Strona:Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze.djvu/034

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    W sam dzień św. Józefa byłem bardzo przygnębiony nędzą moich chorych, siedziałem i rozmyślałem, jakby złemu zaradzić; naturalnie, żem nic nie wymyślił, bo na wszystko trzeba de quibus, co mi najbardziej brakuje, a ex nihilo nihil fit. Może sobie Ojciec wyobrazić, w jakim byłem humorze; bo, jak Ojciec zapewne wie, Tatar, kiedy mu co cięży na duszy, nietyle zmartwiony, ile zły. Było to koło godziny 4 po południu. Posłałem mego czarnego kuchmistrza po świeżą wodę (nie ze studni, ale deszczówkę z bagna, bo tu innej wody nie mamy), żeby zgotować herbaty i, jak to mówią, zatopić robaka. Chłopak wraca z drogi i mówi mi przez okno, że kapitan chce się ze mną widzieć. Co za licho, myślę sobie, skąd się tu jaki kapitan miał wziąć w tej pustyni (moje schronisko w górach zupełnie odosobnione jak kamedulska pustelnia); wychodzę i u furtki zdybałem czekającego na mnie wojskowego. Przedstawił mi się, że jest wojskowym doktorem i zarządza szpitalem Malgaszów w Tananariwie. Zaprosiłem go do siebie na chwilkę, sądząc, że przyjechał na mule zwiedzić schronisko.
    Może sobie drogi Ojciec wyobrazić moje zdziwienie i radość zarazem, kiedy Francuz, zapaliwszy papierosa, powiedział mi, że spieszy zpowrotem do miasta, żeby ujść przed deszczem i nie ma czasu zwiedzać schroniska, wstąpił tylko, żeby mnie prosić o pozwolenie zajęcia się chorymi, t. j. żeby ich co tydzień raz mógł opatrzyć i każdemu dać odpowiednie lekarstwo. Zapewniał mnie, że miał wiele do czynienia z trędowatymi i wie jak im można ulżyć, bo wyleczyć tego zupełnie nie