślimaczym galopem, trudno zatem spodziewać się, żeby pomyślny skutek uwieńczył starania tych, do których to należy właściwie.
Wie Ojciec, że ja dotychczas nie umiem sobie wytłumaczyć usposobienia moich chorych. Wielu z nich przyszło na świat z trądem, wielu zaraziło się niem, ale oddawna, tak, że już nawet nie wiedzą, co to znaczy być zupełnie zdrowym, to prawda; ale czy oni tak się już oswoili ze swoją niedolą, czy wskutek takiego nieszczęścia nic już sobie z niczego nie robią, czy co innego powodem tego, wcale odgadnąć nie mogę. Już choćby nie co innego, jak samo pogardzanie i pomiatanie, którego wciąż doznają, tak dalece, że często kamieniami ich napędzają, jak psy; jeżeli kto litościwszy daje jałmużnę, to nie da ją jak człowiekowi, ale zdaleka mu ją rzuca, żeby sobie podjął, zupełnie jakby jakiemu zwierzęciu rzucał i t. d. Samo to, mówię, pogardzanie dotkliwie każdy odczuje, a ci biedacy mimo to wszystko weseli, rozmawiają, śmieją się, a nawet który może, to zatańczy i zaśpiewa. Do tego stopnia przyzwyczaili się być strasznymi dla wszystkich, że ich to dziwi, kiedy wiedzą coś innego. Kiedy pierwszy raz dostałem kawałek płótna i wziąłem się do opatrywania ran jednemu z nich, to otoczyli mnie i przypatrywali się, jakby jakiemu widowisku, a jeden z nich głośno powiedział drugiemu: »patrzaj, patrzaj, on rany dotyka i nie boi się«.
Niech Ojciec będzie łaskaw nie zapomni i sam, albo przez kogo, wystara się dla mnie o nasienie brzozy i grabu, o które prosiłem przedtem, koniecznie mi tych dwóch rzeczy potrzeba. Gdyby bez trudności można, to bardzobym był rad, żeby brzoza była prosta i płacząca, ale jeżeli to trudno, to niech będzie jedna jakakolwiek, byle brzoza.
Dotychczas nie mogę się oswoić z tutejszymi porami roku, jeszcze mi to wszystko bardzo dziko się przedstawia. Obecnie np. maj, u nas wiosna, wszystko ożywione, a tu zima, wszystko drzymie, albo i śpi. O tem zaś, żeby odetchnąć świeżem wiosennem powietrzem, poczuć zapach pól i lasów, tak jak u nas, tutaj mowy nigdy niema przez cały rok, a krajowcy nie wiedzą nawet, co to znaczy.
Przypomniałem sobie w tej chwili, żem Ojcu kiedyś przedtem pisał, jak Malgasze lubią tłustość. Oto ma Ojciec jeszcze jeden dowód więcej tego. Kiedy kto z moich chorych użala się na ból żołądka, to nie pytam go, co jadł, ale czy i kiedy jadł, potem, czem mogę, nakarmię go i zwykle już było po chorobie na jakiś czas, t. j. póki się znowu dobrze nie wypościł. Ale pewnego razu, wielu zaczęło się uskarżać na żołądek, a między nimi i tacy, o których wiedziałem, że jedli i mają jeszcze u siebie na dwa lub trzy dni żywności. W lekarza bawić się nie mogę, bo choćbym i potrafił sfabrykować receptę, to nie mam apteki, ani aptekarza, któryby to przyrządził, ale, myślę sobie, kiedy tylu ma do czynienia z żołądkiem, to chyba już trzeba zrobić nieco ogólniejszy porządek; sprowadziłem ½ litra ricinusu i idę z tym specjałem do moich pacjentów. Byłem prawie pewny, że może znajdzie się jeden lub drugi mniej brzydzący się amator, co zażyje bez trudności ze dwie łyżki tego szlachetnego trunku, a resztę przyjdzie zgrabnie namawiać, jak to często zdarza się w infirmerji konwiktowej, że jaki doktor obojga abecadeł, mający już przejść do I-ej klasy gimnazjalnej, za nic nie chce zażyć ricinusu, a tymczasem połknie dobrą dawkę w przekonaniu, że co innego zażył. Tymczasem inaczej się stało. Nalałem łyżkę i daję jednemu: wypij to, będzie ci lepiej, przestaniesz tak cierpieć. Chory wziął łyżkę, powąchał olejek, wziął trochę do ust, posmakował, wypił łyżkę, oblizał ją starannie i nadstawia, mówiąc: »nalej Ojcze jeszcze, bo to com dostał, to za mało«. Wypiwszy tak samo i oblizawszy drugą łyżkę, prosi o trzecią, ale nie dałem, żeby nie było dla niego za wiele. Ten chory oddaje łyżkę drugiemu i mówi: »pijcie, bo to dobre, to nie tutejsza tłustość, ale europejska« (Malgasze znają i używają przeważnie tylko łój wołowy, albo barani). Po tej jego odezwie, tak zaczęli wszyscy obecni domagać się, że nie wiedziałem już, komu dać, bo i chorzy na żołądek i nie chorzy prosili, podstawiali ręce pod szyjkę butelki, żeby przy nalewaniu nie spadła jaka kropla na ziemię, a to, co kapnęło na rękę, starannie oblizywali; nietylko lizał każdy sam swoją rękę, ale jeden drugiemu dawał ją do oblizania. W mgnieniu oka butelka, w której przyniosłem ten specjał, była wypróżniona, kiedy odchodziłem, to mnie wszyscy prosili o więcej: »dostaj nam Ojcze dużo tego tłuszczu, napisz do Polski, że my prosimy, żeby nam przysłali, to takie dobre, nie śmierdzi wcale, a tak smakuje«. Starzy, jak starzy, ale dzieciaki, to prawdziwie były paradne przy tem częstowaniu, bo to cisnęło się między starszymi, a gdy się do mnie dostał który, to nic nie mówił, tylko otworzył gębę i palcem pokazywał, żeby nalać do niej olejku. Było to już dość dawno, a mnie dziś jeszcze wspomnienie tego sprawia obrzydzenie. Jak oni mogą tak jeść i lubić tłustość, nie rozumiem. Żeby przynajmniej choć spożywali ją z czem do jedzenia, jeszczeby uszło, ale oni jedzą tłuszcz zupełnie naczczo, nawet ricinus (częstowałem rano, nim zaczęli gotować jedzenie). Trudno to sobie inaczej wytłumaczyć, jak tylko przysłowiem: »nie to piękne co piękne, ale co się komu podoba« de gustibus non est disputandum. Cieszy mnie jednak to, że na przyszłość nie będę miał najmniejszej trudności, gdy trzeba będzie którego z pacjentów zrobić nieco lżejszym, a zwłaszcza dzieciaków; cały dzień zostawione to samemu sobie, pakuje co mu w rękę wpadnie, bo głodny, a gdy chory, to nie wszystko zażyje, co mu się da, chyba przemocą wlewaj do gęby, ot, jak zwyczajnie dzieciakowi. W lekarstwach zaś przebierać nie mogę, tylko muszę to dawać, co i kiedy mogę dostać.
Naostatek jeszcze raz Ojca bardzo proszę, żeby był łaskaw i w swoich »Misjach katolickich« i tak, gdzie się tylko da, prosić dla mnie o jałmużnę, bo jak widzi Ojciec, z tego co piszę, bardzo jej potrzebuję. Proszę tylko nie brać dla mnie żadnych intencyj mszalnych, dlatego, że ich przyjąć nie mogę. Zdaje się, pisałem już kiedyś Ojcu, że nie mam wolnego ani jednego dnia, gdyż musimy odprawiać te Msze, które nam z misyj dają. Wyprosiłem sobie tylko jedną Mszę św. co tydzień, t. j. cztery na miesiąc, które odprawiam za dobrodziejów żywych i zmarłych, t. j. za wszystkich tych, którzy w jakikolwiek sposób przyczynią się do polepszenia losu moich nieszczęśliwych chorych, a oprócz tego, nie mam ani jednej Mszy wolnej. Nie przepraszam już nawet Ojca za to, że Mu się tak naprzykrzam, bo przepraszając, trzeba obiecać poprawę, a ja tego zrobić nie mogę dla tej prostej racji, że czego nie wyżebrzę i to w Polsce, tego nie będę miał. Wszystkie trudy i przykrości, które drogi Ojciec będzie miał z mojej przyczyny, Matka Najśw. stokrotnie Ojcu wynagrodzi.
Polecam Was wszystkich opiece Matki Najśw., a moją niegodność waszym modlitwom.






>

LIST XIII.

Tananariwa, 13 czerwca 1900.


W początkach czy może w połowie maja, jakiś wójt z pobliskiej wsi (jeżeli kupkę lepianek z gliny można wsią nazywać), przemocą zapędził kilku z moich chorych do rządowego schroniska za to, że ich zastał zbierających trawę do palenia. Nie wiem, jak jest w rządowem schronisku, bom tam nigdy nie był, ale musi być nieświetnie, kiedy wszyscy trędowaci uważają je za kryminał i za nic tam iść nie chcą. Niedawno przybiega do mnie kilkunastu moich chorych z ogromnym hałasem i wołają, żebym prędzej szedł, bo ten wójt znowu czterech zabrał i zamknął w jakiejś chacie z tem, żeby potem odpędzić ich do rządowego schroniska. Spytałem, gdzie ich wziął, czy w naszym obrębie, czy może ci czterej przeszli poza graniczną miedzę, za którą wychodzić i zakazano? Niedokładnie mi odpowiadali, więc poszedłem do miedzy, żeby się przekonać dobrze o wszystkiem. Chorzy byli bardzo rozjątrzeni, i kto tylko mógł chodzić, chciał iść ze mną. Naturalnie, że w milczeniu taka procesja odbyćby się nie mogła, kazałem zatem wszystkim pozostać, a wziąłem tylko czterech czy pięciu z sobą do wytłumaczenia całej rzeczy. Ledwo wyszedłem poza kościół, zobaczyłem tego wójta z kilkoma innymi Malgaszami, idącego także ku granicznej miedzy. Był oddalony od nas może o jakie 20 lub 30 kroków. Chciałem go zapytać, co to za paroksyzm gorliwości napadł na niego, że takie brewerje wyprawia, ale nie mogłem, bo jak tylko mnie spostrzegł, natychmiast dał drapaka w przeciwną stronę. Czy to dlatego, że miał na głowie biały kapelusz z jakiemś mosiężnem kukuriku i uważał może za ubliżenie swojej godności rozmawiać ze mną, czy z tchórzostwa — tego już nie wiem, ale dość na tem, że czmychnął czarny dygnitarz, nie oglądając się nawet. Dowiedziawszy się od moich chorych, że czterej, wzięci przez wójta, przeszli graniczną miedzą, powiedziałem wszystkim, żeby tej granicy nie przekraczali, bo ram nie mogę się rozporządzać. Gdyby zaś wójt wszedł w nasz obręb i chciał jakie porządki robić, niech mnie zaraz uwiadomią, to się z nim rozmówię, gdyż w naszym obrębie ja mam prawo rozkazywania, a nie kto inny. Chorzy rozeszli się, ale niekoniecznie w dobrym humorze. — Po kilku godzinach czterej aresztowani wrócili, mówiąc, że ich wójt wypuścił dlatego, że nie wiedzieli o zakazie przekraczania granicy danego nam kawałka ziemi. Tego samego dnia, jeden z Malgaszów (nie z moich chorych, ale inny jakiś) mówi mi, ale to w takim tonie, jakby chciał się mi ofiarować z pośrednictwem, czy może nawet, i z protekcją, że on dobrze zna tego wójta. Wiem, że każda najmniejsza nawet bajka lub plotka rozchodzi się między Malgaszami nadzwyczaj szybko i zwykle przeistoczona nie do poznania. Korzystając z tego, powiedziałem temu łaskawemu, a nie proszonemu wcale protektorowi: jeżeli się z tym wójtem znasz i widujesz, to możesz mu powiedzieć to, coś ode mnie słyszał, mianowicie: że gdyby on miał zamiar przyjść rozporządzać się w schronisku, byłoby może lepiej, żeby się nie fatygował, bo jak się zjawi, to dowie się dokładnie gdzie raki zimują. Czy to doszło do uszu jego wójtowskiej mości, czy nie — nie wiem, ale dotychczas nawet w pobliżu schroniska ten czarny przedstawiciel władzy jeszcze się nie pokazał.
Niedawno przybył do Tananariwy X. Biskup de Saune na sufragana z prawem następstwa X. Biskupa Cazeta. Kiedy byłem w Tananariwie, powiedział mi X. Biskup de Saune, że chce zwiedzić moje schronisko. Prosiłem go o oznaczenie dnia, w którym chce przybyć i przygotowałem wszystko, jak można było, na jego przyjęcie. W przeddzień jego przybycia, powiedziałem moim chorym, że X. Biskup nazajutrz u nas będzie. Zaraz wszyscy, mogący cokolwiek robić, wzięli się do zamiatania i porządkowania w całem obejściu. Że to obecnie pora sucha, ani kropli deszczu nie będzie aż do października albo i listopada, więc przy tem ogólnem porządkowaniu taki powstał kurz, że gdyby nie wiatr, toby jeden drugiego widzieć nie mógł. Czy dobrze będzie zamieciono czy nie, o to nikt nie pyta — fervet opus, zamiata się i basta. Starsi zamiatają i spieszą ile mogą; dzieciaki, chcąc dopomódz starszym, też niby zamiatają, a właściwie śmiecą tam, gdzie już starsi zamietli; wiatr dopomaga dzieciakom i napowrót zanosi śmiecie tam, gdzie przed chwilą był już niby czysto, ale koniec końcem porządkuje się na gwałt. Czy podczas tej operacji jeden drugiego rozumiał tego powiedziećbym nie mógł, ale przynajmniej wątpię, bo wszyscy krzyczeli, każdy radził, ganił, śmiał się z roboty innych i t. d. bez końca. Kiedy już wszystko było ukończone, a właściwie niby ukończone, usłyszałem ogólny krzyk, wycia, ryki, śmiech, klaskanie w dłonie i t. p., słowem wrzawa co się zowie. Wybiegłem co prędzej, i dawszy znak ręką, żeby zamikli, pytam: co się stało? Odpowiadają mi na to: »Nic Ojcze się nie stało, — wszystko dobrze. Uporządkowaliśmy już i teraz cieszymy się, że X. Biskup u nas będzie«. Kiedy tak, powiedziałem, to jeszcze nieźle, cieszcie się, nie przeszkadzam i wróciłem do swojej roboty. Ta oznaka radości powtórzyła się jeszcze kilka razy i do wieczora moi biedacy byli w złotym humorze. Patrząc na nich, cieszyłem się, że choć na krótki czas zapomnieli o swojej niedoli.
Będąc w Tananariwie, dostałem w prezencie 20 małych koszulek (może ½ metra długości każda) i tyleż par spodni takiejże wielkości. Była to bielizna szyta przed rokiem czy dwoma dla jakiejś ochronki. Dzieci, dla których to było przeznaczone, powyrastały, więc mnie to dano dla chorych dzieciaków. Kiedym to rzeczy przyniósł i rozdał, dziatwa nacieszyć się dość nie mogła. Nie wszystko przydało się dla wszystkich, to swoją drogą; jednemu koszula dostawała zaledwie do pasa, rękawy do łokcia, a spodnie do kolan; na innych było jakby umyślnie do miary zrobione. Znalazł się też niejeden i taki olbrzym, któremu taka koszula sięgała do kostek, a spodnie zawiązano mu pod pachami i jeszcze na dole trzeba było podwinąć, bo były za długie. Wszystkie te jednak niedokładności, to drobiazgi, na które nikt nie zwracał uwagi i które bynajmniej nikogo nie raziły, bo u nas mody wcale nikt się nie trzyma. W dzień przybycia X. Biskupa, wszyscy właściciele nowej bielizny wystroili się w nią już od samego rana, a kiedy wyszli na powitanie X. Biskupa, to bielizna już była więcej popielata, niż biała. Łatwo to można wytłumaczyć tem, że galowy strój przywdziany był od samego rana, a X. Biskup przybył dopiero około 11 godziny, więc było dość czasu do przemienienia białego koloru na popielaty. Tegoż samego dnia galowy strój wieczorem przestał już być galowym, bo jak koszule, tak spodnie były prawie zupełnie czarne. Niekoniecznie w tem wina dzieci, bo to biedactwo ani o stołach, ani o ławkach i wyobrażenia nie ma. Jedzą, śpią, siedzą, zawsze na gołej ziemi; a że chaty ich bez kominów i pieców, więc po całej chacie popiół rozsypany przez chodzenie i wiatr, trudno zatem białego odzienia nie powalać, a zwłaszcza dzieciom. Gdy Najśw. Panna pozwoli, że już będzie schronisko, mam wielką nadzieję, że ochędóstwo będzie lepiej zachowane, tymczasem muszę przez palce patrzeć na wszystko.
Najbardziej ubawił X. Biskupa jeden z malców, który nie mógł dać sobie rady z garderobą — koszulka na niego za wielka, spodnie również za obszerne; i jedno i drugie przy chodzeniu zaczęło go opuszczać, dzieciak koszulę podwinął pod pachy, spodnie trzymał rękoma pod brodą prawie i tak stojąc przed X. Biskupem, i otworzywszy gębę jak mógł szeroko, patrzał mu prosto w oczy. Przy X. Biskupie to nie szło, ale po jego odejściu, chorzy też niemało i nie bez hałasu naśmiali się z tego małego eleganta. Do chorych przemówił X. Biskup (przez tłumacza) prawdziwie jak ojciec do swoich dzieci, zwiedził potem wszystkie mieszkania, zachodząc do każdej izby osobno. Przy pożegnaniu obiecał chorym, że ich znowu odwiedzi i udzieli Sakramentu Bierzmowania tym, co go jeszcze nie otrzymali, zostawił im małą jałmużnę, pobłogosławił i odszedł. Potem rozpytywał mnie jeszcze o różne szczegóły, dotyczące chorych, zanotował sobie niektóre rzeczy i powrócił do Tananariwy. Mnie bardzo się ten nowy X. Biskup podobał, na jego twarzy maluje się wyraźnie współczucie dla nieszczęśliwych.
Dziwiło mnie dotychczas i nie mogłem sobie wytłumaczyć, dlaczego to Malgasze tacy żebracy, t. j. nie żeby byli ubodzy, ale każdy zawsze prosi o wszystko co zobaczy, czy mu potrzebne czy nie, o co prosi, a każdy bez wyjątku prosi o pieniądze. Spytałem o to jednego z naszych Ojców, którzy już tu kilkanaście lat na misji. Ten Ojciec powiedział, że to stary, zakorzeniony zwyczaj, który może niełatwo i nieprędko pójdzie w zapomnienie. Jako dowód tego, przytoczył mi taki fakt: nie tak dawno temu, kiedy jeszcze na Madagaskarze istniało niewolnictwo, jeden z naszych Ojców przyszedł do stacji, w której dłużej chciał zabawić, żeby się zobaczyć ze wszystkimi o ile możności tamtejszymi katolikami, wyspowiadać wszystkich itp., bo znowu nieprędko będzie mógł ich odwiedzić. Na drugi dzień po jego tam przybyciu, mówią mu, że chce z nim mówić jedna z jego parafjanek. Była to bogata bardzo Malgaszka, jakaś ich hrabina czy księżna, przyszła odwiedzić tego Ojca, a z nią przyszło jakich 12 czy 15 niewolników dobrze obładowanych. Kiedy misjonarz wyszedł do niej, ona mówi mu, że przyszła żeby go odwiedzić, a zarazem zaopatrzyć nieco jego spiżarnię, żeby i sam głodu nie cierpiał i parafjan miał czem poczęstować, ponieważ on, będąc ustawicznie w drodze, tych prowizyj z sobą nosić nie może. Niewolnicy rozpakowali to co przynieśli i było tam: klika kur, indyków, ryż, maniok, pataty i t. p. miejscowe specjały. Kto takie prezenta robi i ma tylu niewolników, tego zdaje się za żebraka uważać nie można. Tymczasem po skończonych odwiedzinach, przy pożegnaniu, ta czarna jaśnie wielmożna, czy może i jaśnie oświecona, mówi misjonarzowi: »Proszę trochę pieniędzy«. Misjonarz dał jej 4 su i ukontentowana odeszła. Można stąd wnosić, że u Malgaszów to należy do dobrego wychowania.
Niedarmo to mówią, że »co kraj, to obyczaj«. Jak na całym Bożym świecie, tak i na Madagaskarze nietrudno wcale napotkać takiego ogólnego »rzeczoznawcę«, co to, kto wie, czy na czemkolwiek zna się choć trochę, a o wszystkiem bez wyjątku tak mądrze prawi i tak głośno, bez zająknienia się nawet, jakby z książki czytał. Niedawno zabawił mnie jeden z tych licznych quasi uczonych. Dostała mi się kiedyś paczka herbaty, którą czuć było wcale nie herbatą, tylko jakimś piolunem, miętą czy rumiankiem, czy może i wszystkiem tem razem, ale nie herbatą. Smak miała zupełnie odpowiedni do zapachu. Mówi rosyjskie przysłowie, że jak niema ryby to i rak rybą, a jak niema ludzi to i Tomasz człowiekiem (на безрыбіи и ракъ рыба, а на безпюдіи и Ѳома чепо вѣкъ), niema herbaty, musi ją to zielsko narazie zastąpić. Wolałem przez kilka dni, nim nadejdzie nowa paczka, wyobrażać sobie, że piję herbatę, niż wyrzucić tę paczkę czegoś, co udawać miało herbatę i być bez śniadania. Zachodzi do mnie pewnego razu jakiś jegomość (Europejczyk, bo gdyby czarny, tobym się nie dziwił), a że to było już koło południa, więc go zaprosiłem na obiad. Po obiedzie mówię mu, że kawy nie dam bo nie mam, ale herbaty, jeżeli chce, to zrobię. Nalewając tę quasi herbatę, proszę, żeby wybaczył, jeżeli nie będzie mu smakować, bo czem chata bogata tem rada, lepszego narazie nie mam nic. Pije mój rzeczoznawca ten quasi chiński nektar i chwali jak smak tak i zapach, »wcale niezła herbata« — mówi. Myślałem, że on z grzeczności tylko chwali, jak to często ludzie robią, albo, że to jakaś kaleka, co nie ma ani węchu, ani smaku. Po chwili jednak wylazło szydło z worka, przekonałem się z kim mam do czynienia, zaczął mi gadać o uprawianiu herbaty, o rozmaitych sposobach przygotowywania jej i t. d., potem o rolnictwie wogóle, o architekturze, pszczelnictwie i t. d., o wszystkiem możliwem rozprawiał nadzwyczaj biegle gdy na chwilę zamilkł (może żeby gęba spoczęła, bo pytlował niemiłosiernie), powiedziałem pachnie, tylko nie herbatą. On ją wącha znowu i mówi: »no, tak, to jest, niby...« Oho, myślę sobie, znaczy ty się bratku nietylko na herbacie, ale wogóle na wszystkiem, jak ślepy na kolorach. Kontent byłem, gdy sobie poszedł, bo on przelewał tylko z pustego w próżne, nie mając widocznie co lepszego do roboty, a mnie pilno było do moich zajęć.
Po jego odejściu mimowolnie przypomniały się mi dawne lata, kiedy jeszcze w Tarnopolu byłem prefektem. Tam też zdarzyło się coś podobnego w konwikcie. Do ósmaków naszych przyszedł raz pewien pan. Ósmacy częstują go papierosem, ale on mówi, że takiego tytoniu nie pali, tylko albo dobry rosyjski, albo wcale nic. Po jego odejściu ósmacy kupili tutek z rosyjskim napisem, nabili je najzwyklejszym austrjackim tytoniem, po 63 ct. paczka, włożyli do pudełka z rosyjskich papierosów i zgrabnie zakleili. Gdy przyszedł ów pan znowu do nich, częstują go temi papierosami. On patrzy na napis na pudełku i tutkach, zapala papierosa, wącha dym, delektuje się i mówi: »ot, taki tytoń, to co innego, to rozumiem« i poprosił ósmaków, żeby mu kilka papierosów dali do domu. Koniec końcem schodzi na to, że na całym świecie pełno ogólnych rzeczoznawców, na niczem się nie znających, którym wcaleby nie zaszkodziło, gdyby nauczyli się na pamięć bajeczkę »Osioł w lwiej skórze« i często ją sobie powtarzali.

Dobrze mówi przysłowie: »kocioł garnkowi przymawiał, a obaj smolą«. Użaliłem się przed Ojcem, że mi ten amator czy znawca herbaty, czas zabierał, a sam rozbazgrałem się tak, jakby Ojciec nie miał nic ważniejszego do roboty, jak czytać i zanudzać się moją paplaniną. Proszę wybaczyć staremu żebrakowi, bo na starość każdy robi się
Trędowaci piorą bieliznę.
gadułą po największej części. Radbym się poprawić, ale dzieląca nas odległość stoi na przeszkodzie — nie można ustnie, to przynajmniej kontent jestem kiedy się da ze swoimi po swojemu listownie pogwarzyć, bo nigdzie tu ani pół słówka polskiego nie można usłyszeć. Ale trudna rada, choć niechętnie, jednak muszę już dziś zakończyć.

Czekając z niecierpliwością listu od drogiego Ojca, polecam się Jego modlitwom.





LIST XIV.

Tananariwa, 13 lipca 1900.


Niedawno pojawił się na Madagaskarze gość przez Europejczyków wcale niepożądany, a przez Malgaszów niepożądany i pożądany. Wzdłuż wyspy przelatywała szarańcza. Tam, gdzie przelatywała większą masą, znaczne, rozumie się, porobiła szkody, do nas dostały się tylko resztki tej armji latających szkodników, i to resztki wcale nie we wielkiej ilości. Dlatego powiedziałem, że przez Malgaszów jest ta plaga i pożądana i nie, bo kiedy leci ogromną masą i grozi wielkiem zniszczeniem, wtedy wychodzą tłumnie Malgasze, biorąc co kto znajdzie pod ręką do stukania i brzęczenia, tan np. kawałki blachy, żelazne łopaty i t. p., krzyczą, wyją, świszczą, brzęczą żelazami — słowem, robią piekielną wrzawę, żeby odpędzić szarańczę od ryżu, manioku i t. p. Taki jednak koncert wyprawiają tylko wtedy, kiedy się boją zupełnego, albo znacznego przynajmniej zniszczenia tego co zebrać mają; kiedy zaś szarańcza pojawi się w niewielkiej ilości, jak to u nas miało miejsce niedawno, Malgasze kontenci, bo się wtedy raczą szarańczą, ile tylko mogą. W połowie czerwca ktoś z przechodniów uwiadomił w naszym zakątku, że szarańcza jest już obecnie oddaloną o kilkanaście kilometrów i posuwa się ku nam. Ze wszystkich stron szli Malgasze z koszami, workami, garnkami i t. d. naprzeciw szarańczy, żeby nazbierać jej jak nożna najwięcej. Moja chata tuż przy samej drodze, co niebardzo było wtedy na rękę, bo w nocy trudno było spać. Partje tych czarnych myśliwych, po kilkunastu albo i kilkudziesięciu w każdej, przechodziły wciąż koło mego mieszkania, śpiewając, krzycząc, skacząc z radości, że się dobrze najedzą.[3] Jeszcze w dodatku, jakby naumyślnie, noce były śliczne, chłodne to prawda, ale jasne, bo to była pełnia księżyca. Przy + 8o albo + 10o C. szarańcza ledwo się rusza, tak bezwładnie, jakby zamarzła, bez trudności zatem zbierano ją do koszów, zgarnywano ją po prostu jak ziarno. To toż się czarni gastronomowie raczyli tam specjałem aż obrzydliwie było patrzeć, nazbierali mnóstwo i każdy jadł ile mógł, a kiedy już w nim miejsca zabrakło, to spoglądał tylko na tę zwierzynę i żałował, że tak niewiele pomieścić w sobie może jego żołądek. Surowej szarańczy Malgasze nie jedzą, ale gotują ją i potem suszą na słońcu, żeby się nie popsuła. Odrzucają tylko skrzydła i łapki, reszta wszystko się spożywa. Na targach mnóstwo suszonej szarańczy sprzedają.
Niech Ojciec sobie tylko nie wyobraża tutejszego targu z europejska, bo tu zupełnie inaczej ma się ta rzecz. Targi odbywają się po miastach (których tu wcale niewiele), wsiach i w czystem polu. W jednem miejscu, choćby i w mieście nawet, np. w Tananariwie, niema wcale stałego rynku, tylko codzień w innem miejscu odbywa się targ. Na placu, umyślnie do tego zrobionym, schodzą się ci co sprzedają i rozkładają tam swój towar, często w czystem polu zupełnie jak taki plac i tam odbywa się targ raz w tygodniu. Nazywają się te targi nie od miejsc, gdzie się znajdują, ale od dnia, w którym się odbywają, np.: wtorek, piątek, środa i t. d., w niedzielę nigdzie targu niema. Na takich targach można dostać przeważnie to, co potrzebne do życia codziennego: płótno, ryż, mięso, jarzyny i t. d., jeżeli to większy targ, bo na mniejszych to często oprócz ryżu, manioku i mięsa, niema nic więcej. Trochę dziwne wydają się nazwy targów, zwłaszcza dla kogoś co nie wie jeszcze o tych nazwach, tak np.: idę na wtorek; kupię to lub sprzedam na sobocie; piątek daleko lepszy od poniedziałku, bo tam można wszystko dostać, a na poniedziałku nie i t. p.
Mówiąc o dniach, mimowolnie przypomniałem sobie Robinsona Kruzoe, którego, będąc dzieckiem, z wielkiem zajęciem czytałem. Robinson nazwał tego czarnego swego towarzysza »Piątaszek« dlatego, że go spotkał pierwszy raz w piątek; ja zaś mam jednego chorego, którego nie ja nazwałem, ale jego rodzina cała, nazywa się Wtorek; imienia ten człowiek nie ma, bo jeszcze jest poganinem. Zapomniałem jeszcze Ojcu napisać, że takich targach nietylko kupują i sprzedają, ale i majstrowie tam się schodzą, jak np. kowale, rzeźnicy i t. d. i na targu zaraz na poczekaniu załatwiają to, co do ich rzemiosła należy. Kuźnia przenośna urządza się tak: w ziemi robi Malgasz rowek, w który kładzie dwie połączone rurki drewniane, schodzące się w jedną, na końcu tego połączenia rurek jest żelazny kawałek rurki podchodzący pod węgle, nasypane do jamki. Stawia na ziemi swa kawałki drzewa wydrążone, tak, żeby końce rurek podchodziły pod te cylindry, w których umieszczone są dwa krążki drewniane, omotane szmatami i przymocowane do kijów. Te krążki z kijami to są tłoki, któremi kowal dmucha do węgli, podnosząc, to opuszczając je w cylindrach. Cały ten przyrząd zastępuje miech. Na ziemi koło tych cylindrów jest kawałek żelaza wielkości 8 albo 10 ctm., służący za kowadło. Ma kowal obcęgi i młotek przytem, ot i cała parada. Kuźnia bardzo prymitywna, to prawda, ale zupełnie dostateczna, żeby zadośćuczynić wymaganiom tych, co zamawiają robotę. Takiemu artyście każą np. naprawić angády, t. j. żelazną łopatę służącą do kopania, odgartywania i t. d., słowem do wszystkiego, co u nas robi się ryskalem i łopatą, jest to wąska żelazna łopatka, osadzona na długim kiju, którą Malgasze kopią nie jak ryskalem, ale tak, jak u nas robią co kilofem, wbija ją w ziemię i potem wywraca tę ziemię. Kopania ryskalem, naciskając nogą, Malgasze wcale nie znają. Albo zamówi kto kilka gwoździ, które on napoczekaniu fabrykuje, i t. p. rzeczy robią ci kowale, ale wszystko tak licho zrobione, że gorzej już chyba nie można. Koszykarze i garncarze przynoszą swoje wyroby już gotowe na targ. Rzeźnikom zdarzają się czasem wypadki wcale niemiłe, jak dla nich, tak dla czekających na mięso, mianowicie: rzeźni stałych nigdzie niema; przypędza rzeźnik wołu, świnię, czy co ma zabić, na targ; tuż przy placu targowym zarzyna, ćwiartuje i sprzedaję. Otóż nieraz się zdarzy, że wół pędzony na zarżnięcie, jakby przeczuwając, że o jego skórę chodzi, da drapaka tuż przed zabiciem, gonią rzeźnicy za nim, ale nie tak łatwo daje się wół złapać i nawet o kilka kilometrów odbiegnie, kupującym zatem zostawiono wtedy ad libitum, albo czekać może i do wieczora nim się rzeźnicy uporają, albo wracać bez mięsa do domu. Jeżeli taki wół był przedtem tuczony, to dla przechodniów po drogach niekoniecznie bezpiecznie spotkać się z nim, bo tuczone woły bywają dziki zarazem. Malgasze tuczą swoje woły w następujący sposób: kopią głęboko dół z wejściem spadzistem, jak do piwnicy, zapędzają do tego dołu bydle mające być tuczonem i zamykają, czy raczej zabarykadowują wejście. Naznacza właściciel takiego wołu jakiego chłopaka, który zbiera wciąż trawę i nosi do jamy dla tego wołu, albo i sam właściciel go karmi; ale koniec końcem, taki wół przez długi czas nie wychodząc z jamy i nie widząc nigdy nikogo, oprócz tego co go karmi, zupełnie dziczeje i potem boi się wszystkiego i byle co łatwo go rozzłości. Kiedy pędzą takiego wołu na targ (zwykle robią to Malgasze z wielkim hałasem, jak wogóle wszystko u nich po dzikiemu się odbywa), często się zdarza, że wół wystraszony hałasem i widokiem, do którego nieprzyzwyczajony, rozwściekli się i piędzi jak szalony, rozbijając i tłukąc wszystkich i wszystko co tylko na drodze napotka, aż póki nie wybije się zupełnie ze sił, albo nie wpadnie gdzie do jakiego dołu, skąd go z wielkim mozołem wydobywają. A co za moc gapiów na każdym targu, to przechodzi wyobrażenie.
Malgasze wogóle pracowitością nie odznaczają się wcale, pracowitych można śmiało uważać za wyjątki, ale prawie wszyscy uważają to sobie za obowiązek, żeby być na targu, czy co kupi, czy nie, czy ma co sprzedać, czy nie, na targu jednak być musi i gawronić tam cały dzień, w którym odbywa się targ, uważany za świąteczny i prawie nikogo nie można zastać w domu przy robocie, chyba, że ma coś koniecznego i bardzo naglącego do roboty. Szkoły naturalnie nie ma w ten dzień, bo czarny światłodawca musi przecież zaszczycić targ swoją obecnością, a dzieci, jak zwykle wszędzie dzieci, cieszą się, że mogą bąki zbijać przez cały dzień. W każdem mieście lub wsi, gdzie jest szkoła, uczniowie zawsze mają co tydzień 2 dni wolne, niedziela i dzień targowy. Ale na to nikt się wcale nie użala, bo Malgaszom o czas wcale nie chodzi. Nigdzie niema wywieszonej przestrogi, żeby się strzec kieszonkowych złodziei, ale, kto na targu nie ma się na baczności, ten się łatwo przekona własnym doświadczeniem, że jak po całym świecie, tak i na Madagaskarze nie braknie ich wcale.
Tymczasem tyle, bo napadła mnie febra znowu i wcale nie pomaga do pisania, ręka tak chodzi po papierze, jak pijany po nierównej drodze. Czekając z niecierpliwością na odpowiedź od Ojca, tylko naturalnie nie skąpą, a porządny obszerny list, polecam się Jego modlitwom.





LIST XV.

Tananariwa, 13 sierpnia 1900.


Bardzo mnie ucieszyła wiadomość o powrocie Ojca z misji i list, na który bardzo dziękuję, przecie doczekałem się listu, już na serjo zaczynało mi być markotno, bo trzy czy cztery poczty nadeszły z Europy, a do mnie ani pół słówka. I ja niedawno wróciłem do swego posterunku, odprawiałem rekolekcje w Tananariwie. Podczas tych rekolekcji byłem prawdziwie rozdwojony, bo byłem w Tananariwie, a myślą ciągle przebywałem miedzy moimi bidakami, ciągle niespokojny byłem o nich. Bo też tego roku zima jakby się na nas uwzięła, cały lipiec wicher ciągły bez żadnej przerwy, słońce się pokazuje, ale niewiele grzeje, a wilgoć i mgły co dnia. W stancji przy zamkniętych drzwiach i oknie, miałem w dzień +12o C., a często i nietyle nawet, na dworze było pewno nie więcej jak +6o albo +8o C. w dzień. Może sobie Ojciec wyobrazić, co mieli do zniesienia moi nieszczęśliwi chorzy w tych lichych barakach, okryci jednem tylko lambem. Okropnie dłużyły się mi rekolekcje, bo, choć w niczem narazie dopomódz moim bidakom nie mogę, zawsze
Trędowaci żebrzą przy drodze. (Zob. str. 144).
jakoś jestem spokojniejszy, kiedy między nimi jestem. To też, ledwo skończyłem rekolekcje, natychmiast dałem drapaka z Tananariwy. Wróciwszy do siebie, rzuciłem tylko torbę w stancji i zaraz pobiegłem zobaczyć, do się u moich czarnych piskląt dzieje. Dzięki Bogu, nikt beze mnie nie umarł, ale już kilku niewiele brakowało do tego. Ledwom się zjawił, zaraz na wszystkie strony odezwały się różne głosy: »Ojcze, zimno! daj co, bo mnie piersi bolą; mnie febra trzęsie; daj choć kawałek płótna, bo rana mnie boli; ryżu nie mam, a głodny jestem bardzo« i t. p. spotkały mnie powitania. Jak tylko nadszedł mój kuchmistrz z menażem i zgotował obiad, zaraz kilku zaniosłem ciepłej polewki, ale naturalnie tym tylko, co najbardziej byli chorzy, a innym dostał się tylko ryż, który kupiłem w Tananariwie.

W sam czas, jakby przeczuwając, że u mnie krucho, nadesłał mi z Rosji jakiś miłosierny człowiek kilka rubli w liście. Niewielki to wprawdzie datek, ale w oczach ludzkich tylko, bo w oczach Boga wiele on znaczy. Te bowiem kilka rubli nadesłał mi, niech mu Matka Najśw. stokrotnie wynagrodzi, ubogi człowiek, utrzymujący się z rodziną z pracy rąk. Ale co w sam czas, to w sam czas nadeszły te pieniądze, mam bowiem obecnie dwunastu, których przemocą jakby muszę bronić przed głodową śmiercią, bo ani na żebry pójść nie mogą, ani też sobie jakkolwiek zaradzić. Oddawna już to zauważyłem, ale dokładnie nie umiem sobie wytłumaczyć skąd to pochodzi, że wogóle uboi często sobie od ust, jak to mówią, odejmie i uboższego wesprze w niedoli; bogaty przeciwnie, ma wszystkiego dość, a mimo to, nawet ze zbywających mu pieniędzy albo nic nie da, albo jak da, to tyle, że ubogi każdy dałby daleko więcej. Widzę wciąż, że tak jest na świecie, ale dlaczego tak, to dla mnie zagadka, której odgadnąć nie mogę. Są i bogaci ludzie bardzo miłosierni, to prawda, ale też to bardzo rzadkie wyjątki. Dałby Bóg, żeby oni przestali być wyjątkami, toby nietyle nędzy było na świcie.
Niedawno ciężko zachorował Ojca znajomy, Michał Rabary, ten, co do Ojca list pisał w imieniu chorych. Prawdziwie zbudowałem się bardzo z tego człowieka i bardzobym pragnął sam mieć tyle miłości bliźniego, co on. Jak tylko on się położył, poszedłem zobaczyć co mu jest. Skarżył się na piersi, mówił, że go tam wciąż kłuje. Taki doktor, jakim ja jestem, nie może poradzić choremu, ale w każdym razie ratować jakoś trzeba. Widzę, że gorączka się wzmaga, miałem chininę, więc dałem mu zażyć, zgotowałem lekkiej herbaty i po ordynacji; resztę oddałem w ręce Matki Najśw., bo choćbym i poznał co to za choroba i wiedział, co trzeba dać, to nicbym nie dał, bo nic nie mam. Miałem już odejść, a Michał mówi (było to rano około godz. 10): »przyjdź Ojciec do mnie około 2-giej«. Przychodzę o 2-giej i pytam co chciał, on mówi: »ze mną źle Ojcze, wkrótce umrę, staraj się, żeby zawsze był ryż dla tych dwunastu nieszczęśliwych, co nic nie mają, jak ja umrę, to niech ten ryż Ojciec rozdaje« i powiedział mi nazwisko tego, komu ten ryż miałem powierzyć, to dobry człowiek, on będzie dbał o biednych. Pamiętaj o mojej żonie; staraj się, żeby wszystkim chorym było lepiej« i t. d. i t. d., o niczem innem nie mówił, tylko o swoich towarzyszach niedoli. Potem spytałem go, czy w samej rzeczy czuje się on coraz gorzej i czyby nie zechciał, żebym go zaopatrzył? »Czuję, że ze mną źle, powiedział, daj mi Ojcze Ostatnie Namaszczenie, bo wkrótce umrę«. Zaopatrzyłem go zaraz, potem odniósłszy Oleje św., wróciłem znowu do niego. Nieco się uspokoił, ale potem znowu ciągle mi polecał, żebym o chorych nie zapomniał. W nocy około 2 godz. przysłał po mnie znowu. Gdy przyszedłem, był w silnej gorączce, ale przytomny, wcale nie majaczył, kazał sobie podać święconą wodę, przeżegnał się, napił się jej trochę, potem znowu o niczem nie mówił, tylko wciąż mi wyliczał, na co mam zważać i o co się starać, żeby chorym było znośniej. We wigilję św. O. Ignacego przychodzę do Michała i mówię mu: zdaje mi się, że ci trochę lepiej. »Niechciałbyś Ojcze, żebym poszedł do Pana Boga, mówi on, ale zdaje się, że nic z tego, umrę wkrótce, pamiętaj tylko o chorych«. Powiedziałem mu, że jeszcze nie pora mu umierać, jeszcze musi tu popracować (on jeszcze nie ma 30 lat, może ma jakie 22 albo 23). On odpowiada: »wprawdzie trochę mi teraz lepiej, ale to mniejsza, pamiętaj tylko o chorych«. Bardzo się ucieszył i dziękował mi, gdy mu powiedziałem, że do Ojca napiszę, że on chory i poproszę o modlitwy z niego. I on, i jego żona, bardzo mi dziękowali za to. Zbudowałem się bardzo z tego człowieka i zadziwiła mnie zarazem tak wilka miłość bliźniego w Malgaszu, niewiele mającym wyobrażenie o Bogu. Sam chory, cały okryty ranami, jak to Ojciec widzi na fotografji, bidny jak i inni, a mimo to wcale o sobie nie myśli, tylko o drugich — prawdziwie jest to przykład do naśladowania. Dziękuję Panu Bogu, że mam takiego chorego, przez którego zasługi z pewnością spływa błogosławieństwo Boże na całe schronisko; bardzo mnie on zarazem zawstydza, on świecki, jeszcze prawie napół dziki, tak małe ma pojęcie o Bogu, a ja od tak dawna ksiądz i do tego zakonnik, a tak mi jeszcze daleko do tego, żeby choć w części być podobnym do tego Michała. Obecnie lepiej mu nieco, ale kto wie, czy wyzdrowieje, bo bardzo lichy, bardzobym żałował, gdyby on umarł, bo wiele dobrego robi ten człowiek między chorymi. Drugi podobny temu wzór poczciwości, to żona Michała — opiekuje się uboższymi, rozdziela im ryż i t. p., a męża pielęgnowała z prawdziwie wzorową cierpliwością, chociaż, obsługując tak ciężko chorego dzień i noc, wcale nietrudno o niecierpliwość. Jak Najśw. Panna pozwoli wystawić schronisko i urządzić go tak, jak mam zamiar, byłbym bardzo rad, gdybym mógł znaleźć między moimi ze czterech mężczyzn i ze cztery kobiety z takim poświęceniem i tak poczciwych, jak ten Michał i jego żona, zaraz przeznaczyłbym ich na infirmarzy i infirmarki.
Z tego co Ojcu teraz opowiem, może Ojciec uformować sobie wyobrażenie o sile zębów i stanowczości żołądka Malgaszów. Otóż przykład: widziałem kiedyś, jak Malgasze zabiwszy barana, osmalili go nad ogniem, tak jak u nas wieprza smalą, ćwiartowali go razem ze skórą do gotowania. Zadziwiło mnie to i opowiadam o tem jednemu z naszych Ojców, jako coś nowego. Ten Ojciec mi mówi: »niedawno jesteś Ojciec między Malgaszami, dlatego cię to dziwi, barania skóra (tutejsze barany wełny wcale nie mają, tylko szerść, jak psy, koty i t. p.), jeszcze nie tak twarda, ale Malgasze jedli przedtem woły ze skórą, obecnie rząd zabrania im to, bo wołowe skóry stanowią znaczny artykuł wywozu, ale jak się uda to ukradkiem i teraz jeszcze zjadają wołu ze skórą« Nic nie odpowiedziałem mu na to, ale i nie wierzyłem — ot kpi sobie stary ze mnie nowicjusza — pomyślałem sobie.
Temi dniami zaczął O. Burdon odbywać wizytę prowincjalską, jak zwykle co roku. Będąc u mnie, dał chorym małą jałmużnę, może po 2 czy po 3 su przypadło na każdego. Chorzy złożyli się i wysłali kilku z pomiędzy siebie, mogących jeszcze dobrze chodzić, żeby kupili mięsa. Zadziwiło mnie, gdym zobaczył, że niosą czarne mięso, popatrzyłem zbliska, a to wół poćwiartowany ze skórą razem i ze szerścią. Moi chorzy podzielili się tem mięsem, a potem oskrobawszy szerść, gotowali ze skórą, własnym oczom wierzyć nie chciałem. Wracam do siebie i pytam mego kuchmistrza: czy Malgasze jedzą wołu ze skórą? on zdziwił się bardzo tem pytaniem i mówi: »któżby skórę odrzucał, wszak to doskonała rzecz, zwłaszcza jeżeli wół tłusty«. Ale jakże to pogryźć i strawić? — pytam. On też pytaniem odpowiada: »a mięso jak, czy to nie wszystko jedno, mięso i skóra?« Na to już odpowiedzi nie miałem.

Nie pamiętam, czym Ojcu już napisał, czy nie, że moi chorzy bardzo Ojcu dziękują za łaskawe zajęcie się ich losem. Pokazałem im Misje z maja i czerwca, gdzie są ich portrety, bardzo byli
Trędowata zbiera trawę do palenia.
(Zob. str. 142 i 145).
kontenci, widząc, że o nich czytają w Europie w tych wielkich papierach drukowanych, jak nazywają Misje katolickie; powiedzieli: »da Bóg, że uzbiera dla nas jałmużnę ksiądz Czermiński, kiedy nas tam widzą«. Ich podziękowanie dla Ojca brzmi tak:

Misaotra izahay Mompera Tseremisiky wymawia się: misáutr izaháj Mompér Tseremi'siky — dosłownie znaczy: misaotra izahay = my dziękujemy, Mompera = księdzu. Nazwisko Ojca wymówić nie mogą jak trzeba, próbowali nieraz, ksztuszą się, wykrzywiają gęby, ale nic z tego — wszystkie usiłowania nadaremne.
Niedługo trwało to polepszeni u Michała, o którem Ojcu wyżej napisałem, w kilka dni potem, znacznie się pogorszyło, a 5 b. m. w święto Matki Boskiej Śnieżnej (ad Nives 5 sierpnia) po Mszy św. skonał. Polecam modlitwom drogiego Ojca duszę tego poczciwego człowieka. Właśnie odprawiwszy pogrzeb, kończę ten list.
Tutaj już zaczyna się mieć ku wiośnie, zaczyna słońce przypiekać, nadejdą wkrótce znowu najrozmaitsze tarapaty z deszczami i piorunami, mniejsza już z tem, ale przynajmniej moi chorzy nie będą tak cierpieć od zimna.
Niech się Ojciec nie dziwi i nie bierze mi za złe, że tak często wysyłam listy do Ojca, bo to rzecz prosta, a mianowicie: będąc jedynym przedstawicielem Polonji na Madagaskarze, przynajmniej środkowym, korzystam z okazji, żeby choć listownie pomówić swoim językiem, kiedy ustnie nie można, to raz, a powtóre, muszę korzystać z czasu, t. j. pisać, póki nie jestem sam trędowatym, bo jak się zarażę, to ani pisywać nawet, nietylko mówić nie będę mógł. Oczekując z niecierpliwością listu od drogiego Ojca i polecając się Jego modlitwom wraz z mojemi czarnemi piskętami, pozostaję najniższym w Chr. sługą.





LIST XVI.

Tananariwa, 28 sierpnia 1900.


Posyłając Ojcu fotografje, które mogłem narazie dostać, do Misyj katol., korzystam z tej sposobności, żeby wyprowadzić z błędu tych przynajmniej, którzy czytają Misje katolickie, jeżeli już może słyszeli, albo usłyszą o moich trędowatych to, co ja nie tak dawno temu słyszałem i nieraz jeszcze słyszę. Zwiedzało moje quasi schronisko kilkanaście osób, między któremi byli też niektórzy dość wysocy urzędnicy, i tak się wyrażali: »Biedni to ludzie ci trędowaci to prawda, ale trzeba ich napędzać do pracy — mają ziemię, niech ją uprawiają, bo inaczej będą musieli głód cierpieć« — albo: »cierpią ci trędowaci, jak i wszyscy inni, bo to ciężka choroba, ale nie są oni znowu tutaj tak nieszczęśliwi, mają pola manioku, patatów i t. p., z misji dostają ryż, cóż im więcej trzeba? trudno więcej wymagać« i t. p. mnóstwo innych zdań słyszałem. Nie wierzyłem własnym uszom i sądziłem, że to wszystko, choć nie na miejscu wprawdzie, jednak żarty tylko; mówię niektórym, co takie wywodzili teorje, ale proszę spojrzeć na tych biedaków, czy oni są w stanie tyle pracować, żeby z tego mogli wyżyć? Na to dostałem odpowiedź: »No tak, ale, przecież gdyby zechcieli i nie byli leniwi — Ojciec ich znowu zanadto rozpieszcza«. Dałem pokój, bo co z takimi gadać, szkoda czasu, bo to tyle warto, co grochem o ścianę rzucać. Wiem, że niejedna z tych zwiedzających osób wyjechała do Francji, gdzie inaczej też nie będzie gadać. Oprócz tego dowiedziałem się, że we Francji już mówiono i pisano o tutejszych trędowatych w ten sposób:
»W misji środkowego Madagaskaru mają Ojcowie i schroniska dla trędowatych. Tym chorym nie najgorzej się tam dzieje, uprawiają pola manioku i innych rzeczy, są pielęgnowani, zdają się być szczęśliwymi. Że cierpią, toć prawda, lecz trudno inaczej, bo są trędowaci«.

Rzecz prosta, że każdy co usłyszy coś podobnego od kogoś, co sam osobiście zwiedzał schronisko, a przeczyta w Misjach zupełnie co innego i to wprost przeciwnego temu, pomyśli, że ja albo kłamię (co grzecznie wyrażą »troszeczkę przesadza«) albo znowu chciałbym mieć dla moich chorych niewiedzieć jak wykwintne utrzymanie i wcale nie będzie się spieszył z jałmużną. Na cóż im jałmużna, pomyśli sobie, kiedy mają wszystko poddostatkiem, lepiej dać tam, gdzie rzeczywiście potrzeba. Mnie się zdaje, że tego rodzaju gadaniny, jest to nic innego, jak tylko zręczny fortel, którego djabeł używa, żeby odwodzić miłosiernych ludzi od dobrych uczynków, jakiemi są wszystkie jałmużny, bo o wykwintnem utrzymaniu dla moich chorych, wcale nie myślałem i nie myślę. Nietylko do kłamstwa, ale do najmniejszej nawet przesady przyznać się nie mogę, czego najlepszego dowodem może być to, że ze wszystkiego tego com tylko Ojcu dotychczas napisał o moich chorych, odkąd pomiędzy nimi jestem, nie tylko nie cofnąć, bez rozminięcia się z prawdą nie mogę, lecz przeciwnie, mógłbym niejedno dodać o czem zamilczałem. Proszę zaś zwrócić uwagę na znaczenie tych pięknych frazesów i osądzić, czy to się zgadza z prawdą: »trzeba ich napędzać do pracy, żeby głodu nie cierpieli« — choćby ci ludzie byli i najpracowitsi, czy mogą pracować, proszę o tem sądzić z fotografji, np. tej kobiety co zbiera suchą trawę do palenia. Dalej: »nienajgorzej chorym się dzieje, uprawiają pola manioku, patatów i t. p....« Najpierw, spojrzawszy na fotografję, proszę powiedzieć, czy taki chory jest w stanie uprawiać ziemię. Powtóre, co do pól, wprawdzie dał rząd dla moich chorych, jak już to Ojcu kiedyś pisałem, kawał ziemi, ale, podzieliwszy ten grunt między moich chorych, na każdego przypadnie kilka metrów zaledwie, czy taki kawałeczek można nazwać polem? Do użyźniania tej nie ziemi, ale gliny, chorzy mają tylko popiół i nie więcej, a choćby to była i najżyźniejsza ziemia, przypuśćmy, czy z takiego kawałeczka można zebrać tyle, żeby się żywić przez pół roku przynajmniej? Maniok zasadzony, dopiero po upływie dwóch lat zdatnym jest do jedzenia, a przez ten czas co jeść? Zebrał ktoś, przypuśćmy, maniok i wkrótce go zjadł, a potem co ma jeść do nowego zbioru? Każdy chory, co może cośkolwiek jeszcze robić, pracuje dla siebie, a inni jak mają się utrzymywać? Między moimi 150 chorymi z biedą znalazłem 30 jako tako zdolnych do roboty, gdyby
Trędowata bez palców u rąk szyje. (Zob. str. 145).
nawet nie każdy dla siebie pracował, ale dla ogółu, czy tych 30 są w stanie wyżywić swoją pracą wszystkich? Ot dajmy lepiej pokój temu, bo kto wie, ilebym musiał papieru zapisać, gdybym chciał wykazać wszystkie niedorzeczności takich gadanin, które są niczem innem, jak przelewaniem z pustego w próżne.

Szkoda mi tego czasu, com użył na napisanie tego, co tu napisałem, ale trudna rada, potrzebuję jałmużny dla moich nieszczęśliwych chorych, więc musiałem poświęcić ten czas, żeby wykazać głupstwa, które mogłyby powstrzymać ludzi od dawania takowej. Bojowaniem jest życie człowieka na tej ziemi, nigdzie nawet w najświętszych rzeczach, jak np. ratowanie nieszczęśliwych, bez walki się nie obejdzie. Zresztą niech drogi Ojciec zrobi, jak Mu się podoba, proszę to, co tu piszę, umieścić w swoich Misjach, lub nie, ja napisałem tylko dlatego, że kiedy we Francji już tak gadają, to i do nas dojdzie to samo, tylko może nie tak samo, ale jeszcze więcej upiększone, a mniej prawdziwe, bo wiadomo, że fama volando crescit i łatwo może to Ojcu przeszkodzić w zbieraniu dla mnie jałmużny.
Teraz wytłumaczę Ojcu trochę fotografje, bo może niewszystko tam będzie zrozumiałem dla nieznających tutejszych stosunków i zwyczajów. Trędowaci piorą bieliznę — w tej dziurze na dole woda, którą jeden z piorących nabiera kwartą przymocowaną do patyka i leje dna bieliznę; inaczej prać nie mogą dla braku wody. Wygląd schroniska w zimie — na zimę trawa usycha, a z drzew niektórych liście spadają. Trędowaci żebrzą przy drodze — żebrzący siedzą obok drogi, na której być im nie wolno, tylko koszyczki stawiają na drodze do których kto łaska, rzuca jałmużnę. Proszę tylko uważać, z jaką ostrożnością to robią, żeby się czasem nie zarazić.
Trędowata zbiera trawę do palenia — tę trawę trzeba ucinać przy korzeniu. Malgasze robią to łopatką, która u nich nazywa się angady, tą łopatką oni wszystko robią: kopią, odgartują, ucinają trawę i t. d. Ten kosz, w którym jest trawa, nazywają oni sobi'ky = sub'ik. Te subiki robią z tejże samej trawy co i rogóżki i noszą w nich wszystko; innych koszyków tu nie widziałem. Trędowaci niosą wodę — jak wodę, tak wogóle wszystko noszą Malgasze na głowie przeważnie. Trędowata szyje — ta kobieta nie ma ani jednego palca; kto inny nawlecze jej igłę, a ona dwoma rękami przeciąga ją przez płótno; pewno, ze nie jest dobrze uszyte to co ona robi, ale radzi sobie biedaczka jak może. Kobiety trędowate w żałobie — Malgasze tak wyrażają żałobę: mężczyźni noszą czarne koszule spadające niżej kolan; kobiety nie splatają włosów w warkoczyki, jak zwykle, tylko chodzą rozczochrane. Przedtem do żałoby należało jeszcze nie mycie się wcale przez cały czas żałoby, ale teraz to już zdaje się ustało; jak długo noszą żałobę, nie wiem dokładnie, ale w każdym razie niedługo, parę miesięcy zaledwie. Na fotografji ta kobieta co w środku jest, jest to żona poczciwego Michała, o którego śmierci już Ojcu pisałem; te inne po bokach, to krewne i znajome, które ją pocieszają. Bawiące się dzieci trędowate — domek i figurki na ziemi, mające wyobrazić żołnierzy pieszych i konnych, dzieciaki same porobiły z gliny. Jak przy takiej pracy wyglądają ręce i koszule dzieci, to Ojciec sam łatwo się domyśli. Staruszka je łyżką przywiązaną do ręki — dla tych co wcale palców nie mają, kazałem porobić blaszki z kawałkiem rurki, w którą się wkłada łyżka, ta blaszka przywiązuje się choremu (owinąwszy ją szmatką, żeby nie raniła) do ręki i tym sposobem, choć wprawdzie nie arcywygodnie, ale sam może łyżką jeść, bez tych blaszek muszą jeść jak zwierzęta prosto z miski. Radbym mieć coś praktyczniejszego dla tych biedaków do przymocowania łyżki, ale nic jeszcze nie wymyśliłem. Gdyby Ojcu co przyszło na myśl, proszę z łaski swej do mnie napisać. Wnętrze izby i gotowanie ryżu — całe bogactwo izby składa się z tej podartej rogóżki na ziemi i paru garnków; to co na fotografji widać na ścianach, to nic zgoła nie jest, są to tylko plamy porobione przez ściekający deszcz. Rynka podparta dwoma kamykami i przykryta pokrywką, stanowi całą kuchnię. Pod tę rynkę podsuwa chory zapaloną trawę i tym sposobem gotuje ryż, czy co mu tam Bóg da na obiad lub kolację. Garnek obok rynki stojący, stanowi spiżarnię — w nim chowa się ryż, a we wielkim garnku w kącie izby, woda do picia i gotowania — ot i cały apartament najszczegółowiej opisany.
Z tych kilku fotografij może Ojciec łatwo sobie wystawić, co to czasu stracić i co nacierpieć się muszą biedni chorzy, nim zaradzą sobie w tem wszystkiem, co im do codziennego życia niezbędne. Ot choćby niedalej biorąc jak to zbieranie suchej traw, czy to mało czasu i pracy wymaga przy takich rękach, albo wody przynieść; nie tak to łatwo z takiemi rękoma i na takich nogach spuścić się kilkaset kroków wdół do jamy, w której się woda znajduje, naczerpnąć tej wody i z nią wygramolić się napowrót do góry. Cieszy mnie nadzieja, że ci wszyscy, co zobaczą te fotografje, zrozumieją nieco dokładniej, dlaczego mi tak pilno do nowego schroniska, a mianowicie: żeby nietylko ulżyć moim biednym chorym co do ciała, ale żeby móc więcej zająć się ich duszami. W obecnym stanie rzeczy bardzo trudno, prawie niemożliwe, żeby taki chory pomyślał więcej o Bogu, o własnej duszy i o zazierającej do niego śmierci, gdyż on od rana do nocy musi myśleć tylko o tem, jakby podtrzymać to swoje nędzne życie — jak zaś to będzie miał, choćby jak najubożej, ale zabezpieczone, wtedy zwróci się więcej do Boga. To całe rozwiązanie zagadki i jedyna przyczyna, dlaczego ja tak pragnę mieć jak najprędzej schronisko z zabezpieczonem utrzymaniem. Kiedy ci, co będą patrzeć na te fotografje, zrozumieją lepiej dlaczego mi tak polno, a Matka Najświętsza zagrzeje ich serca do litości, to i jałmużna będzie prędzej i obficiej nadchodzić, a przez to prędzej będę mógł urzeczywistnić moje pragnienia.
Miałbym jeszcze niejedno do powiedzenia Ojcu, ale na dziś, chyba już dość, bo czas nie pozwala dłużej bazgrać. Czekając na odpowiedź od drogiego Ojca i polecając się Jego łaskawym modlitwom, pozostaję najniższym w Chrystusie sługą.





LIST XVII.

Tananariwa, 13 października 1900.


Bardzo Ojcu dziękuję za list, datowany: Kraków, 7/8 1900, który odebrałem 25/9 1900. Pomyślne wiadomości przesyła mi Ojciec o jałmużnie; daj Boże częściej tak, to może wreszcie doczekam się, że będzie mogło schronisko zacząć się budować. Widocznie Matka ze swego cudownego grodu nadsyła wsparcie. Jeżeli Ojciec łaskaw, to proszę w Misjach katolickich podziękować w imieniu moich chorych Parafjanom częstochowskim za ich miłosierdzie, bo nie widzę narazie innego sposobu podziękowania im. Ich składka niejedną cegiełkę przysporzy do wybudowania kościoła Najświętszej Częstochowskiej Mateczki w nowem schronisku. Codziennie będziemy prosić Najświętszą Matkę, żeby stokrotnie wynagrodziła ten dar swoim parafjanom. Ale nie bez przykrości dowiedziałem się z listów, które odebrałem z kraju, że w Częstochowie był pożar w klasztorze i kościele. Na szczęście, kaplica z cudownym obrazem obalała. Jeżeli Ojciec ma jaki bliższe szczegóły o tem, to proszę mi z łaski swej udzielić. Pisano mi, że wieża podczas pożaru runęła i szkody ogromne porobiła. Jacy miłosierni ci Częstochowianie; mając we własnej parafji takie straty, pewno z ostatniego ciągną, żeby to odrestaurować, a pomimo to jeszcze i moim biednym chorym dopomagają. Niech im Ojciec w Misjach przynajmniej przeszle serdeczne »Bóg zapłać«, jak od moich chorych tak też i ode mnie, bo więcej zrobić nie możemy, ale Matka Najświętsza z pewnością wysłucha nasze choć niegodne ale szczere prośby i wynagrodzi im to stokrotnie. Pewno Ojciec pamięta jeszcze, z jakiem oburzeniem czytaliśmy to, co pisał z Indyj X. Wehinger, mianowicie że prosił o jałmużną dla swoich trędowatych jakiegoś bogatego Indjanina, a ten Indjanin odpowiedział, że mu da sutą jałmużnę, ale pod warunkiem, że X. Wehinger kupi za te pieniądze arszeniku i wytruje wszystkich trędowatych.

Otóż opowiem Ojcu jedno zdarzenie w tym rodzaju, ale bardziej jeszcze oburzające, niż ten brak miłosierdzia u Indjanina: Pewien ktoś, mniejsza o to kto, nomina odiosa, wyczytawszy w Misjach katolickich w jakiej okropnej nędzy są moi trędowaci, zapragnął im pomóc w niedoli. Bierze moje listy, które Ojciec wydrukował w Misjach, i idzie, żeby wyprosić gdzie i co się da dla moich biedaków. Zachodzi do pewnego bardzo zamożnego pana, pokazuje temu panu opisanie stanu trędowatych i prosi przytem, żeby się przyczynił do składki na odbudowanie schroniska. Ten bogaty pan, wysłuchawszy wszystko i nieco się namyśliwszy, mówi: »nie wiem i nie rozumiem doprawdy, dlaczego rządy tolerują takich chorych; przeciąć najlepiej, wszystkim we łby popalić i skończona sprawa«.
Ktoby przypuścił, że taka odpowiedź mogłaby wyjść z ust Polaka, a zatem prawdopodobnie katolika. Niestety jednak tak było, o ile wiem. Że Indjanin będąc poganinem, coś takiego powie, to jeszcze łatwo da się zrozumieć; trudno bowiem, żeby poganin miał należyte pojęcie o miłosierdziu chrześcijańskiem. Ale żeby Polak tak się zapatrywał po barbarzyńsku na rzeczy, doprawdy, trudno sobie wytłumaczyć. Wie Ojciec, że kiedy słyszę o czemś podobnem, to zawsze przychodzi mi na myśl: czy tak samo zapatrywałby się na rzecz taki, co tak praktycznie radzi, jak ten pan np., gdyby sam był trądem dotknięty? — Że nie prosiłby nikogo żeby mu w łeb wypalił — to rzecz jasna, ale ileby on zaraz znalazł racyj i racyjek na swoją obronę, gdyby przyszło mu opuścić ten świat, żeby innych przypadkiem nie zarazić. Jakby powstawał na nieludzkość rządów, któreby w ten sposób przecinały zarazę. A z jak głupią i wystraszoną miną patrzyłby w lufę karabinu zwróconą do jego łba, aj, aj, aj, aż mnie śmiech zbiera, kiedy sobie to w myśli wystawiam. Pisząc to, mimowolnie roześmiałem się i przypomniałem sobie wiersz, który kiedyś, sam nie wiem już, gdzie, kiedy i od kogo słyszałem, czy czytałem: »żołnierzowi co grał zucha, wszystkich łaje i potrąca, świsnął szablą koło ucha i z żołnierza masz zająca«. Taki praktyczny doradca wszystkim trędowatym pali w łeb i w jednej chwili uwalnia społeczeństwo od tej strasznej plagi; ale gdyby sam dostał trądu (co wcale nietrudno, bo nad Bałtykiem na dobre rozgospodarowuje się ta choroba, a to przecie niedaleko od Polski) i przyszłoby mu zażyć ołowianą pigułkę, to
Kobiety trędowate w żałobie. (Zob. str. 145).
pewno krztusiłby się tak, że gdyby to zrobił na scenie, mury teatru drżałyby od oklasków.

Niech się Ojciec drogi nie dziwi, że przedtem regularnie, co poczta, wysyłałem do Ojca list (mówiąc bez ogródek, zanudzałem Ojca moją gadaniną), a teraz cały miesiąc przerwy. Powód tego następujący: niedawno byłem zajęty gośćmi wcale nieproszonymi i niepożądanymi, mianowicie, gdzieś, nie wiem skąd, dostałem silnego kataru. To jeszcze głupstwo, myślę sobie, katar przecie nie choroba i zabieram się już do pisania do Ojca, ale człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi; chciałem pisać, nie udało się, bo do kataru przyłączyła mi się febra z niezłą gorączką; potem nadszedł kaszel, reumatyzm w krzyżach, newralgja i jeszcze jakieś licho, nie wiem co to było, dość na tem, jak się to wszystko razem wzięło do jego tatarskiej mości, tak ani rusz było cokolwiek robić — ledwo że brewjarz odmawiałem. Za łaską Bożą wylizałem się z tego wszystkiego, ale pocztę straciłem i dlatego dopiero teraz piszę. To wszystko jednak fraszki, gdyby się te choroby nie skończyły, byłbym jakiś list, choć z trudnością, ale nabazgrał; najbardziej stanęło mi na zawadzie to, że byłem siarczyście zły i spodziewałem się, że lada chwila przyjdzie popieścić którego z czarnych dygnitarzy moim kawowym pocieszycielem. Przedtem jakoś trochę było ucichło, a teraz na nowo zaczęli ci podwójci, wójtowie i t. p. hołota pędzić chorych kijami i kamieniami, żeby trawy do palenia nie zbierali w pustyni i nie żebrali przy drogach. Czy jaki nowy rozkaz dostali w tej mierze, czy co innego się stało, ale jak szaleni uganiają całemi dniami po pustyniach i prześladują nieszczęśliwych trędowatych. Moje szczęście, że nie poszedłem do Tananariwy kurować się, bo może byłaby jaka awantura w samem schronisku. Dowiedziałem się ubocznie, że, kiedy jestem w domu, ci czarni dostojnicy nie śmią się bardzo zbliżać do schroniska; ja też z tego powodu nigdy nigdzie nie odchodzę, a kiedy idę na zebranie do Tananariwy, to jak najprędzej powracam. Kiedy i jak się to wszystko skończy. Pan Bóg raczy wiedzieć, ale narazie moi biedni chorzy są w porządnie przykrem położeniu i trudnem zarazem, bo jeść zgotować przecież trzeba, a niema czem palić. Pocieszam moich biednych chorych jak mogę, miną nadrabiam, żeby moje czarne pisklęta na duchu nie upadły, sam sobie tłómaczę, że przecież, jak nic na świecie, tak też i to nie dzieje się bez woli Bożej, jednak mimo to wszystko jestem w takiem usposobieniu, że miałby czego pożałować ten, ktoby mi teraz w drogę zalazł. Ha, trudno inaczej na tym świecie; niema kącika bez krzyżyka. Zlituje się Matka Najświętsza, to będzie nam lepiej, a tymczasem trzeba w praktyce zastosować nasze wołyńskie przysłowie: terpy kozacze, atamanom budesz — cierp kozaku, będziesz atamanem. Jak już jest, to jest, dziej się najświętsza wola Boża. Staram się kochać bliźnich jak samego siebie, nie sądzić i nie mieć nienawiści do nikogo, ale otwarcie Ojcu się przyznam, że tego praktycznego doradcę, co w łeb wszystkim trędowatym wypaliłby, strawić nie mogę i czuję, że z przyjemnością pogłaskałbym go po grzbiecie moim kawowym pocieszycielem, za to jego arcymądre powiedzenie.
Teraz tutaj wiosna, polegająca na tem, że będzie jedna lub druga burza i może parę kwart deszczu, ale za to posucha i upały do lata co się zowie. Lato zaczyna się tutaj w grudniu i wtedy deszcze. Niewolno zbierać trawy do palenia w pustynie, ale jeść przecie ugotować trzeba co dnia, więc powiedziałem moim chorym, żeby poobcinali gałęzie z drzew, których mamy kilkanaście koło baraków. Drzew całych wyrąbać niewolno bez pozwolenia rządu na każde drzewo osobno, ale o gałęziach nic nie powiedziano. Moje czarne pisklęta wzięły się zamaszyście do roboty, kto tylko mógł i czem mógł, to ciął. Jest kilka siekier, noże, nożyki, nagadi (łopatka malgaszka, zob. rycinę »trędowata zbiera trawę do palenia«), wszystko było w ruchu; drzewa aż nadto poobcinane. Na parę dni będzie przy czem strawę ugotować, a potem jak będzie, bo to w ręku Matki Najświętszej. Drzewa staranniej okrzesane niż potrzeba, ale za to doświadczamy nieźle, co to znaczy upał. Zdaje się, że słońce jakby ciągle przypominało: »pamiętajcie, że jesteście w Afryce«. Moi biedni chorzy nie zyskują na tem, bo kiedy upał, to cierpią więcej, tak zupełnie jak kiedy zimno. Wtedy im nieco lżej kiedy ani za zimno, ani za gorąco. Kiedy nieco pochmurno, to wiatr porządnie dokucza chorym, zwłaszcza gorzej poranionym, ale kiedy czasem wiatr ustaje a upał niezły przytem, wtedy rany tak czuć, jakby trąd sadził się na to, żeby pokazać co potrafi. Jużem sobie obmyślał wentylację łagodną ale ustawiczną i proszę ciągle Matkę Najświętszą, żeby prędzej pozwoliła do skutku to przyprowadzić. Przedtem tu ciągle gadali i pisali, że zmiana pogody przy zmianie pór roku zabija wielu chorych; ja ciągle stałem uporczywie przy swojem, t. j. że moi chorzy giną z głodu i nędzy, nie ze zmiany powietrza. Teraz mam jasny tego dowód. Dostałem kilka razy ubocznie, t. j. nie przez Ojca (z tych pieniędzy co Ojciec przysyła nie biorę ani centa, gdyż inaczej nigdybym nie mógł zebrać potrzebnej sumy na budowanie), jałmużnę od kilku osób, trochę inaczej zapatrujących się na rzeczy, niż ten praktyczny doradca, co to wystrzelałby trędowatych, żeby przeciąć zarazę, kupiłem za te pieniądze ryżu dla najuboższych, co nie mogą sobie wcale zaradzić, a najbardziej chorym zanoszę codzień trochę zupy. — Wszystko to zdaje się niewiele mogłoby pomóc, jednak już trzecia pora roku zmienia się od tego czasu, a ja pochowałem wszystkiego dwóch, którzy umarli z trądu (jedna staruszka mająca już może więcej niż 60 lat, a drugi to ten Michał, o którym Ojcu nieco szczegółów opisałem), a z głodu nikt nie umarł. Było między moimi chorymi w tym przeciągu czasu dość rozmaitych kłopotów, jak: febra, reumatyzmy, rozmaite żołądkowe choroby i t. p. skutki grzechu pierworodnego do prawda, ale nikt jeszcze oprócz tych dwóch nie umarł, gdy tymczasem przedtem, t. j. nim dostałem te pieniądze, za które dokupiłem ryżu, co tydzień regularnie 3, 4, albo i więcej pogrzebów.
Gadanina funta kłaków niewarta; »przy zmianie pory roku, wielu ich umiera w jesieni«, jak niema co jeść, to nietylko trędowaci, ale najzdrowsi mrą jak muchy. Ot, jak trzy pory roku zmieniło się, a jeszcze u mnie nikt nie umarł od zmiany pogody. Tymczasem tyle; do Bóg życia, to wkrótce znowu zabiorę Ojcu trochę czasu na czytanie mojej bazgraniny. Bardzo proszę o łaskawą pamięć w modlitwach.





LIST XVIII.

Tananariwa, 13 listopada 1900.


U was zima, wszyscy myślicie o piecach, a tu przeciwnie, kończy się wiosna, a grudzień rozpocznie właśnie tutejsze lato. Jeszcze się nie rozpoczęła na serjo deszczowa pora, ale już się powoli na to zanosi. W dzień WW. Świętych spadł tu pierwszy deszcz. Sam deszcz jeszcze był niewielki, ulewnym nazwać go nie można, ale padał pod dobrą przygrywką; grały pioruny porządnie, aż miło było słuchać. Przedtem przez kilka tygodnie były nieznośne upały, chmurzyło się ciągle, ale nic zawsze z tego wszystkiego, ani kropelki deszczu, tylko czasem dał się słyszeć bardzo oddalony, głuchy huk grzmotów, tak jakby gdzieś aż z morza niby ten odgłos do nas dochodził. Teraz jak się zachmurzy, to pioruny sypią się jak z worka, a walą co się zowie, tak zupełnie, jakby się chciały popisywać, który lepiej urżnie. Proszę Ojca, ja nie mogę sobie jednej rzeczy wytłumaczyć, w jaki się to sposób dzieje, mianowicie: zacznie się tu czasem burza pod noc, pioruny walą siarczyście, lubię to wprawdzie słuchać, ale szkoda mi nocy, więc poleciwszy grzeszną mą duszę i wszystkich moich chorych opiece Matki Najświętszej, kładę się spać. W nocy nic a nic nie słyszę i tuż nade mną trzaskające pioruny nie budzą mnie wcale, chyba, że który urżnie już w samą prawie chatę. Niechże w nocy zastuka do furty który z chorych, to zaraz się budzę i idę do wołającego. Furtka jest o jakie 20 kroków od mojej chaty, no i przecież stukanie człowieka nie jest tak silne jak huk pioruna, a mimo to ja go słyszę.

Przypatrując się burzy wieczorem dnia 1 listopada, widziałem jak kilkanaście piorunów spadło odrazu w jednym punkcie w górach, niezbyt daleko od mieszkań moich chorych. Naturalnie, że nie mogę Ojcu powiedzieć wiele spadło tam piorunów, bo któżby to mógł porachować, ale posypały się wszystkie razem. Dwie wstęgi ogniste pobiegły po niebie, a z tych wstęg posypały się pioruny na góry. Trwało to może ze 3 albo 4 sekundy, a po chwili dał się słyszeć odpowiedni grzmot. Te pioruny nie padały jeden po drugim, ale urżnęły naraz wszystkie i dlatego utkwiło mi to w pamięci, bo pierwszy raz w życiu widziałem coś podobnego. Wszędzie naokoło waliły pioruny swoją drogą i dość obficie, ale tak jak zwyczajnie spadają. Co to za prześliczny był widok! a jaki przytem pouczający zarazem. Patrząc na to, doskonale człowiek widzi, jak wielki, jak potężny jest Bóg, oraz namacalnie przekonywuje się, jakim on jest nic nie znaczącym prochem wobec tego Boga, którego ośmiela się obrażać. Kiedy gruchnie taka salwa piorunów, to w jednej chwili to tak bardzo kochane i nadymające się »ja« gdzieś znika zupełnie, jakby go
Bawiące się dzieci trędowate. (Zob. str. 146).
nigdy nie było, tak, że mimowolnie przychodzi na myśl: »co to, krucho z tobą? teraz nadmij się głupi prochu i pokaż co znaczysz i co możesz!« Szkoda, że nie można było tego odfotografować, miałby Ojciec piękną ilustrację do swoich Misyj katol.

