Wielkie nadzieje/Tom I/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
KAROL DICKENS.
WIELKIE NADZIEJE
Tom I
Z PORTRETEM AUTORA.
Drukarnia i Księgarnia Św. Wojciecha logo.png
POZNAŃ.
NAKŁADEM DRUKARNI I KSIĘGARNI ŚW.WOJCIECHA
::NEW-YORK, THE POLISH BOOK IMP. CO. INC.::
1918.




Rozdział I.

Nazwisko ojca mego było Pirrip, na chrzcie zaś dano mi imię Filipa. W swym dziecinnym języku połączyłem oba te imiona, które tym sposobem zlały się w krótsze i łatwiejsze Pip. I ja sam i wszyscy ludzie nazywali mnie Pipem.
To, że ojciec nazywał się Pirrip, stwierdzał napis na nagrobku, a także świadectwo mej siostry Józefowej Hardżeri, żony kowala. Nigdy nie widziałem ojca i matki, ani nawet ich portretów (żyli jeszcze przed wynalezieniem fotografii), pojęcie zaś o ich wyglądzie łączyło się w mej dziecinnej wyobraźni z nagrobkami. Kształt liter na nagrobku ojca nasunął mi dziwną myśl, że był to rosły, silny i smukły mężczyzna z czarnymi, wijącymi się włosami. Ze stylu zaś napisu na płycie matki po dziecinnemu wywnioskowałem, że matka moja była kobietą chorowitą, a twarz jej pokrywały wyrzuty. Pięć małych kamieni o formie romboidalnej, każdy na półtorej stopy długi, leżących rzędem za mogiłami, rodziców i poświęconych pamięci pięciu mych braciszków, którzy rychło usunęli się od udziału w walce życiowej, wzbudzały we mnie dziwne przekonanie, które z uszanowaniem pielęgnowałem, że wszyscy rodzili się, leżąc na grzbiecie z rękami w kieszeniach od spodni i nie wyjmowali ich przez całe swe życie.
Żyliśmy w bagnistej okolicy, w pobliżu rzeki i o dwadzieścia mil[1] od morza. Pierwsze silniejsze ważenie odniosłem w życiu pamiętnego wilgotnego wieczora, kiedy po raz pierwszy zrozumiałem, że ponure, zarosłe pokrzywami miejsce było cmentarzem; że Filip Pirrip, należący do tej gminy i Georgina, żona jego, pomarli i są pochowani; że Aleksander, Bartłomiej, Abraham, Towit i Roger, dzieci wyżej wymienionych, pomarły również i zostały pogrzebane; że ponure pustynne miejsce poza cmentarzem, poprzecinane we wszystkich kierunkach kanałami, groblami, rowami, na którem gdzieniegdzie pasło się bydło — moczar; że kręta, połyskująca ołowiem, smuga w dali — rzeka; że widniejąca na dalekim horyzoncie płaszczyzna, od której dmie wiatr — morze; a mała, drżąca ze strachu na widok tego wszystkiego i płacząca istota — Pip.
— Przestań beczeć! — krzyknął straszny głos i z poza mogiły w pobliżu kościelnego portyku wynurzył się jakiś człowiek. — Ciszej, mały dyable, bo poderżnę ci gardło.
Był to straszny człowiek w grubem szarem ubraniu i z wielką, żelazną okową na nodze, bez kapelusza, w znoszonych chodakach, z głową okręconą w starą, brudną szmatę. Był on przemoknięty na wylot, obryzgany błotem, pokaleczony o kamienie, poparzony pokrzywą i pokłuty trzciną. Chromał i drżał na całem ciele, oczy jego błyszczały, a zęby szczękały. Schwycił mnie za kurtkę.
— Panie, nie podrzynaj mi gardła! — błagałem go ze strachem. — Zmiłuj się, nie czyń tego!
— Jak się nazywasz? — rzekł — żywo!
— Pip, panie.
— A dalej — mówił człowiek, nalegając. — No, mówże!
— Pip... Pip, panie!
— Pokaż, gdzie mieszkasz — rzekł. — Pokaż palcem!
Wskazałem stronę, gdzie leżała nasza wioska, nad brzegiem rzeki, w oddaleniu mili, lub nieco więcej od kościoła, otoczona olchami.
Człowiek popatrzył chwilę na mnie, następnie wywrócił mnie na dół głową i wypróżnił mi kieszenie. Nic w nich nie znalazł prócz kawałka chleba. Gdy kościół odzyskał poprzednie położenie... bo w chwili, gdy mnie schwycił za nogi i wywrócił głową w dół, zdawało mi się, że szczyt jego znajduje się u mych stóp — kiedy kościół znalazł się w poprzedniem położeniu, siedziałem na wysokim nagrobku i drżałem na calem, ciele, póki jadł mój kawałek chleba.
— No, szczeniaku — rzekł, oblizując wargi — ale też masz pyski!
Tak, policzki moje były dość tłuste, choć wogóle byłem na swój wiek mało rozwinięty.
— Niech mnie dyabli wezmą, jeśli ich nie zjem — rzekł, groźnie poruszając głową — bo i dlaczegożbym nie miał ich zjeść!
Poważnie wyraziłem nadzieję, że tego nie zrobi i jeszcze silniej schwyciłem płytę grobowca, na której mnie posadził, po części aby się na niej utrzymać, po części by stłumić łzy.
— Posłuchaj-no! — rzekł człowiek. — Gdzie twoja matka?
— Tu, panie — odrzekłem.
Drgnął, odbiegł na kilka kroków, następnie stanął i zaczął patrzeć na mnie przez ramię.
— Oto tu, panie! — rzekłem trwożliwie. — Właśnie Georgina. To moja matka.
— O! — rzekł, wracając. — To znaczy, że twój ojciec wraz z twoją matką?
— Tak, panie! — odpowiedziałem. — On również podzielił jej los.
— Aha! — mruknął. — U kogoż mieszkasz?... Jeśli przypuścimy, że będziesz żył... jeszcze nic nie zdecydowałem co do tego.
— U siostry, panie!... U pani Józefowej Hardżeri... żony Józefa Hardżeri, kowala!
— Kowala?! — krzyknął i popatrzył na swą nogę.
Chmurnie spoglądał kilka razy na nogę, to na mnie, wreszcie podszedł do nagrobka, na którym siedziałem, schwycił mnie za obie ręce i trzymając za nie wygiął mnie w tył, jak mógł najwięcej tak, że oczy jego groźnie patrzyły na mnie z góry a ja bezradnie spoglądałem nań z dołu.
— No, słuchaj! — rzekł. — Chodzi o to, czy mam cię zostawić przy życiu, czy nie? Wiesz, co to pilnik?
— Tak, panie!
— A wiesz, co to pokarm?
— Tak, panie!
Za każdem pytaniem przechylał mnie niżej i niżej, widocznie w tym celu, by przekonać mnie o mej bezradności i niebezpieczeństwie, w jakiem się znajdowałem.
— Dostarczysz mi pilnika?. — Przechylił mnie jeszcze niżej. — Przyniesiesz mi coś do zjedzenia? — Jeszcze mię przegiął niżej. — A jeśli nie przyniesiesz, wyrwę twe serce i wątrobę! — Jeszcze nacisnął niżej.
Tak przestraszyłem się i tak mi się zakręciło w głowie, że z całych sił uczepiłem się go rękami i rzekłem:
— Nie byłbyś pan łaskaw postawić mię głową do góry... może wówczas w głowie przestanie mi się kręcić i będę mógł lepiej słyszeć pana.
Zamiast odpowiedzi tak mną zakręcił, że zdawało mi się, jakby wraz ze mną kościół wywrócił koziołka. Następnie chwycił mnie za obie ręce, postawił na płycie grobowca i przemówił do mnie temi strasznemi słowami:
— Jutro rano przyniesiesz mi pilnik i coś do zjedzenia. I to przyniesiesz tu na te stare okopy. Masz to zrobić i nikomu nigdy ani słowem, ani znakiem; nie dasz poznać, żeś widział takiego człowieka, jak ja. Tylko wtedy zostaniesz przy życiu. Odważ się nie posłuchać mnie i zdradź się jakiem słówkiem, a natychmiast wyrwę ci serce i wątrobę i pożrę! Nie myśl, że jestem tu sam. Jest tu wraz ze mną jeden młodzieniec. W porównaniu z nim jestem — prawdziwym aniołem. Słyszy każde słowo, jakie mówię do ciebie i wie doskonale, jak należy się rozprawić z takim malcem, jak ty i z jego sercem — i wątrobą. Taki jak ty malec powinien unikać go. Choćbyś zamykał drzwi na klucz, choćbyś krył się w ciepłej pościeli, choćbyś otulał się w swą kołdrę, choćbyś myślał, że jesteś zupełnie bezpiecznym, młody człowiek mimo to cicho, pocichutku przekradnie się do ciebie i uprowadzi cię z domu. Wiele, bardzo wiele trudu mnie kosztowało wstrzymanie tego człowieka, aby się nie rozprawił z tobą. Ach, jak trudno było zatrzymać go, by się nie rzucił na ciebie. Cóż powiesz na to?
Przyrzekłem mu, że przyniosę nazajutrz rano pilnik i trochę jedzenia — jeśli znajdę.
— Powiedz: — „niech mnie Bóg skarze, jeśli nie przyjdę!“
Powtórzyłem te słowa, a on postawił mnie na ziemi.
— Uważaj! — mówił. — Pamiętaj, oo masz zrobić i nie zapomnij o młodymi człowieku. Idź teraz db domu!
— Dob... dobrej nocy, panie! — ledwo wyjąkałem.
— Oczywiście! — rzekł, obrzucając wzrokiem; wilgotną, błotnistą okolicę. — Jednego tu tylko można sobie życzyć... by być żabą lub rybą.
Drżąc całem ciałem, schwycił się rękami, jakby w obawie, że się rozleci i utykając, powlókł się do nizkiego płotu kościelnego.
Patrzyłem na niego, kiedy przechodził wśród pokrzyw i kolących krzaków, które rosły po brzegach zielonego nasypu i zdawało mi się, że starannie omija mogiły, bojąc się, by z nich nie wysunęły się ręce martwych, nie schwyciły go za nogi i nie wciągnęły do siebie, do mogił.
Doszedłszy do kościelnego płotu, przelazł przezeń, jak człowiek, któremu nogi zdrętwiały i nie zginają się, zatrzymał się tu i spojrzał w moją stronę. Skoro tylko to spostrzegłem, puściłem się pędem do domu. Nie ustając w biegu, na jakimś zakręcie obejrzałem się w tył i widziałem, że idzie ku rzece, schwyciwszy się rękami jak poprzednio, z trudem przesuwając chorą nogę po ogromnych kamieniach, rozrzuconych tu i tam dla wygody pieszych na czas ulewnych deszczów i powodzi.
Moczar widniał na horyzoncie jakby długa ciemna smuga, kiedym znowu się zatrzymał, by spojrzeć na niego; rzeka też wyglądała, jak smuga, ale nie tak już szeroka i czarna, niebo zaś poza nią, jak pasmo smug kolorowych, porozdzielanych ciemnemi. Na samym brzegu rzeczki ledwie mogłem rozróżnić dwa czerniejące przedmioty obok siebie; jednym z nich była wiecha, przy której lądowali rybacy; był to drąg, na szczycie którego zatknięto dnem do góry beczkę bez obręczy. Drugim przedmiotem była szubienica, a na niej resztki łańcuchów, na których niegdyś powieszono pirata. Człowiek szedł w stroną tej ostatniej; jakby sam był piratem, który zmartwychwstał i pojawił się tu, by go znowu powieszono. Myśl ta przestraszyła mnie i zdawało mi się, że krowy też popodnosiły łby i patrzyły za nimi, choć nie mogłem pojąć o czem wogóle mogły myśleć. Oglądnąłem się dookoła, czy niema gdzie w pobliżu strasznego młodzieńca, ale nigdzie nie dojrzałem najmniejszych śladów jego obecności. Znowu mnie ogarnął strach i nie zatrzymując się ni chwili, pobiegłem do domu.






Rozdział II.

Siostra moja, pani Józefowa Hardżeri była o dwadzieścia lat starszą odemnie i cieszyła się wielkiem wzięciem u sąsiadów dlatego, że wychowywała mnie „twardą ręką“. Wiele razy wówczas próbowałem wyjaśnić znaczenie tego dziwnego wyrażenia, a wiedząc, jak ciężką i silną była jej ręka i jak często kładła ją na swego męża i na mnie, doszedłem do przekonania, że taką ręką wychowuje nie tylko mnie ale i Józefa Hardżeri.
Nie na dobroduszną wyglądała moja siostra i robiła takie na mnie wrażenie, jakby swą „ręką“ wzięła za męża Józefa Hardżeri. Józef był bardzo pięknym mężczyzną, z jasnymi, wijącymi się włosami, spadającymi na twarz, z oczyma nieokreślonego błękitnego koloru, zlewającego się z białkami oczu. Był to nadzwyczaj uległy, dobroduszny, czuły i wesoły człowiek i dobry towarzysz, Herkules z wyglądu i ze słabości swego charakteru.
Siostra moja miała czarne włosy, czarne oczy i niezwykle czerwoną twarz; tak, że często przychodziło mi do głowy, czy zamiast mydła nie używa do mycia muszkatułowego kwiatu. Wzrostu wysokiego, koścista, nosiła zawsze gruby fartuch, związany z tyłu w dwie pętle, z czworoboczną zasłoną na piersi, całą nabitą igłami i szpilkami. Fartuch ten uważała za specyalną ze swej strony zasługę i wiecznie robiła wymówki Józefowi, że musiała go nosić. Nie wiem doprawdy, dlaczego go nosiła, ale jeżeli już musiała nosić, czemu nie zdejmowała go przez cały dzień.
Kuźnia Józefa przylegała do naszego domu, zbudowanego z drzewa, jak większość budynków naszej okolicy w tym czasie. Ody przybiegłem z cmentarza, kuźnia była już zamknięta, a Józef siedział w kuchni. Józef i ja byliśmy współuczestnikami cierpień i żyliśmy z sobą w przyjaźni. Tym razem nie zdążyłem otworzyć drzwi i zajrzeć do kuchni, gdy po przyjacielsku rzekł mi:
— Pani Józefowa już ze dwadzieścia razy wychodziła cię szukać, Pip! Przed chwilą wyszła znowu.
— Tak?
— Tak, Pip — rzekł Józef — a co gorsza wzięła ze sobą „łaskotkę“.
Usłyszawszy niemiłą wiadomość, posunąłem się ku światłu i zacząłem — kręcić jedyny guzik mej kurtki, póki się całkiem nie oderwał. „Łaskotką“ nazywaliśmy trzcinę z cienkim końcem, która zmiękła od częstego stykania się z mojem wierzchniem odzieniem.
— To siadała — mówił Józef — to zrywała się, chwytała za rózgę, rzucała się i miotała. Ot co wyprawiała — mówił, poprawiając pogrzebaczem w kominie. — Tak, Pip, rzucała się i miotała!
— A dawno wyszła, Józiu?
Zawsze zwracałem się do niego, jak do starszego dziecka, albo do równego.
— Tak — odpowiedział, patrząc na zegarek — z pięć minut temu. Pip! Idzie!... Skryj się prędko przyjacielu za drzwi!... Tu, za ręcznik!
Usłuchałem go. Siostra żywo otworzyła drzwi i w tej chwili poczuła za niemi jakąś przeszkodę, odrazu domyśliła się co to i puściła w ruch rózgę. W końcu pchnęła mnie na Józefa — często służyłem jej za przedmiot do rzucania w małżeńskich nieporozumieniach — a Józef zadowolony, że mógł mnie wesprzeć, wsunął mnie w zagłębienie kominka i zasłonił sobą.
— Gdzieś przepadał, smarkaczu? — rzekła, tupiąc nogą. — Mów mi zaraz, gdzieś przepadał? Cóż to? Ha? Chciałeś mnie zaniepokoić? Chciałeś mnie przestraszyć? Wyrzucę was wszystkich stąd, choćby było pięćdziesięciu Pipów i pięciuset Hardżerich.
— Byłem tylko na cmentarzu — odpowiedziałem ze swego miejsca — płacząc i rozcierając sobie ciało.
— Na cmentarzu! — Gdyby mnie nie było, dawnobyś już był na cmentarzu! Kto cię „własną ręką“ wychował?
— Ty — odpowiedziałem.
— A jak to uczyniłam, radabym wiedzieć? —
— Nie wiem — wyjąkałem.
— Nie wiesz! A ja wiem, że już nigdy więcej tego nie uczynię. Śmiało mogę powiedzieć, że ani razu nie zdjęłam tego fartucha od czasu twego narodzenia. Dość mi, że jestem żoną kowala, jeszcze mam być twoją matką!
Smutno patrzyłem na ogień i różne myśli przelatywały mi przez głowę. Myślałem o zbiegu z żelazną okową na nodze, o tajemniczym młodym człowieku, o pilniku, o pożywieniu, o przygniatającym mnie strachu, pod wpływem którego gotowałem się okraść ludzi, co dali mi przytułek; zdawało mi się, że rozżarzone węgle na kominku z wyrzutem patrzą na mnie.
— Ach! — mówiła, stawiając trzcinkę na zwykłe miejsce. — Cmentarz... tak! O czem-że macie obaj mówić, jak nie o cmentarzu! (Żaden z nas ani słowa o cmentarzu nie wspomniał.) Czy wcześniej, czy później złożycie mię na cmentarzu, złożycie!... Piękna z was będzie parka beze mnie, lepiej już o tem nie mówić.
Póki pani Józefowa krzątała się, przygotowując herbatę, Józef pilnie patrzył na mnie, jakby rozważał, jakaby z nas była para, gdyby wbrew oczekiwaniom spełniło się wyżej wspomniane zdarzenie. Siedział wciąż w jednakowej pozycyi, gładząc prawą ręką swe włosy i bokobrody, śledząc uważnie oczyma wszystkie ruchy pani Józef owej, co czynił zwykle, gdy była wt takiem usposobieniu.
Siostra zawsze jednakowo przygotowywała nam chleb z masłem. Silnie przyciskała bochenek do swej sukni na piersi, wskutek czego wbijały się weń i szpilki i dostawały się z nim do naszych ust. Potem brała nożem masło (nie zbyt wiele) i smarowała niem chleb po aptekarsku, jak plaster, posługując się przy tej czynności obiema stronami noża z nadzwyczajną zręcznością i wprawą i kunsztownie zbierała masło z brzegów skórki. Wygładziwszy nożem powierzchnię masła, odkrawala grubą kromkę i nie odejmując jej od bochenka, dzieliła na pół, poczem połowę podawała Józefowi a drugą mnie.
Tego dnia byłem głodnym, lecz nie mogłem się zdecydować na zjedzenie swej porcyi. Czułem, że winienem zostawić cośkolwiek w zapasie dla strasznego znajomego i jego wspólnika, okropnego młodego człowieka. Wiedziałem, jak porządnie prowadziła swe gospodarstwo pani Józefowa i sądziłem, że najstaranniejsze poszukiwania nie dostarczą mi nic, czemby się można było pożywić; dlatego zdecydowałem się ukryć swój kawałek chleba z masłem, przepuszczając go między spodniami a nogą.
Nie łatwo, oj, jak nie łatwo było to spełnić. Lżejby mi było zeskoczyć z dachu wysokiego domu lub nurkować w głębokiej wodzie. A jeszcze trudniej było uczynić to tak, by nie dojrzał Józef. Już wspomniałem, że żyliśmy w przyjaźni i mieliśmy zwyczaj wieczorami porównywać, kto z nas prędzej zje swą kromkę; milcząc też pokazywaliśmy ją sobie wzajemnie, jakby pobudzając jeden drugiego. I tym razem Józef parę razy pokazywał mi swój szybko zmniejszający się kawałek, dając mi znak, bym przystąpił do zwykłych wyścigów, za każdym jednak razem, ku swemu zadziwieniu widział, że siedzę, jak poprzednio, trzymając na jednem kolanie żółty kubek z herbatą a na drugiem nie tknięty kawałek chleba z masłem. Wreszcie, tracąc nadzieję, zdecydowałem, że cokolwiekby się stało, muszę to uczynić i to w najprostszej formie, stosownie do okoliczności. Korzystając z chwili, gdy Józef, popatrzywszy na mnie, odwrócił się, wsunąłem chleb do spodni.
Józef widocznie rozstrojony tem, że straciłem apetyt, w zamyśleniu, bez żadnego zadowolenia, odgryzał kąsek za kąskiem. Wolniej niż zwykle żuł je, zatrzymując się chwilami, a potem łykał, jak pigułki. Miał zamiar odgryźć nowy kąsek i już pochylił na bok głowę, aby módz to łatwiej uczynić, gdy nagle wzrok jego padł na mnie i spostrzegł, że moja kromka chleba gdzieś znikła.
Tak był zdziwionym tem, co się stało, że z chlebem w ustach wytrzeszczył na mnie oczy, co oczywiście nie mogło ujść uwagi siostry.
— Co się stało? — zapytała, stawiając kubek na stół.
— Słuchaj no — mruczał do mnie Józef, kiwając głową z wyrzutem — Pip, przyjacielu! Biedy się dopytasz. Udławisz się... Przecież nie zdążyłeś go pogryźć!
— Cóż tam takiego się stało? — pytała siostra, jeszcze ostrzejszym tonem.
— Jeśli możesz odkaszlnąć Pip, zmiłuj się uczyń to — mówił Józef, przechodząc stopniowo do obawy. — Sztuka sztuką, a zdrowie zdrowiem.
Siostra wreszcie straciła cierpliwość i rzuciwszy się na Józefa dwa razy szarpnęła go za bokobrody i uderzyła nim o ścianę; siedziałem, nie ruszając się na miejscu, czując, że jestem winnym tego, co się stało.
— No, teraz spodziewam się, że mi powiesz o co chodzi, ośle! — zawołała siostra, zadyszana z podniecenia.
Józef bezradnie spojrzał na nią, potem również bezradnie na mnie.
— Wiesz co, Pip — mówił uroczyście, trzymając ostatni kęs chleba w ustach i to takim przyjacielskim tonem, jakbyśmy byli obaj równi. — Ale to połknąć taki niezwykły kęs!!...
— Wszystko odrazu połknął... tak? — krzyknęła siostra.
— Wiesz, przyjacielu, — robiłem, i ja takie sztuki, gdym był w twoim wieku... i to dość często... z takimi samymi chłopcami... ale nigdym nie widział, aby ktokolwiek połykał takie kawały. I jakeś ty z tego nie zginął!
Siostra moja, jak szalona, rzuciła się ku mnie, schwyciła za włosy i nic więcej nie rzekła, prócz tych strasznych słów:
— Chodź mi zaraz i pij lekarstwo!
Jakiś niegodziwy lekarz wprowadził w tym czasie w użycie dziegciową wodę, jako lekarstwo na wszystkie choroby, a pani Józefowa miała w swojej szafce znaczną ilość tego środka; wierzyła, że lecznicze jego właściwości odpowiadają zupełnie jego obrzydłemu smakowi. Leczniczy eliksir, jako środek wzmacniający, wiele już razy we mnie wlewano w takiej ilości, że czuć było odemnie dziegciem, jakby od świeżo posmolonego parkanu. Tego wieczora doza, przeznaczona dla mnie, doszła największych rozmiarów; pani Józefowa wlała mi ją wprost z butelki, ściskając mą głowę pod ręką. Józef musiał wypić połowę dozy pod pozorem, że „źle mu się zrobiło“. Sądząc po sobie, mogę istotnie przyznać, że źle mi się robiło nie tylko przed przyjęciem lekarstwa, ale i po przyjęciu.
Niema nic przykrzejszego nad wyrzuty sumienia, które męczą dorosłego człowieka lub dziecko, zwłaszcza jeśli do nich przyłącza się jeszcze ciężkie brzemię, ukryte w spodniach; wówczas (mogę to stwierdzić własnem doświadczeniem) znoszą ludzie największą karę w świecie. Świadomość, że mam zamiar okraść pani Józefową — (nigdy nie myślałem, że i Józefa, ponieważ gospodarstwa nie uważałem za jego własność) — połączona z koniecznością przytrzymywania chleba z masłem, gdym siedział, albo gdy musiałem przejść po co przez kuchnię, doprowadzała mię do rozpaczy. Gdy wiatr, wiejący od moczaru, wpadał do komina i podniecał płomień ogniska, zdało mi się, że słyszę skądsiś z zewnątrz głos człowieka z żelazną okową u nogi, mówiący, że nie myśli umrzeć z głodu do jutra i żądający, by mu natychmiast jeść dano. Potem myślałem nad tem, co będzie: jeśli młodzieniec, którego wstrzymywał z takim trudem, aby nie rzucił się na mnie, straci wreszcie cierpliwość, albo omyli się co do czasu i będzie się czuł w zupełnem prawie, nie czekając jutra, dobrać się do mego serca i wątroby? Jeśli to prawda, że włosy stają dębem, moje już z pewnością musiały się podnieść. A może to nigdy nikomu się nie przytrafiło?
Była wilia Bożego Narodzenia i kazano mi mieszać pudding, przeznaczony na dzień jutrzejszy; mieszałem go akurat od siódmej do ósmej wieczorem. Spełniałem to z kulą u nogi (co zmuszało mnie do ciągłego myślenia o człowieku z żelazną okową) i wciąż czułem, jak chleb z masłem, zsuwa się do kostki przy najmniejsizem poruszeniu, co w końcu stało się nie do zniesienia. Na szczęście upatrzyłem dogodną chwilę i wyśliznąłem się do swej izdebki na poddaszu.
— Cóż to! — zawołałem, siadając przy kominku, aby ogrzać się cokolwiek przed snem. Strzelono z wielkiej armaty?... Słyszysz Józefie?
— A... — odpowiedział. — Znowu jakiś więzień zbiegł.
— Co to znaczy? — spytałem.
Pani Józefowa, która miała zwyczaj wszędzie wmieszać się ze swemi objaśnieniami, krzyknęła takim grubym głosem, jakim zwykle proponowała dozę dziegciowej wody.
— Uciekł! Uciekł!
Powiedziawszy to, zajęła się znów pończoszkową robotą, a ja korzystając z tego, spytałem szeptem Józefa:
— Co to takiego więzień?
Józef założył swe wargi, jak się to czyni, gdy się mówi cicho, ale z całej odpowiedzi zrozumiałem tylko jedno słowo „Pip“.
— Wczoraj wieczorem — mówił głośno — po zachodzie uciekł więzień! Strzelono, aby dać znać o ucieczce. Teraz widocznie uciekł drugi.
— Kto strzelał? — pytałem.
— Co za głupi malec! — wmieszała się siostra, ponuro patrząc na mnie z poza swej roboty. — Do wszystkiego się musi wtrącić ze swemi pytaniami. Nie dopytuj się a nikt cię nie okłamie.
Pomyślałem, że źle czyni zapowiadając, że i onaby kłamała, gdybym do niej zwrócił się z pytaniem. Ale ona nigdy przy nikim nie liczyła się z wyrażeniami.
W tej chwili Józef jeszcze bardziej podniecił mą ciekawość, usiłując wymówić jakieś słowo. Nie zrozumiałem go!
— Pani Józefowo — rzekłem, zwracając się do niej, jakby do pierwszorzędnego źródła, — chciałbym wiedzieć — jeśli się nie pogniewasz — skąd był ten wystrzał?
— Ach ty nieboskie stworzenie — krzyknęła siostra takim głosem, jakby powiedziała co innego, niż chciała. — Z pontonu!
— O! — zawołałem, patrząc na Józefa. — Ponton!
Józef kaszlnął z odcieniem wyrzutu, jakby mówił:
— Mówiłem ci!
— A co to takiego ponton?
— No jakże wam się podoba ten malec! — krzyknęła siostra, wskazując na mnie drutem i z niezadowoleniem kręcąc głową. — Odpowiedzieć mu na jedno pytanie, on cię zarzuci innemi. Pontony to więzienne okręty, które stoją tam, daleko za bagnem.
— Chciałbym wiedzieć, kogo tam sadzają i zaco? — pytałem z rezygnacyą.
Tego już było trochę za wiele dla pani Józefowej, zerwała się ze swego miejsca.
— Słuchaj, malcze! Nie na to wychowywałam cię „własnemi rękami“, abyś męczył ludzi swemi głupiemi pytaniami! Wielka zasługa, niema co mówić! Każdy miałby prawo mnie ganić. Na pontony, widzisz, wyprawiają takich, którzy zabijają, kradną, wyrabiają fałszywe monety i szkodzą innym. Tacy ludzie zawsze zaczynają od tego, że męczą wszystkich pytaniami i dlatego — precz, natychmiast idź spać!
Nigdy mi nie dawali świecy, gdym szedł spać, to też drapałem się po schodach w zupełnej ciemności; w głowie mi szumiało i dzwoniło prawdopodobnie stąd, że pani Józefowa akcentowała ostatnie słowa akompaniamentem, który wykonywała na mej głowie z pomocą naparstka. Jeszcze większy strach owładnął mną na myśl, że jestem przeznaczony do pontonów. Widziałem obecnie jasno tę drogę przed sobą. Zacząłem od pytań, a oto przygotowywałem się okraść panią Józefową.
Od tego czasu, który pozostał daleko za mną, często myślałem, że ludzie mało rozumieją, do czego może doprowadzić dziecko strach. Nie chodzi o to, czy ważną jest jego przyczyna, chodzi o sam strach. Czułem śmiertelną obawę na myśl o młodzieńcu, pragnącym mego serca i wątroby; czułem śmiertelny strach na myśl o jego towarzyszu z żelazną okową; bałem się samego siebie z tego powodu, że dałem taką okropną obietnicę. A mimo to nie śmiałem; spodziewać się pomocy ze strony swej wszechmogącej siostry, która zawsze, w każdym czasie gotową była mnie odepchnąć. Z przerażeniem myślę o tem, na comógłbym się odważyć dzięki strachowi.
Za każdym razem, gdym; zasypiał tej nocy, zdawało mi się we śnie, że silny prąd wody niesie mnie rzeką wprost na pontony i że w tej samej chwili, gdy przepływałem obok szubienicy, widmo pirata woła do mnie przez tubę, bym lepiej, teraz nie płynął do brzegu, bo mnie powieszą, w przeciwnym razie zaś odłożą to na później. Bałem się usnąć, choć chciało mi się spać; wiedziałem, że muszę spełnić kradzież z pierwszym przebłyskiem dnia. Nocą nic nie mogłem uczynić, bo ogień wówczas jeszcze nie tak łatwo było wzniecić; musiałbym w tym celu wziąść hubkę i krzesiwo, a to wywołałoby hałas podobny do szczęku łańcucha tego pirata.
Gdy czarna aksamitna zasłona nocy, widniejąca za mojem oknem, obramowała się szarawym blaskiem, wyskoczyłem z pościeli i zszedłem na dół po schodach. Najmniejszy trzask i szmer, gdy schodziłem po stopniach, zdawało się, mówiły: „Trzymaj złodzieja!“ lub „Wstawaj Józefie!“ W spiżarni, gdzie przygotowano wiele zapasów, wedle zwyczaju, na nadchodzące święta, przestraszyłem się okropnie na widok wiszącego zająca, który, jak mi się zdawało, mrugnął do mnie, gdym był doń zwrócony. Nie miałem jednak czasu do sprawdzenia swych wrażeń, ani do rozmyślań i wogóle na nic, musiałem korzystać z każdej chwili. Wziąłem kawał chleba i sera, pół garnka drobno usiekanego mięsa, zawiązałem to w kawałek płótna, wraz z wczorajszą kromką chleba z masłem, odlałem z kamiennego gąsiora trochę wódki do przygotowanej na to szklanej butelki, poczem dolałem do pełności do kamiennego gąsiora z konewki, stojącej w kuchennej szafce, wziąłem prócz tego kość z trochą mięsa i piękny okrągły pieróg nadziany wieprzowiną. Mało już nie odszedłem bez tego pieroga, ale oglądając półki czy niema tam czego odpowiedniego, zauważyłem okrągłe, gliniane naczynie, zakryte z góry; zajrzawszy doń dostrzegłem pierog i zaraz zabrałem go, w nadziei, że nie tak prędko może być potrzebnym, a zatem nie odrazu poznają brak jego.
W kuchni były drzwi, łączące ją z kuźnią; otworzyłem je i wyszukałem pilnik między przyrządami Józefa. Zamknąłem za sobą drzwi do kuźni, wyszedłem przez te, któremi wróciłem wczoraj z cmentarza, zamknąłem je i zacząłem biedz ku moczarom.






