Strona:Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze.djvu/037

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    szczęście tu i pojęcia nigdzie nie mają o święconem jak u nas, bo nie miałbym co dać moim chorym.
    Co kraj to obyczaj — Francuzi tenebry odmawiają, kazanie wielkopiątkowe mają, ciemnicę ubierają, a grobu Pańskiego wcale niema, ani procesji rezurekcyjnej. W niedzielę zaś Palmową mają procesję z palmami; wszystko prawie zupełnie przeciwnie jak u nas. Malgaszów bardzo wielu przychodzi do kościoła, Europejczyków nie widać, ot czasem jeden lub dwóch; między Malgaszami jeszcze jest mnóstwo pogan, da Bóg, że to wszystko albo przynajmniej wielu z nich da się ochrzcić. W mojem schronisku 140 i coś chorych (kilku umarło), a w tej liczbie kilkudziesięciu jeszcze pogan nieochrzczonych. Mam nadzieję, że jak będę umiał nieco mówić ich językiem, to za łaską i pomocą Bożą będę mógł ich ochrzcić.
    Dziś się dowiedziałem, że i rząd i krajowcy nie uważają trędowatych za ludzi, tylko za jakieś wyrzutki społeczeństwa ludzkiego. Wypędzają ich z miast i wsi, niech idą, gdzie chcą, byleby nie byli między zdrowymi — u nich trędowaty, to trędowaty, ale nie człowiek. Wielu z tych nieszczęśliwych włóczy się po bezludnych miejscach, póki mogą, aż wreszcie wycieńczeni padają i giną z głodu, przy drogach wielu żebrze, ale mało kto da jaką jałmużnę, wszyscy od nich uciekają. Krewni tych biedaków czasem z litości im co dadzą, albo przechowują ich w jakim kącie u siebie, ale to rzadkie wyjątki.
    W następnym liście napiszę więcej, bo tu miej-