Dzięki Bogu, wiosna minęła szczęśliwie. — W dzień Wszystkich Świętych pochowałem jedną staruszkę, to prawda. Ależ trudno znowu wymagać, żeby trędowaci nie umierali, jednak cieszy mnie nadzwyczaj, że nie z głodu umierają. Chociaż stosunkowo bardzo niewielu straciłem, ale trochę rozmaitości mieliśmy tej wiosny. Wkradła się między moje czarne pisklęta febra i na dobre zaczęła bruździć. Ustawicznie wołali mnie w dzień i często w nocy: »Chodź Ojcze, zobacz chorą kobietę, bo z nią już bardzo źle«. — »Spiesz się Ojcze, bo ten człowiek ciągle omdlewa, może wkrótce umrze«. — »Daj mi co Ojcze, i rany opatrz, bo mnie bardzo bolą« i t. p. wołania powtarzały się bez końca prawie codziennie przez cały październik. Naturalnie, że pomóc nie mogłem, bo doktorem nie jestem, a choćbym nim i był, to leków żadnych nie mam, więcbym również nic nie zrobił; ale dzięki Bogu, nie umarli, bo Marka Najśw. widocznie Sama leczyła. Wołają, że ktoś bardzo chory — idę, pytam: co ci jest? »Ojcze, boli mnie wewnątrz wszystko«. Rzecz jasna, że z tej odpowiedzi, taki zwłaszcza medyk, jakim ja jestem, mądrym być nie może, no ale przecież coś trzeba zrobić, żeby chory widział przynajmniej, że chcę mu pomóc. Więc, rozpytawszy o więcej nieco szczegółów, mówię mu: czeka, bracie, zaraz coś ci dam. Mam trochę czerwonego wina, wlewam łyżkę albo dwie do szklanki, wpuszczę do tego wina kilka kropel święconej wody, zmówię »Zdrowaś Marjo« prosząc Najświętszą Matkę o uzdrowienie biedaka, jeżeli Jej wola i łaska, i daję to wino wypić choremu — ot i po całej kuracji. Jedynie więc tylko Matce Najśw. zawdzięczam, że moje czarne pisklęta nie giną jak muchy. Niejeden zaś ciężko chory, nieraz nawet jakby zazierający już do grobu, przyszedł do zdrowia przez pobożna przyjęcie Ostatniego Namaszczenia, bo lekarstw żadnych nie dostawał. Koniec końcem, że febrze kampanja nie udała się tej wiosny wcale, daj Boże, żeby tak dalej było. Widzę wyraźnie, że po ludzku sądząc, dla trędowatego lepiej jak umrze, mimo to, bardzo mi przykro, gdy którego z nich tracę, a przeciwnie bardzo mnie cieszy, gdy którym mocno rozchorowany, znowu wyzdrowieje i jest już tylko trędowatym bez żadnej innej biedy.
Co słychać u Ojca z jałmużną, przybywa, czy nie?[4] Wprawdzie uważają mnie moi czarni pacjenci, jeżeli niezupełnie, to przynajmniej pół na pół za wyznawcę Eskulapa, jednak nie przeszkadza to, że przytem jak byłem, tak jestem kapcanorum kapcanissimus kapcan, to jest nie ja jako Beyzym, ale jako zawiadowca tego niby schroniska trędowatych. U moich biedaków tak nędza, że choć jestem już z tem dobrze otrzaskany, boć ustawicznie na to patrzę, babą też przecież nie jestem, a otwarcie Ojcu drogiemu się przyznam, że nieraz i niejedną łzę sobie obetrę. Miną nadrabiam wobec moich chorych, to swoją drogą, zachęcam ich do cierpliwości i modlitwy, ale mimo to, nie potrafi sobie Ojciec wyobrazić, jak mi pilno, żeby już mieć schronisko z zapewnionem utrzymaniem.[5] Zbliża się święto Niepokalanego Poczęcia, potem Boże Narodzenie, a ja nie mam co i myśleć nawet, żeby móc ołtarz ozdobić tak jakbym chciał, a kto wie, może od tego dobrego deszcze nie dadzą Mszy św. odprawiać w kościele, wcale o to nietrudno.
Przekonałem się sam o tem, com Ojcu poprzednio pisał, że Malgasze strasznie po bydlęcemu zapatrują się na roślinność, to tyko co się da zjeść, ma wartość w ich oczach, a choćby nie wiem jak cudna była roślina, nie mogąca być zjedzoną, u nich uchodzi za niepotrzebny chwast. Oto przykład: zakwitła u mnie biała lilja i parę krzaków róż. Śliczne kwiaty i pachną bardzo, zwłaszcza przyjemnym wydaje się mi ten zapach, kiedy wrócę od chorych, których rany, jak Ojcu wiadomo, wcale nie pachną. Pewnego razu zaszedł do mnie jakiś Malgasz i patrzy na kwitnące krzaki. Prawda, że to ładne? pytam go. Ani słowa nie odpowiedział, spojrzał tylko na mnie ze zdziwieniem. Po chwili spostrzegł o kilka kroków dalej wyrastającą cebulę, którą ja wcale nie sadziłem i nie wiem skąd się tam wzięła, z rozpromienioną twarzą krzyknął: »Ojcze, cebula!« ale tak radośnie krzyknął, jakby ta cebula była kimś bardzo mu drogim, z którym od wieków już się nie widział. Zaraz się mi przypomniała ta historyjka, o której kiedyś Ojcu napisałem, rozmowę jednego z misjonarzy z Malgaszem, który się dziwił, że ten ksiądz kwiaty, nie dające się jeść, hodował.

Kiedy myślę o budowaniu schroniska, to mi się przypomina przysłowie: »Nie odrazu Kraków zbudowany«, ale zastosować go tutaj żadną miarą się nie da w praktyce. Niejeden z czytających Misje, może powie, albo już nieraz powiedział o mnie: »jakiż ten ksiądz nieporadny, wszak musiał z pewnością zebrać już trochę grosza, poco trzymać tych biednych chorych w takiej nędznej dziurze? Tymczasem wybudować tyle, na ile zebrany pieniądz pozwala i mieścić tam chorych, a potem w miarę przybywania jałmużn, dobudować coraz dalej — lepsza, zdaje się, ciasnota, którąby musieli chorzy znosić nim całe schronisko stanie, niż taka nędza, jak obecnie«. Prawda to jest, i zrobiłbym tak z pewnością, ale ani myśleć o tem, bo na przeszkodzie stoi jedna tylko wprawdzie, ale nieprzezwyciężona trudność, mianowicie: że tam, gdzie mieszkają trędowaci, żaden robotnik za żadną płacę robić nie chce, bo się boją sami zarazić. Więc zbudowawszy przypuśćmy jeden pawilon, jakże potem dalej budować bez robotników? Nie ma na to rady, muszę czekać aż się zbierze tyle, ile mi trzeba na wystawienie całego schroniska; jak wszystko będzie zupełnie ukończone i urządzone jak zewnątrz tak wewnątrz, wtedy dopiero będę mógł wprowadzić i ulokować moich biednych pensjonerów. Nie raz już i nie dziesięć suszyłem sobie głowę nad tem, jakby to choć częściowo przyspieszyć, ale, jak Ojciec sam widzi, niema sposobu, trzeba cierpliwie czekać i znosić nędzę, póki się nie da wszystko za jednym zachodem zrobić.
Staruszka je łyżką przywiązaną do ręki. (Zob. str. 146).

Ot zaraz mogę Ojcu przytoczyć jeden fakt, z którego Ojciec pozna, jak bardzo ludzie boją się trądem zarazić. Trzeba tył na barakach, w których obecnie mieszkają moi chorzy, poprawiać dachy przez burzę popsute z niektórych miejscach, bo woda zalewała wnętrze, jak już to, zdaje się mi, kiedyś Ojcu opisałem. Po skończonej robocie, przychodzi do mnie robotnik, który nic innego nie robił, tylko wszedł zewnątrz po drabinie na dach, pozsuwał dachówki i zeszedł na dół, i prosi żebym go wydezinfekejonował: »Niech Ojciec da mi tej wody, którą się myją, żeby choroba nie chwyciła«. Kpisz, czy żartujesz? — pytam go, — wszak po dachu chorzy nie chodzą, nie miałeś do czynienia z nimi, czego się boisz? Ten bohater z pod kwaśnej gruszki mówi mi, ze był na dachu, pod którym mieszkają trędowaci, więc czego dobrego mógłby się zarazić i na serjo boi się tego. Dla uspokojenia go, dałem mu tej wody, żeby sobie ręce umył, a dal wyleczenia z imaginacji, schlustałem go przy tej sposobności całą tę wodą od stóp do głów, tak, że aż sam prosił, żeby już dać pokój, bo tyle znowu nie trzeba. Będąc pewnym, że się nie zarazi, kto wie, czy był kontent z kąpieli, którą mu sprawiłem, bo ta woda śmierdzi gorzej od karbolu.
Wnętrze izby i gotowanie ryżu. (Zob. str. 146).

Jego lamba i koszula śmierdziały porządnie, to prawda, ale niech wie, żem dbał o jego bezpieczeństwo.

Wszystkim Wam winszuję Świąt i życzę jak najpomyślniejszego Nowego Roku, niech Matka Najśw. błogosławi i dopomaga wszystkim we wszystkiem. Proszę o łaskawą pamięć w modlitwach.





LIST XIX.

Tananariwa, 13 grudnia 1900.


Wiem doskonale, że przy takim nawale pracy jaki Ojciec ma obecnie, każda minuta ma podwójną wartość i dlatego trochę nieśmiało zabierałem się do napisania tego listu, żeby nie dostać bury za zbyt może częste pisanie. Ale, pomyślałem sobie, kiedy Ojciec drogi zajmuje się misjami całego świata i wszystkim pomaga, gdzie i jak tylko może, więc na przeczytanie mojej bazgraniny beż znajdzie chwilkę — i zabrałem się zaraz do gryzmolenia.
Dowiedziałem się trochę szczegółów o etykietalnych wizytach Malgaszów, mianowicie: Malgasze mają pewne stałe formułki, których używają zawsze podczas niektórych wizyt. Cudzoziemcom nie biorą za złe, jeżeli tych formułek nie znają lub nie używają; ale Malgasz, nie umiejący i nie używający takich formułek odpowiednio do okoliczności, uważany jest przez innych za człowieka bez wychowania, nie umiejącego znaleźć się w towarzystwie.
Oto formułki:

1. Kiedy się idzie powinszować komu przyjścia dziecka na świat:
Podział ryżu. (Zob. str. 182).
Odwiedzający: Pozdrowienie wam, którym Bóg dał potomstwo!

Rodzina odpowiada: Lesie żywy, lesie poświęcony, obyście i wy mogli je mieć także!
2. Rodzinę, która uszła jakiego nieszczęścia, tak się pozdrawia:
Odwiedzający (po pożarze będącym w pobliżu): Pozdrowienie wam, od których ogień się odwrócił, żeby się cofnąć!
— (po wypadku albo nieszczęściu): Pozdrowienie wam, którzyście nie umarli, co do serca i życia!
Odwiedzani odpowiadają: Bądź wspomożonym od Boga!
Albo: Ponieważ ty pamiętasz o nas, my nie mamy już smutku!
3. Po śmierci którego z członków rodziny:
Odwiedzający: Jakżeż się macie, niestety!
Rodzina: Oto znajdujemy się smutno i nędznie.
Odwiedzający: Jeszcze to nie jest największe nieszczęście, które was spotyka.
Rodzina: Cierpimy nędznie, ale, że jesteśmy przez ciebie odwiedzeni, nasza boleść znika.
Odwiedzający: Nie miejcie nowego zmartwienia, nie miejcie innego nieszczęścia, uspokójcie waszą boleść, bo to się nam dostaje w udziale od Boga; niema bowiem nikogo, któryby uwolniony był, żeby nie iść tam.
4. Formułki używane przy podarunkach, które się zwykle robią z powodu śmierci:
a) Ofiarujemy wam to, co zastępuje sznurek (trupa przywiązują do bambusu i niosą do mogiły. Trumien Malgasze nie używają, tylko chowają zmarłych owinąwszy w lamba. Im kto bogatszy, tym to lamba kosztowniejsze.
b) Ofiarujemy wam to, co zastępuje salak (salaka czytaj salák — jest to długi kawał płótna, którym mężczyźni przepasują sobie biodra).
c) Ofiarujemy wam to, co zastępuje odzienie.
d) Ofiarujemy wam to, co zastępuje przygotowane pożywienie.
e) Ofiarujemy wam lamba, które ma iść z umarłym.
5. Odwiedzając chorego podczas choroby:
Nie miej za wiele (rozumie się tej choroby), wyzdrowiej doskonale!
Po wyzdrowieniu: Pozdrowienie tobie, jesteś wyleczony z choroby, która cię była dotknęła.
6. Przechodząc koło jakiej znacznej osoby, albo koło przyjaciela:
Proszę mi dać drogę. Panie! Albo: Proszę mi pozwolić przejść, Panie!
7. Podróż.
Odchodzącemu mówią: Bądź dobrze idąc, bądź dobrze wracając!
Powracającemu: Oto jesteś cały i nieuszkodzony.
Podróżny odchodząc: Bądźcie wspomożeni od Boga!
Podróżny wracając: Co za szczęście, że was zastaję!
8. Nowy Rok.
Odwiedzający: Pozdrowienie! rok zastaje was jeszcze!
Odwiedzani: Jednych i drugich zastał rok przy życiu!
Przyjaciołom posyła się zwykle trochę pieniędzy na Nowy Rok z formułką:
Dający: Ponieważ rok poświęcony nadszedł, przychodzimy ofiarować wam jako jaka... (jaka czytaj dzak = kolęda — jest to zwykle mięso, pieniądze, lub coś podobnego, co dają jedni drugim na Nowy Rok jako kolędę).
Te etykietalne formułki jeszcze wcale nieźle trącą dzikością, ale i sposób zachowania się, też niewiele się różni od nich. Tak np. kiedy gość je (zwykle Malgasze swoich gości częstują), a potem głośno mu się odbija, to nietylko, że nie widza w tem nic nieprzystojnego, ale przeciwnie uważanem to jest jakby za komplement, za grzeczność ze strony gościa, za pochwałę dla gospodarza domu, lub za coś w tym rodzaju. Kiedy się komu głośno odbija, to Malgasze uważają, że to wszystko jedno jakby ten ktoś powiedział gospodarzowi domu: dobrzem się u ciebie najadł, dobrześ mnie uraczył.
Nigdy sam nie byłem obecny przy takiej etykietalnej wizycie, wiem o tem od innych, ale wyobrażam sobie, jak to dziwacznie musi się wydawać nieobznajomionemu z tem wszystkiem Europejczykowi. Przychodzą goście do kogokolwiek, a że po domach Malgaszów o żadnych zgoła meblach, choćby najprostszych nawet, mowy niema, więc zasiada całe czarne towarzystwo na rozścielonej rogóżce. Po wyrecytowaniu, stosownie do okoliczności, zwykłych formułek, zaczynają się raczyć. Kiedy się szanowni gości dobrze natłoczą ryżem, maniokiem, czy czem ich tam gospodarz domu częstuje, zaczyna im się odbijać głośno, i ta orkiestra pochlebia gospodarzowi domu!? Uchodzi to za dobry ton — niedarmo zatem mówią, że co kraj, to obyczaj. Malgasze, jak wogóle wszyscy dzicy, nadzwyczaj łatwo się orjentują, mają wprawdzie w swoim języku wyrażenia prawo i lewo, ale nigdy ich nie używają, chyba czasem, jakby wyjątkowo tylko. Kierunek zawsze oznaczają słowami północ, południe, wschód i zachód. »Idź na wschód«, mówią, »połóż to na północ« i t. p. Choć oni się tym sposobem doskonale kierują i rozumieją, ale swoją drogą to nieraz porządnie dziko brzmi dla nieoswojonego z tem ucha. Tak np. jak mnie się kiedyś zdarzyło, nich Ojciec sam osądzi, czy to nie dziko.
Przysłał do mnie misjonarz z sąsiedniej stacji Malgasza stolarza (umie piłować i wie, że heblem nie rąbie się, ale gładzi drzewo, dlatego uchodzi za stolarza, podobnie jak ja za rzeźbiarza), chcącego się uczyć rzeźbić, żebym mu pokazał, jak się wycina cieniutką piłką (laubzegą). Pokazałem mu, jak rękę trzymać, jak ciąć, a potem daję mu piłkę, żeby ciął tak samo. Czarny mój uczeń wziął piłkę do ręki, popatrzył na nią i czeka. No, jazda! panie bracie, czego czekasz — powiedziałem mu — tnij, bo chcę zobaczyć, jak to pójdzie. On mi odpowiada: »Ojciec nie powiedział skąd zaczynać, z północy, czy zachodu, czy skąd«. Naturalnie, że nie zrozumiałem o co mu chodziło, więc powiedziałem: skąd chcesz zaczynaj, tylko zaczynaj, bo czasu szkoda. Zaczął ciąć z boku, ale ja po dziś dzień nie wiem, jak on ten kierunek nazywa.
Drugi, podobne tremu dziwne oznaczenie miejsca, słyszałem u moich chorych. Jeden z nich dostał ospę, dałem mu flaszeczkę oliwy do smarowania pryszczy; po kilku dniach pytam, gdzie flaszeczka, bo chciałem dolać więcej oliwy, chory (zastałem go przed izbą grzejącego się na słońcu) posyła drugiego po flaszeczkę do izby; tamten poszedł, ale po chwili mówi, że znaleźć jej nie może. »Stoi na północ« — odpowiada mu chory na ospę. To jednak powiedzenie już nieco zrozumialsze od zapytania stolarza, bo znaczyło, że stoi przy ścianie od północy.

Wspomniałem o ospie i przypomniałem sobie, co mi jeden z naszych Ojców, będący tu już oddawna na misji, opowiadał o kurowaniu i zapobieganiu, żeby się ospa nie szerzyła. Otóż przedtem, nim jeszcze Francuzi zajęli wyspę, za rządów malgaszkich istniało prawo, że jak tylko kto zachorował na ospę, to bez wszystkiego żywcem go zakopywano do ziemi, żeby przeciąć epidemię. Środek barbarzyński, to prawda, ale wcale mi dziwnym się nie wydawał. Kidy ten facet, o którym Ojcu dawniej pisałem, niby cywilizowany, Polak, zatem prawdopodobnie katolik, ntrzymuje, że najpraktyczniej byłoby wystrzelać wszystkich trędowatych, żeby przeciąć zarazę i, gdyby to tylko było w jego mocy, kto wie, czyby tego nie uskutecznił, cóż więc dziwnego, że król dziki, poganin, wydał takie prawo co do ospy. Wie Ojciec, że tego faceta, chcącego wystrzelać trędowatych, ani zapomnieć, ani strawić nie mogę. Zabijać chorych dla uratowania zdrowych, mogących się zarazić!? Chory to już chyba nie człowiek!? no, no, prawdziwie »powiedział, co wiedział« jak to mówią. U mnie, dzięki Bogu, ospa skończyła się na jednym tylko wypadku, nie rozeszła się między innych, a i ten jeden wyzdrowiał z niej.
Ten rok na Madagaskarze wyjątkowy. Deszcze zwykle zaczynają się tutaj już w listopadzie na dobre, a teraz jeszcze nie było wcale deszczu. Ryż nie rośnie inaczej, jak w bagnie, mając najmniej za 1 ctm. wody. Obecnie ryż zasiany zeszedł, ale ryżowiska wyschły kompletnie, tak że gdzie było rzadkie błoto przedtem, tam teraz twarda popękana ziemia.
O. Beyzym karmi trędowate dzieci.

Malgasze dobrze skrobią się po głowie, bo jeżeli jeszcze nieprędko zacznie się deszczowa pora, to grozi głód, albo co najmniej niesłychana drożyzna. Może sobie drogi Ojciec łatwo wystawić, jakim ja okiem spoglądam w przyszłość, mając tyle zgłodniałych zawsze piskląt do wyżywienia. Cha, dziej się wola Boża! staram się myśleć nawet o tem (nie udaje się mi to jednak) niech Najśw. Matka radzi o swojej chorej czeladzi. Ona łatwo zapobiegnie złemu, Panią jest wszechwładną i najmiłosierniejszą zarazem, więc i o moich biedakach nie zapomni, ja tylko ciągle Jej się o to naprzykrzam.

Z prawdziwą wdzięcznością i ukontentowaniem zarazem widziałem wykaz ofiar dla moich chorych w »Rocznikach Rozkrzewiania Wiary«. — Wszystkim ofiarodawcom naszym, ja razem z mojemi czarnemi pisklętami pokornie dziękujemy za łaskawą jałmużnę, a Matka Najśw. stokrotnie im to wynagrodzi; codziennie prosimy Ją o to, modląc się za naszych dobroczyńców. Jeszcze wprawdzie bardzo wiele mi brakuje, ale, jak tak pójdzie nadal z jałmużną jak teraz, może już niezadługo będę mógł zaczynać budowę upragnionego i niezbędnego schroniska.
Pisząc ten list, musiałem często przerywać dla załatwienia różnych spraw, z któremi do mnie się odwoływano; chciałem skończyć już, ale, myślę sobie, tyle razy przestawałeś pisać i znowu zaczynałeś, więc lepiej zobacz nim zakończysz, czy wszystko w porządku. Przejrzałem list i wie Ojciec com spostrzegł — to, że zupełnie przypadkowo chyba sprawdziło się przysłowie: »choć bieda w kamienicy, hop na ulicy«. Czytając, mógłby Ojciec pomyśleć, że u mnie już znacznie lepiej się dzieje, kiedy w liście nie było żadnej jeremiady, jak to zwykle przedtem bywało. Gdzietam, wcale jeszcze nie lepiej, ani trochę, nędza zawsze taż sama, co i przedtem, ale stało się, niema jeremiady, to niech i nie będzie. Miałbym o niejednej rzeczy, tyczącej się moich chorych, dość do powiedzenia, to prawda, jednak kiedy tak przypadkowo sprawdziło się jedno przysłowie, niech umyślnie sprawdzi się drugi, że »co się odwlecze, to nie uciecze«.
Jak Bóg pozwoli znowu do Ojca napisać, to będę miał jeszcze aż nadto obfitą materję do użalania się na nasze kłopoty i kłopociki. Nich tan list idzie (bodaj czy to nie pierwszy bez żalów) bez jeremiady. Tylko, mój Ojcze, proszę nie zapominać co dopiero powiedziałem, że to się stało zupełnie przypadkowo. Nich Ojciec zatem nie przestaje dla mnie żebrać, gdzie tylko się da. Korci mnie bardzo, żeby Ojcu o niejednej rzeczy bodaj natrącić nawiasowo, ale trudna rada, verbum nobile debet esse stabile — powiedziałem, że nie, więc nie. Jednak w przyszłym liście zobaczy Ojciec, że ja bardzo potrzebuję wsparcia i dlatego jeszcze raz proszę, żeby Ojciec był łaskaw dalej tak samo żebrać, jak dotychczas. Czekając niecierpliwie na list od Ojca, na który już dobrze zasłużyłem przez tak długie a napróżne wyczekiwanie, wszystkich Was polecam opiece Matki Najświętszej, a moje czarne pisklęta i moją niegodność Waszym modlitwom.





LIST XX.

Tananariwa, 28 grudnia 1900.


Udało się mi zdobyć trochę fotografij z naszego codziennego życia, posyłam je Ojcu, dołączając przytem wytłumaczenie niektórych, bo może niewszystkie będą dość zrozumiałe dla wszystkich, co je zobaczą w »Misjach katolickich«, jeżeli Ojciec uzna za stosowne umieścić je tam. Mianowicie: Zabawa bójką kameleonów. Tutaj mnóstwo kameleonów (malutka to jaszczurka, dlatego na fotografji źle widać). Malgasze łapią je i droczą, potem tak całą sprawą kierują, że kameleony zaczynają się czubić.[6] Jest tu także na Madagaskarze rodzaj koników polnych, których Malgasze zniewalają także do bójki, ale tego nie widziałem nigdy, tylko mówiono mi. Gra w fanurun. Fanurun jest to gra w rodzaju warcabów, do grania robią sobie warcabnice ci, co mogą mieć kawałek deski; ci zaś co deski nie mają, robią dołki w ziemi i rzucają do nich kamyczki, służące im zamiast pionków do grania. Trędowata czesze towarzyszkę niedoli. — Ten rodzaj szczotki jest to pęczek suchej trawy, którego końce maczają we wodzie i czeszą się. Zdaleka można łatwo wziąć taką szczotkę za kawałek patyka. Otóż taka historja: kiedyś spostrzegłem podobną operację (tej szczotki jeszcze nie znałem), no, dobrze, myślę sobie, odbywa się polowanie, będzie głowa czystsza; tylko sposób polowania coś mi się wydał niekoniecznie praktyczny (wziąłem tę szczotkę za kawał drzewa) ze względu zwłaszcza na tego, na czyjej głowie odbywa się tępienie zwierzyny. Przybliżyłem się, żeby zobaczyć co to jest i dowiedzieć się o co chodzi, bo zdaleka to tak wygląda, jakby tak kobieta patykiem tłumaczyła tamtej powody swego niezadowolenia, albo chciała wypróbować dokładnie wartość jej czerepu. Dopiero, kiedy byłem blisko, zobaczyłem, że to szczotka z trawy i że gniewów żadnych między niemi niema, tylko odbywa się tualeta w ten sposób. Nigdy nie słyszałem, anie widziałem, będąc w kraju, żeby jaki fryzjer używał podobnych przyrządów, więc umyślne dałem to odfotografować, żeby Ojcu pokazać, jak coś nowego. Zresztą nie wiem, może to tylko dla mnie nowina i rzadkość. Żart żartem, a dobrze mówi rosyjskie przysłowie: на безрыбіи и ракъ рыба (na bezrybiu i rak rybą), albo jeszcze lepsze: за неимѣніемъ гербовой пишемъ на простой (kiedy niema herbowego papieru, to się pisze na zwykłym). Radzą sobie biedacy, jak mogą, niema czem innem, to badylami suchej trawy czeszą się.
Na tejże fotografji niech Ojciec drogi zwróci uwagę na ściany i quasi słupy podpierające dach, tworzący rodzaj werandy. Czy nie mam ja racji obawiać się, żeby to lada moment wszystko się nie rozsypało. Z dnia na dzień coraz mi pilniej, żeby już można było zacząć budować schronisko. Czy może przesadzam, opisując nędzę moich czarnych piskląt?
Trędowaci przygotowują ziemię pod maniok. Niech Ojciec przypatrzy się rękom i nogom, zwłaszcza tego, co w środku ze sparaliżowaną prawą ręką. Własnym oczom nie chciałem wierzyć, żeby tacy nieszczęśliwi mogli pracować. Umyślnie wziąłem ich do fotografji, żeby pokazać, jak niedorzeczne gadania, o których Ojcu przedtem kiedyś pisałem, jak np.: »trzeba ich naganiać do pracy, bo Malgasze z natury leniwi« i t. p. Krew cienie nieraz po tych angádi (łopatkach), a muszą biedni grzebać, żeby się ratować od głodowej śmierci. Żebym był tylko w stanie, t. j. żebym tak mógł, jak nie mogę, to najchętniej zrobiłbym wszystko za nich wszystkich, żeby im tylko oszczędzić cierpienia. I takim kazać pracować! czy nie głupie to gadanie?! Wielu słyszałem tak rozprawiających, ale i ja cicho nie siedzę i gardłuję, gdzie się tylko da. Poczciwa hr. Ledóchowska, do której też pisałem o tem, kazała to wydrukować w »Echu z Afryki« com jej napisał. Jej niech Matka Najśw. stokrotnie to wynagrodzi, a czytający »Echo z Afryki« niech wiedzą, jak się rzecz ma w istocie.

Umierający trędowaty. Jak Ojciec już wie, licha rogóżka stanowi całe umeblowanie i pościel zarazem moich chorych. Bardzo często w ostatnich chwilach chory chce, żeby go posadzić, bo mu ciężko oddychać leżąc, więc ktokolwiek z chorych uklęknie, lub usiądzie, konający oprze się o niego
O. Beyzym daje zupę trędowatemu.
i tak dogorywa. — Pogrzeb trędowatego. Malgasze nie chowają w trumnach, tylko zawijają trupa w lamba i tak go chowają. Paradniejszych pogrzebów, jak ten na fotografji, nie mamy; krzyża, chorągwi i t. p. niech Ojciec darmo nie stara się dopatrzeć, bo nic a nic zgoła u nas niema. Mój krzyżyk zakonny służy i mnie i moim chorym wszędzie do wszystkiego; konający go całują, tym krucyfiksem żegnam mogiły, sam go często całuję — słowem, jest to jakby nasza wspólna własność.

Podział ryżu. Co poniedziałek, jak Ojciec drogi wie z poprzednich listów, przysyłają z misji ryż dla chorych; każdy dostaje takie cztery kubki na tydzień, jak ten co jest w ręku rozdającego ryż. Oprócz tego ryżu, nic zgoła. Jak który skąd co wytrzaśnie do przegryzienia, to jako tako posili się; jeśli nie uda się dostać, to post. Takie cztery kubki równają się niecałym dwom litrom.
Trędowaty i troje dzieci trędowatych tańczą. Kiedyś, o ile sobie przypominam, pisałem Ojcu, że moi chorzy czasem zatańczą, kto może. Teraz posyłam fotografję, żeby Ojciec miał wyobrażenie, bodaj słabe, o tem. Malgasze w tańcu daleko więcej wymachują rękami, niż nogami, tak, że możnaby nawet powiedzieć, że tańczą przeważnie rękami. Ten chory, co z rozłożonemi rękoma, zaczął tańczyć, a dzieciaki, widząc to, dalejże także w tany. Najmniejsza tańcząca dziewczynka w długiej koszulce, to maleństwo, które dopiero ledwo chodzić dobrze zaczyna. Takich olbrzymów jest tu coś trzech czy czterech obecnie; kiedy nastałem w schronisku, to się mnie dziatwa ogromnie bała, a teraz nadzwyczajna między nami przyjaźń, jak się tylko pokażę, to te bąki wszędzie krok w krok za mną idą. Kiedyś dwoje najmniejszych zaczęło do mnie krzyczeć przy furtce tak, że myślałem, że im co się stało. Wychodzę i pytam: coście się tak rozkrzyczały dzieciaki, czego chcecie? Widocznie biedactwo było zgłodniałe (było to około 8 rano), bo mi powiedziały: »Przynieś Ojcze chleba«. — Jest jedno malutkie dziecko, co ledwo zaczyna chodzić. Kiedyś roznosiłem zupę ciężko chorym i wracam potem do siebie, ten dzieciak chwyta mnie za pas i mówi: »Daj i mnie co z tej kwarty«. Mówię mu, że już niemam nic, rozdałem wszystko. Dzieciak nic nie mówi, tylko zagląda do kwarty, zobaczył, że próżnia i puścił mnie, ale od tego czasu, co dzień kiedy idę z zupą, on już czeka po drodze z miseczką i uszczęśliwiony, kiedy mu trochę na miseczkę naleję — słowem, że drobiazg za mną w najlepszych stosunkach. Ja znowu staram się i ile możności te przyjacielskie stosunki podtrzymywać, bo, jak to mówią, dziecko za rękę, to matkę za serce — przez dzieciaków pozyskuję sobie starszych, t. j. ich rodziców i t. p., i tym sposobem łatwiej można coś na większą chwałę Bożą zrobić między tymi jeszcze pół na pół prawie dzikimi pacjentami.
Pisałem już Ojcu kiedyś o tutejszych targowiskach, że nazywają się od dni w tygodniu, jak również o tem, że mam chorego, co się Wtorek nazywa. Mam teraz drugiego, co się nazywa Sobota (obaj jeszcze poganie). Jak Ojcu podoba się takie zlecenie: Słuchaj Sobota, masz 2 su, jak w sobotę pójdziesz z Wtorkiem na sobotę, kup mi kawałek mydła na sobocie; prawda, że niezłe. Może Ojciec spyta, jak mogą moi chorzy pojawiać się na targach, kiedy ich zewsząd pędzą, albo chwytają i zamykają w rządowem schronisku. Bardzo poprostu, ryzykują tak, jak wszyscy przemytnicy, uda się, to dobrze, nie uda się, to przepadło. Ci co są w początkach dopiero choroby, idą zwykle rano, kiedy czarni przedstawiciele władzy wykonawczej, t. j. wójtowie, podwójci i t. p. drapichrusty, albo jeszcze na dobre w objęciach Morfeusza, albo dopiero wstają i sztucerują się, żeby olśnić majestatem swojej godnej osoby czarnych współobywateli. Oni tylko przed swoimi rodakami pysznią się i nadymają jak pawie, wobec Europejczyka każdy z tych dygnitarzy uniżony sługa. Kiedy jaki wazaha nieco energiczniej przemówi im do rozumu, serca i woli, to czarni dostojnicy zmiatają, jak zające przed chartami.

Niech Ojciec nie dziwi się, że w tym liście jakoś niekoniecznie jedno drugiego się trzyma, bo, pisząc go, wcale nie najlepiej byłem usposobiony. Musiałem nawet przerywać na parę dni bazgraninę, bo mnie było chwyciło coś w rodzaju czegoś, tylko nie wiem co. Całe ciał, zwłaszcza w stawach, zaczęło boleć na na żart. Póki tylko bolało, to jeszcze jakoś biedę się pchało, ale do tego zupełnie niespodziewanie, jak grzyby po deszczu, dołączyła się gorączka, kaszel i jeszcze jakieś zupełnie nadliczbowe, a wcale nie pomagające do roboty naleciałości, tak, że z tego wyszła niby dość głupia historja. Gdyby to tak w Chyrowie, to kpiłbym z tego wszystkiego, bo Dr. Mężyk zarazby temu koniec położył (Drowi Mężykowi zupełnie ślepo ufam, bo 11 lat byłem prefektem infirmerji, a nie pamiętam,
O. Beyzym opatruje ranę trędowatemu; podług fotografji.
żeby choć raz się kiedy było zdarzyło, żeby on nie poznał się dokładnie na chorobie. A bywały często porządnie ciężkie i zawiłe kawałki). Ale Ambahiwurak nie Chyrów, poleciłem zatem moją grzeszną duszę opiece Matki Najśw., wdziałem zimową togę, którą mam jeszcze z kraju i, w braku czego innego, zażywszy sporą dozę cierpliwości, czekałem aż się to może jakoś samo przełamie bez leków. Iść kurować się do Tananariwy nie mogłem, bo tarapata zaczęła się jakoś we środę czy czwartek, więc, gdybym był poszedł i zatrzymano mnie tam, moje czarne pisklęta nie miałby Mszy św. w niedzielę, a właśnie w tę niedzielę (D. III Advent.) komunikowali. W niedzielę po Mszy św. widzę, że licho nie ustępuje, szkoda czasu na kwękanie nic nie robiąc, więc w poniedziałek po Mszy św. biorę brewjarz do torby i idę do Tananariwy z obawy, żeby się nie pogorszyło i nie przeszkodziło do odprawienia trzech Mszy św. w samo święto Bożego Narodzenia w moich bidnych chorych. W Tananariwie pyta doktor co mi jest i mówi, że trzeba wypocząć, bom osłabiony nieźle; powiadam mu: panie, doktorze, jestem cały chory, wszystko mnie boli, ale proszę dać co porządnego, żeby prędko skończyć, bo nie mam czasu na wypoczywanie tutaj, dziś poniedziałek, więc najdalej w piątek muszę już być u moich chorych. Miałem nadzieję, że mi doktor zafunduje jakąś poczciwą kozacką fernopiksę, co to jeszcze niezupełnie się połknie a ona już przepala wnętrzności i choroba kończy się raz, dwa. Tymczasem doktor kazał spoczywać i coś namajaczył infirmarzowi co do lekarstwa. Co on tam nagadał, nie wiem, bo
O. Beyzym przy umierającym trędowatym. (Zob. str. 180).
nazywał lekarstwa dla mnie niezrozumiale, ale dostałem flachę jakiegoś aptecznego specjału żeby zażywać. Delektowałem się tym przysmakiem (smak jakoś strasznie był w kratki) do czwartku, a w piątek rano drapnąłem z Tananariwy. Dzięki Bogu, jakoś się ta burza zażegnała, choć z flaszki niewiele lekarstwa ubyło.

W Ambahiwuraku spotkała mnie niespodzianka w całem znaczeniu tego słowa, bo wcale na myśl nie mogło mi przyjść coś podobnego; przyniósł mój czarny kuchmistrz wody do gotowania, napiłem się i czuję mydło, jak w smaku, tak w zapachu. Co takiego się stało, po nitce do kłębka doszedłem. Malgasze z sąsiednich chat bieliznę zaczęli prać. Kiedym to usłyszał, mało że niedostałem morskiej choroby i natychmiast posłałem tam i kazałem powiedzieć, żeby to kwiczoły (naturalnie, że tylko przez uszanowanie dla Ojca napisałem kwiczoły przez »kw«, bo w wymówieniu posłaniec słyszał nie kw, ale wyraźnie »św«) wyniosły się stamtąd prędzej, niż zaraz, jeżeli nie chcą żebym posłał skargę do Tananariwy, a wtedy nie ze mną, ale ze rządem będą mieli do czynienia. Ot ma Ojciec dowód jeden więcej na to, com kiedyś już dawno Ojcu pisał, jakie pojęcie mają Malgasze o ochędóstwie i obrzydliwości. Te brudasy może jeszcze obrzydliwsi od Żydów.
Tymczasem tyle na dziś; czekając z niecierpliwością na kilka słów od drogiego Ojca, polecam się bardzo Jego modlitwom.





LIST XXI.

Tananariwa, 28 stycznia 1901.


Bardzo Ojcu dziękuję za list, ucieszyłem się nim podwójnie, bo oddawna oczekiwałem na jakie wiadomości od nas, to raz; powtóre, dowiedziałem się z tego listu, że jałmużna, choć wprawdzie powoli, jednak, dzięki Matce Najświętszej wciąż nadchodzi. Tak jak płynący na okręcie cieszą się, kiedy zobaczą latające nad wodą ptactwo, bo wiedzą, że już ziemia niedaleko, choć jej jeszcze nie widzą wcale, tak zupełnie ja cieszę się każdą wiadomością o powiększaniu się jałmużny, bo coraz bardziej zbliżam się do czasu, w którym będę mógł zacząć budować tak niezbędne i oczekiwane przez nas schronisko. Bardzo i bardzo wiele jeszcze mi wprawdzie brakuje, ale każdy krok naprzód w tej rzeczy mnie cieszy i jakoś ducha dodaje. Może Ojciec drogi będzie się śmiał ze mnie i jeżeli nie powie, to z pewnością pomyśli, żem zdziecinniał na starość, niech i tak będzie, jednak co prawda, to nie grzech; otwarcie Ojcu się przyznam, co mi się często zdarza, mianowicie nie we śnie wcale, ale w biały dzień na jawie często się mi niby majaczy. Kiedy zacznę myśleć o przyszłości, t. j. o schronisku, urządzeniu takowego i t. d., to tak się mi wydaje, jakbym widział jak się modlę przed Najśw. Sakramentem w Kościele, wprawdzie bardzo ubogim, ale czyściutkim i całym; jak moje czarne pisklęta w refektarzach z apetytem zjadają co Bóg dał; cmentarz podobniejszy do ładnego parku, niż do smutnego cmentarza, coraz to nowe plany do głowy mi przychodzą co do ozdobienia kościoła i rządzenia ogrodu i t. d. i t. d. Bardzo prędko i przyjemnie zleci ta chwilka, ale zato potem, kiedy się jakby ocknę z tej pocieszającej zadumy, żeby Ojciec wiedział, jak niesmacznie, patrząc na to, co obecnie jest w rzeczywistości, przypomina się mi samo przez się nasze wołyńskie przysłowie: dureń dumkoju bohatije (dureń marzeniem się wzbogaca). Staram się zaraz zająć czemkolwiek, bo bardzo markotno się mi robi.

Już o wielu rzeczach Ojcu pisałem co do samej wyspy i jej mieszkańców, ale nie wspominałem jeszcze nigdy o nazwiskach krajowców. Dotychczas milczałem o tem, bo nie mogłem się dobrze połapać, dziko mi się to wydawało i niezrozumiale. Teraz, rozpytawszy się dokładnie, o tej rzeczy mogę już śmiało napisać. Otóż tak jest: u nas cała rodzina nosi nazwisko ojca i to idzie pokoleniami, aż póki jaki ród zupełnie nie wygaśnie. Po nazwiskach mogą się poznawać członkowie rodzin, i choćby się przedtem nigdy nie znali i nie wiedzieli nawet o sobie, mogą się dowiedzieć, czy są spokrewnieni, czy nie. Tutaj rzecz ma się zupełnie odwrotnie; kiedy się Malgasz ożeni, to żona nie
O. Beyzym podaje lekarstwo trędowatemu.
przybiera nazwiska męża, on się nazywa inaczej, a ona inaczej. Potem nie dziecko przybiera nazwisko rodziców, ale rodzice zaczynają się nazywać od dziecka. Zaraz to Ojcu przykładem pokażę, tylko przedtem jeszcze o jednej rzeczy trzeba wspomnieć, t. j. że Malgasze do każdego nazwiska dokładają Ra. To Ra, zlewające się w jedno z nazwiskiem, wyraża szacunek i znaczy tak coś, jak u nas pan, wasze, lub coś w tym rodzaju. Nieraz nazwisko szkaradne ma znaczenie, ale Ra musi być przy niem konieczne. Wracam teraz do rzeczy. Ktoś z Malgaszów, nazywający się, przypuśćmy, Ramainty (mainty czytaj májnti, znaczy czarny, Ra = pan) żeni się z jakąś Raketaka (ketaka czytaj kétak, znaczy małe dziewcze, Ra = pani i nazywają się: on Ramainty (czytaj Ramájnti) ona Raketaka (czytaj Rakétak), póki są sami. Daje im Bóg syna, którego oni nazywają, przypuśćmy, Boto (czytaj Bútu) i odtąd już ojciec przestaje się nazywać Ramainty, ale nazywa się Rayniboto (czytaj Rajnibútu), dosłownie znaczy ojciec Buru (Ray znaczy ojciec, ny = niemieckiemu der, die, das, albo francuskie le, la); matka przestaje nazywać się Raketaka, a nazywa się już Renyboto, t. j. matka Boto (Reny czytaj réni, znaczy matka). Mając kilkoro dzieci, nazywają się zwykle rodzice od nazwy pierwszego dziecka.[7] Proszę tylko zwrócić uwagę i na to, że ten Raynibotu, przedtem Ramainty, mógł mieć jeszcze oprócz tego jakieś nazwisko w dzieciństwie; Renyboto, przedtem Raketaka, będąc dzieckiem mogła się również, jak jej mąż, jeszcze jakoś inaczej nazywać. Nie koniec na tem, takich Ramainty i Raketaka między Malgaszami bardzo wielu, podobnie jak u nas wielu, takie same mających nazwisko. Teraz dopiero niech Ojciec powie, jak w tym labiryncie dojść po nitce do kłębka. Jak rząd radzi sobie ze spisem ludności, albo kiedy chodzi o udowodnienie tożsamości osoby,[8] tego nie wiem. Sami zaś Malgasze nie widzą w tem najmniejszej trudności, czemu ja się wcale nie dziwię, bo kto może lata rachować według dat, jak Ojcu kiedyś pisałem, ten i w tym wypadku niełatwo się zaplącze. Musi Ojciec jeszcze pamiętać tę sławną ich rachubę; spytano np. Malgasza, ile masz lat, a on odpowiada, że pamiętać nie wie, ale łatwo to porachować, kiedy król Radam umarł, to on jeszcze nie pasał owiec, ani wołów i t. p. głupstw. Zresztą wcale niewiele trzeba, żeby zadowolić Malgasza odpowiedzią, byle co wystarczy, o czem sam się nieraz przekonałem. Ot np. niedawno mówiąc z chorymi, wspomniałem o Europie, któryś z nich pyta drugiego, co to i gdzie to ta Europa, zapytany odpowiada mu: no wiesz przecie, ta ziemia hen, hen daleko za tem wielkiem morzem, skąd nasz Ojciec do nas przyszedł. Pytający (czy więcej wiedział potem, jak przedtem, sądzić o tem nie chcę) został zupełnie zadowolniony tą odpowiedzią, tak jakgdyby np. Ojciec pytał o jaką miejscowość i pokazanoby Mu ją palcem na mapie.

Tego roku nowy gość zjawił się na Madagaskarze — pchły afrykańskie. Jest to rodzaj pcheł, które wciskają się pod paznokcie u nóg i tam znoszą jaja. Dotychczas o nich tutaj nie słyszałem, dlatego mówię nowy gość; na pewno nie wiem, może gdzie na wybrzeżach wyspy było i przedtem to plugastwo, ale tutaj pierwszy raz za mego tu pobytu zjawił się. Nazwiska osobnego te pasożyty nie mają, Malgasze nazywają je pchłami afrykańskiemi i mówią, że burżani przynieśli je ze sobą z Tamatawy, dokąd dostały się może z jakim okrętem przychodzącym z Afryki. Mówią, że kiedy bardzo wiele takie pchły nakąsają, to się traci władzę w nogach tak zupełnie, jakby były sparaliżowane. Czy to prawda i o ile prawda, nie wiem, słyszałem tylko, jak tu mówili, więc relata refero nic więcej. Moi biedacy mają nowy dodatek do swego cierpienia, bo trzeba nieraz dobrze głęboko sięgać pod paznogieć, żeby powydobywać stamtąd jaja zniesione przez te pchły i oprócz tego trzeba zapuścić czemś mocnem, żeby wygubić zarodniki, jakie mogły jeszcze zostać pod paznogciem, a to wszystko bez bólu nie obejdzie się. Dla zdrowia taka operacja niezbyt przyjemna, a co dopiero trędowatemu, który i bez tego już ma niemało kłopotu z całem ciałem. Pisząc ten list, często polecałem opiece Matki Najśw. jak moją grzeszną duszę, tek też moich czarnych piskląt, bom go pisał pod dobrą przygrywką.
Teraz tutaj pora deszczowa, która nigdy się nie obejdzie bez grzmotów, piorunów, a często bywają i niezłe burze. Pioruny sypią się jak z worka, nieraz czułem, jak trzęsło się wszystko od huku, bo niejeden piorun urżnął tuż koło mojej chaty. Patrzałem często, czy nie będzie znowu czego w rodzaju tej elektrycznej ulewy, o której Ojcu pisałem kiedyś, ale jeszcze dotychczas nic nadzwyczajnego nie spostrzegłem. Pamiętam t tem ciągle i uważam, jak się co zdarzy, to Ojcu znowu to opiszę.
Szarańcza była u nas znowu w tym miesiącu, ale już i bez tego dużo nabazgrałem, więc o szarańczy doniosę Ojcu w przyszłym liście, jeśli Bóg pozwoli doczekać.
Bardzo prosząc o łaskawą pamięć w modlitwach, kończę tę bazgraninę i z niecierpliwością oczekuję znowu na kilka słów od Ojca.

Sługa w Chr. najniższy
X. Jan Beyzym S. J.






LIST XXII.

Tananariwa, 13 lutego 1901.


List Ojca (datowany: Kraków 16/12 1900) odebrałem i bardzo zań dziękuję. Moje przypuszczenie sprawdziło się niestety. W przeszłym roku, kiedy się na Madagaskarze pojawiła, szarańcza, przyszło mi na myśl, że kto wie, czy na przyszły rok znowu to utrapienie nie wróci, albo naznosi jaj, więc się zjawi młode pokolenie tych niszczycieli. Często przypominałem sobie i ciągle przemyśliwałem, jakby ochronić moją czarną szarańczę od głodu, jeżeli prawdziwa szarańcza spowoduje takowy, albo podniesie cenę wszystkiego. Otóż tak się stało, jak myślałem. W połowie stycznia zawitali do nas ci nieproszeni i wcale nieporządani goście. Byłem jednego dnia zajęty listami, a sporo miałem ich do napisania. Spojrzawszy przez okno, zobaczyłem jakich kilkadziesiąt może szarańcz krążących nad kawałkiem gruntu, należącego do moich chorych. Wprawdzie bardzo mało tej szarańczy, ale coś się mi to złowrogo trochę wydawało. Kto wie, myślę sobie, czy to nie kwatermistrze tych szkodników wysłani naprzód dla upatrzenia miejsca na nocleg dla całej hurmy. Było mniej więcej około 5 po południu. Wyszedłem z chaty, obejrzałem wokoło co się święci, a nie widząc nic więcej oprócz tej garstki, krążącej na jednem miejscu, powiedziałem tylko kilku chorym siedzącym pod barakami, żeby uważali, bo zdaje się, że szarańcza ma zamiar u nas przenocować, potem wróciłem znowu do swojej roboty. Na tym kawałku ziemi bardzo mało wprawdzie posadzono, bo niewielu może pracować. Ot trochę manioku, kukurydzy, fasoli, barbuzów i po paradzie. Że to jednak stanowić może kilkudniowe utrzymanie tych co pracowali, a zwłaszcza że to z takiem wysiłkiem zdobyte, bo co może zrobić z łatwością zdrowy, to nie trędowaty, więc bardzo mi o to chodziło, żeby przyszły zbiór ocalić. Naraz około godz. 6½ rozległy się krzyki: »valala! valala!« (czytaj walàl, walàl) czyli szarańcza, szarańcza. Wybiegłem co prędzej i zobaczyłem zbliżającą się ku nam jakby chmurę dość niewysoko lecącą. Kazałem natychmiast dzwonić, a wszystkim kto może się ruszać, kazałem iść do pędzenia szarańczy. Dwóch zostawiłem przy dzwonku, żeby się zmieniali, jak się który zmęczy dzwonieniem, a reszcie krzyknąłem: krzycz, stukaj czem kto może, żeby jak najwięcej hałasu było, to nie siądą tu te szkodniki. Malgaszom w to graj, u nich nic nigdy cicho obejść się nie może, więc też nie trzeba im było tego dwa razy powtarzać. Powstały krzyki, wycia, świstania, stukania czem i w co kto mógł, słowem wrzawa co się zowie; darło się moje czarne ptactwo tak, że już chyba trudno więcej. Czy ludzie co zrobią, czy nie, to jeszcze pytanie, pomyślałem sobie, a Matka Najśw. na pewno obroni, dałem więc dwom po butelce wody święconej i kazałem im pójść pokropić wszędzie, gdzie tylko chorzy mieli co posadzonego, a idąc, ustawicznie odmawiać Zdrowaś Marjo. Sam modliłem się i patrzałem, gdzie zamyśla usiąść szarańcza; jak się gdzie zaczynała zniżać, tam biegłem i zachęcałem do większego hałasu, bo moje pisklęta już się były pomęczyły. Nad głowami słyszeliśmy jakby szum nadchodzącej burzy zdaleka, bo ta chmura szarańczy wcale niewysoko leciała. Dzięki Bogu, udało się nam ocalić tę trochę, co było posadzonego. Krążyła długo szarańcza nad nami, odlatywała, to znowu wracała, ale nareszcie odleciała gdzieś w pustynię i już nie wróciła. U nas zostało tylko bardzo niewiele i to osłabione i zmęczone marudery, więc z temi nie było już kłopotu.

Już zmrok zapadł kiedyśmy wrócili do siebie. Wracając, stanąłem jeszcze na chwilę przy drodze i patrzyłem, czy jeszcze może nie zechcą spróbować zawrócić się te szkodniki, podchodzi do mnie jakiś Malgasz, nie z moich chorych ale obcy, i mówi: »Ojcze, szarańczy dużo, to się dobrze będzie można najeść jutro«. Ciesz się, ciesz, odpowiedziałem, a jak zamiast tego ryżu, co zjadasz codziennie, będziesz miał zaledwie malutką garsteczkę, albo i nietyle nawet, to się będziesz zaspakajał tm, żeś się najadł szarańczy, hę? Spuścił ten czarny amator szarańczy nos na kwintę, ani słowa nie odpowiedział i ulotnił się zaraz. Jeszcze nic nie wiem, czy wiele szkody wogóle na wyspie, czy grozi głód, albo tylko drożyzna i t. d., bom jeszcze nie był w Tananariwie, jak pójdę na zebranie, to się dopiero dowiem, czego się spodziewać. Z deszczami też mamy nieco kłopotu, bo jak Ojciec wie, dachy nasze strasznie liche. Niedawno temu podczas Mszy św. miałem wcale niemiłą niespodziankę. Zwykle deszcz pada tutaj w nocy, t. j. zaczyna z południa i trwa mniej więcej do świtu. Rozmaicie bywa, czasem dopiero aż o zmroku, ale nad ranem zwykle ustaje. Pewnego dnia deszcz padał coś aż do godz. 6 rano, kiedy przestał padać, wyszedłem ze Mszą św. Dach na kościele nicy to w przeszłym roku trochę poprawili i podparli przednią ścianę, grożącą upadkiem; ale dachówka — sławny wyrób miejscowy, jak wogóle wszystko co tylko przez Malgaszów zrobione, póty chroni od deszczu, póki go niema, a zacznie padać, ty tylko tyle różnicy, że wewnątrz domów nie z taką siła pada, jak na zewnątrz, bo go dachówka nieco powstrzymuje, ale przez to, choć powoli, jednak pada, wprawdzie wyszedłem ze Mszą św. jak deszcz ustał, ale dachówka przesiąkła wodą i podczas Ofertorjum zaczęło kapać na sam korporał. Nie byłem wcale na to przygotowany, więc narazie nie wiedziałem, jak złemu zaradzić. Odsunąłem tylko korporał nieco dalej i palkę położyłem tak, że pół palki było na kielichu, a pół wystawało poza kielich, tworząc tym sposobem niby daszek dla zabezpieczenie Hostji od spadającej wody. Szczęśliwie za łaską Bożą skończyłem Mszę św. i ani jedna kropla nie padła na Hostję, anie do kielicha. Po konserwacji jednak w niemałym byłem strachu, żeby co się nie stało gorszego, wcale bowiem nietrudno było o to, żeby jaki kawałek samej dachówki spadł na ołtarz. Kiedym spoglądał na wystającą poza kielich
Pogrzeb trędowatego prowadzony przez O. Beyzyma. (Zob. str. 182).
palkę, to mi przychodziło na myśl, że Pan Jezus jakby drugi rz znajduje się w Betleemskiej stajence. Bardzo mi było przykro podczas tej Mszy św. i goręcej niż kiedy indziej prosiłem Pana Jezusa, żeby się zlitował nad tą naszą nędzą. Wcale się nie użalałem, tak Pan Bóg chce, tak dopuszcza, dziej się Jego najświętsza wola; ale swoją drogą tak mi już pilno, żeby prędzej mieć nowe schronisko z kościołem jak najuboższem, ale całym i schludnym, w którym mógłby być ciągle Przenajświętszy Sakrament, że wyrazić Ojcu tego nie potrafię. Przebywam dobrą szkołę cierpliwości, to niema co wątpić, ale nadziei wcale nie tracę, bo sprawa w ręku samej Matki Najśw., która widzi jak się rzeczy mają i co się we mnie dzieje. Nieraz przychodzi mi na myśl, że jeszcze trzeba będzie może czekać lata i lata nim co do czego przyjdzie, bo trzeba na samo budowanie 150.000 fr., a ja tak mało mam dopiero i, powiem drogiemu Ojcu otwarcie, na tę myśl stchórzyłem t. j. jak niby podupadłem na duchu. Trwało to jednak niedługo, jakby tylko taka ciężka chmura przeszła przez myśl, bo zaraz pomyślałem, że przecież to wszystko w ręku Najśw. Matki, która jest wszechwładną Panią, zatem może kazać długo czekać, ale też może i odrazu zesłać dużo jałmużny, albo natchnąć jakiego bogatego fundatora, który odrazu wystawi wszystko i sprawa skończona. Samego siebie wstyd mi się zrobiło, żem taki stary, a taki głupi i małoduszny, i znowu dobry humor powrócił.

Pyta mnie Ojciec w swoim liście, jak rozmawiam z trędowatymi? Otóż tak niewłaściwie rozmawiam po malgaszku, a właściwie z kiepska po węgiersku, jak u nas się wyrażają. Poduczyłem się dopiero na tyle, że od biedy, czy jak to nazwać, nie wiem (po rosyjsku по поламъ съ грѣхомъ = po połowie z grzechem), rozumiemy się, spowiadać jednak i nauczać jeszcze nie mogę, bo na tyle nie umiem. Martwi mnie to porządnie, bo chciałbym jak najprędzej móc zająć się duszami moich biedaków, ale trudna rada, głową muru nie przebiję. Język dość trudny, a tak się nieszczęśliwie składało, że nie mogłem się go dotychczas nauczyć. Mocną mam jednak nadzieję, że za łaską i pomocą Matki Najśw., już niezadługo będę mógł sam zająć się zupełnie moimi nieszczęśliwymi bez niczyjej pomocy. Ojciec zaś, niech z łaski swej pomoże mi w tem modlitwą, to prędzej będzie.
W przeszłym roku dostałem podarek, ale nie domyślałby się Ojciec za nic, jaki. Odebrałem pocztą z Francji Nowy Testament po francusku — od kogo, nie wiem, bo listu anie przedtem, ani potem nie dostałem. Oglądam — protestancki, a na okładce wewnątrz napisano po francusku: »W. O. Beyzymowi od życzliwej przyjaciółki« — podpisu żadnego nie było. Masz babo placek, pomyślałem, to też ktoś wiedział, kogo i czem uszczęśliwić. Naturalnie, że tej książki nikt już więcej nie zobaczy, bo łatwo się Ojciec domyśli, jaki ją los spotkał. Złego nic się nie stało, owszem dobrze, bo jedna heretycka książka mniej między ludźmi; ale jak to zarazem niebezpieczne. Może ten ktoś, co mnie ją przysłał, kupował nie wiedząc co, jakby kota we worku, ale czemuby się nie zapytać kogo, czy to dobre, czy nie. Często strasznie powierzchownie sądzą ludzie o rzeczach i dlatego tak łatwo giną. Ot np. ta książka, że na okładce napisano Nowy Testament, to już i dobrze; niechżeby to się było dostało nie mnie, ale dziecku, przypuśćmy, jakiemu do rąk, zacznie czytać, ot już i jest początek zatrucia. Prawdziwe utrapienie, że gdzie chodzi o ciało, tam ludzie ostrożni niewiedzieć jak i często widzą niebezpieczeństwo tam, gdzie go wcale niema, a gdzie idzie o duszę, tam wcale na nic nie zważają.
Drugi znowu podarek otrzymałem w tym w roku, ale już zupełnie w innym rodzaju, chociaż także nie wiem od kogo. Był to list przysłany mi przez trzecią osobę z prośbą o doniesienie, czy otrzymałem i adres dodany, ale bez nazwiska, zupełnie incognito — w liście nienajgorsza jałmużna. Oto dosłownie cały list Ojcu podaję: »Zacnemu Bratu Rodakowi — rodak«. Na to odpowiedziałem też telegraficznym stylem: Miłosiernemu Bratu Rodakowi niech tę jałmużnę Matka Najśw. stokrotnie wynagrodzi — Beyzym. Podziękowałem Matce Najśw. za ten podarunek i poprosiłem Ją zarazem, żeby więcej się znalazło takich dobrych rodaków, to moje czarne pisklęta prędkoby w pierze porosły.
Pisałbym dłużej, ale tak się w tych dniach rozchorowałem na brak czasu, że ani rusz. Jak Pan Bóg pozwoli, to w przyszłym liście z Drogim Ojcem pogwarzę, a teraz bardzo proszę o modlitwy i odpowiedź, jeśli łaska, i kończę co prędzej.






Trędowaci w Ambahiwuraku zabawiają się bójką kameleonów. (Zob. str. 178).

LIST XXIII.

Tananariwa, 28 lutego 1901.


List Ojca z d. 18/1 1901 odebrałem 24/2 1901 i bardzo zań dziękuję; wyjątkowo chyba tak prędko doszedł, nieczęsto się tak zdarza. Mam obecnie znowu nieco kłopotu; od początku lutego jestem oddalony od moich chorych o 14 klm. albo i więcej może i tylko raz na tydzień dochodzę do nich, żeby im Mszę św. odprawić w niedzielę. Kazał mi X. Superjor przebywać kilka miesięcy w jednej z sąsiednich stacyj misyjnych, żeby już aby raz nauczyć się dostatecznie języka, czego dotychczas z powodu różnych przeszkód zrobić nie mogłem. Bardzo mi to przykro, to prawda, ale trudna rada, opuściłem moich biedaków dla ichże własnego pożytku, od nich nie mógłbym się nauczyć tak prędko, muszę zatem korzystać ze sposobności, bo kto wie, co potem nastąpi; mogą mnie znowu napotkać jakie przeszkody, jak to było dotychczas. Jak wszystko na świecie, tak i to dzieje się za zrządzeniem Bożem, zetem dziej się Jego najświętsza wola. Od rana do nocy nabijam głupią moją mózgownice malgaszką sciencją, taką ciemna jak sami Malgasze. Dałby tylko Bóg, żebym jak najprędzej mógł spowiadać i nauczać, bo moje kochane czarne pisklęta bardzo potrzebują duchowej pomocy. Idę do nich w sobotę, a w niedzielę zaraz po Mszy św. odchodzę, żeby czasu nie trwonić. Przyszedłszy w sobotę, rzucam torbę w izbie i biegnę zobaczyć, co moi chorzy porabiają; przedpołudniem staram się poopatrywać wszystkie rany, a resztę załatwiam po południu.
Po pierwszym zaraz tygodniu niewidzenia się, zapytali mnie chorzy: »Umiesz już Ojcze mówić po naszemu? Ucz się prędko, żebyś mógł prędzej do nas na stałe powrócić, modlimy się codzień, żeby ci Pan Bóg dopomagał«. Podziękowałem za modlitwy, prosiłem o nie nadal i obiecywałem, że będę się starał, jak tylko będę mógł, żeby tylko prędzej znowu być z nimi razem. Z wielką przykrością odchodzę co niedziela, ale przedewszystkiem »bądź wola Twoja«. Droga zajmuje mi 2½ godz. tam i drugie tyle napowrót, bo trzeba się spinać z góry na górę po ścieżkach, wiodących przez najrozmaitsze wertepy i w dodatku trzeba się w bród przeprawiać przez strumień, który w porze suchej zaledwie się sączy, a w porze deszczowej porządnie przybiera, jak wogóle wszystkie górskie strumienie. O brewjarzu w drodze niema mowy, bo ma się ad libitum: odmawiać brewjarz i gdzie kark sobie skręcić albo nogi połamać, albo nie mówić brewjarza i cało dojść na miejsce. Idę wprawdzie zawsze jednym ciągiem, nie zatrzymując się nigdzie anie na chwilę, tak, że nawet fajkę zapalam idąc, mimo to jednak prędzej niż w 2½ godziny nie mogę stanąć na miejscu. Postarzał się człowiek nie na żart, już nie mogę tak uganiać, jak przedtem. Wie Ojciec z tego, co kiedyś przedtem pisałem, że tu źródeł niema, pijemy wodę z bagien albo deszczówkę. Po takiej jednak przechadzce ta woda bardzo się smaczną wydaje; jak tylko przyjdę na miejsce, ostygnę trochę, żeby febry nie dostać, a potem raczę się tym żabim trunkiem lepiej może, niż jaki najzawołańszy bibuła wódką.
Szedłem kiedyś do moich chorych, dzień był bardzo duszny i skarny, bo zanosiło się na burzę, szedłem ostro, więc zmachałem się nieźle; oprócz tego musiałem obchodzić miejsca wodą zalane (teraz tu pora deszczowa) i w tej przeprawie, choć uważałem dobrze, pokłułem się też dobrze o rozmaite kolczaste zielska i kaktusy. Na szczęście nie podarłem na sobie odzienia, a byłby to prawdziwy kłopot, bo trzebaby było potem zaszywać, do czego nie miałem wcale czasu, a jeszcze mniej ochoty. Zresztą mniejsza o to, bo w razie potrzeby, jak czas tak ochota musiałaby się znaleźć, ale najgorsze było, że zapomniałem wziąć ze sobą igłę i nici. Już się mi parę razy zdarzyło, że w podobnych przeprawach odzienie ucierpiało. — Zrobiwszy wszystko co było do zrobienia, zabierałem się do szycia. Po skończeniu tej operacji opatrzyłem robotę, zaszyte było mocno, to prawda, ale za każdym razem przekonywałem się w podobnych wypadkach, że daleko większe mam zdolności do rzeźbiarstwa, niż do krawiectwa i łatwiej dam sobie rady z dłutem, niż z igłą. Nie smuci mnie to wcale, gdyż nigdy w życiu powołania do krawiectwa nie czułem. Wprawdzie moja sutanna często gęsto wygląda tak, że każdy co spojrzy, przypuściłby prędzej, że ją naprawił jaki rymarz, powroźnik, czy inny tego rodzaju majster, ale nie krawiec. To jednak jedno z najmniejszych, moje czarne pisklęta nawet uwagi na to wcale nie zwracają, bo my tu wogóle żadnej mody nie trzymamy się i o elegancji nie myślimy.
Przyszedłszy do siebie, zaraz zająłem się chorymi, potem brewjarz i tak jakoś dzień cały zeszedł niepostrzeżenie. Wieczorem dopiero, położywszy się, poczułem, że jestem siarczyście zmęczony. Jakoś mi się nie spało, rozmyślałem nad przyszłością, robiłem najrozmaitsze plany i t. p. i t. d., i tak myśląc, niepostrzeżenie cofnąłem się do przeszłości; przypomniało mi się wiele rzeczy, które widziałem i słyszałem, będąc jeszcze w kraju. Nie potrafię nawet Ojcu opisać, jak się mi żywo przedstawiło nieszczęśliwe położenie tych ludzi, co robią wszystko nie dla wyższych pobudek, ale tylko dla jakichś celów czysto ziemskich doczesnych. Czułem się porządnie zmachanym, ale mi to wcale nie było przykro, przeciwnie, cieszyło mnie to bardzo, bo wiem, że to trochę, co czasem uda się mi doznać, robię dla chwały Boga, dla dobra moich cierpiących braci, zatem mogę śmiało mieć nadzieję, że Matka Najśw. to łaskawie przyjmie i w przyszłem życiu wyjedna za to nagrodę wieczną u Swego Syna. Aż się mi przykro zrobiło kiedym wspomniał, że tylu ludzi na świecie tak ciężko napracuje się i nacierpi nieraz li tylko dlatego, żeby sobie we wszystkim dogodzić. Ciągle mają przed oczyma to kochane »ja«, które ich zupełnie zaślepia, robi ich zupełnie głuchymi i ślepymi na nędzę bliźnich. Pieniędzy nazbierają huk, całe życie spędzają w wygodzie, dostatku, a często nawet i w niegodziwym zbytku, nadchodzi wreszcie śmierć i z czem tu stanąć przed sądem Bożym? A niech Bóg broni! przykro i straszno zarazem myśleć o tem.

Przypomniałem sobie, że kiedyś dawniej pisałem Ojcu, dlaczego nie zaczynam jeszcze budować; teraz niedawno dostałem parę listów z kraju od rozmaitych osób, w których mnie zapytują, dlaczego nie buduję, czy zaczynam budować, kiedy myślę zaczyna i t. d. i t. d. Wszystko to wprawdzie było bardzo zgrabnie i grzecznie wyrażone, ale niektóre z tych zapytań dały mi do myślenia. Sącząc z tych zapytań, możnaby wnosić, że niektórzy pytają, bo się niecierpliwią, chcieliby żeby jak najprędzej nieszczęśliwi trędowaci byli w lepszem położeniu, niż są dotychczas i daj Boże, żeby tak można było pojmować te zapytania; ale można też wnosić z tych zapytań, że niektórzy jakby się obawiali, czy te pieniądze, które dają, będą użyte na cel przeznaczony. Mówiąc wyraźnie, obawiają się może, czy Ojciec albo ja, nie używamy tych pieniędzy dla nas samych, albo na inny jaki cel, a nie dla trędowatych. Korci mnie to bardzo, bo nie posądzając nikogo, może się łatwo znaleźć jaki zły człowiek, co nas o to gotów posądzić i czego dobrego nawet i rozgłaszać podobny fałsz, oczerniając przez to, jak nas obydwóch, tak też, co jeszcze gorzej, nasz Zakon, jak już się nieraz zdarzało. Na to jednak wcalebym jeszcze nie zważał, gdyby mi nie chodziło o bidnych trędowatych, bo co się nas tyczy, to tyle nam ubędzie przez to, co o nas ludzie będą myśleć lub gadać, ile przybywa przez
Trędowaci w Ambahiwuraku grają w fanurun. (Zob. str. 178).
jałmużny dawne nie dla nas, ale dla trędowatych; przysięgaliśmy wszyscy, wstępując do Zakonu, na ubóstwo, wcale nie po to, żeby się łakomić na cudzy grosz. Ale takie gadaniny mogłyby łatwo poszkodzić moim chorym, gdyż często łatwiej mudzie wierzą bajkom, niż prawdzie, dlatego żywo mnie to obchodzi. Wszystkim zosobna tłumaczyć, jak się rzeczy mają, nie mogę, bo czas mi na to nie pozwala, dlatego proszę, żeby Ojciec był łaskaw umieścić to, co tu piszę, w swoich »Misjach«, żeby to posłużyło za ogólną jakby odpowiedź dla wszystkich ciekawych, co się dzieje z pieniędzmi dawanemi dla moich trędowatych.

Rzecz ma się tak: na wybudowanie trzeba mi 150.000 fr., jałmużna, dzięki Bogu, nadchodzi ale bardzo powoli, dlatego, że, jak Ojcu wiadomo, dają przeważnie ludzie nie majętni, lecz ubodzy, którzy wiele dać nie mogą; bardzo bogaci, z małemi wyjątkami, wogóle nic nie dają, a jeśli co dali, to tak jakby pro forma tylko, bo tak szczupło, że każdy z uboższych daleko więcej przysłał. Rzecz zatem jasna, że choć już trochę uzbierało się, jednak do potrzebnej sumy jeszcze bardzo daleko. Budować częściowo nie mogę, t. j. wybudować trochę na umieszczenie przypuśćmy jakich 50 chorych na razie, żeby potem w miarę tego jak będzie przybywać jałmużna, dobudować resztę. Bardzo byłbym kontent, gdyby tak się dało zrobić, ale nie można, bo: 1) mam nie 50, ale przeszło 100 chorych, więc gdybym wziął tylko 50 do nowego schroniska, co zrobić z resztą, kto będzie się nimi opiekował, kiedy ja jestem tylko sam jeden do tego? 2) wybudować część i zostawić to niezamieszkałe, to nim resztaby się dokończyła, zepsułyby deszcze po części, a resztę roznieśliby złodzieje i trzebaby było naprawiać i odbudowywać zamiast dobudować dalej; 3) wybudowawszy część zająć to co wybudowane, to znaczy tyle, co dać za wygranę z dalszą budową, bo żaden robotnik nie chce pracować tam, gdzie są trędowaci; 4) wystawiwszy wszystko, trzeba mieć zapewnione przynajmniej na 2 lub 3 miesiące utrzymanie, naprzód jak dla chorych, tak dla tych, co będą do ich obsługi, boć niepodobna przecież zamknąć biedaków w porządnym schronisku i patrzeć na to, jak tam będą ginęli z głodu i nędzy. Oto główniejsze racje, dla których zaczynać budowy nie mogę. Jak Najświętsza Panna pozwoli, że schronisko już stanie, wtedy przyszlę Ojcu szczegółowe opisanie i fotografje tegoż, ogłosi to Ojciec w »Misjach« i będą mieli wszyscy jasny dowód, że ich ofiary poszły na to, na co były przeznaczone. Dałby Bóg, żeby to jak najprędzej nastąpić mogło, tymczasem zaś ja bardziejbym się cieszył, gdyby jałmużny nadchodziły obficiej, niż z tego, że niektórzy tak gorliwie pilnują tych jałmużn, choć kto wie, czy sami bardzo się do nich przyczynili. Nie wiem czy komu może być tak pilno do nowego schroniska, jak mnie.

Pisałem już Ojcu przedtem, że mamy tu nowy kłopot z powodu pojawienia się pcheł afrykańskich. Mówiono tu, że one gnieżdżą się pod paznogciami nóg, ale gdzietam, gnieżdżą się wszędzie, gdzie się tylko dostaną, przekonałem się o tem na moich chorych, cierpią biedacy więcej teraz, bo nie mogą sobie często poradzić z tą plagą. Załazi to plugastwo do oczu, nosa, wciska się w rany, gdzie zaś niema jeszcze ran, to tworzą się takowe przez te pchły, a taki biedak, nie mając palców wcale, niełatwo sobie może poradzić. Słyszałem od kilku osób, że można i umrzeć wskutek tych pcheł, jeżeli się zanadto całe ciało rozrani, czy to prawda, nie wiem — relata refero. Co mnie dziwi, to moc pajęczyny tutejszych pająków. Zaczepiwszy o pojedynczą nić, czuć, że się coś ciągnie i słychać jak się rozrywa. Jakim sposobem pająki zaczepiają te pajęczyny między drzewami, tego nie rozumiem, a zauważyć jeszcze nie miałem sposobności. Widziałem sam często na własne oczy, w tej naprzykład stacji, gdzie obecnie mieszkam dla uczenia się języka, pajęczynę dość szeroko usnutą między drzewami, oddalonemi od sibie co najmniej o 5 czy 6 metrów. A że mocna, to niema co wątpić, na przestrzeni kilkometrowej rozciąga się pajęczyna, a na niej pośrodku ogromne pajęczysko czatuje na zdobycz. Wiatr nieraz silny powstanie, a pająk hojda się tylko, pajęczyna wcale się nie rozrywa. Wikłają się w nią wielki muchy, wpadnie czasem motyl albo konik polny i to dość wielki (jest tu rodzaj koników polnych latających jak szarańcza), szamocze się wydziera, ale nic z tego, pajęczyna nie rozrywa się wcale. Pociesznie patrzeć jak pają otrząsa swoją sieć z wody po rosie albo deszczu, wyciąga łapę jak długo może, zaczepia w jednym miejscu pajęczyny, przyciąga ją do siebie, a potem raptem puści, tak zupełnie, jak ludzki palec naciąga strunę na cytrze albo gitarze podczas grania. Wskutek tego raptownego puszczenia, cała sieć drgnie dość silnie i krople rosy czy deszczu z niej spadają. Pająk przez chwilę bardzo często i prędko te wstrząśnienia powtarza i niedługo potem cała sieć sucha. Sądząc po powierzchowności, nigdybym nie przypuścił, żeby pająk mógł tak zgrabnie wywijać łapami. Wyszedłszy raz do ogrodu, zdybałem się z tym Ojcem, u którego obecnie mieszkam, i pokazując mu pajęczynę, mówię, ze nie tak mnie dziwi, że pajęczyna tak wielka i mocna, jak nie mogę odgadnąć, jakim sposobem ten krzywołapy tkacz pierwszą nić przeciąga tak daleko od drzewa do drzewa. Kiedy pierwsza nić zaczepiona, to już niema sztuki dalej snuć, bo chodzi po tej pierwszej nici, ale pierwszą jakim sposobem zaczepia, tego sobie wytłumaczyć nie mogę. Ten Ojciec odpowiada: ja tego także nie wiem, ale wiesz Ojciec, że dotychczas zapomnieć nie mogę tego, com widział i, gdybym na własne oczy nie był widział, nigdybym nie przypuścił nawet, żeby to było możliwem, mianowicie: idąc kiedyś przed kilkoma laty z posterunku do posterunku, musiałem po drodze przechodzić przez rzeczkę, mającą nie wiem na pewno ile, ale na oko sądząc, może 8 albo 10 m. szerokości, po obu stronach rzeczki było po kilka drzew; otóż przechodząc tę rzeczkę, spojrzałem przypadkiem w górę i zobaczyłem ogromnego pająka, kołyszącego się na pajęczynie przeciągniętej od drzewa do drzewa ponad wodą z jednego brzegu na drugi. Jak on to potrafił zaczepić, nie mogę sobie wytłumaczyć, chyba jego samego trzebaby o to zapytać. Stanąłem tylko na chwilę i przypatrywałem się tej nici, bo na pierwszy rzut oka sam sobie nie dowierzałem, sądziłem, że się mi tylko tak wydawało.
Mężczyzna i troje dzieci trędowatych w Ambahiwuraku tańczy przy schronisku trędowatych. (Zob. str. 182).
Rozpisałem się, bo jakoś dziś mi się nieźle pisze, a Ojciec drogi już się pewno niecierpliwi, że czas zabieram na czytanie tej bazgraniny, więc dość tego na dziś; o modlitwy bardzo proszę i jeżeli łaska i można, o kilka słów odpowiedzi. Niech Matka Najśw. błogosławi i dopomaga Wam wszystkim we wszystkiem.






LIST XXIV.

Tananariwa, 28 marca 1901.


Bardzo Ojcu dziękuję za list z 28 stycznia 1901, wprawdzie sam list niedługi, ale wiadomości pomyślne; dzięki Bogu, że jałmużna przybywa, choć jeszcze bardzo wiele mi brakuje, ale coraz to bliżej do upragnionego przez nas budowania. Pisałem Ojcu w ostatnim liście, jak mocna tutejsza pajęczyna, a teraz niedawno było małe zdarzeńko, mogące doskonale stwierdzić to, com napisał przedtem. W tej stacji, gdzie obecnie jestem, jest jeden ksiądz i jeden braciszek, jest to bowiem większy posterunek. Kilka dni temu, przy obiedzie, mówi nam ten braciszek: »Nie uwierzylibyście Ojcowie, jaka tutaj pajęczyna mocna. Będąc w ogrodzie, uwolniłem biednego ptaszka, bo nie mógł sobie dać rady, zaplątał się i to obydwoma łapkami jedną tylko linką pajęczyny (ptaszek nieco mniejszy od naszego wróbla, nie wiem jak się nazywa) szamotał się, ale napróżno, więc go odplątałem i wypuściłem, z czego bardzo musiał być rad«. Ptaszkowi zdarzyła się tak przygoda, ale czy mu wstyd było, że nie mógł się oswobodzić z pajęczyny, tego, naturalnie, nie wiem.
Poczułem razu pewnego, że nogi zaczynają mnie coraz bardzie z początku świerzbieć, potem piec i palce puchną; nie wiedziałem, co i skąd mi się dostało. Sądząc, że to chwilowe, od gorąca może, wcale nie zwracałem, a raczej starałem się nie zwracać na to uwagi. Ale z dnia na dzień pieczenie to wzmagało się. Rozzułem się, żeby zobaczyć, co to takiego; widzę, że palce poobierały i białe zupełnie; przyszło mi na myśl, że to może trąd, ale, że plam żadnych, od których trąd się zaczyna, wcale nie było, więc nie mogłem brać tego za trąd. Było to jakoś w piątek, zatem na drugi dzień rano, zaraz po Mszy św. wybrałem się w drogę do moich kochanych piskląt. Przechodząc rzekę, zatrzymałem się dłużej w wodzie w nadziei, że to mnie wykuruje; w samej rzeczy; nieco pomogło. Przyszedłszy do siebie i załatwiwszy wszystko u chorych, wieczorem po brewjarzu znowu wziąłem się do opatrzenia chorych nóg; przekonałem się, że to nieznośne afrykańskie pchły, o których Ojcu poprzednio już pisałem, pozakładały swoje kolonie na większa skalę w palcach i w stopach. Naostrzywszy scyzoryk, pootwierałem wszystkie ponarywane miejsca i dałem consilium abeundi tym nieproszonym kolonistom.
Ustrzec się tego plugastwa niepodobna, bo się nie wie, kiedy i gdzie się go dostanie. Ot np. w niedzielę, t. j. zaraz na drugi dzień po tej operacji, którą sobie zrobiłem, wracając od chorych, usiadłem koło rzeki na trawie, żeby się rozzuć. Rozzuwszy jedną nogę, biorę się do drugiej, w wtem spostrzegam na rozzutej nodze, brunatną ruszającą się plamą; było to mnóstwo tych afrykańskich pcheł, które mnie znowu napadły; ktoś z przechodniów musiał się widocznie w tem miejscu otrzepać, a ja zostałem napadnięty. Biały każdy może łatwiej na sobie spostrzec, kiedy go obsiądą, ale Malgasz tego nie zobaczy, bo ma skórę czarną, a te drapieżniki bardzo małe, bezporównania mniejsze od zwykłych pcheł, i przytem mocno bronzowego koloru, ciemno-kasztanowate, jak łupina dojrzałego kasztana. Zdrowemu bardzo przykro, kiedy się te pchły zagnieżdżą w ciele, może sobie Ojciec zatem wyobrazić, co cierpią moi biedni chorzy, kiedy to plugastwo rozmnoży się w ranach i te rany jeszcze bardziej rozrania. Prawdziwa to plaga. Jak Matka Najśw. pozwoli, że już wreszcie schronisko stanie, może i pod tym względem będzie lżej moim biedakom, gdyż będą się mogli bodaj raz na tydzień wykąpać należycie; narazie zaś muszą cierpieć, bo wody bardzo mamy maleńko. W tym roku zwłaszcza jakoś deszcze nie dopisały, bardzo mało ich spadło, więc wody jeszcze mamy mniej. Zwykle podczas deszczowej pory, przez kilka miesięcy codzień deszcze, zaczęło się nieraz chmurzyć, grzmieć, pioruny padały, a deszczu nie było.
Obecnie już wszystko ogromnie podrożało; za co niedawno płaciło się 1. teraz za tożsamo płaci się 3, albo i 5. Co później będzie, Pan Bóg to raczy wiedzieć. Właśnie kiedy to pisałem, moc szarańczy nadleciała, wprawdzie nie było ciemno wskutek przelotu, ale sporo jej było; przelot trwał całą godzinę. To trzeci już przelot szarańczy w przeciągu kilku miesięcy. Musiała długo lecieć, bo siadała na odpoczynek; poszedłem w kilka miejsc, gdzie grubą warstwą usiadła szarańcza i spędzałem. Nie sądziłem nigdy, żeby mogło tak śmierdzieć tam, gdzie wiele szarańczy razem; mimo wiatru silnie było czuć. Szum był taki, że nie można było rozróżnić dalekiej burzy zbliżającej się coraz bardziej. Teraz już na pewno można oczekiwać jeszcze większej drożyzny, niż jest, ja sobie jednak z tego nic zgoła nie robię, to rzecz Najśw. Matki; Ona radzi o swojej chorej i biednej czeladzi. Opiekowała się dotąd i nadal nie opuści moich czarnych piskląt.