Rozdział III.

Ranek był chmurny i mglisty. Zewnętrzna strona mego maleńkiego okna była obsiana osiadłemi na niej kropelkami wilgoci, jakby jakiś leśny duch przepłakał nad niem całą noc i przez ten czas posługiwał się niem, jak chustką. Wszystko dookoła pokryte było wilgocią, błyszczącą na nagich płotach i wątłej trawie, podobną do grubej pajęczyny, wiążącej gałązki roślin. Ta sama kleista wilgoć pokrywała parkany i bramy, a z bagna podnosiła się tak gęsta mgła, że dotąd nie dojrzałem drewnianego palca, wskazującego drogę do naszej wioski, do której zresztą nikt nigdy nie zachodził. Gdy zaś spojrzałem nań i widziałem, jak mgła kropla za kroplą spadała w dół, wydał mi się widmem, wskazującem mi ponton.
Mgła gęstniała w miarę zbliżania się do moczaru, tak że teraz już nie ja biegłem do otaczających mnie przedmiotów, lecz one ku mnie. Zaniepokojone sumienie zwiększało jeszcze nieprzyjemność wycieczki. Wrota, napisy i rowy rwały się ku mnie przez mgłę i krzyczały: — „Malec z czemś w rodzaju pieroga z wieprzowiną! Zatrzymajcie go!“ — Zupełnie niespodzianie pojawiło się przedemną bydło z rozdętemi nozdrzami, z których buchała para. — „Ej, ty, mały złodzieju!“ — Czarny byk z białą plamą na szyi, która wydawała się memu winnemu sumieniu podobną do kołnierza pastora, uporczywie wpijał się we mnie oczami i z takim pełnym wyrzutu wyrazem poruszał głową, że nie mogłem wytrzymać i zawołałem: — „Nie jestem nic winien, panie! Zrobiłem to nie dla siebie!“ — W odpowiedzi na to schylił łeb, wypuścił z nozdrzy kłąb pary, zadarł w górę ogon i kopnąwszy tylnemi nogami, znikł w jednej chwili.
Cały ten czas szedłem ku rzece. Pomimo tego, żem szybko posuwał się naprzód, nie mogłem rozgrzać nóg; chłód i wilgoć tak ściśle je objęły, jak żelazna okowa nogę człowieka, do którego szedłem. Dobrze znałem drogę do okopów, bo często w niedzielę przychodziłem tu z Józefem, który siedząc raz ze mną na starej armacie, mówił, że nieraz wyprawiać się tu będziemy, gdy zostanę jego uczniem. Tymczasem skutkiem gęstej mgły zeszedłem w prawo z właściwej drogi i musiałem wracać w dół rzeki błotnistem wybrzeżem, pokrytem ślizkimi kamieniami i wiechami, wskazującemi linię, do której dochodzi wylew rzeki. Dążąc naprzód z możliwą dla mnie szybkością, przebrnąłem rów w pobliżu okopów i chciałem już biedz po nasypie z drugiej strony rowu, gdy nagle ujrzałem siedzącego człowieka. Zwrócony plecami ku mnie, ze złożonemi rękami i nizko pochylony naprzód, spał twardo.
Pomyślałem, że bardzo się ucieszy, gdy w tak niespodziewany sposób otrzyma śniadanie i dlatego ostrożnie podszedłem ku niemu i z lekka dotknąłem go w ramię. Szybko zerwał się na nogi i zobaczyłem nie wczorajszego, lecz jakiegoś innego człowieka.
Miał taką samą grubą szarą odzież, taką samą wielką żelazną okowę, także utykał i mówił chrapliwym głosem, drżał od chłodu i wszystko było podobne, jak u tamtego człowieka, z wyjątkiem twarzy i płaskiego z szerokiem skrzydłem kapelusza na głowie. Wszystko to zmiarkowałem w jednej sekundzie. On zaś ze strasznem przekleństwem rzucił się ku mnie i chciał mnie uderzyć, ale nie trafił, pośliznął się, mało nie upadł i zaczął uciekać, potknął się jeszcze dwa, trzy razy i znikł we mgle.
Stanowczo jest to właśnie ten młody człowiek! — pomyślałem i serce me zabiło na tę myśl. Mogę dodać, że poczułbym też i ból w wątrobie, gdybym wiedział tylko, gdzie się ona znajduje.
Wkrótce potem byłem w okopach i zastałem wczorajszego skazańca, który w oczekiwaniu na mnie błąkał się tu i tam. Było mu widocznie bardzo zimno. Myślałem, że padnie na ziemię i umrze z zimna w mej obecności. Oczy jego płonęły żądzą jadła i gdy mu podałem pilnik, z zimną krwią odłożył go na bok na trawę, a całą swą uwagę skupił na zawiniątku w mych rękach. Tym razem nie wykręcał mnie głową w dół, stał spokojnie i patrzył, jak wypróżniałem kieszenie.
— Co tam masz w butelce, mały? — zapytał.
— Wódkę.
Jadł już przyniesione drobno siekane mięso, wpychając je do ust, nie jak człowiek, zaspokajający swój głód, lecz jak ten, co w pośpiechu pakuje swe rzeczy do walizki. Zatrzymał się tylko na chwilę, aby wypić kilka łyków wódki. Drżał całem ciałem i zdawało mi się, że odgryzie i połknie szyjkę butelki.
— Ma pan pewno febrę? — spytałem.
— To samo myślę, mój mały! — odpowiedział.
— Tu niezdrowe miejsce — rzekłem. — Pan leżał na ziemi, a tu mokro i łatwo się nabawić febry... lub reumatyzmu.
— Jeszcze zdążę zjeść śniadanie, zanim śmierć nastąpi — powiedział. — I będę jadł, choćby mnie potem mieli prowadzić na szubienicę. Nic to, ustanie ten dreszcz, ustanie... gotów jestem się z tobą założyć, malcze!
Chciwie łykał drobno siekane mięso, chleb, ser, pierogi z wieprzowiną bez wyboru, jedne za drugiem, z trwogą spoglądając w mglę, otaczającą nas i od czasu do czasu przestając żuć, by nadsłuchiwać. Każdy rzeczywisty i urojony odgłos, czy dźwięk żelaza na rzece, czy wrzask czegoś żyjącego na moczarze trwożyły go i wówczas pytał.
— Nie myślisz ty mnie, dyable, oszukać? Nikogoś nie sprowadził ze sobą?
— Nie, panie! Nie!
— A policyi nie uwiadomiłeś?
— Nie!
— No, dobrze — rzekł — wierzę ci. I to prawda! Na cóżby się przydał taki szczeniak, jak ty, gdyby w twych latach zamyślał pomagać innym do dręczenia na śmierć tak nieszczęśliwego stworzenia, jak ja.
Dziwnie zagrało mu w ustach przy tych ostatnich słowach, wytarł oczy podartym, grubym rękawem.
Było mi go bardzo żal, a widząc, jak stopniowo zabrał się do pieroga z wieprzowiną, rzekłem mu wreszcie:
— Bardzo jestem zadowolony, że pierog panu smakuje.
— Co mówisz?
— Rad jestem, że pierog panu smakuje.
— Dziękuję, mój mały! Tak, smakuje mi.
Często przyglądałem się, jak jadł pokarm nasz podwórzowy pies i znalazłem wiele podobieństwa w sposobie ich jedzenia. Podobnie jak pies z początku odgryzał kęsy, chwytał je i spiesznie, nie żując ich, połykał, oglądając się równocześnie na wszystkie strony, jakby w obawie, czy się kto nie pojawi i nie wyrwie mu pieroga. Znajdował się wogóle w takim stanie, że z trudem mógł ocenić wartość pieroga, choć nikomu z pewnością nie dozwoliłby podzielić go z sobą bez wyszczerzenia zębów na nieproszonego gościa. W tem zupełnie był podobny do psa.
— Boję się, że nic nie zostawi pan dla niego — nieśmiało zauważyłem po chwili milczenia, podczas którego namyślałem się, czy nie będzie niedelikatną z mej strony taka uwaga. — Więcej już nic w spiżarni nie zostało.
Tylko wiara w rzeczywistość wspomnianego faktu pobudziła mnie do zwrócenia się doń z tą uwagą.
— Zostawić dla niego? Dla kogo? — spytał, przestając gryźć skórkę pieroga.
— Dla młodego człowieka, o którym pan mówił... który ukrył się razem z panem.
— O... o! — krzyknął z czemś w rodzaju tłumionego śmiechu. — Jemu? Tak, tak! On obejdzie się i bez jedzenia; niczego nie potrzebuje.
— Zdawało mi się, że głodny — odrzekłem.
Przestał jeść i spojrzał na mnie z największem zdziwieniem, a zarazem z niedowierzaniem.
— Wydawało ci się? Kiedy?
— Teraz właśnie.
— Gdzie?
— Ot tam! — rzekłem. — Siedział i spał, a ja myślałem, że to pan.
Schwycił mnie za kurtkę i tak spojrzał na mnie, że przestraszyłem się, czy nie wróciła mu poprzednia chęć poderżnięcia mi gardła.
— Był ubrany tak, jak pan, tylko z kapeluszem na głowie — mówiłem, drżąc ze strachu — i... i... — chciałem delikatnie to wyrazić — i miał te same powody życzyć sobie pilnika. Słyszał pan dziś w nocy wystrzał?
— Tak, prawda, — rzekł do siebie — zdaje się strzelali.
— Dziwne, że nie jest pan pewien tego — odpowiedziałem. — Myśmy słyszeli w domu... a przecież do nas dalej, a i drzwi były zamknięte.
— Widzisz — rzekł — gdy człek musi włóczyć się po tem bagnie z pustą głową i pustym żołądkiem, gdy ginie z zimna i głodu, całą noc nic więcej nie słyszy prócz wystrzałów i krzyków, które go prześladują. Widzi żołnierzy w czerwonych mundurach z pochodniami w rękach... widzi, jak coraz ciaśniej i ciaśniej otaczają go kołem. Słyszy, jak wywołują jego numer i wołają po imieniu, jak szczękają ich muszkiety i rozlega się komenda: — „Pal!“ — Wycelowali i... nic! Nie jedną ich partyę, niech ich djabli wezmą, widziałem dziś w nocy, ale setki... Raz, dwa! Raz, dwa! A co wystrzałów!... Widziałem, jak drżała mgła i nie przestała drżeć nawet z przebłyskiem dnia... Ale co do tego człowieka — dotychczas mówił, jakby zupełnie zapomniał o mej obecności, — nie zauważyłeś u niego czegoś charakterystycznego?
— Całą twarz miał w siniakach — rzekłem, starając się przypomnieć go sobie.
— Czy nie tutaj? — zawołał, uderzając się z całej siły w lewy policzek, dłonią.
— Tak, tutaj!
— Gdzież on? — pytał, chowając resztki jedzenia pod szarą kurtkę. — Wskaż mi, w którą stronę poszedł. Wyśledzę go nie gorzej od tresowanego psa. Niech licho weźmie okowę z mej nogi. Dajno tu pilnik, mój mały!
Wskazałem mu kierunek, w którym pobiegł ów człowiek, a on przez chwilę patrzył uważnie w tę stronę. Poczem osunął się na nędzną trawę i z wściekłością zaczął piłować swą okowę, zapominając widocznie o mej obecności a całą uwagę kierując wyłącznie na swą nogę; była na niej krwawiąca się rana, a tak nieostrożnie się z nogą obchodził, że można było sądzić, iż jest równie nieczułą, jak pilnik. Widząc, z jaką bezwzględnością obchodzi się ze swą własną nogą, znowu się przestraszyłem i poczułem, że jestem trochę za daleko od domu. Powiedziałem mu, że już czas na mnie i muszę odejść, nie spojrzał nawet, sądziłem więc, że lepiej będzie jak najprędzej oddalić się od niego. Po kilku minutach odwróciłem się i ujrzałem, że siedzi, pochyliwszy głowę nad kolanem i z wściekłością piłuje, osypując przekleństwami kajdany i nogę. Ostatni odgłos, jaki usłyszałem, gdy mgła zakryła go przed memi oczami, gdym się zatrzymał, był zgrzyt pilnika.






Rozdział IV.

