Strona:Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze.djvu/032

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    jazd w Krakowie. Teraz również muszę czekać. Proszę sobie wystawić, że jakem się zapakował w Krakowie, tak po dziś dzień jestem spakowany choć zaraz jechać. Rozpakować kufra nie mogę, bo jeszcze nie mam stałego kąta, gdzie mógłbym się choć cokolwiek rozłożyć i na serjo wziąć się do roboty. Do przyjemności to wszystko nie należy, to prawda, ale cieszy mnie, że mogę choć coś przynajmniej Matce Najśw. ofiarować, wypełniając praktycznie, co nam św. O. Ignacy zaleca w rozmyślaniu de fundamento, t. j. zupełną obojętność na zdrowie, chorobę, powodzenie, niepowodzenie i t. p., bo samo rozmyślanie, t. j. sama teorja bez praktyki, nie na wiele się przyda. To wszystko zresztą drobnostki, o których i mówić nie warto, ot trzaseczki z Krzyża Pańskiego, które wskutek mego nieumartwienia, wydają mi się przykrością. Najbardziej mnie boli i dolega nędza moich biednych chorych. Ich mieszkanie opisałem już Ojcu w przeszłym liście, dlatego teraz nie opisuję. Biedacy mają zaledwie czem się wyżywić, t. j. zaledwie tyle ile potrzeba, żeby nie umrzeć z głodu; oprócz tego nie mają nic zgoła, ani lekarstwa, ani szmaty do owinięcia ran, słowem nic; ja jeden jestem tu wszystkiem, bo ani doktora, ani Siostry Miłosierdzia, nikogo przy nich nie ma. Przychodzę do nich co sobota (póki stale nie zamieszkam w schronisku), żeby im odprawić w niedzielę Mszę św. Nie uwierzy drogi Ojciec, jak mi przykro tam się pokazać. Przyjdę tam, zaopatrzę Ostatnimi Sakramentami kto mocniej chory, pochowam, jeżeli jest nieboszczyk, potem idę trochę pomiędzy chorych, rozumie się z dobrem słowem