Rozmawiając kiedyś z moimi chorymi, powiedziałem im, że kiedy piszę do kraju, to jest »za morze« (to »za morze« rozumieją dobrze, a Europa, Afryka, Polska i t. d., nie mogą się im w głowie pomieścić i żadnej w tych nazwach różnicy nie widzą), do kogokolwiek np. do ks. Czermińskiego (znają Ojca i pamiętają, choć nazwiska wymówić nie mogą), to nie wyrażam się o nich »moi chorzy«, ale najczęściej »moje czarne pisklęta«. Podobało się to im i bardzo z tego byli kontenci. Teraz sami tak siebie nazywają, kiedy mówią do mnie, tak np. postaraj się Ojcze o to lub o owo dla swoich piskląt; wracaj prędzej do swoich piskląt i t. p. Wiem, że ludzie, poczciwi nawet i religijni, nieraz trochę dziko zapatrują się na rzeczy i często gadają ot aby się gadało, jak u nas mówią — strzelają nie nabiwszy przedtem. Ułomność to ludzka, jak każda inna; ale, jeżeli w takiej gadaninie pokaże się brak współczucia dla nieszczęśliwych, zwłaszcza takich, jak moi chorzy, nie mogę wytrzymać, żeby nie odpalić. Nieraz starałem się przezwyciężyć w tej mierze i zamilczeć, ale ani rusz, muszę odpłacić pięknem za nadobne. Ot niedawno
Trędowata czesze swoją towarzyszkę niedoli. (Zob. str. 179).
zdarzyła się mi rzecz następująca: zamówiłem lekarstwa dla kilku moich chorych; to lekarstwo nie przyszło na czas, co mnie wprawiło w porządnie kwaskowaty humor. Spotyka mnie ktoś i pyta, czego jestem skwaszony; odpowiedziałem, że nie jestem skwaszony, ale zły na dobre, bo lekarstwa nie przyszło mi. Ten facet mi mówi, że niema czego być złym, bo nic jeszcze wielkiego się nie stało; nie nadeszło lekarstwo dziś, nadejdzie za parę dni, chorzy poczekają, na Madagaskarze wszystko tak powoli idzie. Ale, czy rozumiesz, wasze, zapytałem, że choroba nie czeka i idzie szybko, a chory przez to cierpi gorzej. On mi bardzo łagodnie i grzecznie zaczyna przemawiać do rozumu, serca i woli: Ojciec zanadto pieści swoich trędowatych (nie mówił mi to Malgasz, ale Europejczyk), to wszystko przyciśnięte i przygnębione teraz chorobą, a przedtem każdy z nich to był łajdak, co się zowie; trzeba im dać trochę pocierpieć, niech pokutują za dawne grzechy. Chciał dalej coś jeszcze majaczyć, ale przerwałem mu, bo już nie mogłem wytrzymać, kipiał we mnie na dobre. Dość tego, mój panie. Jakim kto jest łajdak, czy poczciwy, to niech sądzi Pan Bóg, a nie my; jest to chory, któremu pomóc trzeba i po sprawie. To, coś nagadał, zapamiętam dobrze i jak zachorujesz, to przyjdę ci dosłownie powtórzyć to samo, to jest, że w młodości byłeś łajdak, teraz pokutuj za grzechy i t. d. Poczerwieniał po same uszy i zamilkł. Może być łatwo, że nie mówił z przekonania, że z jego strony miał to być żart taki, mniejsza o to. Przyciąłem mu ostro, bo nie godzi się żartować z niedoli bliźnich. Może też stać się i to, że będą o mnie gadali, żem nieokrzesany, bez wychowania i t. p. — pal licho, niech gadają, tak mnie to obchodzi, jak przeszłoroczny śnieg. Oberwał, bo zasłużył; będzie na później pamiętał, że jak sobie kto pościele, tak spać będzie.

Mam już rozwiązanie zagadki, które spieszę Ojcu przesłać, mianowicie: pisałem Ojcu, że nie mogę wytłumaczyć, jakim sposobem przeciąga pająk pierwszą nić na większej przestrzeni, żeby dalej snuć pajęczynę. Rozmawiałem niedawno z jednym Malgaszem i między innemi rzeczami powiedziałem mu o tem przeciąganiu pierwszej nici pajęczyny. On mi na to odpowiedział: ja także dziwiłem się temu i nierozumiałem, ale udało się mi kiedyś przypatrzeć taj pracy pająka. Rzecz tak się przedstawia: wypuszcza ze siebie pająk nić w tym kierunku, w którym dmie wiatr. Kiedy ta nić, niesiona wiatrem, zaczepi się o jaki przedmiot, wtedy pająk idzie po niej, przymocowuje ją mocniej, a potem już bez trudności snuje dalej całą pajęczynę. Albo też: spuści się cokolwiek sam pająk na pajęczynie, potem jeżeli wiatr dmie, spuszcza się dalej; kiedy wiatr ustanie, on też przestaje snuć i odpoczywa, aż znowu, kiedy wiatr dąć zacznie, on spuszcza się coraz bardziej. Wiatr go niesie coraz dalej i dalej, przyczepionego do pajęczyny; kiedy napotka wreszcie jaki przedmiot dogodny, przymocowuje tam nić i po niej chodząc, snuje całą pajęczynę. Tym albo tamtym sposobem, musiał przeciągnąć pająk swoją nić ponad rzeczką. Czasu nie żałowałem, śledziłem długo i na własne oczy widziałem obydwa sposoby, jakiemi pająki przeciągają pierwszą nić pajęczyny na większej przestrzeni. Sam się temu wszystkiemu przypatrywałem, dlatego może mi Ojciec wierzyć, jako naocznemu świadkowi. Tyle wiem od Malgasza. Nie miałby on racji kłamać, posądzać go zresztą o to nie mogę, bo to bardzo poczciwy człowiek, oddawna pracujący w tutejszej misji jako katechista. Czy zaś tak samo mówi o tem naturalna historja, tego nie wiem, relata retuli — powtórzyłem Ojcu tylko to, com słyszał od czarnego naturalisty.
Kiedy się o pająkach rozgadał, to jeszcze jedną rzecz Ojcu opowiem, którą sam na własne oczy kilka razy widziałem i ubawiłem się tem, bo pociesznie wygląda. Wielkie muchy, motyle, koniki polne, szarańcze, zaplątują się w pajęczynę i pająk daje im rady, a od drobniutkich muszek obronić się nie może. W środku pajęczyny ogromne pajęczysko, a koło niego krąży kilka albo kilkanaście drobnych muszek (u nas ich pełno nad brzegami wód, moczarów i t. p., a wieczorem, jeżeli okno otwarte, cisną się do światła — kąsają dotkliwie); usiądzie mu która na łapę albo grzbiet, pająk się rzuca, odgania, ale chwycić nie może, chyba, że która wpadnie w pajęczynę. Bardzo zabawnie patrzeć, jak się krzywołapy tkacz nacierpi i odmachuje od tego maleństwa, a obronić się nie może. Zdarzy się często, że i ludzie bywają w podobnem upokarzającem położeniu. Niejednemu się wydaje, że on jest wielkim, potężnym, wszystko może i potrafi, co zechce, tymczasem nadchodzi chwila, w której nie może podołać malutkiej jakiejkolwiek trudności i ze wstydem przekonuje się, że i on zwykły śmiertelnik i wcale nie taki, za jakiego siebie uważał.
Słyszałem niedawno zabawną rzecz: kiedy katedra w Tananariwie została ukończoną, dwaj ciekawi Malgasze przyszli ją zwiedzić. Byli to poganie prawie dzicy, którzy nic nigdy nie widzieli. Weszli do wnętrza, gęby, naturalnie, pootwierali jak zajezdne wrota i gapią się: podchodzą do jednego z bocznych ołtarzy, na którym stoi wielka statua św. Józefa i jeden z nich mówi nieśmiało i pocichu drugiemu: patrz, patrz, jaki wielki pan stanął tam wysoko; widzisz, jakie na nim bogate wyzłacane lamba, trzeba go powitać. Ten drugi mówi półgłosem do statuy: »jak się pan ma«. Rzecz jasna, że odpowiedzi niema. Pierwszy znowu mu szepcze: głośniej mów, bo nie słyszał. Wtedy tamten na cały głos: »jak się pan ma!« Nie dostawszy znowu odpowiedzi, zwrócił się do towarzysza i mówi: »e, chodźmy dalej, ten bogacz zanadto dumny, nie chce zważać na nas« i odeszli od ołtarza.
Gadu, gadu i niepostrzeżenie drugi arkusik ma się już ku końcowi, a Ojciec pewno się niecierpliwi, żem się tak rozmachał. Kończę, żeby nie nadużywać cierpliwości drogiego Ojca, czy zaś na przyszłość będzie w tej mierze poprawa, t. j. czy będę króciutkie listy posyłał, to pytanie, na które odpowiedzi niema jeszcze narazie; jak Bóg da dożyć, to się pokaże. Jeszcze raz dziękuję drogiemu Ojcu za pomyślne wiadomości o jałmużnie i oczekując takowych nadal, bardzo a bardzo proszę Ojca o łaskawą pamięć w modlitwach.





LIST XXV.

Tananariwa, 13 kwietnia 1901.


Przebyłem w innym posterunku cały luty i marzec, gdzie mi czarny światłodawca zaciemniał mózgownicę malgaszką gramatyką także ciemną, jak skóra samychże Malgaszów, jeżeli bodaj czy jeszcze nie ciemniejszą. Wreszcie w końcu marca powiedziano mi, że na tyle już umiem, żeby sobie samemu móc dać radę ze słownikiem, t. j. że mogę już sam dalej uczyć, że trzeba mi teraz praktycznego ćwiczenia do uzupełnienia całkowitych mych wiadomości, więc żebym wracał na moją stację i tam ćwiczył się rozmawiając z chorymi. Ucieszyłem się nadzwyczaj zapadłą decyzją i ostatniego marca wróciłem do siebie niby na stałe. Pilno mi było wrócić prędzej do moich biedaków, ale we wigilję powrotu pokiereszowałem sobie nogi w rozmaitych miejscach dla uwolnienia się od tych nieznośnych pcheł afrykańskich, które się były na nowo zagnieździły, a że droga strasznie licha (w niektórych zwłaszcza miejscach okropnie kamienista), więc mi się jakoś nie szło z początku. Wstyd mi się jednak zrobiło samego siebie, kiedym wspomniał, że moi chorzy tacy poranieni, mimo to chodzą jak mogą, a ja, niby misjonarz, tak się delikacę, jak jaka ciocia Kapuśniaczkiewiczowa, która jak tylko ją bodaj mały paluszek zaboli, zaraz zaczyna kurację na wielką skalę, i wlokę się, jakbym konno na ślimaku jechał. Oprócz tego, miałem jakby jakiś rodzaj przeczucia, naglący mnie do pośpiechu; ciągle mi coś jakby powtarzało: »spieszno się spiesz, bo kto wie, co cię tam czeka«. Jedno z drugiem tak skutecznie na mnie podziałało, jak na konia zachęta do pośpiechu, zatelegrafowana mu batem po grzbiecie przez woźnicę, i zapomniawszy o wczorajszej operacji, rozpuściłem nogi i gnałem całą drogę, co mogłem. Nie zawiodło mnie to jakieś jakby przeczucie, bodaj czy to się nie działo za sprawą Aniołów Stróżów moich chorych. Dochodzę do rzeczki, płynącej o jakie może ¾ klm. od schroniska, i widzę dwóch chorych spuszczających się szybko z pagórka po drugiej stronie wody. Coś pewno wykwitło nowego, pomyślałem sobie; rozzułem się, prędko przeszedłem strumyk i idę dalej boso na spotkanie moich chorych. Pocoście tu, moje ptaszęta? — spytałem. Spiesz się Ojcze, mówią mi, bo jedna kobieta mocno się rozchorowała i chce, żebyś ją zaopatrzył prędzej, a jeden chory już prawie dogorywa, mowę stracił, ale jeszcze dość silnie oddycha. Spiesz się, żeby go jeszcze zastać przy życiu. Uzułem się co prędzej, i przyszedłszy do siebie, pospieszyłem do tych chorych. Dzięki Bogu, udało się mi jeszcze zaopatrzyć chorego ostatnimi Sakramentami, ale na drugi dzień pochowałem go. Kobieta, po Ostatniem Namaszczeniu, przyszła nieco do siebie, silnie wprawdzie trąd się rozwinął, cierpi mocno, to prawda, ale jeszcze żyje.
W tych ostatnich czasach pochowałem wprawdzie trzech, ale cieszy mnie to, że umarli z trądu, a nie z głodu, za co pokornie dziękuję najpierw Matce Najświętszej, a potem łaskawym dobroczyńcom, którzy mnie jałmużną wspierają.

Przedtem pisałem już Ojcu nieco o afrykańskich pchłach, a teraz znowu o tem samem, coś nieco więcej donoszę. To plugastwo stało się istną plagą; napada coraz bardziej ludzi, zwierzęta i ptaki zarazem. Najwięcej mają ich świnie. Przybrało to szelmostwo takie już rozmiary, że rząd wysłał Malgaszów poduczonych cośkolwiek na quasi infirmarzy (ilu ich rozesłano, nie wiem), którzy muszą chodzić od wsi do wsi i opatrywać tych, co są napadnięci przez afrykańskie pchły. To opatrywanie polega na tem, że rozrania się igłą, albo czem ostrem to miejsce, gdzie się pchły zagnieżdżą, wydobywa się stamtąd jakby woreczek z plewki, w którym znajduje się kilka setek zniesionych jajek, oczyszcza się ranę i zapuszcza jodyną lub czem innem mocnem dla zabicie zarodków, któreby mogły tam jeszcze pozostać. Jeżeli się zawczasu nie wyjmie takiego woreczka, to małe pchlęta, które się wylęgną, toczą ciało i sprawiają wielką ranę. — Wskutek niedostatecznego zapobieżenia temu, już tu było kilka wypadków śmierci; wylęgły się pchlęta, rzuciła się gangrena i spowodowała śmierć. Wiem z własnego doświadczenia, że nie czuć nic z początku, kiedy się taka pchła zagnieżdża, ale potem, t. j. tak mniej więcej na drugi lub trzeci dzień, takie to sprawia świerzbienie i pieczenie, że trudno nie poranić drapiąc czemkolwiek. Jodyna, chociaż niby to gryzie, wpuszczona do takiej ranki, sprawia znaczną ulgę przynajmniej na jakiś czas, bo gryzienie samo sprawione przez jodynę, jest niczem w porównaniu do tego, co się czuje od pcheł. Z tych czarnych quasi wyznawców Eskulapa, rozesłanych przez rząd, do mnie nikt się naturalnie nie zjawił, bo się boją, żeby się sami trądem nie zarazili. Wątpię zresztą, czyby który co poradził choćby i przyszedł, bo gdzie u trędowatego niema rany, tam można jeszcze oczyścić od tych pchlich gniazd, ale jak radzić, kiedy się to w ranach zagnieździ, tego nie wiem. Starałem się jak mogłem najlepiej zrobić, ale nic z tego; zalewam zatem obficie i ostro całą ranę rozpuszczonym karbolem i co się uda oczyścić, to dobrze, a co nie, to już opiece Matki Najświętszej zostawiam, bo jakże inaczej zrobić. Powiadają, że i karbol zabija te zarodki, ale czy to prawda, nie wiem. Rozesłał rząd wszędzie drukowane rozporządzenie co do tych pcheł, w którem powiedziano między innemi rzeczami, żeby się wszyscy starali o jak największe ochędóstwo jak koło siebie, tak po domach i żeby nie trzymać w tej izbie, gdzie się mieszka, ani drobiu, ani żadnych bydląt i t. p. Jak mnóstwo innych rzeczy, tak też i to bardzo ładne w teorji, ale zastosowaniem być nie może w praktyce. Najpierw, żaden Malgasz i wyobrażenia nie ma o ochędóstwie; powtóre taki biedny, co ma tylko jedną jedyną izbę z gliny, w której mieści się z całą rodziną i majątkiem, składającym się, przypuśćmy, z kilku kur, albo krowy, owcy czy świni, gdzie ma podziać to bydlę czy ptaka? Musi mieć razem ze
Kobieta trędowata uczy trędowate dzieci.
sobą w izbie, bo jak zostawi na dworze, to mu zaraz ukradną.

Wie Ojciec, że niedawno temu dowiedziałem się, dlaczego Malgasze stoją dotychczas jeszcze na tak niskim stopniu cywilizacji; winni temu nie oni sami, ale ich własny rząd malgaszki, pod którym byli przedtem. Tak się rzecz miała: bali się wszyscy uczyć czegokolwiek, jakiego np. rzemiosła, bo jak tylko który czego się nauczył, zaraz go brano, żeby pracował dla króla, czy królowej, dla całego królewskiego dworu, potem dla wszystkich urzędników za porządkiem, dla rodziny królewskiej i t. d., i to bezpłatnie zupełnie i na własnem nawet utrzymaniu w czasie tej pracy, trwającej całe lata i lata. Zasadził i wyhodował ktoś jaką jarzynę, owoc i t. p., zaraz, jak tylko się o tem dowiedziano, przysyłali do niego, żeby dał dla królowej, dla jego rodziny, dworu i t. d., naturalnie bezpłatnie. Nie chciał kto iść pracować darmo, albo dawać darmo to co miał, to go zakuwano w łańcuchy i wpakowywano do więzienia, gdzie najczęściej ginął marnie z nędzy i wycieńczenia. Rzecz jasna, że w takim składzie rzeczy, głupi byłby ten, ktoby się chciał oddać jakiemu rzemiosłu lub innemu zajęciu pożytecznemu. Oto przyczyna, dla której Malgasze niczego się nigdy nie starali nauczyć. Dopiero z zawojowaniem wyspy przez Francuzów, zaczęli się brać powoli do różnych rzemiosł, bo widzą, że im za to płacą. Dotychczas jeszcze biorą się do wszystkiego bardzo powoli i niechętnie, bo nie dowierzają. Złodziejstwo okropnie między nimi zakorzenione też z winy ich dawniejszego rządu. Brali przedtem rekruta, który musiał służyć aż do późnej starości jako żołnierz zupełnie bezpłatnie i na własnem utrzymaniu. Naturalnie, że nie mógł inaczej się utrzymać, jak kradzieżą i rozbojem; potem to przeszło z ojców na dzieci i zakorzeniło się tak, że obecnie Malgasz uczciwy jest to rzadkość, którą nie łatwo i nie często napotkać można. Wydaje się mi to wszystko bardzo prawdopodobnem; czy zaś jest tak istotnie, czy nie, i o ile jest, o ile nie, to zaręczyć nie mogę. Niedawno tu jestem, więc na to wszystko sam patrzeć nie mogłem. Napisałem Ojcu, com słyszał od innych relata retuli. To tylko wiem na pewno, że Europejczycy przychodzą tu niby cywilizować Malgaszów, ale zamiast cywilizacji, wznoszą ogromną demoralizację pod każdym względem. Niestety, zandto jest to widocznem na każdym kroku, trudno zatem tego nie widzieć.
Szarańcza nas nie opuszcza, tak coś wygląda, jakby się na stałe zakwaterowała na Madagaskarze. Nie śmiem mówić na pewno, ale kto wie, czy te dwie plagi, t. j. szarańcza i pchły afrykańskie nie są objawem gniewu Bożego za to złe, co się tu dzieje przeważnie przez Europejczyków. Przeciw trądowi niby działają, szerzy się on mimo to jednak jak tego potrzeba. Nie czytałem sam tego, ale mówiono mi, że gazeta »l'Univers« ogłasza, jakoby w samym Paryżu już było kilkuset trędowatych białych. Zaraza dostała się tam najprawdopodobniej z Madagaskaru, albo z której z sąsiednich wysp. Ci co przenieśli zarazę, z pewnością sami nie narazili się pielęgnując trędowatych, ale wskutek złego życia jakie prowadzili. Ha! trudno inaczej, jak sobie kto pościele, tak też i spać będzie.
Co do siebie osobiście, trudno żebym Ojcu mógł co nowego napisać; zawsze jedno i to samo ciągle mi stoi przed oczyma, to jest nowe tak niezbędne schronisko. Nie mogę Ojcu dokładnie wyrazić, jak ono koniecznie potrzebne, bo to trzeba widzieć na własne oczy; opisać nie da się to tak łatwo, zwłaszcza mnie, który taki zdatny do pisania, jak siekiera do pływania. Ile moi biedacy cierpią fizycznie, to Ojciec wie, choć może niezupełnie dokładnie, z moich listów i fotografij, które posłałem; ale co gorzej, że daleko więcej ponoszą szkody na duszy. Patrzę na to codziennie i inaczej nie mogę Ojcu to opisać, jak tylko, że jak najchętniej chciałbym zaraz dostać nie jeden, ale dziesięć niewiedzieć jak ostrych trądów, żeby tylko przez to łatwiej wyprosić u Matki Najśw. jak najprędzej potrzebne pieniądze na wystawienie nowego schroniska i zabezpieczenie jego utrzymania, a przez to usunąć te wszystkie niebezpieczeństwa dla duszy, na które moi nieszczęśliwi są narażeni obecnie. Dzieci pod tym względem najbardziej mnie na sercu leżą; to maleństwo nietylko że nie zna wcale Pana Boga; ale nawet nie wie jeszcze, czy jest Bóg, a już uczy się Boga obrażać, bo gorszy się i psuje przez ustawiczną styczność ze starymi, którzy potrzebują sami, żeby ich trzymać na wodzy pod bardzo wieloma względami. Widzę to wszystko i porządnie odczuwam, ale zaradzić złemu w obecnym stanie rzeczy, jest prawie niepodobieństwem. Nie, nie »prawie« ale tak »zupełnie« niepodobieństwem.
Przerwę tę jeremiadę, żeby nie zabierać Ojcu czasu i samemu go nie tracić. Lepiej ten czas obrócić na przedstawienie rzeczy całej Najśw. Matce i prosić Ją, niech radzi o swojej biednej czeladzi. Dziej się najświętsza wola Boża; kiedy czekać to czekać. Wiem, że drogi Ojciec nie ma czasu do stracenia, dlatego o list nie śmiem Go prosić, ale swoją drogą, bez naprzykrzania się wcale, niecierpliwie oczekuję choć na kilka słów, bodaj jeżeli nie na list choćby na kartkę. Wszystkich Ojców i Braci pozdrawiam i jak drogiego Ojca Superiora, tak też i wszystkich Jego podkomendnych bardzo a bardzo proszę o modlitwy za nieszczęśliwych trędowatych i ich niegodnego posługacza.





LIST XXVI.

Tananariwa, 13 maja 1901.


Już jestem, dzięki Bogu, nie od wczoraj między moimi nieszczęśliwymi, a mimo to, proszę mi wierzyć, że nie mogę się oswoić z tem, na co ustawicznie patrzę, nie mogę obojętnie patrzeć na tę nędzę, w której pogrążeni są moi biedacy, a co jeszcze bardziej mnie trapi, to nędza moralna, pochodząca przeważnie z tej nędzy materjalnej. Narażeni są moi nieszczęśliwi na tysiączne okazje do grzechu ustawicznie, a nawet możnaby powiedzieć poniekąd z konieczności. Już nie raz i nie dziesięć przemyśliwałem nad tem, jakby złemu zaradzić, ale ani rusz póki nie będzie odpowiednie schronisko z zapewnionem utrzymaniem. Mieszkają jak bydlęta i to razem: mężczyźni, kobiety i dzieci. Na żebry chodzić muszą, t. j. siedzieć pod barakami koło ścieżki cały dzień, boć bez tego nie wyżyją, a wiadoma rzecz, że próżnowanie jest początkiem wszystkiego złego; chodzą prawie napół nadzy i t. d., i t. d., słowem, że źle, a zaradzić temu nie mogę w takim stanie rzeczy, jaki jest obecnie. Żeby to ludzie na świecie wiedzieli, co się we mnie dzieje, kiedy na to wszystko patrzę, nie mogąc złemu zaradzić, zwłaszcza kiedy patrzę na małe dzieci, które, nietylko że nie umieją kochać Boga, ale jeszcze nie wiedzą nawet, czy jest jaki Bóg, a już się uczą od starych obrażać tego Boga, to z pewnością takby się posypała zewsząd jałmużna, że w krótkim czasie stanęłoby tak niezbędne, a tak przeze mnie upragnione schronisko. Piszę Ojcu otwarcie, co czuję, ale opisać tego dokładnie nie potrafię, proszę tylko ustawicznie Matkę Najśw., żeby się ulitowała i pozwoliła prędzej ratować tych nieszczęśliwych, z których, co nie daj Boże, niejeden zginie może na wieki. Teraz o tyle tylko lepiej, niż przedtem było, że nie umierają z głodu moi chorzy, jak przedtem, bo z nadchodzącej drobnej jałmużny zawsze jest w zapasie trochę ryżu dla tych, co ani żebrać, ani w inny sposób wyżywićby się nie mogli. Dziękuje za to ustawicznie Matce Najświętszej, ale swoją drogą o nowe schronisko naprzykrzać się Jej nie przestaję.[9]
Przyszło mi w tej chwili na myśl, że choć Ojciec nie pogniewa się na mnie za natręctwo, ale mimo to, mogę łatwo oberwać burę za jeremiady. Ale, dziej się co chce, myślę sobie: wyłaje Ojciec, to wyłaje — przyjmę to w pokorze i już, a com napisał, to niech już zostanie, przepisywać listu nie będę; niedarmo mówi rosyjskie przysłowie: „что написано перомъ, не вырубишь и топоромъ„ (co napisano piórem, tego i siekierą nie wyrąbiesz). Nie na wiele się przydadzą te jeremiady, prawda i to, jednak człowiekowi lżej, kiedy się przed drugim wygada z tem, co mu dolega. Niedawno temu, miałem jeden dowód więcej, jak to ludzie często bez prochu strzelają, gadają i piszą, ot aby im się gadało i pisało; ktoś gdzieś coś zobaczy, nie przekona się dokładnie, jak się rzeczy mają, a rozprawia o tem z taką pewnością, że niejeden słysząc to, albo czytając co napisał, pomyśli, że to w samej rzeczy prawda, co ten ktoś mówi, albo pisze. Pokazywano mi artykuł, jaki ktoś, mniejsza o to kto nomina odiosa napisał o trądzie. Mówi on w tym artykule, że wiele podróżował w celu zbadania trądu i zauważył, że nie jest to choroba tak zaraźliwa, jak powszechnie utrzymują i że trędowaci nie cierpią. Odpowiedziałem tym, co mi pokazywali ten artykuł, że jest to najzupełniejszy fałsz i nie wiem, jak mógł ten ktoś podobne rzeczy drukować. Jako dowód, że to kłamstwo, co w tym artykule napisano, opowiedziałem ostatni fakt, który miałem u siebie, mianowicie miałem jedną chorą, którą niedawno pochowałem. Tak silny miała trąd, że odkąd tu jestem, jeszcze takiego przebiegu choroby nie widziałem — to był, przynajmniej dla mnie, pierwszy przypadek tak ostrego przebiegu. Całe ciało porządnie było spuchnięte, zadawało się, jakby trąd chciał tę nieszczęśliwą rozsadzić; nogi zaś od kostek do kolan tak były grube, że prędzej możnaby je było wziąć za jakie kloce, niż za nogi ludzkie. Na szczęście miałem płótno, więc, opatrując rany tej biedaczki, wziąłem miarę sznurkiem, żeby przykrajać okłady wystarczające do owinięcia nogi, gdyż dwa razy uciąłem na oko, jak się mi zdawało i nie obejmowały te kawałki płótna nóg chorej. Jak wyglądały rany i jak je było czuć, łatwo sobie Ojciec wyobrazić może. Cierpiała biedaczka tak, że bez najmniejszego wahania się, gdybym tylko był mógł, zarazbym wziął był na siebie jej chorobę, żeby tylko ulżyć tej biednej kobiecie. Choćbym, przypuśćmy, wcale nie rozumiał, jak się mi ta nieszczęśliwa użalała na swoje cierpienia, to wystarczyło tylko spojrzeć na nią, żeby mieć pewność, że niezmiernie cierpi. Wskutek ran silna gorączka trawiła ją ustawicznie. Kiedy po jakimś czasie dołączyła do tego febra, rzecz jasna, że biedna chora przeżyć tego nie była w stanie. Ratowałem, jak umiałem i mogłem, ale nie dało się nic zrobić. Dzięki Bogu tylko, że umarła zaopatrzona. Trochę trudno nie wierzyć własnym oczom; patrzyłem sam na nieboszczkę w czasie jej choroby, więc jakże mógłbym powiedzieć, że to prawda, co ten ktoś napisał, że trędowaci nie cierpią. To ja sam widziałem. Teraz — jeden z naszych Ojców dowiedziawszy się o tym artykule, powiedział mi: »Nieprawda to wszystko? słuchaj Ojcze, co ci powiem. Będąc na jednej z sąsiednich wysp, gdzie jest szpital trędowatych, poszedłem ten szpital zwiedzić. Kiedyśmy przechodzili koło jednego z chorych, ten co mnie oprowadzał, zapytał tego chorego: jakże się biedaku czujesz dzisiaj. Chory odpowiedział, że dziś wprawdzie cierpi, ale nie tak silnie, jak wczoraj. Cóżeś zrobił, żeby sobie ulżyć? zapytał go znowu oprowadzający. Chory na to: wczoraj okropnie bolały mnie ścięgna w nogach, a zwłaszcza koło palców. Nie mogąc dłużej wytrzymać, oderwałem w nocy zaszczypkę od okna i tą zaszczypką porozrywałem sobie ścięgna w nogach. Teraz boli mnie wprawdzie porządnie, ale już nie tak jak wczoraj«.
Niech teraz Ojciec sam powie, jak wierzyć takim bredniom, które ludzie po mieście rozgłaszają? Porozrywać ścięgnia dla sprawienia sobie ulgi, to dowodzi, że trędowaty nie doznaje bolu!? Byłbym o tem wszystkiem nic nie mówił, ale, że prawdopodobnie ten artykuł znajdzie się i u nas, więc wyświeciłem prawdę, jak umiałem. Jeżeli Ojciec umieści to w »Misjach«, to nie będą w błędzie ci, którzy czytali może ten artykuł o trądzie. Teraz napisałem Ojcu tylko to, com widział sam i słyszał od drugich, a jak się zarażę trądem, to Ojcu napiszę z własnego doświadczenia, czy i co czuje trędowaty. Niech się tymczasem fałsz po świecie nie szerzy, bo i tak już go aż zanadto.
Dzisiaj tyle, choć to wprawdzie niewiele, na odpowiedź mimo to zasłużyłem, prawda? Czekając na nią z niecierpliwością, bardzo proszę drogiego Ojca o pamięć w modlitwach.





LIST XXVII.

Tananariwa, 13 czerwca 1901.


Sam już nie wiem, kiedy ostatni raz miałem list, takie to dawne czasy. Jak się Ojcu misja powiodła, czy podczas niej zdrowie dopisywało? Co obecnie słychać o jałmużnie dla mnie, przybywa, czy nie? Choć jeszcze bardzo wiele mi braknie, ale trochę grosza już się uzbierało, więc X. Superior ogląda się za miejscem pod nowe schronisko. Ej, żeby to Matka Najśw. pozwoliła już prędzej mieć to niezbędne schronisko, nie uwierzy Ojciec, jak mi pilno i z jaką niecierpliwością oczekuję. Tymczasem, jakby naumyślnie, trudności coraz to większe zachodzą — drzewo ogromnie podrożało i dostać go trudno. Robotnik też bardzo teraz drogi, bo rząd wiele buduje i drogo opłaca, więc się tam cisną, a do prywatnych robót nie spieszą się wcale. Wie Ojciec, że i czarni już zaczynają sztrejkować, tak jak w Europie. W jednem miejscu, gdzie jest nasz posterunek misyjny, cały tydzień Malgasze sztrejkowali.

W maju przesiedziałem 12 dni w areszcie — raz 5 dni, a po krótkim czasie 7 dni; proszę nie posądzać, żebym miał gdzie co komu zwędzić i za to mi ofiarowano mieszkanie rządowe z kratami w oknach dla uchronienia od przeciągów. To nie, ale musiałem przesiedzieć w infirmerji w Tananariwie, bo nie mogłem chodzić, tak mnie pchły afrykańskie poraniły. W kilku miejscach w nogach zagnieździły się mnie te utrapione pasożyty. Naostrzyłem scyzoryk i uwolniłem się od nich, jak mogłem. Sądziłem przytem, że już będę miał na jakiś czas przynajmniej spokój, bo jamki (każda jamka, gdzie te pchły zrobią gniazdo, jest tak wielka, że można do niej ziarnko grochu włożyć) pozostałe po gniazdach, obficie pozalewałem jodyną. W kilka dni po tej operacji poszedłem na zwykłe zebranie do Tananariwy, po drodze bardzo jakoś dawały się mi czuć te poranione miejsca i iść było coraz trudniej. Przyszedłszy do misji, spostrzegłem, że nogi mam porządnie popuchnięte aż do kolan. Z trudnością rozzułem się, a o uzuciu się napowrót już i mowy nie było, bo nietylko trzewiki, ale ani skarpetki nie mogły wcale wejść na nogi. Obejrzał mnie doktor i powiedział, że to ukąszenia tych pcheł zakażają krew i wskutek tego puchlina. Potem wziął się do opatrywania tych miejsc, gdzie ja poprzednio powyrzucałem gniazda z krociami zniesionych jajek i znalazł, że w tychże samych otworach nowe gniazda znowu porobione; wziął się zaraz do lanceta, wskutek czego te jamki porobiły się dwa razy głębsze i większe. Wszystko zależy od gustu, więc może komu innemu wyda się inaczej, ale co do mnie, to powiem Ojcu otwarcie, że wcale nie uważam za przyjemność tego, co się czuje, kiedy doktor w ranie bruździ lancetem, zwłaszcza pod
Trędowate tłuką ryż w stępach.

paznogciem. Uzuć się po skończonym opatrunku nie mogłem, więc zrobiłem sobie naprędce rodzaj sandałów, poowijałem nogi płótnem, przywiązałem te sandały i tak paradowałem po domu. Przez cały ten czas, co musiałem w Tananariwie przesiedzieć, byłem w takim złym humorze, jak pies na łańcuchu, bo pilno mi było wrócić do moich biedaków, którzy ogromnie cierpią też od tch pcheł, a tu ani rusz chodzić. Kiedym się gdzie w domu pokazał, każdy co zobaczył, że nie mam obuwia, pyta co mnie jest. Tłumacz każdemu co ci jest, jakby to się na co przydało — więc jednemu mówię, że tańczyć nie mogę; innemu, że wdziałem balowe trzewiki, żeby nie posądzono, że ich nie mam i t. p., aż wreszcie dano mi pokój. Kiedy się rany podgoiły i puchlina spadła, wróciłem do siebie i kończyłem kurację do reszty. Wrócić jednak musiałem burżanami, bo piechotą nie dało się wcale. Obecnie kiedy to piszę, jeszcze możnaby mnie wziąść za eleganta pierwszej klasy, tak jestem naperfumowany. Ciągle mam do czynienia z jodyną, jodoformem, karbolem, kamforą, siarką (bo i sam używam i moich chorych częstują temi pachnidłami), więc te wszystkie zapachy czepiają się do odzienia i zmieszawszy się razem, tworzą jakiś jeden, strasznie nieokreślony, ale i niekoniecznie przyjemny zapach. Tytoń tego zapachu nie zagłusza.

Żeby Ojciec wiedział, jaki kłopot mają moi biedni chorzy, zwłaszcza ci, co mocniej poranieni, kiedy w ranach zagnieżdżą się afrykańskie pchły, niema sposobu wydobyć, zabić też niczem się nie da, bo to, co zapuści się do rany, np. karbol albo co innego, zaraz miesza się z ropą, wydobywającą się z rany i nie może działać na pchły. Starzy cierpią, ale nie tak to słychać, bo tylko stękają kiedy bardzo boli; dziatwa zaś gorzkiemi łzami opłakuje codzienne operacje, którym poddać się muszą. Prawdziwa plaga te pchły; mało tego, że sprawiają ból dokuczliwy i jątrzące się rany, które goić trzeba, bo same nie zasychają, ale co jeszcze gorzej, czasu ogromnie wiele co dzień przez to się traci. Upora się człowiek z jednem gniazdem rano, w południe albo wieczorem, znajduje nowe jeżeli nie w tem samem, to w innem miejscu i znowu trzeba się porać najmniej jakie pół godziny, jak nie więcej. Wszędzie, gdzie się tylko ruszyć, napotyka się Malgaszów krwawiących sobie nogi, albo ręce, wyjmując te pchły. Zdaje się mi, że to nigdy się tu nie skończy, bo Malgasze są tak nieochędożni, że trudno gorzej. Niejeden, zwłaszcza mieszczanin, nazewnątrz niby to wyelegantowany, ale pod wierzchniem ubraniem ma inne już zbrukane, pod tem znowu jeszcze coś gorzej brudnego, a wreszcie to, co na samym ciele, czy koszula, czy co innego, zamiast niej, to już takie brudne, przepocone i cuchnące, że dotknąć się tego obrzydliwie. Teraz tutaj zimno, więc pakuje każdy na siebie, co kto ma, ale wyprać te rzeczy, według ich pojęcia, to wcale niepotrzebne; jak się to odzienie zniszczy tak, że będzie nie do użytku, to je Malgasz wyrzuca, a wkłada inne, które nosi tak samo, póki się da nosić; ani sposobu im to wytłumaczyć, gadać im o tem, to słuchają i przyznają słuszność, ale tyle tylko tego,, bo przyznają słuszność, a robią zawsze po swojemu, jak przedtem. Narazie niepodobieństwo w tych warunkach w jakich obecnie jesteśmy, ale jak Matka Najśw. pozwoli mieć nowe schronisko, to moje pisklęta z początku będą się może i kwasić, bo tam będą musieli wszyscy bez wyjątku być czysto ubrani, umyci i w mieszkaniu porządek zachować; wezmę ich krótko, po żołniersku, najmniejszego nieporządku nie daruję nikomu. Jestem przekonany, że ich malgaszska natura będzie się na to oburzać, ale to nic nie pomoże. Najpierwszym warunkiem do podtrzymania siakotako zdrowia u trędowatych, jest jak największe ochędóstwo.
Szarańcza na dobre zakwaterowała się na wyspie. Młode pokolenie już się wylęgło i znacznie podrosło; mnóstwo tego wszędzie. W niektórych miejscach (sam nie widziałem, mówiono mi) leży szarańcza warstwą grubości może na decimeter, Malgasze raczą się nią do upadłego, karmią nierogaciznę i ptactwo domowe, ale mimo to zdaje się mi, że można się spodziewać porządnych szkód na wiosnę. Niepodobna przypuszczać, żeby taka masa szarańczy nie wyrządziła odpowiedniego zniszczenia.
Opowiem teraz Ojcu jedną rzecz, którą niedawno temu słyszałem, mianowicie: zapowiedział X. Biskup jednemu z naszych Ojców, że udzieli Bierzmowania w jednym z jego posterunków. Ten Ojciec przygotował swoich parafjan jak mógł do Bierzmowania, i kiedy się zbliżał dzień naznaczony przez X. Biskupa, dostał gdzie co mógł, żeby X. Biskup miał lepszy obiad. Rano w dzień przybycia X. Biskupa, mówi ten Ojciec swemu czarnemu kuchmistrzowi, co ma zrobić na obiad i przytem dodaje: »Te dwie kury, które tu są, także zabijesz dziś« — poczem poszedł do kościoła. Koło południa, kiedy już się w kościele wszystko skończyło, wychodzi ten Ojciec, żeby zobaczyć, czy obiad gotów, bo X. Biskup miał wkrótce nadejść. Zbliżając się do mieszkania, widzi kucharza siedzącego na progu kuchennym.
— No co, jesteś już gotów z obiadem? — zapytał Ojciec kucharza.
Na to kucharz:
— Wszystko przygotowałem do gotowania, ale nic nie gotowałem.
— A to czemu? — zapytał go Ojciec.
— Jakże mogłem gotować — odpowiada kucharz — kiedy nie mam drzewa ani kawałka.
Ojciec natychmiast posłał kilku ludzi, którzy dostali trochę gałęzi, trochę trawy do palenia i po jakimś czasie kucharz podaje wreszcie co sfabrykował. Wyobrażam sobie, w jakim zakłopotaniu i humorze musiał być wtenczas ten misjonarz. Ale nie koniec jeszcze. Przy obiedzie pyta się ten Ojciec swego kuchmistrza:
— A gdzież są kury, czemu nie podajesz?
Kucharz:
— Kury w spiżarni.
Zagląda misjonarz do spiżarni i widzi obydwie kury zabite, oskubane i przywieszone u sufitu. Wraca do refektarza i pyta, czemu nie zgotowane. Kucharz z najzimniejszą krwią odpowiada:
— Bo Ojciec kazał, zabić, ale nic nie powiedział, czy mam je ugotować, czy nie.
Śmiałem się, kiedym to usłyszał, ale po dziś dzień nie mogę, sobie wytłumaczyć, czemu to wszystko przypisać, czy głupocie kucharza, czy nieporadności, czy czemu. Że kur nie ugotował, to jeszcze mniejsza, trzymał się ściśle danego mu rozkazu. Ale rano przecie doskonale wiedział, że niema drzewa ani kawałka i ani pół słówka o tem nie pisnął, jakby to wcale do niego nie należało. Tego to już zrozumieć wcale nie mogę.
Nic więcej narazie donieść nie mogę, coby Ojca zajęło, a przytem tak się mi dziś jakoś nie pisze, sam nie wiem dlaczego, rad nierad, muszę skończyć. Czekając z niecierpliwością na list od drogiego Ojca, polecam się bardzo Jego łaskawej pamięci w modlitwach.





LIST XXVIII.

Tananariwa, 28 lipca 1901.


Z wielką radością przepatrywałem wykaz jałmużn w »Roczniku Rozkrzewiania Wiary« Maj—Czerwiec; dzięki Bogu, pomoc nadchodzi. Niech Matka Najśw. stokrotnie wynagrodzi wszystkim ofiarodawcom za ich miłosierdzie; codziennie prosimy Ją o to w naszych niegodnych modlitwach. X. Superjor naszej misji szuka, jak to już Ojcu poprzednio pisałem, miejsce pod nowe schronisko, ja zaś sam jestem teraz w gorączkowem usposobieniu, chociaż za łaską Bożą jestem zdrów i gorączki nie mam. Zaraz Ojcu powiem, dlaczego jestem w takiem usposobieniu. Od samego początku zawsze było mi bardzo pilno do nowego schroniska, bo, jak Ojciec wie, moje budynki w opłakanym stanie, teraz zaś podwójnie mi pilno i, gdybym tak mógł, jak nie mogę, to schronisko stanęłoby raz, dwa. Ściany kościoła coraz bardziej się rozchodziły z dniem każdym, teraz takie porobiły się szpary nawylot, że widać było przez nie wszystko doskonale i to nietylko po rogach, ale i w środku ścian. Za każdym razem idąc na Mszę św., polecałem nasze dusze Matce Najśw., żeby nas raczyła przyjąć w razie, gdybyśmy zostali zgnieceni podczas Mszy św. walącym się dachem i ścianami. Dałem znać X. Superjorowi, że potrzeba koniecznie coś zrobić, bo jesteśmy w niebezpieczeństwie. Ale, żeby nie myślał X. Superjor, że ja może zanadto się obawiam o moje pisklęta i dlatego widzę niebezpieczeństwo większe, niż jest istotnie, prosiłem go, żeby natychmiast przysłał mi Braciszka, znającego się trochę na budowli, żeby się dokładnie przekonał o stanie rzeczy. Ten Brat powiedział, że niebezpieczeństwo wielkie, ale naprawa niemożliwa — trzeba postawić nowy kościół. Naturalnie, że o nowem budowaniu w tem miejscu, gdzie jesteśmy i mowy być nie może, więc X. Superjor kazał mi wystawić prowizoryczny mały kościółek z trzciny. Może Matka Najśw. widząc naszą biedę, ulituje się i nakłoni serca miłosiernych ludzi do pospieszenia z jałmużną. Nazwałem to prowizorycznym kościółkiem, ale zdaje się mi, że to nazwa nieodpowiednia. Ta szopa — to prędzej jakby fac simile betleemskiej stajenki, niż kościół. Jak tylko będę mógł, to postaram się o fotografję tej szopy, żeby Ojciec też mógł zobaczyć, jak to wygląda. Ściany kościoła zburzone tylko do połowy, a dolne części zostawione umyślnie, żeby chroniły nieco wewnątrz wystawioną szopę od wichrów, a podczas pory deszczowej od burz. Jak już jest, to jest, dzięki Bogu, że przynajmniej moi biedacy mogą mieć Mszę św., której byli pozbawieni przez czas budowania tego prowizorjum, musiałem bowiem odprawiać Mszę świętą w swoim pokoju przez ten czas. Łatwo Ojciec sobie wystawi, że niekoniecznie mi było wygodnie i swobodnie ze Mszą św. w stancji, bo w 4-ch metrach mieściło się: ołtarz, sypialnia, refektarz, spiżarnia, rzeźbiarnia i t. d. i t. d., słowem wszystko, co się tylko dało zmieścić, bo w całym obszarze dworskim więcej miejsca nie mam ani pół metra. Szło to jednak dobrze, bo Mszę św. odprawiałem przed obrazem Najśw. Matki Częstochowskiej. Ten sam obraz, co był w kościele, Ojciec kupił mi go dla chorych, kiedy odjeżdżałem z Krakowa.
Teraz Ojciec drogi pojmuje, dlaczego jestem ciągle w gorączkowem jakby usposobieniu i dlaczego teraz mi jeszcze bardziej pilno do nowego schroniska, niż przedtem — prawda? Pisząc to, mimowolnie zupełnie rzuciłem okiem wokoło i roześmiałem się — przypomniałem sobie, że »bojowaniem jest życie człowieka na tej ziemi« — sprawdza się co do joty u mnie. Ale Matka Najświętsza wspiera nas widocznie swoją łaską, o czem mnie przekonywuje ogólnie nasz usposobienie. Gdyby Ojciec nas zobaczyć mógł obecnie, to z pewnościąby pomyślał, że nam nic nie braknie, ptasiego mleka chybaby tylko trzeba; kłopotów mamy naokoło pełno i większych i mniejszych, a mimo to, tak się jakoś jakby przemocą dobry humor i wesołość wciska do nas. Moje czarne pisklęta gwarzą, śmieją się i często śpiewają; mnie boli bardzo niedola moich chorych i dotkliwiej daje się mi czuć teraz, niż przedtem, to prawda, ale co do siebie samego osobiście, tak się czuję szczęśliwym, że każdy magnat, opływający we wszystko, z pewnością pozazdrościłby mi tego usposobienia.
Miejsce pod schronisko dla mnie szukają i za to trochę, co się już uzbierało, myślę kupić grunt i powoli ściągać materiał do budowy. Ufności wcale nie tracę, wiem na pewno, że Matka Najświętsza wystawi i zaopatrzy schronisko, ale otwarcie Ojcu się przyznam, że się mi porządnie markotno zrobiło, kiedy porachowawszy wszystko, co mam, przekonałem się, że jeszcze ani ⅓ części nie mam tego, co potrzeba. Idzie wszystko powoli, na to już nie poradzę, in patientia vestra possidebitis animas vestras musimy sobie powtarzać. Niepokoi mnie tylko reszta budynków, jak to się zacznie rozwalać tak jak kościół, to będzie niemały kłopot, bo doprawdy nie mam pojęcia, jak i gdzie umieścić moich chorych. Chciałbym o tem nie myśleć, ale to się nie udaje, boć ustawicznie mam to przed oczyma. Zaspokaja mnie tylko myśl, że przecie Matka Najśw. widzi wszystko i niedopuści do ostateczności, zresztą dziej się Jej najśw. wola. Niech Mateczka radzi o swojej chorej czeladzi jak się Jej podoba.

Czas ogromnie dziwnie mi się wydaje, tak, że kiedy się nad tem zastanowię, to trudno mi jakby samemu sobie zdać sprawę z tego, czy zorjentować się, czy już nie wiem jakby to wyrazić. Mija bowiem czas, jak zwykle, tak prędko, że trudno się spostrzec, godzin w dniu często mi zabraknie na zrobienie wszystkiego co potrzeba; przytem bardzo mi się dłuży, bo jestem w ciągłym wyczekiwaniu. Zdawałoby się, że takie dwie sprzeczności niemożliwe równocześnie, a jednak tak jest i leci czas nadzwyczaj szybko i zarazem zdaje się mi, że bardzo powoli idzie. Nie mówię na pewno, ale zdaje się mi, że jeżeli niezupełnie, to po części przynajmniej
Prowizoryczna kaplica trędowatych w Ambahiwuraku, w miejscu zniszczonego kościółka przez burzę i deszcz.

odgaduję, co Ojciec myśli, a raczej co Ojciec odpowie na to, com napisał, mianowicie: pojmuję doskonale, że pilno ci do nowego schroniska, z tego co piszesz widzę, że w porządnej biedzie jesteście i t. d., wszystko to prawda, ale zapominasz przytem, że nietylko twoi trędowaci są w takiej biedzie, ale po całym świecie pełno ubóstwa i nędzy, i wszędzie wsparcia potrzeba, zatem niepodobna żeby tak prędko, jakbyś chciał, mogło się zebrać tyle, ile trzeba na twoje schronisko. Na co, zgadłem, czy nie? Zdaje się mi, że tak. Wiem i pamiętam o tem doskonale, że jak u nas w kraju, tak po całym świecie tyle nędzy, że najmiłosierniejsi ludzie często są w kłopocie skądby co dostać i gdzieby najpierw dać, bo wszędzie bardzo potrzeba jałmużny, ale przytem i tego zapomnieć nie mogę ani na chwilę, gdyż ciągle na to patrzę, że nędzarza choćby nawet i ciężko chorego, od niejednych drzwi bez litości odpędzą to tak, ale przecie znajdzie się miłosierne serce, co go przyjmie i zaopatrzy o ile możliwości w co potrzeba. No, czy nie? Trędowatego zaś wszyscy zewsząd pędzą, a nikt nigdzie nie przyjmie, bo się ich boją, brzydzą się niemi i gardzą powszechnie. Uważają tutaj sobie ludzie za wielki uczynek miłosierdzia, kiedy przechodząc rzucą trędowatemu jałmużnę. Niech się mi te stare budynki, w których mieszczą się moi chorzy, zaczną się walić tak jak kościół, gdzie podziać tych nieszczęśliwych? Teraz pewno zgodzi się Ojciec z tem, że nie mogę, mając to na myśli, uważać moich chorych inaczej, jak tylko najbardziej potrzebujących ratunku i nie mogę nie naprzykrzać się jak Matce Najśw., tak też i ludziom o przyspieszenie niezbędnej pomocy. Prawda?

Pisząc ten list, musiałem przerwać, żeby wyprawić jedną duszę do nieba. Dlatego mówię prawie z zupełną pewnością, że do nieba, bo była to stara poganka, którą trąd zniszczył zupełnie. Poczuwszy się gorzej, zawołała mnie i prosiła o Chrzest św. Natychmiast ją ochrzciłem, nadając imię Marja, o które też sama prosiła, a niedługo potem skonała. Mam zatem w Bogu nadzieję, że ta dusza jest już w niebie. Oprócz tego mam jeszcze i tę pociechę, że umarła ona z trądu, a nie z głodu.
Wie Ojciec, że pomimo ustawicznych roztargnień, z któremi mój urząd połączony, jestem ciągle jakby w rekolekcjach. Niedostatek, cierpienia, śmierci i t. d., na które ustawicznie patrzę, tak wyraźniej jakby namacalnie pokazują mi marność i znikomość wszystkiego, co stworzone; tak jasno przedstawiają, że człowiek jest tylko w podróży, a nie w ojczyźnie na tej ziemi, że wątpię, czy w rekolekcjach można lepiej przejąć się temi prawdami. Cała bieda tylko w tem, że nie umiem korzystać z tego tak, jakbym chciał i powinien. Może Ojciec sobie przypomina na liście, który kiedyś moi chorzy do Ojca pisali, było podpisanych dwóch katechistów: Michał i Rafał. Michał dawno umarł, jak już Ojcu pisałem. Temi dniami Rafał pożegnał się też z tym światem, proszę Ojca o modlitwy za jego duszę. Obecnie trąd więcej bruździ, niż przedtem; straciłem niedawno kilku z moich chorych. Mam w Bogu nadzieję, że się z nimi zobaczę kiedyś w niebie, bo po katolicku poumierali ci nieszczęśliwi. Żeby mi tylko Bóg pozwolił tak umrzeć, jak niejeden z nich. Jedna z chorych ubawiła nas nieco swoją chorobą. Woła mnie i mówi: »Ojcze, ogromnie boli mnie wewnątrz, daj ostatnie namaszczenie, bo może prędko już umrę«. Kontent byłem, że boi się umierać bez zaopatrzenia, ale przytem jakoś mi się wydało, że śmierć nie zagląda jej jeszcze w oczy. Gromadka chorych zebrała się koło jej izby i chcieli zaczynać modlić się za quasi konającą. Trąd jeszcze niebardzo był u niej rozwinięty, starą też nie jest. Rozpytałem dokładnie, gdzie ją boli, i zobaczywszy puls i język, powiedziałem jej, że jeżeli chce, najchętniej dam Ostatnie namaszczenie, ale przedtem dam jej coś wypić. Rozpuściłem we wodzie porządną dawkę soli przeczyszczającej, zaniosłem chorej i powiedziałem: wypij to, a po południu mi powiedz, jak ci jest i wtedy cię zaopatrzę, jeżeli będzie potrzeba. Było to koło 9 godziny rano. Po południu zamiast zaopatrywać na drogę wieczności, śmiałem się razem z innymi, że konająca zamiast umierać, wyzdrowiała zupełnie.
Rozbazgrałem się dziś nienajgorzej i jeszcze niejedno miałbym Ojcu do powiedzenia, ale, bojąc się Ojca znudzić moją gadaniną i stracić pocztę oprócz tego, zostawiam to do następnego listu, jak Bóg da doczekać. Bardzo Ojca proszę o łaskawą pamięć w modlitwach i o siarczyste zbieranie jałmużny, bo widzi Ojciec sam, że jej nagwałt potrzebuję. Czekam cierpliwie na odpowiedź.





LIST XXIX.

Tananariwa, 13 września 1901.


Oddawna nie pisałem do Ojca, bo zawsze jakieś coś zaszło mi w drogę; zbierałem się ciągle jak czajka za morze i nie mogłem się zebrać, choć zajęcia nie brak mi wcale i owszem obecnie mam go więcej, niż zwykle, ale wszystko zostawiłem, żeby do Ojca choć kilka słów napisać. Dnia 25 lipca na św. Jakóba odprawiłem pierwszą Mszę św. w tej prowizorycznej katedrze, o której Ojcu poprzednio pisałem, a której fotografje obecnie posyłam. Dnia 24 lipca, kiedym się krzątał koło przygotowania wszystkiego co potrzeba do Mszy św., podchodzi jeden z chorych i pyta: »Ojcze, gdzie umieścimy teraz szopkę, jak nadejdzie Boże Narodzenie, wszak kościół znacznie mniejszy?« Odpowiedziałem mu na to żartem, że nasz kościół cały wygląda jak Betleemska stajenka, więc mogą cały rok koledować. Nazajutrz podczas Mszy św., pierwsza pieśń jaką zaśpiewali, było Gloria in Excelsis Deo, a potem do końca Mszy same tylko kolendy śpiewali. — Śmiesznie to trochę wygląda kolendować w lipcu, to prawda, jednak mi podczas Mszy św. łzy w oczach zakręciły się przy konsekracji na wspomnienie, że Pan Jezus schodzić raczy do takiej szopy, a potem, co jeszcze gorzej, do mego plugawego serca. Ale trudna rada, kiedy Sam Pan Jezus tak chce, więc inaczej być nie może.
Doznałem niedawno praktycznie, jak to często niewygodnie, kiedy się niewiele umie, a zwłaszcza, zdaje się mi, że języków im więcej się umie, tem łatwiej można sobie poradzić. Dostałem dwa listy, jeden po niemiecku, drugi po hiszpańsku pisany, żadnego z tych języków nie znam, musiałem zatem szukać tłumaczy.
W okolicach Tananariwy bardzo trudno, nawet możnaby narazie powiedzieć, niepodobna znaleźć odpowiedniego miejsca pod schronisko, więc postanowili przełożeni wybudować takowe w południowej części środkowego Madagaskaru jedno wielkie schronisko dla trędowatych znajdujących się w naszej misji. Niedawno powiedział mi X. Superjor, żebym się gotował do drogi, bo mnie wyszle do innego posterunku, żebym tam budował schronisko. Zwykle jednak bywa, że człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi, zacząłem myśleć o drodze, powiedziałem moim chorym, że jak stanie nowe schronisko, to ich uwiadomię i kto zechce, będzie mógł tam się rozkwaterować, tymczasem zamiast udać się dokąd mnie wysyłają starsi, musiałem rad nie rad rozgościć się na jakiś czas w Tananariwie i to w infirmerji do tego. Nogi poobierały i popuchły tak, że chodzić ani rusz, przesiedziałem kilka dni, trzymając wciąż nogę chorą wyciągniętą. Nie trzeba tylko wieszać kowala, kiedy ślusarz zawinił, niech Ojciec nie myśli, żeby ta choroba pochodziła od pcheł afrykańskich, bynajmniej, od jakiegoś czasu byłem już wolny od nich; doktor utrzymuje, że coś jadowitego musiało mnie pokąsać kiedym spał i pytał mnie, czy nie wiem co. Nic na to nie mogłem mu odpowiedzieć, bo są tu wprawdzie jakieś długie robaki w rodzaju gąsienic, mające mnóstwo nóg, wskutek czego nazywają je stonogami, te stonogi jadowite, są małe skorupiaki (długi 1 ctm. z ogonem razem), są niktóre pająki też jadowite, ale ja żadnego z tych potworów nie znalazłem w swojej stancji. Ostatecznie czy kijem, czy pałką, to na jedno wyjdzie, czy to, czy owo było powodem choroby, mniejsza o to, ale ja areszt odsiedzieć musiałem. Bolało to coś trochę, ale mogłoby było daleko więcej boleć, mimo to jednak choćbym był niewiedzieć jakim tancmistrzem, obecnie w tany puścićbym się nie mógł. Najbardziej przykrem było dla mnie to, że Mszy św. odprawiać nie mogłem, komunikowałem tylko. Cóż robić, urodziłem się w grzechu pierworodnym, muszę jego skutków doświadczać, jak i wszyscy inni na tym świecie.
Kuchmistrza, którego przedtem miałem, musiałem oddalić, mam obecnie innego; twierdzi on stanowczo, że dwanaście lat już skończył, może być, że ma więcej, ale, jak już Ojcu kiedyś pisałem, trudno dowiedzieć się na pewno od którego Malgasza, ile ma lat. Razu pewnego przychodzi od do mnie zakłopotany i mówi: »Za ciężko mi Ojcze, kup mi nowe konewki do noszenia wody«. W czem ci ciężko, pytam go, i na co ci konewki, kiedy mamy aż dwie. »Mamy dwie coprawda, odpowiedział, ale za ciężkie są dla mnie, trudno mi wodę w nich nosić«. Powiedziałem mu na to, żeby nabierał tylko po pół konewki naraz, jak pójdzie po wodę, a gdyby i wtedy było jeszcze źle, to będziemy radzić inaczej. Poszedł, przyniósł kilka razy wody, a potem przychodzi i z uśmiechem mówi: »Ojcze, teraz już dobrze, wazaha zawsze potrafi zaradzić prędzej od Malgasza«. Kiedy odprawiałem Mszę św., to służyć musimy razem, bo on wie tylko kiedy odpowiedzieć Amen, kiedy mszał przenieść i zadzwonić, nic więcej, resztę wszystko odpowiadam sam, dlatego powiedziałem, że służymy do Mszy razem. Może Bóg pozwoli, że ten dzieciak wyrobi się na dobrego katolika, bo pobożny jest i pracować lubi.
Teraz krótko napisałem do Ojca, ot tak, żeby dać Mu niby znać, że jeszcze żyję; wysyłam ten list z infirmerji i jakoś mi się nie klei, trudno myśli zebrać. Będzie Ojciec może kpił ze mnie, żem za gorąco kąpany, niech i tak będzie, ale powiem Ojcu otwarcie, że obecnie przechodzę męki Tantala; otwiera się, dzięki Bogu, pole do działania, bo trzeba skupować materiał, zakładać powoli fundamenta pod schronisko i t. d., jednem słowem kipi we mnie wszystko, a tu ani rusz, muszę siedzieć przykuty na jednem miejscu jak więzień, bo nogi jeszcze nie są do użycia, choćby i z laską nawet nie da się chodzić. Pilno mi, to prawda, ale nie smucę się wcale, bo to przecie wola Boża taka. Matka Najśw. sama kieruje całą sprawą mego schroniska, kazała mi czekać jeszcze, zatem tak ma być, któż to może wiedzieć, co Najśw. Pani zamierza zrobić. Jakby tam zresztą mi było, mniejsza o to, dzięki Bogu, że już aby raz rzecz się rozpoczęła, jakoś to wszystko za łaską Boga pójdzie.
Miałem wysłać ten list, a tu nadchodzi poczta, przez którą dostałem »Rocznik Rozkrzewiania Wiary« zeszyt lipiec—sierpień. Nadzwyczaj się ucieszyłem, przeczytawszy wykaz jałmużn. Podziękowałem jak zwykle najpierw Matce Najśw., a teraz jak od siebie, tak też w imieniu moich chorych pokornie dziękuję tej pewnej osobie, co na ręce W. X. Roeslera posłał jałmużnę dla »Tatara«, i S. G. »dla czarnych piskląt« i wszystkim razem i każdemu zosobna łaskawym ofiarodawcom. Nich Im to Matka Najśw. po swojemu stokrotnie wynagrodzi. Prosimy Ją o to w naszych codziennych modlitwach — od nas zaś, nie mogąc inaczej wyrazić wdzięczności, choć z pod afrykańskiego nieba, ale czysto polskie przesyłamy naszym dobrodziejom »Bóg zapłać« — misaotra anareo czytaj: misáutr anaréu, znaczy: dziękujemy Wam.





LIST XXX.

Tananariwa, 13 października 1901.


Ten list wysyłam jeszcze z Tananariwy, skąd i sam się wynoszę. Dzięki Bogu, już skończył się kłopot z nogami (kto wie, czy na długo) i dlatego wybrałem się na nowy posterunek. W okolicach Tananariwy niepodobna było znaleźć miejsca odpowiedniego pod schronisko, więc Przełożeni kazali mi udać się na południe środkowego Madagaskaru i tam zacząć budować schronisko. Nic zgoła o miejscu napisać Ojcu nie mogę, bom go jeszcze nie widział; wychwalają to miejsce bardzo, ale non credam nisi videro i dlatego opiszę Ojcu wszystko szczegółowo, kiedy się sam naocznie o wszystkiem przekonam.

Tutaj zaczyna się obecnie pora deszczowa, budować nie można, więc będę tymczasem ściągał materjał i przygotowywał co potrzeba do budowy, a w porze suchej z błogosławieństwem Matki Najśw. zacznę budować na ile mi jałmużna nadchodząca pozwoli. Jestem przekonany, że jeszcze nie jedna i nie dziesięć trudności mnie czeka, ale na to zważać nie można. Dzięki Bogu, że już aby
Pomniki granitowe, znajdujące się w prowincji Imerina w okolicy miasta Sobotsy.

raz zacznie się budowa. Jak pójdzie to pójdzie, choćby, co nie daj Boże, jak najpowolniej nawet, jednak pójść musi. Ot np. przed wyjazdem niedawno słyszałem już nieraz: »Nie spiesz się Ojcze, bo zabraknie ci pieniędzy i robota stanie jeszcze daleko od potrzebnej sumy« i t. p. Odpowiedziałem, że to już rzecz Matki Najśw. żeby grosza nie zabrakło, a tymczasem ze to, co się już uzbierało, w Imię Boże zacznę.

Miałem zamiar napisać do Ojca dopiero z miejsca, ale mi pilno, żeby Ojciec miał mój adres, dlatego na wyjezdnem posyłam tych kilka słów. W Europie też będą musieli myśleć o schroniskach osobnych dla trędowatych. Sam tego nie czytałem, ale mówiono mi, że we Francji przy poborze rekruta, komisja znalazła około 600 chłopców trędowatych; miało to być ogłoszone w gazecie »l'Univers« — czy to prawda, nie wiem, realta refero. Nie dziwi mnie to jednak wcale, bo tu zepsucie obyczajów okropne wogóle, a zwłaszcza między wojskowymi, nic zatem łatwiejszego, jak przeniesienie tej strasznej plagi przez zarażonych nią, powracających co dwa lata do kraju, wojskowych. Jeżeli to prawda, to sami sobie winni; jak sobie kto pościele tak się wyśpi.
Ja sam nie chcę chwalić, ale niech mnie Ojciec pochwali za akuratność. Przed opuszczeniem Tananariwy kazałem wydrukować i opracować książkę rachunkową, w której zaraz od początku budowania schroniska będę zapisywał przychód i rozchód tak, że w każdej chwili będę mógł wykazać się co do grosza. Wszyscy zaś łaskawi ofiarodawcy będą mogli każdej chwili wiedzieć na co obrócona dana przez ich jałmużna. No co, może nie warto pochwalić za taką akuratność?
Kończę na tych kilku słowach, bo czas nagli okrutnie — z nowego posterunku napisze obszerniej, tymczasem bardzo Ojca drogiego proszę o modlitwy.





LIST XXXI.

Tananariwa, 28 listopada 1901.


Napisałem Ojcu w przeszłym liście, że opuściłem Tananariwę, a właściwie Ambahiwurak; tymczasem człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi — tak jechałem, że zamiast do Fianarantsoa zajechałem napowrót do Ambahiwuraku. Zaraz drogiemu Ojcu to wyjaśnię, tylko proszę przedtem o trochę cierpliwości, bo w dwóch słowach opowiedzieć się to nie da. Otóż taka sprawa: W prowincji Imerina szukano miejsca pod schronisko w pobliżu Tananariwy, ale nigdzie znaleźć go nie mogli; proponowano mi kilka posiadłości do nabycia, ale żadnej nie przyjąłem, bo wszędzie wody mało, albo wcale nie było, a oprócz tego drogo trzebaby zapłacić. Ja ciągle nagliłem do pośpiechu, więc Przełożeni kazali mi zakładać schronisko w prowincji Betsileo w pobliżu jej stolicy Fianarantsoa. Zabrałem się zaraz i przeniosłem do Tananariwy, żeby stamtąd udać się do Fianarantsoa. W Tananariwie musiałem przebyć kilka dni dla przejrzenia i przepakowania rzeczy przysłanych przez Sodalicję św. Piotra Klawera dla moich chorych. Było tego sporo,
Wodospad Mangoro w Anosiariwo.

więc miałem roboty dość. Mianowicie przypomniały się mi dawne czasy, jak z Braćmi zakonnymi pakowałem i wyprawiałem rzeczy konwiktorów jadących na wakacje. Skończywszy to pakowanie, myślałem że już będę mógł wyruszyć do Fianarantsoa, tymczasem rozchorowałem się, jakem to Ojcu poprzednio pisał. Markotno mi było, to prawda, ale trudna rada ultra posse nemo tenerur. Wreszcie wyzdrowiałem za łaską Bożą i namyślam się wynosić z Tananariwy. Tymczasem X. Biskup opiera się temu stanowczo, mówiąc, że dla wielu przyczyn nie może zgodzić się na to, żebym założył schronisko u Betsileów, a najbardziej dlatego, że w Imerynie okropnie szerzy się trąd, to raz, a powtóre, że niepodobna opuścić moich chorych w Ambahiwuraku, kiedy już od tak dawna misja ich utrzymuje. »Szukajmy jeszcze — mówi X. Biskup — może Bóg da, że przecie coś się znajdzie«. I zatelegrafował do Ojca Bardon (gen. przeł. naszej misji), że mnie puścić nie może. Przesiedziałem przeszło miesiąc jeszcze w Tananariwie, robiąc w różne strony wycieczki dla znalezienia miejsca dogodnego, ale wszystko napróżno. W pobliżu Tananariwy, jak chciał X. Biskup, nic znaleźć nie mogłem. Otwarcie Ojcu mówię, że nie mam wcale na sumieniu, żebym się był przez ten czas choć na chwilę nie zgadzał jak najzupełniej i najpokorniej z wolą Bożą, ale mimo to, łatwo sobie Ojciec wyobrazi, co się we mnie działo. Razem wziąwszy wszystko, przeszło dwa miesiące jak nie widziałem moich drogich chorych. Byłem w Tananariwie, a dusza w Ambahiwuraku. Co poniedziałek idą tragarze z ryżem dla moich chorych. Wracają i przynoszą mi list od moich biedaków prawie zawsze takiej mniej więcej treści: »modlimy się ustawicznie za ciebie, nie opuściłeś Tananariwy, a widzieć się z tobą nie możemy, tęskno nam za tobą; codzień zbieramy się w naszym kościele i prosimy Boga, żeby się tobą opiekował; niech cię Matka Najświętsza wspiera, nie zapominaj o swoich pisklętach, wracaj do nas prędzej« i t. p. Cieszyły mnie te listy i odpisywałem na nie, ale zarazem mocno odczuwałem nasze rozłączenie. Naprzykrzałem się ustawicznie Matce Najśw. i na duchu nie upadałem, bo choć moje modlitwy niewiele warte, ale poleciłem tę sprawę modlitwom drogich MM. Karmelitanek i dlatego byłem pewny, że one mi wyproszą i miejsce odpowiednie i wodę dobrą i obfitą. Otóż tak się stało. W uroczystość św. Stanisława Kostki wzywa mnie O. Bardon, który bawił w jednym z posterunków misyjnych Arivonimamo (czytaj: Arivunimamu), odległej o 8 godzin drogi pieszo od Tananariwy, żebym obejrzał, czy się nie przyda miejsce w pobliżu Arivonimamo (to Arivonimamo — małe powiatowe miasteczko w powiecie tegoż nazwiska). Obejrzałem wskazaną miejscowość razem z O. Bardonem i jest, dzięki Bogu, wszystko co mi potrzeba, a co najgłośniejsza, że wyżej od tej miejscowości bierze początek jedna z tutejszych rzek, a z tej rzeki woda idzie kanałem, przeprowadzonym przez sam środek miejsca, na którem mam zamiar budować. Ta ziemia należy do rządu: O. Bardon był u administratora i prosił go o darowanie tej ziemi (500 hektarów) dla chorych. Administrator odpowiedział, że 500 hektarów to bagatela i radził O.  Bardonowi, żeby wziął całą płaszczyznę, a oprócz tego obiecał dać budulec potrzeby i wapno, wszystko naturalnie bezpłatnie. Kiedym tu usłyszał, tak się poczułem uszczęśliwiony, że tylko wyrwało się mi z ust Mateczko Przenajświętsza dziękuję Ci — więcej modlić się nie mogłem; Matka Najśw. czytała w mojej duszy wdzięczność, której wyrazić nie umiałem. I X. Biskup i O. Bardon mówili mi, że tę ziemię mogę już na pewno uważać za własną, bo administrator z Arivonimanmo poda przychylny raport do Tananariwy, a główny administrator w Tananariwie tak samo usposobiony i sam proponował X. Biskupowi, żeby wybrać gdzie miejsce, a on to da bezpłatnie.

I tak widzi Ojciec drogi, że za łaską Matki Najśw. jakoś wreszcie uda się mi mieć schronisko, tylko nie u Betsileosów, jak miało być, ale w tejże samej prowincji Imerina w pobliżu Arivonimamo. Teraz pora deszczowa, więc dopiero w końcu marca, albo w kwietniu zacznie się robota. Do tego zaś czasu kazał mi O. Bardon czekać w Ambahivuraku, żeby moi chorzy nie byli zupełnie opuszczeni. Pp. administratorowie popierają moje dzieło i zdaje się, że trudno było inaczej. Ma Ojciec wiedzieć, że rząd wystawił w różnych miejscach kilka schronisk, gdzie mieszczą się trędowaci po 600, 700, albo ile się da w każdym — protestanci i norwegianie też maja w swoich misjach schroniska dla trędowatych; mimo to, ta plaga tak się szerzy, że np. administrator powiatu Arivonimamo niedawno odesłał 100 trędowatych do rządowego schroniska ze swego powiatu, a obecnie ma ich jeszcze w swoim powiecie 400, z których nie wie co począć, bo w schroniskach pełno — tłoczą się tam chorzy, jak śledzie w beczce. Kiedy opatrywałem miejsce i powiedziałem, że zupełnie odpowiednie, O. Bardon zaśmiał się i powiedział: »Wstawili się za tobą, Ojcze, twoi święci rodacy od Matki Najświętszej i wyprosili ci to miejsce i wodę« (św. Jozafata obchodziliśmy zaraz na drugi dzień po św. Stanisławie Kostce). Może być i tak, odpowiedziałem na pewno nie wiem, ale, że mi to wyprosiły drogi MM. z Karmelu, to jestem jak najzupełniej przekonany.
Co do schroniska, narazie tyle — jak się zacznie robota, zaraz Ojcu zacznę szczegóły nadsyłać. Rozmaitych trudności miałem i mam mnóstwo, jestem pewien, że będę ich miał daleko więcej, to mnie jednak bynajmniej nie zraża, per crucem ad lucem, inaczej trudno na tym świecie. Jedna jest rzecz, której się bardzo obawiam, mianowicie to, żeby broń Boże, jałmużna nie przestał nadchodzić, bo w takim razie stanęłaby moja robota. Nie przestaję prosić Matkę Najśw., żeby zagrzewała serca miłosiernych ludzi do popierania datkiem mojej sprawy i moim chorym ustawicznie toż samo zalecam. Tutaj teraz, jak robotnik, tak wszystko inne okropnie drożeje, mimo to jednak nadziei nie tracę, bo Matka Najśw. potrafi zapobiec temu.

Teraz opowiem Ojcu mały jeden szczegół z naszego domowego życia, który może Ojcu nieco ubawi. W pakach, przysłanych mi przez Sodalicję św. Piotra Klawera, było trochę pierników i cukierków, które, jeśli się nie mylę, przysłała dla chorych najmłodsza dywizja z pensjonatu PP. Urszulanek z Krakowa. Po ukończeniu przepakowywania poszedłem do Ambahiwuraku pożegnać moich chorych i zaniosłem im te słodycze. Moje czarne pisklęta pierwszy raz w życiu zobaczyły te rzeczy. Kiedy pokazałem wielki lukrowany piernik, ubrany cukrowemi kwiatami, krzyknęli natychmiast »adre«, wymawia się adré. Jest to wykrzyknik ustawicznie używany przez Malgaszów i oznaczający radość, smutek, podziw i t. p., znaczy oj, aj, lub coś w tym rodzaju. Potem powiedziałem im, że to się je, bo to słodki chleb (innej nazwy dla ciastek Malgasze nie mają), oraz wręczyłem im te pierniki i cukierki, dodając przytem, że to się je. Jednemu z chorych, który mi pomaga we wszystkiem (Rafał, bardzo poczciwy człowiek, ten co na fotografji »podział ryżu« trzyma kubek w ręku), poleciłem zając się podziałem. Dzięki Bogu, podział szczęśliwie się odbył, z czego byłem bardzo kontent. Nie ubliżając bowiem moim pacjentom, powiem otwarcie, że nieraz w podobnych razach musiałem ich zburczeć, bo niezawsze uda się im zachować zimną krew. Póki spokój, to się nie mięszam, ale jak się tylko zaczną nieco gorączkować i Rafał nie może sobie dać rady, wtedy spieszę zaraz na pomoc, żeby czasem który z nich nie wyraził namacalnie swego niezadowolenia, fotografując swoją rękę na twarzy tego, z którym się posprzeczał, jak się to już raz rok temu zdarzyło. Otwarcie piszę, że raz w rok, bo spodziewam się, że Ojciec nie będzie miał przez to złego wyobrażenia o moich poczciwych pisklętach. W Europie między cywilizowanymi białymi takie wypadki wcale nierzadkie, cóż więc dziwnego, że czarny, napół dziki jeszcze Malgasz da w papę drugiemu kiedy się
Trędowaci uprawiają rolę.

rozgniewa. Po skończonym podziale można było doskonale ubawić się patrząc, jak stare dzieci cieszyły się i delektowały słodyczami, które dla nich przysłano z »tego dalekiego kraju, co leży za tem wielkiem morzem«. Ile tam było podziwiania umiejętności wazaha, którzy potrafią takie dobre rzeczy robić, ile obwąchiwania, lizania, klaskania językiem, opatrywania na wszystkie strony i t. p., to i opisać trudno. O malcach to już i mówić niema co. Szkoda tylko, że to tak daleko i że te dzieci, co przysłały słodycze, nie mogły same patrzeć na delektujących się czarnych gastronomów, bo miałyby niezłą rozrywkę. Małym dzieciom rozdałem cukierki i kapelusze przesłane. Łatwo mogłyby się była wkraść zazdrość, a niektóre pozszywane z różnych jaskrawych kolorów, co najbardziej przypadło do gustu moim czarnym elegantom, jak starym, tak dzieciom, kazałem im zatem wyciągać numera, jak w loterji, co który wyciągnął, to dostał. Było na co patrzeć, jak się to bractwo wystroiło. Czy sukienka była za wielka, czy za mała, czy ją właściciel włożył jak trzeba, czy zupełnie odwrotnie, na to nikt nie zwracał wcale uwagi. Każdy chodził i pysznił się strojem, jak paw ogonem. Już oddawna nie śmiałem się tak jak wtedy, kiedym patrzał na uciechę tych wyelegantowanych dzieciaków. Niektórzy tak komicznie wyglądali, że chyba trudno więcej. podziękowałem najpierw Matce Najśw., potem hrabinie Ledóchowskiej, a teraz w imieniu moich czarnych piskląt pokornie dziękuję wszystkim dobroczyńcom, którzy przez Sodalicję św. Piotra Klawera przysłali nem te dary.[10] W codziennych modlitwach prosimy Matkę Najśw., żeby im to po swojemu wynagrodziła.