Byłem pewny, że zastanę w kuchni policyanta, który się zjawi, by mnie aresztować. Ale nie zobaczyłem go, a nawet nie wykryła się spełniona przezemnie kradzież. Pani Józefowa krzątała się, przygotowując wszystko do zbliżającego się przyjęcia, a Józef siedział na stopniach za drzwiami, aby nie wpaść przypadkiem na koszyk ze śmieciem. Zawsze go los prześladował i Józef najczęściej cierpiał odeń wówczas, gdy siostra z największą troskliwością krzątała się, sprzątając we wszystkich kątach.
— Gdzieś przepadał, dyable?
Odpowiedziałem, żem poszedł posłuchać kolend.
— No, to dobrze! — odrzekła. — Można się było po tobie czegoś gorszego spodziewać.
Nie należy o tem wątpić, pomyślałem.
— Gdybym nie była żoną kowala i związaną z domem niewolnicą, która nigdy nie zdejmuje tego fartucha, takżebym z przyjemnością posłuchała kolend. Bardzo lubię kolendy, może dlatego, że nigdy nie mogę ich słyszeć.
Józef ośmielał się wejść do kuchni dopiero Po wyniesieniu kosza ze śmieciami. Za każdym razem, gdy pani Józefowa patrzyła na niego, lewą stroną ręki gładził się po nosie z dobrodusznym, łagodnym wyrazem; ale skoro tylko odwróciła się, krzyżował oba wskazujące palce, co było naszym umówionym znakiem w tych razach, gdy siostra była nie w humorze. Ten zaś stan, prawdę mówiąc, był jej stanem normalnym tak, że ja i on całymi tygodniami, bywało, krzyżowaliśmy palce i przypominaliśmy sobą grobowce rycerzy ze złożonemi na krzyż nogami.
Dziś przygotowywano u nas wspaniały obiad, składający się z szynki, jarzyny i dwóch pulard. Pierog z mięsem był gotów już wczoraj (główny powód, że nie użyto doń drobno usiekanego mięsa), a pudding piekł się na ogniu. Skutkiem świątecznych przygotowań śniadanie nasze nie było wykwintne.
Nakrajała nam siostra tyle kawałków, chleba, jakby miała nakarmić nie jednego dorosłego człowieka i dziecko, lecz cały pułk i to po forsownym, marszu; chleb zapijaliśmy mlekiem, rozrobionymi wodą z dzbanka. Pani Józefowa tymczasem założyła czyste firanki, zmieniła stare nakrycie na kominku na nowe z kwiatami, poczem oczyściła pokój bawialny i zdjęła z mebli pokrycie, które zdejmowano zwyczajnie tylko raz do roku; pokrowce osłaniały także i cztery małe gliniane pudelki z czarnymi noskami i koszyczkami kwiatów w pyskach, stojące, na kamiennej podstawie, a podobne do siebie, jak krople wody. Pani Józefowa była skrzętną gospodynią i umiała porządek uczynić mniej miłym, i przyjemnym niż nieład. Systematyczność, podobnie jak i pobożność, ludzie często fałszywie pojmują.
Siostra była tak zajęta w tym dniu, że nie mogła iść do kościoła: poszliśmy więc we dwójkę z Józefem. W zwyczajnemu ubraniu przedstawiał on charakterystyczny typ pięknego i doskonale zbudowanego kowala, ale świąteczna odzież zmieniała go w prawdziwe straszydło. Wszystko leżało na nim niedbale i zdawało się uszy tem zupełnie nie dla niego. Gdy przy dźwiękach wesołych dzwonów świątecznych wyszedł ze swego pokoju w paradnem ubraniu, wyglądał jak istne wcielenie nieszczęścia. Co do mnie, siostra wyobraziła sobie widocznie, że jestem młodym przestępcą, którego w chwili urodzenia wziął z rąk akuszerki policyant i oddał jej, by postępowała z nim, jak na to zasługuje każdy burzyciel prawa. Postępowano ze mną tak, jakgdybym sam postarał się o to, aby pojawić się na świecie, naprzekór zasadom rozsądku, religii, obyczajności i wszystkim dążeniom swych najlepszych przyjaciół. A także i wówczas, gdy krawiec miał robić mi ubranie, polecono mu, aby uszył je tak, bym się w niem nie mógł swobodnie poruszać.
Jestem pewny, że wspólna nasza wyprawia do kościoła stanowiła dla wszystkich współczujących ludzi wzruszający widok. Ale to, co raziło mnie w mym stroju, było niczem w porównaniu do mych duchowych tortur. Strach na widok Józefowej, zmierzającej do spiżarni, był równie silny, jak wyrzuty sumienia, nękające mnie za to, com spełnił; ciężar przestępnej tajemnicy był tak wielki, że już myślałem o tem, czy nie lepiej wyjawić go w kościele, co możeby mnie uchroniło od zemsty młodego człowieka. Oto w chwili, gdy zacznie się spowiedź, a pastor powie: „kto z was ma coś na sumieniu, niech wyjawi“, wstanę i poproszę o pozwolenie przejścia do zakrystyi. Byłem pewien, że tem wystąpieniem zwrócę uwagę całego zboru, ale było to Boże Narodzenie nie Wielkanoc i spowiedzi nie było.
Na obiad do nas przyjść mieli pan Uopsel, kościelny, pan Hebl, kołodziej, pani Hebl jego żona, wuj Józefa Pembelczuk, zamożny handlarz zbożem. Obiad naznaczono na pół do drugiej. Kiedyśmy wrócili do domu, stół był już nakryty, pani Józefowa ubrana, obiad gotów i drzwi wchodowe otwarte dla oczekiwanych gości; wszystko przybrało szatę uroczystą. A o kradzieży jak przedtem ani słowa.
Czas mijał, nie przynosząc ulgi mym uczuciom, aż wreszcie zebrali się goście. Pan Uopsel odznaczał się wielkim rzymskim nosem, wysokiem, błyszczącem czołem i grubym basem, którym się bardzo szczycił; nasi znajomi mówili, że dać mu tylko swobodę, to przekrzyczy pastora. Sam zaś mawiał zwykle, że gdyby posada pastora była dostępną dla każdego w myśl konkurencyi, byłby już z pewnością utorował sobie drogę, ale ponieważ nie jest dostępną, musi zadowalać się stanowiskiem kościelnego. „Amen“ wywodził przeraźliwym głosem, a gdy zaczynał czytać psalm, zawsze oglądał się na obecnych, jakby mówił do nich:
— Słyszeliście właśnie mego przyjaciela, teraz zaś bądźcie łaskawi wyrazić sąd swój o mym głosie.
Otwierałem drzwi gościom: Najpierw panu Uopsel, potem państwu Hebl, a wreszcie wujowi Pembelczuk.
Raz na zawsze i pod grozą kary zabroniono mi nazywać go wujem.
— Pani Józefowo — rzekł wuj Pembelczuk, tłusty, chory na astmę człowiek, z wielkiemi, jak u ryby, ustami, z zamglonemi oczami i włosami piaskowego koloru, sterczącymi do góry; wygląd jego był taki, jakby dopiero co udławił się i w tym stanie tu przyszedł. — Pani Józefowo, zamiast życzeń świątecznych przyniosłem Pani... przyniosłem pani butelkę xeresu i... Przyniosłem pani butelkę portweinu.
W każde Boże Narodzenie pojawiał się tak samo, powtarzał jedne i te same słowa i przynosił takie same butelki wina. Za każdym razem odpowiadała mu Józefowa temi samemi słowami:
— O wuju Pem-bel-czuk! Jak to pięknie.
— Nie jest to niczem w porównaniu z zasługami pani. A teraz, czy wszyscy zdrowi? Jak się masz półpensie? (to do mnie).
W podobnych razach obiadowaliśmy zazwyczaj w kuchni, potem przechodziliśmy do gościnnego pokoju i jedliśmy tam orzechy, pomarańcze i jabłka, co można było porównać ze zmienianiem przez Józefa ubrania zwykłego na odświętne. Siostra moja była tym razem niezwykle wesoła; wogóle w niczyjem towarzystwie nie czuła się tak zadowoloną, jak w towarzystwie pani Hebl, która, o ile pamiętam, była małą figurką z ostrymi rysami twarzy w sukni błękitno-niebieskiego koloru; zachowywała się po dziecinnemu, dlatego że gdy wychodziła za mąż za pana Hebla — nie wiem jak dawno — była znacznie od niego młodszą. Pan Hebl był silnym, o szerokich barkach mężczyzną o zapachu wiórów, z niezwykle szeroko rozstawionemi nogami; w dzieciństwie, gdy szedłem naprzeciw niego, zawsze o parę wiorst przed sobą widziałem między jego nogami leżącą za nim okolicę.
Wobec gości czułem się nieswojo nawet wówczas, gdym jeszcze nie spełnił kradzieży w spiżarni.
I obecnie było mi nieprzyjemnie, nie dlatego, żem siedział na samym rogu stołu, który gniótł mi piersi, nie dlatego, że Pembelczuk trącał mnie łokciem w oko, nie dlatego, że nie pozwolono mi się odzywać (bo i sam tego nie chciałem) nie dlatego, że mi dawano do ogryzania tylko kości z kury i podejrzane kąski wieprzowiny, któremi świnia pewno nie chlubiła się w czasie swego życia. Nie! Nie miałem o to pretensyi, ale żeby mnie tylko nie prześladowano. Oni jednak nie pozostawili mnie w spokoju. Widocznie, wszelkiemi siłami starali się według swego zwyczaju skierować na mnie rozmowę i czemkolwiek mię dotknąć. Byłem dla nich małym byczkiem na hiszpańskiej arenie, w którego wbijali swe duchowe piki.
Zaczęło się to od chwili podania obiadu. Pan Uospel przeczytał modlitwę, deklamując ją, jakby na scenie; o ile sobie przypominam, wyglądała ona na wizyę z Hamleta lub Ryszarda III-go; modlitwę swą zakończył słowami, że wszyscy powinniśmy być wdzięcznymi w odpowiedzi na to siostra ostro popatrzyła na mnie i rzekła cichym, ale pełnym wyrzutu głosem:
— Słyszałeś? Wdzięcznymi.
— Ty zaś szczególnie, chłopcze, powinieneś być wdzięcznym dla tych, którzy cię wychowali swemi „rękami“ — rzekł pan Pembelczuk.
Pani Hebl pokręciła głową i patrząc na mnie z takim wyrazem, jakby ze mnie nic nigdy porządnego być nie mogło, rzekła:
— Ach, młodzi nigdy nie bywają wdzięczni.
Tajemnicze znaczenie słów tych nie było zrozumiałe dla całego towarzystwa, dopóki go nie rozjaśnił pan Hebl, mówiąc:
— Dlatego, że młodzież już z natury jest bez charakteru.
Wszyscy mruknęli: „słusznie“ i każdy z osobna spojrzał na mnie.
Wpływ i znaczenie Józefa zmniejszyły się jeszcze bardziej w obecności tej kompanii. Ale zawsze tak, czy owak, starał się uspokoić i osłonić mię; jak zwykle podczas obiadu tak i w tym wypadku, wlał mi do talerza prawie pół kwaterki sosu.
W połowie obiadu pan Uopsel przystąpił do surowej krytyki dzisiejszego kazania i znowu wspomniał o tem że gdyby kościelna karyera była dla wszystkich otwartą, pokazałby im, jak się powinno mówić kazanie. Otrzymawszy kilka potwierdzających znaków od swych słuchaczów, wyraził zapatrywanie, że na dziś był wybrany zupełnie nieodpowiedni temat do kazania, czego nigdy wybaczyć nie może szczególnie wobec tego, że spotykamy na każdym kroku tyle żywotnych kwestyi.
— Całkiem słusznie! — dodał pan Pembelczuk. — Trafiłeś pan w samo sedno! Tematów wiele dla tych, którzy umieją posypać im soli na ogon. Tego właśnie im potrzeba. Taki człowiek nie potrzebuje szukać tematów do kazań, ma je zawsze w zapasie w swej solniczce. Pan Pembelczuk ciągnął dalej po krótkiej rozwadze. — Popatrzcie na tę szynkę. Czyż to nie temat! Chcecie znaleźć temat, spojrzyjcie na szynkę!
— Istotnie! Ileż to morałów można zaczerpnąć z tego dla młodzieży — rzekł pan Uopsel; odrazu zrozumiałem, że myśli o mnie.
— Słuchaj dobrze — rzekła mi surowo siostra, a Józef dolał mi sosu na talerz.
— Świnia — ciągnął pan Uopsel grubym głosem, wskazując widelcem na moją zaczerwienioną twarz, jakbym nie miał chrześcijańskiego imienia — Świnia zawsze była towarzyszem syna marnotrawnego. Obżarstwo świń jest wadą, przed którą zawsze przestrzegają młodzież. (Myślałem, czyby nie zastosować tego do tych, którzy wychwalają soczystą i tłustą szynkę?) Co wstrętnem jest u świni, jeszcze wstrętniejszem u chłopca.
— Albo u dziewczynki — dodał pan Hebl.
— Rozumie się, że i u dziewczynki, panie Hebl — odparł z rozdrażnieniem pan Uopsel — ale tu niema dziewczynki.
— W każdym razie — rzekł pan Pembelczuk — nigdy nie powinieneś zapominać o tem, że masz być wdzięcznym. Jeślibyś się urodził prosiakiem...
— On i był zawsze prosiakiem! — dorzuciła moja siostra.
Józef znów dolał mi sosu.
— Mówię o rzeczywistem, czworonogiem prosięciu — odpowiedział pan Pembelczuk. — Gdybyś się urodził takim prosięciem, czyż byłbyś tutaj? Nie...
— Chyba w takiej postaci, — wtrącił pan Uopsel, wskazując głową półmisek.
— Nie o temi chciałem mówić — ciągnął pan Pembelczuk, nie lubiący, gdy mu przerywano. — Chciałem powiedzieć, że nie siedziałbyś w towarzystwie ludzi starszych i lepszych, nie korzystałbyś z ich rozmów i nie rozkoszowałbyś się tem. Czyż mógłbyś się cieszyć tem wszystkiem? Nie! I jakiż byłby twój los? — zwrócił się znów do mnie. — Sprzedaliby cię, jako rzecz wartościową, za pewną ilość szylingów na targu, a rzeźnik Denslebl podszedłby ku tobie, kiedybyś leżał na słomie, niczego nie podejrzewając, schwyciłby cię pod lewą łopatkę a prawą odrzuciłby połę swego kaftana, aby wygodniej mu było wydostać składany nóż, a potem wypuściłby z ciebie wszystką krew, a z nią twe życie. Nie wychowywaliby cię wówczas „rękami“... o nie, bratku, nie!
Józef znów dolał mi podwójną porcyę sosu, ale bałem się już jeść.
— Dużo kłopotu, myślę, sprawił pani? — rzekła pani Hebl ze współczuciem do siostry.
— Kłopotu? — odrzekła tym samym tonem siostra. — Kłopotu?
Poczem zaczęła szczegółowo wyliczać, ile to razy cierpiała z mego powodu, wiele bezsennych nocy spędziła, wiele razy spadałem z wysokich miejsc, wiele razy wpadałem w nizkie, wiele razy sam się skaleczyłem, wiele razy życzyła sobie, bym umarł, a ja zawsze wykręcałem się od śmierci.
Zdaje mi się, że Rzymianie męczyli się wzajemnie swymi długimi nosami; czyż nie dlatego byli oni tak niespokojnego, popędliwego usposobienia? Jakkolwiek było, rzymski nos Pana Uopsela pozbawiał mnie bezustannie spokoju i nieraz gdy siostra opowiadała o mych postępkach, gotów byłem tak złapać go za nos, aby zawył na całe gardło. Ale wszystko, com przecierpiał dotąd, niczem było w porównaniu z tem, czegom doświadczył, gdy po opowiadaniu siostry nastąpiła przerwa, podczas której każdy uważał za swój obowiązek spojrzeć na mnie z niechęcią i wstrętem.
— Tak — rzekł pan Pembelczuk, starając się zwrócić uwagę ogółu na ten temat, od którego zboczyliśmy — szynka to doskonała rzecz! Nie prawdaż?
— Czy wuj nie zechce trochę wódki? — spytała siostra.
O, nieba! Zaczyna się...! Spróbuje jej, powie, że słaba i przepadłem! Silnie schwyciłem za nogę stołu i czekałem rozstrzygnięcia swego losu.
Siostra poszła po gliniany gąsiorek, przyniosła go i nalała wódki jednemu tylko Pembelczukowi. Ale wstrętny człowiek nie wypił jej odrazu; chciał delektować się swą szklanką... podniósł, spojrzał pod światło i znów postawił, przedłużając tem mą mękę. Tymczasem państwo Józefowie zaczęli sprzątać resztki ze stołu i przygotowywać miejsce dla pieroga i puddingu.
Nie mogłem oderwać oczu od Pembelczuka. Trzymając się silnie rękami i nogami nogi od stołu ujrzałem, jak postukawszy palcem w szklankę, podniósł ją, uśmiechnął się, odchylił głowę w tył i wypił odrazu wszystką wódkę. W tej chwili, ku nadzwyczajnemu zdziwieniu obecnych, zerwał się na nogi, zaczął biegać po izbie, dysząc od spazmatycznego kaszlu, wreszcie wybiegł za drzwi. Przez okno widać było, jak pluł i charkał, czyniąc najobrzydliwsze miny i rzucając się, jak szalony.
Jeszcze silniej schwyciłem za stół, gdy państwo Józefowie podbiegli do niego. Nie wiedziałem, jak się to stało, nie myślałem go truć. Wtedy dopiero zmniejszył się trochę, ogarniający mnie przestrach, gdym ujrzał, że wraca; przesunął niezadowolonym wzrokiem po całem towarzystwie, rzucił się na krzesło i krzyknął:
— Dziegieć!
To znaczy, że dolałem dziegciowej wody! Wiedziałem teraz, że będzie mu wciąż gorzej i gorzej. Stół pod naciskiem mych drżących rąk podniósł się, jak przy prawdziwem medyum.
— Dziegieć! — ze zdziwieniem, zawołała siostra. — Skąd mógł się wziąć dziegieć?
Ale wuj Pembelczuk zawołał, że nie chce słyszeć o tem słowie, ani — mówić o niem; machnął wspaniałomyślnie ręką i zażądał dżynu z wodą. Siostra, która ku wielkiej mej trwodze, zaczęła się już namyślać, pospieszyła przynieść mu dżynu, gorącej wody, cukru i skórki cytrynowej i zajęła się przygotowaniem ponczu. Narazie byłem ocalony. Trzymałem wciąż nogę stołu i ściskałem ją teraz z uczuciem wdzięczności.
Zwolna uspokoiłem się do tego stopnia, że puściłem nogę i zająłem się jedzeniem puddingu. Pan Pembelczuk poweselał pod dodatnim wpływem ponczu. Już miałem nadzieję, że dzień minie spokojnie, gdy siostra moja rzekła Józefowi:
— Podaj czyste talerze... chłodne.
Chwyciłem znów za nogę stołu i przycisnąłem ją do siebie tak, jakby była towarzyszem mego dzieciństwa i przyjacielem mej duszy. Przewidywałem, co się stanie i czułem, że zginę.
— Obecnie poproszę was o sprobowanie — siostra zwróciła się do swych gości z nadzwyczajną grzecznością, na jaką tylko mogła się zdobyć — poproszę o sprobowanie doskonałego i wspaniałego prezentu wuja Pembelczuka.
Sprobować! Próżne ich nadzieje co do poprobowania!
— Idzie tu — rzekła moja siostra, wstając ze swego miejsca — o pierog z wieprzowiną.
Całe towarzystwo obsypało ją komplementami. Wuj Pembelczuk, przekonany o tem, że prócz pochwał nic innego nie może go spotkać, pospieszył dodać:
— O, bądź pani spokojna, oddamy pierogowi co mu się należy, a nikt z nas nie ma nic przeciw temu, by go sprobować po kawałku.
Siostra poszła po pierog. Słyszałem, jak przeszła do spiżami. Widziałem, jak pan Pembelczuk zamierzał się swym nożem. Zrozumiałem po rozdętych nozdrzach rzymskiego nosa, jak ożywił się apetyt pana Uopsela. Usłyszałem uwagę pana Hebla, „że kąsek pachnącego pieroga z wieprzowiną można zjeść po każdym wspaniałym obiedzie i nie przyniesie to szkody“, a potem słowa Józefa: „i tobie, Pip, dadzą kawałek“. Nie mogę jednak na pewno powiedzieć, czy rzeczywiście krzyknąłem ze strachu, czy mi się to tylko zdawało. Czułem, że jest to ponad moje siły i że muszę uciec... Puściłem nogę stołu i rzuciłem się ku drzwiom.
Nie zdążyłem jednak dobiedz do nich, gdy natknąłem się na oddział żołnierzy, uzbrojonych w muszkiety. Jeden z nich potrząsając ku mnie parą kajdanów, rzekł:
— Otóż i my! No, gdzież tu kowal?






Rozdział V.

W chwili pojawienia się żołnierzy, uderzających kolbami nabitych muszkietów o próg naszego domu, wszyscy w strasznem zamieszaniu zerwali się od stołu. Pani Józefowa, która właśnie wróciła do kuchni z pustemi rękami, zatrzymała się ze zdziwieniem, zaledwie zdążywszy wydać żałosny okrzyk:
— Boże miłosierny! Co się stało z pierogiem?...
Sierżant i ja byliśmy w kuchni, gdy pani Józefowa osłupiała ze zdziwienia. Wówczas odzyskałem już cośkolwiek przytomności. Sierżant pierwszy zapytał mię przy bramie, a teraz stał, rozglądając się dokoła i trzymał w prawej ręce kajdany, lewą zaś oparł na mem ramieniu.
— Wybaczcie państwo — rzekł — ale już we drzwiach oznajmiłem temu pięknemu młodzieńcowi, że przychodzę tu w imieniu króla i chciałbym się widzieć z kowalem.
— Bądź pan łaskaw oznajmić nam, dlaczego chcesz się z nim widzieć? — spytała siostra.
— Pani — odpowiedział grzecznie sierżant — gdybym mówił od siebie, rzekłbym że uważam za zaszczyt i specyalną przyjemność poznajomienie się z tak wspaniałą damą, jak pani, ale mówię w imieniu króla i dlatego odpowiadam, że mam do kowala interes.
Wszystkim podobała się taka grzeczność ze strony sierżanta, a pan Pembelczuk zawołał:
— Bardzo pięknie!
— Widzisz pan, panie kowalu — mówił sierżant, który zdążył spostrzedz Józefa — jest taka sprawa... Trzeba poprawić zamek u tych kajdanów a i połączenia słabe, tymczasem koniecznie musimy ich użyć. Nie może pan ich obejrzeć?
Józef opatrzył je i rzekł, że do tego musi rozniecić ogień w kuźni, na co zejdzie niemniej od dwóch godzin.
— Tylko tyle? A więc bądź pan łaskaw zabrać się do dzieła! — rzekł sierżant — to służba dla jego wysokości. Każdy z mych ludzi może panu pomódz, chętnie zajmą się tem.
Zawołał swych ludzi i wszyscy, jeden po drugim weszli do kuchni, ustawili swe muszkiety w kącie i stanęli wokoło jak to czynią żołnierze. Jeden z nich stał ze skrzyżowanemi rękami, drugi przeciągał się. inny poprawiał manierkę lub naboje, inny otwierał drzwi, by splunąć, z trudem zwracając szyję, ściśniętą wysokim kołnierzykiem.
Wszystko to widziałem, nie uświadamiałem sobie jednak, że ich widzę, tak dalece męczyły mnie różne obawy. Skoro tylko poznałem, że kajdany te nie są przygotowane dla mnie i że pierog, dzięki niespodzianemu pojawieniu się wojska, usunął się na dalszy plan, zacząłem powoli przychodzić do siebie.
— Może mi pan powie, która godzina? — rzekł sierżant, zwracając się do pana Pembelczuka, jakby do człowieka, który jeden tylko pojmuje wartość czasu.
— Dopiero pół do trzeciej.
— Nie tak to źle, jak myślałem — rzekł sierżant; — nawet choćby przyszło tu przesiedzieć dwie godziny, nie będzie jeszcze późno. Jak daleko stąd moczary? Myślę, że nie więcej nad milę?
— Akurat mila.
— Doskonale! Otoczymy ich przed zmierzchem. Kazano mi to uczynić zaraz po zmierzchu. Zdążymy więc.
— Więźniowie, panie sierżancie? — spytał pan Uopsel.
— Tak — odpowiedział tenże. — Aż dwóch. Na pewno wiemy, że ukrywają się wśród moczarów i że do nocy jeszcze nie ruszą się z miejsca. Czy nie widział kto z państwa tej dziczy?
Wszyscy prócz mnie powiedzieli, że nie; a mnie nikt o to nie pytał.
— Cóż — rzekł sierżant. — Wpadną w pułapkę prędzej, niż myślą. No, kowalu! Jeśliście gotowi, to pełnijcie służbę jego wysokości.
Józef zdjął ze siebie surdut, kamizelkę i kołnierz. Jeden z żołnierzy odsunął drewniane zastawy, drugi rozniecił ogień, trzeci chwycił za miech, inni stali wokół pieca, na którymi wkrótce zapłonął ogień. Józef schwycił młot i podszedł do kowadła, my zaś patrzyliśmy, jak kuje.
Zainteresowanie się przyszłą obławą pochłonęło nie tylko uwagę towarzystwa, ale przerwało gniew siostry. Nalała żołnierzom piwa z beczułki, sierżantowi zaproponowała kieliszek wódki. Na to Pembelczuk ostro zwrócił jej uwagę: — Daj mu, pani, wina. Ręczę, że niema w niem dziegciu.
Sierżant podziękował mu i rzekł, że woli pić bez dziegciu i dlatego prosi o wino, jeśli jej wszystko jedno. Kiedy mu podano wino, wypił najpierw za zdrowie jego wysokości i złożył życzenia; wino przełknął głośno i cmoknął wargami.
— Co pan powiesz? Jakie wino?
— Wiesz pan, co powiem — odpowiedział — podejrzewam, że pan go dostarczyłeś.
Pembelczuk zaśmiał się i rzekł:
— Aj, aj! A czemuż to?
— Dlatego, — odpowiedział sierżant, klepiąc go po ramieniu — że pan, według mnie, jesteś człowiekiem, znającym się na wartości rzeczy.
— Tak pan sądzi? — rzekł Pembelczuk z uśmiechem zadowolenia. — Może jeszcze kieliszek?
— Wraz z panem? Pozwól się pan ze sobą trącić! — rzekł sierżant. — Brzegiem mego kieliszka o podstawkę pańskiego... i nóżką pańskiego o brzeg mego... Raz, dwa! Najpiękniejsza muzyka — dźwięk kieliszków. Zdrowie pańskie! Daj wam Boże żyć tysiąc lat i tak rozumieć się zawsze na rzeczach, jak teraz.
Sierżant znowu wypił wino i przygotowywał się, widocznie, do następnego kieliszka. Zauważyłem, że Pembelczuk przejął się uczuciem gościnności i zapomniał o tem, że przyniósł to wino w prezencie. Wziął z rąk pani Józefowej butelkę i serdecznie wszystkich częstował. I mnie także troszkę się dostało. Tak się rozochocił, że otworzył i drugą butelkę i z taką samą serdecznością podejmował nią obecnych.
Stałem wraz z innymi przy ognisku, widziałem, jak wesoło zapijali i myślałem sobie, za jaką to doskonałą przyprawę posłużył im do obiadu mój nieszczęśliwy, zbiegły przyjaciel, ukrywający się na moczarach. Nie byliby z pewnością w tak dobrem usposobieniu, gdyby nie pozyskali niespodzianie tej wesołej wiadomości. Wszyscy już z nadzwyczajnem pragnieniem oczekiwali ujęcia „dwóch nicponiów“, dla których sapały miechy gorzał żywym płomieniem ogień, z komina buchał dym, stękał i hukał Józef, groźnie przy każdem podnieceniu ognia migały na ścianach cienie, trzaskały i rozsypywały się iskry, a mnie zdawało się, że nawet zmierzch, mając na względzie biednych zbiegów, opuszczał się na ziemię wcześniej niż zwykle.
Józef kończył pracę, równocześnie uspakajało się wycie ognia i szum miechów. Włożywszy surdut Józef nie wiadomo skąd nabrał odwagi i zaproponował, aby który z nas poszedł ze żołnierzami, by się przekonać, jak się udała obława. Pan Pembelczuk i pan Hebl oświadczyli, że przenoszą fajkę i towarzystwo dam, natomiast pan Uopsel rzekł, że poszedłby, gdyby Józef mu towarzyszył. Józef zapewnił, że pójdzie z nim chętnie i weźmie mię ze sobą, o ile żona pozwoli. Sądzę, że za nic nie puściłaby nas, gdyby nie była podniecona jej ciekawość i nie chciała jak najprędzej wiedzieć, czem się to wszystko skończy. Dlatego to powiedziała:
— Tylko, proszę cię, nie myśl, że jeśli przyniesiesz malca z poranioną wystrzałami głową, będę się troszczyła o jego leczenie.
Sierżant dworsko pożegnał się z damami i po przyjacielsku rozstał się z Pembelczukiem; wątpię, czyby był tak czułym na zasługi tego dżentelmena w bardziej suchych okolicznościach, niż obecne. Żołnierze wzięli broń i uszykowali się. Panu Uopselowi, Józefowi i mnie zwrócono uwagę, żebyśmy się trzymali poza wszystkimi i nie mówili ani słowa, gdy dojdziemy do bagien. Gdyśmy już wyszli z domu i skierowali do miejsca przeznaczenia, szepnąłem Józefowi do ucha:
— Spodziewam się, że ich nie znajdziemy.
— Dałbym całego szylinga, gdyby im się udało ukryć!
Ze wsi nikt nie przyłączył się do nas, dlatego że było zimno i pochmurno, droga błotnista i ślizka, zciemniało się, a w mieszkaniach było tak ciepło i jasno, że nikt nie miał ochoty opuszczać domu. Kilku ludzi ukazało się w oświeconych oknach, popatrzyło z ciekawością na nas, nikt jednak z nich nie podążył. Przeszliśmy obok słupa z ręką wskazującą i skierowaliśmy się prosto na cmentarz. Tu zatrzymaliśmy się na dany przez sierżanta znak i dwaj tub trzej żołnierze okrążyli ścieżkami groby, przeszukali kaplicę, ale nikogo nie znaleźli. Potem przeszliśmy bocznemi drzwiami cmentarza i udaliśmy się wprost na moczary. Otoczyła nas zwiana wschodnim wiatrem mgła. Józef wziął mnie na plecy.
Gdyśmy dostali się na otwarte pustynne miejsce, gdzie przed ośmiu lub dziewięciu godzinami widziałem obu nieszczęśliwych, przemknęła mi przez głowę przykra myśl, czy nie posądzi mnie mój więzień, że to ja go wydałem żołnierzom? Badał mię, czy go nie oszukam i rzekł, że byłbym wstrętnym psiakiem, gdybym zamierzał przyłączyć się doi obławy na niego. Może pomyśli, żem oszust i wstrętny psiak, który go wydał podstępnie?
Próżną rzeczą było teraz zadawać sobie podobne pytania. Byłem tu, na plecach Józefa, który ze mną przeskakiwał doły, jak wojskowy koń i wciąż przestrzegał pana Uopsela, aby trzymał się blizko nas i nie padł na swój rzymski nos. Żołnierze szli przed nami, wyciągnięci w długą linię w pewnem oddaleniu jeden od drugiego. Szliśmy tą samą drogą, którą ja niedawno przebywałem i z której zboczyłem z powodu mgły. Mgła się jeszcze nie podniosła, a może już wiatr ją rozwiał, tak że przy czerwonawym blasku, zachodzącego słońca były zupełnie widoczne wiechy, szubienica, wał okopów i przeciwległy brzeg rzeki, choć wszystko to było zasnute ponurą, szarawą oponą.
Z bijącem ze strachu sercem, tłukącem się o szerokie plecy kowala, oglądałem się dokoła, czy niema gdzie śladów obecności więźniów. Niczegom nie widział i nie słyszał. Pan Uopsel straszył mię z początku swem sapaniem i ciężkim oddechem, później jednak przywykłem do tych dźwięków i mógłbym już je odróżnić od kroków więźniów. Przestraszyłem się nagle, gdyż mi się zdawało, że słyszę zgrzyt pilnika, pokazało się atoli, że było to dzwonienie owcy, która przestała jeść i uważnie patrzyła na nas. Bydło, stojące tyłem do wiatru i deszczu, ze złością spoglądało na nas, jakbyśmy byli sprawcami niepogody. Ale prócz dzwoneczków, poruszeń stada i lekkiego szelestu trawy, oświeconej bladem jaśnieniem zamierającego dnia, nic nie naruszało otaczającej nas ciszy.
Żołnierze szli w kierunku starych okopów, my zaś postępowaliśmy za nimi w pewnem oddaleniu, gdy nagle wszyscyśmy stanęli. Na skrzydłach wiatru i ulewy, doleciał nas nieoczekiwany krzyk. Po chwili znów się powtórzył. Był głośny i przeciągły, a dolatywał ze wschodu. Sądząc po rozmaitości dźwięków, można było zmiarkować, że krzyczy nie jeden człowiek, lecz dwóch lub więcej.
Sierżant i stojący obok niego szeptem coś ze sobą mówili, gdyśmy do nich podeszli. Sierżant, człowiek bardzo rezolutny, polecił, aby nikt na krzyki nie odpowiadał i dodał, że obecnie należy podwoić szybkość marszu. Skręciliśmy na prawo (to jest na wschód), a Józef biegł teraz tak, że ledwo zdołałem się na jego plecach utrzymać.
Nazywał to nie biegiem, lecz lotem — jedyna uwaga zrobiona przez niego w tym czasie. Przebiegaliśmy z pagórka na pagórek, przełazili przez płoty, brnęli przez rowy, przeciskali przez zarośla, nie zwracając uwagi na to, kto i gdzie pędził. Im więcej zbliżaliśmy się do tego miejsca, skąd dochodził krzyk, tem wyraźniejszem się okazywało, że krzyczy nie jeden człowiek, lecz więcej. Czasami, gdy krzyk milknął, żołnierze stawali. Gdy znów się podnosił, prędzej niż poprzednio biegli naprzód, a my za nimi. Gdyśmy już byli blizko, tak, że mogliśmy odróżnić krzyki, słyszeliśmy wołania: — „rżną!“ — a potem drugie — „Przestępcy! Zbiegi! Prędko! Tu zbiegli skazańcy!“ — Poczem głosy głuszyły się walką, a po chwili odzywały się jeszcze donośniej. Żołnierze pędzili, jak szaleni naprzód, a za nimi my z Józefem.
Sierżant przybiegł pierwszy na miejsce, skąd rozchodził się odgłos walki, a za nim dwaj jego żołnierze. Mieli już odciągnięte kurki, gdyśmy do nich dotarli.
— Oto oni obaj! — krzyczał sierżant, schodząc do rowu. — Poddajcie się, bydlęta!
Na wszystkie strony bryzgała woda i błoto, rozlegały się straszne przekleństwa, sypały się uderzenia, gdy pozostali żołnierze pospieszyli pomódz sierżantowi do wyniesienia obu: mego znajomego zbiega najpierw, a potem drugiego. Obaj byli pokrwawieni i okryci błotem, miotali obelgi i chcieli się rzucić na siebie. Odrazu obu poznałem.
— Zapamiętajcie sobie — rzekł mój więzień, ocierając krew z twarzy poszarpanymi rękawami i strzepując z palców wyrwane włosy: — że ja go złapałem! Ja go wydałem! Zapamiętajcie to sobie!
— Niema o czem rozprawiać! — rzekł sierżant. — Nic na tem nie zyskasz, kochanku, obu was złapano. Kajdany!
— Nie chcę żadnego zysku... więcej nad to, co mi się udało spełnić, nie pragnę — odpowiedział mój więzień ze złym uśmiechem. — Złapałem go! On wie to dobrze... no a z nim siebie.
Drugi więzień był blady jak śmierć i obecnie miał sińce nie tylko z lewej strony twarzy, ale cały był pobity i poraniony. Dyszał i milczał do tej pory, aż ich skuto każdego osobno; ledwo stał, opierając się na ramieniu żołnierza.
— Zapamiętaj sobie, panie sierżancie... że chciał mię zabić — były jego pierwsze słowa.
— Chciałem zabić go? — rzekł mój skazaniec z pogardą. — Starałem się go zabić i nie uczyniłem tego! Schwytałem go i wydałem... ot co zrobiłem! Nie tylko przeszkodziłem mu uciec z moczaru, ale jeszcze doprowadziłem go tu... cofnąłem go z powrotem. On dżentelmen, patrzcie, ten łotr! No!... Galery otrzymają z powrotem swego dżentelmena i to dzięki mnie. Zabić go? Poco miałbym go zabijać, kiedy mogłem jeszcze gorzej mu uczynić, doprowadzając go z powrotem.
— Usiłował... usiłował... zabić mię. Bądźcie świadkami.
— Słuchajcie! — rzekł mój skazaniec sierżantowi. — Sam bez czyjejkolwiek pomocy uciekłem z więzienia, oszukałem wszystkich i uciekłem. Mogłem spokojnie oddalić się i z tych moczarów... Popatrzcie na mą nogę! Czy na niej widzicie żelazo?... Uciekłbym, gdybym nie wiedział, że „on“ tu jest... Puścić „go“ na wolność? Dozwolić mu cieszyć się tem, czego sam się dobiłem! Dać mu możność rozporządzania mną dla własnych jego celów! Znowu? Nie, nie, nigdy! Umarłbym i ja na dnie tego kanału — mówił dramatycznie, wstrząsając rękami w kajdanach; — tak silnie trzymałbym go rękami, że nie wyrwałby się z nich bez waszej pomocy.
Drugi skazaniec, który odczuwał widoczny lęk przed swym towarzyszem, znów powtórzył:
— Usiłował mnie zabić... i byłbym już trupem, gdybyście nie nadeszli.
— Łże! — krzyknął pierwszy. — Urodził się kłamcą i umrze kłamcą. Popatrzcie mu w twarz... Czyż na niej nie wyryte kłamstwo? Każcie mu spojrzeć mi w oczy... Niech popatrzy, jeśli może!
Drugi zbieg, starał się uśmiechnąć pogardliwie; nie udało mu się to jednak, tylko nerwowo zadrgały mu usta i obrzucił wzrokiem żołnierzy, potem bagno i niebo, a nie spojrzał na mówiącego.
— Widzicie? — ciągnął mój więzień. — Widzicie jak podły! Widzicie jego chytre, biegające oczy? Takie same były one, gdy nas wspólnie sądzili... On i wówczas ani razu na mnie nie spojrzał.
Drugi skazaniec, który przez cały ten czas poruszał wązkiemi wargami, trwożnie oglądając się na wszystkie strony, popatrzył na mówiącego ze słowami: „nie wart jesteś, bym na ciebie patrzył!“ i rzucił wzrokiem na swe skute ręce. Słowa te doprowadziły mego więźnia do takiej wściekłości, że rzuciłby się na niego, gdyby nie wmieszali się w to żołnierze.
— Mówię wam — rzekł drugi więzień — że zabiłby mnie, gdyby mógł.
Rzeczywiście drżał cały ze strachu, a wargi jego pokryły się białemi plamami, jak płatki śniegu.
— Poco tu gadać! — rzekł sierżant — zapalić pochodnie!
Gdy jeden z żołnierzy, który zamiast broni niósł koszyk, przykląkł, by otworzyć go, mój zbieg po raz pierwszy obejrzał się dokoła i ujrzał mnie. Zsunąłem się z pleców Józefa, skorośmy tylko tu przyszli i stałem na brzegu kanału, nie poruszając się z miejsca. Spojrzałem na niego, kiedy obrócił się ku mnie i poruszyłem rękami i głową. Chciałem, by uważniej spojrzał na mnie i zrozumiał, że nie jestem winien. Nic jednak nie wskazało mi, żem osiągnął mój cel; rzucił na mnie tylko dziwne spojrzenie, którego nie zrozumiałem, ale to trwało tylko chwilkę, a potem zdaje mi się, choćbym cały czas a nawet cały dzień patrzył, nicbym nie dojrzał w jego twarzy, prócz dziwnego, skupionego wyrazu.
Żołnierz z koszykiem wykrzesał ognia, zapalił trzy czy cztery pochodnie, jedną wziął sam a inne rozdał. Ściemniało się coraz więcej. Zanim ruszyliśmy z tego miejsca, czterej żołnierze stanęli kołem i dwa razy strzelili w powietrze. Wkrótce potem ukazały się inne pochodnie w pewnem oddaleniu za nami, a potem i na moczarach po drugiej stronie rzeki.
— Wszystko w porządku — rzekł sierżant. — Marsz!
Nie zdążyliśmy ujść kilku kroków, gdy rozległ się wystrzał trzech armat, od którego, zdawało się, że coś pękło mi w uszach.
— Czekają was na pokładzie statku — mówił sierżant swemu więźniowi. — Widzicie, że wnet przybędziecie. Nie pozostawać w tyle! Bliżej!
Zbiegowie szli oddzielnie, a każdy z nich był otoczony strażą. Trzymałem rękę Józefa, niosącego również pochodnię. Pan Uopsel nalegał na to, by wrócić, ale Józef postanowił widzieć wszystko do końca i dlatego udaliśmy się z oddziałem. Szliśmy zwykłą ścieżką, po większej części prowadzącą wzdłuż brzegu, od czasu do czasu skręcając na bok tam, gdzie znajdowały się groble z niewielkimi wiatrakami i błotnistemi szluzami. Oglądnąłem się wstecz i zobaczyłem parę ogników, zbliżających się ku nam. Od pochodni, któreśmy nieśli ze sobą, rozlatywały na wszystkie strony piaty ognia i padając na drogę natychmiast gasły i dymiły się. Wokoło nic nie widziałem w nieprzeniknionej ciemności. Szerokie płomienie smolnych pochodni rozgrzewały otaczające nas powietrze, co widocznie bardzo podobało się nieszczęśliwym więźniom, którzy wlekli się, utykając, wśród żołnierzy. Szliśmy powoli, byli oni jednak do tego stopnia wyczerpani, że musieliśmy dwa razy zatrzymać, aby dać im wypocząć.
Blizko godzinę brnęliśmy w ten sposób, pókiśmy nie stanęli wreszcie przy prostej, skleconej z bierwion chatce u przystani. Strażnik, znajdujący się w niej, krzyknął na nas, a sierżant odpowiedział mu. Wszedłszy do chatki, przesiąkniętej zapachem — tytoniu i wapna, znaleźliśmy płonący ogień, zapalone lampy, szaragi z bronią, bęben i nizkie drewniane łoże, podobne do ogromnych sań, bez dyszla, mogących zmieścić w sobie od razu dwunastu ludzi. Czterech żołnierzy, leżących na niem w szarych płaszczach, nie zbyt zainteresowało się naszem pojawieniem; podnieśli głowy, popatrzeli na nas sennemi oczami i znowu położyli się. Sierżant zdał raport, zapisał coś w książce, poczem kazał zawieźć na galar skazańca, którego nazywam drugim.
Mój więzień przez cały ten czas raz tylko spojrzał na mnie. Dopóki pozostawaliśmy w chatce, stał przy ogniu to z zadumaniem patrząc nań, to stawiając kolejno na ruszcie jedną to drugą nogę i spoglądając na obecnych, jakby żałował tego, że tyle przykrości musieli znieść z jego powodu. Następnie zwrócił się do sierżanta i rzekł:
— Chciałbym wyjaśnić coś, co się tyczy mej ucieczki. To uwolni innych od podejrzeń, które winny się skierować na mnie.
— Możecie mówić, co chcecie — rzekł sierżant, stojąc ze złożonemi rękami i zimno patrząc na niego, — choć was nikt nie prosi, abyście tu mówili. Wiele jeszcze rzeczy przyjdzie wam wyjaśnić i wysłuchać, zanim się wszystko skończy.
— Wiem, ale to co innego i nie o to chodzi. Człowiek nie może głodować i ja nie mogłem. Wziąłem zatem coś do zjedzenia ot tam, w tej wiosce, gdzie stoi kościół... za moczarem.
— To znaczy, powiedz po prostu, ukradłeś — rzekł sierżant.
— Powiem gdzie, u kogo... u kowala.
— Jak to! — zawołał sierżant, zwracając się do Józefa.
— Cóż to, Pip! — zawołał Józef, patrząc na mnie.
— Były to kawałki różnego jedzenia.... a mianowicie butelka wódki i pieróg.
— U was rzeczywiście zginął jaki pieróg, kowalu? — spytał sierżant.
— Żona mówiła coś o tem w chwili, gdyście weszli. Czy nie tak Pip?
— Ach, to pan jesteś kowalem? — rzekł mój więzień, posępnie spoglądając na Józefa, a na mnie nie zwracając żadnej uwagi. — Żal mi bardzo, żem to zrobił! Zjadłem pański pierog.
— Daj wam Boże zdrowie! Zwłaszcza, że on nie mój — odpowiedział Józef, przypominając sobie w tej chwili żonę. — Nie wiem, coście zrobili, ale z tego nie wynika, abyście umierali z głodu. Czy mówię słusznie, Pip?
Coś, co poprzednio już zauważyłem, zadźwięczało w gardle więźnia i odwrócił się od nas. Łódka tymczasem powróciła, strażnik był gotów, poszliśmy do przystani, zbudowanej z grubych kołów i kamieni i widzieliśmy, jak go wysadzili do łódki, której wioślarzami byli tacy sami, jak on więźniowie. Żaden z nich nie wyraził zdziwienia, ani ciekawości, ani radości, ani bolu na jego widok; wszyscy milczeli i tylko ktoś siedzący w łódce, krzyknął na nich, jak na psów: — „odbijaj!“ Łódka natychmiast odbiła od brzegu. Przy świetle pochodni ujrzeliśmy czarny galar, który przypominał arkę Noego i stał w niewielkiej odległości od błotnistego wybrzeża. Skuty żelazem i utwierdzony potężnymi zardzewiałymi łańcuchami galar-więzienie zdawał mi się tak samo okutym, jak i żyjący na nim przestępcy. Widzieliśmy, jak doń dobiła łódka, jak wzięto zbiega na pokład, na którym znikł. Resztki pochodni rzucono w wodę; padając syczały i gasły i zdawało się, że wszystko się z niemi skończyło.






