Strona:Listy O. Jana Beyzyma T. J. apostoła trędowatych na Madagaskarze.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

ment, na którym zamyśla rzępolić; grzmoty usłyszeliśmy temi dniami po raz pierwszy, wkrótce zaczną się deszcze i pioruny zaczną walić. A jak ustanie pora deszczowa, może Bóg pozwoli zacząć budowę. Moje czarne pisklęta także się niepokoją i dopytują mnie ciągle, kiedy wreszcie zaczną budować. Nasza szopa z trzciny, służąca za kościół, już wcale nie podobna do szopy, ale wygląda zupełnie jak kopica siana. Deszcz przeciekał w przeszłym roku do środka tak, że nie można było Mszy św. odprawiać, więc teraz przed deszczami owiązaliśmy, jak się tylko dało, suchą trawą. Robili to wszyscy, t. j. kto miał ręce i nogi jako tako całe i mógł owiązywać, ten owiązywał, ale wszyscy, co tylko ruszać się mogli, byli obowiązani dostarczyć trawy. Naturalnie, że cicho to się odbyć nie mogło, bo Malgasz bez wrzawy nic zrobić nie potrafi. Było też i śmiechu niemało, kiedy moja babunia (to 3-letnie dziecko, o którem Ojcu pisałem), wzięła się do roboty, bo przyniosła na głowie wiązkę trawy, którą doskonale do kieszeni schowaćby można, ale przyniosła i położyła przed kościołem jak wszyscy inni, a potem wszędzie jej było pełno. Czy pomagała w robicie, czy nie, to pytanie, ale być wszędzie musiała między pracującymi i wszędzie niby pomagała. Nas to bawiło, a Pan Jezus pewno jej to wynagrodzi, bo przyjmie dobre chęci niewinnego dzieciaka za uczynek.
Tutaj teraz wiosna, ale z nazwiska chyba tylko, bo o świeżem wiosennem powietrzu, jak u nas, tutaj i pojęcia nie mają; skwarne gorące powietrze, które zawsze czuć pustynią. A woda, którą tu pijemy, to taka, że pewno Ojciecby się nią umyć nie