Wie Ojciec, że przy tej sposobności przekonałem się, że dzięki Bogu ze mną nie jest tak źle, jak myślałem. Ciągle mi się zdawało, że niedość kocham moich biednych chorych, t. j. że nie kocham ich tak, jak Bóg przykazał kochać bliźniego, a zwłaszcza tak nieszczęśliwego. Kiedy rozdałem wszystko com przyniósł i poszedłem pożegnać się z nimi, nie wiedząc naturalnie, że do niech wrócę, bo miałem rozkaz udania się do Fianarantsoa, tak mi zrobiło się smutno i przykro, że nieprędko mogłem przyjść do siebie. Wiedziałem przecie dobrze, że ich opuszczam dla nichże samych, boć przecie budować trzeba, że wieki razem nie będziemy i t. d. i t. d., a mimo to, tak mi jakoś ciężko było na duszy, tak tęskno za tymi biedakami, że nie wiedziałem co z sobą robić. Zacząłem myśleć o przyszłem schronisku, żeby się rozerwać, ale nic z tego, przeniosłem się myślą do kraju, ale i to nie pomogło, chodziłem jak struty.
W liście do mnie przysłał Ojciec niedawno dopisek do moich chorych, oni na to odpisali; posyłam Ojcu dosłowne tłumaczenie ich odpowiedzi:
Do Ciebie Ojcze Czermiński.1
Nasz drogi Ojcze, my Tobie dziękujemy i dziękujemy jeszcze2 za odebranie Twojego listu.3 Modlimy się ciągle za Ciebie i za wszystkich naszych dobroczyńców, jesteśmy kontenci z Twoich słów.4 Tym listem my Ciebie odwiedzamy i żegnamy,5 tak mówią6 pisklęta X. Beyzyma.7

1. tak zwykle zaczynają się listy Malgaszów,
2. = bardzo dziękujemy,
3. = za twój list,
4. = cieszy nas to coś napisał,
5. = serdecznie pozdrawiamy,
6. = zwykłe zakończenie listu Malgaszów,
7. powiedziałem kiedyś moim chorym, że pisząc do kraju, nazywałem ich »mojemi czarnemi pisklętami«, podobało się to im i teraz sami o sobie tak się wyrażają.

Nabazgrałem co niemiara, ale przestanę już zanudzać drogiego Ojca, reszta na potem; nim jednak skończę, jeszcze poproszę Ojca o jedną rzecz, mianowicie: jeżeli Ojciec ogłosił w »Misjach« mój adres do Fianarantsoa, proszę teraz z łaski swej odwołać, to jest że po dawnemu, kto chce i łaskaw do mnie napisać ma adresować do Tananariwy. Nie przepraszam Ojca za tę subjekcję, bo widzi Ojciec sam z tego com napisał, że nie moja w tem wina — tak się okoliczności złożyły. Chce widocznie Matka Najśw. mieć swoje schronisko w powiecie Imerina, nie we Fianarantsoa prowincji Betsileo. Nie na tem jeszcze koniec; jeżeli Ojciec może bez trudności, to proszę mi przysłać trochę nasienia brzozy i grabiny, potrzeba mi tego do zalesienia naokoło schroniska. Kończąc wreszcie, bardzo a bardzo proszę, żeby Ojciec był łaskaw polecać mnie jak najczęściej Matce Najśw., a przy danej sposobności i miłosierdziu dobrych ludzi, bo się obawiam, żeby się nie przerwało zaczęte dzieło, gdyby grosza zabrakło.[11]
Winszuję Wam wszystkim Świąt i Nowego Roku, szczęść Boże wszystkim we wszystkim.
Mój adres:
Via Suez Tananarive Madagascar.





LIST XXXII.

Tananariwa, 13 stycznia 1902.


…Boże Narodzenie obchodziliśmy w tym roku trochę inaczej, niż lat poprzednich. Czy wesoło, czy smutno, tego powiedzieć nie mogę, bo przez cały dzień (tutaj świętują tylko jeden dzień) wesele przeplatało się ze smutkiem, wskutek czego moje czarne pisklęta były w jakimś dziwnym usposobieniu. Szopkę ubraliśmy czem i jak się dało, ale jak to wszystko wyglądało, trochę mi trudno opisać. Jak wygląda obecny mój kościół z trzciny, wie Ojciec z fotografji, musiałem go teraz jeszcze bardziej zmniejszyć, bo na ołtarz lał deszcz; zrobiłem ołtarz na balaskach, więc presbiterjum odpadło, ciśniemy się jak można, ale Msza św., dzięki Bogu, jest. W nocy z 24 na 25 nie padał deszcz, więc pierwszą Mszę św. odprawiłem o północy a inne dwie rano.
Przed świętami otrzymałem od dzieci p. Korytkowej, którą może Ojciec zna, bo mieszka w Krakowie, trochę grosza na ryż dla moich chorych. Chciałem we święta osłodzić nieco żywot doczesny biedakom, więc za te pieniądze nie kupiłem ryżu, ale soli, żeby ten ryż, który mają, mógł być we święta smaczniejszy — i trzciny cukrowej, którą krajowcy lubią wysysać. Z Sodalicji św. Piotra Klawera powtórnie nadesłano moim chorym między innemi rzeczami nieco słodyczy. Bardzo mnie to ucieszyło, bo sól, trzcina cukrowa i te słodycze ot już i jest wcale niezły baliczek na mały stoliczek. We Wigilję oddałem te dary moim chorym i powiedziałem, że sól i trzcinę cukrową kupiły nam na święta panienki z tego kraju, co za morzem, a słodycze posyła wam nasza Ray aman-dreny (czyta się: raj amandrćni, znaczy ojciec i matka) hr. Ledóchowska (tak hrabinę moi chorzy tytułują). Uciecha niemała, zaraz powiedzieli mi: »Napisz Ojciec za morze, że my dziękujemy hrabinie Ledóchowskiej i tym panienkom dobrego serca«.
Już mieli się zabierać do podziału tych specjałów, kiedy podchodzi do mnie jeden chłopak i mówi: »Chodź Ojciec, daj Ostatnie Namaszczenie mojej babce, bo bardzo już chora«. Kazałem zaczekaić z podziałem i poszedłem zaopatrzyć staruszkę, która w kilka godzin potem umarła. Nazajutrz w samo święto mieliśmy pogrzeb. Jak zwykle na całym świecie, tak i u mnie się dzieje, jedni umierają, drudzy na świat przychodzą. W pierwsze święto pochowałem staruszkę, a na drugi dzień świąt ochrzciłem nowonarodzonego dzieciaka.
Zdaje się mi, żem jeszcze Ojcu nie pisał o tem, że tu mnóstwo pojawiło się parasoli. Nie wiem kto i skąd sprowadza, tylko kilka razy już widziałem wielu Malgaszów sprzedających parasole w znacznej ilości. Tanio te rupiecie się sprzedaje, bo po największej części są to już zużyte parasola, tylko trochę niby odnowione, Malgasze zawzięcie je kupują, a wielu z nich paradnie wygląda pod parasolem. Kiedy jaki Malgasz ubrany już cokolwiek z europejska, ma parasol, to jeszcze pól biedy, ale kiedy jakiego się spotka, nie mającego nic zgoła na sobie oprócz przepaski na biodrach i trzymającego rozwinięty parasol w ręku, to trochę trudno nie roześmiać się, bo tak wygląda, że chyba go tylko fotografować.
Nie uwierzy Ojciec, jak ja wyczekuję końca pory deszczowej, żeby już zacząć budować. Plan już mam zrobiony i nic mnie nie kosztował, bo niedawno przybył do naszej misji jeden Ojciec z Włoch, który przed wstąpieniem do zakonu ukończył szkolę politechniczną, jego prosiłem i zrobił mi bardzo prędko i dobrze plan nowego schroniska. Wszystkie roboty rzeźbiarskie i ogrodnicze, to już moja rzecz, w tem nikt mi tu pomóc nie może. Obmyślam obecnie plan ogrodu i zbieram potrzebne rośliny. Niech drogi Ojciec stara się mi koniecznie dostać trochę nasienia brzozy i grabu, bo koniecznie potrzebuję. — Teraz ogólnikowo Ojcu o wszystkiem napisałem, a jak Matka Najświętsza pozwoli już coś zrobić, to Ojcu przyszlę plan i odpowiednie fotografje. Proszę się tylko modlić, żebym prędzej mógł wziąć się do roboty.
Pobłogosławił mi Pan Bóg w tym nowym roku; w połowie b. m. sześciu przystąpiło do I-ej Komunii św., a oprócz tego miałem jeszcze między chorymi sześciu protestantów i dziewiętnastu pogan. Poduczyli się wszyscy katechizmu i wszystkich ochrzciłem. Narazie wszyscy moi chorzy są katolikami, czy zaś tak długo potrwa, to Pan Bóg wiedzieć raczy, w przyjmowaniu bowiem do schroniska, tylko na dwie rzeczy zważać trzeba, to jest czy jest miejsce wolne i czy proszący o przyjęcie jest trędowatym, wszystko zaś inne w rachubę nie wchodzi. Jeżeli doktorzy nie wynajdą jakiego środka na pchły afrykańskie, to nie wiedzieć co z tego będzie, ta plaga coraz większe przybiera rozmiary. Gdzie się nie obrócić, wszędzie widzi się Malgaszów wyjmujących te małe bestje z ciała; wielu jest tak pokaleczonych i poranionych, że niewiele się różnią od trędowatych. U mnie między chorymi jest kilka dzieciaków, u których każda noga stanowi jedną ranę i to tylko od tych pcheł, bo trąd mają dopiero w początkach; operacje odbywają się stosunkowo bez wielkich lamentów, bo staram się dać co dzieciakowi do ręki, np. ananasa, chleba kawałek, kawałek trzciny cukrowej lub coś podobnego, z warunkiem, że nie będzie wrzeszczał i dopiero potem opatrujemy poranione miejsca. Do niedawna wszędzie tu utrzymywano, że te pchły wpakowują się tylko pod paznogcie od nóg, ale teraz już tak nie mówią, bo przykłady pokazują co innego. Mam jednego biedaka, któremu te pchły zajęły obydwa łokcie, jeżeli nie uda się dobrze wyczyścić, to kto wie, czy chłopcu ręce nie poodpadają. W rękach miałem i ja kilka razy takich lokatorów, ale udało się mi ich w porę wyrugować. Niedawno poczułem, że coś się mi formuje pod pachą, dotknąłem ręką i poczułem coś niby wrzodzik dość już znaczny. Przyszło mi na myl, że to może dżuma, tak jak przedtem w Tamatawie było. Wołam mego kuchmistrza i mówię mu, żeby zobaczył co to takiego; on popatrzył i mówi: »Parasy afrika« (czytaj pársi afrik, parasy = pchła), potem wziął szpilkę i uwolnił mnie od tego kłopotu. Do misji w Tananariwie raz po raz przychodzą Ojcowie z posterunków i muszą się kurować, bo chodzić nie można mając nogi poranione; często trzeba przesiedzieć kilka tygodni nim wreszcie da się obuwie na nogi włożyć. Samo cierpienie, to jeszcze fraszka, ale co to czasu traci się przez pchły, to aż wspomnieć straszno. Dobrzeby było, żeby ci wszyscy, co mają powołanie, czyto do misyj w ogóle, czy do trędowatych, nie zapominali, że te afrykańskie pasożyty wszystkich bez wyjątku napadają, więc i im przyjdzie z tem utrapieniem mieć do czynienia. Lepiej bowiem przed wybraniem się w drogę rozważyć wszystkie pro i contra, niż potem cofać brykę. Zdaje się mi, że gdyby te napastniki były cokolwiek większa, to byłyby groźniejsze, niż indyjskie kobra, bo takie to małe, a tyle ma jadu w sobie, ledwo utnie, już się ciało jątrzy.
Przestanę już drogiego Ojca zanudzać moim piśmidłem, bo oczy nie na żart się kleją, trochę trzeba podnocować. Bardzo a bardzo proszę Ojca o pamięć w modlitwach.





LIST XXXIII.

Tananariwa, 13 marca 1902.


Przedtem pisywałem do Ojca regularnie co miesiąc, więc teraz po długiej przerwie pewno mnie Ojciec posądzi, że albo zapomniałem pisać, albo tak się rozleniwiłem, że na list trudno mi się zdobyć. Dzięki Bogu, ani jedno ani drugie, tylko cała rzecz w tem, że tyle nazbierało się mi zajęcia w ostatnich czasach naraz, że nawet do ojca nie mogłem napisać. Będzie mnie Ojciec miał za zupełnie usprawiedliwionego, jeżeli to jeszcze dodam, że przed paru miesiącami dostałem list od drogich Matek Karmelitanek, a nie odpisałem nań jeszcze, bo brak czasu nie pozwolił. Trudna rada, »tak krawiec kraje jak materja staje« — korciło mnie porządnie, żeby napisać, ale nawet i w nocy nie udało się, bo nadrabiałem nocami to, co się w dzień nie dało zrobić.
Rzeczy u nas mają się tak: w maju najprawdopodobniej, t. j. jeżeli znowu jakie utrapienie w drogę nie wlezie, zaczniemy budować. Opuścić moich chorych nie mogę w żaden sposób, bo zastąpić mnie niema kto, więc byliby zostawieni sami sobie zupełnie, co dla wielu przyczyn jest niemożliwem, a między innemi i dlatego, że rząd postawił X. Biskupowi za warunek, że jeżeli chce mieć schronisko w misji, musi tam mieć stale jednego księdza. Sam nie mógłbym i bez tego kierować robotnikami, bo się na tem nie znam wcale, więc ułożyliśmy tak tę sprawę z O. Bardon'em (generalny przełożony misji), że on będzie dyrygował robotą, a ja będę tam co miesiąc dochodził (ta miejscowość odległa o dzień drogi od Ambahivuraka), żeby kontrolować, czy nie odstąpiono w czem od planu i przeglądać rachunki, a tym sposobem zdawać Ojcu sprawę z tego, co się robi. Ojciec będzie te zapewne ogłaszał w »Misjach katolickich«, wszyscy zatem nasi dobroczyńcy będą zawsze wiedzieli dokładnie, co zrobiłem z pieniędzmi, które dają. Nic jeszcze nigdy w życiu nikomu nie zwędziłem i nie boję się, żeby mnie o to miano posądzać, mimo to jednak wolę, żeby ludzie wiedzieli, gdzie ich grosz się obraca. Gdyby się zaś co komu wydało kiedyś niekoniecznie w porządku, rada na to bardzo łatwa, mianowicie: przyjechać i samemu zobaczyć na miejscu, jak jest. Okręty zawsze kursują i zwiedzać schronisko też każdy może, więc trudności niema. Matce Najśw. podziękowałem i wciąż dziękuję za to, że pozwala już zacząć budowę schroniska. A teraz, jak w imieniu moich chorych, tak też od siebie pokornie dziękuję wszystkim dobroczyńcom, którzy się łaskawie przyczynili do tego jałmużną. Niech Im Matka Najśw. stokrotnie po swojemu wynagrodzi jak w tem, tak w przyszłem życiu.
Posyłam Ojcu tymczasem plan schroniska, a potem, w miarę jak się co już zrobi, będę Ojcu nasyłał fotografje. Poszę się nie dziwić, że buduję zupełnie inaczej, niż w Indiach albo gdzie indziej budują, bo muszę się stosować tak do potrzeb moich chorych, jak też do klimatu i t. p. warunków miejscowych. Ale z budową mam kłopot; nie mogę wystawić wszystko, jakbym chciał — muszę narazie poprzestać na wybudowaniu jednej części tylko, bo na kościół i resztę całości nie wystarczają zebrane dotychczas pieniądze. Narazie wybuduję tylko tyle, żeby móc pomieścić tę garstkę chorych, których mam w Ambahivuraku obecnie, to jest mniej więcej 100 chorych. Potem, jak Matka Najśw. nadeszle znowu jałmużnę, będę stawiał kościół i resztę budynków. Wiem, że potem będzie trudność niemała z robotnikiem, bo nikt nie chce pracować tam, gdzie są trędowaci, ale trudna rada, trzeba tak zrobić tymczasem, bo budynki w Ambahivuraku coraz bardziej grożą upadkiem. Bardzo byłbym szczęśliwy, gdyby jałmużna teraz zaczęła obficie napływać, gdyż mógłbym mieć, jeżeli niewszystko, to przyjemniej część, ale z kościołem. To już rzecz Matki Najśw., jak Ona rozporządzi, tak będzie; swoją drogą jednak modlić się i prosić Ją o pomoc nie przestanę. Plan miejscowości przyszlę Ojcu później, bo z rządem sprawa jeszcze nieskończona.
Uśmiałby się Ojciec nieźle, gdyby słyszał teraz zapytania, któremi mnie moje czarne pisklęta zasypują. Jeszcze nie zaczęto kopać fundamentów, a tu jedni pytają, czy jeszcze uda się zebrać maniok i pataty, które zasadzili; inni pytają, czy warto jeszcze co sadzić, czy już się nie opłaci; inni znowu chcą wiedzieć, za ile miesięcy zabiorę ich do nowego mieszkania z oknami zaszklonemi i t. p. Opowiadałem im razu pewnego, jak myślę urządzić, żeby im było wygodniej w nowem schronisku, a tu podchodzi jeden i pyta: »Jak mają się tam dostać ci z nas, co nóg nie mają; pomyśl Ojcze o tem, boć przecie zostać tu nie chcemy«. Odpowiedziałem mu, że to rzecz Matki Najświętszej, Ona temu wszystkiemu zaradzi. To im trafiło do przekonania widocznie, bo kilku powiedziało: »Słuszność przy tobie, Ojcze, jakoś to będzie, poco się teraz kłopotać«.
Teraz z planu cokolwiek, a potem z fotografji przekona się Ojciec lepiej, że o niczem wykwintnem nie myślałem wcale. Na żadne zbytki w czemkolwiek nie odważyłbym się, bo to wszystko robię nie za swój grosz, ale z jałmużny, którą poczciwi ludzie dają, ujmując sobie nieraz z niezbędnego nawet. Niech się Ojciec nie dziwi sam i, jakby kto zapytał potem, t. j. kiedy nadeszlę Ojcu rachunek, dlaczego takie wielkie wydatki, proszę wytłumaczyć, że tutaj okropnie wszystko drogie, a oprócz tego mnóstwo rzeczy trzeba sprowadzać z Europy, gdyż tutaj ich niema, a koniecznie są potrzebne, jak np. szkło, blacha, wszystkie narzędzia majsterskie, naczynia kuchenne i t. p.; dróg niema, wozów też tu nie mają, więc wszystko przenoszą tragarze, co okropnie podnosi cenę wszystkiego. Oszczędzam we wszystkiem, jak tylko mogę, ale nic nie pomoże, trzeba wszystko opłacać słono, bo inaczej niepodobna. Niemały strach mnie ogarnia, kiedy myślę o wszystkiem co potrzeba, i otwarcie przyznam się Ojcu, że gdybym całej ufności nie pokładał w Najśw. Pannie, już dawno dałbym za wygrane. Nieraz zdarzyło się, że i mnie samemu przyszło na myśl i inni mi tłumaczyli, że niejedno z tych rzeczy, które zamyślam, jest niemożliwem poprostu, ale zaraz przychodziła mi myśl, i to tak wyraźnie, jakby mi kto mówił do ucha: »staryś, a głupi, dlaczego niemożliwe, czy Matka Najśw. nie może wszystko, co tylko zechce?« Ta myśl wciąż mi dodaje odwagi, w niczem nie ustępuję i nie cofam się przed trudnościami, byleby tylko jak najlepiej zabezpieczyć moje czarne pisklęta jak pod względem materjalnym, tak taż pod duchownym, i jakoś to idzie. Prawda, że nieraz twardy mam orzech do zgryzienia, bo twardo idzie wszystko, jak z kamienia to tak, ale, dzięki Matce Najświętszej, idzie.
Zapytywało mnie kilka osób z kraju, czy nie jestem jeszcze trędowaty. Otóż jeszcze nie; jak się zarażę, wtedy zaraz Ojca uwiadomię pierwszego. Powróciwszy z misji bośniackiej, niech mnie Ojciec zaraz uwiadomi o tem, a zarazem proszę znaleźć chwilkę czasu i parę szczególów w tej Ojca pracy napisać. Wie Ojciec, że najzupełniejszą jest prawdą, co mówi przysłowie: »nie to piękne, co piękne, ale co się komu podoba« — de gustibus non disputandum — widziałem to sam teraz niedawno na własne oczy. Zajadał jakiś Malgasz ananasa; pytam go, czy dobry, odpowiada, że bardzo, ale przytem zawzięcie coś szukał w kieszeni; po chwili wyciąga główkę czosnku, obiera i zaczyna jeść razem z ananasem; trudno mi było własnym oczom wierzyć, bo, niech mówi kto co chce, a taki trudno, żeby ananas godził się z czosnkiem. Czy teraz lepszy ten ananas? zapytałem czarnego smakosza; odpowiedział, że niezupełnie dobry, myślał, że będzie smaczniejszy. Być może, że to tylko była próba, a zwykle może on tak ananasów nie jadał, mimo to jednak, gdybym to od kogo słyszał, a nie był widział sam, nie łatwobym uwierzył, myślałbym, że to facecyjka jak wiele innych, ale trudno własnym oczom nie uwierzyć. Ananas z czosnkiem — no i gadaj z takim.
Posyłam Ojcu list, który napisali do Ojca moi chorzy. Powiedziałem im jak się rzeczy mają z naszym schroniskiem, a oni tą wiadomością trochę zmartwieni i zaniepokojeni, i dlatego do Ojca udają się z prośbą o pomoc. Muszę już skończyć, bo czasu mam obecnie bardzo skąpo, a poczty stracić nie chcę.
Polecam drogiego Ojca opiece Matki Najświętszej, a moją niegodność Jego modlitwom.

List trędowatych do X. Czermińskiego.

Ojcze nasz drogi bardzo, my nie obawiamy się naprzykrzać Tobie, bo jesteś naszym ojcem i matką,1 prosimy Ciebie, żebyś miał staranie2 o nas. X. Beyzym, nasz Ojciec, pokazał nam plan nowego dla nas szpitala, ale nie moa dość pieniędzy, wybuduje tylko połowę i bez kościoła, bo więcej niema za co zrobić. My dlatego Ciebie prosimy, jeżeli twoja wola,3 żebyś nie był zmęczony, nasz Ojcze drogi, w proszeniu4 dla nas jałmużny u chrześcijan dobrego serca5 w Twoim kraju. My codzień modlimy się za Ciebie i za wszystkich dobroczyńców naszych. My Ciebie odwiedzamy i żegnamy6 tym listem, Ojcze drogi nasz. Jezusa Chrystusa i św. Maryję my prosimy oddać7 Tobie wszystko dobre, które Ty robisz. Tak mówią8 wszyscy chorzy, dzieci X. Beyzyma.

1. Ten, do którego możemy się udawać jak do ojca lub matki,
2. = żebyś nam pomógł,
3. = jeżeliś łaskaw — z łaski swojej,
4. = nie przestawał prosić,
5. = miłosiernych,
6. = pozdrawiamy,
7. = wynagrodzić,
8. Zwykłe zakończenie listu Malgaszów.





LIST XXXIV.

Tananariwa, 13 maja 1902.


List Ojca pisany w marcu, odebrałem w kwietniu i bardzo zań Ojcu dziękuję; chciałem zaraz odpowiedzieć, ale ani rusz — brak czasu nie pozwolił mi na to. Byłem zajęty rekolekcjami moich czarnych piskląt. Do głębokiej ascezy nie mamy jeszcze wcale pretensji, to prawda, ale, myślę sobie, trzeba bądź co bądź tych biedaków odrywać powoli od ziemi i zbliżać ich do Boga, o ile się da. Jak zwykle wszystko, tak i tę rzecz oddałem w opiekę Matce Najśw. i prosiłem Ją ustawicznie, żeby raczyła sama kierować mojemi słowami i sercami tych nieszczęśliwych, bo rzecz jasna, że inaczej nicby z tego wszystkiego nie było. Zabrało mi to czasu niemało, bo w języku jeszcze nie jestem mocny; stara moja mózgownica niełatwo może się uczyć, a oprócz tego, nie ma Ojciec wyobrażenia, jak trzeba się zniżyć do pojęć tych biedaków i jak często i jak prostych używać trzeba przykładów i porównań, żeby zrozumieli o co chodzi. Rzeczy najprostsze, które rozumieją dobrze nasi konwiktorzy z najniższych klas, dla moich piskląt są jeszcze jakby jakie zawiłe kwestje filozoficzne. Jeżeli tych rzeczy nie uprościć i nie wyjaśnić na każdym kroku porównaniem, albo przykładem wziętym z ich codziennego życia, to nic a nic zgoła nie rozumieją. Pobłogosławiła Matka Najśw. i jakoś to poszło. Odprawiliśmy trzydniówkę w całem tego słowa znaczeniu, t. j. niech Ojciec nie myśli, że to była zwykła tylko katechizacja; nie, trzymaliśmy się ściśle przepisów św. O. Ignacego i co dnia mieliśmy trzy rozmyślania i rachunek sumienia. W wigilję Wniebowstąpienia spowiedź, a w samo święto Komunja św. Kiedy zapowiedziałem trzydniówkę, wielu z zadziwieniem pytało: »co to takiego rekolekcja?« Odpowiedziałem, że jak zaczniemy, to wszystko wytłumaczę, a teraz tyle tylko mówię, że za parę dni zaczniemy. Ktoś z chorych, nie wiem na podstawie czego rozgłosił między innemi, że rekolekcje to znaczy, że nie można nic jeść ani pić, trzeba być koniecznie smutnym i t. p. bredni. Skąd on to wytrzasnął, nietylko ja, ale i on sam pewno nie wie, z tego jednak powstał niepotrzebny rumor między chorymi. Tego samego dnia jeszcze nie wiedziałem o niczem. Nazajutrz po Mszy św. mówi mi jeden: »idź–no Ojcze między chorych, bo tam niepokój i wielu się boi«. Poszedłem natychmiast i pytam, co tu między wami wykwitło nowego? Odpowiadają mi, że wielu się boi, bo nie wiedzą, co to będzie z tą rekolekcją. Powiedziałem im, że to wszystko nieprawda, co wy tu słyszycie i jedni drugim powtarzacie, możecie jeść ile się wam podoba, smutnym nietylko nie trzeba być, ale przeciwnie, trzeba być wesołym; możecie rozmawiać, śmiać się, a nawet jeżeli kto chce i może, niech tańczy. Uspokoiło się moje ptactwo zupełnie, ale muszę ich przed Ojcem pochwalić, że podczas samych rekolekcyj rozmyślania słuchali tak, że trudno uważniej, a w ciągu dnia, chociaż ani słówka im nie powiedziałem, tak było cicho i poważnie, że łatwo można było posądzić, że to nie pół na pół dzicy jeszcze Malgasze odprawiają rekolekcje, ale cywilizowanie biali, rozumiejący, co to są rekolekcje i gorliwie je odprawiający. Całem sercem dziękowałem i dziękuję ustawicznie Matce Najśw. za tę łaskę i mam wielką nadzieję, że za Jej pomocą wielu z moich chorych będzie żyć i umrze prawdziwie po katolicku.

Jeszcze Ojcze, zadaje się mi, nie napisałem nigdy o pokrewieństwie, jakie niedawno zaszło między mną a jedną z moich chorych. Może to Ojca trochę ubawi. Otóż tak się rzeczy mają: jest tu mała dziewczynka, mająca już może czwarty rok, a może dopiero go zacznie. Bardzo to wesołe i rozwinięte dziecko; kręci się wszędzie i nieraz można się z niej naśmiać porządnie. Tak np. kiedyś rozmawiałem z kilkoma chorymi, między którymi stała kilkoletnia dziewczynka, trzymając malutkie dziecko na plecach, tak w lamba, jak tu zwykle kobiety noszą niemowlęta. Podchodzi ta maleńka czteroletnia dziewczynka, zaczyna głaskać niemowlę po główce i pyta mnie: »znasz, Ojcze, to dziecko, czy nie? To mała Teta« (tak się nazywa niemowlę). Wszyscy się roześmiali, bo to zapytanie było powiedziane z taką powagą i tak niby protekcjonalnie, jakby to nie wychodziło z ust takiego małego dziecka, ale zupełnie jakby stary to
Służba krajowa na zamku Dawisio.
powiedział. Ale wracam do pokrewieństwa. Rozmawiałem kiedyś z kilkoma chorymi; w ciągu tej rozmowy mówią mi oni: »Ojcze, u nas Malgaszów jest zwyczaj, że kiedy młodszy mówi do starego, to tytułuje go »ojcze« albo »matko«, a kiedy starszy mówi do młodszego, to nazywa go synem«. Odpowiedziałem, że wiem o tym zwyczaju, bo i za morzem jest on także, a przytem dodałem: macie dowód, że i ja dobrze zachowuję ten zwyczaj, bo ot np. kiedy mówię do niej (pokazałem na tę trzyletnią dziewczynkę), to nazywam ją babką. Jedna z chorych mówi, żebym nie nazywał tej dziewczynki babką ale babunią, to będzie jakoś lepiej. Roześmiali się chorzy i od tego czasu nazywają to dziecko moją babunią. Byłem raz między chorymi, podchodzi do mnie moja babunia, czepia się jedną ręką za mój pas, a drugą ręką zaczyna szukać coś w kieszonce od zegarka; patrzymy wszyscy, co to z tego wyjdzie, a babunia z nieukontentowaniem mówi: »Ojcze, niceś dla mnie nie przyniósł«. Niedługo trwało smutek, bo zaraz przyniosłem jej kawałek chleba i dobry humor znowu powrócił. Zdarzy się wprawdzie nieraz, że babunia przeżegna się lewą ręką, ale cieszy mnie, że ona już modli się i śpiewa w kościele razem ze wszystkimi, a jak Bóg pozwoli, to może wkrótce zaczniemy się uczyć katechizmu.

Tyle narazie z naszego codziennego życia mogę Ojcu donieść; nic u nas nowego nie zaszło. Ten list już pewno zastanie Ojca w domu po misji bośniackiej, dlatego proszę, żeby Ojciec, znalazłszy kiedy chwilkę czasu, napisał mi kilka słów o sobie, t. j. jak się misja powiodła, czy wrócił Ojciec zdrowo i cało do domu i t. d. Jeśli Ojciec może i łaskaw, to proszę nie zapominać o nasieniu brzozy i grabu dla mnie.
W tych dniach idę do Tananariwy, żeby się dowiedzieć, na czem stanęło wreszcie z gruntem pod schronisko; może Bóg pozwoli, że będę mógł w przyszłym liście co pomyślnego donieść w tym względzie. Tymczasem bardzo a bardzo proszę drogiego Ojca o pamięć w modlitwach.





LIST XXXV.

Tananariwa, 13 czerwca 1902.


List Ojca, pisany z misji w Bośni, otrzymałem i bardzo Ojcu dziękuję; teraz z niecierpliwością wyczekuję listu od Ojca po Jego powrocie z tej misji. Radbym coś Ojcu donieść o budowie nowego schroniska, ale niestety, jeszcze nic a nic zgoła powiedzieć nie mogę, bo nie mogę zacząć budować. Zapewniono mnie, że rząd nie odmówi gruntu i to tak zapewniano, że rachowałem tylko dnie, żeby móc zacząć budować, a tu tymczasem nic z tego jeszcze. Muszę czekać, bo formalności, czy jak to nazywają te korowody, nie pozałatwiane jeszcze. Administrator obiecał mi budulec i wapno bezpłatnie, jak to już Ojcu przedtem pisałem, ale ja się obawiam, żeby się na teraz nie sprawdziło przysłowie: »pańska łaska na pstrym koniu jeździ«. Póki jeszcze nie mam żadnej odpowiedzi stanowczej, musi się człowiek pocieszać tem, że »obiecał pan kożuch, grzeje jego słowo«. Niema co »żdy more pohody«. Jak tylko co się dowiem, czy źle, czy dobrze skończyła się sprawa, zaraz Ojcu doniosę.
Aniby się Ojciec nigdy nie domyślał, co ja tu niedawno jadłem — galicyjską hreczaną kaszę. Przysłano mi z Galicji rozmaite rzeczy, a między innemi woreczek hreczanych krup i grzyby suszone. Rzecz jasna, że za okno tego nie wyrzuciłem. Kazałem memu kuchmistrzowi zgotować kaszę ku wielkiemu jego zdziwieniu, bo nigdy w życiu hreczki nietylko nie jadł, ale i nie widział nawet; pokazałem te krupy moim chorym, ale też nie znał tego żaden z nich; rozgryzali niektórzy te krupy, smakowali, pytali, czy to się da gotować i jeść i t. d. Nazwy dla hreczki, podobnie jak wogóle dla zboża, Malgasze nie mają, wszystkie zboża bez różnicy nazywają varim–bazaha, czytaj warimbazá, co znaczy róż Europejczyków. Śmiesznie mi się wydało, kiedy spożywałem te dary, bo jak sobie Ojciec chce, to jednak wcale nienajgorzej się złożyło — pod afrykańskiem niebem Tatar nad miską hreczanej galicyjskiej kaszy; no co; prawda, że to dość malowniczo wyglądało? Prawdziwie, jak mówią nasi wołyńscy chłopi: »de Krym, de Rym, a de Dubowi korczmy«.
Jeżeli łaska, niech mnie Ojciec poratuje w małej biedzie, mianowicie: odebrałem 21 maja 1902 r. 30 rs. od jakiegoś łaskawego pana, któremu niech Matka Najświętsza stokrotnie odpłaci; chciałem zaraz odpisać i podziękować mu za jałmużnę, ale w żaden sposób nie mogłem nazwiska tego pana wyczytać, anie w jego liście po polsku, anie na kopercie po rosyjsku; przysłał jałmużnę ten pan ze Zdołbunowa, wołyńskiej gub., ale nazwisko wyczytać ani rusz. Niech Ojciec z łaski swej wydrukuje w »Misjach katolickich«, że ja za przesłane mi 30 rubli ze Zdolbunowa, pokornie dziękuję ofiarodawcy i codzień z moimi chorymi modlę się za niego. Może tym sposobem dojdzie to do wiadomości tego pana i będzie pewnym, że jego pieniądze nie zginęły, a przytem dowie się, żeśmy mu wdzięczni za miłosierdzie.
Może Ojciec mieć wyobrażenie, jakie u nas jeszcze są trudności w komunikacji i jak musimy długo nieraz na listy czekać, nie zważając na odległość, która nas dzieli od Europy, ale z tego, jak w Afryce poczta kursuje. List z Afryki do Madagaskaru tyle czasu jest w drodze, ile z Europy do Madagaskaru. Naturalnie, że okręt przychodzi prędzej z Afryki, niż z Europy, ale lądem tak długo wloką się listy.
Pisałem Ojcu już dość dawno temu, żem ochrzcił dwudziestu kilku jednego dnia; teraz proszę, żeby Ojciec pamiętał we Mszy św. szczególnie o tych starych ludziach, a młodych katolikach; chciałbym ich przygotować do pierwszej Komunji św., uczą się wciąż katechizmu, ale idzie porządnie trudno; chętnie słuchają i widać, że chcieliby się nauczyć, ale niełatwo im pojąć cokolwiek. Staram się tłumaczyć i objaśniać na przykładach i porównaniach jak mogę, ale niezawsze to się uda i nie odrazu. Czasu i cierpliwości trzeba, ale trudna rada, nie można tym czarnym teologom pozwolić przystąpić do Komunji św., póki nie zdadzą doktoratu należycie. Wymagać wiele nie można od nich, to tak, ale i mało przyjąć nie można, to też tak. Mam nadzieję, że się nam to uda, bo wolę mają dobrą, a resztę uzupełni Matka Najśw.
Kiedy czasem wspomnę o tem wszystkiem, co się wogóle w mieście dzieje, to zdaje mi się, że nie inna przyczyna tych wszystkich nieszczęść, jak tylko, że większość ludzi nic nie pojmuje tego, że gdyby czcili należycie Matkę Najśw. i Jej służyli, toby nie było tak źle, jak jest obecnie; krótko mówiąc, mieliby ludzie tu na ziemi szczęście, za którem gonią, a znaleźć go nie mogą. Jestem tego przekonania, bo, otwarcie Ojcu powiem, sądzę z tego, co widzę i doświadczam. Jest się, jak zwykle bywa na tym świcie, na wozie, ale częściej pod wozem. Nieraz już było porządnie krucho, nie wiedziałem jak radzić, idzie wszystko twardo, jak z kamienia, a mimo to, Najśw. Matka do ostateczności nie dopuściła, zawsze we wszystkiem doznajemy i jakby naocznie widzimy Jej opiekę. I ja sam zawsze we wszystkiem do Niej się udaję, czy to we większych rzeczach, czy z najmniejszym drobiazgiem nawet i moim pisklętom to ustawicznie polecam. Pytają czasem niektórzy, a jak teraz będzie, Ojcze, tego brak, a to nie idzie i t. d., na to zwykle im odpowiadam: tobie co do tego, to ani moja, ani twoja rzecz, udaj się z tem do Matki Najświętszej, do Niej wszystko należy, z Nią możemy wszystko, a bez Niej nic. Z początku trochę to jakoś twardo brzmiało moim pisklętom, może niekoniecznie to dobrze pojmowali, ale już się potrochu w to wdrażają i praktykują. Ot kiedyś niedawno pyta mnie jeden z chorych: »Zaczniesz Ojcze budować dla nas szpital, a jak skończysz, jak my się tam dostaniemy, kiedy wielu chodzić nie może, tragarze nas nie zechcą nosić, wozów niema, więc co zrobisz?« ja mu na to odpowiedziałem, żeby się nie troszczył wcale, bo Matka Najświętsza przecie o nas myśli i zaradzi w biedzie. »Prawda przy tobie — mówi mi ten chory — co mamy niepotrzebnie się kłopotać, Matka Boska nam ułatwi to wszystko, teraz nam błogosławi, to i potem nie przestanie«.
Już Ojciec pewno się niecierpliwi, żem się rozgadał, ja zaś przecie, bazgrałbym jeszcze bez końca, gdyby mi czas pozwolił, żeby choć listownie z Ojcem pogawędzić, kiedy ustnie nie można, ale nic nie pomoże, muszę skończyć, bo inna robota nagli. Nich Ojciec tylko nie zapomina, że czekam niecierpliwie na list od Niego i na tem kończę tymczasem. Niech wam wszystkim Matka Najświętsza dopomaga i błogosławi we wszystkiem.





LIST XXXVI.

Tananariwa, 28 lipca 1902.


Zbierałem się już nieraz, żeby napisać do Ojca, ale nie mogłem się nigdy zebrać, zawsze coś przeszkodziło, jakby naumyślnie; jak nie jedno, to drugie, nie drugie, to dziesiąte, a koniec końcem, napisać nie mogłem. Na początku lipca miałem raz wieczorem zacząć pisać do Ojca, żeby móc list wysłać okrętem odchodzącym w połowie miesiąca, ale poczułem, że jakoś nie idzie w żaden sposób; dlaczego, sam nie wiedziałem, ale czułem się bardzo zmęczonym i myśli zebrać ani rusz. Nie wypada wprawdzie iść spać z kurami, ale siedzieć przy stoliku, żeby niby pisać i nic nie napisać, to lepiej dać pokój temu, tak też i zrobiłem, o 10–ej położyłem się. Niedługo potem, ni stąd, ni zowąd poczułem silną gorączkę i zaczęła się febra trzepać nie na żart. Choć kilka dni z rzędu jadłem chininę jak ryż, ale niewiele to pomogło, więc żeby czasu darmo nie tracić, poszedłem do infirmerji w Tananariwie. Dzięki Bogu, skończył się prędko ten kłopot i po czterech dniach wróciłem do swojej stacji. Ledwom przyszedł, pytam zaraz, czy niema co nowego, mówią mi chorzy: »nowego tak nic niby niema, ale zobacz Ojciec Edwarda, bo mocno chory«. Poszedłem zaraz do tego nieboraka i zobaczywszy, że źle, mówię mu: z tobą bracie nie najlepiej, zaczniemy od duszy, podgotuj się trochę do spowiedzi, ja cię za chwilę odwiedzę, wyspowiadam, zaopatrzę, a potem zaczniemy się kurować, jak będziemy mogli. »Dobrze, Ojcze, odpowiedział chory, rób jak powiedziałeś«. Po spowiedzi i Ostatniem Namaszczeniu, dałem mu trochę chininy, niby dla przecięcia gorączki, a właściwie, żeby go trochę uspokoić, bo o ratunku i mowy nie było; trąd zajął już był wnętrze całe, a nazewnątrz też rany nie na żarty. Szło z nim dość prędko, ale i ostro zarazem. Konał bidny więcej niż dobę i cierpiał porządnie; umarł, dzięki Bogu, po katolicku — na samem odchodnem dostał jeszcze raz rozgrzeszenie, po którem wkrótce skonał. Pocieszyło mnie trochę przy śmierci tego człowieka to, że spostrzegłem wiarę między moimi chorymi; a to jest tak: pytało mnie kilku innych chorych, co byli przy tym chorym, czy on już kona, czy nie. Kilka razy odpowiedziałem, że o ile mi się zdaje, jeszcze nie dogorywa, póki tak mówiłem, było jeszcze spokojnie, ale jak zaczął się oddech zmieniać i słabnąć, powiedziałem, że prawdopodobnie już się z nim rozstaniemy. Żona chorego usłyszawszy to, zaczęła nie lamentować i zawodzić, ale gorąco płakać choć pocichu; ja daję konającemu absolucję, a jedna z obecnych chorych mówi głośno do jego żony: »no, czyś nie głupia, powiedz, zamiast się modlić, płaczesz teraz«. Pocieszyło mnie to trochę, bo dość innych dowodów spostrzegłem, z których mogę wnosić, że ta czarna szlachta już coś, coś trochę zaczyna patrzeć w górę, ale nieprędko jeszcze dojdzie do tego, do czego wszelkimi siłami dążę.
Rola dobra, ale jeszcze potrzebuje wiele i wiele uprawy, nim zacznie wydawać pożądane owoce. Mnóstwo jeszcze przesądów i zabobonów pogańskich mocno zakorzenionych. Do Boga garną się moje pisklęta, tego zaprzeczyć nie mogę, ale ciągle jeszcze tak, że Bogu świecę zapali, ale i djabłu świeczkę da; np. chowam nieboszczyka, zasypują mogiłę, a tu ktoś z krewnych zmarłego wpakowuje próżną butelkę, lub co innego, albo ukradkiem niejeden zaniesie trochę ryżu lub czego innego położy na mogile, a potem prosi nieboszczyka, żeby modlił się za to za niego, a nie szkodził mu. Z tymi ludźmi nie można tak postępować, jak z ludźmi, ale trzeba koniecznie, jak z małemi dziećmi, inaczej nic z tego. Mówić im co, tłumaczyć nie wiem jak, będą słuchać, kiedy rozumieją dokładnie o co chodzi, wtedy mówią, że tak ma być, prawda to jest i t. d., ale mimo to, potem zrobią po swojemu. Upomnieć, spytać, dlaczego to robią, to każdy odpowie: »nie wiem, taki zwyczaj u Malgaszów«. To też i prowadzę ich nieinaczej, jak małe dzieci za rękę. Po każdym katechizmie zawsze cośkolwiek z wiadomości bieżących, t. j. robicie tak, tak i tak — to i to dobrze, a to i to źle, więc tego wcale nie macie robić; odpowiadają: »taki zwyczaj Malgaszów«. Wtedy krótko ucinam: zapomnijcie zupełnie, żeście Malgasze, a pamiętajcie zawsze, żeście najpierw katolicy, a dopiero potem Malgasze. Wasi przodkowie tak robili, bo byli poganie i dzicy zupełnie, wy już nie dzicy i nie poganie, ale katolicy i musicie żyć po katolicku; o zwyczajach przodków przy obrzędach religijnych nie mówcie nawet, bo na to nie pozwalam i po sprawie. Dzięki Matce Najświętszej, która u mnie raczy wszystkiem kierować, niektóre sumienia już coś trochę zaczynają się uformowywać, ale z obyczajami jeszcze do walczenia bardzo wiele i trudności w tej mierze wielkie, bo Europejczycy nie przynoszą tu cywilizacji, jak ciągle mówią, ale taką demoralizację, takie zepsucie, że aż wspomnieć o tem straszno. Nie zły, ale najszkaradniejszy przykład mają ci biedacy Malgasze na każdym kroku. Mam wielką w Bogu nadzieję, że choć może nieprędko, ale jakoś się przecie polepszy i co do obyczajów, bo to wszystko w ręku Matki Najśw., której bez żadnego wyjątku wszystko zawsze oddaję i proszę, żeby raczyła sama urządzić.
Nie uwierzy Ojciec, jak mi pilno, żeby już móc prędzej mieć nowe schronisko, w którem moglibyśmy niby obwarować się więcej i oddalić od tego światowego zepsucia. A tu jakby naprzekór trudności jeszcze nie usunięte i nie mogę zacząć budowy. Drożyzna na wszystko tak się powiększa, że tylko na to zważając, mógłbym febry dostać ze strachu. Sekretu przed Ojcem robić nie będę i otwarcie Mu się przyznam, że często przyjdzie na mnie taka chwila, że jestem w humorze porządnie w kratki, ale dzięki Bogu, niedługo to trwa, bo zaraz przychodzi mi na myśl: »terpy kozacze, atamanom budesz«, wszak Matka Najśw. widzi wszystko, a Ona przecie wie lepiej, co zgodniejsze z wolą Pana Jezusa i co nam potrzebniejsze do zbawienia, niż ty; widocznie, że tak ma być, kiedy Mateczka nie polepsza, w obu Karmelach modlą się drogie Matki ustawicznie za ciebie, więc o cóż chodzi — wszystko w porządku. Ot i po sprawie, już znowu jego tatarsko–afrykańska mość jaśniej zapatruje się na wszystko.
Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw., a moją niegodność waszym modlitwom.





LIST XXXVII.

Tananariwa, 28 września 1902.


Korespondentkę Ojca w lipcu pisaną odebrałem, Bóg zapłać; ale co to korespondentka, prawie tyle, co nic — listu oczekuję z niecierpliwością. Sam już nie wiem kiedy miałem ostatni list od Ojca, muszą coś na pocztach bałamucić, bo od jakiegoś czasu tutaj nieregularność znaczna w dochodzeniu listów. Ot obecnie trzecia poczta nadeszła, myślałem że dostanę list, a tymczasem ani od Ojca, ani z Karmelu nic a nic. Jak pójdę do Tananariwy to wydeklamuję Quo usque tandem Catilina, lepiej niż może potrzeba, bo jestem w humorze porządnie w kratki.
Dzięki Bogu, pozbyłem się febry tanim kosztem, ale tylko jednej febry, t. j. słabości, bo druga, ta, którą w Galicji nazywają bahnfieber (kiedy kto na kolej zanadto się spieszy) ciągle mnie męczy; pilno mi nie na kolej, bo jej tu niema jeszcze wcale, a choćby była, to nigdzie się nie wybieram, ale pilno mi do zaczęcia budowy. Nadzieja we mnie trochę wstępuje, bo już zaczęła się tu przygrywka w chmurach, tak niby jak grajek jaki stroi instrument, na którym zamyśla rzępolić; grzmoty usłyszeliśmy temi dniami po raz pierwszy, wkrótce zaczną się deszcze i pioruny zaczną walić. A jak ustanie pora deszczowa, może Bóg pozwoli zacząć budowę. Moje czarne pisklęta także się niepokoją i dopytują mnie ciągle, kiedy wreszcie zaczną budować. Nasza szopa z trzciny, służąca za kościół, już wcale nie podobna do szopy, ale wygląda zupełnie jak kopica siana. Deszcz przeciekał w przeszłym roku do środka tak, że nie można było Mszy św. odprawiać, więc teraz przed deszczami owiązaliśmy, jak się tylko dało, suchą trawą. Robili to wszyscy, t. j. kto miał ręce i nogi jako tako całe i mógł owiązywać, ten owiązywał, ale wszyscy, co tylko ruszać się mogli, byli obowiązani dostarczyć trawy. Naturalnie, że cicho to się odbyć nie mogło, bo Malgasz bez wrzawy nic zrobić nie potrafi. Było też i śmiechu niemało, kiedy moja babunia (to 3-letnie dziecko, o którem Ojcu pisałem), wzięła się do roboty, bo przyniosła na głowie wiązkę trawy, którą doskonale do kieszeni schowaćby można, ale przyniosła i położyła przed kościołem jak wszyscy inni, a potem wszędzie jej było pełno. Czy pomagała w robicie, czy nie, to pytanie, ale być wszędzie musiała między pracującymi i wszędzie niby pomagała. Nas to bawiło, a Pan Jezus pewno jej to wynagrodzi, bo przyjmie dobre chęci niewinnego dzieciaka za uczynek.
Tutaj teraz wiosna, ale z nazwiska chyba tylko, bo o świeżem wiosennem powietrzu, jak u nas, tutaj i pojęcia nie mają; skwarne gorące powietrze, które zawsze czuć pustynią. A woda, którą tu pijemy, to taka, że pewno Ojciecby się nią umyć nie chciał, tyle tylko, że mokry ten żabi trunek, bo żeby się nią ochłodzić, trzeba koniecznie przed piciem zażyć sporą dawkę imaginacji, a po napiciu się, wmawiać w siebie, że się ochłodziło.
W połowie września był tu przelot szarańczy; niezbyt wiele leciało, ale jednak dość sporo; wielu z moich chorych wyprawiło się zaraz na połów, kiedy słońce zachodzi, to szarańcza osiada i wtedy zbierają Malgasze mnóstwo tego do koszów, lamba i t. p., a potem raczą się tym specjałem gotowanym, suszonym na słońcu, kto może, to smażonym z jaką tłustością, a i tacy nierzadko trafiają się gastronomowie, co ją żywcem jedzą, oderwawszy skrzydła i łapy. Dla moich chorych była to niezła rozrywka, cieszyli się tak, jak nasi konwiktorzy, kiedy pieką kartofle na przechadzce. Jaki smak ma szarańcza, nie wiem, bo nie odważyłem się skosztować; wygląda to dla mnie obrzydliwie, tak samo jak żaba, albo ostryga, których też nigdy nie kosztowałem, choć często słyszałem w kraju, że to uważają za przysmak. Ha, trudno, nie to piękne, co piękne, ale co się komu podoba.
Jak się rzeczy mają z jałmużną, uzbierał Ojciec co dla mnie, czy niekoniecznie? Często przychodzi mi na myśl, że może Matka Najśw. umyślnie nie usuwa przeszkód w zaczęciu budowy, żebym mógł wystawić całe schronisko odrazu, jeżeli grosz potrzebny się zbierze, a nie część tylko, jak mam zamiar zrobić. Jak Bóg da, że schronisko stanie, to będę się starał koniecznie sprawić sobie jaką sikawkę do ognia. Niedawno widziałem, jak jeden dom spalił się w Tananariwie, aż obrzydliwie było patrzeć, dom pali się, a ludzie o ratunku nie myślą, tylko przypatrują się pożarowi, bo narzędzi do gaszenia żadnych zgoła nie mają.
Wiem, że Ojciec czasu do stracenia nie ma, mimo to z niecierpliwością oczekuję na list Ojca bodaj i krótki. Tymczasem tyle, bo już północ niedaleka, jak Bóg pozwoli, następną pocztą znowu kilka słów Ojcu przeszlę. Wszystkich Was polecam opiece Matki Najśw., a moją niegodność waszym modlitwom.





LIST XXXVIII.

Fianarantsoa, 12 grudnia 1902 r.


Oddawna nie pisałem, bo nie mogłem, chociaż nie brakło mi wcale chęci do pisania. Teraz, za łaską Bożą, usunęły się nieco trudności przeszkadzające w robocie, więc zaraz zabrałem się do tego listu. Ostrzegam zgóry, że musi się Ojciec uzbroić w cierpliwość, bo mam zamiar rozbazgrać się nieco obszerniej. Piszę z Fianarantsoa, gdzie osiedliłem się na stałe, i jak tylko deszcze ustaną, zaczynam budowę schroniska. W Ambachiwuraku trędowatych już niema, schronisko zwinięte zupełnie, rozstałem się nie bez żalu z mojemi dawniejszemi pisklętami, nie na zawsze, gdyż może jeden lub drugi będzie w stanie dostać się do nowego schroniska, jak Bóg da doczekać. Z Tananariwy do Fianarantsoa całe ośm dni drogi dla zdrowego, a dla bidnych trędowatych jest to prawie nie do przebycia. Rzecz miała się tak: dnia 24 września 1902 r. zawezwał mnie X. Biskup Caset do Tananariwy i powiedział mi, że rząd drzewa i wapna nie da, a grunt daje, ale nie pozwala budować schroniska dla trędowatych (pisałem już Ojcu dawno, bo przed rokiem jeszcze, jakie świetne nadzieje robił rząd w tej mierze, skończyło się jednak na tem, że z wielkiej chmury mały deszcz, a raczej wcale go nie było), więc mam się udać do Fianarantsoa i tam na gruncie należącym do misji, na którym już jest niewielkie schronisko (na pięćdziesięciu kilku chorych), budować to, co zamierzam, jeżeli znajdę tam wszystko, co mi potrzeba, t. j. wodę, drzewo, etc., ale nic mi jeszcze nie powiedział X. Biskup, co i jak będzie z chorymi w Ambachiwuraku. Zaraz wróciłem do siebie, żeby wszystko przygotować do drogi i móc jak najprędzej wyruszyć. Przez te korowody ze rządem, straciłem rok czasu, bo jak Ojciec wie, przed rokiem miałem już być we Fianarantsoa i zaczynać budować, więc łatwo Ojciec się domyśli, że nie w najlepszym byłem humorze i gdybym się nie bał obrażać Pana Boga, tobym był i naklął.
Zaledwie wróciłem do siebie, zbiegli się chorzy i pytają: »Po co ciebie, Ojcze, zawezwał tak nagle X. Biskup i tak prędko wróciłeś, pewno już można zaczynać robotę?« Nie było po co ukrywać przed nimi, więc powiedziałem wszystko, oraz dodałem, że musimy się modlić, bo nic zgoła nie wiem, co i jak z nimi będzie. Pospuszczali biedacy nosy na kwintę i naturalnie zaczęły się zaraz najrozmaitsze przypuszczenia i domyśliwania. Tak w niepewności przeszło całe dwa dni. Na trzeci dzień rano, przysłał X. Superjor z Tananariwy jednego z Ojców z rozkazem dla mnie, udania się niezwłocznie do Fianarantsoa, a moim chorym powiedział ten Ojciec w imieniu X. Superjora, że misja utrzymywać ich nadal nie może, więc mają iść do rządowego schroniska o 6 godzin drogi od Ambahiworaka, gdzie dla nich miejsce już wyrobione. Usłyszawszy to, zachmurzyły się moje pisklęta nie na żart, i nie czekając, aż ten Ojciec skończy mówić, pytają go, czy i ja z nimi idę. Kiedy się dowiedzieli, że nie, że muszę iść do Fianarantsoa, zaczął się ogólny płacz. Ten Ojciec pożegnał ich i wrócił do Tananariwy, odprowadziłem go do furtki, a kiedy wróciłem, obstąpili mnie moi chorzy i znowu zaczęli płakać, całować po rękach, żegnać się, słowem taki był hałas, że trudno było mówić. Ja sam też nie połykałem już łez, ale płakałem na dobre, bo mnie ich szczerze żal było; nie mogąc mówić dłużej, powiedziałem tylko kilku tuż przy mnie będącym, że potem pomówimy i umknąłem do chaty. Tak mi żywo stanęło przed oczyma niebezpieczeństwo moralne, na które będą dzieci zwłaszcza narażone w rządowem schronisku wśród otoczenia, do którego się dostają (700 trędowatych, ostatnia po największej części hołota, wtłoczona przemocą do tego schroniska i pilnowana dzień i noc przez policję, żeby nie uciekli), że nic robić przez chwilę nie mogłem; oddałem wszystkich nas razem i każdego zosobna opiece Matki Najśw. i płakałem jak mały dzieciak, ale zaradzić złemu nie mogłem w żaden sposób. Około godz. 11 poszedłem do chorych i zastałem ich siedzących bezczynnie i prawdopodobnie naradzających się nad obecnem położeniem. Kiedym się do nich zbliżył, przestali mówić i pytają mnie: »a teraz jak robić?« powiedziałem, że bezczynnie siedzieć nie można, bo jutro przecie musimy wyruszyć, układaj każdy, co kto ma, żeby to dziś było gotowe (nie było tam wprawdzie tak wiele do układania, ale zawsze coś) i starajcie się sprzedać to trochę posadzonego, co macie, t. j. maniok, pataty i t. p. Nie smućcie się i nie płaczcie, bo to Pan Bóg widocznie próbuje, czy jesteśmy dobrymi katolikami, czy nie, t. j. czy chętnie wypełniamy Jego wolę, czy tylko ustnie mówimy codzień »bądź wola Twoja«. »Prawda przy tobie, Ojcze — odpowiedzieli mi — ale byliśmy razem kilka lat, a teraz ty na południe, a my na północ pójdziemy, więc jak się nie smucić«. Rozejdziemy się co prawda, ale Matka Najśw. nie przestaje przez to opiekować się nami, więc jakoś to będzie, a może Ona pozwoli, że znowu będziemy razem, powiedziałem. Łzy nie pomogą, dalej do roboty, i zacząłem pomagać w układaniu jednemu z nich, co nie wiedział jak sobie poradzić. Pod wieczór znowu poszedłem do chorych i gwarzyliśmy nieco, nadrabiając miną jak mogłem, ale niekoniecznie mi się to udawało, bo mnie bardzo zasmuciła niebezpieczna przyszłość nieszczęśliwych dzieciaków, o której ciągle myślałem. Na drugi dzień rano po Mszy św., podczas której gorąco poleciłem opiece Matki Najśw. moich biedaków, poszedłem pożegnać się z nimi. Krótko załatwiłem, bo bardzo mi było markotno; prosiłem i poleciłem im, żeby pamiętali zawsze, że są katolikami i dziećmi Marji, i stosownie do tego żeby się starali zachowywać, potem zaraz puściłem się w drogę do Tananariwy. Gnali za mną aż do miedzy granicznej, chwytali za ręce, żegnali i potem jeszcze, dopóki nie znikłem im z oczu, słyszałem lament i nawoływania. Co się we mnie działo, tego Ojcu opisać nie potrafię, ty tylko mogę powiedzieć, że po tym rozstaniu się z moimi dzikusami, długo nie mogłem przyjść do siebie.
Dnia 3 października 1902 r. wyruszyłem z Tananariwy do Fianarantsoa. Podróż miałem nieźle urozmaiconą; pierwszy dzień zeszedł jakoś niby ot sobie nieźle, potem codzień mokłem na deszczu, a trzy czy cztery noce nie mogłem się wcale rozbierać na etapach, tak było ciasno i brudno, musiałem przedrzemać się do rana siedząc, a odzienie musiało schnąć na mnie, bo ognia nie było czem rozpalić; ledwie tyle suchej trawy dostać było można, ile wystarczyło do ugotowania ryżu i zagrzania wody do herbaty. Myślałem, że mi to na sucho ujdzie, ale nic z tego; w piątym dniu podróży zatrzymałem się u jednego z naszych Ojców (zwykle na tej stacji zatrzymują się pół dnia nasi misjonarze w drodze z Tananariwy do Fianarantsoa) i na pół dnia położyłem się do łóżka, zażywszy sporą dozę chininy, żeby przeciąć febrę, która mnie była chwyciła. Dzięki Bogu, opadła nieco gorączka w nocy, a że czasu nie miałem do stracenia, bo i tak wszystko okropnie opóźnione przez te nieznośne korowody rządowe, więc na drugi dzień raniutko odprawiłem Mszę św., przetrąciłem znowu niezłą porcyjkę chininy i z resztą gorączki dalej w drogę. Choć przez pozostające 3 dni podróży od rana do wieczora mokłem na deszczu, jednak za łaską Matki Najświętszej, do której bezustanku modliłem się, febra ustała prawie zupełnie. Po drodze trzeba było przebywać kilka quasi mostów, bo rzeczywistemi mostami tego nazwać nie można pod żadnym warunkiem; jeden szczególnie z tych quasi mostów utkwił mi w pamięci, bom się tam trochę strachu nabawił. Ten most łączył dwie skały, między któremi biegnie strumień, ale że to pora deszczowa, więc ten strumień biegł ostro i przybrał nieźle, jak wszystkie górskie strumienie; głęboki zbyt nie był, tak na oko sądząc, może miał w tem miejscu 1 metr głębokości, woda bardzo czysta, bo biegnie po kamieniu, więc dno widziałem dobrze; dno bardzo najeżone odłamami skał i prąd ostry, wskutek czego hałas był niezły. Most zrobiony był z długich żerdzi, dość wprawdzie grubych, ale uginających się pod nogami, od powierzchni wody do tego mostu było, jak mogę wnosić i jak mi inni mówili, niewięcej jak 8 lub 10 metrów, ale musiałem iść jedną nogą po jednej żerdzi, a drugą nogą po drugiej, gdyż na jednej nie było dość miejsca; te żerdzie okrągłe, uginające się i podrzucające przechodzącego, oprócz tego śliskie od deszczu; przeprawa zatem nie była arcyłatwą, odzienie na mnie mokre i torba przez plecy, ważąca może 10 kilo, wcale mi w przejściu nie pomagały. Długości miał ten tańcujący most może jakich 10 do 12 metrów. W połowie drogi pośliznęła się mi jedna noga, a że zgrabnością linoskoczka wcale się nie odznaczam, więc z utrzymaniem równowagi był niemały kłopot i pociemniało mi raptem w oczach, z czego Ojciec łatwo może wnosić, że i cywilną dowagą też się nie odznaczam. Jak tylko poczułem, że jedna noga już mnie nie trzyma, zatrzymałem się przeważając na drugiej nodze, zaraz zacząłem odmawiać »Zdrowaś Marjo«, a odzyskawszy równowagę, modląc się zacząłem iść dalej i za łaską Matki Najśw. doszedłem, a raczej dohojdałem się następnej skały, nie zażywszy wcale kąpieli w potoku, do której najmniejszej nie czułem ochoty.
Dnia 11 października dostałem się wreszcie do Fianarantsoa. Tu nowa tarapata, a raczej ciąg dalszy, bo były to resztki z podróży. W drodze nie mogłem się kilka razy rozzuwać, bo nie było gdzie i jak się położyć spać. Po etapach, w których pewno nie zamiatano odkąd te etapy istnieją, nazbierałem pcheł afrykańskich huk. W drodze nic nie czułem, bo nogi były mokre i ściśnięte obuwiem, ale we Fianarantsoa ledwo mogłem się rozzuć, tak nogi popuchły. Po niemałym wysiłku, zdjąwszy obuwie zobaczyłem, że prawie wszystkie palce zagnieżdżone sporo, a i w podeszwach było kilka tych gniazd. Wyjmować to wszystko igłą, to trzebaby jakie 3 lub 4 godziny nad tem przesiedzieć, więc scyzorykiem obciąłem wszędzie skórę, ostrugałem palce jak marchew i opłukawszy nogi, byłem wolny od tych nieproszonych gości, ale parę tygodni paradowałem w sandałach, bo o ozuciu się i mowy być nie mogło. Ta plaga coraz większe przybiera rozmiary.
Wrócił niedawno jeden z naszych Ojców z objazdu swoich posterunków i na rekreacji opowiadał nam takie zdarzenie: »Przybyłem — mówi on — do jednej wioski i zarz chciałem pójść do konfesjonału, zatrzymują mnie ludzie przed kościołem, mówiąc: nie wchodź Ojciec do kościoła, bo niema sposobu, kilku z nas ledwo weszło, zaraz tak nas pchły afrkańskie obsiadły, że musieliśmy uciekać; idź Ojciec do chaty, my tam wszyscy przyjdziemy przygotować się do spowiedzi, a tymczasem kilku ludzi kościół opali, bez tego niepodobna tam być ani na chwilę«. »Opalić« to u nich znaczy: robią wiechy z suchej trawy, zapalają i, trzymając je palące się wiechy przy samej ziemi, przechodzą bardzo powoli przez cały kościół; tym sposobem zabezpieczają się na kilka godzin od napaści pcheł. Dano znać do Fianarantsoa, że w sąsiedniej wiosce jednego człowieka obsiadły pchły całkiem, t. j. po całem ciele, proszą żeby go zaopatrzyć i potem będzie ten nieszczęśliwy czekał śmierci; o ratunku niema co myśleć, bo trzebaby chyba skórę całkiem zdjąć z niego. Miejscowy doktór kazał go przynieść do szpitala, żeby go ratować, ale nie można go już było nawet i przynieść. Jeden z trędowatych tutejszego schroniska kupił kawałek gotowanego manioku, który przekupnie przy drogach sprzedają. Nie zauważył ten człowiek, że na tym manioku była pchła afrykańska i zjadł go nieoczyściwszy przedtem; dostało się to plugastwo do języka, zaraz się zagnieździło i musiano mu potem igłą wydobywać to gniazdo z języka.
Wszyscy tu opatrujemy się kilka razy dziennie, czy nie zakwaterowała się, jak Malgasze mówią: »Afryka« i każdy ma zawsze przy sobie szpilkę, igłę, albo jakiś kolec czy to liścia agawy, czy inny jaki, żeby się uwalniać od tych napastników. Do czego to wkrótce dojdzie z temi pchłami, Pan Bóg raczy wiedzieć.
Niedawno temu we Fianarantsoa i okolicy pioruny zabiły kilkunastu ludzi i kilka wołów.
Obecnie jestem na moim nowym posterunku. — Koło Fianarantsoa, o ¾ godziny drogi pieszo od miasta, ma nasza misja schronisko trędowatych. Miejscowość ta nazywa się Marana. Znalazłem tu wszystko, co mi potrzeba, t. j. wodę, ziemię względnie niezłą, nawet i do uprawy, drzewo i t. d., więc podziękowałem Matce Najśw. za to i za Jej łaską i pomocą, jak tylko ustanie pora deszczowa, zaczynam budować. Schronisko, które tu zastałem, bardzo małe, bo tylko 50 przeszło chorych, baraki takie same, jakie były w Ambahiworaku. Nędza chorych taka sama także. Ale to wszystko fraszki, Matka Najśw. pozwoli, że wkrótce będą ci biedacy przyjmowani do schroniska podobnego do europejskich szpitali. Miejsce dla mnie bardzo dogodne, bo zupełnie odosobnione, drogi blisko niema żadnej, więc przechodniów niema. Jest malutki niby lasek, zagajenie właściwie, z eukaliptusów i kilku innych rodzajów drzew, spokój i cisza dokoła taka, że Kameduli byliby kontenci, gdyby mieli takie odosobnienie, słowem tylko budować i przyjmować nieszczęśliwych trędowatych ile się da. Przyszlę Ojcu fotografję wszystkiego i sądzę, że miejscowość Ojcu się spodoba, bo wygląda dziko i malowniczo zarazem, takie na mnie to zrobiło wrażenie, nie wiem, co Ojciec na to powie.

Z tym listem fotografji nie mogę posłać, bo jeszcze nie gotowe. Miałem dotychczas trudności mnóstwo, a będę ich miał jeszcze więcej, to już rzecz Matki Najśw., która kieruje całą sprawą. Ja pewny jestem, że dopnę swego, t. j. czy ja, czy, gdybym ja umarł, to mój następca, to wszystko jedno, ale schronisko stanie, bo gdyby Matka Najśw. nie chciała go mieć, toby mnie była nie powoływała do tego. Ciągle tylko naprzykrzam się Najśw. Pani, żeby jałmużna nie ustawała nadchodzić, bo bardzobym nie rad przerywać roboty zaczęte. Niech Ojciec z łaski swej ogłosi w »Misjach katolickich« mój adres:
Monsieur Jean Beyzym
Missionaire Catholique Romaine
à Fianarantsoa Madagascar via Suez

żeby listy do mnie dochodziły prosto, a nie przez Tananariwę, bo to dłużej trwa. Ten adres to dla listów. Dla przesyłek zaś:

Pour la Léproserie de la Mision Catholique
par Mananjary à Fianarantsoa Madagascar via Suez.

Mam w Bogu nadzieję, że już nie będę musiał zmieniać, t. j. odwoływać tego adresu, tak jak w przeszłym roku.
Nabazgrałem sporo, to prawda, ale już kończę, żeby drogiego Ojca nie zanudzać zanadto. Jak Bóg da doczekać, to z fotografjami nowy list Ojcu poszlę może również długi, żeby sobie wynagrodzić to długie milczenie. O moich nowych chorych, których tu mam, nic jeszcze nie piszę, bo dopiero się zaznajamiamy.
Czekając niecierpliwie na odpowiedź, choć telegraficznym stylem, jeżeli Ojciec czasu niema.
Wszystkim Wam życzę Świąt i Nowego Roku, oraz polecam Was opiece Matki Najśw., a moją niegodność waszym modlitwom.





LIST XXXIX.

Fianarantsoa, 25 stycznia 1903 r.


Spieszę Ojcu donieść, że robota zaczęta; grunt się niweluje, kamienie ociosują, materjały znoszą i t. d. i t. d., jak wogóle przy budowie; jak ustanie pora deszczowa (mniej więcej w końcu kwietnia), będzie się cegła wypalać, a potem budować — za to wszystko, najpierw Matce Najświętszej, a potem wszystkiem Dobroczyńcom jak najpokorniej dziękuję jak od siebie, tak też w imieniu wszystkich trędowatych, którzy z łaskawych ofiar będą korzystać. My tylko dziękujemy i będziemy się strać odwdzięczać modlitwą naszym Dobroczyńcom, bo inaczej nie możemy, ale Matka Najświętsza z pewnością po swojemu stokrotnie wynagrodzi każdą, choćby najmniejszą jałmużnę, bo przez to niejedna dusza będzie zbawioną, jak mam w Bogu nadzieję, która możeby zginęła na wieki, będąc pozbawioną wszelkiej pomocy. Stokrotne »Bóg zapłać« wszystkim Dobroczyńcom razem i każdemu zosobna. Misaotra dia misaotra Anareo izahay, czytaj: Misótr dia midótr Anaréu izaháj — znaczy dosłownie: »Dziękujemy i dziękujemy Wam my«, t. j. bardzo a bardzo dziękujemy.
Posyłam Ojcu fotografje z Marana i tę garstkę chorych, których tu mam. Góry bez drzew, które Ojciec widzi na fotografji, są to ogromne bryły kamienia, na których nic zgoła nie rośnie. Posyłałem Ojcu kiedyś plan schroniska, ale wkrótce poszlę Ojcu zupełnie inny, bo pierwszy nie da się wcale uskutecznić na obecnym gruncie. Dałby się wprawdzie na upartego wykonać pierwotny plan, ale ogromny byłby wydatek, gdyż tu równin wcale niema, trzeba ścinać góry, żeby budować, wolałem zatem zastosować przysłowie: »tak krawiec kraje, jak materja staje« i mieć więcej grosza na inne niezbędne wydatki. Budować będę na 200 chorych, a przyjmę tylu, ilu fundusze utrzymać pozwolą. Mam jednak nadzieję, że będzie schronisko zaludnione, bo Najśw. Matka nie przestanie i nadal opiekować się swoim dziełem, więc jałmużna będzie nadchodzić.
W miarę jak będzie postępować robota, będę się starał posyłać Ojcu fotografje i zarazem wykaz kosztów, dlatego, że tu wszystko bardzo drogo kosztuje, więc wolę, żeby ofiarodawcy wiedzieli, jak i na co daną przez nich jałmużnę obróciłem. Kościół będę się starał ozdobić jak tylko się da najładniej, żeby Częstochowska nasza Mateczka była należycie uczczoną nietylko u nas, ale i pod afrykańskiem niebem. Czasu do stracenia wcale teraz nie mam, przeciwnie często mi go brak, bo wyrzeźbić wszystko do kościoła muszę ja sam; o pomocniku żadnym mowy tu niema, oprócz tego ogród i wszystko inne urządzenie także kto inny nie zrobi, słowem, że dzięki Bogu, nie mogę mieć i wyobrażenia, co to znaczy nudzić się w bezczynności. — Wszystko jednak będzie i uda się dobrze, to wiem na pewno, bo wszędzie i wszystkiem rządzi i kieruje sama Matka Najśw., bez Niej nic zgoła w całem ścisłem znaczeniu tego słowa nie zrobiłem i nie zrobię. Roboty dozoruje jeden z tutejszych Braciszków, który się zna na budownictwie. Wody będzie dość i do tego idzie ta woda z góry, więc może mi się uda tak zrobić, żeby ta woda wszędzie dochodziła, t. j. do sypialni, kuchni, pralni i t. d., byłoby to wielką ulgą dla chorych, gdyż nie potrzebowaliby nosić. O tem nic jeszcze nie mówię Ojcu stanowczo, bo dopiero zamyślam to zrobić; jak będzie to uskutecznione, to się przed Ojcem pochwalę.
Słyszał już Ojciec nie jedną i nie dwieście naiwnych odpowiedzi podczas katechizowania, ale takiej, jak zarz Ojcu powiem, pewno jeszcze Ojciec nie dostał. Otóż tak: jeden z misjonarzy katechizował, a skończywszy, zaczął pytać katechizmu swoich czarnych dyscypułów; zapytuje jedną kobietę: gdzie jest Bóg, czy wszędzie, czy w niebie tylko? Ona mu na to: »Tego ci nie powiem, bo sama nie wiem, ale jeżeli chcesz się dowiedzieć, to zapytaj mego męża, on dobrze wie to wszystko, to ci powie«. No, co Ojciec na to, prawda, że niezła odpowiedź? Nieraz porządnie można się uśmiać, to prawda, ale że musimy się uzbrajać w cierpliwość, żeby tych czarnych biedaków coś nauczyć, to też prawda.
Tymczasem tyle, drogi Ojcze, bo czas okropnie nagli; jak Bóg pozwoli, to niezadługo znowu napiszę. Polecam Was wszystkich razem i każdego zosobna piece Matki Najświętszej, a moją niegodność waszym modlitwom.






Tymczasowe schronisko w Maranie — w środku kościół, po bokach mieszkania.

LIST XL.

Fianarantsoa, 11 kwietnia 1903 r.


Miałem zamiar wysłać list do Ojca w przeszłym miesiącu, ale nie było sposobu, wicher nie pozwolił; proszę nie myśleć, żebym ja na żart pisał, że wicher nie pozwolił — nie, to wcale nie żart, ale taki na serjo tak. Od 23 marca zaczynając, przez cały tydzień padał deszcz, raz mniejszy, raz większy, ale bez przerwy dzień i noc dął wicher zarazem, ale porządnie silny; co się w okolicy działo, jeszcze nie wiem tego, ale u mnie drzew nie źle nałamał ten wicher, a kilka wyrwał z korzeniem. Jedno z tych wyrwanych drzew oparł o mieszkanie chorych, jakby umyślnie położył na dachu; był to eukaliptus, mający, jak mi się zdaje, z 10 metrów wysokości i odpowiednią grubość. Dzięki Bogu jednak, tak się to drzewo jakoś zgrabnie o dach oparło, że budynku wcale nie uszkodziło. W przeciwnym razie byłby niemały kłopot, co z chorymi zrobić podczas ulewy. Uchronić się od wody wewnątrz mieszkań nie było sposobu, bo ten wiatr wciskał przemocą padający deszcz do wnętrza domów przez najmniejsze nawet szpary. Nie był to sam cyklon, bo byłby bez więcej szkody narobił, ale w każdym razie jeden z lepszych wiatrów. Patrząc na uginające się drzewa i odłamywane gałęzie, kilka razy wzbudziłem żal i czekałem chwili, kiedy przyjdzie się emigrować z tego świata, bo porywy wiatru były tak silne, że niewiele brakowało, żeby moja chata była wywrócona, a ja pod nią jak mysz w pułapce zgnieciony. Jeszcze z woli Bożej żyję, o czem świadczy najlepiej obecny list, który pisałem już po skończonej tarapacie. Nie podobała się mi ta burza, bo nie było piorunów. Gdyby przy tym wietrze i nawałnicy porządnie waliły pioruny, to, zdaje mi się, byłoby prawdziwie uroczo. Czy 25 marca odeszła poczta, czy nie, tego nie wiem; to tylko wiem, że dostać się do niej było niemożliwem.
U mnie uwija się przeszło setka czarnych robotników; już mieliśmy zaczynać kopać fundamenta, kiedy nastał ten wicher i przerwał robotę na cały tydzień. Niech Ojciec z łaski swej ogłosi w »Misjach kat.«, że utrzymanie jednego trędowatego kosztuje miesięcznie 10 franków, rocznie 120 fr., a jedno łóżko, t. j. utrzymanie trędowatego po wieczne czasy 4000 franków. Łatwo być może, że niejednemu z czytających »Misje«, dziwnem się wyda ten pośpiech, t. j. że schronisko dopiero zaczyna się budować, a ja już uwiadamiam, ile utrzymanie chorych będzie kosztować. Oto racja, dla której Ojca proszę już teraz o ogłoszenie tego, mianowicie: jeden kanonik z Francji, X. Denjoy, przysłał już 4000 fr. i zakupił jedno łóżko. Podziękowałem za to Matce Najśw., a potem temu księdzu, ale, jak Ojcu wiadomo, moje schronisko stanie za polski grosz, bo jałmużna nadesłana przeważnie od nas, z innych krajów bardzo niewiele stosunkowo wpłynęło. Wydaje mi się, że jakośby to lepiej wyglądało i ściągnęłoby większe błogosławieństwo Boże na nasz biedny kraj, gdyby w polskiej fundacji było więcej łóżek zakupionych przez naszych rodaków, niż przez obcokrajowców. 4000 fr. nie da się odrazu wytrząść z rękawa, zwłaszcza w obecnych tak trudnych czasach, dlatego teraz już proszę Ojca o ogłoszenie ceny utrzymania chorych, żeby ci dobroczyńcy, którzyby chcieli zakupić łóżka, mieli czas zebrać potrzebne pieniądze, nim schronisko będzie skończone. Jak Matka Najśw. dopomoże, że budowa się skończy i będę mógł ją zaludniać, zaraz na pierwszych miejscach w spisie poumieszczałbym łóżka zakupione przez Polaków. Czy to przez całe rodziny, czy przez pojedyncze osoby, mniejsza o to, dość na tem, że przez Polaków.