Rozdział VI.

Zbieg okoliczności uwolnił mię od winy za spełnioną przeze mnie kradzież; zupełnie jednak nie pobudził mnie do wyznań, choć na dnie tej mojej skrytości leżało przyjemne uczucie.
Co się tyczy pani Józefowej, nie pamiętam, abym się dręczył wyrzutami sumienia, gdy przeminął strach, że odkryje się moja kradzież. Ale lubiłem Józefa, do którego przywiązałem się od najmłodszych lat i dlatego nie mogłem czuć się zupełnie spokojnym. Czasem miałem chęć, (szczególnie wówczas, gdy szukał swego pilnika) odkryć mu całą prawdę. Ale nie czyniłem tego z bojaźni, że gorzej o mnie będzie sądził, niż było w rzeczywistości. Obawa przed utratą jego zaufania i myśl o tem, że siedząc przy ognisku, nie będę mógł spojrzeć prosto w oczy, jak poprzednio, swemu towarzyszowi i przyjacielowi, skuwała mi język. Z bólem w sercu wyobrażałem sobie, że za każdym razem, gdy będzie z zadumą gładził swe piękne bokobrody, będzie mi się zdawało, że w tej chwili może rozmyśla nad mym postępkiem. Że kiedy spojrzy na mięso lub pudding podane, jak dziś, na stół, zada sobie pytanie, czy byłem w śpiżarni, czy nie? A wówczas, kiedy według domowego zwyczaju podadzą piwo, wziąwszy mój kubek zauważy, że ono cośkolwiek za rzadkie lub za gęste, mnie zaś będzie się zdawało, że podejrzewa, czy niema w niem dziegciu i krew uderzy mi do głowy. Brakło mi odwagi, postąpić tak, jak należało, ale brakło mi też odwagi uniknąć czynu, choć go uważałem za zły. Nie miałem najmniejszego pojęcia o świecie, ani o ludziach, którzy tak postępowali. I na wzór genialnych samouków sam wynalazłem dla siebie właściwy rodzaj działania.
Byłem zupełnie senny, gdyśmy wracali. Józef wsadził mnie znowu na plecy i nie zdejmował do samego domu. Znużony tą wycieczką, pan Uopsel wpadł w taki zły humor, że gdyby kościelna karyera była otwarta dla wszystkich, z pewnością odsądziłby od kościoła uczestników wyprawy, poczynając ode mnie i Józefa. Ponieważ jednak był człowiekiem świeckim, mógł o tem tylko myśleć i dlatego usiadł, by odpocząć na mokrej ziemi. Gdyśmy wrócili do domu, zdjął ze siebie surdut, aby przesuszyć go w kuchni przy ogniu a spodnie jego były w takim stanie, że gdyby był przestępcą kryminalnym, napewno zaprowadziły by go na szubienicę, jako corpus delicti.
Kiedy Józef opuścił mię zupełnie już sennego na podłogę w kuchni, porażony niespodziewanym gwarem głosów i oślepiony światłem ognia, stałem przez pewien czas, zataczając się, jak pijany. Przyszedłem dopiero do siebie po otrzymaniu tęgiego szturchańca, wymierzonego w plecy i po żywym okrzyku mej siostry:
— Ach, cóż to za nicpoń!
Józef opowiadał tymczasem wyznanie więźnia, poczem wszyscy goście, jeden przez drugiego starali się odgadnąć, jakim sposobem mógł dostać się do śpiżarni? Pan Pembelczuk wyraził mniemanie, że najpewniej wdrapał się na dach kuźni, przeszedł na dach domu i spuścił się przez komin do kuchni z pomocą liny, skręconej z prześcieradła, które prawdopodobnie pociął w pasy. Ponieważ zaś pan Pembelczuk był człowiekiem na stanowisku i jeździł swym własnym wózkiem na dwóch kołach, wszyscy odrazu zgodzili się z nim. Jeden tylko pan Uopsel, zły z powodu zmęczenia, krzyknął: „Nie!“ Ale ponieważ nie miał żadnych danych do obalenia zdania pana Pembelczuka, nie miał surduta, i stał tyłem do ognia, skutkiem czego para buchała z jego spodni (co nie mogło wzbudzić do niego zaufania), nikt nie zwrócił uwagi na jego protest.
To wszystko słyszałem do chwili, gdy siostra schwyciła mnie i abym nie zarażał towarzystwa swym sennym wyglądem, zaprowadziła do łóżka, przyczem zdawało mi się, że mam na nogach co najmniej z pięćdziesiąt trzewików a wszystkie trącały o stopnie schodów. Stan duszy mej, o którym mówiłem wyżej, zaczął się u mnie od następnego poranku a trwał jeszcze i wówczas, gdy wszyscy już zapomnieli o tem, co się stało, jeśli zaś wspominali, to chyba przy nadzwyczajnych jakichś okolicznościach.






Rozdział VII.

W tym czasie, w którym czytałem napisy na grobach, sylabizowałem zaledwie słowa. Pojęcie me o znaczeniu ich było też niezbyt prawidłowe. Słowa: „żona wyżej wspomnianego“ mówiły mi o tem, że ojciec mój przeniósł się do lepszego świata. Jeśliby był na grobowcu którego z mych zmarłych krewnych napis „niżej wspomniany“, z pewnością odniósłbym bardzo złe mniemanie o tym członku naszej rodziny. Teologiczne moje wiadomości, zaczerpnięte z katechizmu, nie odznaczały się również zbytnią jasnością. Tak naprzykład doskonale pamiętam, że wyuczony przezemnie tekst: — „Chodź drogami temi po wszystkie dni żywota swego“ rozumiałem, jako zobowiązanie do wychodzenia z domu i przechodzenia przez wieś w pewnym kierunku, ani na krok nie zbaczając z drogi.
Siostra postanowiła, że kiedy dojdę do pewnego wieku, będę uczniem Józefa a do tego czasu nie mogę się lampartować i przywykać do bezczynności. Dlatego to nie tylko wypełniałem funkcye chłopca do posługi przy kowalu, ale za każdym razem, gdy komuś z sąsiadów potrzeba było chłopca do odstraszenia ptaków, wyzbierania kamieni lub czegoś innego w tym rodzaju, zawsze mię tam wyprawiali. Nie chcąc jednakże kompromitować się ze względu na zajmowane przez nas niezłe stanowisko, w kuchni nad kominem powiesili puszkę, którą pokazywali wszystkim i objaśniali, że w niej znajduje się mój zarobek. Zawsze myślałem, że te pieniądze idą na spłaty długów państwowych i nie miałem nadziei, aby ten skarb mnie się kiedyś dostał.
Ciotka pana Uopsela utrzymywała we wsi wieczorną szkołę a raczej prawdę mówiąc, ta dziwna staruszka, mająca ograniczone środki a nieograniczoną ilość słabości, każdego wieczora od szóstej do siódmej spała w obecności dzieci, które płaciły jej za przyjemność zabawienia się tym widokiem dwa pensy na tydzień. Wynajmowała niewielkie mieszkanie, którego górną izbę zajmował pan Uopsel; my uczniowie, często słyszeliśmy, jak deklamował coś strasznym i uroczystym głosem i od czasu do czasu tak tupał nogami, że drżał nad nami sufit. Co kwartał pan Uopsel „egzaminował“ nas. Egzamin polegał na tem, że zawijał swe rękawy, rozburzał włosy i deklamował nam mowę Marka Antoniusza nad ciałem Juliusza Cezara. Potem następowała oda o nieszczęściach Collinsa, w której pan Uopsel występował w roli Zemsty, gdy rzuca zakrwawiony miecz i z bolesnym wyrazem bierze swą trąbę, aby ogłosić wojnę. Kiedym popadł w nieszczęście i nie byłem już tym co dawniej, porównałem swe niedole z nieszczęściem Collinsa i Uopsela a porównanie to nie wypadło na korzyść obu tych dżentelmenów.
Ciotka pana Uopsela utrzymywała w tej samej izbie, gdzie była sala do nauki, także i mleczarnię. Nie miała jednak najmniejszego pojęcia o tem, jakie były w niej towary i w jakiej cenie, zawsze jednak na stole leżała księga z cennikiem, według którego Biddi prowadziła handel. Biddi była wnuczką ciotki pana Uopsela; prawdę mówiąc nigdy nie mogłem dojść, jakie pokrewieństwo łączyło ją z panem Uopselem. Była sierotą, jak ja i tak samo wychowywana „w pracy rąk“, jak ja. Zwracał uwagę jej wygląd: włosy nigdy nie czesane, ręce nie umyte, trzewiki na nogach podarte i zniszczone. Tak chodziła przez cały tydzień, aż do niedzieli, w niedzielę dziwacznie wystrojona szła do kościoła.
Wspólnemi siłami z pomocą Biddi, nie zaś ciotki pana Uopsela, przebrnąłem trudności alfabetu, jakby przez gęstwę kolących krzewów, w męce, zlany potem nad każdą literą. Z kolących krzewów wpadłem między rozbójników, składających się z dziewięciu cyfr, które przebierały się każdego wieczora do niepoznania. Wreszcie jednakże zacząłem czytać, pisać i rachować, chociaż czyniłem to, jakby poomacku.
Pewnego pięknego wieczora siedziałem przy kominie ze swą tabliczką i z wielkim trudem bazgrałem do Józefa. Minęło już więcej niż rok od naszej wyprawy na moczary i nastała zima z bardzo silnymi mrozami. Z pomocą abecadła, leżącego u mych nóg, udało mi się wreszcie nabazgrać następujący list:
„muJ kochAny Józiu MaM nadzieję, że Cisie powodzi Dobże Jósz prętko Będę umiał piSać i będę mug ciebie Na uczyć piSać

KoChaiąncy Cie P i P“

Nie miałem wówczas koniecznej potrzeby pisania do Józefa, ponieważ siedział obok mnie i byliśmy sami. Ale chodziło o to, że sam napisałem własnemi rękami i podałem tabliczkę Józefowi, który wziął ją z przejęciem, jakby jaki nadzwyczajny okaz wiedzy.
— No Pip, mój przyjacielu! — zawołał szeroko otwierając swe niebieskie oczy. — Aleś ty uczony! Nieprawdaż?
— Tak, chciałbym być uczonym — odpowiedziałem, spoglądając na tabliczkę z pewnem niedowierzaniem na widok tego, że litery szły stopniowo w górę.
— Ot tu Józi — rzekł — a tu o. To znaczy J — ó — z — i — o, razem Józio.
Nigdy nie słyszałem, aby Józef cośkolwiek czytał, prócz tego jedynego słowa. Gdy raz w niedzielę, kiedyśmy z nim siedzieli razem i ja według zwyczaju przekręciłem swą książeczkę do modlenia odwrotnie, zauważyłem, że czytał modlitwy równie płynnie, jak wówczas, gdy trzymałem ją prawidłowo. Pragnąc skorzystać z tego zdarzenia i wyjaśnić, jak wiele umie Józef, przystąpiłem do rzeczy i rzekłem:
— A teraz przeczytaj to!
— Widzisz, Pip! Przeczytać to — odrzekł niepewnie, wodząc po tabliczce oczami — Raz, dwa, trzy. Tu jest trzy razy J i trzy razy ó, i trzy razy Józio... prawda, Pip?
Pochyliłem się ku niemu i prowadząc po tabliczce wskazującym palcem, przeczytałem mu wszystko.
— Dziwne! — zawołał, gdym skończył. — Jaki ty jesteś uczony!
— Jak złożysz Hardżeri? — spytałem protekcyjnym tonem.
— Wogóle tego nie składam — odpowiedział.
— No to wyobraź sobie, że składasz.
— Nie mogę sobie wyobrazić, — odrzekł. — Ogromnie lubię czytać.
— Lubisz?
— Bardzo! Daj mi dobrą książkę lub dobrą gazetę i posadź mię przy kominku a nic mi więcej nie trzeba. Boże miłosierny! — ciągnął, trąc swe kolano. — Jak widzisz, tu jest Jó a tu zio i wiesz co wypadło: Józio. Zajmujące!
Z tych słów doszedłem do przekonania, że wykształcenie Józefa, jak i zastosowanie pary, znajduje się jeszcze w zaczątkach, nie mniej jednak ciągnąłem dalej:
— Chodziłeś do szkoły, gdyś był takim, jak ja?
— Nie!
— Dlaczegoś nie chodził wówczas do szkoły?
— Wiesz, co ci powiem, Pip — odpowiedział, poruszając pogrzebaczem w kominku, co zawsze czynił, gdy myślał o czemś bardzo poważnem. — Ojciec mój był strasznym pijakiem i gdy bywało upił się, bił matkę w najniemiłosierniejszy sposób. Miał tylko tę kuźnię, no i mnie w dodatku. I bił mię tak, jak nigdy nie bił młotem w kuźni. Czy słyszysz mię i rozumiesz, Pip?
— Tak.
— Czasem zdarzyło się, że uciekliśmy z matką od ojca. Matka dostała jakiś zarobek i mówiła: „Chwała Bogu, teraz możesz chodzić do szkoły, moje dziecko!“ — oddawała mię do szkoły. Ale widzisz, mój ojciec miał tę dobrą stronę, że nie mógł żyć bez nas. Przyjdzie wówczas z całym tłumem młodych i urządzi taki hałas u drzwi domu, w którym żyliśmy, że gospodyni przestraszona wydawała nas. Wówczas on, sprowadziwszy nas do domu, zaczynał bić. Rozumiesz teraz, Pip — ciągnął po chwili, w milczeniu poprawiając w kominie — dlaczegom się nie uczył?
— Rozumiem, biedny Józiu.
— Widzisz, — mówił dalej, dwa razy przesunąwszy pogrzebaczem po ruszcie — powinniśmy oddać każdemu, co mu się należy i sprawiedliwie oceniać ludzi. Ojciec mój miał dobre serce... Czyż tego nie rozumiesz?
Nie rozumiałem tego, ale nie przeczyłem.
— Tak — mówił — jeśli ktoś ma warzyć kaszę, a nie będzie warzył, to się ona nie ugotuje.
Potwierdziłem jego słowa.
— Ponieważ zaś ojciec nie przeszkadzał mi w zajmowaniu się pracą, wyuczyłem się tego rzemiosła, którem i onby się zajmował, gdyby chciał... Sumiennie pracowałem, ręczę ci, Pip! Zarabiałem tyle, że mogłem utrzymać ojca i utrzymywałem go, póki nie umarł sparaliżowany. Chciałem na jego nagrobku umieścić wiersze: — „Pomódl się przechodniu, bo człowiek ten był dobroczynnym w swem życiu.“
Józef z taką dumą zadeklamował ten wiersz, że spytałem się, czy sam go ułożył.
— Tak, sam, — odpowiedział. Ułożyłem go w jednej chwili. Przyszło mi to podobnie łatwo, jak podkuć konia. Nigdy w swem życiu nie byłem równie zdziwiony... nie wierzyłem nawet swym własnym oczom... Tak, mówiłem ci już, że chciałem je wyciąć na kamieniu; ale poezya kosztuje, czy maleńkiemi literami ją wytniesz, czy wielkiemi... nie umieściłem go więc. Nie mówię już o pogrzebie, lecz, trzeba było zbierać pieniądze dla matki. Miała ona bowiem bardzo słabe i rozstrojone zdrowie. Niedługo go przeżyła, biedaczka... i wkrótce na nią nadeszła kolej.
Błękitne oczy Józefa załzawiły się i obtarł sobie najpierw jedno, potem drugie oko okrągłym końcem kamiennego pogrzebacza.
— Było mi tak smutno żyć samemu — ciągnął — że poznajomiłem się z twoją siostrą. Ty wiesz — z wahaniem spojrzał na mnie, widocznie przeczuwając, że mogę się z nim nie zgodzić — że twoja siostra piękna kobieta.
Aby mu nie okazać swego przekonania co do tej kwestyi, spiesznie odwróciłem się do ognia,
— Niech sobie mówi rodzina, co chce, niech sobie cały świat mówi co chce, ja ci to Powtarzam, Pip — po każdem słowie uderzał pogrzebaczem po ruszcie kominka — że twoja siostra pięk—na ko—bie—ta!...
Nie mogłem nic innego wymyśleć w odpowiedzi, tylko:
— Bardzom rad, że tak myślisz!
— I ja także, — odpowiedział. — Nic to, że czerwona i koścista, Pip!
Odpowiedziałem mu, że jeśli jemu to nie wadzi, to nikomu nic do tego.
— Rozumie się! — rzekł. — Masz słuszność, przyjacielu! Gdy poznajomiłem się z twoją siostrą, wszyscy tylko o tem mówili, jak to ona cię z pracy rąk swych wychowywała. Mówili ludzie, że ona bardzo dobrze to czyniła i ja mówiłem, jak wszyscy. A co do ciebie, nie możesz sobie wyobrazić, jakim byłeś chudym malcem; skóra i kości... Gdybyś mógł się wówczas zobaczyć, to niezbyt dobre miałbyś o sobie mniemanie.
Nie bardzo mi się to podobało, więc powiedziałem:
— Pozostaw mię w spokoju, Józiu!
— A przecież cię nie zostawiłem, Pip! — odpowiedział z niezwykłą prostotą. — Gdy zaproponowałem twej siostrze, by wyszła za mnie, abyśmy wzięli ślub w kościele, zgodziła się na to, a gdy się przenosiła do mnie do kuźni, rzekłem: „Weź z sobą i biedne maleństwo... Niech go Bóg błogosławi! Wystarczy miejsca w kuźni i dla niego.“
Zapłakałem i objąwszy Józefa, prosiłem o przebaczenie. Rzucił pogrzebacz i objął mię.
— Zawsze byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Nie prawdaż? No, nie płacz, stary przyjacielu!
Gdy minęła ta mała przerwa, mówił dalej:
— Tak więc, widzisz Pip, jak się to stało... Gdy weźmiesz mnie w swe ręce i zaczniesz uczyć, (tylko muszę cię uprzedzić, że bardzo smutna rzecz uczenie, bardzo smutna), to uważaj, aby pani Józefowa nie wiedziała o tem. Trzeba to wszystko czynić pokryjomu. A dlaczego pokryjomu, zaraz ci powiem, Pip!
Znowu wziął pogrzebacz, bez którego trudnoby mu było objaśnić to.
— Siostra twoja oddana rządom.
— Rządom?
Byłem przestraszony i w głowie błysnęła mi przez głowę przykra myśl, (a także, boję się powiedzieć, nadzieja) że chce się rozwieść z Józefem a wyjść za mąż za jakiegoś lorda z admiralicyi lub policyi.
— Oddana rządom to znaczy, że lubi rządzić tobą i mną.
— Ach, to to znaczy.
— I dlatego nie bardzo lubi uczonych — ciągnął — szczególnie zaś będzie przeciwną, bym ja był uczonym... z obawy, abym nie powstał... jak to czynią buntownicy, rozumiesz?
Chciałem go prosić o objaśnienie mi tych słów i już zacząłem: — „Dlaczegóż...“ ale mi przerwał:
— Poczekaj chwilę! Wiem, co chcesz powiedzieć!... Poczekaj tylko chwilę... Nie przeczę, że siostra twoja rządzi nami, jak wielki mogoł... nie przeczę, że czasem tak wpadnie, że wzrokiem przydusi. W takiej chwili, gdy się wścieka — tu Józef zniżył głos i ze strachem spojrzał na drzwi — mimowoli powiesz, że to prawdziwa wiedźma.
Słowo to wymówił, jakby się zaczynało od całego tuzina „w“.
— Dlaczego nie powstanę? O to chciałeś się spytać, gdym ci przerwał?
— Tak.
— Tak — rzekł, przekładając pogrzebacz z prawej ręki do lewej, aby prawą poprawić swe bokobrody. Na widok tego ruchu straciłem nadzieję, czy doczekam się od niego jakiegoś postanowienia. — Tak, siostra twoja — ma głowę!... I jaką głowę.
— Co to znaczy? — spytałem w nadziei, że wprawię go w kłopot. Ale Józef szybciej się zoryentował, niż myślałem i ze swej strony zmieszał mnie swą odpowiedzią.
— Tak, ona ma głowę, — mówił. — A u mnie jaka głowa! I znów zaczął gładzić swe bokobrody. — A wreszcie... Pip... mówię ci poważnie przyjacielu. Napatrzyłem się dosyć nieszczęśliwej pracownicy, mej matce, jak przez całe życie męczyła się, zapracowując się, niby niewolnica i nie mając ni chwili spokoju. Od tego czasu boję się sprzeciwiać kobiecie i gotów jestem raczej sam odmówić sobie wygód, aniżeli ją zmuszać do troski. Chciałbym tylko znosić wszystko sam, byle żadnych „łaskotek“ dla ciebie nie było, przyjacielu! Eh, wiele możnaby powiedzieć, Pip! Spodziewam się, że przecierpisz... Wszystko na święcie mija.
Chociaż byłem mały, od tego wieczora poczułem jeszcze więcej szacunku dla Józefa. Stosunki moje z nim pozostały jak przedtem przyjacielskie, z tą jednak różnicą, że teraz patrząc na niego, albo myśląc o nim, zawsze czułem, że nie tylko go kocham, lecz i głęboko czczę.
— Jednakże — rzekł, powstając, by dołożyć paliwa do ognia — co to znaczy? Powinna już wybić ósma godzina a ona jeszcze nie nadjeżdża. Myślę, czy klacz wuja Pembelczuka nie pośliznęła się na lodzie i nie wywrócili się.
W dni targowe pani Józefowa jeździła zwykle z wujem Pembelczukiem na rynek, gdzie pomagała mu w różnych zakupach, potrzebnych w domowem gospodarstwie, a wymagających kobiecego oka. Wuj Pembelczuk był starym kawalerem i nie dowierzał swej służbie. Dziś był również taki dzień i dlatego pani Józefowa wyprawiła się z nim na targ.
Józef rozniecił ogień, wymiótł popiół z ogniska i poszliśmy z nim ku drzwiom, aby posłuchać, czy nie jedzie wózek. Noc była chłodna, wiatr ostry a ziemia twarda i cała biała od szronu. Mimowoli pomyślałem, że człowiek nie mógłby przetrzymać takiej nocy na moczarach. Popatrzyłem na gwiazdy i zdawało mi się, jak musi być strasznie zamarzając, patrzeć na zimno mrugające na niebie ogniki, które ani pomódz mu, ani boleć nad nim nie mogą.
— Jadą — rzekł Józef — słyszysz, jak tętnią kopyta?... Jakby dzwonki.
Klacz biegła prędzej niż zwykle i dźwięk jej żelaznych podków o twardą, zamarzłą ziemię sprawiał wrażenie niby muzyki. Wynieśliśmy krzesło, aby siostra wygodniej mogła wysiąść z wózka, roznieciliśmy jaśniej ogień, aby było go widać z okien, obejrzeliśmy kuchnię i ustawili wszystko na miejscu. Nie zdążyliśmy dokończyć przygotowań, gdy podjechali do domu. Pani Józefowa wysiadła pierwsza a za nią wuj Pembelcżuk, który natychmiast okrył derką konia. Weszliśmy do kuchni wszyscy razem i tyle wnieśliśmy z sobą chłodu, że zdawało się, iż ogień stracił swe ciepło.
— No! Już jeśli teraz chłopiec nie będzie wdzięczny, to chyba nigdy nie doczekamy się od niego wdzięczności.
Spojrzałem też tak wdzięcznie, jak tylko może popatrzeć malec, któremu zupełnie niewiadomo, z jakich powodów żądają od niego takiego objawu.
— Możemy się spodziewać, — rzekła siostra — że go nie rozpieszczą, choć mam podstawę do obaw co do tego.
— Ona nie taka, proszę pani! — rzeki pan Pembelczuk. — Ona już wie.
Ona? Spojrzałem na Józefa i dałem znak wargami i brwiami, a on również spojrzał na mnie znacząco. Widząc, że siostra moja spostrzegła ten znak, przesunął ręką po kolanie, co czynił zwykle w takich wypadkach, i popatrzył na nią.
— No? — zapytała ostro siostra. — Czego tak sterczycie? Dom się pali, czy co?
— Co to za „ona“? — spytał nieśmiało.
— Ona, oczywiście ona! — odpowiedziała moja siostra. — A może pani Chewiszem to „on“ podług ciebie?
— Pani Chewiszem, ta z miasta? — pytał.
— Czy tutaj jest jaka pani Chewiszem? — Chce wziąć chłopca, aby ją bawił. Uda się do niej i będzie ją bawił albo rozprawię się z nim po swojemu!
Wiele razy słyszałem już o pani Chewiszem z miasta, (wszyscy o milę wkoło znali panią Chewiszem) jak o bogatej i ponurej ledi, mieszkającej samotnie w wielkim domu, dobrze zabezpieczonym przed złodziejami.
— No tak, rozumie się! — rzekł. — Dziwię się tylko, skąd ona zna Pipa!
— Głupcze! — krzyknęła siostra. — Kto ci powiedział, że zna go.
— Któż dowiedział się, że ona pragnie zabawy?
— Czyż nie mogła się spytać wuja Pembelczuka o jakiego chłopca, któryby ją mógł bawić? Nie może to wuj Pembelczuk wynajmować w jej domu mieszkania i odnosić jej czynszu? Nie mógł to wuj Pembelczuk, który zawsze troszczy się i myśli o nas...
Choć my nie myślimy o nim, Józefie — dodała tonem najgłębszego lekceważenia, jakgdyby on był najmniej wart w całej rodzinie — czyż nie mógł on sam powiedzieć o malcu? Stój na miłość Boską i nie ruszaj się... (Święcie zapewniam, że stałem nie ruszając się z miejsca.) — Któregom niańczyła całe swe życie, jakby jaka niewolnica.
— Bardzo dobrze! — zawołał wuj Pembelczuk. — Wspaniale! Doskonale! Świetnie, powiadam! Teraz już wiesz Józefie, o co chodzi.
— Nie, Józefie — rzekła siostra tonem lekceważenia, zwracając się do męża, który uspokajająco gładził się ręką po kolanie. — Nie wiesz o co chodzi, choć i nie myślisz o tem. Zdaje ci się, że wiesz, ale nie wiesz nic! Nie wiesz tego, że wuj Pembelczuk, który, można Powiedzieć, gorąco zajął się tem, by mały utorował sobie drogę z pomocą pani Chewiszem, podjął się dziś wieczór zawieźć go do miasta w swym wózku a jutro zaprowadzi go rano do Pani Chewiszem. Ach, mój Boże! — stoję tu i gadam z tymi baranami a wuj Pembelczuk czeka, klacz jego marźnie na dworze a tu malec jeszcze zabłocony i zabrudzony od stóp do głowy.
Z temi słowy wpadła na mnie, jak orzeł jagnię, włożyła mą twarz do koryta, a głowę pod kran beczki z wodą i nagle poczułem, że twarz mi mydlą, masują, trą, trącają, skrobią i mną, i tak długo trwała ta operacya, aż straciłem czucie. (Muszę zauważyć, że trudno znaleźć w świecie powagę, lepiej odemnie obeznaną ze strasznem wrażeniem, jakie, w dopiero co opisanym wypadku, sprawił zaręczynowy pierścionek na twarzy obmywanej ofiary).
Skończywszy mycie, siostra przebrała mię w czystą bieliznę z grubego płótna, szorstkiego, jak włosienica korzącego się grzesznika i wcisnęła mię w najciaśniejszy kostyum, zawsze doprowadzający mię do największej rozpaczy. W tem przebraniu oddano mię panu Pembelczukowi, który przyjął mię z takim oficyalnym wyrazem, jakby był szeryfem, poczem zwrócił się do mnie i rzekł kilka słów, na wypowiedzenie których czekał niecierpliwie przez cały czas:
— Chłopcze! Winieneś wdzięczność dla wszystkich twych przyjaciół, a szczególnie dla tych, którzy wychowali cię własnemi rękami.
— Do widzenia Józiu!
— Niech cię Bóg błogosławi, Pip, stary przyjacielu!
Do tej chwili nigdy nie rozstawałem się z nim i dlatego nie tylko mydło, ale głównie przygnębiające uczucie, ogarniające mą duszę, było przyczyną, że siedząc we wózku, nie odrazu rozróżniłem gwiazdy, mrugające na niebie.
Zwolna jedna po drugiej ukazywały się nade mną, nie rzucając najmniejszego światła na dręczące mię pytanie, dlaczego właśnie ja powinienem rozweselać panią Chewiszem i w jaki sposób będę to czynił?






Rozdział VIII.

Mieszkanie pana Pembelczuka w mieście znajdowało się na Hajd-Strit i miało charakter kantoru kupca zbożem i nasionami. Na widok wielkiej ilości małych szuflad w jego sklepie zdawało mi się, że powinien być najszczęśliwszy z ludzi; bardzo zdziwiłem się, gdy zajrzałem do dwóch czy trzech niższych szuflad i zobaczyłem w nich ciemne papierowe torebki, w których były nasiona kwiatowe i cebulki, oczekujące ciepłych dni, aby wyjść ze swego więzienia i zakwitnąć.
Myśli te przyszły mi do głowy nazajutrz rano po moim przyjeździe do miasta. W wilią tego dnia wieczorem odrazu wyprawili mię spać na mezzonin z pochyłym sufitem, który tak nizko spuszczał się nad mojem łóżkiem, że między niem a memi brwiami była może jedna stopa oddalenia. Rano spostrzegłem dziwne podobieństwo, jakie zachodzi między nasionami a pluszem. Pan Pembelczuk nosił zawsze pluszowe ubranie, tak samo jak jego Pomocnik; plusz przechodził zapachem nasion, a nasiona zapachem pluszu, tak że trudno było po zapachu rozpoznać, co plusz a co nasiona. Prócz tego uderzył mię ten fakt, że pan Pembelczuk prowadził swój handel, spoglądając na przeciwległą stronę ulicy, gdzie znajdował się rymarz, który pracując, nie spuszczał oczu ze stelmacha, ten całe życie swoje trzymając ręce w kieszeniach od spodni, oglądał się za piekarzem, ów zaś ze swej strony ze złożonemi rękami, patrzył na kupca korzennego, stojącego u drzwi i ziewającego do aptekarza. Zegarmistrz, siedzący przy swym stoliku i oglądający przez lupę części zegarków, był widocznie jedynym człowiekiem na Hajd-Strit, który poważnie zajmował się swą pracą i skutkiem tego był przedmiotem podziwu dla uliczników, gapiących się na niego przez okna sklepu.
Śniadanie jadłem o ósmej godzinie rano wraz z panem Pembelczukiem w niewielkiej izbie z tyłu za sklepem, a pomocnik jego siedział na worku z grochem w sklepie i zajadał ogromny kawał chleba z masłem, popijając herbatą z glinianego kubka. Obecność pana Pembelczuka wprawiła mię w melancholię. Pominąwszy to, że podzielał on zasady mojej siostry i wymyślił dla mnie dyetę, umartwiającą ciało i formującą charakter, nie mówiąc o tem, że w tym celu dawał mi malutkie kawałki skórki z chleba, smarując je nieznaczną ilością masła i tak wiele dolewał mi gorącej wody do mleka, że już lepiej było zupełnie mleka nie dawać, ale cała moja z nim rozmowa odnosiła się prawie wyłącznie do arytmetyki. Ody nieśmiało życzyłem mu dobrego dnia, nadymając się, zapytał: „Siedm razy dziewięć?“ Czyż mogłem odpowiedzieć na tak nieoczekiwane pytanie, w tak dziwnem miejscu a do tego z pustym żołądkiem! Byłem głodny, ledwie zaś przełknąłem kąsek, znowu się zabrał do rachunków i pytał przez cały czas śniadania. „Siedm a cztery?“ „A ośm?“ „A sześć?“ „A dwa?“ „A dziesięć?“ I tak dalej. Po każdej liczbie nie zdążyłem jeszcze przełknąć kawałka skórki i popić mlekiem, gdy już następowała druga, sam zaś tymczasem nasycał się wędliną i ciepłemi grzankami, (pozwólcie mi użyć tego wyrażenia) z nieobyczajną chciwością pożerając je.
Byłem bardzo zadowolony, gdy wybiła godzina dziesiąta i poszliśmy do pani Chewiszem. Niedobrze mi się robiło na myśl o tem, co czeka mię pod dachem tej ledi. W kwadrans później byliśmy przy starym, murowanym domu pani Chewiszem. Niektóre okna były zamurowane. Przed domem znajdowało się niewielkie podwórze, otoczone żelazną kratą. Zadzwoniliśmy i czekali przy furtce, aż ją otworzą. W oczekiwaniu pan Pembelczuk zdołał zadać pytanie: „A czternaście?“ Ale udałem, że nie słyszę i z ciekawością patrzyłem w przeciwną stronę, gdzie znajdował się browar.
W tej chwili nic w nim nie było; przestali już dawno warzyć w nim piwo.
Wtem otworzyła się dolna połowa jednego z okien i rozległ się dźwięczny głos:
— Jak się nazywacie?
Mój towarzysz odpowiedział:
— Pembelczuk.
Okno zamknięto a wkrótce potem zobaczyliśmy młodą panienkę, idącą z kluczami przez podwórze.
— A to Pip — rzekł pan Pembelczuk.
— A to Pip?... Tak? — rzekła panienka, bardzo piękna i widocznie dumna. — Wejdź, Pip!
Pan Pembelczuk także chciał wejść, ale panienka zamknęła furtkę tuż przed jego nosem.
— O! — rzekła. — Chcesz się pan widzieć z panią Chewiszem?
— Jeśli pani Chewiszem raczy mnie przyjąć — odpowiedział z pewnem zmieszaniem pan Pembelczuk.
— Aha! — rzekła dziewczynka. — No, to ona tego uczynić nie raczy.
Wyrzekła to tak stanowczym tonem, że pan Pembelczuk mimo uczucie zranionej dumy nie zaprotestował ani słowem; tylko spojrzał na mnie z wyrzutem — jakbym ja tu zawinił — i zawrócił, by odejść, mnie zaś rzekł z widocznem lekceważeniem:
— Chłopcze! Prowadź się tak, abyś nie zawstydził tych, którzy wychowali cię własnemi rękami!
Pomyślałem mimowoli, że wróci się jeszcze i przez kratę drzwi krzyknie do mnie:
— A szesnaście?
Ale nie zrobił tego.
Panienka zamknęła furtkę na klucz i poszliśmy przez podwórze, bardzo czyste i wyłożone kamieniami, choć wszędzie w zagłębieniach między kamieniami rosła trawa. Browar miał swoje osobne podwórze, oddzielone od tego parkanem; drewniana furtka w parkanie była otwrarta naoścież i wszystko w browarze było pootwierane, jakby był pustym. Zimny wiatr dął z tamtej strony prawdopodobnie, jeszcze silniej niż z tej. Przenikliwie świszczał, wpadając i cofając się przez otwarte drzwi browaru, przypominając wycie wichru na morzu wśród masztów okrętu. Panienka rzekła:
— Mógłbyś, malcze, wypić wszystko piwo, które obecnie wrarzy się w tym browarze?
— Przypuszczam, że mógłbym, — nieśmiało odpowiedziałem.
— Lepiej nie warzyć w nim piwa, boby skwaśniało, jak myślisz, mały?
— Tak mi się zdaje!
— Nikomu do głowy nie przyjdzie warzyć go — dodała. — Wszystko tu skończone na zawsze i będzie stał tak długo, aż się rozpadnie w gruzy. Co się zaś tyczy piwa, to jest go tu tyle w piwnicach, że możnaby zatopić cały Mano-haus.
— Tak się nazywa ten dom, panienko?
— Tak, chłopcze, to jest jedna z jego nazw!
— Jest jeszcze inna nazwa?
— Jeszcze jedna... Satis. To stawo greckie, albo łacińskie, a może żydowskie, albo wszystkie trzy razem... To wszystko jedno! Znaczy ono: dosyć.
— Dosyć! — Ciekawa nazwa!
— Tak. — Ale mówi ona więcej, niż się zdaje. Ci co nadawali tę nazwę, chcieli powiedzieć, że temu, kto będzie rządził tym domem, niczego więcej nie potrzeba. Należy sądzić, że wówczas byli wszystkiem zadowoleni. Ale dość już tego gadania, chłopcze!
Mówiła mi „malcze“, zwracając się do mnie z przykrem dla mnie lekceważeniem, a przecież była prawie w mym wieku. Tylko wydawała się starszą ode mnie; była bardzo piękna, wyrażała się z pewnością i traktowała mię z góry, jakby dwudziestoletnia królowa.
Weszliśmy do domu bocznemi drzwiami — główne drzwi z przodu domu były zamknięte na dwa grube łańcuchy — odrazu uderzyło mię to, że na wszystkich korytarzach było ciemno i płonęła tylko świeca, postawiona tu przez dziewczynkę; wzięła ją, skorośmy tylko weszli. Z tą świecą przeszliśmy przez korytarz i wstąpili na schody, gdzie również było ciemno. Gdy wreszcie zatrzymaliśmy się przy drzwiach jakiejś sali, dziewczynka rzekła:
— Wejdź!
— Po pani — odpowiedziałem bardziej z obawy, niż z grzeczności.
— Nie bądź śmiesznym, chłopcze! — odrzekła — ja tu nie pójdę. — I pogardliwie popatrzywszy na mnie uciekła, a co gorsza, zabrała ze sobą świecę.
Zrobiło mi się słabo, bo bałem się ciemności. Nic mi nie pozostawało innego, jak zapukać do drzwi, uczyniłem to i usłyszałem wezwanie, bym wszedł. Wszedłem i znalazłem się w wielkiej pięknej sali, oświecanej woskowemi świecami. Ani jeden dzienny promień nie przenikał do niej. Był to buduar, jak to dopiero teraz po pewnym czasie mogę stwierdzić, którego wygląd i znaczenie były mi wówczas zupełnie nieznane. Pierwszą rzeczą, która mię uderzyła, był stół, przykryty muślinem, a na nim lustro w pozłacanej ramce; odrazu domyśliłem się, że to stół toaletowy, jaki bywa u światowych dam.
Nie wiem, jakie odniósłbym wrażenie, gdyby nie było tu takiej właśnie damy. W krześle, z głową wspartą na ręce, opierając się o stół, siedziała najdziwniejsza pani, jaką kiedykolwiek widziałem lub zobaczę...
Ubranie jej było z białej drogiej materyi... całe z atłasu, koronek, jedwabiu i całe białe. Miała białe pantofelki, z głowy spływał długi welon, przymocowany do włosów białymi ślubnymi kwiatami, a jej całkiem siwe włosy też białe. Na szyi i rękach błyskały drogocenne ozdoby i takie same klejnoty leżały na stole. Wokoło po komnacie, rozrzucone były ubrania, nie tak drogie, jak na niej i jakieś skrzynie i kufry. Sama jeszcze widocznie nie dokończyła się ubierać; miała tylko jeden pantofel, drugi leżał na stole obok ręki; welon był w połowie przymocowany, zegarek, łańcuszek, koronki, chustka do nosa, rękawiczki, bukiet kwiatów, książka do nabożeństwa — wszystko to było porozrzucane bezładnie na stole wraz z leżącymi na nim klejnotami.
Wszystko to spostrzegłem nie odrazu, choć w pierwszej chwili zobaczyłem więcej, niż się można było spodziewać. Zauważyłem, że wszystko białe, dawno już straciło swój kolor, spłowiało i pożółkło. Zauważyłem, że ubrana kobieta spłowiała tak samo, jak jej ślubna odzież i kwiaty i nic błyszczącego w niej nie zostało, prócz błysku jej zapadłych oczu. Zauważyłem, że suknia jej uszyta niegdyś na pełne kształty młodej panienki teraz wisiała, jak worek na jej postaci, stanowiącej szkielet, obciągnięty skórą. Niegdyś, gdy mię zaprowadzono na jarmark, widziałem tam straszną figurę woskową, przedstawiającą jakąś osobę na paradnem śmiertelnem łożu. Innym razem zaprowadzono mię do jednego z dawnych kościołów na moczarach, w którym pokazywano szkielet w zbutwiałej bogatej szacie, znaleziony w podziemiach kościoła. Przypomniałem sobie woskową figurę i szkielet, i zdawało mi się, że miały one podobnie ciemne oczy, jak te, które w tej chwili patrzyły na mnie. Chciałem krzyknąć, ale nie śmiałem.
— Kto to? — spytała pani przy stole.
— Pip, proszę pani!
— Pip?
— Chłopiec od pana Pembelczuka! Przyszedł... zabawić.
— Podejdź bliżej... niech cię zobaczę. Bliżej!
Stałem obok niej, zwrócony cokolwiek na bok, co dało mi możność rozpoznania lepiej niektórych przedmiotów. I tak zauważyłem, że zarówno zegarek kieszonkowy, jak ścienny zatrzymał się o dwadzieścia minut przed dziewiątą.
— Popatrz na mnie — rzekła pani Chewiszem. — Nie boisz się kobiety, która nie widziała słońca od czasu twego urodzenia?
Z żalem muszę wyznać, że odważyłem się wymówić straszne kłamstwo i odpowiedziałem:
— Nie!
— Czy wiesz, czego się dotykam? — spytała, kładąc kolejno jedną, potem drugą rękę po lewej stronie piersi.
— Tak, pani! (Tem przypomniała mi strasznego młodzieńca.)
— Czegóż dotykam?
— Swego serca.
— Złamane.
Słowa te wypowiedziała uroczyście z błyszczącem spojrzeniem i bolesnym uśmiechem, jakby grając rolę teatralną. Potrzymawszy chwilę ręce na piersiach, powoli opuściła je, jakby ociężały jej nagle.
— Jestem znużoną — rzekła. — Chciałabym mieć jakąś rozrywkę... Zerwałam już raz na zawsze ze wszystkimi mężczyznami i kobietami. No, baw się!...
Czytelnik, jak sądzę, zgodzi się ze mną, że w danych okolicznościach trudno było wymyśleć coś bardziej niemożliwego dla biednego chłopca, jak wskazana przez tę damę rozrywka.
— Niekiedy pojawiają się u mnie dzikie zachcianki — mówiła. — Ot i teraz przyszło mi do głowy takie dzikie pragnienie... chcę widzieć jakąkolwiek zabawę... No baw się, baw, baw!... — dodała, niecierpliwie poruszając palcami prawej ręki.
Z obawy przed siostrą chciałem przebiedz dookoła sali, naśladując ruch biedki pana Pembelczuka, ale poczułem, że jestem tak mało usposobiony do podobnego przedstawienia, iż porzuciłem tę myśl i patrzyłem na panią Chewiszem z tak ponurym wyrazem, że, gdyśmy dowoli napatrzyli się sobie, powiedziała:
— Gniewasz się, czy jesteś krnąbrny?
— Nie, pani! Bardzo mi pani żal i żałuję też, że teraz nie mogę się bawić. Jeśli pani się poskarży na mnie, to wiele ucierpię od siostry, chciałbym się bawić, jeślibym mógł. Ale tu wszystko tak nowe dla mnie, tak dziwne, tak bogate a... tak smutne...
Zatrzymałem się w obawie, że powiem albo powiedziałem coś niepotrzebnego i znowu przypatrywaliśmy się sobie.
Zanim przemówiłem, odwróciła się ode mnie, spojrzała na swą suknię, na stół toaletowy, na siebie i na lustro.
— Tak nowe dla niego — szepnęła — tak stare dla mnie; tak dziwne dla niego, tak zwyczajne dla mnie; tak smutne dla nas obojga! Zawołaj Estellę!
Wyrzekła ostatnie słowa z takim wyrazem zadumy, jakby mówiła do siebie. Nie ruszyłem się też z miejsca.
— Zawołaj Estellę! — powtórzyła, zwracając się ku mnie. — Możesz to uczynić? Zawołaj Estellę. Otwórz drzwi i zawołaj.
Stanie w ciemnym korytarzu nieznanego domu, wołanie na hardą panienkę, która długo nie pokazywała się i nie odpowiadała, poczucie nieprzezwyciężonej prawie potrzeby zawołania na całe gardło: „Estello“ było prawie równie nie do zniesienia jak „zabawa“, której ode mnie żądano. Wreszcie raczyła odpowiedzieć, a wślad za tem pojawiła się na końcu korytarza świeca, błyszcząca, jak gwiazdka.
Pani Chewiszem kazała jej się zbliżyć, wzięła ze stołu naszyjnik, przyłożyła do jej wysmukłej szyjki, a potem do pięknych kasztanowatych włosów.
— Przyjdzie czas, gdy będzie on twoim, moja droga i możesz się nim cieszyć! A teraz pograj w karty z tym chłopcem!
— Z tym chłopcem! Przecież to prosty chłopiec z kuźni!
Nie zupełnie dobrze słyszałem, co powiedziała pani Chewiszem, ale zdawało mi się, że odpowiedziała:
— Cóż z tego! Możesz mu złamać serce.
— Jaką grę w karty umiesz, mały? — z największem lekceważeniem spytała mię Estella.
— Umiem grać tylko w „Żebraka“, panienko!
— Ograj go — rzekła Estelli pani Chewiszem.
Zasiedliśmy z Estellą przy kartach. Tylko tyle jeszcze zauważyłem, że w tej sali wszystko się już dawno zatrzymało w miejscu podobnie, jak kieszonkowy ścienny zegar. Widziałem, jak pani Chewiszem położyła naszyjnik na to samo miejsce na stole, z którego go wzięła. Podczas gdy Estella rozdawała karty, spojrzałem na stół i widziałem, że leżący na nim pantofelek, niegdyś biały, obecnie żółty, który ani razu nie był w użyciu. Spojrzałem na nogę, dla której był przeznaczony: jedwabna pończocha, niegdyś biała, obecnie żółta, była dziurawa. Na wszystkich przedmiotach znać było takie zaniedbanie, że porównałbym ślubną odzież, okrywającą tę zaschłą postać do stroju śmierci, a długi welon do całunu.
W czasie naszej gry siedziała nieruchomo i wydawała mi się trupem, a zagięcia i zakładki jej ślubnej sukni były pokryte jakby popiołem. Wówczas jeszcze nic nie słyszałem o tem, że zwykle wyjęte z ziemi ciała dawno pogrzebanych ludzi, skoro tylko wyniesie się je na powietrze, rozsypują się natychmiast w proch; później często myślałem, że pani Chewiszem była podobna do takiego trupa i należało ją tylko wynieść na słońce, aby się w proch rozsypała.
— A, ten malec!... Walety nazywa chłopcami! — z lekceważeniem zawołała Estela jeszcze przed ukończeniem pierwszej gry. — A ręce jego takie grube! A buty takie ordynarne!
Nigdy jeszcze nie sądziłem, że można się wstydzić własnych rąk, lecz po tym wykrzykniku ukazały mi się one w innem świetle. Pogarda jej dla nich sprawiła na mnie tak silne wrażenie, że i ja zacząłem niemi pogardzać.
Wygrała, na mnie przyszła kolej rozdawać. Rozdałem, jak należało, choć doskonale wiedziałem, że śledzi mnie, czy nie rozdam fałszywie. Za to nazwała mię głupim, niezgrabnym malcem.
— Dlaczego nic na nią nie powiesz — spytała mię pani Chewiszem. — Nagadała ci tyle niegrzeczności, a tyś do tej chwili nic na nią nie powiedział. Co myślisz o niej?
— Nie chciałbym mówić tego — odpowiedziałem zmieszany.
— Powiedz mi do ucha — rzekła, schylając się ku mnie.
— Myślę, że bardzo harda — szepnąłem.
— Jeszcze co?
— Ze bardzo piękna.
— A dalej?
— Zuchwała (Estella rzuciła na mnie wzrokiem żywej niechęci).
— A więcej?
— Chciałbym iść do domu.
— I nigdy więcej nie widzieć jej, chociaż jest tak piękną.
— Nie mogę powiedzieć wprost, że nie chciałbym jej nigdy widzieć, ale chciałbym iść już do domu.
— Już wnet pójdziesz. — Dokończ najpierw gry.
Jeślibym chwilę przedtem nie widział uśmiechu na jej twarzy, myślałbym, że pani straciła władzę uśmiechania się. Rysy jej jakby zastygły w natężonym i zamyślonym wyrazie i zdawało się, że nic więcej nie mogło ich ożywić od tego dnia, gdy wszystko wokoło się zatrzymało. Pierś jej zapadła, plecy zgarbiły się, głos stracił dźwięk i zmienił się w chrapliwy szept; wszystko w niej ugięło się pod jakimś ciężkim, nagle godzącym w nią, ciosem.
Kończyłem grę z Estellą — która znów wygrała; rzuciła karty na stół, gdy wszystkie przeszły w jej ręce, jakby brzydziła się niemi dlatego, że przeszły do niej z mych grubych rąk.
— Kiedy masz przyjść tu znowu? — rzekła pani Chewiszem. — Zaraz pomyślę.
Już miałem jej przypomnieć, że dziś środa:, ale nakazała mi milczenie niecierpliwem poruszeniem palców prawej ręki.
— Cicho! Cicho! Nie wiem nic o dniach waszego tygodnia; nie wiem nic o tygodniach w roku. Przyjdź tu znowu za sześć dni. Słyszysz?
— Tak, pani!
— Estello, sprowadź go na dół! Daj mu co do jedzenia i niech się pobawi na podwórzu, póki będzie jadł. Możesz iść, Pip!
Postępowałem za świecą w dół tak, jak szedłem za nią do góry. Estella postawiła ją na to samo miejsce, skąd wzięła. Póki nie otworzyła drzwi bocznych, wyobrażałem sobie, że to już noc. Zrazu, gdym wyszedł, oślepiło mię dzienne światło, co było naturalnem następstwem tego, że kilka godzin przebyłem w ciemnej sali, oświeconej woskowemi świecami.
— Chodź tu chłopcze — rzekła Estella, wychodząc i zamykając za sobą drzwi.
Cieszyłem się, że zostałem sam na podwórzu i zacząłem oglądać swe grube ręce i ordynarne buty. Miałem o nich niezbyt dobre wyobrażenie. Przedtem nigdy nie zasmucały mię, teraz było mi przykro patrzyć na nie, jako na dowód mego nizkiego pochodzenia. Postanowiłem spytać Józefa, dlaczego nauczył mię nazywać obrazki na kartach chłopcami a nie waletami. Pragnąłem, aby Józef był lepiej wychowany, bo wówczas i ja byłbym lepiej wychowany.
Powróciła wkrótce i przyniosła ze sobą chleba, mięsa i niewielki kubek piwa. Postawiła kubek na kamieniu a chleb z mięsem wsunęła mi w ręce, nie patrząc na mnie i z takim wyrazem, jakbym był jej nielubianym psem. Czułem się tak poniżony, przybity, przygnębiony, było mi tak gorzko, że nie wiem doprawdy, jakich słów użyć do jaśniejszego przedstawienia swych uczuć... Bogu tylko wiadomo... Łzy pokazały się w mych oczach. I w tej chwili dziewczynka z nieukrywanym tryumfem popatrzyła na mnie, czując, że stała się głównym powodem mego rozgoryczenia. To dodało mi siły do stłumienia ich i spojrzenia na nic; popatrzyła na mnie pogardliwie, jakby chciała wyrazić, że wie dobrze, iż mię upokorzyła i odeszła.
Jak tylko znikła, oglądnąłem się dookoła, szukając miejsca, gdzie mógłbym się ukryć; schowałem się za drzwi browaru; oparłszy rękę o ścianę, położyłem na niej głowę i zapłakałem. Płakałem, równocześnie uderzając nogą o ścianę i rwąc sobie włosy. Uczucia moje były tak gorzkie i obraza tak silna! Sposób wychowania siostry uczynił mię wrażliwym. W tym maleńkim światku, w którym dzieci się obracają, przy jakiemkolwiek wychowaniu, niczego tak nie odczuwają, niczego tak bardzo nie biorą do serca, jak niesprawiedliwości. Nie chodzi o to, jak wielką będzie niesprawiedliwość, wyrządzona dziecku; dziecko małe i świat otaczający je mały i nic w tem dziwnego, że jego niewielki koń na biegunach wydaje mu się tak wielkim, jak grubokościsty koń irlandzki. Co do mnie, będąc od najwcześniejszej młodości pastwą ciągłej krzywdy, dawno zrozumiałem, że siostra moja, kobieta usposobienia kapryśnego i burzliwego, niesprawiedliwie obchodzi się ze mną. Kryłem w swej duszy głębokie przekonanie, że choć wychowywała mnie „ręką“, przecież nie miała prawa wychowywać mnie „pięścią“. Różne kary, polegające na tem, że ze mną nie mówili, pozbawiali mnie pokarmu i snu, bili, wzmacniały we mnie jeszcze to przekonanie i ponieważ wszystkie swe myśli musiałem głęboko taić w swej duszy, samotnie się nad niemi zastanawiać, stawałem się coraz bardziej skrytym i rozdrażnionym.
Nareszcie obtarłem twarz rękawem i wyszedłem z browaru. Zjadłem chleb i mięso, wypiłem piwo, co mię rozgrzało i rozweseliło tak, że zapragnąłem obeznać się z otaczającem mnie miejscem.
Wszystko tu było opuszczone i zaniedbane, aż do gołębnika, który rozpadł się pod wpływem wiatru. Gołębi nie było w gołębniku, jak nie było koni w stajni, świń w chlewie, słodu w spichrzu i zapachu ziarna i piwa w kadziach do fermentacyi. Wszystko to znikło z browaru z ostatnim kłębem dymu, ulatującym z komina. Całe sąsiednie podwórze było zarzucone pustemi beczkami, niby ponurem wspomnieniem minionych niegdyś lepszych dni. Z beczek tchnął taki kwaśny zapach, że absolutnie nie przypominał piwa.
Na najdalszym końcu browaru znajdował się sad, otoczony dokoła starym murem; mur był tak niewysoki, że bez wielkiego trudu wydrapałem się nań i dość długo zatrzymałem się na nim. Zauważyłem, iż sad ten należał do domu i był zaniedbany i zarosły chwastami; gdzieniegdzie widniały zielone i żółte ścieżki, po których widocznie ktoś biegał... i rzeczywiście ujrzałem Estellę, biegającą po nich. Widać, że wolno było chodzić wszędzie. Kiedym się skusił do spaceru po beczkach, spostrzegłem, że i ona chodzi po nich z drugiej strony podwórza. Stała zwrócona plecami do mnie, podtrzymując rękami swe cudne, kasztanowate włosy, wreszcie, ani razu nie oglądnąwszy się na mnie, znikła. Po chwili mignęła jeszcze w samym browarze. Myślę tu o wielkiej i głębokiej przestrzeni, gdzie warzono zwykle piwo i gdzie znajdowały się wszystkie niezbędne do tego przyrządy. Gdym po raz pierwszy wszedł tu i uderzony ponurym wyglądem tego miejsca zatrzymałem się przy drzwiach, widziałem jak dziewczynka przeszła między wygasłemi ogniskami i wbiegła po kilku małych żelaznych schodkach na górną galeryę, jakby wznosząc się do nieba.
W tem samem miejscu i w tej samej chwili przedstawił się mej wyobraźni dziwny widok. To, co wówczas wydawało mi się dziwnem, po kilku latach wydało mi się jeszcze dziwniejszem. Odwróciłem oczy, oślepione jasnem światłem, wpadającem z góry; spojrzałem na wielką belkę w ciemnym kącie browaru na prawo ode mnie i ujrzałem jakąś postać powieszoną za szyję.
Postać ta była w zżółkłej od starości niegdyś białej sukni z pantofelkiem na jednej tylko nodze; wisiała tak, że mogłem dokładnie rozróżnić spłowiała koronki jej sukni, przysypane ziemistym prochem i twarz pani Chewiszem, drgającą tak, jakby chciała nią przyzwać. Ze strachem patrzyłem na tę postać, bo byłem; przekonany, że chwilę przedtem jej tu nie było; zrazu odskoczyłem od niej, potem zacząłem się zbliżać, a strach mój jeszcze się zwiększył, gdy spostrzegłem, że postać znikła bez śladu.
Gdy znowu ujrzałem wyiskrzone, mroźne niebo, ludzi przechodzących obok sztachet, oddzielających podwórze od ulicy i gdy zjadłem resztę chleba i mięsa i dopiłem piwa, przyszedłem cokolwiek do siebie. Uspokoiłem się ostatecznie, gdym zobaczył Estellę, zbliżającą się z kluczami, aby mnie wypuścić. Wyobraziłem sobie bowiem, z jakąby wzgardą mię traktowała, gdyby spostrzegła mój przestrach, postarałem się więc nie dostarczać jej tej przyjemności.
Przechodząc z tryumfem popatrzyła na mnie, jakby się cieszyła, że mam grube ręce i ordynarne buty; otworzyła furtkę i zatrzymała się przy niej. Wyszedłem, nie spojrzawszy na nią, ale ona uderzyła mię po plecach i spytała:
— Czemu nie płaczesz?
— Bo nie chcę.
— Choć nie chcesz, płaczesz — odpowiedziała. — I płakałeś tak, żeś ledwo nie oślepł a i teraz o mało nie płaczesz.
Pogardliwie zaśmiała się i wypchnęła mię za drzwiczki. Poszedłem wprost do pana Pembelczuka i bardzom się ucieszył, że nie było go w domu. Poprosiłem pomocnika, by mu oznajmił, kiedy pani Chewiszem kazała mi przyjść znowu, poczem udałem się pieszo do domu, który leżał o cztery mile od miasta. Przez cały czas, rozmyślałem o tem, com widział i głęboko martwiłem się, że jestem prostym rzemieślniczym chłopcem, że mam grube ręce i ordynarne buty, że miałem brzydkie przyzwyczajenie nazywania waletów chłopcami, że jestem większy nieuk, niż sądziłem dotychczas i że stanowisko moje wogóle najniższe i najgorsze.