Napisałem jak mi się wydaje, a rozstrzygnięcie tej kwestji, to już rzecz Matki Najśw. i miłosiernych ludzi. Ogłaszając cenę utrzymania trędowatych, niech Ojciec z łaski swej koniecznie doda, że ja bardzo a bardzo proszę, żeby każdy co zechce zakupić łóżko składał Ojcu całkowite 4000 fr. odrazu, nie częściowo, bo bardzo łatwo mogłoby w częściowem zaliczeniu ceny łóżka zajść omyłki, a ja tego ogromnie się obawiam, bo nie chcę odpowiadać tak przed Bogiem, jak przed ludźmi. Gdyby Ojciec chciał i mógł to jakoś zrobić, to miałby Ojciec wielką zasługę przed Bogiem za to; taka rzecz mianowicie: czyby Ojciec nie mógł poprosić znajomych księży proboszczów, żeby oni, każdy
Kobiety trędowate w Maranie.

w swej parafji, zaproponowali składkę, ale naturalnie bardzo małą każdorazowo, tak np.: gdyby każdy z parafjan dał centa jednego, żeby nikomu nie było za ciężko. Zdaje mi się, że tym sposobem łatwo w parafjach, zwłaszcza licznych, zebrałoby się w przeciągu lat, dajmy na to, dwóch, potrzebne pieniądze na zakupienie kilku łóżek. Mówię, że w przeciągu dwóch lat, bo mnie tu zapewniają, że za dwa lata schronisko będzie gotowe. Zebrawszy potrzebne pieniądze na zakupienie łóżka, księża proboszczowie odsyłaliby Ojcu pieniądze, Ojciec napisałby mi nazwisko parafji fundującej łóżko, ot i po sprawie — było by zaraz kilka łóżek zakupionych przez Polaków, a ofiara byłaby Bogu tem milsza, że to wdowi grosz biednych ludzi składających się na to.

Jeżeli Ojciec uważa to za możliwe, proszę z łaski swej tak zrobić; jeżeliby zaś to było bardzo trudnem, albo niepodobnem, ha, toć trudna rada, trzeba się z tym sposobem żebrania pożegnać. Zresztą trudno, czy łatwo to pójdzie, mniejsza z tem, kupić nie kupić, a potargować nie szkodzi, niech Ojciec będzie łaskaw tak zrobić, t. j. proszę prosić księży proboszczów, a ja tu się zacznę naprzykrzać o to Matce Najśw. Jeżeli to będzie się zgadzało z Jej wolą, to Mateczka Najśw. z pewnością zagrzeje serca ludzkie do ofiarności i niesienia pomocy najnieszczęśliwszym ze wszystkich najnieszczęśliwszych. A dajmy na to, żeby to się nie tylko nie udało, ale żeby mnie który z księży proboszczów listownie wyłajał za natręctwo, jeszcze w tem nic tak wielkiegoby nie było — korona z głowy mi nie spadłaby, bo jej i bez tego nie mam, a jako żebrak, jestem zupełnie gotów zawsze na to, że mnie ode drzwi odpędzą. Koniec końców, niech Ojciec z łaski swej tak zrobi, jak ja proszę, nie troszcząc się o wynik. Przekona się Ojciec, że wynik będzie dobry, bo to w ręku Matki Najśw., która radzi o swojej cierpiącej czeladzi.
Tymczasem tyle, drogi Ojcze, bo czasu mam bardzo skąpo. Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najświętszej, a moją niegodność waszym modlitwom.





LIST XLI.

Fianarantsoa, 25 maja 1903 r.


Sprawdziło się przysłowie: »Człowiek strzela, ale Pan Bóg kule nosi«. Zwlekałem z napisaniem do Ojca w nadziei, że będę mógł razem z listem posłać fotografje rozpoczętej budowy schroniska, a tymczasem nic z tego, muszę czekać jeszcze sam nie wiem jak długo. Był tu w domu misyjnym w Fianarantsoa, jeden Ojciec umiejący fotografować i mający wszystko, co do tego potrzebne, zaprosiłem go do siebie i obiecał mi, że przyjdzie, tymczasem wysłano go do dalszych posterunków na wschód wyspy, więc dotrzymać obietnicy nie mógł. Jest w Fianarantsoa Malgasz fotograf i mówiono mi, że wcale nieźle fotografuje, ale zawezwać go też nie mogłem, bo czarny artysta gdzieś poszedł na zarobek, więc muszę czekać, aż powróci. Koniec końcem, że musi Ojciec na razie przyjąć dobre chęci za uczynek, a jak tylko będzie to możliwem, zaraz fotografie każę porobić i przyszlę je Ojcu. Pocieszam się tem, że »co się odwlecze, to nie uciecze« i że »nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło«. Robota nie stoi, więc im
Miejsce, na którem buduje się schronisko w Maranie.

później będzie fotografja zrobiona, tem więcej będzie na niej widać.

Dnia 6 maja r. b. poświęciłem kamień węgielny schroniska. Poświęciłem dwa medaliki Matki Najśw. i dwie małe figurki św. Józefa, i włożyłem takowe w dwóch miejscach do porobionych umyślnie na to otworów w bryłach kamiennych, położonych we fundamencie. Robotników, dzięki Bogu, mam dość codziennie, a nawet często się zdarza, że jakąś część trzeba odsyłać, bo ich przychodzi za wielu.

Już coś trochę poznałem plemię Betsileów, z którymi mam mieć teraz do czynienia. Jest między nimi a Hawasami, zamieszkującymi Imerina, różnica, niezbyt wielka wprawdzie, ale zawsze różnica; językiem nieco się różnią, chociaż się łatwo rozumieją, tak zupełnie, jak u nas są różne odcienie języka w różnych guberniach. Co do nieochędóstwa, stoją oba te plemiona zupełnie narówni — wart Pac pałaca, a pałac Paca, jak Howas, tak Betsileo brudasy, jakich wyobrazić sobie trudno, o obrzydliwości pojęcia żadnego nie mają; chciwi są ogromnie, prawdziwi łapigrosze w ścisłem znaczeniu tego słowa, oszukują i obdzierają, gdzie i kogo tylko mogą, czyto Europejczyków, czy jedni drugich między sobą. Często trafiają się lichwiarze, którzy tak pożyczają pieniądze: pożyczka np. piastra na miesiąc, po upływie którego dłużnik powinien mu oddać 2 piastry, po upływie dwóch miesięcy ma mu oddać 4 piastry, po trzech miesiącach 8 piastrów, po czterech miesiącach 16 piastrów i t. d. Jeżeli biedny dłużnik nie ma skąd, albo może nie chce oddać prędko umówionej
Mężczyźni trędowaci w Maranie.

należności, to w krótkiem czasie będzie zupełnie w niemożebności spłacenia długu, który bajecznie się powiększa, a wtedy wierzyciel obdziera go ze wszystkiego, co tylko da się znaleźć do wzięcia, a jeżeli nic nie ma, to samego dłużnika z jego rodziną bierze do roboty nibyto, a właściwie ten dłużnik de nomine jest wolnym, a de re niewolnikiem swego wierzyciela póki z długu się nie wypłaci. Czy i jak rząd temu zapobiega, tego Ojcu powiedzieć nie mogę, bo nie wiem dokładnie. Umysłowo Betsileo stoją bardzo nisko, daleko niżej od Howasa. Trzeba wiele i bardzo wiele pracować, nim się da cośkolwiek wcisnąć do tej biednej mózgownicy. Zdaje mi się, że główną przyczyną tego przytępienia umysłowego jest rozpusta. Howasi żyją strasznie rozwięźle, niewiele się prawie różnią w tym względzie od zwierząt, a Betsileo jeszcze więcej są oddani cielesności. Do czego to wkrótce dojdzie, Pan Bóg raczy wiedzieć. Do tego nierządu krajowców, proszę dodać wpływ Europejczyków, którzy słowem i czynem potęgują rozpustę, tak, jakby umyślnie po to tylko tu przybywali; potem proszę dodać jeszcze do tego bezbożną naukę różnych sekciarzy, jak protestantów i t. p., a będzie Ojciec mógł mieć wyobrażenie, jakiemu prądowi opierać się tu musimy. Jak po całym świecie, tak i na Madagaskarze ma djabeł, niestety, niezliczoną moc swoich wiernych sług i misjonarzy, którzy ciągną dusze na zatracenie. Gdyby nie ufność w pomoc Bożą i opiekę Matki Najśw., tobyśmy chyba musieli opuścić ręce i dać za wygranę, w Bogu jednak nadzieja, że za łaską Jego żaden z nas tego się nie dopuści.
Wie Ojciec, że jestem żebrakiem, zatem nie zadziwi to Ojca wiele, że i teraz nie obejdzie się bez prośby z mojej strony, mianowicie: Jak Bóg da skończyć schronisko, będę musiał rekrutować chorych nie skądinąd, jak z pośród tutejszych krajowców, a z tego, com napisał trochę o ich obyczajach, widzi Ojciec, że będę miał mnóstwo trudności pod każdym względem, zatem udaję się już teraz z pokorną prośbą, żeby Ojciec i sam się modlił i innych prosił o modlitwy za mnie, żeby Matka Najświętsza raczyła nadsyłać przez miłosiernych ludzi jak najwięcej jałmużn na ukończenie schroniska i zapewnienie utrzymania jak największej liczby trędowatych, a tym sposobem ratować tych nieszczęśliwych ze szponów szatańskich, w których się obecnie znajdują. Miejsca będzie w schronisku na 200 chorych na razie, ale przyjąć będę mógł tylko tylu, na ilu będę miał zapewnione utrzymanie. Utrzymywać zaś ich nie mogę z kapitału, tylko koniecznie z procentów tego kapitału, bo w przeciwnym razie nie daleko bym zaszedł. Patrząc w przyszłość, mógłbym się obawiać i to porządnie, bo utrzymanie jednego trędowatego rocznie kosztuje 120 fr., trzeba zatem sporą sumkę umieścić, żeby z procentów utrzymać 200 chorych, ja zaś mimo to, mówię Ojcu szczerze, jak na spowiedzi, że nietylko, że się wcale nie obawiam, ale jestem przekonany i wszystkim tutaj to mówię, że schronisko to stanie, a utrzymanie będzie zapewnione na tylko na 200 trędowatych, ale i na trzy zakonnice do obsługi tych nieszczęśliwych i to na pewno, bo tem wszystkiem rządzi Sama Matka Najśw., która wciąż namacalnie daje dowody swej opieki nad nieszczęśliwymi trędowatymi. Po co szukać daleko, czy to nie jest najlepszym dowodem opieki Najśw. Mateczki, że przysłała mnie na Madagaskar bez grosza w kieszeni, a ot już mam za co, dzięki ofiarności dobroczyńców, wybudować schronisko. Tak samo zupełnie będzie i z potrzebnem utrzymaniem, dlatego ja nietylko proszę Matkę Najśw. o wszystko, ale już naprzód dziękuję Jej, bo wiem, że na pewno wysłuchać raczy niegodne moje prośby i dopomoże ratować nieszczęśliwe ginące dusze tylu trędowatych. Tak się okropnie szerzy na Madagaskarze i okolicznych wyspach ta plaga, że zarażonych tą chorobą tysiącami tłoczą po rządowych schroniskach, a mimo to, w każdej prowincji jest kilkuset trędowatych, nie licząc tych, co się ukrywają przed władzą, których niema godz podziać i dlatego ci biedacy włócząc się wszędzie, roznoszą zarazę.

Muszę kończyć na razie, bo czasu mam okropnie mało. Polecam drogiego Ojca opiece Matki Najśw., a moją niegodność Jego modlitwom.





LIST XLII.

Fianarantsoa, 23 czerwca 1903 r.


Wreszcie udało mi się dać porobić fotografje, które Ojciec żądał, spieszę więc przesłać je Ojcu, oraz podziękować Mu za ostatni list do mnie pisany. Z fotografji może Ojciec sądzić, jaki kawał góry trzeba było ściąć z jednej strony, żeby mieć kawałek równego miejsca pod budynki. Będzie to wszystko mocno stać, bo setki czarnych drapichrustów ciągle ubijają ziemię, którą inni dosypują w nieznacznej ilości naraz, oprócz tego z przodu nasypu jest mur kamienny, niedozwalający ziemi usuwać się, a przed murem jeszcze nasypy z ziemi, które będą zasadzone drzewami, służące do zabezpieczenia muru. Tenże sam mur służy i za fundament ścian, z tej strony przypadających. Niech Ojciec nie myśli, żeby w tem wszystkiem była przesada, że może zanadto robi się to wszystko, bynajmniej, niema w tem przesady żadnej i nie można nigdy tutaj zanadto się ubezpieczyć, chcąc mieć coś trwałego i bezpiecznego. Tutaj ogromne kawały gór często się odłamują i niszczą wszystko, co tylko na drodze napotykają.
Przed kilku miesiącami, na drodze wiodącej do Manandzari (Mananjary) spadł taki odłam góry, drogę znacznie uszkodził i niejeden z przechodniów zgnieciony został na miazgę. A nie można przecież zapominać o porze deszczowej; trzeba niezłej siły, żeby się oprzeć wodzie lecącej z kilkunastometrowych gór i to przez kilka miesięcy z rzędu codziennie. O nie, przesady wcale się nie boję, wolę przesadzić w ostrożności i być bezpieczniejszym, choć to połączone z większym kosztem, niż zrobić taniej, ale byle jak, a potem jednego pięknego poranku z całem schroniskiem zjechać na dół. Staramy się, żeby wszystko było jak najmocniej zrobione o tyle, o ile się tylko da, zabezpieczenie zaś od trzęsienia ziemi, które tu wcale nierzadkie, albo od innego temu podobnego wypadku, to już rzecz Matki Najświętszej, w Jej najśw. ręce wszystko złożyłem i od Jej woli wszystko zależy.

Założyliśmy tutaj z Braciszkiem, dozorującym robotników, szkółkę pomarańcz i brzozy, za której nasiona bardzo dziękuję drogiemu Ojcu (odebrałem je w tym miesiącu), jeżeli się uda, to będę się starał zalesić brzozą i pomarańczami wokoło schronisko i cmentarz. W miarę tego, jak co uda się zrobić, będę Ojcu nadsyłał fotografje, z których wszyscy łaskawi ofiarodawcy będą mogli się przekonywać, że ich jałmużny niezmarnowane. Dopiero tutaj przy ścięciu góry pod budowę, przekonałem się naocznie, jaką siłę ma roślinność; ziemia tutejsza — glina twarda jak kamień, zwłaszcza w porze suchej, woda z trudnością ją przenika i to wcale niegłęboko, a mimo to, korzenie przecinają się przez tę ziemię. Że eukaliptus albo
Budowa schroniska dla trędowatych w Fianarantsoa.

inne jakie silne drzewo zakorzeni się głęboko, to jeszcze nie tak zadziwia, ale nawet słaba paproć, ta najzwyczajniejsza leśna paproć, której wszędzie pełno po europejskich lasach, rozrasta się tutaj doskonale i zakorzenia się wcale nieźle. Bardzo mnie zadziwia, że tutaj takie mnóstwo paproci różnych gatunków, wszak ona lubi cień i wilgoć, a tu na suchem zupełnie miejscu, w ziemi twardej jak kamień, w porze suchej, nie mając wcale deszczu, rośnie doskonale i znosi skwar słoneczny, jak gdyby nigdy nic jej to nie szkodziło; prawda, że w cieniu i gdzie jest nieco wilgoci, np. w jakim jarze lub szczelinie skały jest ona rozkoszniejsza, ale i na pełnem słońcu wcale nieźle rośnie. Tłumaczę to sobie tylko tem, że u Pana Boga niema nic niepodobnego. Jeżeli mi się uda, to ślicznie może wyglądać całość, jak budowa będzie ukończoną, bo wiele upiększeń może być zrobionych z roślinności. Jest tu oprócz tego kilka rodzaji drobnych ptaszków, nieco mniejszych od wróbli, które nie śpiewają wprawdzie jak słowik, ale szczebiocząc po swojemu, nieco rozweselają.

Bardzo często, kiedy układałem w myśli plany i projekta, co i jak urządzić, żeby moim biedakom osłodzić, ile się da, ten żywot doczesny i zarazem pociągać ich do Boga na każdym kroku przez rzeczy zewnętrzne (bo, jak Ojcu wiadomo, moi czarni asceci nie są wcale zdolni do kontemplacji i co nie podpada pod zmysły, to już nie dla nich), mimowolnie całość staje mi przed oczyma, tak, jakgdyby wszystko było już ukończone i urządzone. Wtedy dwie rzeczy bardzo jasno mi się przedstawiają, t. j. ciężkość grzechu i miłosierdzie Boże. Ciężkość i szkarada grzechu przedstawia mi się w sprzeczności jaką spostrzegam, kiedy myślą patrzę na ukończone i zamieszkane schronisko, drzewa, kwiaty, ptaszki, owady i t. d. — wszystko to rzeźwe i wesołe po swojemu wychwala wszechmoc Stwórcy, jeden tylko człowiek pod brzemieniem grzechu, którego rany pokrywają całe jego ciało, albo co gorzej duszę, smutny i ponury pochyla się ciągle do tej ziemi, od której trudno mu serce oderwać. A tak, niestety, przedstawia się teraz świat cały. Miłosierdzie Boże widzę w tem wszystkiem równocześnie — Pan Jezus chłoszcze, pokrywa ranami, każe cierpieć, bośmy na to zasłużyli, a mimo to miłość jego ku nam nie ma granic, nie brzydzi się wcale wchodzić do tych plugawych, gnijących ust trędowatych swoich dzieci i do bezporównania plugawszego i szkaradniejszego serca ich niegodnego posługacza, wszystkich nas bez wyjątku chce mieć u siebie na wielki. Te dwie myśli często mi przychodzą i niewiem, cobym dał, żebym tylko mógł sam z nich skorzystać jakby można i trzeba, i moim czarnym pisklętom wytłómaczyć to należycie i tym sposobem podnieść nieco ich dusze do Boga.
Wy teraz często żalicie się na upały, a my przeciwnie, kulimy się, bo lipiec takie ma tu znaczenie, jak w Europie grudzień. W dzień niezimno, kiedy słońce grzeje i niema silnego wichru, ale w nocy daje się zimno czuć nieźle.
Od kilku lat żywię się przeważnie ryżem, a dopiero niedawno dowiedziałem się, że korzeń ryżu to silna trucizna, ugotować ten korzeń i napić się tej herbatki, to dobry paszport na tamten świat.
Moi chorzy zaglądają ukradkiem, t. j. kiedy robotników niema, do nowej budowy i kontenci, że robota postępuje i codziennie modlą się za łaskawych ofiarodawców, jak żywych, tak zmarłych. Mimo to jednak ja im od czasu do czasu przypominam ten obowiązek dla bezpieczeństwa, żeby nie zapomnieli czasem, sam zaś odprawiam co tydzień jedną Mszę św., t. j. 4 co miesiąc za naszych dobrodziejów, a oprócz tego codziennie robię za nich memento, tak, jak to już Ojcu kiedyś dawno pisałem.
Tyle tymczasem, żeby drogiego Ojca nie zanudzić moją gadaniną. Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najświętszej, a moją niegodność waszym modlitwom.






Fundamementa pod budujące się schronisko dla trędowatych w Fianarantsoa.

LIST XLIII.

Fianarantsoa, 25 sierpnia 1903.


Oddawna zbierałem się napisać do Ojca, ale nie mogłem, tak mi się fatalnie nie kleiło, że zbierałem się ciągle, jak czajka za morze, ale zebrać się nie mogłem, zawsze jak nie jedno, to drugie w drogę zaszło i ani rusz nawet myśli zebrać. Prawda to jest, że wiele może ten, co musi, a jeszcze więcej ten, co chce, jednak nulla regula sine exceptione, chciałem napisać, a nie dało się. Budowa schroniska postępuje — ile się da. Mówią tu wprawdzie na wszystkie strony, że siedzimy mocno, jak wróbel na gałęzi, bo lada chwila mają nas wyrzucić tak jak i z Francji; nie zaprzeczam tego wcale, ale też i nie zważam na to, a urguję roboty, jakgdyby nigdy nic. Dopuści Pan Jezus, że nas stąd wypędzą, dziej się Jego najświętsza wola, znajdę sobie gdzieś kącik i przeczekam tam, aż ta burza minie i potem znowu do rozpoczętego dzieła się wezmę. Ludzie wiele mogą, ale Najśw. Panna może wszystko zrobić, co się Jej tylko podoba i z pewnością nie dopuści, żeby dzieło, które sama rozpocząć kazała, nie miało przyjść do skutku — w to wcale nie wierzę; prędzej czy później, jednak los biednych trędowatych będzie polepszony i zabezpieczony; czasy nie najlepsze, to tak, ale ja mimo to nadziei wcale nie tracę i na nic się nie oglądając, robię, co mogę, żeby budowę przyspieszyć. Robota porządnie ciężka, zwłaszcza kloaki trzeba bardzo głęboko wycinać w górze, żeby spad był dobry.

Zaczyna się już u nas mieć niby ku wiośnie, t. j. ku porze deszczowej, ale dotychczas było sucho, ziemia zatem twarda jak kamień. Zwiedzających nie brak teraz, zawsze jakiś ktoś się nawinie, a po ukończeniu schroniska, rzecz jasna, że ich będzie mnóstwo, bo teraz wszędzie tylko o tej budowie gadają. Z tego, co wiem, jak jest na Madagaskarze, zdaje mi się, że nasze schronisko będzie budową pierwszorzędną jako budowa, a jako szpital, to na pewno będzie pierwszorzędnym dlatego, że tu dotychczas wszyscy wszystko budowali, ot aby budować, jak niby prowizorja ad fucum faciendum. Naturalnie, że wszyscy zwiedzający są, jak zwykle na całym świecie się dzieje, rzeczoznawcami i każdy spieszy z praktyczną radą; czy się znają na rzeczy, to pytanie, na które odpowiedzi twierdzącej jeszcze niema, ale sami mają się za rzeczoznawców i sypią rady, jak z worka, a każdy co innego i zwykle przeciwnego radzi. Wszystkie te rady i uwagi przechodzą tylko przez moje uszy, t. j. przez jedno wejdą, a przez drugie wyjdą, bo plan mam zrobiony po należytem przepatrzeniu wszystkich pro i contra co do najmniejszych szczegółów, zastosowany do potrzeb i wygody moich chorych, obmyślany i zrobiony przez człowieka, znającego się dobrze na budownictwie i t. d., więc od tego planu ani na krok nie odstępujemy. Na zarzut zaś mniemanych rzeczoznawców, że »ogromne sumy wydam, a toż samo dałoby się zrobić taniej«, zawsze odpowiadam to samo wszystkim, t. j. że »Matka Najśw. bogata i łaskawa, a w naszej Polsce ludzie miłosierni, więc jałmużny potrzebne będę miał na pewno, jak dotychczas miałem i wszystko się zrobi na pewno — za jałmużny, które dostaję, jak przed Bogiem, tak przed ludźmi odpowiadam tylko ja, a nie kto inny, niech więc państwo zostawią te obawy memu sumieniu« — po takiej konkluzji zwykle mam spokój. Trzeba Ojcu wiedzieć, że tutaj uważają za tańsze to, za co trzeba narazie mniej zapłacić, ale jaka to rzecz, t. j. czy dobra i trwała, czy nie, o tem nie myślą; tak np. dach koniecznie pokryć dachówką, a nie blachą, jak ja pokrywam, bo dachówka znacznie taniej będzie kosztować od blachy — ale, że blacha, choć narazie droższa, przetrwa co najmniej kilkanaście lat bez poprawy, a dachówkę trzeba naprawiać kilka razy co roku i za każdą poprawkę sporo pieniędzy wydać, tego nikt nie rachuje. Bez obawy mogę Ojcu powiedzieć, że tutejsza dachówka nie przepuszcza deszczu kiedy go niema, a jak pada deszcz nazewnątrz, to i wewnątrz domów też go mają, choć na dachu dachówka leży. Gdyby Ojciec mógł zobaczyć, to na pewno ubawiłby się widząc, jakie miny robią niedowiarki, kiedy im mówię, że Matka Najśw. bogata, miłosierna i t. d., zatem wszystko będzie. Wiedzą, że nie miałem ani jednego su na budowanie, bo to wszystkim mówię, teraz widzą, że budowa postępuje, więc nie mogą wątpić o tem, że
Mieszkanie O. Beyzyma w Maranie.

jałmużna nadchodzi i to z Polski, a nie skądinąd, bo o tem przekonywują się z ogłoszeń w »Misjach katolickich« francuskich, gdzie od czasu do czasu ogłoszone kilkanaście albo kilkadziesiąt franków, które na budowanie przecie nie wystarczą, zaprzeczyć zatem nie mogą tego, co mówię o Najśw. Pannie, ale miny mają nie arcymądre i zwykle nic nie odpowiadają. Często mi mówią i piszą ludzie wierzący, dobrzy i praktykujący katolicy: »Niech się Ojciec nie dziwi, że z Francji tak mało jałmużn nasyłają, bo u nas tyle dobroczynnych dzieł pozakładano w kraju, że najmiłosierniejsi często są w kłopocie, skąd pieniędzy wziąć na to wszystko«. Na to zawsze odpowiadam: »Wiem o tem i dlatego nic nie mówię, i nie śmiem nic mówić, zresztą jałmużna — to łaska, a nie obowiązek, jednak niech zajrzy kto chce do Polski, a przekona się, że i u nas, choć czasy ciężkie, jednak dobroczynnych dzieł też mnóstwo, wydatków wiele, bo zwłaszcza po rządem rosyjskim budują wiele nowych kościołów i naprawiają stare, a mimo to, dobrzy ludzie i o nieszczęśliwych trędowatych nie zapominają i nieraz, za co niech im Matka Najśw. stokrotnie wynagrodzi, z ostatniego sobie ujmują, a przysyłają na budowę schroniska, a może Bóg da, że nietylko sama fundacja będzie polską, ale i łóżka, jeżeli nie wszystkie, to większość będzie zakupiona przez Polaków«. Spostrzegłem parę razy, że tak gadając, niejednego trochę ukłułem, przykrości nie chciałbym zrobić nikomu, ależ trudno znowu, żebym mówił inaczej, bo byłoby to nieprawdą.

Już i pomiędzy Malgaszami pojawia się to niedorzeczne, a tak zgubne zapatrywanie się na naukę religji, jakie, niestety, jest w ucywilizowanej Europie. Niedawno temu przechadzał się przed kościołem jakiś wyelegantowany po europejsku Malgasz; było to przed Mszą św. w niedzielę i w kościele ksiądz wykładał katechizm. Ktoś zapytał tego czarnego eleganta (nazywają ich Malgasze wazahamainty, czytaj: váza máinti, znaczy czarny Europejczyk):
— Czemu nie wchodzisz do kościoła?
— To dopiero katechizm, a msza jeszcze się nie zaczęła — odpowiedział zapytany.
— A katechizmu już nie potrzebujesz, zaszkodziłby ci, jakbyś go posłuchał trochę — zapytał go znowu tamten.
— Katechizm to dla kobiet i dzieci, a nie dla nas — odparł sztucer.
Kiedy mi o tem opowiadano, żywo przypominało mi się to zło, na które nie można dość nażalić się w naszym kraju, mianowicie: że tylko lud prosty garnie się szczerze do Boga, a w wyższych warstwach społeczeństwa praktykujący katolicy to już chyba stanowią wyjątki. Na Mszy się nie jest w niedzielę, albo święto, bo..., na kazanie się nie idzie, bo..., katechizmu nie trzeba słuchać, bo..., słowem tych »bo« zawsze się znajdzie pełno napoczekaniu, tak, jakgdyby to miało kogo usprawiedliwić wobec Boga. Dałby Bóg, żeby to można wykorzenić u tych biednych Malgaszów, zaczynających dopiero być katolikami, bo inaczej niedaleko zajdą.
Pamiętam, żem Ojcu kiedyś już dawno pisał, jak paradnie wyglądają Malgasze pod parasolami, nie napisałem jednak Ojcu nigdy, o ile pamiętam, ile wycierpieć musi każdy dzieciak malgaski, dopóki sam chodzić dobrze i długo nie może, a mają te dzieciaki do cierpienia nawet i od parasoli, a to tak: matka nosi zwykle dzieciaka w lambie na plecach, to maleństwo nóżkami musi obejmować stan noszącej go matki, żeby nie wypadło, ale lamba dostaje mu zwykle do szyjki tylko. Matka nosi cały dzień dzieciaka tym sposobem, nachyla się, pracuje w ziemi i t. d., nie troszcząc się wcale, czy dziecku wygodnie, czy nie, czy go to męczy, czy nie. Często dziecko zaśnie, główka jego hojda się, jakby nie należąca do tułowia, słońce pada na tę główkę prostopadle, ale to wszystko wcale nie obchodzi idącą matkę, najmniejszej na to nie zwraca uwagi. Kiedy dzieciak płacze, to matka nosi go, jakby podskakując, niby to, żeby zabawić dziecko, a łatwo sobie Ojciec wyobrazi, co się dzieje z główką tego malutkiego, ale matka tego nie widzi i nie myśli wcale o tem. Podczas deszczu niejedna taka matka z dzieckiem na plecach roztworzy parasol i niby to chroni i siebie i dziecko od deszczu, ale jak? Jak struś w piasek, tak ona pod parasol głowę schowa i jeszcze przechyli parasol, nie poza dziecko, ale ponad niem, quasi dla lepszego uchronienia dzieciaka od ulewy, tymczasem wynik tego taki, że troskliwa rodzicielka niezbyt wiele dostanie wody na głowę, ale nieszczęśliwy jej potomek najpierw co krok, to dostaje szturchańca parasolem, a oprócz tego biegnie nań woda tyloma strujkami z pochylonego nad nim parasola, ile nad tem maleństwem jest drutów, czy rogów, do których płótno przymocowane. Trudno nieraz pojąć, jak tyle dzieci przeżyje tyle i takich tarapat w ciągu lat 2, czy 3.
Teraz o sobie słówko Ojcu opowiem, a raczej upokorzę się przed Ojcem, wyznając moją winę, mianowicie: od jakiegoś czasu nie miałem febry, ani też pcheł afrykańskich. Cieszyło mnie to, ale ani razu nie podziękowałem za to Matce Najświętszej, modliłem się wprawdzie często, ale sam nie wiem dlaczego jakoś się mi nie modliło tak, jakbym chciał i jak trzeba, i nie podziękowałem Najświętszej za tę łaskę. Otóż niedawno, właśnie podczas pisania tego listu, zaatakowały mnie pchły afrykańskie; nogi popuchły i rad nie rad, jego afrykańsko-tatarska mość musiał porzucić trzewiki i ustroić się w sandały. Chodziłem naturalnie trochę nierówniej, niż żołnierz we froncie; pytają mnie chorzy: »Co ci jest Ojcze, nogi cię bolą?« Powiadam im, że doznaję obecnie skutku grzechu pierworodnego, więc trzewikom dałem urlop, a sam walczę z pokusą do tańca. Niekoniecznie było mi do śmiechu, ale, że dobre wychowanie nakazuje trzymać się przysłowia: »hop na ulicy, choć bieda w kamienicy«, więc żartowałem — w parę dni potem chwyciła mnie febra i trzęsła, jak dobrze urodzajną gruszą; połknąłem zaraz niezłą dawkę chininy i zarazem przeprosiłem Najśw. Matkę za niewdzięczność. Mateczka najmiłosierniejsza więc przebaczy staremu złoczyńcy i jakoś to ono bude.
Posyłam Ojcu fotografje, które udało się zrobić, z nich może Ojciec choć trochę powziąść wyobrażenie, ile trzeba było ścinać góry i o ile robota postąpiła. Fotografje wyraźniejsze być nie mogą, bo czas mamy tu obrzydliwy — pochmurno i mroczy kapuśniaczek taki, co to za mały, żeby go deszczem nazwać, a większy znowu od rosy, a wicher przytem ustawiczny. Bywają i śliczne dnie to tak, ale fotografuje się wtedy, kiedy fotografa dostać można, a nie wtedy, kiedy pogoda, a względnie światło byłoby potemu. Trudna rada, tak to już zwykle się dzieje na tym świecie, że niema kącika bez krzyżyka. Ja znowu cieszę się bardzo na myśl, że jak Bóg da doczekać, to za jakie lat dwa najwięcej, ukończy się cała budowa i będę miał Najśw. Sakrament w kościółku wprawdzie ubogim, jak na nas żebraków przystoi, ale całym, t. j. nie cieknącym i czyściutkim, jak tylko być może. Dotychczasowe tułactwo ze Mszą św., to prawdziwy czyściec dla mnie; w tych szopach cieknących i wiecznie zaprószonych, ani Najśw. Sakramentu mieć nie można, ani należycie nawet do Mszy św. wszystko przysposobić. Pan Jezus wszędzie obecny i zawsze nas widzi i słyszy, mimo to zupełnie inaczej człowiek się modli przed Najśw. Sakramentem, niż w domu — nieprawdaż?

Jak się Ojcu wydaje obecna rama, w której Najświętsza Panna Częstochowska będzie na nowym ołtarzu, trochę niby pokaźniejsza od tej, co przedtem zrobiłem. Najświętsze Imiona są jak przedtem u góry i u dołu, tylko z gałązek, więc na pierwszy rzut oka na spostrzeże kto nie wie, że są. Musi narazie Najśw. Matka zadowolnić się tą lichotą, bo widzi przecie Sama, że czem chata
Widok na zewnętrzną stronę budującego się schroniska dla trędowatych w Maranie.

bogata, tem rada — zrobiłem, jak mogłem, a lepiej nie potrafię.

Nabazgrałem już może i zanadto, przestanę zatem narazie zanudzać Ojca moją gadaniną. Oczekując niecierpliwie listu od Ojca, proszę o łaskawą pamięć w modlitwach.






Zewnętrzna strona budowy schroniska dla trędowatych w Maranie.

LIST XLIV.

Fianarantsoa, 26 września 1903.


...W przeszłym liście posłałem Ojcu fotografje budowy, ale od tego czasu już jest znowu znaczna zmiana, bo dzięki Bogu robota dobrze idzie; za kilka miesięcy, t. j. najprawdopodobniej ku końcowi deszczowej pory, poszlę Ojcu znowu fotografje, jeśli się mi uda dostać takowe. Podczas deszczów będzie się niwelować reszta gruntu pod budynki, co pójdzie nieco łatwiej, niż w porze suchej, nie o wiele jednak łatwiej, bo ziemia niebardzo głęboko tutaj przemokła.
Po wysłaniu poprzedniego listu do Ojca, miałem jeszcze egzemplarz fotografji i poszedłem pokazać ją robotnikom; powiedziałem im, że ich poznają Wazaha za morzem patrząc na tę fotografję, z czego byli bardzo zadowoleni. Dość długo cieszyli się, patrząc na fotografję; każdy siebie odszukał i poznał, chociaż ja za to ręczyć nie mogę, bo nawet tacy siebie odnaleźli, którzy przyszli do roboty na drugi lub trzeci dzień po zdjęciu fotografji, a podczas fotografowania nie było ich wcale. Jakby tam zresztą nie było, mniejsza już o to, dość na tem, że zadowoleni byli wszyscy, że są na »obrazie«. Kiedy się nacieszyli i wracałem do siebie, po drodze zatrzymuje mnie jeden z robotników i mówi: »Pokaż mi, Ojcze, jeszcze raz ten obraz, bo niedość widziałem«. Pokazałem mu fotografję, patrzał kilka minut i potem z porządnie kwaśną miną pyta mnie: »Co to znaczy, Ojcze, że mnie tu niema, popatrz ty, może mnie odszukasz, tych, co tak daleko byli, maszyna (aparat fotograficzny) chwyciła wszystkich, a ja byłem tak blisko tej maszyny i mnie tu jakoś niema«. Gdzie stałeś, pokaż, kiedy robiono obraz, powiedziałem mu. »Ot tam w dole«, odpowiedział, pokazując dół, w którym pracował. Było to wprawdzie przy aparacie, ale na 5, czy 6 metrów głębokości w ziemi. Tłumaczyłem mu, jak umiałem, że maszyna może chwycić tylko to, co jest przed szkłem, ale nie to, co znacznie wyżej albo niżej od szkła. Nie trafiło mu to jednak widocznie do przekonania, bo odszedł w nienajlepszym humorze.
Zbliżamy się już do lata; 3 b. m. wieczorem, usłyszeliśmy pierwszy raz grzmot, jednak bardzo słaby jeszcze i skropił drobniutki deszczyk. Te drzewa, co spuszczają liście na zimę, już się zaczynają rozwijać i wszystko się ożywia, niby ze snu się budzi. Wkrótce zaczną codziennie walić pioruny i lać deszcze obfite. Obecnie ustawiczne mamy iluminacje wszędzie, bo Malgasze palą przeszłoroczną suchą trawę w pustyni, żeby podczas deszczów nowa lepiej rosła. Widok niebrzydki wieczorem, albo w nocy, kiedy się patrzeć na pnący się ogień po górach w różnych kształtach, to pasami, to wężowato i t. p., ale żeby dym ładnie pachnął, tego nie powiem. W dzień zaś te zgliszcza obrzydliwie wyglądają. Wszystko tu idzie ku wiośnie, zaczyna się orzeźwiać i ożywiać, mimo to jednak i śmierć nie pozwala o sobie zapominać i od czasu do czasu daje znać, że i ona ma swoje prawa na tym świecie.
Niedawno temu przyszedł młody człowiek, lat 21 albo 22 mieć mogący, odwiedzić krewną trędowatą. Od tygodnia skarżył się na ból w piersiach. Pogorszyło mu się raptownie i zaczął konać. Trędowata, którą odwiedzał, zawołała mnie, żebym ochrzcił konającego (był to poganin). Poszedłem więc natychmiast i ochrzciłem go, a po chwili już nie żył. Jeden z robotników pracujących u mnie, przyszedłszy rano do roboty, żalił się przed drugimi, że go głowa boli, a w niespełna godzinę odnieśli go nieżywego do jego wioski. Ten nieszczęśliwy umarł bez chrztu, bo nie dano mi znać o nim; mówili mi ludzie, że nie mogli mnie uwiadomić dla braku czasu, gdyż była to śmierć prawie nagła. Można się jednak pocieszać nadzieją, że ten człowiek miał chrzest pragnienia, bo oddawna przed śmiercią nosił się ciągle z myślą, żeby się dać ochrzcić. Tyle wciąż wypadków śmierci na wszystkie strony, a mimo to, tak łatwo człowiek zapomina, choćby na krótki czas tylko, o śmierci; a ile to ludzi na świecie, co na nieszczęście wcale o niej nie chcą myśleć.
Kończę bazgraninę, oczekując niecierpliwie listu od Ojca i polecając się Jego łaskawej pamięci w modlitwach.






O. Beyzym rzeźbi nową ramę do obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

LIST XLV.

Fianarantsoa, 26 października 1903.


Jak przedtem, tak i obecnie mogę, dzięki Bogu, z radością Ojcu donieść, że roboty postępują. Trudności są to prawda, ba na tym świecie niema kącika bez krzyżyka, ale Najświętsza Pani tak błogosławi i dopomaga, że nie wiem jak Jej dziękować. Rachowałem, że za dwa albo trzy lata będzie może skończone wszystko, tymczasem się pokazuje, że jeżeli tak pójdzie wszystko dalej, jak idzie dotychczas, t. j. jeżeli jakie niespodziewane przeszkody nie zajdą, to za rok spodziewamy się ukończenia robót, zatem będzie można zacząć przyjmować chorych. Za to wszystko ustawicznie dziękuje Matce Najśw., a przytem, jak od siebie, tak w imieniu przyszłych mieszkańców schroniska, wszystkim dobroczyńcom razem i każdemu zosobna zasyłam pokorne, ale ze szczerze wdzięcznego serca »stokrotne Bóg zapłać« — co po naszemu brzmi: »misoatra dia misoatra anarew izahay« — czytaj: misáutr dia misáutr anaréu izahaj — znaczy: my Wam dziękujemy i dziękujemy jeszcze = bardzo dziękujemy.
Wkrótce, jeśli mi się uda, nadeszlę Ojcu znowu fotografję budowy, żeby Ojciec widział, jak znaczny jest postęp, a zarazem gdzieśmy się musieli zatrzymać z robotą z początkiem deszczowej pory. Dziwny sposób mają Malgasze wypoczywania, nie przestając nosić ciężarów; mianowicie: co kawałek drogi zostawiają to, co niosą, a potem znowu wracają poto, żeby nieść dalej, np. niesie tragarz kawał budulca A, uniósłszy kawałek drogi, zostawia to A i wraca na miejsce skąd przenosi ciężary, wziąść B, potem zostawia B, a wraca po C i t. d. Za wypoczynek oni uważają te chwile, w których wracają po następny, albo zostawiony ciężar, nic nie niosąc. Czy to wypoczynek, tego nie wiem, ale oni mówią, że takim sposobem lżej im przenosić ciężary. Naturalnie że tak robią, kiedy zgodzeni od sztuki i chodzi każdemu o to, żeby jak najwięcej i w jak najkrótszym czasie przenieść. Jeżeli zaś zgodzeni nie od roboty, ale na dzień i nie są pilnowani, to nie robią ani ⅓ tego, co mogliby łatwo zrobić, bo posiadają albo się pokładną i gwarzą.
Niedawno przybył w niebie jeden aniołek więcej i to od nas, a to tak: Przyszło na świat dziecko — chrzciłem je we wigilję Matki Boskiej Różańcowej w południe, a w nocy odleciał dzieciak z tego świata śpiewać Różaniec w niebie. W samo święto Matki B. Różańcowej po Mszy św. pochowałem to maleństwo, którem tylko tydzień cieszyli się rodzice. Często przychodził mi na myśl ten szczęśliwy malec i cieszyłem się jego szczęściem. Przeżywszy tydzień tylko na tym świecie, nic zgoła nie wiedząc o niczem, pozbył się grzechu pierworodnego i prosto potem do nieba. Jak doskonały akt wdzięczności musiał on wzbudzić, kiedy w niebie naraz poznał Boga, zrozumiał wszystko, jak i co się dzieje, jakiego uszedł niebezpieczeństwa przez opuszczenie ziemi i t. d., i t. d. Kiedy tak nieraz myślałem, to mimowoli przychodziło mi na myśl: cobym ja dał za to, żebym mógł wzbudzić tak doskonały akt żalu za grzechy, jak ten dzieciak wzbudził akt wdzięczności, do zupełnego szczęścia nicby mi więcej zgoła nie trzeba było, bo pękłoby mi z pewnością serce przy tym akcie żalu, drapnąłbym z tej ziemi i naturalnie prędzejbym z Panem Jezusem i Najśw. Mateczką był złączony na wieki, a o cóż więcej chodzi. No, no, czy może nie tak?
Pisałem już zdaje mi się kiedyś Ojcu, że mam tu dość zwiedzających budowę, bo wszędzie gadają o tem schronisku. Otóż kiedyś niedawno przyszło kilku czarnych gawronów i zaczęło się gapić. Patrząc na wszystko, zobaczyli nawpół wybudowaną kloakę i nie mogli żadną miarą pojąć, na co taki długi kanał przy domu. Jeden z nich więcej ucywilizowany niby, chociaż swoją drogą niczem się od towarzyszy nie różnił, bo oprócz kawałka lamba, żadnego innego odzienia nie używał, tak im całą rzecz wytłumaczył: wazaha, czytaj waza (cudzoziemiec) mądrze wszystko obmyślają, w domu będą mieszkać wygodnie, a w razie najścia nieprzyjaciela, do tego kanału się pochowają i będą bezpieczni. To tłumaczenie zupełnie zaspokoiło ciekawość towarzyszy czarnego cicerone, zdaje mi się dlatego, że Malgasze tak samo zawsze robili, kiedy jedno plemię napadało na drugie. — W każdym domu malgaskim był wykopany dół wewnątrz domu, zamykający się drzwiczkami, czy czemś w tym rodzaju. Kiedy nieprzyjaciel okrążył dom, wtedy wszyscy mieszkańcy, znajdujący się wewnątrz domu, chronili się do tej jamy i zamykali otwór u góry; pod otworem stał jeden ze schronionych tam ludzi z dzidą lub czemkolwiek ostrym w ręku, i jak tylko nieprzyjaciel otwierał dół i chciał tam wejść, to go przebijał stojący w dole strażnik. Dowiedziałem się o tem od jednego Malgasza, który mi tłumaczył, na podstawie czego ci zwiedzający wzięli kloakę za taki dół ochronny.
Gadu, gadu, słówko za słówkiem i jakośby tak szło dalej i dalej, tymczasem jeszcze do niejednej koperty muszę list włożyć, a czas ucieka jakby umyślnie. Na dziś więc na tem zakończę i bardzo a bardzo prosząc o modlitwy, wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najświętszej.





LIST XLVI.

Fianarantsoa, 12 listopada 1903.


Niedawno wysłałem list do Ojca, a teraz spieszę z wysłaniem obecnego, jakby w pogoń za poprzedzającym, bo zapomniałem Ojca prosić o rzecz bardzo dla mnie ważną, mianowicie: niech Ojciec z łaski swej ogłosi w »Misjach katolickich«, że ja pokornie, ale zarazem bardzo i bardzo proszę wszystkich, kto może i łaskaw, o rysunki. Rzecz ma się tak: budowa szybko, dzięki Bogu, postępuje, muszę zatem już teraz starać się o zabezpieczenie bytu przyszłych moich piskląt, jak co do ciała, tak co do duszy; poznałem wyraźnie z codziennego doświadczenia, że bibljoteka niezbędna mi podwójna, to jest trochę książek co czytania, naturalnie w języku malgaskim, a daleko więcej rycin do oglądania, żeby zająć tych, co czytać nie umieją i nauczyć się wcale nie mogą. Jeżeli ich nie zająć czemś pożytecznem w niedziele, święta, wieczorami, zwłaszcza w porze suchej (tutejsza zima), kiedy dnie krótsze, a także podczas deszczów, kiedy zmuszeni są siedzieć w izbie, to będą tylko gadać i naturalnie, że to przelewanie z pustego w próżne nie obejdzie się w żaden sposób bez obmów, kłamstwa, oszczerstwa, brudów, kłótni, najczęściej połączonych z bijatykami, gdyż u nich wcale o to nietrudno i t. d. i t. d., słowem, jest to woda na djabelski młyn, jak zwykle się dzieje po całym świecie między ludźmi, co nic nie robią. Z książkami do czytania kłopotu mieć nie będę, łatwo ich dostanę potrzebną ilość, bo najpierw, że mało który umie czytać i niekoniecznie łatwo się uczy, a powtóre, że czarni literaci tak po największej części czytają, jak i w Europie ludzie nieoświeceni, to jest, że z liter pojedynczych potrafią lepiej lub gorzej sklejać wyrazy, ale co czytają, o tem najmniejszego nie mają pojęcia, jedną i tąż samą kartkę czarny literat przeczyta nie wiem ile razy z jednakowem zawsze zajęciem, bo nie rozumie wcale, co czyta. Mnie samemu często się zdarzyło spytać którego z czarnych czytaniem zajętego: Zrozumiałeś, coś przeczytał? Odpowiada: »Tak, wszystko rozumię«. Cóżeś zrozumiał, o czem tu mowa? zapytałem znowu. — Odpowiada: »Nie wiem«. Rozumię znaczy u nich, że każde słowo zosobna rozumie, ale co znaczy całe zdanie, to już nie rzecz literata, wcale się o to nie troszczą czytając. Takie rozumienie wcale nie pomaga w katechizowaniu, często się im co najprostszego tłumaczy i to bardzo niewiele naraz, a potem zapytać: Rozumiesz moje słowa?? Odpowie: »Tak, rozumię«. Cóż ja powiedziałem? Odpowie: »Nie, wiem«. Widzi więc Ojciec, że z książkami do czytania kłopotu nie będzie, jakie dwie lub trzy książki od już i jest bibljoteka, z której korzystać będą mogli moi pacjenci nieinaczej, jak tylko wspólnie, to jest, że albo sam będę im czytał, tłumacząc zarazem o co im chodzi, albo każę któremu z nich czytać, a sam będę tłumaczył w czem rzecz.
Trudność wielka w tej mierze w rysunkach do oglądania. Nie mówię tu wcale o obrazkach, albo obrazach świętych, bo to zupełnie inna rzecz, nie o to mi chodzi narazie. Trzeba mi mnóstwo rycin do oglądania, to jest: widoki, zwierzęta, ptaki, owady, kolej żelazną, okręty, wojsko, bitwy, kwiaty i t. d., słowem wszystko dobre, na co tylko patrzeć można, bo moja komenda nigdy nic nie widziała, wszystko zatem ich zajmuje, wszystkiemu się dziwią. Pomiędzy Malgaszami jest wielu, co nie wie np. co to koń, bo go nigdy nie widzieli. Rzecz jasna, że ryciny malowane przypadną więcej do gustu moim dzikusom, ale i nie malowanemi zajmą się chętnie i całkowicie, bo są nadzwyczaj ciekawi. Wiem, że jak po zakładach publicznych, tak i po prywatnych domach jest zwykle mnóstwo ilustracyj najrozmaitszych, które jakiś czas walają się bez użytku po kątach, a wreszcie bywają zupełnie wyrzucane, dlatego proszę, żeby Ojciec był łaskaw ogłosić w »Misjach katolickich«, że tych ilustracyj bardzo potrzebuję i pokornie o takowe upraszam. Osobnych rycin nie mogę dać moim pisklętom do oglądania, bo albo je prędko zniszczą, albo rozkradną; muszą te ryciny być koniecznie ponaklejane na papierze i oprawione, żeby je można było dawać do oglądania, jak zwykle książki się dają; opisów żadnych do tych rycin nie trzeba, bo nikt tu ich czytać nie będzie, zajmowałoby to tylko miejsce niepotrzebne w oprawionym zbiorze rycin. Introligatorów tu niema, gdybym więc dostał sporo takich rycin, nie wiedziałbym, jak i co z tem począć. Wielkiem byłoby zatem dobrodziejstwem dla mego schroniska, gdyby każdy, co będzie mógł i zechce zajść się zebraniem pewnej ilości rycin, był łaskaw dać je przedtem oprawić (jak najprościej rozumie się), a potem dopiero dać je Ojcu dla przesłania mnie.
To oglądanie rycin wydaje mi się bardzo skutecznym środkiem do zabezpieczenia od grzechu tych, co przez jakiś dłuższy przeciąg czasu muszą być w bezczynności, a zwłaszcza tych, co jeszcze nie są zbyt mocno chorzy, albo prawie zdrowi zupełnie, jak np. ci, co dopiero mają tylko plamy trądu i nic więcej. Dlatego choć pokornie, ale śmiało proszę wszystkich o tę łaskę, kto tylko może i chce mi ją wyświadczyć, wiem bowiem przytem na pewno, że im to Matka Najśw. stokrotnie po swojemu wynagrodzi. Kilkanaście, albo kilkadziesiąt rycin rozmaitych, oprawionych w jedną książkę, napozór zdaje się to być niezbyt wielką rzeczą, a tymczasem ilu to grzechom się przeszkodzi, i ile chwały Bożej przysporzy! Niejedna dusza będzie za to wdzięczna wiecznie łaskawym dobroczyńcom. O grach, któreby mogły tu być użyte, też przemyśliwałem również jak o zabawkach dla dzieci, któremi, bez ubliżania im, mogę powiedzieć, starzy bawiliby się również chętnie jak dzieci, od których prawie niczem innem się nie różnią jak wzrostem i latami. Czy uwierzy Ojciec, że tu zepsucie do takiego stopnia posunięte, że nie odważyłbym się dać dziecku np. lalki do zabawy, bo z pewnością zaraz byłoby to powodem jakiejś niemoralności.
Kończąc bazgraninę, wszystkim Wam razem i każdemu zosobna winszuję Świąt i Nowego Roku i polecam Was opiece Matki Najświętszej.






Nowe ramy do obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, wyrzeźbione przez
O. Beyzyma do kościoła trędowatych w Maranie.

LIST XLVII.

Fianarantsoa, 26 grudnia 1903.


Bóg zapłać za list z października b. r. Ucieszyłem się nim jak zwykle, bo już oddawna nie miałem od Ojca wiadomości. Wiadomości z kraju w tym liście zawarte, to jest o tych strasznych powodziach, co tyle narobiły szkody, nie zmartwiły mnie, ani przeraziły wcale, lecz przeciwnie ucieszyły też. Zaraz się wytłumaczę, żeby Ojciec nie sądził, że żyjąc między poganami, sam spoganiałem i cieszę się z nieszczęścia bliźnich. Dzięki Bogu, jeszcze tak źle nie jest, nie cieszę się wcale z nieszczęścia, które nasz kraj spotkało i, gdybym tak mógł, jak nie mogę, zaraz wszystkim razem i każdemu zosobna radbym z całego serca dopomóc i podźwignąć z biedy, ale ucieszyłem się temi wiadomościami, bo zdaje mi się, że powiększy się przez to cześć i chwała Najśw. Matce należna. A jest to tak: patrząc na rzecz czysto po ludzku, okiem materjalnem, pewno, że źle i bardzo źle, woda niszczy i zabiera wszystko, niejeden i śmierć znalazł w tej klęsce i t. d. i t. d., słowem że źle. Ale patrząc na to wszystko okiem wiary, tak trochę więcej po katolicku, po bożemu, tak to sobie moim głupim rozumem tłumaczę: musieli ludzie nabróździć za wiele, zanadto zapomnieć o Bogu, więc taż Pan Jezus i zesłał nieszczęście, żeby ich nieco upamiętać, jak dobry Ojciec, który, choć kocha swe dzieci, jednak je i rózgą popieści kiedy na to zasłużą. Zwykle w nieszczęściu stają się ludzie pobożniejsi, co potwierdza nawet i przysłowie: »jak trwoga, to do Boga«. Do kogóż zatem zaczną się udawać, kogo o przyczynę prosić, jeżeli nie Matkę Najświętszą, wszak wiedzą wszyscy, że jedyną i najpewniejszą obroną i pomocą — Matka Najświętsza nie kto inny. Jak zaś więcej zaczną ludzie garnąć się do Matki Najświętszej, to już wszystko dobrze, bo powiększy się Jej cześć, o Ona ze swej strony nikogo udającego się do Niej nie odrzuci, to więcej niż pewne. Uprosi przebaczenie win ludziom u swego Boskiego Syna i dopomoże, jak w rzeczach doczesnych, tak i co do duszy — ot dlaczego tak się wyraziłem, t. j. że ucieszyła mnie wiadomość o powodziach.
My tu mamy też obficie deszczu codziennie, ale nie są to powodzie, tylko zwyczajna deszczowa pora przez 5 czy 6 miesięcy, potem znowu ani kropli deszczu przez drugie tyle czasu. Niezbyt dawno temu mieliśmy tu dwa razy grad. Było przez jakiś czas okropnie parno, duszno i nieznośnie gorąco, poczem spadł tu grad, porządnie go spadło i leżał kilka minut; wszystko było pobielone na ziemi, jak kiedy śnieg spadnie. Przypomniały mi się konwiktowe czasy na chwilę, bo widziałem jak czarni, nie zważając na to, że tak są wrażliwi na zimno, zaczęli ze swawoli obsypywać jeden drugiego garściami gradu, zlepiali go ile mogli w kule i walili się tem nawzajem; słowem przez kilka chwil mieli rozrywkę, a ja, patrząc na to, miałem i rozrywkę i miłe wspomnienie przeszłości.
Kiedyś pokazywałem chorym sanie na rysunku i starałem się im wytłumaczyć co to jest, ale naturalnie nie udawało się to, bo nie mają pojęcia o śniegu. Po gradzie, mówię im: wiecie co jest grad — jest to zmarznięta woda; odpowiadają: »rozumiemy«. Otóż taka sama zmarznięta woda, tylko nie w kulkach, a w gwiazdeczkach — to śnieg; tego śniegu spada tak wiele, jak tu spada wiele deszczu, a że zimno, więc on się nie topi i po nim jeżdżą wazaha saniami. Kiedy zapytałem, czy teraz rozumieją co to śnieg, odpowiedzieli że nie; musiałem zatem dać za wygranę, bo wszystkie tłumaczenia na nicby się nie przydały.
Powietrze tutaj po deszczu, a jeszcze więcej po gradzie, jest nieco odświeżone, to prawda, jednak nie może się porównać nawet z naszem letniem świeżem powietrzem, chociaż niby odświeżone przez deszcz albo grad, jednak czuć w nim skwar afrykańskiej pustyni.
Brak czasu bardzo mnie nagli, nim jednak skończę bazgraninę, powiem Ojcu jeszcze, że zupełnie niespodziewanie, a jeszcze bardziej niezasłużenie spotkał mnie zaszczyt, mianowicie: dostałem Liturgję wydaną przez P. X. Prałata Nojszewskiego, którą mi przysłał sam Przewielebny autor. Czytam ją wolnemi chwilami i bardzo mi się podoba; otwarcie Ojcu powiem, że gdyby to ode mnie zależało, tobym nietylko radził, ale nakazał poprostu, żeby każdy kapłan ex offo ją miał i czytał. Wszystko w tej książce tak jasno i dokładnie wyłożono, że lepiej nie można, ale co się mi wydaje jeszcze ważniejszem, to mianowicie to, że czytając tę Liturgję z uwagą, pokrzepia się człowiek na duchu, jakoś więcej i wyraźniej uwidacznia sobie, że poświęcił się na służbę Ołtarza na poto, żeby ją spełniać jako rzemiosło jakie, dające mu utrzymanie, ale że oddał się zupełnie na usługi Chrystusa Pana, o którym ludzie coraz bardziej teraz zapominają, żeby i samemu się zbawić i bliźnich do tegoż celu prowadzić. Słowem, że niewiele gadać, a wszystko powiedzieć, odrywa się człowiek od tej ziemi, a zbliża do Boga. Jeżeli Ojciec tej Liturgji jeszcze nie czytał, to radzę Ojcu ją przeczytać, jestem prawie pewien, że Ojciec zgodzi się ze mną w zdaniu co do tej rzeczy.
Fotografij do tego listu nie dołączam, bo niegotowe. Mam jednak nadzieję w Bogu, że wkrótce będę mógł Ojcu przesłać takowe.
Tyle tymczasem, bo jeszcze mam mnóstwo do napisania. Wszystkich Was polecam opiece Matki Najświętszej i bardzo a bardzo proszę o modlitwy.





LIST XLVIII.

Fianarantsoa, 26 stycznia 1904.


Temi dniami dostałem wreszcie potrzebne fotografje i spieszę przesłać je Ojcu; pora deszczowa zatrzymała roboty w takim stanie, jak widzi Ojciec na fotografjach. Obecnie wewnątrz pracują, blacha na dachach przyśrubowuje się na stałe, gdzie jeszcze była położona dla przykrycia tylko murów od deszczu; góra ścina się, żeby przygotować miejsce pod resztę budynków, ale murować nie można, trzeba czekać, aż nadejdzie pora sucha. Plan dla Ojca przygotowuję, ale jeszcze nie miałem czasu go skończyć i dlatego nie posyłam; szkoda zresztą niewielka, bo i tak budowa nieskończona, więc narazie ma Ojciec wszystko na fotografjach. Jak skończę rysować plan, a Matka Najśw. pozwoli skończyć cały zakład, to Ojciec wtedy lepiej się zorjentuje. Budynki dla chorych już prawie wszystkie stoją pod dachem, brakują tylko refektarze i dwa czy trzy składy. Wszędzie wewnątrz biegnie chodnik kryty koło domu, słupy ma z cegły i wyłożony płytkami kamiennemi, żeby podczas deszczu można było wszędzie dostać się na sucho. Ta niby
Schronisko trędowatych w Maranie. — Nr. 1. Podwórze wewnętrzne: po prawej stronie oddział żeński. (Zob. str. 378).

brama, naprzeciw której stoi na fotografji nas dwóch: kamieniarz i ja, to wcale nie brama i przejścia tam niema wcale, jest to miejsce wolne, zostawione umyślnie dla przewiewu, bo po obu stronach są wychodki przy sypialniach. Wszędzie w budynkach przewiew urządzony tak: w sufitach powprawiane rury blaszane, niby kominki (decimetr średnicy), wychodzące z mieszkań na strych tylko, t. j. pod blachę, ale nie nazewnątrz dachu. Na strychu wszędzie w tych przejściach niby, zostawionych dla przewiewu, o których nieco wyżej wspomniałem, nad drzwiami mieszkań są okna (widać to dobrze na fotografji 1 w końcowych budynkach) wychodzące nazewnątrz, ale zawsze pod dachem. Dach całego zakładu, a zatem i strych, stanowi jedną całość, takim więc sposobem na strychu ustawiczny przeciąg wiatru, oczyszczający powietrze, a deszcz do środka dostać się nie może. Tenże sam przeciąg wiatru na strychu będzie chronił od zbytniego gorąca, kiedy się blacha rozpali od słońca. W każdem mieszkaniu będzie tych kominków więcej lub mniej, stosownie do wielkości sali. — W oknach nigdzie krat niema i nie będzie; gdzie będzie tego potrzeba, dam siatkę drucianą. Okna wyglądają niby zakratowane, chociaż to nie są kraty tylko same okna, bo szyby umyślnie dano maleńkie, żeby łatwiej było wstawić kiedy się stłucze (o co wcale nie będzie trudno u moich piskląt) i żeby niezbyt wiele stracić szkła podczas transportu z Europy. Coś stracić trzeba, to rzecz jasna, ale o małą szybkę daleko łatwiej wystarać się i dostać, niż wielką, a szkoda mniejsza kiedy się stłucze. Te niby ganki poprzybudowywane
Schronisko trędowatych w Maranie. — Nr. 2. Podwórze wewnętrzne mężczyzn. (Zob. str. 378).

wszędzie, to z przeproszeniem wychodki, nie co innego.

Zapomniałem napisać o przewiewie u dołu dla zabezpieczenia od wilgoci i psucia się podłóg. Otóż jest tak: we wszystkich ścianach zakładu są otwory u dołu nad fundamentami, ale pod podłogą, między ziemią a podłogą zostawiona wszędzie próżnia 60 ctm. głębokości, w której będzie ustawiczny przeciąg wiatru przez te otwory w ścianach i tym sposobem da Bóg, że będzie sucho wewnątrz. Pioruny walą nieźle, ale szkody niema i da Bóg, nie będzie, bo będą wszędzie konduktory na dachach, obecnie jest ich już trzy umocowanych. Widać ich na fotografji, ale bardzo słabo. Wcinać się w górę jeszcze trzeba sporo, jak widzi Ojciec na fotografji i dlatego korzystamy z deszczowej pory póki ziemia nieco miększa.
Fotografje, które Ojcu posyłam, robione w obecnej porze, o czem najlepiej świadczy kałuża, którą widać na fotografji. Słupy chodnika odbijają się we wodzie. Ot tyle niby na razie wiadomości, a raczej sprawozdania o robotach mogę Ojcu przesłać. Jak Bóg pozwoli postąpić naprzód, to znowu Ojcu poszlę ciąg dalszy tego. Chciałby Ojciec wiedzieć może, co oprócz tego u mnie słychać, to odpowiedź na to krótka, mianowicie: grzmoty i pioruny.
Pewnego dnie w połowie stycznia b. r. było tak: od samego wschodu słońca do południa nie było zbyt gorąco, ale dość parno i cisza taka, że ani listek się nie poruszył, najmniejszego wiaterka nie było. Między godziną 12 a 1 zaczęły się błyskawice i grzmoty. Nic w tem zgoła nie widziałem dziwnego, bo jesteśmy w porze deszczowej. Sądziłem tylko, że może będziemy znowu mieli grad, bo niebo zaciemniało się coraz bardziej gęstemi, mocno ołowianego koloru, tak, że można powiedzieć, prawie czarnemi chmurami. Pioruny zaczęły się sypać coraz bliżej i bliżej, waliły jeden po drugim co się zowie, jakby chciały się popisać, kto lepiej palnie. Stałem niedaleko okna i przypatrywałem się i przysłuchiwałem temu wszystkiemu z wielką przyjemnością, bo bardzo lubię patrzeć na burzę. Naraz taki rozległ się trzask, jakby się niebo rozdarło i przeleciał nad moją chatą piorun po niebie, jakby ognista wstęga i palnął gdzieś w góry. Zaraz po nim chlasnął drugi pionowo w ziemię tuż obok mnie, tak może co najwięcej to o jakie 3 metry ode mnie, albo i nietyle nawet. Drgnąłem, nie ze strachu, ale z konieczności, bo cała chata drgnęła, tak zupełnie, jak podczas trzęsienia ziemi, zatem i ja drgnąć musiałem razem z podłogą, na której stałem. Wspaniale strzelił ten piorun, to ani słowa, ale żeby był tak nieco bliżej mnie spadł, tobym już tego listu prawdopodobnie nie był pisał, kto inny dałby znać W. O. Prowincjałowi, że trzeba następcę na moje miejsce przysłać. Nie nastraszyłem się, to prawda, ale dokładnie i jasno wytłumaczył mi ten piorun słabość i nicość człowieka, że już lepiej chyba trudno to zrobić. Otwarcie Ojcu powiem, że nie mogę pojąć jak moją własną, tak wogóle ludzką głupotę. Tyle razy w życiu w najrozmaitszy sposób poznaje człowiek dokładnie, namacalnie, że jest najzupełniejszem zerem, garścią prochu i nic więcej, że choćby posiadał niewiedzieć jakie przymioty, zajmował nie wiem jak wysokie stanowisko i t. d. i t. d., mimo to wszystko w porównaniu do Boga jest zupełnie niczem w całem najściślejszem tego słowa znaczeniu, że śmierci, która każdej chwili może go zaskoczyć, uniknąć nie może, że po śmierci stanie zaraz na sądzie Bożym. A nie zważając na to wszystko, nie pamiętamy nigdy o tem, tylko zawsze uważamy się za coś, czapkujemy przed naszem kochanem ja, a o Panu Bogu, o własnej duszy zupełnie zapominamy. Cobym ja dał za to, żebym mógł zupełnie umorzyć to moje podłe ja, któremu się tak daję za nos wodzić, żeby to obrzydliwe ja wszędzie nie było górą, nie byłoby tak źle na świecie, jak jest obecnie.

Rozbazgrałem się, ale muszę już kończyć, bo czas nagli okropnie i poczta na odchodnem i roboty sporo na mnie czeka. Nim jednak skończę, muszę jeszcze przedtem uiścić się z długu wdzięczności, mianowicie: do fotografij, które Ojcu posyłam, a które Ojciec z pewnością każe odbić w »Misjach katolickich«, dołączam dla wszystkich naszych łaskawych dobroczyńców razem i dla każdego zosobna stokrotne »Bóg zapłać« za jałmużny, z których się dźwiga schronisko, żeby nietylko widzieli owoc swego miłosierdzia, ale żeby zarazem wiedzieli, że i nieszczęśliwi trędowaci czują wdzięczność za dobrodziejstwo im wyświadczone. Jak w imieniu wszystkich trędowatych, którzy będą korzystać z tego schroniska, tak też od siebie wszystkim dobroczyńcom naszym razem i każdemu zosobna pokornie dziękuję za pomoc. Niech Matka Najświętsza, dla miłości której dają jałmużny, po swojemu wszystkim stokrotnie wynagrodzi — prosimy i będziemy ustawicznie prosić Ją o to w codziennych naszych modlitwach.

Schronisko trędowatych w Maranie. — Nr. 3. Widok zewnętrzny od strony północno-zachodniej. (Zob. str. 378).

Misaotra dia misaotra Anareo izahaj — czytaj: misótr diá misótr Anaréu izaháj — znaczy: dziękujemy i dziękujemy Wam.

Czekając niecierpliwie na odpowiedź drogiego Ojca, polecam Go opiece Matki Najśw. i bardzo a bardzo proszę o modlitwy.





LIST XLIX.

Fianarantsoa, 26 marca 1904.


Bóg zapłać Ojcu za ostatni list z dnia 1/2 b. r., bardzom się nim ucieszył, bo już oddawna nie miałem od Ojca wiadomości. Bardzo rad jestem, kiedy mogę listownie przynajmniej z Ojcem pogwarzyć, nie mogę sobie jednak często w tem dogadzać, bo czasu mam tak mało, że często nie wiem do czego pierwej się zabrać. Niewiele mogłem poznać dotychczas Betsileo, bo na krok nigdzie się nie ruszam w całem ścisłem znaczeniu tego słowa. Temu zaś wszystkiemu, co usłyszę, niekoniecznie wierzę, bo, jak po całym świecie, tak i tutaj nie brak ludzi, którzy o wszystkiem rozprawiają tak, jakby to, co mówią, było w Ewangelji napisane. Odrzuciwszy zaś to, co ich własne »widzimi się«, albo imaginacja sfabrykowała, prawdziwego zostaje albo bardzo mało, albo i wcale nic. Dlatego nic Ojcu nigdy nie piszę o czem się zupełnie dokładnie sam nie przekonam, że tak jest rzeczywiście. Zdaje mi się, żem jeszcze nigdy Ojcu nie pisał o palaczach konopi. Jest to zgubny zwyczaj, bardzo często przechodzący w nałóg u Malgaszów wogóle, jak u Hóva (czytaj Huwa) zamieszkujących Imerin, tak u Betsileów i innych malgaskich plemion. Robią Malgasze, najczęściej z tykwy, rodzaj fajki, z wodą wewnątrz, przez którą to wodę dym przechodzi, coś w rodzaju tego, jak Turcy palą tytoń, tylko bardzo w sposób prymitywnie zrobiony, zapomniałem zupełnie, jak się ten przyrząd nazywa. Z takiej fajki palą liście konopiane zamiast tytoniu. Dym tych liści bardzo szkodliwie działa na palaczy, bo choć niektórzy twierdzą, że takie palenie drażni i jakby ożywia całego człowieka i wskutek tego ma więcej siły do roboty, jednak nic to nie znaczy w porównaniu do szkody jaką wyrządza. Kto wypali taką fajkę konopi, czuje się narazie niby rzeźwiejszym i wesołym, ale przytem głupieje, patrzy na wszystko, ale nic nie rozumie, śmieje się, ale nie wie wcale dlaczego, a po upływie jakiegoś czasu, jeżeli nie przestaje palić tych liści, staje się zupełnym idjotą — żyjąca maszyna poprostu, bo nawet tyle nie ma rozumu, żeby mógł stać narówni ze zwierzętami. Kilka tygodni temu, utopił się taki palacz konopi w rzece, płynącej tuż koło budującego się schroniska; utopił się w biały dzień, czemu wcale się nie dziwili Malgasze, bo mówili: był to »mpifoka rongony« — czytaj: mpifuka runguni — znaczy: palacz konopi (mifoka czytaj mifuka = palić; mpifoka = palacz; rongony = konopie). Przyrząd do palenia konopi nazywają Malgasze fifohana — czytaj fifuhana, albo faniserana — czytaj fanisérana, ale toż samo słowo oznacza i zwykłą fajkę do tytoniu. Między narzeczem Hova i Betsileo, chociaż jak jedni tak i drudzy
Schronisko trędowatych w Maranie. — Nr. 4. Ścinanie góry dla zrobienia miejsca pod budynki. (Zob. str. 380).

Malgasze, różnica jest niewielka wprawdzie, ale jednak jest. O ile jednak wiem, to w mowie tych wszystkich plemion malgaskich jest różnica. W ubiorze niema różnicy, własna skóra i lamba, albo przepaska na biodrach, to cały ubiór Malgasza. Teraz już zaczynają powoli nosić koszule i spodnie, ale jeszcze niewszyscy, bardzo i bardzo wielu tych rzeczy wcale nie używa. Do odpowiedzi Malgaszów trzeba się przyzwyczaić, a z początku ma się w tem trudność. U nas np. można doskonale zapytać: »czy nie wziąłeś przypadkiem mego np. noża?« i zapytany odpowie tak lub nie, stosownie do tego, jak zrobił. Tutaj inaczej — odpowiedź będzie zależała od tego, w jaki sposób zapytać. Naprzykład jeżeli Malgasz, nie brał mego noża, a zapytam go: »czy nie wziąłeś mego noża?« odpowie: tak, co ma znaczyć, że potwierdza moje słowa (podkreślone) — jeżeli zaś zapytam: »czy wziąłeś mój nóż?« odpowie: nie, t. j. zaprzecza moje słowa (podkreślone).

Mnie daleko więcej podoba się prowincja Betsileo, niż Imerina, bo tu roślinność lepsza. Niema tu wprawdzie, i ile wiem, wspaniałych podzwrotnikowych okazów roślinności, ale jest przynajmniej coś; jest kilka rodzajów drzew i innych roślin, co niemało rozwesela, w Imerynie zaś, choć sadzą, nic róść nie chce. Klimat i ziemia te same, nie wiem, co za przyczyna tego. Wszystek budulec schroniska pochodzi z tutejszych lasów; czyto lasy w takiem znaczeniu słowa, jak u nas ono się rozumie, czy tylko może kawałeczki zalesione, tego nie wiem, bo na własne oczy nie widziałem, ale dość na tem, że to drzewo rodem stąd, a w Imerynie trzebaby było to wszystko opłacić conajmniej dziesięć razy drożej, li tylko z powodu sprowadzenia z niewiedzieć jak daleka.
Znalazłem tu gatunek róży pnącej się, ogromnie długie robi łodygi i spina się na wysokie drzewa. Często tu można zobaczyć na wierzchołku eukaliptusa, albo innego jakiego drzewa porządnie wysokiego, bukiety kwitnących róż; nie wyrosły one, jak to się często zdarza, w jakiej dziurze będącej w drzewie, ale łodygi ich idą z ziemi na tę wysokość. Ogrody warzywne muszę mieć dla chorych; ogrodzić to trzeba koniecznie, bo inaczej moje pisklęta wędrowałyby ustawicznie gdzie się komu podoba. Ogrodzenie najtańsze kilkudziesięciu hektarów ziemi, kosztowałoby z pewnością kilka tysięcy franków, a potem naprawki też trzebaby bodaj corocznie dopłacać. Żeby uniknąć tego niepotrzebnego wydatku i kłopotu z naprawkami, kazałem okopać ogrody chorych wokoło i nasadzić tych róż; zrobiłem rabatę naokoło ogrodów na 2 metry szer. i gęsto nasztobrowałem tych pnących się róż. Między różami co kilka metrów zasadzone drzewo, już to się wszystko przyjęło; jak Bóg pozwoli, to za jakie lat 3 albo 4, będę miał żywy płot doskonały, jak się róże dobrze powikłają i porozpinają po drzewach; podczas kwitnienia będziemy mieli trochę zapachu, co też nadliczbowem nie będzie. Do przejścia ten żywopłot nie arcyłatwy, bo ten gatunek róż ma kolców dość, a szerokość płotu 2 metry też nie ułatwia przejścia. Kosztowało mnie to wprawdzie około 400 franków, ale trudna rada, co trzeba to trzeba zrobić, jednak co 400, to nie 9 albo i 10.000, no czy nie? Za myśl i wykonanie onej, nie przestanę dziękować Matce Najświętszej, która mi tę myśl podała, a łaskawym ofiarodawcom pokornie dziękuję za jałmużnę, bez której nicbym zrobić nie mógł. Ile będzie kwiatów różanych na tych płotach, tyle razy niech Matka Najśw. po swojemu odpłaci wszystkim razem i każdemu zosobna, za pomoc niesioną nieszczęśliwym trędowatym.
Jak we wszystkich, tak i w tym różanym żywopłocie jest mnóstwo pro i contra — inaczej być nie może na tym świecie. Kiedyś niedawno zwiedzał moją budowę pewien jegomość, nie czarny, nie, ale wazaha, i to dość gruba ryba w dodatku, i mówi mi: »Nie na wiele się przyda taki płot, bo to żadne zamknięcie, żeby nie wiem jak rozrosły się róże, to, mając angady (łopatka żelazna) łatwo sobie drogę zrobić; lepiejby, Ojcze, o czem mocniejszem pomyśleć«. Odpowiedziałem mu na to, że nie na wiele drzwi w domu się przydarzą, bo żeby je nie wiedzieć jak zamknąć i zaryglować, to mając siekierę, łatwo wejść do wnętrza domu. — »No tak... ale...« mówi on. — No co ale, ale co? zapytałem. Nic mi na to nie odpowiedział, więc i ja dałem mu pokój, w krytyka jednak przestał się ten pan bawić.
Ostatnie fotografje jakie Ojcu posłałem, były to mieszkania chorych pod dachem już, narazie nie mogę jeszcze wysłać nowych, bo dopiero kopią się i zakładają fundamenta po resztę budynków, jak coś już będzie widać murów nad ziemią, zaraz postaram się o fotografję takowych dla Ojca. Do tego czasu, może Bóg pozwoli, że i żywopłot na tyle podrośnie, że będzie mógł też figurować na papierze, będzie Ojciec miał jasne pojęcie o tem, co zrobiłem.
Mój Ojcze, teraz wielka do Ojca prośba, mianowicie: żeby Ojciec żebrał jak u Matki Najświętszej, tak u ludzi fundacje łóżek; niech Ojciec będzie łaskaw i modlić się o to i wydrukować w »Misjach«, żeby czytający je wiedzieli, że ja proszę bardzo a bardzo o zakupywanie łóżek — zapewnienie utrzymania chorych po wieczne czasy. Na drobniejsze jałmużny nie bardzo ja rachuję, bo to strasznie niepewne; mamy np. na utrzymanie chorego przez rok — a co potem? Jeżeli nie będzie za co go dalej żywić, to wyrzucić go za drzwi, czy co, kiedy on może bardziej chory, niż kiedy go przyjąłem przed rokiem? Robota, dzięki Bogu, postępuje nieźle, zatem zbliża się ku końcowi i dlatego ta myśl o zabezpieczeniu utrzymania coraz bardziej mnie niepokoi. Jak Bóg pozwoli to najdalej za półtora roku albo i prędzej można będzie zaczynać zaludniać schronisko. Wierzę w to jak najzupełniej, że wszystko będzie, bo rządzić raczy tem wszystkiem sama Matka Najświętsza; mimo to jednak kiedy mnie użyła za narzędzie swoje Najświętsza Pani, muszę tak o wszystkiem myśleć, jakgdyby to ode mnie tylko zależało. Pod wielu względami muszę płynąć przeciw porządnie silnemu prądowi, bo trudności mam bardzo wiele, a będę ich miał wkrótce jeszcze więcej i większych, i otwarcie Ojcu się przyznaję, że czuję to porządnie. Niech Ojciec jednak mnie nie posądza, żebym miał wskutek tego na duchu upaść, tak źle jeszcze, dzięki Bogu, nie jest, gdybym na duchu upadł, toby znaczyło, że tracę ufność w pomoc Matki Najświętszej, a od tego, za łaską Bożą, jestem bardzo daleki.
Na zakończenie tego listu opowiem jeszcze Ojcu nie przygodę, ale maleńką przygódkę, która mi się przed kilkoma dniami wydarzyła. Odmawiałem wieczorny pacierz przed spaniem, podczas pacierza spadło coś z dachu nad samą głową, ale że bambusy, stanowiące sufit mego apartamentu nie przełamały się, guza przeto nie oberwałem; skończywszy pacierz położyłem się spać, bo iść opatrywać, co z dachu zleciało, nie można było dla ciemności, zresztą wcale nie byłem ciekawy tego; spadło to spadło, dzięki Bogu, że nie na głowę. Byłem tego dnia jakoś trochę zmęczony, więc ledwom się położył, zaraz i zasnąłem. Koło północy obudziłem się i poczułem, że coś trochę za świeżo, oraz usłyszałem jakąś klapaninę; zerwałem się jak oparzony, choć skropiony byłem zimną wodą a nie warem, zapaliłem świecę i widzę, że moje łóżko zalane już do połowy, a z góry ciec nie przestaje. Nie mając wcale ochoty do dalszej kąpieli, musiałem z łóżkiem emigrować z pod ściany, gdzie ciekło, na sam środek sypialni, mówiąc górnym stylem; a wyrażając się poprostu, odsunąłem łóżko o jakie ½ metra co najwięcej, bo dalej już nie było można, wytarłem łóżko, ile się dało i na zwilżonej rogóżce zasnąłem znowu tak smacznie, jak może nie zasypiał jeszcze żaden najzawołańszy śpioch na stosie piernatów. Na drugi dzień, po Mszy św., zobaczyłem, co było powodem tej niespodziewanej spadkowej kąpieli; wiatr wyłamał kilka bambusów, służących za łaty na dachu — dachówki spadły, zaczął deszcz w nocy padać, a że dziura w dachu była prosto nad mojem łóżkiem, rzecz zatem jasna, że się mnie dostało. Dzięki Bogu, że się na tem tylko skończyło. Sam się roześmiałem, kiedym pomyślał, coby to było, gdyby wiatr był zrobił nie jedną, ale kilka dziur w dachu. Musiałbym rozwinąć parasol i resztę nocy przesiedzieć na łóżku pod parasolem, jak zając pod kapuścianym liściem, innej rady by nie było na razie.
Rozpisałem się nie źle, ale muszę już skończyć, żeby podnocować trochę, a że dziura w dachu naprawiona, więc jakoś to się uda, choć deszcz obecnie znowu pada.
Wszystkich Was razem i każdego z osobna polecam opiece Matki Najświętszej, a moją niegodność waszym modlitwom.