Rozdział IX.

Gdym wrócił do domu, siostra, chciwa poznania wszystkiego, co się tyczyło pani Chewiszem, zarzuciła mnie mnóstwem pytań. Odpowiedzi moje były tak nieprawdopodobne, że posypały się na mnie kopnięcia i szturchańce w kark, plecy; koniec końców w najbardziej obcesowy sposób uderzyła mię głową o ścianę. Myślałem, że jeżeli opiszę panią Chewiszem tak, jak widziałem, nikt nie da mi wiary. Czułem, że niktby pani Chewiszem nie zrozumiał, bo i dla mnie samego była niepojętą. Byłoby z mej strony niepięknie i niehonorowo opowiadać o niej i o Estelli i zdawać je na sąd pani Józefowej, odpowiadałem tedy krótko i za to znowu uderzano mię głową o ścianę.
Największe jednak męki czekały mię od chwili, gdy na herbatę przyjechał na swym wózku stary, nieznośny Pembelczuk, dręczony chęcią wybadania, com widział i słyszał. Widok tego kata z rybiemi oczami, otwartemi ustami i włosami piaskowego koloru, sterczącemi do góry i wspomnienia jego arytmetycznych wykładów skłoniły mię do tem upartszego milczenia.
— No, malcze — zaczął wuj Pembelczuk. — Jak spędziłeś czas w mieście?
— Bardzo dobrze, panie!
— Bardzo dobrze?! — Bardzo dobrze, to nie odpowiedź. Co właściwie, mały, rozumiesz przez swoje „bardzo dobrze?“
Upomnienie, zwrócone w głowę, poruszyło wszystkie ośrodki mego mózgu, rządzące uporem i postanowiłem nie ustępować przed niczem i obstawiać przy swojem do końca. Myślałem parę minut a potem odpowiedziałem, jakbym odkrył nikomu nie znaną prawdę:
— Bardzo dobrze, to znaczy według mnie, bardzo dobrze.
Siostra z żywym okrzykiem zniecierpliwienia już miała wpaść na mnie, — bronić nie miał mnie kto, bo Józef pracował w kuźni — gdy pan Pembelczuk zatrzymał ją słowami:
— Nie! Nie unoś się pani napróżno. Pozostaw mi tego chłopca! Pozostaw mi tego chłopca!
Mówiąc to, przyciągnął mię do siebie, jakby zamierzając strzydz mi włosy i rzekł:
— Po pierwsze (aby doprowadzić nasze myśli do ładu) czterdzieści trzy pensy?
Obliczywszy najpierw, jakieby były następstwa, gdybym odpowiedział „czterysta funtów“, doszedłem do przekonania, że nie byłyby zbyt przyjemne dla mnie, podałem więc przybliżoną sumę z pomyłką o ośm pensów. Pan Pembelczuk polecił mi powtórzyć tabliczkę mnożenia, zaczynając od „dwanaście pensów — trzy szylingi i cztery pensy“, a wreszcie zapytał z tryumfującym wyrazem:
— No! Czterdzieści trzy pensy?
Na co po dość długiem milczeniu odpowiedziałem:
— Nie wiem! — Wszystko to tak mię znużyło, że sam zaczynałem wątpić, czy wiem cokolwiek.
Chociaż wszelkiemi siłami starał się pan Pembelczuk otrzymać odemnie należytą odpowiedź, nie udało mu się to i rzekł:
— Czy według ciebie czterdzieści trzy pensy będzie siedm szylingów, sześć pensów i trzy fartingi?
— Tak! — odpowiedziałem.
Siostra szarpnęła mię za ucho, ale cieszyłem się, że odpowiedź moja pomieszała jego plany i wprawiła go w osłupienie.
— Chłopcze! Jak wyglądała pani Chewiszem? — zaczął pan Pembelczuk, przychodząc cokolwiek do siebie i znowu wracając do swego poprzedniego systemu.
— Bardzo wysoka i czarna.
— Czy to prawda wuju? — zapytała siostra.
Pan Pembelczuk twierdząco kiwnął głową, z czego poznałem, że nigdy nie widział pani Chewiszem, która wcale nie była podobną do mego opisu.
— Dobrze — rzekł pan Pembelczuk. — (Weszliśmy na dobrą drogę. Doczekamy się odpowiedzi od niego.)
— Rozumie się, wuju — odpowiedziała pani Józefowa. — Chciałabym, aby zawsze zostawał pod pańskiem kierownictwem. Pan tak dobrze dajesz sobie z nim rady.
— No, chłopcze! Co robiła, gdyś przyszedł do niej?
— Siedziała w czarnej, aksamitnej karecie.
Pan Pembelczuk i pani Józefowa popatrzyli na siebie i razem powtórzyli:
— W czarnej, aksamitnej karecie.
— Tak — rzekłem. — A panna Estella — jej krewna, jak myślę — podawała jej na złotym półmisku pieczywo i wino przez okno karety. I nam wszystkim też podawano pieczywo i wino na złotych talerzach. Ody je wziąłem, kazała mi usiąść na stopniach karety i jeść.
— A był tam kto — jeszcze?
— Cztery psy.
— Wielkie, czy małe?
— Ogromne. Biły się one o cielęce kotlety, które podawano im w srebrnym koszyku.
Pan Pembelczuk i pani Józefowa z większem jeszcze zdziwieniem popatrzyli na siebie. Kłamałem bezczelnie, jak świadek, którego badają na torturach i za nic nie powiedziałbym nic innego.
— Gdzież stała ta kareta, dlaboga? — spytała siostra.
— W pokoju pani Chewiszem.
— Ale koni nie było.
Wczas się spostrzegłem i dodałem tę uwagę, bo w mej wyobraźni przedstawiły się rasowe rumaki, w bogatej uprzęży, które zaprzęgałem do czarnej karety.
— Czyż to wszystko możliwe, wuju, co opowiada ten malec?
— Powiem pani tyle! Mam to przekonanie, że to był fotel na kółkach. Ona taka słaba, wiesz pani... taka słaba... i całe dni spędza w fotelu.
— Widział ją wuj kiedy w tym fotelu?
— Jakże mogłem ją widzieć — rzekł pan Pembelczuk, zmuszony wyznać prawdę, — kiedym jej nigdy w życiu nie widział? Na oczy nie widziałem!
— Mój Boże! Przecież mówiłeś z nią!
— Czyż nie wiesz pani, że kiedym był u niej, przyprowadzili mnie do drzwi na pół otwartych i rozmawiała ze mną z pokoju. No, teraz się dowiemy, jak ją chłopiec zabawiał. Jakżeście się tam bawili?
— Bawiliśmy się chorągiewkami.
— Chorągiewkami?
— Tak! Estella machała niebieską chorągiewką, ja czerwoną, a pani Chewiszem machała z okna karety chorągiewką, usianą maleńkiemi złotemi gwiazdkami. Potem wszyscyśmy zaczęli machać szpadami i krzyczeć: hurra!
— Szpadami? — powtórzyła siostra. — Skąd wzięliście szpady?
— Z bufetu — odpowiedziałem. — Widziałem tam pistolety, marmoladę... pigułki... W pokoju niema zupełnie światła dziennego i palą się woskowe świece.
— To prawda, pani! — rzekł pan Pembelczuk poważnym głosem. — Tak jest istotnie, sam to widziałem.
Tu oboje spoglądali na mnie, a ja ze swej strony nadałem swej twarzy dobroduszny wyraz, patrzyłem na nich i jakby od niechcenia poprawiałem spodnie prawą ręką. Gdyby zadali mi jeszcze parę pytań, bez wątpienia zdradziłbym się, choć już ułożyłem całą historyę o balonie, niezupełnie tylko byłem zdecydowany, co lepiej wybrać do opowiadania — czy to zjawisko, czy niedźwiedzia w browarze. Na szczęście byli tak zajęci widzianymi i opowiedzianymi przezemnie cudami, że skorzystałem z dogodnej sposobności i wymknąłem się czemprędzej. Wciąż jeszcze mówili o tem, gdy Józef skończył swą pracę i przyszedł wypić szklankę herbaty. Siostra raczej dla własnego uspokojenia, aniżeli z chęci przypodobania się Józefowi, opowiedziała mu wszystko, co słyszała odemnie.
Gdym nań spojrzał, jak otworzył szeroko swe błękitne oczy i z niemożliwem do opisania zdziwieniem oglądał się po kuchni, poczułem natychmiast straszne wyrzuty sumienia... nie tylko ze względu na niego, ale także i ze względu na nich. Nazywałem się w myśli małym potworem, a oni tymczasem spierali się o to, jaki będzie dla mnie wynik mej znajomości z panią Chewiszem i jej stosunek do mnie. Nie wątpili zupełnie, że zrobi coś dla mnie; chodziło tylko o to, czem będzie to „coś“. Siostra twierdziła, że będzie to „majątek“. Pan Pembelczuk skłaniał się bardziej ku temu, że będzie to „dobre wynagrodzenie“, które da mi możność wstąpienia w charakterze ucznia do jakiegoś handlu... np. handlu zbożem i nasionami. Józef ściągnął na siebie najgłębsze niezadowolenie obojga uwagą, że najwspanialszym podarkiem, który może mi zrobi, będzie jeden z psów, walczących o kotlet cielęcy.
— Czy twoja głupia głowa nie może nic mędrszego wymyśleć? — oburzała się siostra, — jeśli masz robotę, zabieraj się i ruszaj do pracy.
Józef naturalnie poszedł.
Kiedy pan Pembelczuk wyjechał a siostra zajęła się zmywaniem, ukradkiem wymknąłem się do kuźni do Józefa i pozostawałem tam do chwili, gdy zamierzał udać się na spoczynek. Wtedy rzekłem doń:
— Póki jeszcze pali się ogień, chciałbym ci coś powiedzieć.
— Powiedzieć, Pip! — rzekł, niosąc swe krzesło do ognia. — Mów... o co chodzi?
— Czy przypominasz sobie, co mówiłem o pani Chewiszem?
— Przypominam? Wierzę ci... cuda i tyle!
— Ach, jak to przykro, Józefie! To wszystko nieprawda.
— Wszystko, coś opowiadał? — zawołał z najwyższem zdziwieniem Józef, opierając się na poręczy krzesła. — Czy chcesz powiedzieć, że to...
— Tak, chcę... tak, to było kłamstwo!
— Ale nie wszystko! Nie chcesz powiedzieć, że nie było karety z... czar... nego... aksamitu? — Stałem i przeczyłem głową. — Ale były tam psy? No, — mówił Józef starając się mnie przekonać — no, jeśli nie było cielęcych kotletów, to psy już z pewnością były?
— Nie, Józefie!
— Jeden pies? — ciągnął Józef. — Szczeniak?
— Nie, psów zupełnie nie było. Popatrzyłem na niego beznadziejnie... Józef spojrzał na mnie z przerażeniem.
— Pip, przyjacielu! To nie może być, stary towarzyszu! Mówię ci... Coś chciał przez to osiągnąć?...
— Przykro, Józiu! Nieprawdaż?
— Przykro! — zawołał Józef. — Dziwne to! Jakiż zły duch cię opętał?
— Nie wiem, Józiu! Chciałbym, żebyś nie uczył mię nazywania waletów chłopcami. Chciałbym, aby buty moje nie były tak ordynarne a ręce tak grube.
Opowiedziałem Józefowi, że czuję się bardzo nieszczęśliwymi, że nie mogłem opowiedzieć wszystkiego pani Józefowej i panu Pembelczukowi dlatego, bo oni zawsze szorstko się ze mną obchodzą; że u pani Chewiszem, żyje piękna panienka, strasznie harda, która mówiła mi, żem prosty chłopiec. Ja sam to wiem a nie chciałbym być prostym chłopcem i dlatego prawdopodobnie kłamałem, choć nie wiem, po co kłamałem.
Była to prawdziwa metafizyka, w której Józefowi równie trudno było się rozeznać, jak i mnie. Nie mniej jednak Józef wygrzebał się z otchłani metafizyki i uporał się z jej trudnościami.
— Z tego wszystkiego, Pip, jedno tylko pewne — rzekł po krótkiem rozmyślaniu — a mianowicie to, że kłamstwo jest kłamstwem! Dla jakichkolwiekby względów człowiek kłamał, nie powinien kłamać; wszystko to pochodzi od ojca fałszu i do niego wraca. Nigdy nie kłam więcej, Pip! Tą drogą nie wydobędziesz się z prostego stanu, mój przyjacielu! Co się tyczy tego, że jesteś prostym chłopcem, tego dokładnie nie rozumiem. Nie jesteś tak zupełnie prostymi w wielu rzeczach. Prawda, żeś bardzo mały, ale za to niezwykle uczony.
— Ach nie, Józiu, jestem taki nieuk.
— Przypomnij sobie, jakiś list napisał do mnie wczoraj wieczorem! Drukowanemi literami!... Widziałem: wiele pism... O, widziałem pisma dżentelmenów!... Mogę cię zapewnić, że żaden z nich nie pisał drukowanemi literami.
— Prawie nic nie uczyłem się! Za dobrze myślisz o mnie... ot i tyle.
— Dobrze, Pip, — rzekł Józef — tak, czy nie, przypuśćmy, że jesteś zwyczajnym uczniem, ale możesz przecież być i niezwyczajnym uczniem! Ot i król siedzi na tronie z koroną na głowie, a nie mógłby pisać dokumentów w parlamencie, gdyby nie zaczął uczyć się z elementarza, gdy był jeszcze zwyczajnym księciem... Tak — ciągnął Józef, kiwając głową — zaczął od A, aż doszedł do ostatniej litery. A ja wiem, co to za sztuka, choć sami nigdy się nią nie zajmowałem.
W tem mądrem orzeczeniu była pewna nadzieja dla mnie i dlatego trochę uspokoiłem się.
— Co się nas tyczy, prostych rzemieślników i robotników — mówił Józef z zamyśleniem — lepiej nam przyjaźnić się z takimi samymi prostymi, jak jesteśmy i nie wdawać się z ludźmi, stojącymi wyżej nas... Ach, tak... przypominam sobie... chorągiewki były?
— Nie!
— Szkoda, że nie było chorągiewek, Pip! Ale czy były, czy nie było ich, jest to rzecz tego rodzaju, że lepiej już nie mów o tem swej siostrze... trudno! Mówić o tem nie należy, choćby dlatego, żeś zrobił to bez złego zamiaru. Posłuchaj Pip, co ci powiem, jako prawdziwy przyjaciel. Tylko prawdziwy przyjaciel może tak mówić z tobą... Tylko prostą drogą wybijesz się z pośród ludzi, krzywą nigdy. Tak, Pip, nie trzeba kłamać, i tylko wtedy żyć będziesz spokojnie i umrzesz szczęśliwy.
— Ale nie gniewasz się na mnie, Józiu?
— Nie, przyjacielu! Co się zaś tyczy tego, żeś tak brzydko ich oszukał... nagadał im o cielęcych kotletach i psach... radzę ci szczerze, Pip, abyś dobrze nad wszystkiem pomyślał i pomodlił się, kiedy pójdziesz do siebie na górę... To wszystko, przyjacielu! Nigdy więcej nie czyń tego.
Gdy udałem się do małej izdebki, pomodliłem się i rozmyślałem o radzie Józefa, byłem w bardzo przykrem usposobieniu; długo jeszcze po ułożeniu się do snu; myślałem o tem, jak źle wychowanym wydałby się Estelli kowal Józef, ze swymi wielkimi butami i grubemi rękami. Myślałem o tem, że Józef i moja siostra siedzą zawsze w kuchni i że ja zawsze z kuchni idę spać, a pani Chewiszem i Estella nigdy nie siedzą w kuchni i stoją znacznie wyżej ponad takie rzeczy. I zasnąłem, przypominając sobie, com robił u pani Chewiszem. Można było myśleć, że przebyłem tam tygodnie i miesiące, a to trwało zaledwie parę godzin; że to były wypadki z dawniejszych a nie dzisiejszych czasów.
Był to pamiętny dla mnie dzień i wywołał we mnie wielką zmianę. Niejednemu się to w życiu przydarza. Gdybyśmy mogli wymazać taki dzień ze swego życia — jak bardzo zmieniłby się bieg jego! Zatrzymaj się, czytelniku, na chwilę i pomyśl o długim łańcuchu z żelaza i złota, z cierni i kwiatów, któryby cię nigdy nie oplątał, gdybyś nie dał utworzyć się jego pierwszemu ogniwu w tym pamiętnym dniu.






Rozdział X.

Następnego ranka, a może nawet po dwóch dniach przyszła mi świetna myśl, że najlepszym środkiem, aby się stać niezwykłym człowiekiem, będzie nauczyć się u Biddi wszystkiego, co umie. Pragnąc jak najprędzej przystąpić do spełnienia swej myśli, tego samego wieczoru, kiedym przyszedł do pana Uopsela, zawiadomiłem Biddi, że mam specyalne powody wcześniejszego wstąpienia w życie i dlatego bardzo mię zobowiąże, jeśli nauczy mnie tego wszystkiego, co sama umie. Biddi, dziewczynka nadzwyczaj usłużna, natychmiast zgodziła się na moją prośbę i w pięć minut przystąpiła do jej spełnienia.
System, czyli kurs nauki, ułożony przez ciotkę pana Uopsela, polegał na tem, że uczniowie jedli jabłka i wkładali sobie wzajemnie słomki za kołnierz dopóty, dopóki ciotka pana Uopsela, zebrawszy wreszcie całą swą energię, nie zmyła im głowy z pomocą brzozowej rózgi. Uczniowie żartami przyjmowali jej rozkaz, stawali rzędem i podawali z rąk do rąk zupełnie zniszczoną książkę. W niej był alfabet, z kilkoma obrazkami, wzorami i sylabami, a raczej wszystko to było w niej niegdyś. Skoro tylko zaczynała kursować ta książka, ciotka pana Uopsela wpadała w obojętne usposobienie, będące następstwem sennego lub reumatycznego paroksyzmu. Uczniowie wówczas przystępowali do wypróbowania swych butów, pragnąc rozstrzygnąć kwestyę, który z nich silniej nastąpi drugiemu na palce. To pełne myśli ćwiczenie ciągnęło się tak długo, póki nie nadbiegła Biddi z trzema staremi, potłuszczonemi bibliami, które gdzieniegdzie mniej czytelnie były drukowane, aniżeli wiele bibliograficznych rzadkości, jakie później poznałem. Były w strzępach i całe pokryte rdzawemi plamami, a wewnątrz między kartkami widniały ślady licznych owadów. Tę część kursu cechowały zwykle oddzielne i pojedyncze starcia Biddi z niektórymi uczniami. Gdy się wszystko uspokoiło i zapanowała cisza, Biddi wskazywała którąś ze stronic i wszyscy, chcąc się wzajemnie przekrzyczeć, czytali chórem. Był to straszny chór, Biddi dyrygowała nami wysokim, monotonnym głosem, a nikt z nas nie rozumiał i nie interesował się tem, cośmy czytali. Po pewnym czasie okropny nasz wrzask budził ciotkę pana Uopsela; zrywała się nagle i chwytała któregoś z uczniów za uszy. Było to dla nas znakiem, że dzisiejsza lekcya skończona, wydostawaliśmy się na wolność z głośnymi okrzykami radości z powodu odniesionego, duchowego zwycięstwa. Należy również dodać, że nie wzbraniano także uczyć się pisania na tabliczkach lub z pomocą atramentu; ale nie tak to łatwo było wyuczyć się tej gałęzi wiedzy w czasie zimy z tego powodu, że mała mleczarnia, w której mieściła się szkoła, pokój gościnny i sypialnia ciotki pana Uopsela, była oświetlona tylko jedną łojową świeczką, silnie kopcącą z braku szczypców.
Zdawało mi się, że w takich warunkach wiele czasu minie, zanim stanę się człowiekiem niezwyczajnym; niemniej jednak zdecydowałem się zacząć naukę, a Biddi tego samego wieczoru nauczyła mnie ku obopólnemu zadowoleniu niektórych wiadomości z małego cennika, odnoszących się do cukru, potem kazała mi przepisać w domu wielką angielską literę D, którą przepisała z nagłówka gazety, a którą brałem za rysunek sprzączki lub czegoś w tym rodzaju.
We wsi naszej była gospoda. Zachodził do niej niekiedy Józef, aby wypalić fajkę. Siostra poleciła mi wstępować po niego, ile razy będę wracał ze szkoły, pod grozą własnej odpowiedzialności i przyprowadzać go do domu. Wyszedłszy ze szkoły udałem się wprost do „Trzech Wesołych Żeglarzy“.
W gospodzie, na ścianie, przy samych drzwiach wisiała deska cała zapisana cyframi w długich kolumnach, których nigdy nie wypłacano. Wisiała tu od czasu, jak zapamiętam, a liczba cyfr wciąż wzrastała. Trzeba wsponieć, że okolica nasza obfitowała w kredę, wskutek czego ludzie korzystali z niej przy każdej dogodnej sposobności.
Była to sobota i gospodarz z niezadowoleniem spoglądał na zamazaną kolumnami deskę; ale ponieważ mnie to mało obchodziło, życzyłem mu dobrego wieczoru i poszedłem do ogólnej izby na końcu korytarza. Płonął tu żywy ogień. Wszedłszy ujrzałem Józefa, palącego fajkę, w towarzystwie pana Uopsela, i jakiegoś nieznajomego. Józef przywitał mię według zwyczaju słowami:
— A-a, przyjaciel Pip!
Słysząc te słowa, nieznajomy zwrócił ku mnie głowę i badawczo popatrzył na mnie.
Nigdy jeszcze nie widziałem takiego tajemniczego człowieka, jak on. Głowa jego przechylała się na bok a jedno oko przymykało, jakby celował z niewidzialnej broni. Wyjął fajkę z ust i powoli wypuszczając dym i nie odrywając ode mnie oczu, kiwnął mi głową. Ja również kiwnąłem mu głową, wówczas on znowu kiwnął i usunął się, abym mógł siąść tuż obok.
Ponieważ jednak przywykłem zawsze siedzieć obok Józefa, rzekłem mu: — „dziękuję Panu!“ — przeszedłem na przeciwną stronę i usiadłem obok Józefa. Nieznajomy popatrzył na Józefa i widząc, że ten zajęty rozmową, znowu kiwnął mi głową i tak dziwnie potarł swe kolano, że wprawił mię w osłupienie.
— Pan, zdaje się, — mówiłeś — rzekł nieznajomy, zwracając się do Józefa — że jesteś kowalem?
— Tak...
— Nie chciałby się pan czego napić, Panie...? Nie powiedział mi pan swego nazwiska.
Józef wymienił je, a — nieznajomy znów zwrócił się do niego.
— Nie chciałby się pan czego napić, panie Hardżeri?... Na mój rachunek?
— Jeśli mam prawdę rzec, przywykłem pić zawsze na własny koszt i nie lubię pić na cudzy.
— Przywykłeś pan! Ale nie o to chodzi, raz zawsze można, a tem bardziej w sobotę wieczorem. Jakie to głupstwo!... Mów pan proszę, czego pan sobie życzysz?
— No, dla kompanii, proszę,... rumu!
— Rumu? A dżentelmen, pański znajomy, czego sobie życzy?
— Rumu — odpowiedział pan Uopsel.
— Trzy rumy! — zawołał nieznajomy do gospodarza. — Szklaneczki dla wszystkich!
— Ten dżentelmen, którego pan dopiero co zaprosił — rzekł Józef w celu przedstawienia pana Uopsela — to nasz kościelny.
— Aha! — rzekł nieznajomy, kierując oczy na mnie — w tej samotnej świątyni na cmentarzu, na prawo od moczarów?
— W tej samej.
Nieznajomy, nie przestając palić, zamruczał coś przez zęby i wyciągnął nogi na ławce, której nikt prócz niego nie zajmował. Miał on kapelusz z szerokiemi, lekko zagiętemi na dół skrzydłami, głowa zaś była tak okręcona chustką do nosa, że zupełnie nikły pod nią włosy. Spojrzał na ogień i zdawało mi się, że po twarzy jego przebiegł chytry uśmiech, a wargi podniosły się prawie niedostrzegalnie.
Zupełnie nie znam tej miejscowości, ale zdaje mi się, że w kierunku rzeki okolica powinna być pustynna.
— Wszędzie moczary.
— Oczywiście tak być musi. Czy nie włóczą się tu cygani, albo zbiegi, albo też wogóle jacy oberwańcy?
— Nie — odpowiedział Józef — więźniowie tylko i to rzadko. Niezbyt chętnie ich łapiemy. Prawda, panie Uopsel?
Pan Uopsel, wspomniawszy widocznie o swych przygodach owego wieczora, zgodził się z Józefem, ale bez wielkiego zapału.
— Widocznie łapaliście ich kiedyś?
— Tylko raz. Właściwie nie po to chodziliśmy; uczestniczyliśmy, by się przypatrzyć... ja, pan Uopsel i Pip... Prawda, Pip?
— Tak, Józiu!
Nieznajomy znów popatrzył na mnie i przymknął oko, jakby celował we mnie z niewidzialnej strzelby i rzekł:
— Prawdziwy woreczek z kośćmi ten młodzieniec... jak go nazywacie.
— Pip?
— Ochrzczony tak?
— Nie, to nie chrzestne imię.
— Przezwany Pipem?
— Nie — odpowiedział Józef. — W dzieciństwie sam się tak nazwał, no i stąd wszyscy inni zaczęli go tak nazywać.
— Pański syn?
— Nie — rzekł z zadumą Józef — nie dlatego, żeby koniecznie się trzeba było zamyślać nad tą odpowiedzią, ale już takiem było przyzwyczajenie wszystkich gości „Wesołych Żeglarzy“, gdy o czemś rozmawiali z fajką w zębach. — Nie... nie jest moimi synem.
— Krewny?
— Nie — odpowiedział z tem samem zamyśleniem Józef, nie... dlaczego mam pana oszukiwać... nie jest moim krewnym.
— Dlaczego więc, do dyabła, tak się pana trzyma?
Pan Uopsel przyłączył się do rozmowy. Jako człowiek, którego zajęcie obowiązywało z konieczności znać wszystkie genealogiczne związki, w celu rozpoznawania pokrewieństwa między mężczyzną a kobietą, zawierającymi związek małżeński, odrazu objaśnił węzły, łączące mię z Józefem. Objaśnienie swe pan Uopsel zakończył wyjątkiem: z „Ryszarda Trzeciego“, który zadeklamował z niezwykle tragicznym — wyrazem, a zakończył tryumfującemi słowami: — „Tak mówi poeta“.
Muszę tu wspomnieć, że za każdym razem, gdy pan Uopsel zwracał się do mnie, uważał za konieczne wzburzyć me włosy, tak, by spadały mi na oczy. Nie mogę pojąć, dlaczego każdy z obcych, odwiedzających nasz dom, uważał za konieczne wykonać ten nadzwyczaj przykry dla oczy mych proceder. Nie mogę sobie przypomnieć, aby we wczesnem dziedziństwie mojem ktokolwiek z naszego rodzinnego kółka zważał na mnie, natomiast każdy z jego członków musiał mi okazywać wyżej wspomniany znak swej protekcyi.
Nieznajomy w tej chwili patrzył tylko na mnie i to w taki sposób, jakby chciał koniecznie mię zastrzelić. Po tych pytaniach nie mówił nic dopóki nie przyniesiono szklaneczek z rumem i gorącą wodą; wtedy jakby znów chciał do mnie strzelać i to w sposób niezwykły.
Nie zrobił żadnej uwagi głośno, wykonał tylko niemą pantominę widocznie skierowaną pod moim adresem. Patrzył na swój poncz i próbował go, równocześnie z ukosa spoglądając na mnie. Patrzył nań i spróbował go, ale nie łyżeczką lecz pilnikiem.
Zrobił to tak, że nikt tego nie zauważył, następnie wytarł pilnik i schował go do wewnętrznej kieszeni swego surduta. Odrazu poznałem, że to pilnik Józefa i wywnioskowałem stąd, że nieznajomy znał mego więźnia... Spojrzałem nań, otworzywszy usta ze zdziwienia, a on tymczasem znowu rozłożył się na ławce, zrobił minę, że na mnie nie zwraca uwagi i zaczął rozmowę o uprawie brukwi.
Według dawno już utartego w naszej wsi zwyczaju, każdej soboty wieczorem odbywało się u nas szorowanie, co dawało możność mnie i Józefowi odświeżenia się przed rozpoczęciem następnego tygodnia i dozwalało Józefowi być poza domem pół godziny dłużej, niż zwykle. Gdy minęło pół godziny i poncz wypito, Józef wziął mię za rękę i zamierzał wyjść.
— Chwilkę jeszcze, panie Hardżeri! — rzekł nieznajomy. — Przypominam sobie, że mam tu gdzieś w kieszeni nowiutki szyling. Może chłopiec przyjmie.
Wydostał z kieszeni garść drobnych, wyszukał szylinga, zawinął go w papier i podał mi.
— To dla ciebie! — rzekł. — Pamiętaj! Twój własny.
Podziękowałem mu, wpatrzywszy się w niego baczniej, niż na to zezwalała grzeczność, trzymałem przy tem Józefa za rękę. Nieznajomy życzył dobrej nocy Józefowi, potem panu Uopselowi, który wychodził wraz z nami, a mnie mrugnął okiem, a właściwie nie mrugnął, tylko strzelił, przyczem prawie zupełnie je zamknął.
Jeślibym mógł mówić, to po drodze do domu nikt prócz mnie z pewnościąby nie mówił, bo pan Uopsel rozstał się z nami u drzwi „Wesołych Żeglarzy“, a Józef szedł przez całą drogę z otwartemi ustami, aby wywietrzał na świeżem powietrzu zapach rumu. Ja jednak byłem zbyt oszołomiony tem, że mój stary skazaniec a zarazem znajomy znów wydostał się na wolność i o niczem innem nie myślałem.
Siostra była w znośnem usposobieniu, gdyśmy weszli do kuchni; to niezwykłe zdarzenie wprawiło w dobry humor Józefa i opowiedział jej o nowiutkim szylingu.
— Niech mnie powieszą, jeśli nie fałszywy! zawołała pani Józefowa — gdyby to była prawdziwa moneta, nie podarowałby jej chłopcu! Pokaż tu!
Wyjąłem szyling z papieru i okazał się prawdziwym.
— A to co? — zawołała siostra, puszczając szyling i spiesznie chwytając papier, w który był zawinięty. — Dwa funtowe bilety!
Tak, były to ni mniej, ni więcej, jak dwa opatrzone żyrem funtowe bilety, które wędrowały widocznie po wszystkich rynkach bydła w państwie. Józef schwycił kapelusz i Pędem pobiegł do „Wesołych Żeglarzy“, aby zwrócić pieniądze właścicielowi. W oczekiwaniu jego powrotu siedziałem na zwykłem miejscu i patrząc na siostrę, nie widziałem jej, bo rozmyślałem nad tem, że Józef z całą pewnością nieznajomego nie znajdzie.
Józef wkrótce wrócił i oznajmił, że nieznajomego nie było, pozostawił tylko o biletach wiadomość pod „Trzema Wesołymi Żeglarzami“. Siostra wzięła pieniądze, owinęła je w papier, zaniosła do bawialni i położyła pod przyciskiem, zrobionym w kształcie czajnika i napełnionym suszonymi listkami róży. Tu pozostawały przez ciąg wielu dni i męczyły mnie, jak zmora.
Położyłem się, ale źle spałem tej nocy, myśląc wciąż o nieznajomym, który celował do mnie z niewidzialnej broni; o tem, jak źle i haniebnie pozostawać w tajemnych stosunkach z więźniami. A przedtem zupełnie już zapomniałem o oznakach mego nizkiego położenia. Wciąż lękałem się pilnika. Opanowywał mię strach na myśl, że więzień pojawił się w chwili, kiedy najmniej się spodziewałem go zobaczyć. Powoli usnąłem, z myślą o pani Chewiszem i o mej wyprawie do niej w najbliższą środę. We śnie widziałem pilnik, idący ku mnie przez drzwi, przyczem nikt go nie trzymał... Krzyknąłem i obudziłem się.






Rozdział XI.