(Z listu do M. Magd. od 5 ran P. J. Karmelitanki na Łobzowie — wyjątek).

Fianarantsoa, 26 kwietnia 1904.

Wielebna Matko!
Stokrotne Bóg zapłać za list z 18/2 1904. Długom się naczekał na listy drogich MM. i z niecierpliwością wyczekiwałem końca tego postu — teraz wreszcie użyłem — miałem jakby ucztę dla duszy... Wielki post ma dla mnie coś nadzwyczaj pociągającego — od wielu lat za łaską Bożą mam to uczucie, tylko niestety nie umiem z niego należycie korzystać. Taka cisza zupełna jak w Karmelu podczas postu jest u mnie codzień wieczorem — a raczej od zmroku do rana. Jestem zupełnie sam jeden w chacie, bo ten robotnik, co mi jedzenie gotuje, na noc odchodzi do siebie, a rano przychodzi. Kiedy on odejdzie zamknę się ze środka. Chorych nie słychać, bo mieszkają o 3, czy 4 minuty drogi ode mnie, wpobliżu żadnej chaty niema, więc cisza najzupełniejsza. Ten czas jest dla mnie najmilszy w całej dobie, bo jakoś tak, jakby wyraźnie czuć, że się jest sam na sam z P. Bogiem i Matką Najśw. W tym czasie najlepiej mogę moje niegodne prośby, dziękczynienia, skargi i żale składać u Stóp Najśw. Mateczki. Jak Bóg pozwoli doczekać się nowego Kościoła w nowem schronisku, to ten czas będę miał stokroć lepszy, bo przed Najśw. Sakramentem. Dom dla Zakonnic i mój tak będą zbudowane, że z jednego pokoju na górze okno będzie wychodziło na kościół. Będę miał w tym pokoju skład rzeczy kościelnych, t. j. kielichy, ornaty i t. d., bo na dole wilgoć, a zarazem będzie to kapliczką domową (mieszkać w tym pokoju nie wolno). Siostry będą miały tę wygodę, że jak która zachoruje, będzie mogła słuchać Mszy św., nie wychodząc z domu. Prawda WW. MM., że wtedy będę, jak to mówią, całą gębą pan? Jedna rzecz tylko, co mnie bardzo przykra i obecnie i w nowem toż samo będzie schronisku: to, żem taki niewierny sługa takiego dobrego Pana. Cobym ja dał za to, żebym mógł tak P. Jezusa i Matkę Najśw. kochać, tak Im służyć, jak tego gorąco pragnę. Ej! straszne ze mnie, sam nie wiem, jak się wyrazić, bo »bydlę« to za mało. A kiedy czytam »Twierdzę duchową« (tłom. Ks. Biskupa Kossowskiego) to tak, jakby mnie ciągle S. M. T. mówiła: »do pierwszego mieszkania jeszcze ci daleko, a tyle lat w zakonie jesteś, jużby pora dawno opamiętać się«... Na ten raz tyle WW. MM., bo jeszcze innej roboty sporo. Jeszcze raz dziękuję za list i o modlitwy bardzo proszę.





LIST L.

Fianarantsoa, 26 czerwca 1904.


Od wieków już nie miałem żadnej wiadomości od Ojca, którą z największą niecierpliwością oczekuję; sam też nie pisałem, bo nie mogłem; mieliśmy tu wcale niemiłą niespodziankę — poczta nie szła. W Marsylji urzędnicy marynarki strejkowali, więc okręty nie odchodziły, przez co naturalnie i poczta przerwana. Dałby Bóg, żeby się te historje nie powtarzały, bo, nie wiem jak innym, ale mnie strasznie to nie na rękę. Nie na tem jednak koniec kłopotu. Przybył tu X. Biskup Caset wizytować Betsileo. Wizyta kanoniczna, jak zwykle, toć przecie nic nowego i nie myślałem nawet, żebym ja mógł mieć jakie przeszkody w budowie. Aż tu w kilka dni po przybyciu X. Biskupa mówią nam, że generał Galieni chce sekularyzować schroniska trędowatych na całej wyspie i że już telegrafował do Francji z zapytaniem, czy ma wykonać swój zamiar, czy nie. Nie potrzebuję, zdaje mi się, tłumaczyć Ojcu, że ten zamiar generała niekoniecznie przypadł mi do gustu, mimo to jednak nie zważałem wiele na te gadania, bo, pomyślałem sobie, zobaczymy co Matka Najśw. powie na to. Pomodliłem się zaraz, prosiłem Matkę Najśw., żeby nie pozwoliła na te głupstwa i, nic w nieczem nie zmieniając, czekałem co z tego wykwitnie. Dzięki Bogu, ufności w opiekę Najśw. Pani ani na chwilkę nie straciłem, ale że nie może człowiek nie czuć tego co czuje, więc i mnie ckliwo trochę robiło się koło serca. Pilno mi było bardzo dać znać do Karmelu, że jestem w opałach, ale ani sposobu, bo poczta nie szła. — A, no kiedy nie, to nie, dziej się wola Boża. Przyszedł do mnie jeden z Ojców i mówi, że X. Biskup waha się co do robót moich, zatrzymać je, czy nie, bo urzędnicy z wyższych sfer mówią X. Biskupowi, że jeżeli Ojcowie mają rozum, to przestaną budować schronisko, gdyż trędowaci będą oddani w opiekę świeckich na całej wyspie. W parę dni potem wzywa mnie X. Biskup do siebie i mówi toż samo. Odpowiedziałem na to: X. Biskupie, o zatrzymaniu robót i myśleć niema co, boby to było oznaką zupełnej nieufności w opiekę Matki Najświętszej, co być nie może. Potem powiedziałem mu resztę racyj, jakie miałem i stanęło wreszcie na tem, żeby dalej budować. Po niejakim czasie zapytuje znowu X. Biskup u sądu, co słychać o zamiarze generała. Ciż sami urzędnicy, którzy radzili wstrzymać się z budową, powiedzieli X. Biskupowi, że niema czego się obawiać, można budować, bo zakłady dobroczynne prywatne będą szły tak jak pierwej. Czy ta burza zażegnana zupełnie, czy nie, tego nie wiem; łatwo być może, że znowu pojawi się jaka przeszkoda nieprzewidziana, mniejsza o to, jużem się oswoił z tem, że droga przede mną porządnie chropowata, co krok, to jakaś trudność większa lub mniejsza mnie spotyka. Narazie każda taka niespodzianka wprawia mnie w kwaskowaty nieco humor (mówiąc wyraźniej — złości się Tatar), bom nieumartwiony tak, jakbym powinien być; w gruncie jednak rzeczy, cieszy mnie to wszystko, bo przez to wyraźniej okazuje się opieka Najśw. Mateczki, która zawsze radzi o swojej czeladzi. W piątek, dnia 10 czerwca, w samo święto Najśw. Serca Jezusowego, dowiedziałem się, że memu schronisku nie grozi narazie niebezpieczeństwo, dlatego proszę, żeby Ojciec był łaskaw, czyto w »Misjach katolickich«, czy w »Intencjach Apost.« ogłosić, że ja w imieniu nieszczęśliwych trędowatych, których mam i mieć będę, pokornie dziękuję Boskiemu Sercu za wybawienie nas od kłopotu — ja zaś odprawiłem dziękczynną Mszę św. na podziękowanie Panu Jezusowi i Jego Najśw. Matce za opiekę nad nami.
Nowych fotografij nie posyłam, bo jeszcze ich nie mam, w Bogu jednak nadzieja, że niezadługo będę mógł Ojcu takowe przesłać. Niech Ojciec z łaski swej żebrze dla mnie gdzie i jak się tylko da zakupywanie łóżek. Wiem, że w kraju bieda była, a teraz jeszcze gorsza wskutek tej wojny w Japonji, ale to nic nie znaczy. Matka Najśw. wskutek wojny nie przestała być łaskawą; nie dozwoli Ona, żeby moje schronisko stało pustką dla braku funduszy na utrzymanie chorych — proszę śmiało żebrać.
Teraz muszę Ojcu jeszcze wspomnieć o jednej trudności, którą nie ja miałem, ale jeden z moich czarnych pacjentów, a która Ojca pewno ubawi. Przyszedł do mnie jeden z chorych i mówi: »Chodź Ojciec zobacz Pawła, ma silną febrę, a boi się ciebie zawołać, bo wie, że mu dasz chininy, której pić nie chce, bo gorzka. Powiedział mi, że jak będzie się widział umierającym, to ciebie zawoła, żebyś go wyspowiadał i zaopatrzył«. Nie chciałem wierzyć, żeby ten Paweł nie chciał zażyć chininy dla goryczy, bo to nie dziecko, ale ogromne chłopisko. Idę i pytam: »Pawle, czy to prawda, że nie chcesz lekarstwa, bo gorzkie? Daj mi rękę, niech zobaczę czyś chory, czy zdrów«. Wziąłem go za puls i rzeczywiście gorączkę miał silną. »Chory jesteś, mówię mu, zaraz ci przyniosę lekarstwo«. On na to: »Napróżno Ojcze, nie będę pił, bo gorzkie« i, mówiąc to, skrzywił się tak, jakby nie jedną, ale co najmniej jaki dziesiątek zielonych cytryn rozgryzł naraz. Nie zważając na to, rozpuściłem chininy w wodzie (w opłatku żaden z nich nie potrafi połknąć) i mówię mu: »Wypij to, boć przecie gorączka silna może cię zabić, jeżeli nie chcesz lekarstwa, to znaczy chcesz się zabić, a nie masz prawa, bo piąte przykazanie nie pozwala«. On ciągle swoje: »Nie będę pił, Ojcze, bo gorzkie, niedobre«. Żeby skończyć to ceregiele, powiedziałem mu: »Wypij, a potem mi powiesz, że nie chcesz go pić — rozumiesz? Jak to wypijesz, a będzie później potrzeba, to ci dam drugie tyle — gól«. Choć z niechęcią, ale wypił wszystko, krząknął potężnie i mówi: »Gorzkie«. Jako odpowiedź na to, włożyłem mu trochę cukru do ust i odszedłem.
Niech Ojciec teraz sam powie, jak tu się dziwić, kiedy czasem mały dzieciak nie chce lekarstwa wypić, bo niedobre, kiedy chłop, długi jak Madagaskar, tak kaprysi jak dziecko.
Muszę już skończyć, bo brak czasu na dłuższą gawędkę nie pozwala. Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najświętszej i bardzo a bardzo proszę o modlitwy.
P. S. Ma Ojciec wiedzieć, że jeżeli nie co do przygód, to w nazwiskach moich piskląt prześcignąłem Robinzona Kruzoe. On miał Piętaszka, a ja mam dwu co się nazywają Wtorek Jan i Wawrzyniec; jedna chora nazywa się Izabela Sobota, a niedawno temu umarł Ludwik Piątek. Niech się zgłosi jeszcze dwu takich facetów, a będzie może cały tydzień z nazwisk.





LIST LI.

Fianarantsoa, 26 lipca 1904.


Niezbyt dawno pisałem do Ojca, a teraz znowu piszę, bo mi trudno nie podzielić się z Ojcem prawdziwie radosną niespodzianką, jaka mnie w tych dniach spotkała. Dobrze mówi przysłowie, że »góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem«. Otóż taka rzecz: byłem porządnie zajęty u siebie, aż tu naraz ktoś mnie woła. Wyglądam oknem i pytam kto i czego chce. Jakaś kobieta woła, żebym do niej wyszedł. Twarz jej była mi coś, coś niby znajoma, ale niby i nieznajoma, więc nie ruszając się z miejsca, mówię jej: mów, co chcesz. Ona mi na to: »Co pytasz, co chcę; chodź tu, to ci powiem«. Cha, trudna rada — pomyślałem sobie — coś w tem musi być; biorę kapelusz i wychodzę. Koło chaty zastałem dwu mężczyzn i tę kobietę. Byli to trędowaci, mieli podróżne węzełki ze sobą i wyglądali bardzo zmarnowani, jakby zdaleka przyszli. Skąd przychodzicie, zapytałem. Jeżeli chcecie być tu przyjęci, musicie pokazać się we Fianarantsoa doktorowi i przynieść mi papier od niego, inaczej przyjąć was nie mogę.
— Tak gadasz — odzywa się przybyła kobieta — jakbyś nas nie znał.
— Naturalnie, że was nie znam — odpowiedziałem.
Ona na to:
— Przypomnij sobie Ambahiwuraka, to i nas poznasz.
Kiedym to usłyszał, zupełnie jakby mi łuski z oczu spadły i zaraz sobie przypomniałem moje drogie pisklęta. Nie mogłem ich odrazu poznać, bo dwa lata nie widziałem; wyglądali okropnie zmarnowani, to raz, a powtróre nigdy nie przypuszczałem, żeby oni byli w stanie tak daleką podróż odbyć. Pojmie Ojciec łatwo, jak mi żywo serce zabiło i jakem się usieszył z ich przybycia. Nadzwyczaj byli zmarnowani, leżeli parę dni bez przerwy, bo nogi (oprócz ran trędowatych) były popuchnięte od chodzenia. Zdrowy zupełnie, dobrze idący, potrzebuje 8 dni być w drodze, żeby z Tananariwy dostać się do Fianarantsoa, 395 kilometrów. — Wlekli się moi biedacy blisko miesiąc, nim się do mnie dostali... Przyjąłem ich jak i czem mogłem, jak to mówią: rada chata, czem bogata, i dzięki Bogu, przyszli do siebie. Kiedyśmy się nieco rozgadali, mówią mi: »Nietylko nas troje tu będzie, przyjdzie tu więcej; ciągle nam za tobą było tęskno, więc nas wysłali, żeby ciebie odszukać, a reszta, kto tylko może chodzić, wszyscy chcą tu przyjść. Mój mąż — mówi przybyła kobieta, bardzo poraniony, dlatego tu zostanie, a ja, jak tylko trochę wypocznę, zaraz wracam, żeby przyprowadzić tu resztę chorych; muszę iść, bom im to obiecała i wyczekują mnie. Kiedy nas, po twojem odejściu, wpakowano do rządowego schroniska, trzydziestu z pomiędzy nas umarło; żyje jeszcze około pięćdziesięciu, niewszyscy mogą chodzić, to prawda, ale kto tylko może, ten chce tu przyjść koniecznie. W rządowem schronisku dostawaliśmy ryżu dość, dawał rząd i mięso także, ale co to z tego, ciało syte, a dusza żyć nie ma jak, bo ani modlić się nie można, ani żyć po katolicku«.
— Dlaczego — zapytałem — nie można żyć po katolicku?
— A no, powiedz sam — mówi mąż tej kobiety — czy to po katolicku, że kościoła niema, mszy niema, wyspowiadać się można zaledwie raz na pięć, albo siedem miesięcy. Tak niedobrze, ciągleśmy o tobie wspominali i wreszcie uradziliśmy, żeby ciebie odszukać; ot i dał Bóg, że jesteśmy.
Niech mi Ojciec wierzy, że nie mam słów do wyrażenia, jak mnie uradowała tak żywa wiara w moich napół dzikich jeszcze pisklętach. Rzecz jasna, że ja tu o sobie ani myślę wcale, ani też nie mówię, boć w tem mojej zasługi żadnej niema, zerem jestem najkompletniejszym. Wszystko to sprawiła Najświętsza Marja, której chwała niech będzie za to po wszystkie wieki. Że te dzikusy tęsknili za mną, to jedno z najmniejszych; poznali, że ich kocham, więc mi tą samą monetą odpłacają, choć ja wcale na to nie zasługuję. Nich jednak Ojciec sam powie, czy nie jest to objaw prawdziwie żywej wiary — schorowani, poranieni, idą setki kilometrów piechotą, nocując pod gołem niebem w pustyni, bo ich nigdzie do domów nie przyjmują, a notabene u nas teraz zima, więc w nocy zaledwie jest parę stopni powyżej zera; z góry drapią się na górę, bo tu równin niema, całe pożywienie — trochę ryżu wyżebranego u przechodniów i t. d. i t. d., a to wszystko tylko dlatego, ażeby móc wykonywać praktyki religijne tak, jak Bóg przykazał. Mój Boże! co za rażąca i zawstydzająca zarazem różnica między tymi biednymi czarnymi, a cywilizowanymi Europejczykami. Czarni z heroicznym wprawdzie zaprarciem się siebie garną się do Boga, a ilu tu Europejczyków, co ani na brak księży, ani na odległość kościoła użalać się nie mogą, bo go nieraz mają o parę kroków zaledwie, a mimo to, albo wcale ich nie widać w kościele, albo jak kiedy niby zajdą na Mszę, to raczej, żeby siebie pokazać i ludzi zobaczyć, niż żeby uczcić Pana Boga. Dzikiego Malgasza martwi, że nie może się co miesiąc albo i częściej spowiadać, a naszym białym raz na rok aż zanadto wystarcza, a dla bardzo wielu i raz na rok to się wydaje za częto i dlatego wcale się nie spowiadają.
Jeżeli Ojciec ten mój list wydrukuje w »Misjach katolickich«, to może niejeden z czytających powie, że ja patrzę na ludzi przez zbyt czarne okulary, bo jeszcze tak źle nie jest, jeszcze i u nas są ludzie wierzący i praktykujący katolicy. Na to już naprzód odpowiadam, że daj Boże, żeby tak źle nie było, to jest żeby się prędzej zmieniło na lepsze; narazie jednak jeszcze daleko do tego, żeby można było powiedzieć, że u nas pod względem religijnym nieźle się dzieje. Jest między czarnymi zepsucie ogromne, jest wiele i bardzo wiele złego, to prawda, ale, zważywszy ściśle wszystkie warunki i okoliczności, w jakich się znajdują biali i czarni, to taki, choć ze wstydem, jednak przyznać trzeba, że czarni daleko lepiej garną się do Boga, niż biali.
Z przybyciem dawnych towarzyszy niedoli, ożywiła się we mnie nadzieja, że jałmużny będą przbywały na utrzymanie jak największej ilości nieszczęśliwych trędowatych; boć przecie kiedy Matka Najśw. przysyła mi tych biedaków i to nawet z tak daleka, to z pewnością da też i na ich utrzymanie.
Po kilku dniach, kiedy moi podróżni nieco wypoczęli, ta poczciwa kobiecina wyspowiadała się i komunikowała, poczem zaopatrzyłem sją w co i jak mogłem na drogę, pobłogosławiłem i, poleciwszy ją opiece Matki Najśw., wyprawiłem w Imię Boże po resztę moich drogich rozbitków. Czy przyjdą i ilu ich przyjdzie, Bóg to raczy wiedzieć. Wyczekuję ich niecierpliwie, a na czem się to skończy, później Ojcu doniosę. Tyle na dziś, bo czasu braknie mi okropnie.
Bardzo a bardzo proszę drogiego Ojca o modlitwy, bo piętrzą się przede mną trudności w ścisłem znaczeniu tego słowa. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Żegnam tymczasem Ojca do następnego listu.





LIST LII.

Fianarantsoa, 12 października 1904.


Wskutek tych głupich strejków w portach francuskich, skazani jesteśmy jakby na separację. Przedtem były dwa okręty z Europy co miesiąc, a teraz tylko jeden, i to najnieregularniej, tak, że trudno wiedzieć, kiedy można się spodziewać jakiej wiadomości z kraju i na kiedy listy przygotować.
Moi dawni chorzy z Ambahiwuraku powoli się ściągają. Dzięki Bogu, mam ich już garstkę u siebie. Jak to już Ojciec wie z poprzedniego listu, jedna z chorych tu przybyłych, wróciła, żeby przyprowadzić resztę tych, co będą w stanie odbyć tak daleką drogę. Otóż moja przewodniczka dostała się szczęśliwie na miejsce i zaraz wyprawiła kilku trędowatych. Sama musiała zostać w Ambahiwuraku, bo jej matka ciężko chora i dopiero później przyjdzie, gdy jej matka albo wyzdrowieje na tyle, że będzie mogła razem z córką przyjść, albo jeżeli umrze. Codzień odmawiamy koronkę za naszych podróżnych i wyczekujemy ich z niecierpliwością. Jestem pewny, że Matka Najśw. wyjedna nam wiele łask u Pana Jezusa uwzględniając ofiarę, jaką z siebie robią ci chorzy, co przedtem byli w Ambahiwuraku, a teraz tu do nas przychodzą. Oni ściągną błogosławieństwo Boże na całe schronisko. Niech Ojciec tylko pomyśli, czy to mała rzecz dla chorego zrobić 400 kilometrów pieszo przez góry i to nie pagórki, ale góry kilkudziesięcio–, a często i kilkusetmetrowe, po kamieniach rozpalonych afrykańskiem słońcem, nocując po największej części w wilgoci (rosa w nocy obfita) i trzęsąc się od zimna, bo kawał starego lamba nie zagrzeje wcale. Do mieszkań ludzie ich nie przyjmują z obawy zarażenia się trądem; cały posiłek to, co sobie wyżebrzą po drodze, a jeśli się im to nie uda, muszą się bez jedzenia cały dzień obchodzić. W jakim stanie ci nieszczęśliwi przychodzą, to sobie Ojciec i wystawić nie potrafi — zgłodniali, popuchnięci, pokrwawieni, zbrukani i obszarpani, pomęczeni tak, że przyszedłszy, położą się i trudno im się ruszać. Tutejsi trędowaci, których zastałem w Marana, z wilkiem zdziwieniem patrzą na nasze przywitanie kiedy partja nadejdzie, bo witamy się prawdziwie jak najbliżsi krewni. Ostatnia partja nadeszła pod wieczór. Wprowadziwszy ich do izby, zaraz kazałem jednemu z dawniej przybyłych rozpalić ognień, drugiego odkomenderowałem po wodę, a sam pobiegłem po ryż; poczem zaraz wziąłem się do owijania nóg tych biedaków mokrem płótnem. Kiedy trochę podjedli, zaczęliśmy naturalnie gwarzyć; po dwóch latach niewidzenia się nie brakło nam wcale wątku rozmowy; zapytaniom najrozmaitszym, przekazom od tych, którzy jeszcze mają później nadejść i t. p., nie było końca, przegawędziliśmy może bodaj czy nie do północy. Ale nie mogłem pozwolić na to, bo moje pisklęta strasznie były zmachane, ułożyłem ich do snu, a sam się wyniosłem, żeby im nie przeszkadzać. Rzecz jasna, że na sen niedługo czekali i nazajutrz słońce już dobrze było podeszło, a oni jeszcze zawzięcie chrapali. Powróciwszy do siebie wieczorem, tak byłem uradowany, że bez kolacji poszedłem spać. Dziękowałem Matce Najśw. Pannie za Jej łaskawość, że mi znowu wraz moje pisklęta i cieszyłem się, a jeść nie mogłem. Zasnąć tez nie udało się zaraz. Bardzo mi pilno było do rana, żeby pójść do moich bidaków i cieszyć się ich powrotem. Podwójnie mnie cieszy przybywanie dawnych moich chorych; przedewszystkiem jest to z ich strony prawdziwy dowód żywej wiary, a powtóre będzie z nich dobry początek nowego schroniska, bo między nimi jest wielu prawdziwie dobrych z gruntu, praktykujących katolików. Za co wszystko dzięki i chwała Mateczce Najświętszej niech będzie po wszystkie wieki.
Co niedziela po Mszy św. chodzimy oglądać nowe schronisko; podoba się moim pisklętom wszystko i cieszą się, że będą mieszkać jak wazaha, to jest, ze w domu jest podłoga i okna ze szkłem. Czy z tych, co dożyją do ukończenia budowy, wszyscy zechcą być przyjętymi do schroniska, to jeszcze pytanie; budowa im się podoba, ale przyszłego regulaminu zakładu nie znają; może niejeden nie zechce się poddać temu regulaminowi, a w takim razie będziemy musieli się rozstać. Niech taki idzie szukać schroniska, gdzie mu się podoba, wolę stracić kilku lub kilkunastu, niż puścić ich zupełnie samopas, bo wtedy dopiero pokazaliby, co potrafią. Wątpię jednak, żeby w tej mierze mieli trudności, bo dotychczas nie mogłem w Ambahiwuraku, jak również tutaj nie mogę się żalić na brak karności, bardzo są ulegli i posłuszni. Odkąd jestem między nimi, jeszcze ani jeden nie był ukarany przeze mnie. Niech Ojciec jednak z tego nie wnosi, żebym ja był dla nich zanadto pobłażliwy, do tego jeszcze za łaską Bożą przyznać się nie mogę. Najmniejszej rzeczy żadnemu nie przepuszczę, jeżeli uchybienie ogólne, to zaraz podczas katechizmu usłyszą cośkolwiek z wiadomości bieżących. Jeżeli pojedynczy zawini, to go wołam na poufną pogadankę i wtedy winowajca usłyszy słowa prawdy bez żadnych ogródek. Również niech Ojciec nie myśli, żebym ja w tem wszystkiem coś znaczył, bynajmniej, jestem kompletnym zerem, wszystkiem rządzić raczy i kierować sama Matka Najświętsza, która się mną posługuje tylko, jak narzędziem, ja nigdy sam nic zgoła nie robiłem i nie robię. Zdarzy się coś, mam załatwić jakąś sprawę, najpierw zmówię Zdrowaś, prosząc Matkę Najśw., żeby kierowała moimi słowami i sercem winowajcy, załatwiam sprawę łagodnie, czy ostro, zależy od okoliczności, potem to wszystko zamykam drugim Zdrowaś, ot i wszystko, reszta to już rzecz Matki Najśw. Nadzwyczaj mnie cieszy i dziękuję wciąż z to Matce Najśw., że mnie dziusy coraz to większe zaczynają mieć do Niej nabożeństwo; jak tylko miłość i ufność do Matki Najśw. dobrze zakorzeni się w tych biednych sercach, bo będę o nich zupełnie spokojny, wszystko będzie w porządku według najświętszej woli Pana Jezusa.
Kościół, dom dla zakonnic i mój dom, już do połowy wybudowany, mieszkania chorych ukończone wszystkie; kwestja rozprowadzenia wody po domu jest u nas obecnie na porządku dziennym. Fotografij Ojcu jeszcze nie mogę posłać, bo takowych nie mam. Skoro tylko będe je miał, zaraz Ojcu poślę. W porze deszczowej będą się odbywały roboty przeważnie wewnętrzne, t. j. umeblowanie i t. p. Nie idzie to tak, jakbym chciał, prędko, ale posuwa się ślimaczym galopem, bo trudności bez liku staje wciąż na przeszkodzie. Cóż robić! Dziej się wola Boża, na tym świecie niema kącika bez krzyżyka. Teraz ustawicznie naprzykrzamy się Najśw. Matce, prosząc ją o fundusz na utrzymanie jak największej ilości chorych i zakonnic do ich obsługi niezbędnych. Trudności mam sporo, oprócz tego stosunki to obrzydliwe, bo wszystkie rozkazy idą z Francji, dlatego bardzo a bardzo proszę drogiego Ojca o modlitwy.
Bardzo często Europejczycy, t. j. biali, tak się odzywają o czarnych: »Co? To stworzenie ma być moim bratem?! ja, mam go nazywać bratem, a w dodatku może jeszcze i kochać jak brata?! Alboż to człowiek? Tegoby tylko brakowało! Tak źle jeszcze nie jest i nieprędko dojdzie do tego. Nich chcę wcale wynosić się nad innych, ale tak się poniżać, żeby coś takiego (mówiąc to, z odrazą pokazują na czarnych) uważać za brata, to znowu za wiele — na to mnie nie stać«.
Ja sam takie zdania nieraz tu słyszałem i teraz, pisząc ten list, przyszło mi na myśl, że jeżeli Ojciec wydrukuje ten list w »Misjach«, to wcale o to nietrudno, żeby coś w tym rodzaju pomyślał, albo i utrzymywał niejeden z czytających »Misje«, zwłaszcza kiedy przeczyta, że ja uszczęśliwiony z odzyskania napowrót moich dawnych chorych, że niecierpliwie wyczekuję na mających nadejść jeszcze i t. d., co wszystko jest przecie dowodem nie pogardy albo nienawiści, ale samej miłości, z którą się wcale nie ukrywam i dlatego wspominam tu o tem. To zapatrzenie się na czarnych, nie odnosiło się wcale do trędowatych, ale wogóle do czarnych. Trędowaci to zupełnie odrębna rzecz. Jak musi koniecznie mieć powołanie kto chce być, zakonnikiem albo zakonnicą, tak samo zupełnie trzeba mieć koniecznie powołanie do obsługiwania trędowatych. Wcale nie wystarczy choć święta, ale chwilowe, przemijające pragnienie, tylko musi mieć prawdziwe do tego powołanie ten, kto chce zaopiekować się trędowatymi. Bez powołania ani rusz. Mówili ci panowie, których słyszałem, o czarnych wogóle i chociaż rozprawiali bardzo niby mądrze, wysilali się, żeby uzasadnić te swoje zapatrywania, ja jednak otwarcie Ojcu mówię, że po dziś dzień ani wydziwić się nie mogę temu, jak można tak nie mam podziś dzień odpowiedzi na moje zapytanie. Pytam najpiegorw: poniża białego widzieć brata w czarnym dlatego, że ten bidny czarny pod wieloma względami niżej od niego stoi. A oddawać się całkowicie rozpuście, dopuszczać się najbezwstydniejszych i częstokroć nieludzkich poprostu czynów z czarnymi, jak to tu, niestety, jest na porządku dziennym u białych, to pewno białych wywyższa, uszlachetnia? Dalej — kochać czarnego nie można, bo byłoby to już za wiele, do tego stopnia biały poniżyć się przecie nie może. Ale kochać jakiegoś psa, kota, lub innego w tym rodzaju faworyta, a do tego nieraz tak całem sercem doń przylgnąć, że kiedy taki faworyt zdechnie, to po nim takie szlochania i lamenty, jakby po stracie najdroższej jakiej osoby — to bynajmniej nie upokarza białego, nie stawia go narównie z nierozumnem zwierzęciem, z którem on się brata? Czy mało widzimy białych, którzy mają takich faworytów? Na to mówią: »Tak, to zależy... to jest... rozumi ksiądz...« Nie, wcale nie rozumiem i dlatego pytam — potem znowu: »Jednakże... widzi ksiądz« i t. p. przelewania z pustego w próżne nic zgoła nie znaczące, dlatego powiedziałem, że odpowiedzi nie moje pytania nie mam.
Rozbazgrałem się, a tu tymczasem dobre wychowanie nakazuje podnocować, bo i północ niedaleko, dlatego kończę, polecając Was wszystkich opiece Matki Najświętszej.

Marana, w listopadzie 1904.

W liście P. Matka przysłała mi obrazek S. M. T., za który pokornie dziękuję; dałem ten obrazek jednej z nowoprzybyłych dawnych moich chorych i przytem zaczęliśmy gwarzyć o Karmelu i jego łaskawości dla nas, o ogromnej pomocy, którą wciąż od początku mamy od drogich Matek i t. d. i t. d., krótko mówiąc, powtórzyłem im to, co słyszeli ode mnie w Ambahiwuraku. Dodałem przytem, że: obrazek, który obecnie daję, dostałem w liście od P. Matki, będę na list odpisywał, jeżeli więc chcecie, to możecie i wy dać znak życia i napisać do WW. Matek, za co One z pewnością nie będą się na was gniewały, bo One nieszczęśliwymi nie gardzą. Naradzili się między sobą (było to z rana), potem wieczorem dają mi list i mówią: »Czytaj, Ojcze, czy można tak pisać do Karmelitanka Ksawera (oni przypadków nie mają wcale w swoim języku), czy może nie wypada?« Przeczytałem przy nich i mówię, że można. »Kiedy można, to dzięki Bogu — mówią — przetłumacz Ojcze, na swój język i poślij do Karmelitanka Ksawera«, a potem zaczęli się cieszyć, że święte Panny będą się za nich modliły.
Było nieco trudności przy rozwiązaniu tej zawiłej kwestji, że Karmelitanka to nazwa Zakonu, a Ksawera to imię P. Matki i że to nie jedno i toż samo — bo każda święta Panna — Karmelitanka, ale niekażda Ksawera, tylko różne imiona mają święte Panny. Czy zupełnie im to jasno, za to ręczyć nie mogę. Widzą to tylko, że Ksawera i wszystkie święte Panny Karmelitanki, to te Zakonnice, co ich bardzo kochają. Listu nie przepisywałem po malgaszku, boby się to na nic nie przydało, szkoda zatem czasu na to. Dla większej ich pociechy zaadresowałem osobną kopertę; z ukontentowaniem patrzyli na osobną swoją kopertę i list do Ksawera. Tłumaczyłem zupełnie dosłownie, jak tylko się dało wyrazić po polsku, sądząc, że WW. Matkom większą sprawi przyjemność ta prosta wyrażeń i pojęć nieszczęśliwych moich piskląt, jeszcze porządnie pół na pół dzikich, niż myśli wyrażone nieco lepiej po polsku. List pisany do P. Matki Ksawery i zarazem do wszystkich WW. Matek. Treść w niem jest wcale niezła, myśl jest, o czem przekonają się WW. Matki z mego listu w »Misjach«, w którym opisałem przybycie moich dawnych chorych, ale wyrazić myśli nie potrafię. Swoją drogą ja do tego listu nie mieszałem się i zapowiedziałem im zgóry, że nic nie powiem, tylko muszą sami pisać, jeżeli chcą list posłać, gdyż »Ksawera zaraz pozna, ze to ja pisałem, a nie wy«. — »Twoja Ojcze, prawda — powiedzieli — my myślimy inaczej, a wazaha (Europejczyk) inaczej, to zaraz święte panny poznają, że to twoje myśli«.

Pozdrawiamy Ciebie w Imię Pana.2

Słyszeliśmy od księdza Beyzyma, naszego ojca i matki,3 że Wy4 aż do wieczora5 modlicie się mocno za nas. Dlatego Wam dziękujemy i dziękujemy6 my pisklęta7 biedne księdza Beyzyma za modlitwy Wasze do Boga za nas i oto, co my Wam mówimy; w Ambahiwuraku my byli bardzo nieszczęśliwi dla braku domu i wody. Dlatego ksiądz Beyzym szukał miejsca i wody, żeby wybudować nowy dom. Kiedy on szukał tam koło Tananariwy, rozdzielił nas rząd; księdza Beyzyma wysłał do Fianarantsoa, a nas zmusił iść do ambuhidatrimu.8 Od tego dnia wielki bardzo był nasz smutek, dlatego, że nas niespodzianie odrazu9 oddzielili od księdza Beyzyma o 12 godzinie we środę.10 Od tego czasu kiedyśmy byli rozdzieleni, my się nie widzieli wcale 2 lata, ani spodziewali się zobaczyć. Już nam było zwątpione11 zupełnie, że się zobaczymy oczami12 z księdzem Beyzymem tu na ziemi. Ale jednakże teraz oto za łaską Bożą przyszliśmy tutaj do księdza Beyzyma; chociaż daleka strona, chociaż chore nasze ciała i nogi,13 jednak poszliśmy rzeczywiście.14 Prawie jeden cały miesiąc my szli. W drodze często nie znaleźliśmy nic do jedzenia wcale, ani nie znaleźliśmy domu do spania w nocy,15 bo my chorzy16 i dlatego nocowaliśmy pod gołem niebem. Zimno i niepogoda biło nas mocno. Prawdziwie łaska Boża przez Wasze modlitwy sprawiła, że teraz ksiądz Beyzym nietylko znalazł miejsce i wodę, ale i nowy dom już prawie gotów. Otóż za to dziękujemy i dziękujemy Wam, Matki drogie nasze, bardzo nas kochające, a także bardzo prosimy i prosimy jeszcze Was, drogie Matki, o Wasze modlitwy, bo bardzo wiele przeszkód i trudności spada na księdza Beyzyma i na nowy dom. Teraz nas ośmiu przyszło z północy17 tu do Fianarantsoa; jedna18 wróciła znowu do ambuhidatrimu, żeby przewodniczyć reszcie tych, którzy mają tu przyjść do ks. Beyzyma. My Was prosimy i prosimy jeszcze o modlitwy za nich, żeby oni tu także przyszli.19
Tym listem my Was odwiedzamy i żegnamy20 w Imię Pana. niech Bóg błogosławi Ciebie Ksawero, Matko droga nasza. Tak mówią21 nieszczęśliwe pisklęta księdza Beyzyma.
W imieniu wszystkich Józef22 Rajnilajwau.

(zasługującej być wielbioną = Wielebna, Przewielebna).
1. Zwyczaj u malgaszów pisać zawsze na początku listu do kogo pisany.
2. Coś w tym rodzaju, jak my piszemy np. P. Chr. lub coś podobnego.
3. To »Wy« jest zwrócenie się do wszystkich WW. Matek; nie znaczy ono to co Wy polskie, mówiąc z uszanowaniem do jednej tylko osoby, ale wy w liczbie mnogiej.
4. Opiekun.
5. Ustawicznie.
6. Wyraża większy nacisk, np. prosimy i prosimy jeszcze, bardzo prosimy.
7. Podoba im się ta nazwa i sami o sobie tak się wyrażają.
8. Miejscowość, w której się znajduje rządowe schronisko.
9. Raptem.
10. To ma wyrażać datę naszego rozłączenia.
11. Zwątpiliśmy.
12. Że się spotkamy, zejdziemy, zobaczymy na własne oczy, lub coś w tym rodzaju.
13. Oznacza, że schorowane całe ciało, ale najbardziej nogi.
14. Udaliśmy się w drogę.
15. Nikt ich nie przyjmuje do domu, bo się ich ludzie boją.
16. Wszyscy trędowaci zawsze mówią o sobie »chorzy«, a nie lubią widać tej pogardliwej nazwy »trędowaty«.
17. Z północy = z Ambohidatrimo, który leży na północ od Fianarantsoa.
18. Jedna chora z pomiędzy nich (żona tego, co podpisany na liście, nazywa się Dionizy Mangawela.
19. Znaczy: żeby doszli pomyślnie.
20. Pozdrawiamy.
21. Zwykłe zakończenie listu Malgaszów, albo nawet i małej kartki: tak mówi, albo mówią, poczem podpisuje się piszący.
22. Z prawdziwą wdzięcznością dla Pana Jezusa mogę sumiennie Przew. Matce powiedzieć, że byłbym szczęśliwy, gdybym miał jak najwięcej takich dobrych, pobożnych, praktykujących katolików, jak ten Józef, między moimi chorymi w nowym schronisku.
Na drugi dzień po odebraniu listu od WW. Matek, dostałem następujące prośby od pojedynczych.
1. Do Matek zasługujących na uwielbienie, Matek bardzo miłosiernych.
Oto co ja Was proszę i proszę1 Matki bardzo miłosierne, módlcie się Wy za mnie, żebym pokutowała jak św. Magdalena, bo ja grzeszna i grzeszna2 Módlcie się za mnie, żebym odpokutowała, i żebym miała serce pilne,3 pobożne, uległe,4 wytrwałe, żebym się nigdy a nigdy nie odwróciła,5 ale żeby błogosławił Bóg wypełnić to wszystko, o co Was proszę6 Matki moje drogie. A także módlcie się za naszych towarzyszy, którzy jeszcze nie przyszli, bo droga7 ich daleka, trudna i niebezpieczna.
Tak mówi jedno z biednych piskląt ks. Beyzyma, oraz Waszych, Matki drogie moje, bardzo miłosierne.

1. Usilnie proszę.
2. Wielka grzesznica.
3. Gorliwe.
4. Zgadzające się z wolą Bożą.
5. Nie zeszła z dobrej drogi.
6. O co proszę, żebyście dla mnie wyjednały u Boga.
7. Droga, którą przebyć muszą, żeby się tu dostać.

Jest to zupełna sierota, bardzo dobrej woli dziewczyna, lat może około 20, znam ją od lat 5, jej miłosierdzie i poświęcenie dla ciężko chorych, prawdziwe bez granic; bardzo mi był pomocną w obsłudze chorych w Ambahiwuraku, bardzo rozwinięta (jak w takich warunkach być może); katechizm umie doskonale i stara się wykonywać wszystko w praktyce. W rządowem schronisku upadła, czemu niekoniecznie się dziwię, bo w takiem otoczeniu (800 trędowatych, bez pomocy religijnej, prawie żadnej — poganie, protestanci etc., etc., po większej części ostatnia hołota razem skupiona) i warunkach, nie tak to łatwo utrzymać się w równowadze. Gorąco prosiłem Matkę Najśw. przez całe te dwa lata naszego rozłączenia, żeby mi tę biedaczkę raczyła zwrócić napowrót. Ot i wysłuchała Matka Najśw., za co Jej ustawicznie dziękuję i proszę o łaskę, żebym mógł tę duszę dla Niej uratować. Jest już znowu ona na dobrej drodze i mam w Bogu nadzieję, że nie zginie, bo jak tylko ma kogoś, co ją prowadzi, to uległą jest zupełnie i chętnie wykonuje, co się jej poleci. Łatwo bardzo może z niej być wyborna katechistka i infirmerka w nowem schronisku; ma wielkie nabożeństwo do Matki Najśw., wszystko zatem się uda.
Jeżeli łaska, to bardzo proszę o parę słów zachęty dla niej, to ją podniesie na duchu; na liście do niej proszę postawić1, to ja już będę wiedział do kogo pisany; umyślnie radziłem jej nie podpisywać swego nazwiska na tym liście. Kiedy przyszła, to całe jej przywitanie ze mną był płacz; na drugi dzień przyszła pomówić ze mną i ledwom mógł ją uspokoić tak płakała; wszystko za łaską Bożą już uregulowane i na dobrej znowu drodze.
2. Do Matek zasługujących uwielbienie — Panien świętych.
Matki moje najdroższe, ja proszę Was, módlcie się Wy za mnie, żebym był dobrym chrześcijaninem, uświęcił moje życie, i miał serce uległe1 w służeniu Bogu, żebym wszedł do nieba razem z Wami, chociaż nie widzieliśmy się jeszcze oczami na tej ziemi.2 Od dnia mego rozdzielenie z księdzem Beyzymem, niepodobnem stało się moje obcowanie3 z nim. Ja nie modliłem się wcale, dlatego wiele pokus spadło na mnie i oto dlatego Was proszę o modlitwy za mnie. Proszę i proszę także o modlitwy za moją żonę. Ona poszła4 w daleką i niebezpieczną bardzo okolicę5 i za jej towarzyszy także proszę o modlitwy, żeby się wszyscy dostali dobrze6 tu do księdza Beyzyma.

Tak mówi Józef.

1. Chętnie, skore.
2. Chociaż Was wcale nie znam.
3. Nie mogłem mieć z nimi stosunków.
4. Powróciła po resztę chorych, żeby ich przyprowadzić.
5. Rządowe schronisko.
6. Pomyślnie, szczęśliwie.

Bardzo dobry i gorliwy katolik. Nie modlił się, to znaczy, że nie mógł tak się modlić, jakby chciał, między tą hołotą bowiem w rządowym schronisku musi się kryć ten, co chce się modlić; stosunki tam haniebne dla tych nieszczęśliwych.
Jeżeli łaska, to proszę o parę słów otuchy dla niego.
Widzą drogie Matki z tych listów, których wcale nie dyktowałem (ani nawet wiedziałem, że będą pojedyncze prośby), że dzięki Bogu usposobienie moich piskląt dobre. Najśw. Mateczka radzi o swojej chorej czeladzi; ja o tem wiem jeszcze lepiej, bo ze mną wielu tak rozmawia, że tylkoby brakowało, żeby mówiący wzbudził żal, a ja żebym dał rozgrzeszenie i byłaby zupełnie dobra spowiedź. Za takie ich usposobienie dzięki Matce Najświętszej po wszystkie wieki. Ale trzeba kuć żelazo póki gorące i nie dać mu zastygnąć, to jest trzeba te poczciwe serca utrzymywać ciągle w tej świętej gorliwości, dodając im ustawicznie odwagi, zachęcając, oświecając i t. d.; trzeba się starać, żeby tego żelaza było jak najwięcej, t. j. żeby było prędzej schronisko dobrze zaludnione. Wiedzą drogie Matki, co niezbędne do osiągnięcia tego celu, wiedzą również moje Matki, jaki ze mnie niezdolny do niczego niezdara, dlatego oto co ja Wam mówię: wystawcie sobie, drogie Matki, że mnie widzicie klęczącego u waszej kraty i słyszycie aż do wieczora pokornie proszącego: »wyjednajcie mi, moje Matki, u Najśw. Panny, żebym wszystkie dusze, które mnie powierzyć raczy, szczęśliwie do Jej tronu doprowadził i sam przytem nie zginął na wieki«.





LIST LII.

Fianarantsoa, 26 grudnia 1904.


Do napisania tego listu zbierałem się więcej, niż czajka za morze. Kilka razy zaczynałem, a raczej chciałem zacząć, i nie zacząłem ani razu. Byłem bardzo nieswój, tak, że ani dwóch myśli skleić nie mogłem. Rozumem nigdy się poszczycić nie mogłem to tak, ale wskutek czego tak kompletnie zgłupiałem, tego sobie wytłumaczyć nie mogłem. Niedługo jednak czekałem na rozwiązanie zagadki; coś tydzień potem pokazał się sprawca zamachu, jak szydło z worka. Chwyciła mnie febra i trzepała mną całe dwa tygodnie bez przerwy. od bardzo dawna nie miałem jej, zatem prawdopodobnie teraz musiałem spłacić dług z procentami razem, czego zapowiedzią była ogólna niezdolność do wszystkiego; chininy sobie nie żałowałem, post ścisły zachowałem i teraz zdaje mi się, że już po wojnie; czy na długo, Pan Bóg raczy wiedzieć. Nie ma Ojciec wyobrażenia, jak obrzydliwie smakuje taki sezonik trzęsawicy, człowiek wtedy ani do tańca ani do różańca, jak to mówią, w ścisłem znaczeniu tych słów. Na służbie byłem ustawicznie, nie kładłem się wcale, to wszystko jednak było robione ot z grubego wióra tylko, a nie tak, jakby trzeba było. Nie lękam się jednak wcale o to, boć przecie Pan Jezus patrzy w sercu i wie, że nie z braku dobrej woli to niedbalstwo pochodziło. Kilka razy ubawiła mnie prostota, z jaką moje pisklęta okazywały mi współczucie w tym małym kłopocie. Siedziałem raz w stancji i brewjarz odmawiałem; słyszę, że ktoś do mnie puka, wychodzę i zastaję trędowatą, trzymającą niewielki koszyczek świeżo zebranej fasoli jeszcze w strączkach.
— Co powiesz? — pytam.
— Zebrałam trochę fasoli, weź ją, Ojcze, i ugotuj, pracujesz mocno, musisz się dobrze żywić.
— Bóg ci zapłać za miłosierne serce — odpowiedziałem — ale jeżeli chcesz mnie ukontentować, to zjedz sama.
— Nie, to dla ciebie, Ojcze, ja mam także i dla siebie trochę.
— Niech ci to nie będzie przykro, ale nie wezmę — powiedziałem jej i odszedłem, żeby tę sprawę zakończyć.
Zachodzę kiedyś do moich dawnych chorych, którzy świeżo przybyli — gotowali ryż na obiad; załatwiwszy to, po co przyszedłem, odchodzę; oni mnie zatrzymują: »Czekaj, Ojcze, dokąd idziesz? Zaraz ryż będzie ugotowany, już niewiele trzeba, zjesz, Ojcze, z nami, a potem pójdziesz, gdzie masz iść«. Podziękowałem za zaprosiny i odszedłem.
Po południu jeden z nich pyta mnie: »Jak się masz, Ojcze, bardzo cię febra męczy?« Odpowiedziałem, że dobrze się mam, a ucierpieć coś przecie trzeba, żebym nie zapomniał, żem się w grzechu pierworodnym urodził. »Czy prawdziwe twoje słowa, Ojcze, można uwierzyć, czy nie?« — mówi mi chory. Zamiast odpowiedzi, dałem drapaka. Myślałem, że na tem koniec, ale nie. Na drugi dzień o godz. 3½ zrana zabrałem się do umywania i reszty sztucerady; słyszę, że ktoś z nadworu puka, otwieram okno i pytam kto i czego chce? »Ja — odpowiada przy drzwiach stojący chory — nic nie zaszło, interesu nie mam żadnego, przyszedłem tyko zobaczyć, jak ty się masz, Ojcze?« Naturalnie, że ja go za to zgóry: dzieckiem nie jesteś, a głupstwa robisz, świeżo po deszczu, tak wcześnie, poraniony cały przychodzisz tutaj, chcesz febrę mieć, czy co? Ona na to: »Wszystko tobą teraz powiedziane, to rzecz najmniejszej wagi, mów, jak się masz, Ojcze, o to tylko mi chodzi«. Usłyszawszy, że dobrze, powiedział: »Dzięki Bogu« i odszedł.
Z tych kilku faktów może Ojciec wnosić, że żyjemy na dość przyjacielskiej stopie, dałby Bóg, żeby tak nadal było.
Dostałem z miasta kilka proszków sody i kwasu, było mi kiedyś bardzo jakoś niewyraźnie, rozrobiłem sodę, żeby się orzeźwić; tej operacji przypatrywał się mój czarny kuchmistrz, warto było zobaczyć, jak on szeroko usta roztworzył z podziwu, że pod szklanką ognia niema, a woda zimna od tego proszku tak kipi, że aż ze szklanki wybiega. Gdyby te otwarte usta był zobaczył nasz wołyński chłop, to z pewnością powiedziałby: »ot se ale, ni uroku pysok!«
Listy Ojca, to jest do mnie i do dawnych moich chorych z Ambahiwuraku, odebrałem, Bóg zapłać; ucieszyli się tym listem moi chorzy, bo Ojca pamiętają i dopytują się nieraz o Ojca. Z początku wahali się, cz mogą odpisać, czy może nie. Upewniłem ich, że Ojca usposobienie łaskawe dla nich, wcale się nie zmieniło, i że nietylko Ojca się nie obrazi, ale przeciwnie, ucieszy Ojca ich odpowiedź. Napisali zaraz odpowiedź i dali mi ją do przetłumaczenia i wysłania; jedno i drugie wypełniam obecnie stosownie do ich życzenia. Przewodniczka moja, o której Ojcu przedtem pisałem, szczęśliwie powróciła, z nią razem przyszła jedna z dawnych moich chorych z dzieckiem. Obecnie ten dzieciak ma trzeci rok, biega już i potrochu mówi; ochrzciłem to dziecko parę miesięcy przed opuszczeniem Ambahiwuraku — imię jej Marja. Z początku patrzyła na mnie zdaleka i bardzo nieśmiało, ale po paru dniach zawiązała się już pomiędzy nami przyjaźń, jakbyśmy się znali od nie wiem ilu lat. Najbardziej zaś cieszy mnie to, że ta mała Marynia umie przeżegnać się i »Zdrowaś Marja« z innemi odmawia, sama jeszcze napamięć nie umie »Zdrowaś«, ale z innymi to odmawia — da Bóg, że dalej dobrze pójdzie.
Budowa schroniska wprawdzie postępuje, ale bardzo a bardzo powoli, nie ma Ojciec wyobrażenia, co mam trudności na każdem kroku. O fotografjach pamiętam, nie posyłam ich jeszcze, bo nie można było dotychczas je zrobić. Radbym bardzo, żeby ta woja Rosji z Japonią już aby raz skończyła się; oni się czubią, a ja tracę jałmużnę nam daną przy zmianie rubli, które opadły wskutek wojny. Czekać na lepsze czasy ze zmianą nie można, bo trzeba płacić robotnika, materjał i t. p.
Często się zdarza, że mnie listownie zapytują różne osoby, czy nie trzebaby mi było czego do kościoła; odpowiadam zawsze stosownie do okoliczności, gdyby zaś Ojca kto zapytał o to, proszą z łaski swej powiedzieć, ze wielką łaskęby mi wyświadczył, ktoby zechciał zafundować lampę wiszącą (wieczną) przed Najśw. Sakramentem i ze cztery lichtarze na ołtarz. Lichtarzy wcale nie mam, a lampka wprawdzie jest, ale tak mała i słaba, że i niedługo posłużyć może, i niekoniecznie ją dobrze będzie widać. Staram się wyżebrać, co się tylko da, bo wydatków mam jeszcze tyle przed sobą do ukończenia budowy, że boję się nadwyrężać przeznaczoną na to jałmużnę, kupując drobniejsze, chociaż niezbędne rzeczy.
Winszując Ojcu i wszystkim naszym dobroczyńcom Nowego Roku, kończę bazgraninę, polecając Was wszystkich razem i każdego zosobna opiece Matki Najświętszej.

Do Księdza Tsirimisiki.1
Pozdrowienie naszemu Ojcu najukochańszemu i bardzo miłosiernemu dla nas. Potem za łaską Bożą życzenia Nowego Roku Tobie i naszym wszystkim Dobroczyńcom.
Dziękujemy i dziękujemy2 Tobie za Twoje słowa4 usłyszane nami. Wszystkie te słowa powiedział nam3 ksiądz Beyzym z listu Twego, który przyszedł do księdza Beyzyma.5 To cieszy nasze serca najbardziej6 i podziękowaniem jest nasza odpowiedź. My nie zapominamy Ciebie ani naszych Dobroczyńców w modlitwie i nie przestajemy się modlić. Nie zapominaj nas jak już będziemy w nowym domu.7
Żyj8 niech Ciebie Bóg błogosławi kochany Ojcze nas biednych. Tak mówią9 nieszczęśliwe pisklęta księdza Beyzyma i Twoje nasz Ojcze. Niezapominaj nas.

W imieniu wszystkich
Józef Rainilaivao.10

1. Tak wymawiane i napisane Ojca nazwisko. Ma Ojciec wiedzieć, że to jeszcze ujdzie, gdyż jest bodaj cień jakiegoś podobieństwa; francuskie słowa oni daleko lepiej przekręcają, tak naprzykład: paramelakasi ma wyrażać premiere classe; no co, prawda, że nieźle?
2. Bardzo dziękujemy.
3. Twój list.
4. Przetłumaczył.
5. Pod moim adresem.
6. Cieszy nas bardzo ten list.
7. Pamiętaj o nas na przyszłość tak, jak teraz pamiętasz.
8. Żegnaj, bądź zdrów.
9. Zwykłe zakończenie wszystkiego, co pisze Malgasz. Na najktótszej nawet kartce tak mówi, albo mówią i potem dopiero podpis piszącego lub piszących.
10. Czyta się: Rajnilajwáu.

Przetłumaczyłem jak tylko można było najbardziej dosłownie, żeby nie zmienić myśli. Śmiało mogę Ojcu powiedzieć, że niewszyscy coprawda, ale wielu z pomiędzy moich piskląt doskonale rozumi i ocenia miłosierdzie jak Ojca, tak też wszystkich Dobroczyńców. Wyrazić tego nie umieją to tak, nie jest to jednak ich winą. Wiem na pewno bom się o tem niejednokrotnie przekonał, że wdzięczność czują oni wielką za niesioną moc. Powiedziałem, że niewszyscy to rozumieją, bo mam wielu dzikusów, którzy o wszystkiem mają wyobrażenie mniej niż dziecinne, mówiąc bez obrazy ich honoru, są to prawie bydlątka. Mimo to jednak materjał to wcale dobry i mam wielką nadzieję, że za łaską Boża i pomocą Najśw. Mateczki będą oni dobrymi katolikami.
Przed wysłaniem tego listu dostałem do dopisania:

Do Ciebie Ojcze Tsirimisiki.
Tym listem ja Ciebie odwiedzam1 i oto co ja Tobie mówię: Powróciłem do Marana i razem z innymi tym listem Ciebie pozdrawiam w Imię Pana. Żyj nasz Ojcze kochany, niech Ciebie Pan Jezus i Jego Matka Święta Marja błogosławi.
Tak mówi Djoniza mangavelo,2 przewodniczka — (jest to żona w pierwszym liście podpisanego Józefa).

1. Znaczy: witam, pozdrawiam i t. p.
2. Czyta się Mangawélu.





LIST LIII.

Fianarantsoa, 26 stycznia 1905.


Kiedy ostatni raz odebrałem list od Ojca, tego nie pamiętam, wydaje mi się jednak, że jakoś od bardzo dawna nie miałem od Ojca wiadomości i dlatego nie jestem pewny, czy do Ojca doszły moje ostatnie listy, pisane w końcu zeszłego roku.
U nas deszcze codziennie, teraz zatem moja budowa niekoniecznie postępuje — co się da robić wewnątrz, to się robi, a nazewnątrz, przeważnie ścina się i kopie póki ziemia nie zaschnie znowu na dobre po ustaniu deszczowej pory. Cmentarz już prawie ukończony. Sprawdziłem umywalnie dla chorych, bardzo pojedyncze, ale mocne, to grunt. Naturalnie, że zaraz chcieli te umywalnie moi pacjencji obejrzeć, więc w niedzielę po Mszy św. i katechizmie poszliśmy oglądać nowe nabytki. Składam obecnie wszystko w jednej ze sal już ukończonej, a jak wszystko będzie gotowe, to porozmieszczam każdą rzecz na swojem miejscu. Podziwiali te umywalnie moi czarni lokatorowie i zarazem bardzo się cieszyli podłogą, po której przechadzali się w tej sali; mieliśmy przytem małą rozrywkę. Przyszła z nami do nowego budynku mała Marynia (dwuletnie dziecko, o którem już Ojcu pisałem), wszędzie szła sama piechotą pókiśmy byli na drodze i na podwórzu, kiedy przyszło wejść do sali, dzieciak ani rusz, nigdy w życiu nie widziała podłogi i bała się stąpić na nią. Mówi to dziecko już nieźle i wszystko rozumie, mimo to jednak żadne tłumaczenia nie pomogły; jedna z chorych musiała ją wziąć na ręce i wejść z nią do sali — tam dopiero, widząc, że my wszyscy chodzimy, odważyła się stąpić na podłogę i już napowrót szła piechotą.
Na wyspie nienajlepiej się teraz dzieje; krew się przelewa i na Madagaskarze, nietylko w Europie, Azji i t. d. Zaburzenia w południowych prowincjach, wojsko musi występować czynnie. Że się burzą Malgasze, temu się dziwić nie można wcale, co się wogóle dzieje, bo ani na krok nie oddalam się nigdzie za schroniska, ale oto ma Ojciec dwa zdarzenia z końca 1904 roku:
Burmistrz Tamatawy, krajowiec, egzekwując podatki, wziął się do kija. Tak uderzył po głowie jednego z krajowców, że mu czaszkę rozbił. Krewni zabitego zaskarżyli burmistrza do sądu; wykopano trupa, doktorowie go obejrzeli i orzekli, że został zabity kijem i czaszka rozbita zupełnie; świadkowie faktu byli, mimo to sąd uniewinnił burmistrza. Krewni zabitego apelowali do głównego sądu w Tananariwie i ten sąd też uznał burmistrza za niewinnego i pozostawiono go na tym samym urzędzie.
W jednej z południowych prowincyj, sam gubernator, Francuz, chciał zmusić jednego bogatego Malgasza do zapłacenia podatku, którego on czy nie chciał, czy nie mógł (jak utrzymuje jego rodzina) zapłacić, kazał gubernator rozpalić wielki ogień i zaczął przypiekać tego biedaka, od którego chciał wydusić pieniądze. Malgasz nie zgadzał się na zapłacenie, a gubernator tak go przypiekał, że ten nieszczęśliwy życie zakończył. Żołnierze krajowcy, obecni tej egzekucji, prosili żeby im pozwolono pochować spalonego trupa. Na pogrzebie zaprzysięgli, że gubernatora zamordują i zbuntują się — co też i dotrzymali. Gubernatora zabili, swego porucznika, Francuza, bardzo dla nich okrutnego, też zamordowali, jak mi mówiono w okrutny sposób, kilku Francuzów cywilnych zabito także za ich okrucieństwo i powstanie się szerzy coraz więcej. Mówią Francuzi, że burzą się Malgasze, piec ludzi żywcem i chcieć, żeby się oni nie bronili, to też dzika zachcianka. Do czego to ludzie dochodzą wyrzekając się Boga, ci quasi cywilizatorowie gorsi barbarzyńcy, niż nieszczęśliwi, których oni niby to cywilizują. Szczegółów tych okrucieństw nie opisuję, bo sam ich nie znam, com słyszał, to Ojcu piszę. Na czem się to wszystko skończy, Pan Bóg raczy wiedzieć. Musi zapewne Ojciec już o tem wszystkiem wiedzieć z gazet, ja napisałem, com słyszał, wątpię zaś, żeby to mogło być nieprawdą, bo wszyscy tu o tem jednakowo opowiadają. Dowiadują się tu Malgasze o wszystkiem od powracających żołnierzy ze »zbuntowanych«, według wyrażenia Francuzów, prowincyj. Bronić się od śmierci i to tak okrutnej, Francuzi uważają za bunt! Postęp XX wieku, niemo co mówić!
Dwie plagi powiększają się bardzo na Madagaskarze, to jest trąd i pchły; prawdziwem dobrodziejstwem dla ludzkości byłoby wynalezienie środka jakiego na pchły przynajmniej, jeśli na trąd nic poradzić nie może. Wy tam w Europie i pojęcia nie macie, co złego takie małe stworzenie zrobić może. O kłopocie, jaki mają z tem plugastwem trędowaci, to i mówić niema co, bo nikt sobie tego dokładnie nie wyobrazi, kto na własne oczy nie widział. Rany powyżłabiane głęboko, ciało puchnie naokoło ran i odpada kawałkami. Oczyścić tych ran nie można tak, żeby nic w nich nie zostało, wskutek czego w gnijącem ciele oprócz pcheł, mnoży się robactwo i żywcem toczy biednych trędowatych; prawdziwy czyściec mają oni na ziemi. A co czasu zabiera to wyjmowanie pcheł, nie mówię trędowatym tylko, ale zupełnie zdrowi godzinami całemi porają się z tem.
Niedawno kilku z moich chorych znalazło dość wielkiego węża, może miał jakie 1½ metra długości, a grubości tył jak ręka człowieka przy łokciu. jest to gatunek boa, po malgaszku nazywa się fanánina (tak się wymawia, jak napisano, akcent na środkowem a), jak po łacinie, nie wiem — jadowitym nie jest. Przyszli mi go pokazać. Zabij bestję, powiedziałem temu, co go niósł na końcu bambusa, wyrzuć i po sprawie. Ale ani sposobu zdobyć się na to, żaden nie odważył się go zabijać, bo Malgasze są przekonani, że dusze ich przodków siedzą w tych wężach, a kto zabije takiego węża, ten umrze. Malgasze zaś poganie czczą go jak boga i nazywają tego potwora stwórcą; kłaniają mu się, jak to wyrazić, nie wiem, po rosyjsku mówi się: »biją pokłony« przed nim. Drwiłem co się dało z tych zabobonów i przesądów, aż wreszcie znalazł się jeden rozumniejszy, co zabił gada. Na drwinach nie skończyło się wszystko; podczas katechizmu pomówiliśmy nieco obszerniej o tych rzeczach, może Matka Najśw. raczy wybić z głów moich piskląt te niedorzeczności, proszę Ją o to ustawicznie. Sądząc jednak czysto po ludzku, niezbyt łatwa sprawa tutaj z przesądami, bo te resztki bałwochwalstwa mocno zakorzenione. Wykorzeniać to trzeba to tak, ale dziwić się temu niema co tak bardzo, bo między białymi mnóstwo jest takich, co mają przesądy — ot np. nosić kasztany w kieszeni, żeby nie bolały zęby. Czarny nosi jakieś grigri, mające go bronić od jakiegoś czegoś, a biały nosi kasztany w kieszeni, według mnie, to na jedno wychodzi, nie widzę przynajmniej żadnej różnicy między jednym a drugim, wart Pac pałaca, a pałac Paca, jak mówi przysłowie — no, czy nie?
Jak u Ojca rzeczy się mają z jałmużną dla mnie, przybywa dużo, czy nie? — Bardzo radbym coś wiedzieć o tem, bo (nie pamiętam, czym Ojcu już pisał, czy nie), teraz według prawa nie może istnieć żaden szpital, jeżeli nie ma swego ordynarjusza. Chciałbym móc przyjąć jak największą ilość chorych, a doktora mieć muszę, czy chcę, czy nie chcę, dlatego tak mi chodzi o grosz.
Kończę, bo dziś jestem nieźle zmachany i, choć mam okulary na nosie, niewyraźnie mi się patrzy, gdyż oczy zbyt się kleją, podnocować zatem wypada koniecznie. Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw. i bardzo a bardzo proszę o modlitwy.

(Z listu pryw. do O. Czermińskiego wyjątek).

Fianarantsoa, 12 lutego 1905.


List Ojca z dn. 9/12 1904 odebrałem 25/12 1905. Bóg zapłać! Bardzom się nim ucieszył, bom go oddawna wyczekiwał, to raz, a powtóre, że dobre oznajmia wiadomości. Dzięki Bobu, że jest trochę grosza, to jakoś to pójdzie. Oby tylko Matka Najśw. ufundowała łóżek jak najwięcej, aby można było dusz jak najwięcej pozyskać i jakby wynagrodzić czas stracony. Nie ma Ojciec wyobrażenia, jakbym rad coś zebrać na Ojca misje. Narazie nie widzę sposobu, więc tylko prosić będę Matkę Najśw. o jałmużny dla Ojca; a może mi przyjdzie na myśl jaki sposób kwestowania, to go zaraz Ojcu zakomunikuję, zapytując naturalnie, czy tak można robić, czy nie. — Sachalinem kto wie czy nie zawładną Japończycy, tak coś niby na to się zanosi... Pieniędzy proszę nie wysyłać, niech będą tam, gdzie są, jak będzie potrzeba, to Ojca o nie poproszę. Zresztą jeszcze nie wiem jak się rzeczy mają z pocztą na wyspie, t. j. bezpieczna, czy nie — postaram się o tem dowiedzieć przed wysłaniem tego listu. Mówię o bezpieczeństwie poczty, bo o 4 dni drogi pieszej od nas biją się. Rozruch, o których Ojcu wspominałem, szerzą się znacznie. Posłane oddziały Malgaszów poszły na stronę współziomków i walczą przeciw Francuzom. Wysłano Senegalczyków; jedna ich kompanja wraz z kapitanem Francuzem zniesiona zupełnie przez krajowców. Ryż znacznie tu podrożał wskutek tych zamieszek, a prawdopodobnie i rozbojów nie zabraknie, jak zwykle bywa przy takich okolicznościach. Bliższych szczegółów walki nie piszę, bo nie wiem o nich. Ostatnia poczta, przez którą list od Ojca otrzymałem, przyszła zupełnie przemoknięta. Mam mocną nadzieję, że nie dopuści Matka Najśw., żeby wojujący zniszczyli to, co już mam wybudowanego, bo to przecie grosz ubogiego, ale kto wie, czy nie przyjdzie nam prochu nieco powąchać, bo zaburzenia coraz więcej do Fianarantsoa zbliżają się — fiat voluntas Dei — co i jak Bóg da, tak będzie najlepiej... Narazie tyle drogi Ojcze. Idę obecnie na zebranie do Fianarantsoa, jak się tam coś więcej dowiem to tu dopiszę... Niech Ojcu drogiemu Matka Najśw. dopomaga i błogosławi we wszystkiem.
Dopisek (w Fianarantsoa). Nowin o bijących się nie mamy tu prawie żadnych, to tylko mówią, że trudno Francuzom idzie, bo krajowcy nie walczą szykiem bojowym, tylko ukradkiem strzelają z zarośli, lub innych kryjówek tak, że Francuzi nie wiedzą, skąd i kiedy kula padnie.

(Z listu do M. Magdaleny od 5 ran P. Jezusa, Karm. na Łobzowie, wyjątek).

Fianarantsoa, 12 lutego 1905.


...Dotychczas muszę żyć nadzieją przyszłości, bo o założeniu ogrodu jeszcze u mnie mowy być nie może. Nasiona, które od W. M. dostałem, czekają w kuferku, aż ogród będzie. Włożyłem do pudełeczka medalik Matki Najśw., którą proszę, żeby nasiona nie zamarły. Jak Najśw. Pani rozporządzi, tak będzie. Czy W. M. doświadczała, albo doświadcza, jak roślinność odrywa się od tej ziemi, a podnosi myśli do Boga. Kiedy się jest o grodzie, albo w cieplarni, a wokoło grobowa cisza panuje, to kiedy się przystanie na chwilę i popatrzy się tak na całość, nie na jeden kwiatek tylko — tak jakoś jakby namacalnie czuje się tę wszechpotęgę Boga, który to wszystko stworzył i wzrost temu wszystkiemu daje, że mimowoli zapomina się zupełnie o wszystkiem, a dusza rwie się do Stwórcy. Ja tego dobrze opisać W. M. nie umiem, bo to czuje się dobrze, ale wyrazić trudno, ale i w kraju i tutaj to wszystko z wielką pociechą robiłem. Co to za radość u nas, kiedy kwitnie agava. Nazywają to aloes stuletni, dlatego że niby co 100 lat raz kwitnie, a tutaj to uważane za zwykły chwast. Obecnie jakby słupy telegraficzne po górze rozstawione koło schroniska. Każda agava wystrzeli ze środka łodygę na jakie 5, albo 6 metrów wysoką, a dopiero u góry kwiaty, dzwoneczki białe, bardzo niepokaźne. — Że przeorysza po skończonem urzędowaniu staje się odrazu niczem, to mnie wcale ani nie dziwi, ani żadnego wrażenia na mnie nie robi, bo u nas tak samo. Jak inni na to się zapatrują, to nie wiem; mnie się wydaje, że każdy przełożony, czyto u Was, czy u nas, czy gdzieby to nie było, jest prawdziwym męczennikiem, tylko ukrytym, bo krwi nie przelewa, a im wyższy urząd, tem cięższy krzyż. Krwi nie przelewają przełożeni, ale co nieraz łez wylewają, to tylko P. Jezusowi wiadomo. Odpowiedzialność ich ogromna, ale też i w Niebie będą wysoko, że aż hej...

(Z listu prywatnego do O. Czermińskiego wyjątek).

Fianarantsoa, 26 marca 1905.


List Ojca z 27/1 1905 odebrałem 15/3 i bardzo zań dziękuję. Na wstępie zaraz donoszę Ojcu, że nasza misja bardzo zagrożona. W tym miesiącu przysłał nam X. Bardon rozporządzenie co do modlitw na tę intencję, bo siedzimy to mocno jak ptaszek na gałęzi. Co P. Jezus da, to będzie, dziej się Jego najśw. wola. Niech Ojciec z łaski swej uwiadomi o tem drogi MM. w Karmelu. Sam Ojciec niech się za nami wstawia i naszych OO. i BB. prosi o modlitwy, dobrze? Roboty w schronisku nie zatrzymane, idzie wszystko naprzód, wolno wprawdzie, ale dzięki Bogu, idzie. Nie wiem sam jak, co i dlaczego, ale jakieś mam, czy przeczucie, czy nadzieję, czy, nie wiem, jak to nazwać, że Matka Najśw. nie pozwoli wyrzucić nas stąd. Gorliwie troszczą się o nas we Francji, burza się gotuje, albo może i szaleć już zaczyna, jednak Najśw. Mateczka zażegna ją i nie przerwą się nasze tu prace. Narazie tyle o tem, a jak co nowego wykwitnie, to Ojcu doniosę... Do Misyj nic jeszcze narazie nie mogę Ojcu podać, bom nie zdążył. Gotuję obecnie trzydniówkę dla chorych na Wielki Tydzień, żeby ich, ile się da, przygotować do spowiedzi Wielkanocnej. Nadzwyczaj wiele pracy to kosztuje, bo ich pojęcia bardzo nisko stoją — strasznie przykuci do tej ziemi. Duch wprawdzie ochoczy, ale ciało zezwierzęcone wielkie robi przeszkody. Nadzwyczaj trudno wytłumaczyć np., że ślub to nie od parady tylko, ale to Sakrament, jak każdy inny i że żonaty, albo zamężna nie może żyć z innymi. Wiedzą Malgasze o tem dobrze, boć przecie wszyscy misjonarze ciągle to im powtarzają, ustawiczna walka z tem, ale wspomnieć straszno, jak to się w praktyce zastosowuje. Z dnia na dzień coraz więcej wydaje się mi koniecznem rozdzielenie płci w schronisku, bo bez tego niedaleko zajdziemy. W ścisłem znaczeniu tego słowa, mogę się śmiało tytułować mamduktorem schroniska, bo tego bractwa nie można inaczej prowadzić tylko jak dzieci za rękę, t. j. pouczyć, a potem dopilnować, żeby wykonali w praktyce to samo... Kończę wszystkich Was i każdego zosobna polecając opiece Matki Najśw. i bardzo, a bardzo prosząc o modlitwy.





LIST LIV.

Fianarantsoa, 26 maja 1905.


Sam już nie wiem od jak dawna do Ojca nie pisałem i chociaż wciąż bardzo mnie korciło, żeby choć kilka słów posłać, jednak nie udało mi się aż do dziś. Dobrze mówi przysłowie, że radaby dusza do raju, ale grzechy nie puszczają. Tak i ze mną było dotychczas, pomimo najlepszej woli i najszczerszych chęci, ani rusz napisać i basta. Obecnie też niekoniecznie mi się pisze, zatem kilka słów tylko posyłam, ot żeby dać znać niby że jeszcze żyję. Im dalej w las, tem więcej drzewa, im bliżej ku ukończeniu robót, tem więcej przybywa mi trudności na każdym kroku. Żeby to choć przynajmniej takie trudności, jakie mają inni misjonarze, to jest że muszą się pasować, co się zwie, nieraz nawet z narażeniem życia, toby mi wstyd przynajmniej nie było przyznać się Ojcu, że mam do czynienia z przeciwnościami, ale bo to cała bieda w tem, że porządne przeszkody za łaską Matki Najśw. jakoś udało się usunąć, a teraz na każdym kroku drobiazgi w drogę załażą, które pojedynczo niewieleby szkodziły, ale że tego mnóstwo naraz, więc tamują postęp roboty. Tak zupełnie, jak kiedy komary człowieka opadną, utnie jeden, to jeszcze nie kłopot, ale kiedy ich wiele pokąsa, to jednak da się to we znaki. Kiedy się zaś ciągle nie klei, zwłaszcza jeżeli komu tak pilno jak mnie obecnie, żeby już aby raz można było ukończyć budowę i puścić w ruch wszystko, to trudno nie być w usposobieniu w kratki i dlatego nie mogłem się zdobyć na napisanie.
Nigdy jeszcze dotychczas nie słyszałem tego, co przed kilkoma dniami tu widziałem na własne oczy, mianowicie żeby kto kilkomiesięczne dziecko karmił np. kaszą lub czemś podobnem. W styczniu b. r. przyszło na świat dziecko; przed kilkoma dniami jego matka (jedna z moich trędowatych) prosi mnie o lekarstwo, bo dzieciak chory. Nie mogłem pomóc, bo jakże mogę się dowiedzieć, co dziecku jest, nie będąc doktorem. Mówię zatem tej kobiecie, żeby zaczekała z tem, a w tych dniach doktór będzie opatrywał wszystkich, to i jej dziecko zbada. Na drugi dzień zjawia się doktór; opatrzył dzieciaka, rozpytywał matkę o symptomata choroby i powiedział mi, co mam dziecku dać. Że to już było dobrze z południa, więc doktór polecił, żebym lekarstwo dał na drugi dzień z rana. Na drugi dzień, stosownie do polecenia doktora, przychodzę z lekarstwem i zastaję tę kobietę przy śniadaniu; jadła ryż i dzieciakowi leżącemu na jej kolanach pakowała ryż do ust. Kręcił się mały krzykacz. piszczał i odwracał głowę, nic jednak nie pomagało, pani matka pakowała mu ryż do ust i łyżką i ręką, jak wypadło, tak zupełnie, jak się napakowuje tytoń do fajki. Powiedziałem jej, żeby dała pokój, bo może zabić tym sposobem dziecko, ale ona utrzymywała, że to nic nie szkodzi, owszem, powiedziała: »im lepiej będzie jadł, tem będzie silniejszy«. Być może, że w Afryce to uchodzi, u nas nigdy nie słyszałem, żeby tak małe dziecko karmić czem innem, niż mlekiem. Sądziłem, że to może wyjątek jaki stanowi ta kobieta i spytałem jednego z robotników potem, jak wogóle Malgasze karmią swoje dzieci. On mi na to powiedział, że nie widział, żeby co innego dawali jak ryż, ale ryż dziecko kilkomiesięczne przełknąć już może, zatem można mu dawać. Kiedy tak, pomyślałem sobie, to nie mamy co mówić — na zdrowie — ryż może przełknąć dzieciak, dlatego natłaczają go nim; czy zaś dziecko strawi ten ryż, o to nikt nie pyta, ani też nie myśli o tem. Czy ta kobieta będzie długo cieszyć się swojem dzieckiem, tego nie wiem, bo doktór powiedział, że nietylko pięciomiesięczne, ale znacznie starsze dziecko można zabić karmiąc go tak ryżem lub czem innem.
Tutaj obecnie koniec maja, to coś w tem rodzaju, jak koniec października w Europie. Deszczu niema już wcale, ale ustawicznie rosi kapuśniaczek, co to ni deszcz, ni rosa, a jednak przemoczyć potrafi; w nocy mamy kilka tylko stopni ciepła. Febra, katary, kaszle, reumatyzmy i t. p. pozostałości grzechu pierworodnego, na porządku dziennym u nas. Jednak Afryka Afryką, w dzień, kiedy chmur niema, słońce porządnie grzeje i o udar słoneczny wcale nietrudno.
Co u Ojca słychać, przybywa co jałmużny na utrzymanie chorych, czy niekoniecznie?[12] O fundowaniu łóżek i nie pytam nawet, bo coś mi się tak zdaje (daj Boże, żeby to nie była prawda), że w obecnych czasach zaburzeń niebardzo o tem ktokolwiek myśli. Ha, to już już nie moja rzecz; jak Matka Najśw. rozporządzi, tak będzie, dziej się Jej najświętsza wola.
Zacznę obecnie obławę na fotografów, może uda mi się gdzie schwycić którego, to zaraz dam zdjąć to trochę, co przybyło, i poszlę Ojcu do Misyj, żeby wszyscy dobroczyńcy widzieli, że ich jałmużny nie marnieją.
Oczekując z niecierpliwością na odpowiedź, polecam Was Wszystkich i każdego zosobna opiece Matki Najświętszej, oraz bardzo a bardzo proszę o modlitwy.





List LV.

Fianarantsoa, 26 sierpnia 1905.


Obecnie jestem w położeniu, którego Ojcu należycie opisać nie potrafię, bo sam niby nie rozumiem, a raczej nie mogę przewidzieć, co to z tego wszystkiego wyjdzie. Wie Ojciec, że od samego początku mojej misji, nie brakło mi nigdy trudności i przeszkod najrozmaitszych na każdym kroku; obecnie nowa spotkała mnie niespodzianka — roboty ustały. Przyjechalo to sporo Anglikow szukać złota. Znaleźli żyłę złota i rozpoczęli kopanie na wielką skalę. Oprócz tego rząd robi dla nich drogę, żeby mogli wózkami jeździć do portu. Niby to rząd ma płacić robotnika, ale właściwie jest to przymusowa pańszczyzna. To wydobywanie złota i robienie drogi, bodaj czy nie tysiące ludzi zaprząta, a nadomiar kłopotu, rząd zakazał prywatnym przedsiębiorcom odwodzić robotnikow od tych robót, płacąc np. więcej lub temu podobnym sposobem, tak, żę koniec końcem ja zostałem bez robotnika. Mam wprawdzie codzień kilku, ale to nic zgoła nie jest, znaczy tyle chyba, co psu mucha na śniadanie; bo żeby moje roboty postępowały jak trzeba, muszę mieć codzień jakich 100, albo 150 botników przynajmniej. Wszystkie budynki już, dzięki Bogu, pod dachem, ale w całym zakładzie tyle jeszcze do zrobienia jak zewnątrz, tak wewnątrz, że ze strachem myślę o tem.
Oprócz tego siedzimy tu mocno, jak wróbel na gałęzi; lada chwila może nas stąd rząd wygnać, jak to zrobił we Francji na stałym lądzie i t. d. i t. d., słowem, że nie w zbyt świetnych jestem warunkach. Ale to, sądząc czysto po ludzku, bo patrząc na to wszystko okiem wiary, zupełnie co innego się widzi. Źle niby jest, ale to się nie dzieje bez dopuszczenia Bożego, zatem tak być musi, ma w tem wszystkim Pan Jezus swój zamiar. Równocześnie zaś z temi trudnościami i obawami jakby pokazywała Matka Najświętsza, że te wszystkie przeciwności to tylko przejściowe, że Jej dzieło zniweczonem przez to nie będzie, bo Ona sama wszystkiem kieruje. Ot np. te choćby dwie rzeczy czy nie potwierdzają tego? 1) czasy wszędzie haniebne, wszędzie się tłuką, wszędzie trzeba pieniędzy huk, a mimo to dla mnie nadchodzi wciąż jałmużna, wprawdzie powoli, ale stosunkowo bardzo obficie jak na obecny stan rzeczy, za co cześć i dziękczynienie Matce Najśw. po wszystkie wieki i stokrotne »Bóg zapłać« wszystkim razem i każdemu zosobna łaskawym naszym dobroczyńcom; 2) wota nadchodzą do obrazu naszej Najśw. Matki Częstochowskiej, będącego w kościele trędowatych; już mam cztery serca srebrne do zawieszenia na ołtarzu Matki Najśw. Więc widocznie chce Najśw. Pani, żeby nietylko n nas w Polsce, ale i pod afrykańskiem niebem Jej obraz, który sobie upodobała, był czczony. Jeżeli zaś tak jest, to i budujące się schronisko, nie zważając na przeszkody i trudności, za łaską Matki Najśw. dojdzie do pomyślnego końca. Tak ja to sobie wszystko moim głupim rozumem tłumaczę, a jak będzie, to zobaczy kto dożyje. Dziej się we wszystkiem najświętsza wola Boża.
O fotografjach dla Ojca pamiętam, nie mogłem tylko dotychczas upolować fotografa, dlatego takowych z tym listem nie posyłam. Ja, za łaską Bożą, ani na chwilę ufać nie przestałem, że schronisko będzie ukończone i niejedna dusza znajdzie w niem bezpieczny port na drodze zbawienia. Dałby tylko Bóg, żeby to prędzej nastąpić mogło i żeby jałmużny nie przestały nadchodzić, żeby mieć za co utrzymać jak największą ilość trędowatych. Może Ojciec powie, że ten list, to tylko same jeremiady. Napisałem to wszystko, żeby Ojciec wiedział, jak się rzeczy mają, wcale jednak nie w tej myśli, żeby się żalić, albo, co nie daj Boże, narzekać na te różne biedy. Łatwo Ojciec się domyśli, że często gęsto z powodu tych różnych trudności jestem w kwaskowatym humorze, mówiąc wyraźniej — jego tatarsko-afrykańska mość bywa często w złym usposobieniu; mimo to jednak na duchu nie upadam i za łaską Matki Najśw. do ostatka nie poddam się tym trudnościom, ani też się niemi zniechęcę.
U nas jeszcze zima, febra bruździ nieźle, raczymy się też chininą jakby jakim specjałem. Nie pamiętam, czym już Ojcu kiedy pisał, czy nie, o jednym dość ciekawym objawie trądu, mianowicie: niektórzy trędowaci nie czują bólu nigdzie, tylko pod pachami. Tak np. rana się jątrzy, on jej nie czuje, tylko pod pachą ma ten ból, chociaż rana jest, przypuśćmy na nodze niżej kolana; oparzy palce gorącą wodą albo i samym ogniem — na palcach pęcherze, skóra złazi, a bólu chory nie czuje w palcach, tylko pod pachą; uderzy się np. w rozranioną nogę, a boli go pod pachą, a nie noga i t. p. Wiem od chorych, że tak jest, ale jak, co i dlaczego, o tem naturalnie pojęcia nie mam, to musi badać doktór.
Drugą rzecz też dość zadziwiającą mogę Ojcu donieść; wiadomo, że pszczoły boją się dymu i giną od niego. Ile razy widziałem, gdy wybijają pasiekę, że zawsze pod ul podkładano dymiącą się głownię i od tego dymu pszczoły ginęły. Tutaj przed kilkoma miesiącami kwitły eukaliptusy i kilka innych drzew. Nadleciał rój dzikich pszczół (taka pszczoła jak europejskie, tylko znacznie mniejsza) do tych drzew i zagnieździł się na strychu w baraku trędowatych. Te baraki kurne, kominów wcale nie mają, ani też okien, skoro więc chorzy rozpalają ognie, to pod dachem pełno dymu. Otóż w tym dymie dzikie pszczoły przyczepiły piastry wosku do dachówek i zapełniły je miodem. Nie mogłem się dość nadziwić, patrząc na pszczoły pracujące w dymie. Miodem uraczyli się chorzy z wielkim ukontentowaniem; czy ten miód był czysty i nieprzydymiony, to inna kwestja, ale koniec końcem był baliczek na mały stoliczek, bo trędowaci niezbyt są wybredni.
Tyle narazie, mój Ojcze, bo na dłuższą bazgraninę czasu zabrakło. Polecam Ojca opiece Matki Najświętszej i bardzo a bardzo proszę o modlitwy.





List LVI

Fianarantsoa, 26 września 1905.


Bóg zapłać Ojcu za list, bardzo się nim ucieszyłem, bo już oddawna nie miałem od Ojca wiadomości. Wiem jak Ojcic ma wiele pracy i dlatego nie dziwię się wcale temu długiemu milczeniu, swoją jednak drogą, nie cieszy mnie wcale, kiedy parę parowców nadejdzie, a listu od Ojca nie dostanę. Bardzo Ojcu dziękuję za łaskawe przysłanie mi sikawek ogrodowych, o które kiedyś prosiłem; wypróbowałem wszystkie, doskonale działają i wielką nam oddadzą usługę jak w ogrodzie, tak też w razie, broń Boże, ognia w domu, gdyż silnie i daleko biją — Bóg zapłać Ojcu za nie. Wziąłem jedną taką sikawkę i poszedłem pokazać ją moim pisklętom (notabene nigdy w życiu tego nie widzieli). Łatwo Ojciec sobie wystawi, co wtedy było krzyku i hałasu. Z początku pytali, co to jest, na co to, skąd wziąłem i t. d. Kiedy zacząłem pompować i struga wody poszła wysoko w górę, zaczęli wrzeszczeć, śmiać się, każdy robił swoje uwagi, a jeden prosił, żebym pozwolił pompować. Dałem mu sikawkę do rąk i to było powodem nowej uciechy, bo on wziął sikawkę nie za rączkę, ale za sam tłok nasmarowany oliwą, rzecz więc jasna, że cała ręka się nieźle zawalała, co wywołało nowe śmiechy i wrzaski.
Dzięki Matce Najśw. już wszystkie budynki pod dachem, mam w Bogu nadzieję, że wkrótce będę mógł przesłać Ojcu zewnętrzne fotografie. Wewnątrz jeszcze nic niegotowe — roboty mnóstwo i mnóstwo. Obecnie u nas wiosna, a za jakie może dwa tygodnie zaczną się kilkomiesięczne deszcze i burze, t. j. tutejsze lato, zatem zewnętrzne roboty niewszystkie będą mogły postępować, trzeba będzie przeczekać, aż nadejdzie zima, w której posucha zupełna.
Mamy tu obecnie dwie potężne plagi szerzące się po całej wyspie: trąd i zepsucie obyczajów. Rozpusta coraz to większe przybiera rozmiary, żyją Malgasze jak zwierzęta. Nie potrafię Ojcu dostatecznie wyrazić z jaką niecierpliwością wyczekuję tej chwili, w której będzie można otworzyć schronisko, w któremby trędowaci zaczęli żyć trochę więcej po bożemu. Jestem pewny, że i w nowem schronisku nie obejdzie się bez wykroczeń, jednak nie będzie za łaską Bożą tak źle, jak obecnie. Robię co mogę, ale tłukę się tylko, jak ryba o lód, bo ta mieszanina płci i wieku niweczy całą pracę. W wielu misjach po różnych krajach zakładają kolonje trędowatych, t. j. że w pewnym obrębie żyją trędowaci rodzinami w osobnych domkach, mają swoje ogrody, warsztaty i t. d. Szczęść Boże wszystkim we wszystkiem, każdy robi tak, jak mu się wydaje w Panu najlepiej. Jednak, opierając się na codziennem doświadczeniu, śmiało mówię, że niewiele z tego wszystkiego korzyści, zwłaszcza duchownej. Jeżeli się chce zrobić co dla poratowania trędowatych tak co do duszy, jak co do ciała, to trzeba koniecznie założyć szpital z separacją płci, jak wogóle wszystkie europejskie szpitale, a nie kolonje trędowatych. Czytałem wiele opisów takich kolonij i widziałem takowe na własne oczy. Opis kolonij trędowatych przedstawia rzecz całą bardzo dodatnio, zwłaszcza jeżeli napisany zajmująco i nieco ubarwiony pięknemi myślami i słowami. Zdawałoby się, że wiele i wiele dusz można tym sposobem zbawić, w rzeczywistości jednak tak nie jest. Jest to tylko łudzeniem się, nadzieją, że niby wiele się robi dla zbawienia bliźnich, bo w samej rzeczy wychodzi się na tem, jak Zabłocki na mydle. Wydatki wielkie materjalne, pracy wiele, czasu poświęca się wiele, sil wiele się marnuje, a w rezultacie pokazuje się, że albo wcale niema z tego pożytku, przedewszystkiem duchowego, albo jeżeli takowy jest, to tak mały, że prawie możnaby powiedzieć żaden. Każdy, kto tylko poznał choć trochę życie trędowatych ze wszystkimi jego potrzebami i poznał stan, w jakim się ci nieszczęśliwi znajdują, kto patrzał na rzeczy tak, jak one są w rzeczystości, a nie bawil się tylko teorje i przypuszczenia, ten z pewnością przyzna mi słuszność. Odkąd jestem na Madagaskarze, dzień i noc jestem między trędowatymi, od początku, aż po dziś dzień, dobrze na wszystko, co się dzieje między nimi, uważam, zastanawiałem się nad tem wszystkiem długo i długo, ale teraz widzę wyraźnie, że mego zdania zmienić nie mogę. Rozważyłem wszystkie pro i contra, jak co do szpitala z racją płci. tak też co do kolonji trędowatych. Wiele i bardzo wiele racyj i to niebyle jakich, ale gruntownych, mam za szpitalem, a przeciwko niemu żadnej. Co do kolonji zaś zupełnie przeciwnie, mam wszystkie racje contra, a ani jednej pro. Teraz Ojciec łatwo pojmie, dlaczego się oparłem stanowczo kolonji, a wybudowałem szpital, i dlaczego od tej myśli nie ustępuję. Zwiedzało kilku doktorów moje schronisko i wszyscy jednomyślnie są za separacją płci, o czem w kolonji mowy być nie może. Zresztą, jak Bóg pozwoli doczekać, to wynik kilkoletniej próby pokaże, co lepsze: szpital czy kolonja. Wiem dobrze, że z początki będę miał wielkie i liczne trudności do przełamania, mimo to jednak nie ustąpię ani na włos, bo widzę wyraźnie, że kolonja trędowatych to nic innego, jak przepaść brudu, w której gubią się ci nieszczęśliwi. Tyle na dziś mój Ojcze, bo czasu mi brak. Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw. i bardzo a bardzo proszę o pamięć w modlitwach.





LIST LVII.

Fianarantsoa, 11 lutego 1906.


Znowu gdzieś, czy na lądzie, czy na morzu, nie wiem, ale nieład na poczcie. Nadszedł pierwszy styczniowy statek, wyczekiwałem poczty, jak kania deszczu, a tymczasem ani od Ojca, ani z Karmelu nic zgoła nie dostałem, ani nawet korespondentki bodaj. Z nadejściem drugiej poczty wkońcu stycznia również nic zgoła nie było dla mnie. Nie w najlepszy mnie to humor wprawiło, to prawda, ale trudna rada, kiedy nie, to nie; на нѣтъ суда нѣтъ jak mówi przysłowie. Zamiast czekać na pocztę zabrałem się sam do pisania. Ten rok wyjątkowy tutaj, wielu mówi, że jeszcze nie pamiętają, żeby tak było — zaczęła się pora deszczowa w listopadzie zeszłego roku — na początku listopada kilka deszczów, a potem skwar i posucha okrop na aż do końca stycznia b. r. Już zaczęli przebąkiwać, że będzie głód, ale zmiłował się P. Jezus i dał deszcz wkońcu stycznia. — U mnie robota postępuje, ale niezbyt prędko. Kościół, jak mam w Bogu nadzieję, będzie wcale nieźle wyglądał. Ogrody już się zakładają powoli. Jak tylko będzie można, to znowu Ojcu nadeślę fotografję z tego, co zrobione. Woda, dzięki Bogu, daje się łatwo rozprowadzać w ogrodach, wskutek czego z polewaniem nie będzie wiele kłopotu. W ogrodzie mężczyzn pracujący robotnicy usłyszeli podziemny szmer, jakby płynącej gdzież daleko wody — otworzyliśmy niewielki otwór w tem miejscu i okazało się śliczne, czyste źródło podziemne — wielką to będzie pomocą tak dla ogrodu, jak i wogóle dla całego zakładu, za co dzięki Matce Najśw. po wszystkie wieki. — Moje dłuta niewiele teraz spoczywają, mimo to jednak jeszcze ogromnie wiele mam do zrobienia. Niech Ojciec się nie dziwi, że w obecnym liście niewiele Ojciec znajdzie związku, bo piszę urywkowo, telegraficznym stylem i to nie wtedy, kiedybym chciał, ale kiedy mogę. Ot np. w tej chwili, kiedy to piszę, wróciłem z ogrodów i zmachałem się trocha, bo słońce nieźle przypieka, żeby wypocząć, nie tracąc czasu, zabrałem się do pisania. Ogrody za łaską Matki Najśw. powinny być dobre, o ile mnie się zdaje, bo się robi co tylko można, żeby takimi były. Niełatwa sprawa to założenie ogrodu, trzeba bowiem to wszystko zrobić na kilkodziesięciometrowej spadzistości, gdyż jak to Ojciec zobaczy na fotografji, ani 2 metrów niema nigdzie równego miejsca, tylko z góry na górę. Trzeba wyrzucać ogromne kamienie, gdzie się to da zrobić; ziemia dzika zupełnie, nigdy dotąd nie była jeszcze uprawiana, a że to czysta glina, więc nawozu sporo trzeba mieszać, żeby coś z tego było. O wozach i koniach mowy tu niema, muszą zatem ludzie przynosić nawóz koszykami i to zdaleka. Górzystość gruntu ogromnie powiększa koszta robót; trudna jednak rada; ogrody są niezbędne, bo trzeba chorych żywić i zająć ich przy tem. Wydatek wielki, to prawda, ale nie przestrasza mnie wcale. Matka Naśw. widzi że oszczędzam gdzie i jak tylko się da, i że robię to tylko, co niezbędne, zatem da Ona nam jałmużnę potrzebną do prowadzenia Jej dzieła. Bazgrałbym jeszcze i jeszcze, bo stary jestem porządnie, a »senectus garrula«, mimo to choćbym był najpewniejszy, że Ojca nie znudzę, muszę skończyć, gdyż czasu mi zabrakło zupełnie. Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw. i proszę wszystkich o często modlitwy.





LIST LVIII.

Fianarantsoa, 26 listopada 1905.


Z napisaniem do Ojca zbierałem się tym razem prawdziwie jak czajka za morze, ciągle myślałem o Iiście do Ojca, ale ustawicznie jak nie jedno to drugie, jak nie drugie to dziesiąte stanęło na przeszkodzie i, chociaż chęci mi nie brakło, list dopiero teraz wysyłam. Długo musiałem czekać na fotografje, aż wreszcie udało się i posyłam Ojcu co mogę, raczej na co się mógł zdobyć czarny artysta. Do tych fotografij dołączam jak od siebie, tak też imieniu wszystkich nieszczęśliwych, którzy znajdą przytułek w tem schronisku, stokrotne Bóg zapłać wszystkim naszym dobroczyńcom razem i każdemu wsobna za hojne jałmużny, z których powstało to schronisko. Matka Najśw. niech im to po swojemu stokrotnie wynagrodzi jak w tem, tak w przyszłem życiu. Budowa nazewnątrz już prawie ukończona, zostaje bardzo maleńko do zrobienia po deszczowej porze. Teraz pracujemy wewnątrz; idzie to bardzo wolno, bo najrozmaitszych przeszkód wcale nie braknie. W naturze również tego roku opóźnienie, do połowy listopada deszczów nie było wcale, raz czy dwa pokropił chwilowy tylko drobny deszczyk, niby gęsta rosa. Posucha straszna i upał wielki, bo słońce pali pionowo, a ziemia sucha i rozpalona też nie oddaje chłodu. Bydło bardzo zmarniało dla braku paszy. Jak zwykle w końcu suchej pory Malgasze podpalają wszędzie suchą trawę, żeby podczas deszczów nowa lepiej urosła. Przy tej operacji niedawno spaliło się kilka domów niedaleko nas. Dopiero 15 listopada spadł pierwszy drobny deszcz z małą przymieszką gradu i pioruny zaczęły się popisywać, jeden z nich zwłaszcza uderzył gdzieś w skały niedaleko nas, ale tak siarczyście palnął, że aż miło było słuchać.
Zły jestem na tutejszy rząd, bo nie po ludzku on postępuje, wszędzie rządy protegują i wspomagają dobroczynne zakłady, czyto uwalniając je od podatków, czy w inny jakikolwiek sposób. Francuski rząd nietylko, że tego nie robi, lecz przeciwnie, obdziera bez miłosierdzia. Ot ma Ojciec dowód na to, co mówię, jak ze wszystkiem, tak też i z krawiectwem idzie tutaj bardzo niesporo, zatem teraz muszę przygotowywać powoli uniformy dla przyszłych mieszkańców schroniska, żeby potem, przyjmując tych nagusów, nie czekać, ale odrazu umundurowywać ich porządnie. Wiedzą tutaj w urzędach celnych, że sprowadzam wiele rzeczy, ale nie dla handlu niemi, lecz tylko dla biednych trędowatych, wiedzą też, że te wszystkie rzeczy kupuję za jałmużny, które mam od łaskawych dobroczyńców. O tem wszystkiem w urzędach celnych wiedzą, bom ich uwiadomił, mimo to jednak obdzierają co się zwie. Płótna i flaneli sprowadziłem niedawno za 2.723 fr. i to nie skądinąd tylko z Francji, a tu na cle wzięli za to 221 fr. 60 c. Jak to mam nazwać?! Niech Ojciec sam powie. A jak te cła pobierają, to sobie nawet wytłumaczyć nie można. Tak np.: sprowadzili tu dla misji oleodruki za 103 fr. 30 c. Kupiec przystał te oleodruki jako posyłkę pocztową poleconą i dlatgo na cle wzięto 18 fr. Niechże też same oleodruki przyjdą pod opaską jako druki, na cle nic zgoła się nie płaci. Na podstawie czego opaska uwalnia od cła, a posyłka płaci takowe? Szkoda tylko, że nie w mojej to mocy, bo gdybym tak mógł, jak nie mogę, to z prawdziwą przyjemnością napędziłbym tym wszystkim poborcom rozumu do głowy i miłosierdzia do serca. Pocieszam się tylko tem, że przecież Matka Najśw. widzi, co się dzieje i nie opuści biednych trędowatych, dla których schronisko kazała budować. Ma tu zjechać niezadługo nowy zarządca całej wyspy na miejsce Galieniego, zobaczymy jakie to będą rządy.
Zasyłając Ojcu i wszystkim naszym dobroczyńcom życzenia świąt i Nowego Roku, oraz bardzo prosząc o modlitwy, kończę bazgraninę.





LIST LIX.

Fianarantsoa, 26 maja 1906.


Bóg zapłać za list z dnia 28 marca 1906 roku. Uradowałem się nim bardzo, bo byłem już porządnie spragniony choćby kilku słów od Ojca. Nic Ojcu narazie nie mogę donieść nowego, bo jeszcze prawie nic nie przybyło, roboty idą bardzo wolno. Jak Matka Najświętsza dopomoże, to wkrótce zaczniemy przeprowadzać wodociągi po zakładzie. Rury już są wszystkie w porcie Mananjary (czyt. Manandzari), a z portu do mnie powoli nadchodzą.
U nas obecnie zima, t. j. właściwie mówiąc, pora sucha, bo o mrozach tu pojęcia nie mamy; mimo to jednak ścięte góry okładamy darniną, żeby za nadejściem pory deszczowej nie osuwały się do zakładu; płoty z róż i innych kolczastych roślin robimy, ogrody przygotowujemy i t p., posucha nie może nam przeszkodzić, zawdzięczając hidronetom, które nam Ojciec łaskawie przysłał i za które przy tej sposobności jeszcze raz Ojcu dziękuję. Funkcjonują obecnie zawzięcie te hidronety i nadzwyczaj wielką oddają przysługę, gdyż konewkami nie dałoby się polać tak i tyle, jak temi sikawkami. Jak Bóg da, że to wszystko, co się obecnie sadzi, na tyle podrośnie, że będzie można fotografować, to się Ojciec przekona z fotografji, że schronisko i cmentarz obok niego, nie wyglądu na szpital, ale raczej na jaką willę. Malgaszom wogóle, a w tej liczbie i moim szanownym pacjentom, dziwnem się wydaje, ze ja zasadzam rozmaite rośliny, jakie tylko dostać mogę, służące li-tylko do ozdoby. »Poco to sadzisz, kiedy tego jeść nie można« Z tego i wielu innych temu podobnych pytań i zarzutów, ma ojciec dowód, jak się zapatrują Malgasze na rzeczy i jakie mają poczucie piękna. Ryż, maniok, pataty i t. d., a, to hej, to ma wartość, bo to się je; im wszystko zaś inne, czego jeść nie można, tem samem zupełnie patrzą się okiem, jak naprzykład koń, albo wół patrzy na malowidło. — »Szkoda czasu i pracy na sadzenie tego, cóż z tego, że wyrośnie, a czy to można jeść!« Na to wszystko odpowiadam zawsze: »Zobaczycie później, na co to wszystko się robi«.
Przygotowuję obecnie paru katechumenów do Chrztu św.; idzie to, dzięki Bogu, jakoś niby nieźle, ale taka katechizacja to prawdziwe ćwiczenie w cierpliwości dla misjonarza. Trzeba czasu niemało, nim się co uda wytłómaczyć tym biedakom. Tak naprzykład niedawno tłómaczyłem, jak mogłem, że wszystkie trzy Osoby Trójcy Przenajwiętszej są sobie zupełnie równe we wszystkiem, to jest, że żadna z nich nie jest ani starszą, ani doskonalszą i t. d. od innych, tylko są sobie we wszystkiem równe. Rozumiecie! — pytam.
— Tak, rozumiemy.
— A czy jasno?
— Tak, zupełnie jasno.
— Kiedy rozumiecie, to dobrze. Powiedz naprzykład ty — pytam jednego — kto starszy, Bóg Ojciec, czy Bóg Syn?
— Pewno że Bóg Ojciec — odpowiada zapytany.
— Zatem — mówię mu — nie są sobie równe te dwie Osoby we wszystkiem, kiedy Bóg Ojciec starszy.
On na to:
— Równe sobie są we wszystkiemu, ale Bóg Ojciec starszy od Boga Syna.
Albo znowu pytam kiedyś jednego: Bóg jest. wszędzie obecny, a czy i w piekle też jest?
Odpowiada: »Tak, nie cierpi w piekle Pan Bóg, ale tam jest swoją mocą«.
Pytam drugiego: czy tamten dobrze odpowiedział, czy nie, że Bóg jest w piekle?
On na to: Niedobrze powiedział, bo jakże Bóg, będąc Duchem najczystszym, może być w tak brudnem miejscu, jakiem jest piekło«.
Wytłómaczyłem mu to, jak mogłem, na porównaniach, ale czy się już zupełnie zgadzamy z tym czarnym teologiem, tego jeszcze pewny nie jestem. Będę się starał o tem przekonać, bo często u nich się zdarza, że mówią o czemkolwiek tak a nie inaczej przed misjonarzem dlatego, że nie śnią mu się sprzeciwiać, przekonani zaś są zupelnie przeciwnie.
Ustawicznie dziękuję naszej Najśw. Pani Częstochowskiej za Jej nad nami opiekę i wszystkim przy każdej sposobności mówię, że ufność w pomoc Matki Najśw. zawieść nie może. Kilka razy zapytywał mnie zupełnie serjo, urzędownie, X. Biskup i generalny przełożony misji, czy mam dość pieniędzy na skończenie schroniska i na utrzymanie potem chorych w tym zakładzie. Jak jednemu tak drugiemu odpowiedziałem, że na ukończenie robót już mam ile potrzeba, a na utrzymanie chorych będę miał na pewno, bo schronisko to jest dziełem nie ludzkiem, ale samej Matki Najśw., która jest nietylko bogatą, ale i najmiłosierniejszą zarazem, zatem radzi o swojej nieszczęśliwej czeladzi. — No, czy nie tak może dzieje się w rzeczywistości? Czasy ciężkie, w ścisłem znaczeniu tego słowa, nasz biedny kraj porządnie wyniszczony, na wszystkie strony nic innego nie słychać, tylko: »daj i daj«, mimo to jednak jałmużna choć szczupło, ale ustawicznie nadchodzi dla nas biednych trędowatych, za co Najśw. Matce cześć i chwała po wszystkie wieki, a wszystkim naszym dobroczyńcom razem i każdemu wsobna od nas pokorne »Panie Boże zapłać«, od Najśw. zaś Pani, dla miłości której dają te jałmużny, stokrotna nagroda, jak tu, tak w wieczności.
Powtarzam sobie ustawicznie: Fiat voluntas Dei i In patientia vestra possidebitis animas vestras, mimo to strasznie mi pilno, nie mogę się doczekać chwili, kiedy będę mógł umieścić na ołtarzu obraz naszej Częstochowskiej Pani i porozwieszać koło niego vota z kraju nadesłane. Wiem, że niewart jestem tej łaski, mam jednak nadzieję, że P. Jezus pozwoli mi dożyć i umieścić obraz Matki Najśw. tak jak tego pragnę; zresztą jak we wszystkiem, tak też i w tej rzeczy przedewszystkiem »Bądź wola Twoja«.
Z wielkiem zawsze zajęciem czytam w Misjach listy W. M. Stanisławy, Dominikanki, z wyspy Świętej Trójcy. Bardzo robi się mi przykro, kiedy widzę z tych listów, ile dobrego między trędowatymi robią na chwałę Bożą te Zakonnice, a ja, na takiem samem będąc stanowisku, nic nie mogłem dotychczas zrobić i jeszcze nie wiem sam, jak długo muszę się wyczekiwaniem prawdziwej pracy zadowalniać. Ale trudna rada, nic mi innego nie pozostaje do zrobienia, jak dziękować Panu Jezusowi za to, co raczy przez te zakonnice w duszach ludzkich sprawiać, a samemu pocieszać się nadzieją, że się sprawdzi może na mnie małoruskie przysłowie: terpy kozacze, atamanom budesz, może i mnie jeszcze przed śmiercią Pan Jezus pozwoli kilka dusz dla Nieba pozyskać i samemu. choć maleńko, zasługi zebrać.
Kończę, żeby jeszcze parę listów tą porą w świat wysłać. Nowych fotografij niech się Ojciec jeszcze tak zaraz nie spodziewa, ale, jak tylko się da, zaraz takowe dam porobić i Ojcu wyślę. Wszystkim Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw. i bardzo proszę o modlitwy.





LIST LX.

 
Fianarartsoa, 26 czerwca 1906.


  Jak po całym świecie teraz źle się dzieje, wszędzie strejki, rozboje, mordy, pożogi i t. p., tak i mi Madagaskarze nienajlepiej. Był tu niedawno zamach, albo raczej spisek na życie w południowym Madagaskarze. Nigdyby Ojciec nie przypuścił, kto na kogo chciał się targnąć. Trędowaci, w kolonji trędowatych, założonej przez X. Biskupa Cruzeta i przez niego utrzymywanej, chcieli zamordować X. Biskupa, XX. Lazarystów i Siostry Miłosierdzia obsługujące tę kolonję. Jednemu z trędowatych udało się odwieść swoich towarzyszy od tego zamiaru i dlatego morderstwo nie było dokonane, ale trędowaci rozjuszeni, wykopali trumnę Szarytki, zmarłej przed paru laty, i kości jej porozrzucali na wszystkie strony, zadośćczyniąc tym sposobem swemu rozwściekleniu. Tak o tem napisał X. Biskup Cruzet do X. Biskupa Cazeta. — Szczegółów bliższych nie mogę Ojcu napisać, bo o nich nie wiem; pisał wprawdzie X. Biskup Cruzet, że trędowaci chcieli tu mord popełnić, kiedy się dowiedzieli, że uleczonymi być nie mogą, i że muszą mieszkać w schroniskach li-tylko dlatego, żeby byli odosobnieni od zdrowych. To jednak prawdą być nie może, nakłamano X. Biskupowi. Kiedym to usłyszał, zaraz powiedziałem, że to nie jest powodem tego buntu, czy jak to nazwać, trędowatych; wiedzą bowiem doskonale Malgasze na całej wyspie, że trąd jest nieuleczalnym. O tem też nie mogą nie wiedzieć, że dotknięci tą chorobą, nie mogą być razem ze zdrowymi, bo rząd niby zakazuje trędowatym mieszkać po wsiach i miastach, i sami Malgasze, którzy się nie chcą zarazić, pędzą bez miłosierdzia trędowatych. Jak się dowiem może o powodzie prawdziwym tego zdarzenia, to Ojcu napiszę. Plemiona malgaszskie południowej części wyspy są daleko dziksze od reszty swoich ziomków to prawda, ale oni też wiedzą doskonale, jak się rzeczy mają co do trądu, powód zatem, który X. Biskupowi podano, nie może być prawdziwym. Trąd ogromnie się szerzy, ale trudno, żeby było inaczej dlatego, że rząd niby zabrania trędowatym mieszkać między zdrowymi i goni ich do schronisk, ale to niby, jak powiedziałem. W rzeczywistości bowiem tak się dzieje: trędowatych biednych, to jest ubogich, gonią i wtłaczają przemocą do niby schronisk, jak nazywają, a właściwie do zbiorowisk najohydniejszego zepsucia i bezprawia, którzy zaś mogą się opłacić i opłacają się wykonawcom prawa, tych zostawiają spokojnie, jako niby nie trędowatych. Samych zaś Malgaszy, t. j. całą ludność wyspy, można dzielić na dwie kategorje: bojących się trądu i niebojących się onego. Bojący się tej choroby trzymają się zdala od chorych, pędzą ich od siebie i t. d.; niebojący się zaś trądu mieszkają razem z chorymi już swoimi krewnymi, jedzą razem i t. d. Wszyscy trędowaci, znajdujący się po wsiach i miastach, wszędzie się włóczą, kupują, sprzedają wszystko bez różnicy, rzecz zatem jasna, że choroba musi się szerzyć. Nietylko bowiem dostaje się ona przez pieniądze, chodzące z rąk do rąk, ale przez żywność i inne rzeczy sporządzane i sprzedawane przez trędowatych. Malgasze z bardzo małym, nic prawie nie znaczącym wyjątkiem, chodzą wszyscy boso, po drogach i ścieżkach wszędzie zostaje krew i ropa, ciekąca z ran przechodzących trędowatych, co niemało sprzyja szerzeniu się choroby. Nadmiar zaś złego, na całej wyspie rozpusta bez granic, a że passio caeca, więc się ta plaga trądu coraz więcej i więcej szerzy, jak na wyspie, tak też i we Francji. Być może, że w Europie pokrywają to Francuzi jak mogą, to jednak samej rzeczy nie zmienia. Na co więcej jak to, co wojsko i urzędnicy powracający do Francji zawiozą. Sami sobie winni, bo jak sobie kto ściele, tak też i spać będzie.
Oprócz trądu, druga jeszcze choroba od jakiegoś czasu wielkie robi na wyspie spustoszenia — febra. Bardzo się wzmogła i szerzy tu febra i sprząta ludzi ze świata; u nas śmiertelność wprawdzie jest, ale nie tak wielka jak w północnej części środkowego Madagaskaru. Niedawno tu słyszałem, że w samej Tananariwie, to jest w samem mieście, około 400 ludzi w ciągu dwóch miesięcy zabrała febra z tego świata. Czy ta liczba dokładna, tego powiedzieć na pewno nie mogę, tak mi tylko mówiono, więc relata refero, że zaś śmiertelność wielka, to prawda, bo mamy nakazaną imperatę we Mszy św. »za chorych«. Najrozmaitsze szczegóły o tej śmiertelności słyszałem, że zaś w tem łatwo może być jakaś przesada, jak zwykle na świecie się dzieje, zwłaszcza w podobnych razach, dlatego Ojcu o nich nie wspominam. Jeżeli się coś dowiem pewnego, to w następnym liście Ojcu to prześlę.
Ten rok jakiś wyjątkowy tutaj i co do pogody. W samym końcu maja np. i w czerwcu deszcz, nie ulewny wprawdzie i bez przygrywki grzmotów, i piorunów, jak w porze deszczowej, ale deszcz i to dość często padał. Od tego czasu, co tu jestem, to się pierwszy raz zdarzyło. Dziwnem, albo raczej nienormalnem nam się to wydaje, bo, jak Ojcu wiadomo, u nas wszystko odwrotnie, niż w Europie; maj i czerwiec, to zima na dobre, to tyle, co w Europie listopad i grudzień.
O nas samych nie mam co wiele Ojcu do napisania, wszystko idzie jeszcze po dawnemu. Budowa postępuje ślimaczym krokiem, choć robię co mogę, żeby już aby raz skończyć i otworzyć zakład. Niedawno ochrzciłem jednego dorosłego poganina, a dwóch obecnie przygotowuję do Chrztu św.
Z wiosną, to jest we wrześniu lub październiku, może moje ogrody na tyle podrosną, że będą mogły paradować na fotografii, to zaraz postaram się o zdjęcie i poślę Ojcu takowe. Obecnie jeszcze to niemożliwe, bo nie byłoby prawie nic widać na papierze. Jeżeli Bóg da, że się wszystko przyjmie i podrośnie, to, o ile mi się zdaje, wcale nienajgorzej będzie to wyglądało. Z kwiatami nie powiodło mi się. Dostałem mnóstwo nasion rozmaitych pachnących i ozdobnych kwiatów od nas z kraju, ale że te nasiona musiały czekać kilka lat (4 a może i 5) na zasianie, gdyż nie wiedziałem, gdzie będę budował, i rzecz jasna, że nie miałem gdzie siać, musiały zapewne zamrzeć nasiona i nie schodzą. Niema co, muszę znowu zacząć żebrać o nowe nasiona świeże, żeby mieć czem kościółek nasz ozdobić. Trudno i ciężko mi idzie, to prawda, ale dzięki Matce Najśw. i ofiarności łaskawych dobroczyńców, jałmużny dla nas nadchodzą, więc w Bogu nadzieja, że rozpoczęte dzieło dojdzie do skutku, jak u nas chłopi mówią: »jakoś to ono bude«.
Kończę bazgraninę, bo choć mam okulary na nosie, ale licho widzę, oczy na dobre się kleją, trzeba podnocować.
Wszystkich Was razem i każdego wsobna polecam opiece Matki Najświętszej i bardzo a bardzo proszę o modlitwy.





LIST LXI.

 
Fianarantsoa, 17 września 1906.


  Bardzo dziękuję za list, uwiadamiający mnie o zakupnie łóżka, ucieszyła mnie ta wiadomość; dałby Bóg, żeby jak najwięcej było takich fundacyj. Już dzięki Bogu wzięte dwa łóżka; jedno zakupił ś. p. kanonik Denjog, a drugie p. Zofja Szlubowska. Niech im to Matka Najśw. po swojemu stokrotnie wynagrodzi. Kilka razy byłem listownie zapytywany, co mianowicie przeszkadza w ukończeniu schroniska. Gdybym chciał wyliczyć wszystko, to musiałbym chyba cale foljały zabazgrać, czasu zabrałoby to co niemiara, a pożytku z tego nie byłoby wiele, albo też wcale nie. Żeby jednak był wilk syty i owca cała, t. j. żeby zadośćuczynić zapytującym, odpowiadając na zapytania, a przytem czasu niewiele stracić, bo go mam nadzwyczaj mało, podaję tu najnowsze, ho obecne trudności, wskutek których odwlecze się ukończenie i otwarcie schroniska. Rzecz mianowicie taka: W kilku posterunkach naszej misji budynki wymagały koniecznie odnowienia. Rząd tutejszy wciąż wyjeżdża z nowemi i coraz to trudniejszemi, a często i niemożliwemi wcale paragrafami jak wogóle co do wszystkiego, tak też i co do budowli i ich urządzeń jak zewnętrznych, tak wewnętrznych. Nie uczynić zadość tym rządowym wymaganiom, to zaraz zamykają szkoły i t. d. Nie było zatem innej rady, jak tylko zabrać wszystkich »majstrów« do tych wszystkich robót, co też X. Przełożony generalny był zmuszonym zrobić. Rzecz zatem jasna, że u mnie budowa stanęła zupełnie dla braku robotnika. Słowo majstrów wziąłem umyślnie w cudzysłów, żeby zwrócić uwagę czytających na to, że tutaj majster nie znaczy to, co to słowo wyraża. Skrobidecha co jako tako oskrobie heblem kawał drzewa z grubszego wióra, tylko, a piłą przetnie drzewo we wszystkich możliwych kierunkach, tylko nigdy prosto uciąć nie potrafi, już uważa się tutaj za stolarza. Taki, co rozrobił błoto i zlepi niem kilka cegieł, już jest murarzem i t. d. we wszystkich innych fachach. Przy robocie trzeba każdemu z tych artystów każdą rzecz zosobna pokazać, jak ma hyć robioną, bo inaczej nic z tego. Mimo to, że tak mało trzeba umieć, żeby być majstrem, tych majstrów jest tu bardzo niewielu. Dostarczanie materjału też niemałą stanowi trudno, każdy kawał drzewa, każdy kamień i t. d., muszą ludzie przynosić na głowach (Malgasze nie noszą ciężarów na plecach, ale na głowach), a niewiedzieć ile kilometrów przez góry i doły, ścieżkami często tak wąskiemi, że zaledwie jeden może tam przejść. Wozów i pociągowych zwierząt niema. Są już gdzie niegdzie niby wózki, t. j. paczka na dwóch kołach (u nas to nazywają gara), ale ciągnione przez ludzi i to naturalnie tylko tam, gdzie są niby drogi porobione potemu. Robotników, t. j. tych quasi majstrów, bardzo tu niewielu, a zdarza się często tak, że kilku z nich nie zjawia się do roboty, bo albo obrabiają rytowiska (bagno, w którym sadzi się ryż), albo są na pogrzebach. Pogrzeb u Malgaszów trwa często tydzień, albo i dłużej, stostownie do zamożności, u biednych trwa to krócej, u bogatych dłużej. Na cześć nieboszczyków zabijają woły i raczą się mięsem, aż póki nie zjedzą wszystkiego, zapijając to rumem. Jakie straszne orgje odbywają się na tych pogrzebach, nie piszę, bo przyzwoitość nie pozwala.
Z tego, com tu napisał, widzi Ojciec wyraźnie, że wskutek takich i mnóstwa innych najrozmaitszych trudności, które od początku na każdym kroku napotykam, wlecze się moja robota i nie mogę wiedzieć, kiedy wreszcie będę mógł otworzyć schronisko. Z założonemi rękoma nie siedzę, to tak; ale, jak to mówią, głową muru przebić nie mogę, to też tak. Bardzo mi przykro kiedy myślę, że tylu nieszczęśliwych trędowatych męczy się za życia i ginie, a, co nie daj Boże, na wieki może giną, ale zaradzić temu nie w mojej mocy. Wszystkiem w mojej misji kieruje i rządzi Sama Matka Najświętsza, która najlepiej wie, co jest na większą chwałę Pana Jezusa i pożytek dusz ludzkich. Kiedy zaś Ona dopuszcza tyle przeszkód i taką zwłokę w ukończeniu schroniska, znaczy, że tak ma być, dziej się Jej najświętsza wola. Ufam i wierzę, że wszystko dobrze się ułoży i pokornie czekam. Swoją drogą jednak ustawicznie proszę Matkę Najśw., żeby raczyła przyspieszyć swoje dzieło, bo bardzo mi już pilno. Tymczasem w ogrodach robi się, co można i z rzeźbą spieszę, jak mogę, żeby móc zakładową kaplicę jak najlepiej ozdobić.
Jeżeli Ojciec może bez trudności, proszę mi z łaski swej przysłać trochę nasion kwiatów pachnących, np. goździków pełnych, laków, lewkonij, rezedy, a jeżeli można, to i nieśmiertelników różnych kolorów (do robienia suchych bukietów do oltarza), żebym choć coś bodaj mógł mieć na początek. Co do kwiatów, to przed laty pięciu czy sześciu, byłem prawdziwym bogaczem, poprzysyłali mi różni dobroczyńcy mnóstwo nasion prześlicznych i to nietylko kwiatów, ale i drzew, np. cyprysów; wszystkie te przesyłki dobrze do mnie doszły. Czytając nazwy roślin na paczkach, nie posiadałem się z radości, w myśli układałem plany i patrzałem, jak będzie ślicznie wyglądać kaplica i obraz Najświętszej naszej Częstochowskiej Pani ubrany kwiatami. Na niczem to wszystko spełzło; przez kilka lat, jak Ojciec wie, nie mogłem budować, a zatem i ogrodu zakładać nie mogłem, przez ten czas nasiona w skrzynce zamarły; posiałem je teraz wszystkie w nadziei, że choć coś może zejdzie, ale nic z tego, wszystkie nasiona zginęły i obecnie nic a nic zgoła nie mam. Z kwiatowego magnata stałem się ostatnim kapcanem, oprócz chwastów, co się same zasiewają, w pustyni nie zgoła nie posiadam. Gdyby chodziło o mnie samego, to nietylko cichobym siedział, lecz ustawicznie dziękowałbym Panu Jezusowi, że mi pozwala naśladować Siebie w ubóstwie, które tak Mu się podoba. Ale chodzi tu o upiększenie kaplicy Matki Najśw., zatem zgodzi się Ojciec z tem, że milczeć nie mogę, muszę żebrać, żeby Najśw. Mateczka między trędowatymi przynajmniej była, o ile można, jak najlepiej czczona, kiedy Ją obecnie bezbożny świat wszędzie znieważa. Z największą wdzięcznością dla Pana Boga i z prawdziwą radością mogę Ojcu powiedzieć, że między moimi chorymi nabożeństwo do Matki Najśw. już coś trochę niby zaczyna kiełkować, ale jeszcze wiele i wiele pozostaje do życzenia, że zaś z tymi dzikusami nic zrobić inaczej nie można, jak tylko przez zewnętrzne zmysły, to tylko bowiem mogą trochę zrozumieć, co widzą i słyszą, i to niełatwo i nieprędko, dlatego wszystkich starań dokładam, żeby kościółek ich był, o ile się tylko da, najokazalszy. Tak zaraz to się nie stanie, to rzecz pewna, ale że tak będzie z czasem, jeżeli mi Bóg żyć i pracować pozwoli, to też pewno, bo to wszystko w ręku Najśw. Matki.
Bardzo wprawdzie niewiele, ale jednak coś doleciało do mnie wiadomości i na daleki Madagaskar o tych mankietnikach. Ta głupia sekta w łeb weźmie, bo nie pozwoli Pan Jezus, żeby się szerzyła. Po ludzku nawet sądząc, nie może ta brednia istnieć. Nigdy nie przypuszczałem i pojąć nie mogę, jak mogli nasi rodacy dojść do tego stopnia głupoty. Żeby np. utrzymywać, że jakaś tam... obdarzona od Boga tak samo jak i Najśw. Panna, i, idąc za głosem tej..., odpadać od Kościoła św., to już na to trzeba być osłem nad osłami i to zapieczętowanym, chyba w mózgownicy warjata taka myśl powstać może. Głowy tylko tym teologom pogolić i do domu warjatów ich zamknąć, na nic innego nie zasługują.
W Imerynie śmiertelność, dzięki Bogu, ustała. Zimę mieliśmy wyjątkowo ostrą, w nocy i nad ranem termometr opadał do + 3° C. Febra wskutego tego była się rozgospodarowała na dobre. Z moich chorych kilku też przetrzepała, ale nikt nie umarł. Obecnie zaczyna już być cieplej, ma się ku wiośnie.
O fotografiach pamiętam, ale nic jeszcze niema, nowego do zdjęcia, dlatego Ojcu nie posyłam. Rozmachałem się nieźle i kto wie, czybym się nie zdobył jeszcze na drugie tyle. Niech się jednak Ojciec nie obawia, przestaję Go nudzić moją bazgraniną, bo czasu zabrakło.
Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw. i bardzo proszę o modlitwy.





LIST LXII.

 
Fianarantsoa, 26 listopada 1906.


  Dawno już do Ojca nie pisalem nie dlatego, żebym nie chciał, albo z lenistwa, ale dlatego poprostu, że mi nie dało. Dobrze mówi przysłowie, że rada dusza do raju, ale grzechy nie puszczają; dotychczas nie mogłem myśli zebrać, żeby się zdobyć choć na króciutki bodaj liścik, dlaczego tak, tego wytłómaczyć nie umiem.
U nas obecnie lato, t. j. pora deszczowa – niezłe deszcze spadają jak zwykle, pioruny też sypią często jak z worka, ale i burz mieliśmy tu kilka wcale niezłych.
17-go października około godziny 8 wieczorem spotkała nas niekoniecznie miła niespodzianka: rozigrała się burza na dobre, pioruny tak grzmociły, że aż miło było słuchać i patrzeć – wicher dął silny i deszcz lał ulewny; trwało może jakich dziesięć minut, potem naraz pozimniało i łoskot się zwiększył, bo urżnął grad co się zwie, jakby chciał pokazać, że on przecie więcej znaczy, niż ulewny deszcz; pojedyncze gradziki nie były zbyt wielkie, ot tak może jak laskowy orzech, ale że wicher dął silny, więc tłukł grad z podwójną siłą. Po tej burzy nie było poco mi iść obejrzeć schronisko, bo ciemno i niebezpieczna przeprawa, droga bowiem zamieniła się w rwący potok wskutek spadającej z gór wody.
Nazajutrz rano, zaraz po Mszy św., poszedłem zobaczyć, co się dzieje z moją budową. — Szkodę znalazłem, ale — dzięki Bogu — niezbyt wielką, kilkadziesiąt szyb wybił grad, a innej psoty burza nie wyrządziła. Ogrody wcale nieuszkodzone.
W parę dni po tej tarapacie dostałem 30 rs. od hr. Ilińskiego z Wołynia. Tak mi się wydało, jakgdyby Matka Najśw. chciała nas upewnić, że nami się opiekuje zupełnie, jakgdyby była powiedziała: poniosłeś stratę, bo taka była wola mego Syna, ale masz oto jałmużnę na załatanie tych dziur w oknach, o nic się nie obawiaj, bo ja jestem z wami. Chwała i dziękczynienie niech będą Pani Najświętszej za tę Jej łaskawość po wszystkie wieki.
W połowie listopada przechodziła niedaleko nas trąba powietrzna; nie mogę Ojcu powiedzieć, w jakiej odległości, ale bardzo blisko nas przeszła i nam żadnej szkody nie zrobiła. Malgasze nazywają trąbę taką Rambondanitra, czytaj Rambundánitr — znaczy to dosłownie ogon nieba. Harmat i strzelb nie mają Malgasze, ale bronią się od takiej trąby w bardzo prymitywny sposób: rozpalają wszędzie ognie i robią ogromną wrzawę dla rozpędzenia takiej trąby. Dlaczego to robią, wątpię, żeby mogli wiedzieć, ale to wstrząśnienie powietrza ogniem i krzykiem pomaga. Malgasze wogóle z natury krzykacze zawołani, byle co najmniejszego to będą wrzeszczeć, a cóż dopiero kiedy się nadarzy taka sposobność, jak ta np., że chodziło o odpędzenie trąby. Może sobie Ojciec wyobrazić, jaki to był hałas, kiedy z wszystkich stron pozbiegali się, kto tylko mógł przybiegnąć, a każdy darł się, jak tylko mógł. Czyby taki koncert pogłaskał jakie muzykalne ucho, to inna kwestja, ale wrzawa była jak tego potrzeba, a właśnie tylko o to chodzi w takim razie.
Dziwią mnie bardzo tutejsze skały — tyle w nie uderzy co roku piorunów, a na tych skalach i śladu tego nie znać — wprawdzie niczego to sobie kamyki, mające, nie wiem, ile dziesiątków albo i setek metrów wysokości i szerokości, a ciągną się na nie wiedzieć ile kilometrów — jednak tysiące piorunów to też niebyle co: a na tych kamiennych grzbietach ani śladu nie pozostawiają.
O postępie robót nic jeszcze Ojcu donieść nie mogę, bo się jeszcze takowe w obecnym sezonie nie rozpoczęły; robotnik jeszcze zajęty po różnych posterunkach, niecierpiących zwłoki, mam jednak w Bogu nadzieję, że już wkrótce i u mnie rozpocznie się znowu ruchawka. Dziej się Najświętsza wola Boża. Przygotowuję co, gdzie i jak mogę, i czekam niby cierpliwie. Zabrały mi moje czarne pisklęta prawie wszystek czas, co miałem do pisania, więc rad nie rad muszę narazie skończyć, żeby poczty nie stracić.
Módlcie się za mnie, żebym mógł prędzej dojść do tak upragnionego otwarcia schroniska, jak o Was wszystkich codziennie pamiętam we Mszy św. Matka Najśw. niech Wam wszystkim razem i każdemu zosobna dopomaga i błogosławi.




LIST LXIII.

 
Fianarantsoa, 11 stycznia 1907.


  Choć już od dość dawna nie pisałem, mimo to jednak niema jeszcze dostatecznie materji do napisania poczciwszego listu. Dotychczas postępu w robotach niema, wskutek najrozmaitszych przeszkód wszystko jeszcze w zawieszeniu i dlatego nie mam narazie nic, coby Ojca, albo czytających Misje zająć mogło, jeżeli Ojciec ten list wydrukuje.
Chorych mam obecnie niewielu, za co dzięki Bogu, schronisko bowiem jeszcze nieotwarte, a w tej dziurze, gdzie obecnie się mieszczą chorzy, im mniej, tem lepiej, bo mniej zepsucia i okazyj do wielu innych wykroczeń nieraz ciężkich. Usposobienie tej garstki, którą mam obecnie, chwała Bogu, wcale niezłe. Spowiadają się i komunikują co niedziela i święto, a tylko dwóch czy trzech komunikuje co dwa tygodnie.
Nie pamiętam, czym Ojcu o tem już pisał, że zaproponowałem moim czarnym pisklętom, żeby trzech regularnie co tydzień pokolei ofiarowało Komunję św. i koronkę, t. j. we środę, jeden na uproszenie nam błogosławieństwa Bożego, w piątek znowu jeden za dobroczyńców naszych żywych i zmarłych, wreszcie w sobotę jeden za wszystkich zmarłych i trędowatych. Przyjęli to bardzo chętnie i wykonują z prawdziwie budującą regularnością i nabożeństwem. Deo gratias. Kto wie, czy tym sposobem Matka Najświętsza nie przygotowuje jakby zawiązek przyszłej ludności schroniska, żeby ci potem byli dobrym przykładem dla świeżego rekruta. Niedawno powiedziałem im o prześladowaniu Kościoła we Francji, dodając zarazem, że i my tu nie możemy się uważać za zupełnie bezpiecznych, lada chwila może i u nas zawre prześladowanie, które dopiero niby jeszcze tylko tleje. Wytłómaczywszy, jak mogłem, niezbędną potrzebę modlitwy, zwłaszcza w takich razach, jak obecnie jest, zapytałem, czyby nie chcieli robić różnych przysług Najśw. Sercu Jezusowemu na uproszenie nam swobody wyznania. Zabierają się już niektórzy do tego powoli, bo to rzecz dla nich zupełnie nowa i niekoniecznie … po swojemu zrozumieli, jednak mam w … nadzieję, że może się to przyjmie, bo na dobrych chęciach im nie brak. Żeby, ich, o ile możności uchronić od grzechu, daję im takie przysługi np. na cześć Boskiego Serca i Matki Najśw. będę się strzegł przez ten tydzień wszelkich złych rozmów i obmowy. Pod »złe rozmowy« albo »robić źle«, oni rozumieją przeważnie li tylko nieczystość i nieczyste mowy. Inne zaś złe rozmowy, np. przeciw wierze i t. p. znaczeniem tego słowa »rozmawiać źle«, po największej części u nich nie są objęte. Tak samo i co do grzechów uczynkowych, albo myśli. Wszystko nazywają właściwem tylko nazwiskiem, to jest np. kraść, oczerniać i t. d., a właśnie »źle robić, myśleć lub mówić«, zawiera się prawie zawsze li tylko niemoralność. Bardzobym się cieszył, gdyby się oni mogli wdrożyć do tych przysług, z otworzeniem bowiem schroniska, jużby się te przysługi uważały za utarty zwyczaj. Żeby to coś mogło przyjść do skutku, bardzo a bardzo proszę o częstą pamięć na tę rzecz w modlitwach.
Do Chrztu gotuje się u mnie trzech pogan już dorosłych, a dwóch przygotowuje się do pierwszej Komunji św. Z dawniejszych towarzyszy niedoli z Ambahiwuraka, w tych czasach nadeszło znowu czterech.
Ot narazie mniej więcej wszystko, co Ojcu o nas donieść mogę.
Kończąc bazgraninę, polecam drogiego Ojca opiece Matki Najświętszej i bardzo proszę o modlitwy.





LIST LXIV.

Fianarantsoa, 11 kwietnia 1908.


Po nie wiedzieć jak długim milczeniu, mogę znowu wreszcie dać znak życia. Roboty budowlane były zupełnie przerwane, dlatego dotychczas nie pisałem. Obecnie za łaską Bożą znowu wszystko w ruchu i, jeżeli Matka Najśw. pozwoli, mam nadzieję, że na przyszły rok będę mógł wreszcie otworzyć szpital. Kiedy mianowicie, to rzecz jasna, że przewidzieć i na pewno powiedzieć nie mogę, ale w każdym razie już nie tak długo będziemy na to czekać. Jak moi chorzy, tak też wogóle Malgasze nie mogą dość się nadziwić, jak woda może dojść rurą do szpitala o kilometr odległości i, jak mówią, iść do góry, bo nie chcą tego zrozumieć, że źródło znajduje się o 30 m. wyżej, niż szpital, dlatego, że na oko to się nie wydaje. Powiadają, że trzeba być wazaha, żeby tak wodę poprowadzić, boć ona przecie sama nie może iść do góry. Kurki też dla Malgaszów rzecz nadzwyczajna, nigdy ich bowiem nie widzieli; paradnie wyglądają ich zadziwione miny, oczy wlepione w kurek, gęby wszystkie pootwierane, jak długie i szerokie, i wyczekują pojawienia się wody, na której widok głośne okrzyki podziwu. Dzieci w całem znaczeniu tego słowa.
Na skończenie szpitala mam, dzięki Bogu i miłosierdziu łaskawych ludzi, dość pieniędzy, ale prawdopodobnie bardzo maleńko zostanie na utrzymanie chorych, a o zakonnicach, niezbędnych do obsługi szpitala, jeszcze i mowy niema, bo nie mam funduszu na to. Choćby zresztą na zakonnice przyszło się jeszcze jakich parę lat czekać, mniejsza z tem, dopóki da Bóg siły i zdrowie, będę sam wszystkiem, jak byłem dotychczas. Bardzo mi chodzi tylko o to, żebym mógł mieć jak najwięcej dusz dla Pana Jezusa pozyskać i dlatego proszę pokornie wszystkich, kto może i łaskaw, żeby dla miłości Matki Najśw. dopomagali mi w tem, choćby najmniejszemi datkami. Będzie miejsc 200 w szpitalu, ale liczba chorych zależy li tylko od funduszu na utrzymanie. Kasa, w której ten fundusz się znajduje — miłosierdzie ludzkie — żeby zaś ta kasa nie była opróżnioną, to rzecz Samej Najśw. Pani, w której całą ufność pokładam. Jak powstanie szpitala, tak też jego istnienie oparte li tylko na jałmużnie, żadnej innej pomocy nie mam wcale.
U nas nienajlepszą przyszłość przewidują, wciąż mówią, że z nami tu wkrótce tak będzie, jak we Francji. Rząd skasował już sporo szkół po posterunkach misyjnych. Wszystko to jednak nie przestrasza ani zniechęca mnie wcale, ufam mocno, że mój szpital ostoi się i za łaską Bożą będzie wydawał owoce dla nieba, bo Matka Najświętsza potężniejsza, niż wszystkie rządy na świecie razem. Ufam i dlatego nie przestanę prosić na wszystkie strony o łaskawe wsparcie. Gdyby nawet, co jak mam nadzieję, za łaską Bożą nie nastąpi, rząd zabrał mi wszystko, to więcej niż pewno, że każdy bodaj najmniejszy datek nie zostanie bez nagrody, bo Najśw. Pani stokrotnie po swojemu wynagrodzi wszystkim dobroczyńcom, którzy będą popierać Jej dzieło.
Dla braku czasu, nie mogę narazie opisywać wszystkiego, to tylko Ojcu powiem, że mam sporo namacalnych dowodów na to, że nasza Najśw. Częstochowska Pani radzi o swej nieszczęśliwej czeladzi, za co niech Jej będzie cześć, chwała i dziękczynienie po wszystkie wieki. Jestem prawie pewny, że jeżeli Ojciec ten list wydrukuje w Misjach katolickich, to niejeden może z czytających powie: bardzo to dobre te wszystkie zakłady dobroczynności, ale przytem wszystkiem nic innego nie słychać, tylko daj i daj na wszystkie strony, a jak na toż czasu obecnie wcale nienajlepsze mamy. Prawdą to jest i nie śmiałbym się naprzykrzać, gdybym mógł bez tego się obejść. Równocześnie jednak przyszło mi na myśl, że gdyby powiedzieć jakiemukolwiek żebrakowi tak: »Ot, dałbyś już ty przynajmniej pokój temu, tylu żebraków i bez ciebie wciąż wyciąga rękę, końca temu niema« lub coś w tym rodzaju, najprawdopodobniej odpowiedziałby, że żebrania innych, chociażby ich było nie wiedzieć jak wielu, wcale nie zaspokaja jego głodu i t. p. potrzeb życia. Rzecz się ma zupełnie tak samo i z trędowatymi, że zewsząd wyciągają się ręce z prośbą o pomoc, to nie zmniejsza wcale nędzy nieszczęśliwych trędowatych, którzy najsłuszniej mogą być uważani za najnieszczęśliwszych ze wszystkich nieszczęśliwych i dlatego nie mogę cicho siedzieć, ale muszę koniecznie kołatać do serc litościwych. Tem śmielej zaś to robię, że wszystkie jałmużny nam dane, nie są wcale datkiem, ale jest to dług, który zaciąga Sama Najśw. Panna u miłosiernych ludzi i niezawodnie spłaci go z niezmiernym procentem, bo Ona nie da się przewyższyć w hojności. My z naszej strony odwdzięczamy się naszym dobroczyńcom jak umiemy i możemy, t. j. odprawiam Msze św., a moje czarne pisklęta ofiarują wciąż Komunję św., różańce i inne modlitwy za dobroczyńców żywych i umarłych.
Kończąc, polecam drogiego Ojca opiece Matki Najświętszej i bardzo proszę o modlitwy.

(Wyjątki z listów do O. Czermińskiego z dn. 11/IV, 26/V, 26/VII 1908, Fianarantsoa).

...Obecnie roboty, biorąc na uwagę, że jesteśmy na Madagaskarze, a nie w Europie, idą prawie gorączkowo, jaśliby tak miało iść do końca, to może, za łaską Bożą, na przyszły rok będę mógł wreszcie otworzyć szpital. Na ukończenie mam dość grosza, dzięki Bogu, a na utrzymanie SS. i jak największej ilości chorych zaczynam w Imię Matki Najśw. szturmować do litości ludzkiej. Ciągle tu słyszę, że źle, że tak prawdopodobnie będzie z nami jak we Francji, ale wszystko to nie trafia mi do przekonania i nie przestrasza wcale, co mnie tam wszystkie rządy, mój rząd to sama Najśw. Pani, jak Ona rozporządzi tak będzie, a nie jak rząd francuski. Wszystkim wciąż mówię, że szpital będzie otwarty i to za aprobatą rządu, boć kazała budować Matka Najśw., więc też i obronić potrafi od napaści wrogów; nic nie mogą mi zrobić Masoni więcej nad to, na co zezwoli P. Jezus — dziej się Jego najśw. wola. Że Matka Najśw. chce, żeby istniało Jej dzieło, to prawie widoczne. Ot np. równocześnie z tym listem wysyłam odpowiedź do jakiegoś pana, mieszkającego na Litwie, który mi napisał, że wie iż mam dość pieniędzy na ukończenie szpitala, ale, że prawodopodobnie na utrzymanie chorych, niewiele będę miał, więc on chce zbierać w tym celu jałmużny i pyta mnie o adres. No czy nie jestże to jakby wskazówką woli Matki Najśw. Przy tem wszystkiem nie mogę ani na chwilę zapomnieć o Sachalinie. Powołanie moje do trędowatych, za łaską Matki Najśw., nie słabnie wcale, ale nie przestają Ją prosić o to, żeby, jeśli taka Jej najśw. wola, pozwoliła skończyć szpital, wprawić wszystko w ruch, a potem żeby mnie raczyła na Sachalin odkomenderować, żeby ile będzie można z Jej pomocą wyrwać dusz z tego istnego piekła na ziemi, a bodaj i wiecznego. Żem stary (58 lat), trochę zmachany i że rząd rosyjski nas nie przyjmuje, to wszystko niczem. Matka Najśw. wszystko może, zatem i te trudności usunie, jeśliby to było z większą chwałę P. Jezusa i pożytkiem tych nieszczęśliwych, co marnie giną. Wiem, że Ojciec, przeczytawszy to, pomyśli pewno: ot pium desiderim, ale to niemożliwe. Patrząc na rzecz czysto po ludzku i mnie toż samo się zdaje, mimo to jednak coraz bardziej wzrasta we mnie nadzieja, że Najśw. Panna wysłucha moje, choć tak niegodne, prośby... Nie mówię na pewne, boć nemo index in propria causa, ale zdaje się mi, że ten zapał do Sachalinu nie jest pokusą, bo 1-o w powołaniu do trędowatych jestem stale za łaską Matki Najśw. mocny i gotów do śmierci na mojem stanowisku pozostać, a 2-o nigdy ani razu nie prosiłem Matki Najśw. wprost o wysłanie mnie na Sachalin, ale zawsze proszę, żeby dopomogła mi ukończyć prędko i dobrze szpital, zaludnić go najwięcej, żeby jak najwięcej dusz pozyskać, umieścić zakonnice niezbędne do obsługi, wszystko w ruch należyty wprawić, a dopiero potem, jeśli taka Jej najśw. będzie wola i łaska, dalej na Sachalin. Widzę jasno, jak i Ojciec, trudności nieprzezwyciężone, ale, że Najśw. Pani wszechwładna, zatem ufam i modlę się z najzupełniejszem poddaniem się Jej najśw. woli.





LIST LXV.

Fianarantsoa, 28 kwietnia 1909.


Wymawia mi Ojciec, że znaku życia nie daję, jakgdybym już w samej rzeczy pożegnał się z tą ziemią, na pół dnia zatem opuściłem choć bardzo naglące roboty, żeby do Ojca napisać i inne korespondencje pozałatwiać, bo kto wie, czy prędko znowu będę mógł toż samo zrobić. Nie pisałem dotychczas od dość już dawna, nie z lenistwa, ale z niemożności. Budowa tego nieszczęsnego nie szpitala ale szpitalika, bo to domek mogący pomieścić 140 chorych tylko a nie więcej, wlecze się i wlecze bez końca. Straty wskutek tego ogromne, a im dłużej ta zwłoka trwać będzie, tem straty będą większe jak materialne, tak, co gorsze jeszcze, duchowe. Robię zatem, co tylko mogę, żeby przyśpieszyć. Nazewnątrz już wszystko prawie ukończone, ale wnętrze niemało czasu zajmie. Obecnie w kaplicy składa się ołtarz, t. j. to wszystko, co zrobione przez stolarzy, potem ja będę przybijał ozdoby, które wyrzeźbiłem, jak mogłem i potrafiłem z desek, z których porobione były paki przychodzące z Europy, bo z tutejszego drzewa niesposób było cokolwiek zrobić, jak tylko cokolwiek podeschnie, zaraz pękać zaczyna i niema na to rady. We westjarji półki obecnie układają na bieliznę, w innych miejscach też robi się co i jak się da, a że wszędzie muszę wciąż doglądać i kierować robotą, żeby gdzie jakiego głupstwa nie zrobili (co wcale nietrudno tym artystom), któreby trzeba było na nowo przerobić, co naturalnie przyczyniłoby kosztu i przedłużyło robotę, a oprócz tego o chorych zapomnieć też nie mogę, zgodzi się zatem drogi Ojciec, że niełatwo mi znaleść chwilkę wolnego czasu. Oto ma Ojciec powód mego milczenia.
Nie chcę posądzać nikogo i nie posądzam, ale często przychodzi mi na myśl, że może niejeden z naszych dobroczyńców posądzić mnie może o niedbalstwo, wskutek którego niepilno mi się dzieje z ukończeniem i otwarciem szpitala. Było już tak raz przed kilku laty. Da Pan Bóg, że może już niezadługo będzie można porobić fotografje wnętrza, wtedy Ojciec da je odbić w Misjach katolickich i przekonają się nasi dobroczyńcy, że ani nygusowałem, ani dawanych nam jałmużn nie używałem na co innego, jak tylko na szpital, t. j. według ich przeznaczenia. Twardo idzie mi wszystko, jak z kamienia, ale inaczej być nie może, bo wszystkie dzieła Boże napiętnowane zawsze †, jednak przy tem wszystkiem Pan Jezus i pociechy nie szczędzi. Mateczka Najświętsza radzi o swojej czeladzi, osładza Ona i żywot doczesny tych nieszczęśliwych, a co więcej, że co do duszy moje czarne pisklęta doskonale się trzymają za Jej łaską.
Przed Wielkanocą, we Wielkim tygodniu odprawiliśmy trzydniowe rekolekcje, nic a nic zgoła nie wspominałem im o milczeniu, mimo to przez te trzy dni ani śpiewów, oprócz w kościele, ani śmiechów żadnych, ani rozmów ożywionych nie słyszałem wcale. Komunikują bardzo często, t. j. najmniej 3—4 razy w tygodniu, a niejeden codzień się powiada i komunikuje. Rozmowy brudne, plugawe, dzięki Bogu, bardzo rzadkie między moimi biedakami, a wykroczenia uczynkowe przeciw szóstemu przykazaniu jeszcze rzadsze. Jak tylko znajdzie się jakiś brudas, co sobie pozwala na nieczyste, nieskromne żarty, albo pieśni, to inni powstają przeciw temu i mnie uwiadamiają: »Ojcze, upomnij tego a tego, bo brzydko gada« — słowem, że opieka Matki Najśw. aż nadto widoczna wszędzie. Dałby Bóg, żeby ci biedacy wytrwali w dobrem do śmierci. Niema co owijać w bawełnę, jak to mówią, ale mówmy otwarcie, patrząc na rzeczy tak, jak one są rzeczywiście. Czy to nie wstyd i nie hańba dla białych, czyto Polaków, czy Francuzów, czy innych, że czarny, prawie zupełnie dziki jeszcze Malgasz, zaledwie coś, coś wie o Bogu, o nieśmiertelności duszy i t. d., garnie się do Boga, chce koniecznie dostać się do nieba, a biali przeciwnie, nie chcą znać tego Boga i robią, co mogą, żeby jęczeć potem całą wieczność w piekle i oprócz tego innych do piekła wciągnąć. Tutaj na Madagaskarze kto szerzy rozpustę w najwyższym stopniu i niewiarę jak nie francuscy koloniści? Niech Ojciec nie sądzi, żeby oni to robili cichaczem, pokryjomu, gdzieżtam, publicznie, zupełnie tak, jakby w tem nic złego nie było. Francuz uczciwie po katolicku ożeniony, należy tu do bardzo nielicznych wyjątków. Czy oni przywiązują jaką wartość do zbawienia duszy, tego ja domyśleć się dotychczas nie mogłem. Nieraz słyszałem tak np. mówiących: »Wiem, że trzeba każdemu spowiadać się, bodaj raz w rok przed Wielkanocą, ale ja nie mam po co iść do spowiedzi, bo rozgrzeszenia dostać nie mogę«. Na pytanie, dlaczego tak sądzi, odpowiada, że musiałby wydalić z domu nałożnicę, a on przecież tego zrobić nie może. O powszednim dniu i mowy niema, a w niedzielę na Mszy św. kościół napełniony Malgaszami, a Francuzów jeżeli się znajdzie dwóch albo trzech, to już wiele, najczęściej niema żadnego w kościele. Słowem, że jak w całym świecie obecnie, tak i na Madagaskarze Kościół nasz święty ciężkie czasy przeżywa.
Jak Matka Najświętsza da ukończyć i zaludnić szpital i jeżeli moje pisklęta wytrwają za łaską Bożą w dobrem ich dotychczasowem usposobieniu, to będzie ten szpital, choć obrzydliwy, bo trędowaty na ciele pod względem duchownym jakby jaką małą oazą wśród tej wielkiej pustyni bezbożności. Może ta mała garstka wiernych sług Pana Jezusa, pośród których raczy On zamieszkać, będzie mogła choć w niewielkiej części zadośćuczynić za wszystkie zniewagi Boskiemu Sercu wyrządzone przez bezbożny świat. To moje najgorętsze pragnienie, i mam wielką nadzieję, że ono się ziści, bo ten szpital jest dziełem Samej Matki Najśw. Rzecz jasna, że chciałbym, żeby to jak najprędzej mogło być uskutecznionem i dlatego bardzo, a bardzo proszę jak Ojca, tak też wszystkich tych, co czytać będą tan mój list, jeżeli go Ojciec w Misjach wydrukuje, żeby mi w tem dopomogli modlitwą.
Choć długo milczałem, ale narazie niech będzie dość, co na dłuższą bazgraninę brak czasu nie pozwala. Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw. i bardzo proszę o modlitwy.





LIST LXVI.

Fianarantsoa, 26 października 1909.


Spieszę donieść Ojcu o tem, co u nas zaszło. Nasza Najśw. Częstochowska Pani jawnie zaczyna okazywać swoje miłosierdzie, wysłuchując modlitwy nieszczęśliwych, będzie teraz sposobność oddania Jej publicznie nowego hołdu. Jeden z moich chorych, Józef Rainilaiwao (pisał kiedyś list do Ojca), od dość dawna już stracił wzrok, jednem okiem jeszcze coś, coś troszkę widział, ale wkońcu zupełnie oślepł, bo trąd zajął mu oczy. Chodził macając wszędzie drogę długim kijem, jak to wielu ślepych robi. Rozmawiając kiedyś z nim, powiedziałem: proś naszą Najświętszą Częstochowską Matkę o wyleczenie, jeśli to będzie się zgadzać z wolą Pana Jezusa, to Najświętsza Matka z pewnością zwróci tobie oczy. Z andofji (z za morza) nadesłano cztery eks-wota do zawieszenia na naszym ołtarzu na znak wdzięczności za wysłuchane prośby, módl się z wiarą i ufnością, to i ciebie Matka Najśw. wysłucha. »Dobrze« — odpowiedział Józef — i zaczął błagać Matkę Najśw. o wzrok. Powiedziałem mu też, że jeżeli chce, może obiecać Matce Najśw., że jeżeli go Ona wysłucha, on napisze do Ojca z prośbą o wydrukowanie w Misjach katolickich jego podziękowania Matce Najśw., żeby ten hołd był publiczny. Kiedyś niedawno, zauważyłem kilka razy, że Józef przychodzi do spowiedzi (codzień z małemi wyjątkami, spowiada się i komunikuje) bez kija i nie zawadza nigdzie o ławki przechodząc przez kościół i chodzi swobodnie, jakby widział. Pytam go zatem, jak z oczami teraz? On mi na to: »Przedtem nic nie widziałem, a w święto Matki Boskiej Różańcowej zacząłem widzieć; lewem okiem widzę lepiej, prawem widzę, ale niejasno, małych rzeczy nie widzę, naprzykład pchłę, ale muchę już widzę dobrze; co sobota mam silny ból w całem ciele od głowy aż do nóg, w niedzielę bólu niema, a wzrok robi się jaśniejszy. Przez cały tydzień tak widzę, jak w niedzielę i bólu tego nie mam, tylko co niedziela wzrok się polepsza. Jeszcze nie pora, poczekaj trochę, jak będę widział zupełnie jasno, to ci powiem i napiszesz do księdza Czermińskiego w mojem imieniu«.
Zrobi Ojciec, jak będzie za lepsze uważał w Panu, to pewna, ale mnie się zdaje, że możeby dobrze było, gdyby Ojciec się wstrzymał i nie dał jeszcze drukować obecnego listu, aż potem, dostawszy list od Józefa, każe Ojciec wydrukować opis łaski przezeń otrzymanej i jego podziękowanie zarazem. Jak się to skończy, nie wiem, boć nie możemy wiedzieć, co i jak Matka Najśw. chce zrobić, doniosłem tylko Ojcu to, co dotychczas zaszło, bo choćby Józef i nie odzyskał wzroku zupełnie zdrowego, to i to można już, zdaje mi się, uważać za cudowne uzdrowienie i umieścić w Misjach, żeby ludzi pobudzić do nabożeństwa do Najświętszej Matki. Mam nadzieję, że wkrótce napiszę do Ojca w tej sprawie. Tymczasem dziękujemy Panu Jezusowi i Najśw. Matce, że Jej cześć na dobre będzie się szerzyć nietylko u nas, ale i pod afrykańskiem niebem.
W dniu 17 listopada 1909 r. przysyła nam O. Beyzym zapowiedziany list Józefa Rainilaiwao następującej osnowy:

Do Ciebie Ojcze Czermiński.
Tym listem odwiedzam1 Ciebie w Imię Pana. Powodem dla mnie pisania do Ciebie jest radość mego serca z wielkiej łaski przeze mnie otrzymanej od Świętej Marji Panny, Matki naszej. Od r. 1905 oślepłem i nic zgoła nie widziałem przez cztery lata. W nocy z soboty na niedzielę w święto Matki Boskiej Różańcowej tego roku obudziłem się, a potem znowu się położyłem i drzemałem, ale jeszcze nie spałem. W izbie byłem sam jeden, było ciemno zupełnie i drzwi nikt nie otworzył; otóż podszedł do mnie jakiś człowiek z wielką brodą, a ta broda była wielka i biała, taka wielka, jak niby broda księdza, twarz jego była biała, niby twarz wazaha; odzienie jego było nadzwyczaj czyste i białe i było ludzi może około 10 idących za nim, odzianych też bardzo czysto i biało, jednak nie przypatrywałem się bardzo tym ludziom, bo byłem bardzo zajęty tym człowiekiem, który powiedział do mnie: »Ślepy będzie uzdrowiony« — i znikł. Nie pytałem go, jak się nazywa, ani też on nie powiedział swego nazwiska, dziwiłem się tylko i modliłem się. Potem już w dzień, w niedzielę, w święto Matki Boskiej Różańcowej, dał mi ksiądz Beyzym obrazek Świętej Marji z Częstochowy i powiedział, abym prosił Świętą Marję o uzdrowienie. Znowu się dziwiłem i cieszyłem zarazem, że widzę przedmioty i że słowa księdza Beyzyma były podobne do słów tego człowieka, co mi się w nocy ukazał, bo on powiedział »ślepy będzie uzdrowiony«, a nasz ksiądz powiedział: »proś Świętą Marję, a będą widziały oczy twoje« — chociaż ja nic księdzu Beyzymowi nie powiedziałem o tem, co w nocy widziałem. Kiedy skończyło się 24 dni moich próśb, miałem dobre oczy. Otóż dlatego proszę Ciebie, Ojcze Czermiński, żebyś kazał wydrukować w tych papierach, które nazywają się Misje katolickie, moją pochwałę i moje podziękowanie Świętej Marji publicznie, żeby wszyscy chrześcijanie na świecie wiedzieli, mianowicie:
Chwała. 1. Niech będzie wysławiona po całej ziemi łaskawość Świętej Marji, która wysłuchała moje prośby do Niej zanoszone. 2. Niech dobrze rozumieją wszyscy ludzie, że Święta Marja jest rzeczywiście uzdrowicielem chorych.
Dziękczynienie. 1. Dziękuję Świętej Marji za zwrócenie mi wzroku mego, jak był przedtem. 2. Dziękuję Jej za to, że mnie w wielu rzeczach obroniła.
Postanowienie. Ja przyrzekam, że będę służył dobrze Jezusowi i Marji do śmierci i na wieki, oprócz tego, że będę nakłaniał wszystkich ludzi, żeby ufali Świętej Marji i miłowali Ją.
Żyj!2 niech Ciebie Bóg błogosławi i Święta Marja —

tak mówi Józef Rainilaiwao.

28 października 1909.
Marana.

Ja podpisany Doktor medycyny fakultetu paryskiego poświadczam, że wzmiankowany Józef Rainilaiwao, trędowaty w Maranie, ociemniał i był takim jeszcze do mojej ostatniej wizyty, gdym go widział, z końcem sierpnia lub początkiem września. W tym dniu, po ponownem zbadaniu go, oświadczam, że wzrok na nowo odzyskał, a wobec tego, że miał uszkodzone oczy poprzednio stwierdzone, jest rzeczą pewną, że częściowe zniknięcie ciemnoty nie można uznać za spowodowane w naturalny sposób.

Fianarantsoa, dnia 30 października 1909,
w uroczystość św. Alfonsa Rodrigueza.
Dr. Ch. Decès T. J.

1. Odwiedzam = pozdrawiam.
2. Żyj = bądź zdrów, albo żegnam.

Ten list Józefa przetłómaczyłem, o ile mi się dało, dosłownie. Czy to był sen, czy jakie widzenie to, co on widział w nocy w wigilję Matki Boskiej Różańcowej, tego Ojcu powiedzieć nie mogę, zresztą jest to rzecz małej wagi. Samo zaś uleczenie ślepoty wydało mi się nadnaturalnem, lekarstwa na trąd jeszcze niema, a choćby i było już wynalezione, to nie było użyte, bo Józef żadnych lekarstw na oczy nie miał; żeby na niepewne, w przypuszczeniu tylko nie sądzić, poprosiłem Ojca Decés (jest on doktorem medycyny), żeby badał tę rzecz i orzeczenie swoje dał mi dla Ojca na piśmie, które to orzeczenie do niniejszego listu dołączam. Powiedział mi O. Decés, zbadawszy oczy Józefa, że na pewno odzyskał on wzrok z łaski Matki Najśw., bo medycyna tego dokazać nie może, zatem za naturalne uleczenie tego uważać nie można w żaden sposób. Teraz uleczyła Matka Najśw. Częstochowska oczy Józefa, a przed paru laty dostałem od nas z kraju cztery wota srebrne, przesłane mi na ręce Ojca do zawieszenia na ołtarzu w naszej kaplicy jako podziękowanie za wysłuchanie próśb, dlatego mam wielką nadzieję, że sława naszej Najświętszej Częstochowskiej Pani będzie się tu szerzyć i będą Ja czcić tutaj podobnie jak u nas. Niech drogi Ojciec poleca tę rzecz Panu Jezusowi podczas Mszy św.
Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw., bardzo proszę o modlitwy i kończę, bo czas bardzo nagli.

(Wyjątki z listów do O. Czermińskiego z dn. 17/XII 1909, 17/I i 17/IV 1910. Fianarantsoa).

...Trzy tomy (a raczej tomiki) »Sachalin« przez Doroszewicza, przetłumaczone na polskie, odebrałem i bardzo Ojcu dziękuję. Tłumaczenie dobre, ale skrócone — wydanie rosyjskie, które mi Ojciec przed paru laty przysłał, obszerniejsze od tego tłumaczenia. Jedno i drugie przeczytałem uważnie i mówię Ojcu otwarcie, co myślę. Wszystko razem jak sama wyspa z jej klimatem, tak też jej mieszkańcy odrażające i straszne. Istne to piekło na ziemi. Odstraszyć się tem mógłby łatwo każdy, jadący tam albo jako turysta, albo dla zysku doczesnego. Mając zaś na celu li tylko zbawienie tylu dusz ginących, którym możnaby dopomóc do zbawienia, jeżeli nie wszystkim, to wielu przynajmniej, tych trudności i okropności nie widzi się wcale, nikną one zupełnie. Czy myśli Ojciec, że może my tu mamy lepiej na Madagaskarze? Bynajmniej. Jeżeli Ojciec może czytał, albo słyszał opisanie Madagaskaru i wydaje się Ojcu to wszystko dodatnio bardzo, to mówię Ojcu, że się Ojciec myli na pewno. Przekonałem się już nie raz i nie dziesięć tutaj, że to, co mówią i piszą o Madagaskarze, to nie wiem, czy jest pół na pół prawdziwe. Będąc jeszcze w Krakowie, czytałem w misjach francuskich, których mi Ojciec pożyczył, opis schroniska, léproserie d'Ambahivoraka et de Marana. Czytając, myślałem, że to szpitale zupełnie dobrze zorganizowane, a czy nie widzi teraz Ojciec, co jest w rzeczywistości? Tak samo jest ze wszystkiemi opisami i opowiadaniami. Sama przyroda — proszę zamienić mróz na upał, a niewielką Ojciec znajdzie różnicę między Madagaskarem a Sachalinem. Ufam mocno, że Najśw. Pani wysłucha moje niegodne prośby i wyśle mnie na Sachalin. Mam też i o sobie coś nowego donieść Ojcu co do zdrowia. Plama na pulsie prawej ręki, o której Ojciec wie oddawna, przedtem powiększała się, a teraz od jakiegoś czasu nietylko że się nie powiększa, ale przeciwnie, zmniejsza się, wprawdzie powoli, ale się zmniejsza. Pokazałem to O. Decés i on potwierdził to samo. Jeżeli to był początek trądu, to być może, że Matka Najśw. wyleczy mnie tak samo, jak Józefa ze ślepoty. Sądzę tak dlatego, że kiedy Najśw. Pani daje powołanie na Sachalin, to też da łaskę, że będę mógł pójść za tem powołaniem. Jak mój szpital będzie się miał ku otwarciu, to dam się zbadać naszym dwu Ojcom doktorom i zaraz Ojcu doniosę, co orzekną względem tego, czym trędowaty, czy nie. Jeżeli będzie to wola Przełożonych, a zatem i P. Jezusa, zostanę tu między trędowatymi nie z musu tylko, ale z największą chęcią i poddaniem się najzupełniejszem do śmierci, ale niech, drogi Ojciec, robi co tylko można, żeby ta moja misja mogła przyjść do skutku, bo rozważywszy wszystko pro i contra zdaje się mi w Panu, że będzie to z większą chwałą Bożą i że moje to nowe powołanie nie jest tylko pobożną zachcianką, ale prawdziwem powołaniem, które nam daje nasza Najśw. Częstochowska Pani. Sądzę, że mnie Ojciec rozumie i dlatego łaskawie wybaczy to natręctwo, z jakiem Ojcu zawsze piszę o Sachalinie. Bo jakże może mi nie być pilno? Już po kopie, a chociaż jeszcze nie po chłopie, alem już stary zbrodniarz, a jeszcze nic nie zrobiłem dla większej chwały Bożej i pożytku bliźnich. Małe kawaleńko życia mi zostaje, mówiąc po ludzku, zatem chciałbym bodaj coś trocha zrobić na żywot wieczny, a nie z pustemi rękoma stanąć przez Panem...

(Wyjątek z listu od O. Czermińskiego z dn. 17/VI 1910 Fianarantsoa).

List Ojca z 24/IV 1910 odebrałem i bardzo zań Ojcu dziękuję, zaraz odpisuję. Stokrotne Bóg zapłać, drogiemu Ojcu, za wszystko, co Ojciec dla nas robił i robi. Jak od siebie, tak też w imieniu tych nieszczęśliwych zesłańców, dziękuję Ojcu za starania u Ks. Prałata Kulczyńskiego. Co z tego wyniknie, przyszłość pokaże, ale już, dzięki Bogu, jest coś... Mnie się zdaje, że byłoby najlepiej, gdyby się dało tak ułożyć, żeby mnie Ks. Prał. Kulczyński (już będąc w urzędowaniu, to rzecz jasna) mógł przyjąć i wysłać zupełnie legalnie, jak on się wyraził, t. j. załatwiwszy wszystko ze rządem. Tylko to słowo: »przyjąć«, żeby on czasem źle nie zrozumiał. Gdyby to »przyjąć« miało znaczyć, że onby mnie przyjął do diecezji, ale że w takim razie nie byłbym już w Towarzystwie, a to i słyszeć nie chcę o tej misji. Jestem gotów na więzienie i śmierć, żeby tylko uratować, ile za łaską Bożą mógłbym dusz na tym nieszczęsnym Sachalinie, ale opuścić Towarzystwo za nic i pod żadnym warunkiem. Dzięki Bogu nic nie popełniłem, za coby mi Przełożeni mieli dać dymisję, a żebym ja sam miał Zakon opuścić, choćby dla jak największych widoków, niech mnie P. Jezus i Matka Najśw. broni i zachowa od tego. Za łaską Bożą wolę tysiąc razy umrzeć, niż raz wystąpić... Z jakiego powodu tego nie wiem, ale jestem ciągle pod tem wrażeniem, że ta misja na Sachalinie to rola dobra, ale wcale nieuprawiana, zatem żeby wydała plon dobry, obfity i trwały, musi być użyźniona nietylko potem pracownika, ale i życiem choćby bez przelewu krwi, tak np. pod pałkami, z nędzy we więzieniu, albo na szubienicy chociaż. Całkowicie należę do Matki Najśw., jednak jeszcze raz po przeczytaniu Ojca listu ofiarowałem się Jej z gotowością na wszystko, co zechce ze mną zrobić, o to tylko proszę Ją przytem ustawicznie, żeby, rozkazując, co zechce, dopomagała mi łaską swoją do wiernego wykonania Jej rozkazów, oraz żeby mnie uchroniła od odpadnięcia od św. wiary nasze i Towarzystwa. O. Prowincjałowi z pewnością P. Jezus nie weźmie za złe, jeśli dla oszczędzenia narazie sił roboczych, wyśle mnie stare niepotrzebne drańcie na pierwszy ogień, a potem, jak zginę, pośle tam na moje miejsce młodego i zdolnego do pracy robotnika. To, co Ks. Kulczyński Ojcu powiedział, że na Sachalinie niewielu katolików, nie dowodzi wcale, żeby tam był brak pracy; jest jej, jak sądzę wiele i to ciężkiej i trudnej pracy. Najpierw oprócz tych 500 skazańców muszą tam być katolicy i między żołnierzami i posieleńcami (t. j. takim, co już odbył katorgę, mieszka wolno, ale z wyspy oddalić mu się nie wolno). A choćby zresztą tylko tych 500 było skazańców, a nikogo więcej z katolików, czy to mała praca? Trudniej z nimi, niż z zupełnie dzikimi, nie mającemi pojęcia o Bogu. Są to ludzie zdziczali, bez wychowania religijnego, przesiąknięci najohydniejszemi zasadami, których się nasłuchali po więzieniach i przedtem jeszcze po miastach europejskiej Rosji; zbrodnie w nich zakorzenione, rozgoryczeni są ustawicznie do ostateczności okropnem obchodzeniem się z nimi władz katorgi, które nie uważają tych nieszczęśliwych za ludzi, mogących jeszcze się zbawić ale mają ich za djabłów i t. p i t. p., czy to mała i łatwa praca uporać się z tem wszystkiem. Św. O. Ignacy mówił, że nie żal życia całego poświęcić dla ustrzeżenia choćby od jednego tylko grzechu śmiertelnego, a cóż dopiero tylu ludzi od tylu zbrodni?! Choćby tam było kilku Księży, z pewnością nie mogliby się oni żalić na brak zajęcia; raczej byleby podołali choć w części temu zadaniu, to już byłoby wcale nieźle — no czy nie? Oprócz tego trzeba też mieć na uwadze i to, że ci nieszczęśliwi nie są razem w jednym miejscu, ale porozrzucani po różnych więzieniach, zatem i podróże czasu potrzebują. — Na samo wspomnienie aż kipi we mnie wszystko. O Jezu! daj łaskę jak najprędzej ram się dostać. Przypomina mi się nieraz i to, żem już po kopie, ale myślę przytem, że kiedy tylu ludzi żyje do przeszło 80 lat, a często i zgórą, to i dla mnie Matka Najśw. może wyprosić u P. Jezusa, żeby mi pozwolił jakie 20 lat jeszcze pracować na Sachalinie, żebym choć coś bodaj mógł zrobić dla Jego większej chwały i pożytku bliźnich i nie starać na sądzie z próżnemi rękoma. Jeżeli Matka Najśw. raczy mnie wysłuchać, to sprawdziłoby się to, com Ojcu w poprzednim liście napisał, nadziei zatem nie tracę. Wąsa nie podkręcam, bo go nie mam, ale za łaską Bożą trzymam się jeszcze mimo kopy nie jak stary grzyb, tylko jak robotnik zdolny jeszcze do zarobku. Całe rozstrzygnięcie spawy w ręku Matki Najśw., od której woli wszystko zależy — fiat voluntas Dei — jak Najświętsza rozporządzi tak będzie najlepiej.

(Wyjątek z listu do M. Xawery Karm. w Łobzowie 17/VI 1901 Fianarantsoa).

List W. M. z 15/IV 1910, za który bardzo dziękuję, odebrałem 25/V 1910 i spieszę z odpowiedzią. Nadzwyczaj byłem rad, dowiedziawszy się z listu W. M., że krzyżyk i ramki, które wystrugałem, na coś się przydadzą w Karmelu i że WW. MM. były zadowolone z tych rzeczy. Bardzo a bardzo WW. MM. nie wymagające, kiedy takie partactwo uważają za coś niby ładnego, ale trudna rada, na nic lepszego mnie nie stać, bom samouk, zatem rada chata czem bogata; cieszy mnie bardzo, że choć w tak małej rzeczy mogłem drogim MM. usłużyć... Dostałem list od O. Czermińskiego, na który również z tym listem odpisuję mu. Wprawdzie niewiele, ale dzięki Bogu, już coś udało się zrobić O. Czermińskiemu w sprawie Sachalinu. Niech tylko drogie MM. usilnie wstawiają się do P. Jezusa i Matki Najśw. za mną w tej sprawie, a jestem przekonany, że ułoży się rzecz prędko i dobrze. U nas obecnie sroży się zima, tak zimno w dzień, jak u Was w listopadzie, kiedy chmury zakryją słońce. W lipcu będzie jeszcze zimniej, to też febry, katary, kaszle i t. p. na porządku dziennym, wskutek nagłej zmiany temperatury: wiatr i chmury, zimno, ukaże się raptem słońce, ciepło, a raczej gorąco, potem znowu zimno. Paradne były obawy Malgaszów co do komety. Przed jej pojawieniem się, rząd ogłosił w gazecie, którą wydaje po malgaszku, że zjawi się kometa. Po malgaszku kometa to gwiazda mająca ogon (kintana manan drambo, czytaj: kintan manan drambu). Zaczęli Malgasze domyślać się, co to będzie znaczyć, czy to dobra, czy zła wróżba i t. p. Niektórzy obawiali się, żeby ogon tej gwiazdy, jeżeli niecała gwiazda, nie spadł przypadkiem na ziemię, a w takim razie jak tam ryż pod ziemią ugotować. Z obawy głodowej śmierci pod ziemią pozabijali drób, jaki kto miał i nagotowali tego wiele, żeby przed śmiercią przynajmniej dobrze się najeść. W sąsiedniej wiosce koło nas znaleźli się praktyczni ludzie, co tak sobie poradzili: wykopali wielki dół, żeby tamtędy zleciał ogon gwiazdy, a nie uszkodził ich domów. Wszystkie te jednak astronomiczne domysły i środki ostrożności na nic się nie zdały, bo ani gwiazda sama, ani jej ogon dotychczas nie zleciał na ziemię... Wszystkie drogie MM. pozdrawiam i polecam piece Boskiego Serca i Najśw. Matki i bardzo a bardzo proszę o modlitwy.

Fianarantsoa, 28 kwietnia 1911.

List Ojca z dn. 25/II 1911, za który bardzo dziękuję, odebrałem 11/IV 1911. Nie mogłem odpisać zaraz następną pocztą, bo dawałem rekolekcje moim chorym; odprawiali bardzo gorliwie, więc mam w Panu nadzieję, że owoce bodaj jakieś będą z tych rekolekcyj. Przeczytałem uważnie »Katolicyzm w Rosji«, który mi Ojciec przysłał, i zdaje się mi, że obecnie jest tam gorzej, niż było przed ukazem o wolności wyznań — jak zwykle się dzieje — recydywa silniejsza od samej choroby. Szelmowska schizma strasznie łeb zadziera do góry. Szczerze jednak Ojcu mówię, że mnie to wcale nie odstręcza i trwam stale w moim zamiarze, a raczej powołaniu. Schizma potężna to tak, ale Matka Najśw. daleko potężniejsza to też tak, dlatego z najzupełniejszem poddaniem się woli Bożej czekam, proszę i ufam. Nie można dać za wygrane! Zobaczy Ojciec, że te wszystkie trudności do niczego nie posłużą, jak tylko do lepszego uwidocznienia potęgi i miłosierdzia Matki Najśw. Dowiedziałem się też, że niedawno był delegowany urzędnik do szczególnych poruczeń dla zbadania sprawy propagandy katolickiej w Moskwie i t. p. Czy i o ile te wiadomości są prawdziwe, mniejsza o to, nie dopytuję się wcale, bo to wszystko prawdopodobne. Nadziei jednak wcale nie tracę, bo niedawno dowiedziałem się o jednej rzeczy, która dla mnie jest jakby wskazówką, że Najśw. Panna wysłucha moje niegodne prośby. Nic Ojcu o tem jeszcze nie piszę, żeby na niepewne nie mówić, jak się rzecz wyjaśni, to zaraz Ojca o tem uwiadomię. O sobie nic jeszcze Ojcu porządnego donieść nie mogę. Zbliża się wprawdzie szpital ku ukończeniu, ale jeszcze niegotów, a ciężko idzie jak z kamienia, wszystko trzeba jakby przemocą zdobywać. Mając do czynienia z rosyjskimi czynownikami, miałbym bodaj czy niemniej trudności, jak je mam tutaj. Ha — cóż robić, niech to wszystko będzie ku większej chwale Bożej. Kończę, bo jestem w usposobieniu, które nie da się opisać; jedno mnie tylko pociesza, że P. Jezus i Matka Najśw. widzi wszystko. Bardzo, a bardzo, proszę o modlitwy.

(Wyjątki z listów do O. Czermińskiego z dn. 17/VI i 17/VII 1911, Fianarantsoa).

Kilka słów tylko dorzucam do listu Ks. Sacjusza, żeby się dowiedzieć co i jak jest, bo mnie zaniepokoiło Ojca tak długi milczenie. Proszę mi z łaski Swojej donieść, ile mam w kasie w Krakowie, żebym mógł wiedzieć ilu chorych mogę przyjąć do szpitala. Ma się robota ku końcowi. Jak P. Jezus pozwoli, to za niedługo poślę Ojcu wszystkie fotografje i list do Misyj. W tych dniach przenoszę się z mojej obecnej siedziby na mieszkanie do szpitala i tam razem z zakonnicami, które już na to tylko czekają w Fianarantsoa, przygotujemy wszystko potrzebne do otwarcia i zaraz wprowadzam tam garstkę moich opłakańców, jeśli nie zajdzie przeszkoda ze strony rządu, o co wcale nietrudno. Solą w oku jest im trochę mój szpital, bo na całej wyspie takiego zakładu niema. Mam jednak mocną nadzieję, że Matka Najśw. uchroni nas. Kiedy kazała budować, to chwalić P. Jezusa i Ją samą, w tym szpitalu nam dopomoże... Jeśli Najśw. Pani do tego dopomoże i pobłogosławi, to we wigilję Wniebowzięcia moi biedacy zakwaterują się już w szpitalu. Robię co mogę, żeby wszystko było na ten czas gotowe do uszczęśliwienia mojej chorej komendy, więc łatwo Ojciec pojmie, że mam krętaniny poddostatkiem tak, że ledwo brewjarz zdoła odmówić. Upoważnienie od rządu na otwarcie szpitala jest już na piśmie, dzięki Bogu, bez tego nie możnaby było otwierać zakładu. — Nie wiem dlaczego miałbym się na Ojca pogniewać za to, że Ojciec chciałby, żeby mnie wysłano do misji O. Hillera. Prawdę powiedziawszy, pociągu do niej nie czuję, ale że wkrótce, t. j. kiedy wszystko tutaj w należyty ruch wprawię, będę »servus inutilis«, zatem chcę być i pracować tam, gdzie W. O. Prowincjał zechce mnie mieć. Wiem dobrze, że, po ludzku sądząc, o Sachalinie narazie trudno myśleć, mimo to jednak mam wciąż jakby jakiś rodzaj przeczucia, że wbrew wszystkim ludzkim zapatrywaniom się na stan rzeczy obecny i nieprzeparte trudności, Matka Najśw. usunie te wszystkie przeszkody i raczy mną niegodnym posłużyć się wkrótce do ratowania dusz na Sachalinie. Dlatego też, robiąc tu wszystko tak, jakbym miał tu do śmierci pracować, nie przestaję Matkę Najśw. ustawicznie prosić i ufać w Jej pomoc.
Bardzo, a bardzo proszę o modlitwy.

(Z listu do M. Xawery Karmelitanki w Łobzowie).

Listy drogich Matek z 8/V 1911 odebrałem 21/VI 1911, bardzo za nie dziękując zabieram się do odpisywania. Niech W. Matka przeprosi ode mnie W. M. Przeoryszę, WW. MM. Teresę i Magdalenę, że osobno każdej nie odpisuję, bo niema sposobu. Tak jestem obecnie obarczony, że chwilki wolniejszej znaleść nie mogę. Rzeczy obecnie tak się mają: bardzo maleńko pozostaje do zupełnego ukończenia szpitala, więc przeniosłem się z dawnej chaty do nowego mieszkania, żeby zyskać na czasie, bo chodzić kilka razy dziennie na robotę i wracać, nie jestem w stanie, znaczy to bowiem robić 5 do 6 klm. dziennie, zatem większa część dnia schodziłaby na chodzeniu, co spowodowałoby też niemałą zwłokę. Dwie zakonnice już zamieszkały też w szpitalu, a trzecia przybędzie, jak chorzy przeniosą się z dawnej jamy do mieszkań dla nich pobudowanych. Przygotowujemy jak można najspieszniej wszystko, co potrzeba, żeby chorzy mogli być wprowadzeni, t. j. numerujemy odzież, przygotowujemy sienniki, oczyszczamy mieszkania, które jak zwykle po odejściu murarzy i t. p. artystów tak są zawalone gruzem i śmieciem, że wejść tam trudno i t. d. i t. d. Zakonnice pracują dzielnie z wilkiem poświęceniem i zaparciem się. Wziąłem oprócz tego jeszcze dwóch ludzi do pomocy, ale mimo to pracy jest wiele, zatem czasu wolnego znaleść niepodobna. Prawdziwie cudowna opieka Matki Najśw. nad tem dziełem. Oprócz innych tego dowodów, które drogie Matki znajdą wkrótce opisane w Misjach, a które tu opuszczam dla braku czasu, oto najnowszy dowód opieki Matki Najśw. nad nami. Poodbijaliśmy paki z nadsyłanemi do szpitala rzeczami. Byłem pewny, że wszystko, co tam było, przyjdzie mi wyrzucić, bo, ka wszyscy tu utrzymywali, wszystko zgniło, te bowiem paki od 10 lat nie były otwierane. Ku nieopisanemu zdziwieniu znaleźliśmy wszystko w porządku. Nic zgoła ani wilgoć, ani szczury, myszy i t. p. nie zepsuły. Płótno i papiery, w które było poowijane ornaty, bielizna kościelna i t. p. było mokre i zbutwiałe, a jak ornaty, tak bielizna kościelna suche zupełnie i świeże, jakby dopiero co z igły; słowem żadnej szkody niema z łaski Matki Najśw., której chwała i dziękczynienie za tę łaskę niech będzie po wszystkie wieki. Obecnie do Mszy św. używam bielizny, którą drogie MM., przed nie wiem ilu laty przysłały. Nie trzeba było prać przedtem, bo wszystko śliczne, świeże, białe tak, jak je drogie MM. włożyły do pudełka. Podziękowałem i ustawicznie dziękuję Matce Najśw., że tak radzi o swojej czeladzi, ale co warte moje niegodne modlitwy. Niech WW. MM. bedą łaskawe podziękować Matce Najśw. za taką łaskę. Ks. Superjor, zakonnice, co są tu do szpitala przeznaczone i wszyscy inni, co widzieli rzeczy z pak wydobyte, mówią że to prawdziwy cud opieki Matki Najśw., bo, sądząc po ludzku, niepodobna było, żeby te wszystkie rzeczy nie pogniły. Jakby dlatego, żeby dać znać o swej obecności, jakiś szczur nadgryzł jedną miotłę (mam tych mioteł przeszło 100 z ryżowej słomy) i tyle tylko wszystkiego szkody. No, czy nie jest to widoczna opieka naszej Najśw. Pani?! — Co do Sachalinu tak wciąż robię, jak W. Matka pisała, t. j. staram się, by wszystko jak najlepiej i jak najprędzej ukończyć, w ruch wprawić i zaraz potem za łaską Bożą na Sachalin... Jestem zupełnie gotów na to wezwanie, ale nich drogie MM. proszą Matkę Najśw. by mnie jak najprędzej wysłać raczyła. Obecnie bielizna z Karmelu w użyciu, ale może jeszcze choć raz przed śmiercią Mszę św. odprawię u drogich MM. Byłoby to prawdziwem szczęściem dla mnie, bo wzmocniłbym się porządnie na duchu przed nową niezbyt łatwą misją. Ale jak we wszystkiem tak i w tem dziej się najświętsza wola Boża... Tyle narazie, bo czasu nie stało. — Wszystkie WW. MM. pozdrawiam i o modlitwy bardzo a bardzo proszę, za otrzymane listy jeszcze raz pokornie dziękuję i kończę bazgraninę.





LIST LXVII.

Fianarantsoa, 17 września 1911.


Od bardzo dawna nie pisałem Ojcu nic o moim szpitalu, bo dotychczas wlokło się wszystko tak, jakby nigdy nie miało się skończyć. Wreszcie za łaską Bożą szpital ukończony i 16 sierpnia b. r. zamieszkali w nim moi biedacy. Spieszę donieść Ojcu o tem i zarazem proszę, żeby Ojciec był łaskaw zamieścić obecny list w Misjach katolickich dla uwiadomienia wszystkich naszych dobroczyńców. Matce Najśw. podziękowaliśmy i ustawicznie dziękujemy za łaskę, jaką nam wyświadczyła, dając tak dobry przytułek; teraz w imieniu wszystkich trędowatych, t. j. którzy już korzystają ze szpitala i tych, co zeń korzystać będą, najpierw drogiemu Ojcu za jego tak gorliwe zajęcie się losem nieszczęśliwych trędowatych, potem wszystkim naszym łaskawym dobroczyńcom za ich miłosierdzie i hojne jałmużny zasyłam stokrotne »Bóg zapłać!« Niech Wam wszystkim razem i każdemu zosobna Matka Naświętsza po swojemu stokrotnie wynagrodzi za wszystko, coście dla nas zrobili. My odwdzięczamy się Wam wszystkim, jak możemy i umiemy w niegodnych naszych modlitwach, t. j. ja we Mszy św., a moje czarne pisklęta w Komunji, Różańcu i t. p. Oprócz naszych wspólnych modlitw, są jeszcze wyznaczeni co tydzień pokolei, którzy przystępują do Komunji św. i odmawiają koronkę wyłącznie za naszych dobroczyńców żywych i zmarłych. Krótko mówiąc, robimy co i jak możemy, żeby się odwdzięczyć naszym wszystkim dobroczyńcom, którzy nas w jakikolwiek sposób wspierają, ale że niewiele możemy, więc Matka Najśw. uzupełni to po swojemu, o czem wcale nie wątpię, bo ten szpital jest wyłącznie Jej dziełem.
Teraz opiszę Ojcu, nieco szczegółów. Robiliśmy co tylko można było, żeby na Wniebowzięcie N. M. P. mogli chorzy już być umieszczeni w szpitalu. Moi chorzy nie mogli się uspokoić, wciąż dochodzili z tej rudery, w której przedtem mieszkali w Maranie i dopytywali, czy już gotowe, czy mogą przyjść i t. d. bez końca. »Wiemy — mówili — że robisz, co można, żeby przyspieszyć, ale jakże będzie na Wniebowzięcie, czyż jeszcze będziemy bez Mszy św. i Komunji.« Powiedziałem, żeby byli spokojni, że prawdopodobnie będą mogli we wigilję święta już zamieszkać, żeby nie przeszkadzali swojem dopytywaniem, bo przyjdę po nich (1 kilometr odległości Marana od Ambatovory) jak tylko będzie możliwem, choćby nawet po ciemku wieczorem. Nic to jednak nie pomogło, nie mogli się uspokoić; we wigilję Wniebowzięcia nie sali całą noc, tylko przechadzali się przed domem, czekając na moje wezwanie. Jakby dla większego naszego umartwienia, zaszła niespodziewana przeszkoda: jakieś licho wtłoczyło się do rury wodociągowej i ani kropli wody nie mieliśmy przez dwa czy trzy dni. Rzecz jasna, że bez wody ani myśleć o wprowadzeniu tych biedaków, bo żadnego nie można było wprowadzić do domu inaczej, jak przez kąpiel. Malgasze wogóle znani są z nieochędóstwa, może sobie zatem Ojciec wyobrazić, w jakim stanie musieli być moi chorzy, z natury nie mający pojęcia o ochędóstwie, oprócz tego nie mający palców i pokryci ranami. A gdyby nawet było możliwem ich wejście bez poprzedniej kąpieli, to przecież strawę ugotować trzeba, a tu wody ani kropli. W sam dzień Wniebowzięcia dało się usunąć przeszkodę, woda nadeszła obficie, więc zaraz zagrzaliśmy kotły kąpielowe na drugi dzień rano i zaczęła się instalacja. Wanien mamy tylko cztery, w każdym oddziale zatem wyznaczyłem godziny dla kąpiących się, ale zwoływać ich nie było potrzeby, bo ci nawet, co byli naznaczeni na popołudniu, o godzinie 7 rano już czekali u bramy, żeby się nie spóźnić. Każdy z nich, po należytem omyciu gąbką od stóp do głowy i wypluskawszy się we wannie dowoli, przywdziewał odzienie zakładowe, jego numerem oznaczone, i szedł do przeznaczonego dlań mieszkania, a łachmany pozostawione przez nich, szły do dezynfekcji, potem do pralni, skąd wreszcie do rąk właścicieli.
Urzędy porozdawane, t. j. każda sala ma swego przełożonego i jego zastępcę, kucharze i kucharki, infirmarze i infirmerki, praczki i t. p. dygnitarze od pierwszego zaraz dnia każdy na swoim posterunku; regulamin i porządek dnia, t. j. podział godzin, zaprowadzony, na wszystko dzwonek daje znak o oznaczonej godzinie, słowem za łaską Matki Najśw. idzie wszystko po Bożemu i wielką mam w Panu nadzieję, że będzie większa chwała Boża z tego szpitala.
Obecnie moja czarna komenda już nieco oswoiła się i powoli wdraża się do porządku, ale przez pierwsze dwa dni czy trzy dni chodzili wszyscy jakby oszołomieni, jakby nie wiedzieli, gdzie są i co się z nimi stało. Bardzo łatwo to sobie wytłómaczyć. Nie ubliżając im wcale, muszę Ojcu powiedzieć, że moje pisklęta nigdy w życiu nic nie widzieli, a tu naraz mieszkanie ma okna zaszklone, sufit, podłogę, umywalkę, łóżko a siennikiem i pościelą, przy łóżku stołek z szufladką, nad łóżkiem obrazek Najśw. Pani Częstochowskiej, pod którym numer chorego; w refektarzu stoły, ławki, menażki do jedzenia (talerz dla nich nieodpowiednie) i kubki do picia. Wszędzie lampy naftowe i nocne lampki z oliwą, gdzie tego trzeba, np. w sypialniach i na wychodkach. Wszystko wszędzie musi być zamiecione codziennie, omyte i na swoim miejscu. To wszystko nieodrazu zrozumieli i opatrzyli. Sami na siebie spoglądają i dziwnem im się wydaje, że każdy wymyty należycie, bielizna na nim czysta i zamiast lamba, ma odzienie wazaha (europejskie). Wszyscy są krótko ostrzyżeni jak mężczyźni tak kobiety; mężczyźni mają kapelusze, a kobiety chustki na głowie.
Teraz idzie już nieco łatwiej, chociaż wszystko wszystkim trzeba pokazywać. W pierwszym zaś dniu można było naśmiać się dowoli, bo zdarzały się rzeczy dowodzące, że to bractwo jest jeszcze porządnie dzikie, że koszulę, spodnie lub spodnicę nie umiał kto nadziać, to jeszcze mniejsza, ale np. tak: dzwonią na kolację, wchodzą do refektarza i nie wiedzą, co począć. Siadajcie na ławkach i będziecie jeść; siadają jak komu zdawało się praktyczniej, a jeden z nich wygramolił się na ławkę z nogami, przysiadł na piętach, plecyma obrócony do stołu i czeka, żeby mu jeść dano. Siadaj, mówię mu, i jedz, ale obróć się do stołu. »Już siedzę, ale jedzenia nie widzę«. Trzeba było dopiero pokazać, że ma siąść na ławie, nogi spuścić pod stół i tak jeść. Otworzył który z nich kurek w sypialni, woda z trzaskiem wali z rury, bo ciśnienie silne (zbiornik jest przeszło 40 metrów wyżej od zakładu), tan facet zamiast zakręcić kurek, umyka i woła o pomoc i t. d. i t. d.
No, ale teraz już lepiej, i kiedy ten list Ojciec dostanie, będziemy już prawie zupełnie cywilizowani. W każdem podwórzu jest wodotrysk, któremu z upodobaniem przypatrują się całemi godzinami. Nie robiłem tech wodotrysków umyślnie dla rozrywki tylko, bo byłby to zbytek, ale trzeba w tych miejscach mieć koniecznie wielką ilość wody do przepłókiwania kanałów odchodowych w porze suchej, t. j. kiedy deszczu wcale niema, bo powietrze byłoby nieczyste; żeby te zbiorniki służyły tylko do przepłókiwania kanałów, to wydało się mi niedostatecznem, kiedy tak łatwo można połączyć pożyteczne z przyjemnem, więc nie żałowałem tech kilku metrów rury więcej, żeby był i pożytek i rozrywka zarazem. Nad kaplicą jest malutka wieżyczka, w której umieszczono zegar bijący kwadransy i godziny, ale i to też nie wydaje się mi zbytkiem, bo bez trzymania się porządku według godzin, nic nie można zrobić.
Fotografij nie dołączam do tego listu, bo ich jeszcze nie mam, jak tylko będą zrobione, zaraz je Ojcu wyszlę.
Cywilizować się zaczęliśmy od Boga. Rano, gdy usłyszą dzwonek na wstawanie, zaraz przełożony sypialni woła głośno: »Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!« a wszyscy inni, t. j. jak katolicy tak poganie odpowiadają: »Na wieki wieków. Amen.« Tak samo przed spaniem, gasząc światło, najpierw pochwalą Pana Jezusa, a potem zabierają się do snu. Oprócz tego powiedziałem im, że w moim kraju jest zwyczaj pozdrawiania się wzajemnego przez chwalenie Pana Jezusa, co wygląda daleko więcej katolickie, niż te tutejsze bonjour i bonsoir. Podobało się to im i dzięki Bogu przyjęło się i wkrótce wejdzie w zupełny zwyczaj. Przy każdem zdybaniu słychać wszędzie »Ho deraina anie Jezo Kristy« (czytaj: »Hu derajna anie Dzezu Kristi«) Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. »Mandrakizay doria Amena« (czytaj: »Mandrakizaj duria Amen«) Na wieki wieków. Amen.
Usposobienie chorych wogóle bardzo dobre, gorliwie garną się do Boga, posłuszni są zupełnie we wszystkiem i wolę maja bardzo dobrą i chętną. Dałby tylko Bóg, żeby tak szło dalej, mam wielką nadzieję, że tak będzie, bo rządzi nami Sama Najśw. Panna we wszystkiem i wszędzie.
Zna Ojciec dokładnie całe przejście tego szpitala od początku do obecnej chwili, zdaje mi się zatem, że Ojciec jest tego zdania, że nie jest to dzieło ludzkie, ale sama Najśw. Panna założyła ten szpital i Sama prowadzi to dzieło, wszyscy tutaj, co znają nieco bliżej to dzieło, utrzymują jednomyślnie toż samo. Przytaczam tu niektóre tylko dowody opieki Najśw. Panny nad nami, bo któżby był w stanie wyliczyć wszystkie łaski, jakie Ona zlewać na nas raczy. Od samego początku, aż do obecnej chwili kiedy to piszę, na każdym kroku nic innego, jak same tylko trudności i przeszkody, jak to Ojcu dobrze wiadomo, nieraz było już tak nawet, że gdyby nie ufność w opiekę i pomoc Najśw. Panny, toby trzeba było chyba dać za wygranę zupełnie. Wybawiła nas Matka Najśw. z tych kłopotów i doprowadziła dzieło do końca. Szpital był już na ukończeniu i potrzebne było koniecznie zezwolenie od rządu, bo bez tego nie można było otworzyć szpitala. Zwiedzali mój zakład doktorowie rządowi, a nawet i gubernatorowie, podobało się wszystkim urządzenie, chwalili wszyscy wszystko, ale co do pozwolenia, bardzo na dwoje babcia wróżyła, zawsze znalazło się coś do zarzucenia, a nawet zaczęto już przebąkiwać, że aprobaty rządowej nie dostanę wcale. Usłyszawszy to, powiedziałem kilku osobom, że ja kpię z tych wszystkich strachów i mówię, że aprobata będzie, bo Matka Najśw. rozporządza wszystkiem, a nie ci, co mają wydać tę aprobatę. Nie przestawaliśmy modlić się i prosić, wysłuchała Najśw. Pani, bo aprobata nadeszła na piśmie ze wszystkiemi formalnościami. Dalej, zaczęły dla mnie nadchodzić paki ze wszystkiem możliwem, t. j. przyborami kościelnemi, bielizną, odzieniem, różnemi sprzętami do użytku chorych, do apteki, do opatrunków i t. d. i t. d. już w 1901 r.; od tego czasu, aż do sierpnia b. r. te paki, a było ich sporo, stały w wilgoci i wcale nieprzewietrzane. Wszyscy tutaj mówili i mnie samemu się zdawało, że prawdziwy to cud będzie opieki Matki Najśw., jeżeli nie będzie to wszystko zgniłe, albo zepsute przez szczury, myszy i owady. Gdy zakonnice przeznaczone do mego szpitala, wyruszyły z Tananariwy, X. Biskup Cazet powiedział im przy pożegnaniu: »Będziecie Siostry miały tam przykra robotę z pakami, bo wszystko w nich na pewno zgniło«. Przybyły zakonnice, otwieramy paki i ku wielkiemu zdziwieniu znajdujemy wszystko zupełnie całe i nieuszkodzone. Więcej Ojcze powiem: między ornatami było kilka obrazków papierowych, te obrazki mokre i zlepione, a ornaty suchuteńkie, jakgdyby wcale w wilgoci nie były. Aksamit tak wrażliwy na wilgoć, a na ornatach nawet plam od wilgoci nie było, nietylko że niezepsute wcale. Przysłały były przed niewiem wielu laty WW. MM. Karmelitanki bieliznę mszalną, wszystko to używam teraz przy Mszy św. i wcale nie trzeba było prać tych puryfikaterzy i korporałów, bo wszystko śliczne i świeże, jakby dopiero co wyszło z rąk tych drogich Matek. Wszyscy mówią, że to wyraźny cud, bo po ludzku sądząc, niemożliwem było, żeby to rzeczy nie były uszkodzone przez tyle lat, nie będąc wcale przewietrzanemi. Dalej, te wszystkie paki, jak również mnóstwo rzeczy, które sprowadziłem dla chorych, jako to: odzież, naczynia kuchenne, lampy, latarnie i t. p., były w Ambatovory, t. j. w jednej ze sal szpitalnych przez ośm lat, ja i chorzy byliśmy o cały kilometr od Ambatovory w pustyni zupełnie, wszędzie naokoło kradzieże, w samem Fianarantsoa złapano pomiędzy innemi kradzieżami złodziei wynoszących ogniotrwałą wojskową kasę, a w Ambatovory nic nie zginęło. Wiele osób zarzucało mi, a między nimi i moi chorzy, że jestem nieostrożny, że niema wcale stróża w Ambatovory, więc mogą złodzieje wszystko wynieść i t. d. Bądźcie spokojni, odpowiadałem zawsze, nie będzie szkody, bo to własność Samej Matki Najśw., która nie pozwoli rozkradać i krzywdzić Jej ubogich. Najświętsza radzi o swojej czeladzi. Tak się też i stało.
Woda zawsze tu była, ale było jej nieco za mało, naturalnie, że z tem jak zawsze we wszystkiem, do Matki Najśw. po ratunek. Napisałem zaraz do Wiel. MM. Karmelitanek na Łobzowskiej z prośbą o modlitwy, zaczęły się modlić i wyprosiły wodę; ot naprzykład obecnie deszczu ani kropli, wszędzie wszystko wysycha, a u nas pralnie, kąpiele, umywalnie i polewanie w ogrodach w ruchu, a mimo to wody nietylko że nie brak, ale nadto zbywająca woda odpływa bez przerwy dniem i nocą.
Ślepego zupełni przez cztery lata Józefa, uzdrowiła Matka Najśw. A jałmużna, czy nie jest namacalnym dowodem opieki Matki Najśw.? Wszak Ojciec wie najlepiej, że nic zgoła nie miałem, a tyle tysięcy kosztował ten szpital; stoi on w pustyni, trzeba zatem było wszystko sprawić od A do Z, nikogo prawie nie prosiłem o pomoc, jak tylko Samą Matkę Najśw.
Prawdopodobnie zbuczy mnie Ojciec za to, że się tak rozbazgrałem, powie Ojciec, że senectus garrula, stary jestem, więc i gaduła — mniejsza o to, przyjmę chętnie burę, ale napisać obszerniej musiałem najpierw dlatego, żeby publicznie podziękować naszej Najśw. Częstochowskiej Pani za Jej łaski, a oprócz tego, żeby nietylko podziękować dobroczyńcom za ich hojne dary, ale żeby zarazem wszyscy czytający Misje katolickie mieli jeden dowód więcej łaskawości Najśw. Panny i, powziąwszy nabożeństwo do Niej, z całą ufnością do Niej się uciekali i coraz bardziej Ją miłowali, czcili i wiernie Jej służyli.
Miejsc w szpitalu jest 140, obecnie mam 25 chorych; przyjąć do szpitala będzie można tylu, na ilu będę miał zapewnione utrzymanie, t. j. liczba chorych zależy od jałmużn. Utrzymanie jednego chorego rocznie wynosi 150 franków. Jedno łóżko, t. j. utrzymanie jednego trędowatego na zawsze 4.000 fr. W przyjmowaniu muszę być bardzo ostrożnym, bo nie można utrzymywać chorych z samego kapitału, ale z procentów; zatem, poleciwszy to, jak zwykle wszystko, Matce Najśw., pokornie proszę o zapomogę wszystkich tych, którzy by chcieli dla miłości Pana Jezusa i Jego Najśw. Matki ratować nieszczęśliwych trędowatych jak co do ciała, tak i do duszy, a jest tych biedaków moc wielka na Madagaskarze.
Jeszcze raz z całego serca dziękuję Matce Najśw. w imieniu nas wszystkich biednych trędowatych za Jej łaski, jakiemi nas obsypuje, dziękuję drogiemu Ojcu i wszystkim naszym dobroczyńcom za wszystko, co dla nas robicie. Niech Wam to Matka Najśw. po swojemu wynagrodzi. Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece naszej Najśw. Częstochowskiej Pani, a moją niegodność waszym modlitwom.
P. S. Dołączam list dany mi przez moich chorych z prośbą o przetłómaczenie i odesłanie Ojcu.

List trędowatych do X. M. C.
Tłómaczenie dosłowne O. Jana Beyzyma z oryginału spisanego w języku Malgaszów.

Do Ciebie, Ojcze Czermiński.
Nasz Ojcze kochany, my przychodzimy odwiedzić Ciebie1 tym listem w Imię Pana. Jak ty się masz? bo my mamy się dobrze z łaski Boga.2 Oto teraz my Tobie mówimy: z łaski Świętej Marji oto weszliśmy do Ambatovory3 (cz. Ambatuvuri) we środę 16 sierpnia 1911 my chorzy. Dlatego podziękowaliśmy już Świętej Marji i dziękujemy Jej codziennie i staramy się uczynkiem okazywać Jej wdzięczność naszą. A teraz dziękujemy Tobie za Twoje prace i utrudzenia dla nas Twoich dzieci.4 Dziękujemy Tobie i dziękujemy wszystkim Dobroczyńcom i cieszymy się bardzo z tej wielkiej łaski otrzymanej przez nas5 tu w Ambatovory, bo niema takiego szpitala na całym tu Madagaskarze. Ale nie my sami chwalimy to, bo wszyscy Wazaha i Malgasze chwalą bez wyjątku, a najbardziej kościół i ołtarz wykończone dobrze prawdziwie. Nie mogę opowiedzieć wszystkich tutaj rzeczy, czy to odzienia, czy domu, ale dostaniesz je wkrótce na obrazach.6 Ty podziękuj Biskupowi, który poświęcił kielich i kamień święty dla nas chorych. Nie same tylko wargi nasze dziękują Tobie, ale i serca. Ofiarujemy wszystkie cierpienia i biedy nasze za Was, Dobroczyńców naszych żywych i zmarłych, oprócz tego ofiarujemy Komunje i Różańce jak możemy. Powiedz Papieżowi7 naszemu Ojcu świętemu, że prosimy Go o błogosławieństwo i że my tutaj nie przestaniemy modlić się za Niego i za Kościół wojujący. Módl się za nami, żebyśmy mogli, gdy poumieramy, zobaczyć się w Niebie, naszej ojczyźnie. Odwiedzają i żegnają8 Ciebie chorzy wszyscy.
Tak mówi9 w imieniu wszystkich Paweł Rajaona (czytaj Radzauna) katechista.10

1. Pozdrawiamy.
2. Zwykła formułka używana w mowie i listach, chociażby Malgasz miał się najgorzej, to powie, że ma się dobrze, tylko jest bardzo chory, albo nieszczęśliwy i t. p.
3. Nazwa miejsca, w którem znajduje się szpital.
4. Gdy Malgasz chce komu okazać swoją miłość, to go nazywa swoim ojcem, albo matką, a siebie jego dzieckiem.
5. T. j. że są w szpitalu.
6. Fotografje.
7. U Malgaszów geografja niezbyt obszerna — cały świat — to Madagaskar i Andafy (czytaj Andafi), t. j. wszystkie ziemie za morzem. Czy to część świata, czy kraj, miasto, albo licha bodaj wioseczka, to wszystko jedno — Andafy i basta. Jak Papież, tak i Ojciec w Andafy, sądzą zatem, że jesteście razem w jednem miejscu i dlatgo napisali: powiedz Papieżowi.
8. Pozdrawiają.
9. Zawsze dodają to Malgasze prze podpisaniem nazwiska.
10. Ten Paweł Rajaona, to człowiek dany nam prawdziwie przez Matkę Najśw. do prowadzenia moich czarnych piskląt. Nadzwyczaj pobożny, sumienny, uczy gorliwie swoich towarzyszów niedoli, a przytem trzyma ich krótko. Nie jest on stary, może ma jakie 30 lat, ale poważają go i lubią zarazem, bo jest on z poświęceniem prawdziwie heroicznem; wszędzie go pełno, najniższe usługi wszystkim chorym oddaje, ale gdy kto wykracza, to mu nie puści płazem. Gdybym miał mu co do zarzucenia, to chyba to tylko, że pracuje zanadto, o co go już upominałem. Dałby Bóg, żeby wytrwał w tym stanie do końca.





LIST LXIX.

Fianarantsoa, 28 listopada 1911.


Czekałem na odpowiedź od Ojca, jak kania na deszcz, nie doczekawszy się, zabrałem się znowu do pisania w nadziei, że tym razem lepiej mi się powiedzie. Resztę fotografij nie posyłam Ojcu, bo jeszcze takowych nie mam; jak zwykle, od samego początku, przeszkody za przeszkodami spotykają mnie na każdym kroku we wszystkiem, tak też i co do forografji. Nic ja sobie nie robię z tych trudności, przeciwnie, dzięki Bogu, że takowych nie brak, i dziękuję za to ustawicznie Matce Najświętszej, bo to mnie upewnia, że będzie większa chwała Boża i pożytek dusz z tego szpitala, kiedy on, jak wogóle wszystkie dzieła Boże, napiętnowany krzyżykiem. Że Matka Najświętsza błogosławi swemu dziełu i opiekuje się nim, to widoczne, i mamy ustawicznie dowód tej łaskawości naszej Najświętszej Pani.
Rzeczy obecnie mają się tak: chorych bardzo maleńko, bo tylko 24, więcej narazie przyjąć nie mogę dla braku funduszu na utrzymanie. Da Bóg, że jałmużny nadejdą, wtedy i liczba chorych urośnie, i mam nadzieję, że Matka Najświętsza zapełni zupełnie cały szpital. Usposobienie taj garstki moich piskląt, za łaską Bożą takie, że nie pozostaje nic do życzenia. Nasz szpital podobniejszy jest do domu zakonnego, niż do świeckiego; separacja między mężczyznami i kobietami zachowuje się ściśle i sumiennie, a nie napozór tylko, milczenie, gdzie ma być zachowane, również ściśle się zachowuje. Krzyków, swarów, przekleństw, bójek niema wcale; zdarzy się wprawdzie od czasu do czasu, że się jeden z drugim popsztyka, ale takie wypadki są nadzwyczaj rzadkie i te gniewy są tylko chwilowe, zwykle po kilku minutach następuje zgoda. Ależ zgodzi się Ojciec z tem, że niepodobna inaczej; moi chorzy, nie ubliżając im wcale, to dzicz, a nie cywilizowani i dobrze wychowani ludzie, zatem trudno wymagać od nich więcej. Dzięki Panu Jezusowi, że tak jest, jak to Ojcu opisuję. Posłuszeństwo wzorowe w ścisłem znaczeniu tego słowa, w razie jakiego wykroczenia upomnienie wystarcza; nietylko karać, ale nawet porządnie zbuczeć dotychczas nie było potrzeba ani ogółu, ani pojedynczych. Pracują chorzy stosowanie do stanu zdrowia swego, humor u wszystkich doskonały, śpiewy i śmiechy na porządku dziennym. Wolnego czasu mają tylko tyle, ile potrzeba na wypoczynek, próżnowania niema, ale też za łaską Bożą i ciężkich grzechów niema. Modlą się gorliwie wszyscy, jak katolicy, tak i tych kilku jeszcze pogan. Odwiedzają gorliwie Najśw. Sakrament, spowiedzie bardzo częste, po największej części trzy, lub cztery razy w tygodniu. Komunikują codziennie wogóle. Słowem, że daj tylko Boże, żeby tak zawsze było, a byłby nasz szpital prawdziwą wyspą wiernej służby Bożej wśród tego morza grzechu, co świat zalewa.
Niech mnie Ojciec nie posądza o przesadę, t. j. żebym miał napisać, patrząc na wszystko przez różowe okulary, zbyt optymistycznie, bo tak wcale nie jest. Napisałem szczerą prawdę tak, jak się rzeczy maja istotnie i do tego niezbyt łagodnie sądząc o wszystkiem, ale według ścisłej sprawiedliwości. Wszędzie i we wszystkiem widać, że Najświętsza nasza Pani radzi o swojej czeladzi. Cześć Jej i dziękczynienie za to po wszystkie wieki. Niech Ojciec także nie sądzi, żeby w tem wszystkiem była moja jakakolwiek choćby najmniejsza bodaj zasługa, bo mówię Ojcu szczerze, jak na spowiedzi, że ja tu jestem najkompletniejszem zerem, nic a nic zgoła nie zrobiłem i nie robię. Wszystkiem rządzi i wszystko urządza Sama Najśw. Pani, do której zawsze i we wszystkiem, w najdrobniejszych nawet rzeczach udaję się z prośbą; zatem wszystko to jest Jej dziełem, a mojej zasługi niema tu wcale.
Napisałem nieco wyżej, że zdarza się czasem, że się dwóch o cokolwiek popsztyka, przypomniał mi się fakt, który Ojcu wyjaśni, jakie bywają powody niezgód i co to za stare dzieci te moje czarne pisklęta. Otóż tak było: starszy chorych (jest nim znany Ojcu z listu jego do Ojca Paweł Dzauna), razu pewnego porozsyłał swoich podkomendnych do różnych robót, a dwóch czy trzech przeznaczył do sadzenia fasoli. Jeden ze sadzących powiedział towarzyszowi, żeby nie wrzucał kilku ziarnek razem do jednej jamki, bo to będzie za gęsto i fasola nie uda się; ten mu odpowiedział, że przeciwnie, im gęściej, tem lepszy będzie zbiór; pierwszy znowu zaprzeczył temu, zaczęli sobie wzajemnie wykładać teorje ogrodnictwa i słowo po słowie dowodzenia stały się coraz to żywsze, aż wreszcie pierwszy pchnął kolegę tak, że się ten przewrócił. Podniósłszy się, przyszedł do mnie na skargę, powiedziałem mu, że tę sprawę załatwię. Wtem nadchodzi Paweł, poleciłem mu, żeby poszedł przekonać się, kto winien, a jeżeli zobaczy, ze obaj (nie byli to dzieci, ale już dorośli, mający po lat dwadzieścia kilka) zawinili, żeby im kazał w mojem imieniu natychmiast się pogodzić. Po chwili dowiedziałem się, że już są w zgodzie zupełnie. Zwykle po obiedzie idą wszyscy chorzy do kaplicy (nakazanem im to nie jest, robią to sami z własnej woli), gdzie modlą się i śpiewają jakie pół godziny. Gdy wyszli z kaplicy, chcąc wzmocnić tę zgodę ogrodników, powiedziałem przechodzącemu Pawłowi zupełnie serjo, jakbym był zagniewany: »Przyślij mi tu zaraz tych dwóch, co się pokłócili.« — Po chwili zjawiają się winowajcy skonfudowani, nieśmiało, nie wiedząc, co ich miało spotkać. Zapytałem ich zupełnie surowo:
— No cóż, pogodziliście się, czy nie?
— Tak — odpowiadają nieśmiało.
— Na dobre pogodziliście się, czy tylko tak dla oka, dlatego tylko, że kazałem? — zapytałem znowu.
— Pogodziliśmy się zupełnie dobrze — odrzekli.
— Kiedy tak — powiedziałem — to na lepsze ustalenie tej zgody, wypalcie razem po papierosie nim pójdziecie na robotę. — I mówiąc to, dałem każdemu papierosa.
Była to dla nich prawdziwa niespodzianka, bo prawdopodobnie spodziewali się, że oberwą co za swą ranna kłótnię — wybuchnęli głośnym śmiechem i zadowoleni z obrotu rzeczy, poszli razem palić papierosy, a potem do pracy — o niezgodzie i złym humorze już i mowy nie było.
No co, Ojcze, czyż nie są to stare dzieci?
Tyle narazie co do naszego życia.
Teraz Ojcu opowiem, co się dowiedziałem z zewnątrz, t. j. z poza naszej szpitalnej klauzury. Widoczna kara Boża spotkała tu wielu ludzi. W pewnej miejscowości, o niespełna dwu godzin drogi od Fianarantsoa, zebrał się wielu ludzi na fiandrawanana; byli tam chrześcijanie i poganie razem. To fiandrawanana jest ohydny zwyczaj u Malgaszów: jest to pogrzeb, na który zbiera się wielu ludzi; trupa nie grzebią, ale trzymają go długo pomiędzy sobą, biją woły, gotują wiele mięsa, sprowadzają wiele rumu, jedzą, upijają się, grają, tańczą, śpiewają, oddają się zupełnie najohydniejszej rozpuście i bezwstydowi, słowem takie fiandrawanana jest to szereg najobrzydliwszych orgij na cześć szatana. Rzecz jasna, ze przytem gusła i czary są tam an porządku dziennym. Walczą przeciw temu nasi Ojcowie, gdzie i jak mogą, ale niełatwo to idzie. Otóż podczas takiego fiandrawanana w miejscu wyżej wspomnianem, trzepnął piorun i na miejscu trupem położył 32 ludzi, a ranił 47. Niewiadomo jeszcze, czy ci ranni zostaną przy życiu. Niedaleko od tego miejsca, w podobnej okoliczności piorun zabił 18 osób. Czy ta nauczka poskutkuje, czy nie, Pan Bóg raczy wiedzieć; jeżeli się co o tem dowiem, to Ojcu doniosę.
Kończąc, bardzo a bardzo proszę o wstawiennictwo do Pana Jezusa, żeby raczył błogosławić rozwojowi z tylu trudnościami rozpoczętego dzieła ku większej Jego chwale i zbawieniu dusz.

Fianarantsoa, 17 marca 1912.

List Ojca z 3/I 1912 odebrałem 10/II 1912; stokrotnie zań Ojcu Bóg zapłać! O liście do Misyj nie zapominam, na przyszłą pocztę, jak Bóg pozwoli, napiszę, bo na dziś nie zdążyłem. Okropnie brak mi czasu, bo muszę sam pozłocić tabernaculum i ołtarz, bo inaczej nie będę tego miał. Żmudna to robota, a dla mnie tem trudniejsza, że nigdy nie widziałem nawet, jak się to robi, że zaś innych zajęć i kłopotów, dzięki Bogu, mi nie brak, dlatego narazie zbankrutowałem z czasem. Dzięki Bogu, że jałmużny przybywają; modlimy się za naszych dobroczyńców, jak możemy i umiemy. Dla zakonnic co tydzień miewam katechizm tak samo, jak w naszej prowincji Bracia mają, czy się to praktykuje we francuskich prowincjach, nie wiem. Z pomiędzy mojej komendy wybrałem trzech zdolniejszych i mam dla nich osobno katechizm co tydzień, prócz tego, co dla wszystkich razem, chce z nich wybić katechistów, żeby łatwiej szła robota, kiedy Bóg da, że chorych będzie więcej. O naszych służących nietrędowatych, t. j. bramnik, mój kuchmistrz, służąca zakonnic i jeszcze kilku, też nie zapominam, dla nich też miewam katechizm co tydzień. We Wielkim Tygodniu moi chorzy będą odprawić »trzydniówkę«, jak zwykle co roku — słowem, że za łaską Bożą robię, co i jak mogę, żeby na niebo zasłużyć dla siebie, a innych ratować według możności. Nie napisałem tego Ojcu, żeby się pochwalić, ale w nadziei, że coś zyskam, t. j. że drogi Ojciec, znając moją niedołężność i niezdarność, dopomoże mi w tem wszystkiem swojemi modlitwami. Tyle narazie, mój Ojcze, bo muszę koniecznie podnocować. Zdrów jestem, dzięki Bogu, ale niedawno przebyłem febrę, więc stare kościska nagwałt domagają się wypoczynku. Wszystkim Wam razem i każdemu zosobna życzę Wesołego Alleluja, wszystkich polecam opiece Matki Najśw. i o modlitwy bardzo a bardzo proszę.





LIST LXX.

Fianarantsoa, 17 kwietnia 1912.


Nic u nas osobliwego nie zaszło, wszystko idzie dotychczas swoim trybem. Nadzwyczaj mnie ucieszył wykaz jałmużn w Misjach katolickich. Jeżeli tak dalej pójdzie, to będę mógł niebawem spłacić, co jeszcze jest do spłacenia i będzie za co utrzymać większą liczbę tych nieszczęśliwych, to jest więcej dusz dla nieba pozyskać. Za co wszystko ustawicznie dziękuję Matce Najśw., a naszym dobroczyńcom tak żywym, jak zmarłym, staram się odwdzięczać w codziennej Mszy św. i naprzód zasyłam im od nas wszystkich, to jest od siebie i moich czarnych piskląt stokrotne Panie Boże zapłać jak w tem, tak w przyszłem życiu. Trudności i przeszkód wcale mi nie brakuje, bo nasz zakład pierwsze lody kruszy, a znaną przecie jest rzeczą, że omne initium durum. Jednak wszystko to niczem wobec tej opieki, jaką nas Matka Najświętsza otacza. Na każdym kroku widoczna Jej pomoc i błogosławieństwo co do potrzeb materjalnych, a bardziej jeszcze duchowych. Wiara w sercach moich biedaków coraz głębiej się zakorzenia i, o ile mogę sądzić, jest prawdziwie żywą. Wnoszę to z takich naprzykład objawów: poganie dopraszają się Chrztu św. i gorliwie się doń gotują; katolicy spowiadają się kilka razy w tygodniu, a komunikują wogóle codzień. Nie jest im to wcale nakazanem, robią to z własnego popędu. Gdy kto z nich ciężej nieco zachoruje, zaraz prosi o ostatnie Sakramenta. Jeden z chorych napróżno nawet zaalarmował całą sypialnię; obudziwszy się rano, poczuł, że mu niedobrze, zaczął krzyczeć na towarzyszów, by go zanieśli do kaplicy (sam iść nie mógł, bo nogi miał bardzo poranione), bo chory, a umierać bez Wiatyku za nic nie chce. Zakomunikowałem go, ale zwyczajnie, a nie per modum Viatici, bo jeszcze nie było potrzeby; tegoż samego dnia polepszyło mu się, a kilka dni potem już był w swoim naturalnym stanie. Z tych i innych tym podobnych objawów sądzę, że za łaską Bożą wiara w nich żywa.
Niezbyt dawno temu sprawdziło się u nas przysłowie: »Jak trwoga, to do Boga«. Kilku chorych pracowało w ogrodzie (czy można to nazwać pracą, to inne pytanie, ale idzie mi tylko o to, żeby byli zajęci, a nie siedzieli lub leżeli nic nie robiąc, bo to źródło złego), niebo zachmurzyło się i zaczął kropić drobniutki deszczyk, chorzy myśląc, że to zaraz przeminie, nie wracali do domu. Nagle o jakie 40 czy 50 metrów od nich uderzył piorun, ogołocił zupełnie z gałęzi i kory dwa drzewa, odbił się stamtąd i przeleciawszy koło jednego z chorych, wrył się w ziemię. Ten chory upadł, bardzo był przestraszony, ale oprócz kontuzji w nogę, nic go więcej nie spotkało, zanieśliśmy go zaraz do domu, ułożyliśmy na łóżku i na drugi dzień wszystko już było w porządku; piorun uderzył około godziny 2 po południu, a wszyscy chorzy do wieczora siedzieli po różnych kątach i każdy odmawiał koronkę; nie było słychać tego dnia ani rozmów, ani śmiechów, dopiero na drugi dzień zaczęli być w dobrym humorze.
Naostatek jeszcze Ojcu doniosę pocieszającą nowinę, mianowicie: że cześć naszej Najświętszej Częstochowskiej Pani, wprawdzie powoli, ale zaczyna się już szerzyć tutaj i poza naszym szpitalem; mam nadzieję, że za łaską Bożą będzie się ta cześć naszej Pani coraz bardziej wzmagać.
Kończę, bo czas okropnie nagli.
Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najświętszej i bardzo proszę o modlitwy.

Fianarantsoa, 17 czerwca 1912.

List Ojca z 6/V 1912 odebrałem 10/VI 1912 i bardzo zań Ojcu dziękując, spieszę z odpowiedzią. Dzięki Bogu, z febrą już spokój; widocznie oswojony już z nią jestem. Dwie, albo trzy, a czasami jedna tylko dawka chininy załatwia sprawę zupełnie. Z trudnościami, których mam sporo, walczyć nie przestaję. Pełno wokoło gadaniny, a jeszcze więcej krytyk mego szpitala, co, być może, niekoniecznie korzystnem jest dla mojej misji. Ale mniejsza o to, nie zważam wcale na to wszystko, nie ustępując w niczem i za łaską Matki Najśw. nieźle u nas idzie. Co ludzie sądzą i gadają o mnie, wcale mnie nie obchodzi, byleby tylko Matka Najśw. była ze mnie zadowolona, to już mam wszystko czego szukam. Tabernaculum i część ołtarza pozłociłem. Niby to nieźle wygląda; lepiej być ono nie może, bo »nemo dat, quod non habet«, nigdy tego nie robiłem, a nikogo tu zgoła niema, coby to mógł zrobić jak się należy. Jak dokończę wszystko, odebrawszy pozłótkę, zamówioną we Francji, bo mi jej zabrakło, zaraz Ojcu poślę fotografję naszej kaplicy... Na pracy dzięki Bogu nie braknie mi wcale. Oprócz innych zatrudnień, o których Ojciec wie oddawna, mam co tydzień katechizm dla moich chorych, dla sług niechorych, dla zakonnic, co miesiąc raz exhortę dla zakonnic, a obecnie przygotowuję dla nich ośmiodniowe rekolekcje. Zabiera mi to nieco czasu, bo bez słownika nie dam sobie rady. Czytałem w Misjach list Ks. Mierzwińskiego o Sachalinie; położenie jego bardzo trudne i przykre, ale zdaje się mi tylko, to rzecz jasna, że nic pewnego o tem powiedzieć nie mogę, że on cokolwiek nieporadny. Otwarcie Ojcu mówię, że te jego trudności powołania do Sachalinu wcale we mnie nie osłabiły. Za łaską Bożą trwam w niem i ufam, że mnie Matka Najśw. raczy do tej pracy użyć. Po ludzku sądząc, jest to rzecz niemożliwa przynajmniej narazie, ale sądząc po ludzku tylko, bo przecie Matka Najśw. nie może mieć przeszkód. Tak będzie jak Ona rozporządzi... Wszystkich Was razem i każdego zosobna polecam opiece Matki Najśw. i kończąc bardzo a bardzo proszę o modlitwy.

(Z listu do M. Xawery, Karmelitanki w Łobzowie).

List W. Matki z 19/VI 1912 otrzymałem 31/VII 1912 i bardzo zań dziękując, spieszę z odpowiedzią. Jak mnie ten list ucieszył, łatwo sobie droga Matka wystawi. Wielką mam nadzieję, że Matka Najśw. wysłucha próśb drogich MM. i dopomoże bratu W. M. otrzymać potrzebne pozwolenie. Od O. Czermińskiego nie mam dotychczas oddawna ani słówka, więc i o Sachalinie naturalnie jeszcze od niego nic nie wiem. Na poczcie obecnie wielka tu nieregularność, bo okręty nie mogą w oznaczonym czasie nadchodzić. We Francji strejki wciąż w portach, więc odchodzą z Marsylji parowce o parę tygodni później, niż powinny, zatem u nas robi to różnicy całe miesiące. Obecnie donoszą stamtąd, że niby już lepiej i komunikacja ureguluje się znowu. Dałby to Bóg. Może sobie droga Matka wystawić, jak nas te strejki ćwiczą w cierpliwości. Ołtarz już prawie pozłocony cały, ale złota mi brakło, więc czekam. Jak tylko będzie gotów, zaraz WW. MM. wysyłam fotografję kaplicy. Tabernaculum, dzięki Bogu, już skończyłem złocić. Zrobiłem ich dwa; rysunek jota w jotę ten sam i rozmiary także; jedno dla naszej kaplicy, a drugie oddawna wysłałem drogim MM. — prawdopodobnie musiało już dojść. Różnica w ozdobie tylko ta, że na drzwiczkach tabernaculum drogich MM. kielich z hostją, a na drzwiczkach naszego krzyż, który mi dał O. Marjan, kiedym odjeżdżał z Krakowa. Oprócz tego żadnej różnicy niema, jak zobaczy droga Matka na fotografji. Spłaciłem niedawno podatek tutejszy: trzęsła mnie febra przez cały tydzień tak, że 2 dni Mszy św. nie odprawiałem; ale dzięki Bogu, już po kłopocie, zdrowie wróciło i jego tatarska mość na posterunku. Jaki P. Jezus i Matka Najśw. łaskawi bez granic, nie zważając na to, żem taki grzesznik, nietylko, że raczy mnie P. Jezus użyć do Sachalinu, ale jeszcze bodaj raz przed śmiercią odprawić Mszę św. w drogim Karmelu. Usłyszę modlitwy drogich Matek, a potem, dostawszy krzyżyk na drogę, dalej na drogę przeznaczenia. Serce moje przepełnione wdzięcznością jak dla P. Jezusa, tak i dla Matki Najśw., ale podziękować Im tak, jak pragnę, nie potrafię. Widzi P. Jezus moją duszę, ale mimo to nich drogie Matki podziękują Panu za mnie, znacie przecie moją niezdarność. Polecam także modlitwom drogich Matek rekolekcje naszych zakonnic. Rekolekcje (8 dni) ma im dawać moja niegodność. Kosztuje mnie to trocha pracy, bo w słowniku muszę szperać, ale dzięki Bogu, że choć coś mogę zrobić AMDG. Powiadają zakonnice, że mnie dobrze rozumieją, ale może sobie W. Matka wystawić, co to za francuszczyzna z tatarskiego dzioba wychodząca... Wszystkie drogie Matki i każdą zosobna pozdrawiam, za modlitwy dziękuję oraz proszę o nie nadal...





ZAKOŃCZENIE.

Bohaterskie życie, którego powyższe listy odsłaniają jedną tylko stronę, dobiegło do końca. W chwili, kiedy O. Beyzym pisał ostatni z zamieszczonych tu listów, organizm jego nurtowała oddawna ta straszliwa choroba, której ofiary były przedmiotem wszystkich jego poświęceń. Jeszcze w ubiegłym roku 1911, gdy jeden z przybyłych świeżo braci zakonnych dziwił się, że dotąd nie uległ zarazie, pokazał mu O. Beyzym w tajemnicy podskórną plamę fioletowego koloru, która powoli rozszerzała się na ramionach. Do tego rozwijała się szybko arterjo-skleroza i w ostatnich miesiącach przychodziły na kilka nawrotów gwałtowne febry.
»Spłaciłem niedawno podatek tutejszy — pisze jeszcze 17 sierpnia 1912 do SS. Karmelitanek — trzepała mnie febra przez cały tydzień, tak, że dwa dni Mszy św. nie odprawiałem, ale dzięki Bogu już po kłopocie; zdrowie wróciło i jego tatarska mość na posterunku«.
Czy łudził się co do stanu swego zdrowia, czy prawdopodobniej spodziewał się wyzdrowienia przez przyczynę Matki Najświętszej, dość, że ostatniemi czasy żył ustawicznie myślą nowej i zupełniejszej jeszcze ofiary. Tutaj na Madagaskarze szpital był zbudowany i los jego zapewniony i O. Beyzym przemyśliwał teraz o apostołowaniu na tej moralnej i fizycznej gehennie skazańców, jaką za carskiej Rosji była północna część Sachalinu. Jeszcze we wspomnianym liście do Karmelitanek dopytuje się troskliwie, czy hr. Grocholski wystarał się już o odnośne pozwolenia i cieszy się nadzieją rychłej podróży. »Jaki Pan Jezus i Matka Najświętsza łaskawi bez granic! Ot nie zważając na to, żem taki grzesznik, nietylko, że raczy mnie P. Jezus użyć do Sachalinu, ale jeszcze bodaj raz przed śmiercią odprawię Mszę św. w drogim Karmelu i potem... dalej na miejsce przeznaczenia... Nie żegnam Matki, ale jeśli taka będzie wola P. Jezusa, mówię i do zobaczenia u kraty, a stamtąd jak najprędzej w drogę znowu, bo czas mija, a dusze giną i kto wie czy nie wiecznie«.
Te gorące pragnienia policzył pewnie Bóg za czyny, ale wola Jego była inna. W parę dni po napisaniu tego ostatniego listu gwałtownie zaniemógł i choroba rozwijała się tak szybko, że dn. 7 września wypadło go zaopatrzyć na drogę wieczności.
»Po ludzku sądząc, uważałyśmy go za zgubionego — tak opisuje ostatnie chwile O. Beyzyma wierna jego pielęgniarka, Siostra Anna Marja od Nawiedzenia — bo zdawało się, iż Czcigodny Ojciec nie ma już w sobie ani jednej kropli krwi, i tylko spodziewałyśmy się cudu, który miał on wraz z nami uprosić u Najśw. Marji Panny za wstawieniem się naszej Matki założycielki, bł. Anny Marji Javouhey. Dnia 13 i 20 września było przesilenie w jego duszności, które trwało około pół godziny i potem ustało. 30 września czuł się bardzo słabym, około godz. 11 w nocy skarżył się Ojciec bardzo; na moje pytanie, co go boli, opowiedział: »Wszystko, jestem złamany«. W kilka chwil potem wpadł już w agonję. Była ona długą, ale łagodną. Oddychał spokojnie, język lekko ubezwładniony nie pozwalał mu mówić, gorączkował, szepcąc zcicha o swym kościele, o swem ukochanem tabernakulum i t. d. Od czasu do czasu wypił bez żadnej trudności kilka kropel wody z Vichy i pozostał tak 30 godzin w tej samej pozycji, leżąc na lewym boku. Prosił nas, abyśmy go obróciły i jakaż była nasza boleść, gdy ujrzałyśmy ile wycierpieć musiał nasz kochany pacjent. Na biodrze miał ranę wielką, jak dwie ręce, a trzy jej strony były rozognione do głębi; pomijam już to, że drugie biodro było skaleczone i że już od pierwszych dni miał bardzo wielką na dolnej części kości grzbietowej. Nie wiem już, czy było jedno miejsce na tym biednym ciele, wyglądającem jak szkielet, któreby nie cierpiało. Aż do ostatniej chwili widział on, co się działo wokoło, pytał się o chorych, ale wewnątrz żył połączony z Chrystusem. W każdej chwili dnia i nocy widziało się, jak czynił znak krzyża św., bił się w piersi, całował swój krucyfiks, lub medalik z Najśw. Panną. Za każdym razem, gdy go męczył zanadto wielki ból, mówił: »O Jezu, miej litość nade mną! O Jezu! Jezu! Jezu! O Domina mea« i t. d.
Pożywieniem jego podczas choroby było trochę buljonu, mleka, wina, wody z Vichy, kilka jaj; jedynem jego pragnieniem było zjeść kawałek ogórka z Polski; on, który tył tak umarły dla wszystkiego, mówił ciągle: »Wszystko takie mdłe u was«. — Był zawsze tak dobry i miły dla wszystkich, że uważano sobie za wielką łaskę, gdy pozwolono komuś go pielęgnować. Łaska ta mnie przypadła w udziale, choć nawet się nie spodziewałam. W pierwszych dniach pielęgnowałam go z Siostrami, ale widząc, że go żenują niektóre drobnostki, spytałam, czyby nie wolał, gdybym go pielęgnowała sama, na co się zgodził bardzo chętnie. Więc przez cały miesiąc miałam tę ogromną łaskę, że go nie opuszczałam ani w dzień, ani w nocy«.
»Do wtorku 1 października — pisze znów O. Aug. Niobey S. I. — Ojciec słabł z każdym dniem coraz bardziej. Wieczorem tego dnia dostał gorączki i Siostry z trudnością mogły go utrzymać w łóżku. Zrozumieliśmy, że koniec się zbliża.
Wkrótce pokazały się wyraźne znaki; po paru godzinach spokojniejszych, oddech jego stawał się coraz trudniejszy i wolniejszy. Od godziny 4 nad ranem oczekiwaliśmy śmierci z minuty na minutę. Była godzina 6¼, gdy Ojciec oddał ducha, w dzień św. Aniołów, a czasie, o którym zawsze zaczyna się Msza św. w Maranie. Tego dnia wyszła ona później. Siostry umyły i przebrały zaraz jego ciało. Zaniesiono go do małego oratorjum Sióstr, na lewo od chóru, gdzie pozostał przez cały dzień.
Scena, jaka się rozegrała w chwili, gdy c