W dniu oznaczonym udałem się do pani Chewiszem. Na mój dzwonek przy furtce pojawiła się Estella. Podobnie, jak pierwszego razu otworzyła drzwi i wpuściła mię, poczem poszedłem za nią do ciemnego korytarza, gdzie płonęła świeca. Nie zważała na mnie, póki nie wzięła do ręki świecznika; wówczas wracając się, rzekła: „Pójdziesz dziś tędy!“ — i — poprowadziła mię za sobą w drugą stronę domu.
Korytarz był bardzo długi i prowadził widocznie dookoła parteru Manor-Haus. Przeszliśmy tylko jeden bok czworokątu, na końcu którego, Estella zatrzymała się, postawiła świecę na ziemi i otworzyła zamknięte na klucz drzwi. Tu znowu ukazało się światło dzienne i znalazłem się na wybrukowanem podwórzu, na przeciwległej stronie którego stał odosobniony dom, gdzie widocznie mieszkał niegdyś zarządca, czy dyrektor dawnego browaru. Na narożnej ścianie umieszczony zegar, podobnie jak ścienny i kieszonkowy zegarek pani Chewiszem stanął na dziewiątej bez dwudziestu minut.
Przez otwarte drzwi weszliśmy do pokoju z nizkim sufitem, leżącego w tylnej stronie Parteru. W pokoju było całe towarzystwo; Estella rzekła do mnie: — „Chodź tu i poczekaj, aż cię zawołają“. — „Tu“ oznaczało okno; Przeszedłem zatem przez pokój, stanąłem przy oknie i w smutnym nastroju patrzyłem przez nie.
Leżało nizko nad ziemią i wychodziło na najbrzydszy kąt opuszczonego ogrodu z grządkami, na których widać było resztki zgniłej kapusty i drzewo bukowe, dawno już przystrzyżone w formę puddingu; na szczycie tego puddingu wyrosły obecnie nowe pędy o zupełnie innym wyglądzie i kolorze. Można było pomyśleć, że pudding przywarł do formy i przypalił się. Tak dumałem, patrząc na buk. W nocy dzisiejszej spadł śnieg, ale nigdzie go nie było znać, z wyjątkiem tej części sadu; wiatr porywał go i miotał płatki w okno, jakby wyrzucając mi, żem tu przyszedł.
Ze smutkiem myślałem, że pojawienie się moje zepsuło towarzystwu rozmowę i że wszyscy obecni patrzą na mnie. Niczego i nikogo w pokoju nie widziałem, prócz odbicia ognia na szybie; samo jednak przekonanie, że na mnie skierowano uwagę, wystarczało, abym się czuł jak najgorzej.
W pokoju znajdowały się trzy damy i jeden dżentelmen. Stałem zaledwie parę minut przy oknie, mimo to wyrobiłem sobie przekonanie, że wszyscy ci ludzie nędzni i fałszywi i każdy z nich udaje, że nie wie, iż inni są tacy pochlebcy i oszuści, jak on.
Wszyscy z niepewnością czegoś oczekiwali; najbardziej gadatliwa dama ziewała raz po raz z nudów. Dama ta, imieniem — Kamilla, bardzo przypominała moją siostrę z tą tylko różnicą, że była starsza i (jak mi się zdawało, gdym na nią spojrzał) rysy twarzy miała nie tak ostre. Kiedy potem lepiej ją poznałem, przekonałem się, że było to nawet właściwsze, bo ostre rysy niezupełnieby harmonizowały z jej płaską i bladą twarzą.
— Biedaczysko! — mówiła porywczo, jak moja siostra. Nikomu nie szkodzi tylko sobie samemu.
— Nierównie naturalniej byłoby być nieprzyjacielem innych — zauważył dżentelmen.
— Kuzynie Rajmundzie — rzekła druga dama — powinniśmy kochać swych bliźnich.
— Saro Poket — odparł kuzyn Rajmund — — jeśli człowiek nie jest bliźnim1 dla samego siebie, któż jest bliźnim dla niego?
Sara Poket zaśmiała się, Kamilla również się zaśmiała i rzekła: (starając się ukryć ziewanie) — „Ciekawa idea!“
Pomyślałem, że wszystkimi przypadła do smaku ta idea. Trzecia dama, która dotychczas jeszcze nie mówiła, zauważyła: — „To prawda!“
— Biedaczysko! — zaczęła znów Kamilla (czułem, że wszyscy patrzą na mnie w tej chwili) — taki dziwny! Czyż można uwierzyć, że gdy umarła żona Tomasza, nie mógł domyśleć się tego, jak ważną jest rzeczą, by dzieci w tym dniu włożyły grubą żałobę. „Mój Boże — rzekł — jakie znaczenie mieć będzie, Kamillo, czy ten drobiazg będzie w czarnem ubraniu, czy nie?“ Zupełnie jak Mateusz! Także myśl!“
Ma on — szlachetne porywy, szlachetne — rzekł kuzyn Rajmund. — Boże uchowaj, abym mu odmawiał dobrych przymiotów, ale nigdy nie miał i mieć nie będzie pojęcia o tem, co to przyzwoitość.
— Byłam, uważacie, zmuszona — rzekła Kamilla — zmuszona do stanowczości. Powiedziałam mu: „Nie można tak postąpić ze względu na honor rodziny“. Powiedziałam, że brak żałoby da powód do obmowy, ubliżającej rodzinie. Walczyłam od śniadania do obiadu. Wreszcie stracił cierpliwość i zawołał: — „Do dyabła! rób co chcesz!“ Dzięki Bogu było to pewną pociechą dla mnie. Mimo ulewnego deszczu natychmiast udałam się do sklepów i zakupiłam, czego potrzeba.
— Zapłacił za to, czy nie? — spytała Estella.
— Nie chodzi o to, kochane dziecko, kto zapłacił — odpowiedziała Kamilla. — Kupiłam wszystko. Często myślę o tem, gdy zasypiam w nocy i dusza moja napełnia się spokojem.
Gdzieś z dali dał się słyszeć dzwonek a potem krzyk, czy wołanie w korytarzu, którym szliśmy niedawno. Rozmowa przerwała się a Estella rzekła do mnie:
— Pójdziemy, chłopcze!
Obróciłem się, wzrok wszystkich z najwyższą uwagę skierował się na mnie w chwili, gdym wychodził i usłyszałem, jak Sara Poket rzekła:
— O, byłam pewna! Co to jeszcze dalej będzie?
Kamilla zaś z niezadowoleniem dodała:
— Widzieliście takie fantazye? To myśl!
Kiedyśmy szli ze świecą ciemnym korytarzem, Estella nagle zatrzymała się, a oglądnąwszy się dookoła z zaczepną miną pochyliła swą twarz ku mojej.
— No?
— Co, panienko? — spytałem, potknąwszy się i o mało nie wpadłszy na nią.
Stała i patrzyła na mnie a ja na nią.
— Jestem piękna?
— Tak! Zdaje mi się, że bardzo piękna!
— Jestem zuchwała?
— Dziś nie tak, jak przeszłego razu — odpowiedziałem.
— Nie tak?
— Nie.
Zadając ostatnie pytanie, silnie zarumieniła się i nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy nagle z rozmachem uderzyła mię w twarz.
— No? — rzekła. — Cóż teraz myślisz o mnie, ty małe i ordynarne straszydło?
— Nie powiem.
— Dlatego, że chcesz powiedzieć tam na górze? Czy nie?
— Nie — odrzekłem — nie dlatego.
— Dlaczego nie płaczesz, głupcze?
— Dlatego, że nie warto płakać z powodu ciebie, — odpowiedziałem.
Nie wiem, czy kiedy w życiu dawałem kłamliwszą odpowiedź. Wszystko płakało w mej duszy wówczas i poznałem wtedy mękę, której później wielokrotnie z jej powodu doświadczałem.
Doszliśmy do schodów i zaczęliśmy na nie wstępować, gdyśmy ujrzeli jakiegoś pana zstępującego na dół.
— Kto to? — spytał dżentelmen, zatrzymując się i uważnie patrząc na mnie.
— Chłopiec, — odpowiedziała Estella.
Był to człowiek dorodny i niezwykle wysoki z nadzwyczaj wielką głową i odpowiednio wielkiemi rękami. Ujął mię pod brodę i zwrócił mą twarz tak, by lepiej ją obejrzeć przy świecy. Na głowie jego widniała ogromna łysina, czarne szerokie brwi jeżyły się i sterczały, jak szczotka; oczy spoczywały głęboko w orbitach, wygląd ich był bardzo nieprzyjemny, ostry i podejrzliwy. Na kamizelce jego chwiał się gruby łańcuch od zegarka, a twarz usiana była czarnymi punktami w tych miejscach, gdzie powinny były rosnąć broda i bokobrody. Nie przedstawiał dla mnie żadnego znaczenia w tej chwili i nie mogłem przewidzieć, czy kiedykolwiek się z nim zetknę, niemniej jednak, jak zwykle, zauważyłem te szczegóły.
— Czy mieszkasz gdzie w sąsiedztwie? — spytał.
— Tak.
— Jakżeś się tu dostał?
— Pani Chewiszem sama po mnie posłała.
— Tak... Niech ci się powodzi. Jestem człowiekiem doświadczonym i dobrze znam malców. To zły naród, bracie! Uważaj zatem i niech ci się powodzi! — rzekł, grożąc mi wskazującym palcem i chmurząc brwi.
Po tych słowach puścił mój podbródek i poszedł w dół po schodach, z czego byłem bardzo rad, gdyż ręce jego miały silny zapach mydła. Zrazu przemknęła mi myśl, że to był doktór, ale potem zastanowiłem się, że nie może być doktorem, bo jak na doktora miał niedość spokojne i ustalone ruchy. Brakło i czasu na dalszą rozwagę, bośmy prędko przyszli do pokoju pani Chewiszem, gdzie wszystko było takie same, jak za pierwszym razem. Estella pozostawiła mię u drzwi i stałem tam, póki pani Chewiszem mnie nie spostrzegła.
— Tak! — rzekła. — Dni zlały się z wiecznością, czy nie?
— Tak pani! Dziś...
— Nie, nie, nie! — zawołała, niecierpliwie poruszając palcami. — Nie chcę wiedzieć. Przygotowałeś jaką zabawę?
— Myślę, że nie, pani! — odpowiedziałem z pewnem zmieszaniem.
— W karty znowu? — spytała, oglądając się dokoła.
— Tak, jeśli pani sobie życzy?
— Jeśli dom ten w ten sposób działa na ciebie, że stajesz się starym mrukiem — z niecierpliwością oznajmiła pani Chewiszem — nie chcesz grać, to może przynajmniej zechcesz pracować?
Na tę propozycyę mogłem łatwiej i pewniej, niż za pierwszym razem odpowiedzieć, że jestem gotów pracować.
— No, to idź do tej sali naprzeciw — wskazała ręką na drzwi, znajdujące się za mną — i czekaj, póki nie nadejdę.
Przeszedłem wzdłuż schodów do wskazanej sali. Z niej było również usunięte światło dzienne i panował straszny zaduch. Na starodawnym kominku leżały drwa, które się ledwie tliły; cała sala była pełna unoszącego się z nich dymu. Na wysokim kominku stały zapalone kandelabry, słabo oświecające salę, albo mówiąc dokładniej nie oświecające, tylko do pewnego stopnia zmniejszające jej ciemność. Sala była ogromna i prawdopodobnie niegdyś bardzo piękna, ale wszystkie w niej przedmioty pokrywał pył i pleśń. Najpierw wpadł mi w oczy długi stół, zasłany obrusem, jakby wszystko przygotowano do przyjęcia w chwili, gdy zegary i życie w tym domu na zawsze się zatrzymały. W pośrodku stołu ujrzałem jakiś dziwny przedmiot, do tego stopnia pokryty pajęczyną, że w żaden sposób nie można było na pewne rozróżnić jego kształtu; przypatrzywszy się dokładniej temu przedmiotowi, który, jakby czarny grzyb, wyrósł z pośrodka pożółkłego obrusa zobaczyłem pstre pająki z długiemi nogami, żyjące widocznie w tym przedmiocie, jakby we własnym domu, to wchodzące, to wychodzące z niego. Można było pomyśleć, że w społeczeństwie tych pająków zdarzył się dziś wypadek, mający wielkie znaczenie dla wszystkich jego członków.
Trzeba przypuścić, że i wśród myszy zdarzył się także ważny wypadek, dlatego, że zbyt silnie skrobały i biegały za obiciami. Natomiast czarne karakony nie brały żadnego udziału w ogólnem wzburzeniu; pełzały koło komina i zdawało się, że są ślepe i głuche na otoczenie i nie interesują się sobą wzajemnie.
To pełzające prusactwo tak mnie zajęło, że cały się pogrążyłem w obserwowaniu go i dopiero wówczas usłyszałem, że pani Chewiszem weszła do pokoju, gdy mi położyła rękę na ramię. W drugiej ręce trzymała laskę, z zagiętą rączką i oparła się na niej. W tej pozycyi przypominała starą wróżkę.
— Tam oto — rzekła, wskazując laską na długi stół — położą mię, gdy umrę. Przyjdą i będą patrzyli na mnie.
Drgnąłem ze strachu, wyobrażając sobie, że zaraz umrze i że ją położą na stół, gdzie będzie leżała, jak woskowa figura na jarmarku.
— Jak myślisz, co to jest? — spytała znów wskazując laską. — Ot to, pokryte pajęczyną?
— Nie mogę się domyśleć!
— To wielki kołacz. Ślubny kołacz. Mój!
Ponurym wzrokiem powiodła po całej sali a potem silnie oparłszy się na mem ramieniu, rzekła:
— No, prędko! prędko! Prowadź mię, prowadź!
Z tych słów zrozumiałem, że praca moja polegać będzie na oprowadzaniu pani Chewiszem po sali. Ruszyłem naprzód, a pani Chewiszem, oparta na mem ramieniu, szła zrazu takimi krokiem, że mogłem go porównać z drżącym biegiemi wózka pana Pembelczuka.
Ale pani Chewiszem była zbyt słaba i po chwili rzekła:
— Wolniej!
Mimo to szła jeszcze wciąż dość szybkim choć nerwowym krokiem, silnie uciskając me ramię; cały czas poruszała wargami, jakby dając mi poznać, że dlatego idziemy tak prędko, bo myśli jej biegną szybko. Wreszcie rzekła:
— Zawołaj Estellę.
Wyszedłem na schody i zacząłem wołać Estellę, jak za pierwszym razem. Gdy w dali błysnęła jej świeca, wróciłem do pani Chewiszem1 i jak poprzednio zaczęliśmy chodzić wkoło.
Gdyby nawet Estella była widzem naszej wędrówki, to już to samoby mi nie sprawiło przyjemności, a tymczasem przyprowadziła ona z sobą trzy damy i dżentelmena, których widziałem na dole. Nie wiedziałem, gdzie się podziać. Chciałem się zatrzymać, ale pani Chewiszem nacisnęła mi ramię i poszliśmy dalej... Wstydziło mię, że mogą sobie pomyśleć, iż to ja wymyśliłem taką rozrywkę.
— Droga pani Chewiszem! — rzekła pani Sara Poket. — Jak pani dobrze wygląda!
— Nie! — odpowiedziała pani Chewiszem. — Jestem workiem ze żółtej skóry z kośćmi.
Kamillę ucieszyło, że pani Poket dostała taką odpowiedź; z litością rzuciła okiem na Panią Chewiszem i wyszeptała:
— Biedaczka! Gdzie tu wyglądać dobrze! Boże, także myśl!
— Jak wam się powodzi? — spytała pani Chewiszem Kamilli.
W tej chwili zrównaliśmy się z Kamillą chciałem się zatrzymać, ale pani Chewiszem nagliła. Poszliśmy dalej i czułem, że staję się nienawistnym Kamilli.
— Dziękuję pani. Czuję się dobrze, o ile tylko można.
— Cóż jest pani? — niezwykłe ostro spytała pani Chewiszem.
— Nic takiego, o czemby warto było mówić — odpowiedziała Kamilla. — Nie lubię wywnętrzać się ze swemi uczuciami, ale zwykłam po nocach zbyt wiele myśleć o pani, abym mogła sypiać.
— Lepiej zatem o mnie nie myśleć — odrzekła pani Chewiszem.
— Łatwo powiedzieć! — zauważyła Kamilla, wstrzymując płacz; jej oczy były pełne łez a wargi drżały. — Rajmund może zaświadczyć, ile spotrzebowuję w nocy imbiru i wiele razy wącham sole trzeźwiące. Rajmund może zaświadczyć, jakie mam nerwowe drżenie nóg. Nie nowiną dla minie mdlenia i nerwowe drgawki, gdy myślę z trwogą o tych, których kocham. Gdybym była mniej przywiązana i czuła, lepiejbym trawiła i miałabym: żelazne nerwy. Chciałabym, aby tak było. Ale nie pamiętać o pani w nocy!... To dopiero myśl!
Wtedy odgadłem, że Rajmund był mężem Kamilli. Gdy skończyła mówić, uprzejmie i czule rzekł jej:
— Kamillo, moja droga, wszyscy dobrze wiedzą, iż uczucia rodzinne doprowadziły cię do tego, że masz jedną nogę krótszą od drugiej.
— Nie rozumiem — odezwała się poważna dama, której głos tylko raz słyszałem — dlaczego myśleć o kimś to znaczy przypominać swoje do niego urazy.
Pani Sara Poket maleńka, sucha, niemłoda kobieta z pomarszczoną, chudą twarzą, jakby zrobioną z kasztanowej skorupki, z wielkiemi kociemi ustami bez wąsów, odpowiedziała na to:
— Nie! Bez wątpienia, moja droga! Hm!
— Myśleć tak poprostu — rzekła poważna dama.
— Cóż prostszego! — zgodziła się pani Sara Poket.
— O tak, tak! — zawołała Kamilla, której subtelne uczucia od nóg podniosły się do piersi. — To wielka prawda!
— To wada przywiązywać się, ale nic nie mogę na to poradzić. Zdrowie moje byłoby Pewnie lepsze, gdybym zmieniła swój charakter. W tem kryje się powód moich cierpień, ale w tem także znajduję pociechę, kiedy budzę się w nocy.
Tu nastąpił nowy wylew uczuć.
Pani Chewiszem i ja ani na chwilę nie zatrzymywaliśmy się i chodziliśmy wciąż w kółko, to mijając gości, to zostawiając ich za sobą.
— Naprzykład Mateusz! — rzekła Kamila. — On nie uznaje żadnych rodzinnych więzów i nigdy nie odwiedza pani Chewiszem! Padałam w omdleniu na kanapę, rozrywali mi sznurki od gorsetu... Całemi godzinami leżałam tak bez czucia... Głowa moja leżała bezwładnie, włosy były rozpuszczone, a nogi... już doprawdy nie wiem, gdzie były moje nogi.
— Wyżej niż twoja głowa, moja droga — rzekł mąż.
— Godzinami, całemi godzinami pozostawałam w takiem położeniu, a to wszystko z powodu tego wstrętnego, niepojętego zachowania się Mateusza i nikt mi za to nawet „Bóg zapłać“ nie rzekł.
— Nigdy o tem nie myślałam — zauważyła poważna dama.
— Widzisz, moja droga — rzekła pani Sara Poket — cała kwestya w tem, od kogo chciałbyś pani doznać wdzięczności?
— Nie oczekuję żadnej wdzięczności, ani niczego podobnego, całemi godzinami zostawałam w tym stanie i Rajmund może zaświadczyć, do czego dochodziły moje omdlenia; nawet imbir nie działał na mnie. Przeciwnie wszyscy u stroiciela słyszeli, co się ze mną działo, a dzieci jego brały me jęki za gruchanie gołębia... Teraz zaś powiem...
Kamilla schwyciła się ręką za gardło, w którem u niej zaczął się jakiś dziwny proces, mający prawdopodobnie illustrować nowe myśli.
Gdy wspomniano imię Mateusza, pani Chewiszem zatrzymała się i nie spuszczała oczu z mówiącej, co wywarło silny wpływ na Kamillę i odrazu wstrzymało jej gardłowy proces.
— Mateusz przyjdzie, gdy się wszystko skończy — groźnie zawołała pani Chewiszem — i gdy będę leżała na stole! Ot, gdzie będzie jego miejsce — ciągnęła, wskazując laską na stół — u mego wezgłowia! Pani tu! Pani męża tu! Sary Poket tu! A Jerzowej tu! Teraz wszyscy wiecie, gdzie macie stać, gdy będziecie obchodzili moją śmierć. A teraz precz stąd wszyscy!
Wymieniając imiona, wskazywała laską miejsce każdego.
— Prowadź mię, prowadź — rzekła potem i znowu zaczęliśmy chodzić dokoła sali.
— Zdaje się, nic tu więcej nie mamy do roboty! — zawołała Kamilla. — Pozostaje pożegnać się i wyjść. I to coś znaczy, choć przez chwilę widzieć przedmiot swej miłości i wypełnić dług. Zasypiając nocą, będę o tem myślała ze smutnem uczuciem ukojenia. Pragnę z duszy, aby i Mateusz doświadczał takich uczuć, ale on z lekceważeniem traktuje je. Nie lubię wyjawiać swych uczuć, ale okrutne jest twierdzenie, żeśmy zebrali się tu, by obchodzić śmierć... i wyganianie precz... ot, myśl! — niema co mówić.
Kamilla przycisnęła rękę do falującej piersi mąż podbiegł do niej, a ona, czyniąc wysiłek, by nie omdleć, posłała pani Chewiszem ręką pocałunek i wyszła wraz z mężem. Sara Poket i Jerzowa postępowały jedna za drugą — każda z nich chciała zostać — ale pierwsza podeszła ostatnią i tak zręcznie usunęła się na bok, że tamta musiała iść przodem. Wówczas Sara rzekła: — „Niech Bóg panią błogosławi!“ — z pobłażliwym uśmiechem na twarzy o kolorze zmarszczonej skórki kasztanowej.
Póki Estella odprowadzała ich ze świecą, pani Chewiszem spacerowała, wspierając się na mem ramieniu, stopniowo zwalniając chód. Wreszcie zatrzymała się przy kominku, parę chwil patrzyła na ogień i rzekła:
— Dziś moje urodziny, Pipie!
Chciałem życzyć jej wielu jeszcze takich dni, ale nakazała milczenie ruchem swej laski.
— Nie cierpię, gdy się o tem mówi. Nie chcę, ażeby ci, którzy tu byli, czy też ktoś inny mówił o tem. Zawsze w tym dniu przychodzą, ale nigdy nie odważą się wspomnieć o dniu moich urodzin.
I ja również nie wspominałem o nim.
— W tym dniu, jeszcze przed twem urodzeniem, przyniesiona była ta kupa zgnilizny — ciągnęła, wskazując laską na stos pajęczyny, ale nie dotykając go. — Ona i ja razem gniliśmy. Myszy rozgryzły ją, a mnie szarpały jeszcze ostrzejsze zęby, niż u myszy.
Stała, przyciskając koniec laski do serca i patrzyła na stół; była w białej niegdyś, dziś pożółkłej i znoszonej sukni; biały niegdyś obrus także zżółkł i zniszczył się i wszystko było w takim stanie, że zdawało się, że się rozpadnie od najlżejszego dotknięcia.
— Gdy nastąpi zupełny rozkład, położą mię martwą w ślubnej szacie na weselny stół musi to być zrobione i będzie ostatniem dlań przekleństwem — a będzie jeszcze lepiej, jeśli to nastąpi w tym właśnie dniu.
Stała i patrzyła, jakby widziała już swą własną postać, leżącą na stole. Nie ruszałem się. Estella powróciła i również stała spokojnie. Wydawało mi się, że to się przeciąga zbyt długo. Pod wpływem duszącej woni w sali i ciemności, kryjącej się po wszystkich kątach, miałem wrażenie, że i my z Estellą zaczniemy się zaraz rozkładać.
Ale pani Chewiszem odzyskała przytomność i rzekła:
— Pograjcie w karty, dlaczegoście nie grali dotychczas?
Wróciliśmy do jej pokoju i zasiedli do gry. Przegrywałem, jak za pierwszym razem, a pani Chewiszem siedziała i obserwowała nas, wciąż zwracając moją uwagę na piękność Estelli i przykładając naszyjniki to do jej szyi, to do włosów.
Estella ze swej strony obchodziła się ze mną gorzej niż poprzednio, bo nie chciała nawet mówić ze mną. Przegraliśmy ze sześć razy i pani Chewiszem, naznaczywszy mi dzień, kiedy mam przyjść, kazała wyprowadzić mnie na podwórze, gdzie mię znowu nakarmiono, jak psa. Tym razem pozostawiono mię samego, abym mógł pobiegać, gdzie zechcę.
Nie pamiętam, czy była furtka w murze ogrodu, gdy byłem tu za pierwszym razem i właziłem na mur; ale prawdopodobnie wówczas jej nie widziałem, teraz zaś spostrzegłem. Stała otwarta naoścież, a ponieważ wiedziałem, że Estella wyprowadzała gości przez zewnętrzną bramę — przy mnie bowiem wracała z kluczami w ręku — wbiegłem do sadu i zacząłem go oglądać. Były tu stare cieplarnie, gdzie rosły niegdyś ogórki i dynie; obecnie bez roślinności, wogóle bez niczego, prócz strzępów starych kapeluszy i trzewików i rozrzuconych tu i tam skorup potłuczonego naczynia.
Obejrzałem cały sad, oranżerye, gdzie obecnie walały się suche łodygi winogronowe, i kilka butelek; potem znalazłem się w zaśmieconym kącie, który widziałem dziś, stojąc przy oknie. Zupełnie nie myśląc, czy mieszka kto w tym domu, czy nie, spojrzałem w jedno z okien i ku największemu memu zadziwieniu zobaczyłem, że na mnie patrzy z okna blady młodzieniec z czerwonemi powiekami i jasnymi włosami.
Blady młodzieniec odszedł od okna i po chwili stał przy mnie. Siedział nad książkami, kiedym go spostrzegł, a teraz wszystkie palce miał powalane atramentem.
— Hej, ty malcze! — krzyknął.
Ponieważ „hej“ było w takich razach zwykłą odpowiedzią, zawołałem mu także „hej“, tylko z grzeczności opuściłem słowo: malcze.
— Kto cię tu wpuścił?
— Panna Estella.
— Kto ci pozwolił biegać wszędzie?
— Panna Estella.
— Chodź się bić — rzekł blady młodzieniec.
Co miałem robić? Iść za nim? Często od tej chwili zadawałem sobie to pytanie: — co miałem zrobić? Miał takie wspaniałe obejście, byłem przytem tak zdziwiony, że poszedłem za nim, jakbym był pod wpływem jakichś czarów.
— Poczekaj chwilę — rzekł — kiedyśmy Przeszli parę kroków. — „Trzeba wymyśleć jakiś powód walki... Obmyśliłem!“
I w tej samej chwili z podnieconą miną klasnął w dłonie, wysunął jedną nogę wstecz, schwycił mię za włosy, znowu klasnął w dłonie i nagle, schylając głowę uderzył mnie nią w brzuch.
Ten prawdziwie byczy postępek, pominąwszy już to, że był nadzwyczaj zuchwałym i prowokującym był przytem bardzo niemiłym, bom jadł przed chwilą chleb z mięsem. Rzuciłem się na niego, uderzyłem go i chciałem jeszcze uderzyć, gdy rzekł: — „Aha, chcesz się bić zatem!“ — i zaczął biegać na wszystkie strony, czyniąc przytem jakieś niezrozumiale dla mnie i nigdy niewidziane ruchy.
— Prawidła walki! — wołał, przestępując z lewej nogi na prawą. — Główne podstawy! — Znów przestąpił z prawej na lewą. — Chodźmy na miejsce i przystąpmy do prawidłowej walki. — Skoczył naprzód, wstecz i zrobił jeszcze parę zwrotów, ja zaś tymczasem stałem i patrzyłem nań bezradnie.
Zwinność jego straszyła mię; niemniej jednak i moralnie i fizycznie czułem, że nie miał prawa do uderzania mię w brzuch swą jasnowłosą głową. Poszedłem za nim, nie mówiąc ni słowa do najdalszego kąta ogrodu, który był w tem miejscu, gdzie schodziły się dwa mury. Róg ten krył się za rzędem krzewów. Spytał mię, czym zadowolony z miejsca, a gdym odpowiedział „tak“, przeprosił że musi mnie pozostawić na parę minut i wrócił wkrótce z butelką wody i gąbką nasiąkniętą octem.
— Przyda się dla mnie albo dla ciebie — rzekł i postawił to przy samej ścianie.
Poczem zaczął się rozbierać i nie tylko zdjął z siebie surdut i kamizelkę, ale i koszulę i starał się przybrać zawzięty i krwiożerczy wygląd.
Choć wydawał się niezbyt silnym i zdrowym a cala twarz jego była pokryta pryszczami, bardzo obawiałem się, widząc te straszne przygotowania. Sądząc z wyglądu był w jednakowym prawie wieku ze mną, ale trochę wyższy i sprawniejszy ode mnie. Teraz, gdy się rozebrał, widać było, że wszystkie części ciała, łokcie, kolana, ręce, nogi miał rozwinięte zupełnie prawidłowo i proporcyonalnie.
Serce we mnie zamarło, gdy z postawą zawodowego zapaśnika badawczo mi się przyglądał, jakby starając się zauważyć najdotkliwsze miejsce. Nigdy w swemi życiu nie dziwiłem się tak, jak wówczas, gdy ujrzałem go leżącego z okrwawionym nosem po mojem pierwszem uderzeniu.
W oka mgnieniu zerwał się na nogi, szybko obtarł twarz gąbką i znów przygotowywał się do natarcia. Jakież było moje zdziwienie, gdy po drugiem mem uderzeniu leżał znów na plecach, spoglądając na mnie podbitem okiem.
Niezwykła jego przytomność umysłu zmuszała mię do szacunku. Nie odznaczał się wielką siłą i ani razu nie uderzył mię mocniej, ja zaś za każdym razem zbijałem go z nóg. Za chwilę wstał, obtarł się znów, gąbką, wypił kilka łyków wody z butelki, czyniąc to z prawdziwem uczuciem zadowolenia i wreszcie dźwignął się z takim wyrazem, jakby chciał ostatecznie ze mną skończyć. Ale zadałem mu jeszcze parę silnych ciosów i z żalem muszę wyznać, że im więcej biłem, tem biłem silniej, a on wstawał, i wstawał, i wstawał do tej pory, póki nie padł głową na ścianę. Po tem przesileniu już nie wstał i tylko parę razy dźwignął się nie widząc mnie; padł na kolana podpełzał do gąbki, podrzucił ją i rzekł dysząc:
— To znaczy, żeś wygrał.
Wydawał się tak niewinnym i dzielnym, że chociaż nie sam pierwszy go wyzwałem, poczułem: się nader niezadowolony ze swego zwycięstwa. Obecnie pociesza mię tylko to, że ubierając się po walce, przez cały czas porównywałem się z dzikim wilkiem lub innemi zwierzętami. Gdy się ubrał i obtarł okrwawioną twarz, podszedłem do niego i rzekłem:
— Czy mogę w czem pomódz?
— Nie, dziękuję!
— Do widzenia!
— Do widzenia!
Wyszedłszy na podwórze zastałem tam Estellę, oczekującą mię z kluczami. Nie pytała, gdzie byłem i dlaczego kazałem jej czekać; twarz jej była pokryta rumieńcem i rozjaśniona, jakby, z zadowolenia. Zamiast zaprowadzić do furtki, zawołała mię na korytarz i rzekła:
— Chodźno tu prędko! Jeśli chcesz, możesz mię pocałować.
Zwróciła się ku mnie i pocałowałem ją w policzek. Byłem gotów niezliczoną ilość razy ucałować jej buziak, ale poczułem, że pocałunek ten był dany prostemu i ordynarnemu chłopcu, jako zapłata za coś i dlatego stracił dla mnie swą wartość.
Wszyscy odwiedzający z powodu urodzin, karty, walka zatrzymały mię tak długo, że kiedym zbliżył się do domu, na długiej piaszczystej wydmie za bagnami gorzał już strażniczy ogień i ostro odcinał się na ciemnem sklepieniu nocnego nieba a odblask płonącego ogniska z kuźni Józefa długą smugą lał się z okna, padając wpoprzek na drogę.






Rozdział XII.

Czułem się niezadowolony, wspominając przejście z bladym młodzieńcem. Im więcej myślałem o walce i przypomniałem sobie bladego dżentelmena, leżącego na wnak w różnych stadyach pobicia i krwawienia, tem bardziej przychodziłem do przekonania, że ze mną bezwarunkowo coś się stanie. Czułem, że krew młodzieńca powinna paść na mą głowę i że prawo będzie się mściło za nią. Nie miałem pojęcia o karze, jaka mogła mię spotkać, ale jasnem to było, że chłopcy wiejscy nie mają prawa włóczyć się po okolicy, napadać na domy dżentelmenów i bić się z pilnymi młodzieńcami Anglii i powinni za to otrzymać najsroższą karę. Przez kilka dni siedziałem wciąż w domu i kiedym wychodził za jakąś posyłką, zanim wyszedłem, wyglądałem ostrożnie z za drzwi kuchni i z bijącem ze strachu sercem, śledziłem, czy nie zobaczę gdzie w pobliżu policyantów, którzy przyszli mię aresztować. Krew z nosa bladego młodzieńca zawalała me spodnie i podczas nocnej ciszy starałem się zmyć to świadectwo mej winy. Uderzając bladego dżentelmena w zęby poraniłem sobie rękę i teraz w wyobraźni mej obmyślałem tysiące wybiegów, aby w jakiś sposób wytłomaczyć przed sędziami tę obciążająca okoliczność.
Strach mój jednak doszedł do najwyższych granic w dniu, w którym miałem iść na miejsce mego przestępstwa. Czy nie będą oczekiwali przyczajeni przy furtce agenci policyjni, przysłani z Londynu specyalnie w tym celu, by mnie aresztować? A może pani Chewiszem, chcąc się zemścić za zniewagę, wyrządzoną jej domowi, wstanie w swym pogrzebowym stroju, wyciągnie pistolet i zastrzeli mię. Albo cała szajka podkupionych uliczników ukryje się w browarze, rzuci się na mnie i tak mnie obije, że padnę? Na swoją pochwałę winienem powiedzieć, że wcale mi nie przyszło do głowy podejrzewać bladego młodzieńca, by brał udział w tej nagance na mnie; uważałem to za obowiązek ze strony krewnych, którzy musieli się wzburzyć na widok potłuczonej twarzy mego przeciwnika i postanowili się pomścić za niego.
Ale musiałem pójść do pani Chewiszem i poszedłem. I cóż? Nigdzie nie było ani śladu bitwy, nawet najmniejszych znaków obecności bladego młodzieńca. Znalazłem drzwiczki otwarte, obiegłem cały sad, spojrzałem nawet na okna odosobnionego budynku, które z wielkiem mem zdziwieniem zobaczyłem zasłonięte okienicami, nigdzie nie było śladu życia. Tylko w kącie, gdzie rozgrywała się bitwa, spostrzegłem ślad obecności młodzieńca: widniały tu jeszcze na ziemi znaki krwi, które natychmiast zasypałem ziemią, aby skryć je przed ludzkim wzrokiem.
W szerokiej sieni między pokojem pani Chewiszem, a tym, w którym stał długi stół, ujrzałem fotel na kółkach do popychania z tyłu. Był tu postawiony po ostatnim mym pobycie; tego dnia zacząłem pełnić nowe obowiązki: woziłem w nim panią Chewiszem (gdy nie mogła już chodzić wsparta na mem ramieniu) dookoła pokoju, potem wdłuż sieni, a następnie w drugiej sali. Kilka razy powtarzaliśmy tę drogę i w ten sposób przemijały trzy godziny. Rozrywka tego rodzaju stawała się powoli coraz częstszą, wreszcie, postanowiono, bym przychodził w tym celu codziennie o dwunastej godzinie. Wogóle woziłem panią Chewiszem przez ośm do dziesięciu miesięcy.
Im więcej przywykaliśmy do siebie, tem częściej rozmawiała ze mną i pytała, czegom się uczył i czem się będę zajmował? Mówiłem jej, że będę prawdopodobnie pomocnikiem Józefa, że niczegom się nie uczył i dodałem, że chciałbym bardzo wszystko umieć i mam nadzieję, że ona dopomoże mi do urzeczywistnienia pragnień. Nic mi na to jednak nie odpowiedziała, i zdecydowała widocznie, bym został nieukiem. Ani razu nie dała mi pieniędzy, ani żadnego wynagrodzenia prócz codziennego obiadu i żadną wzmianką nie dała mi poznać, że kiedykolwiek zapłaci za moje usługi.
Estella zawsze była jednakowa, zawsze wpuszczała i wypuszczała mię, ale nigdy więcej nie zaproponowała, bym ją pocałował. Niekiedy ledwie mię znosiła, czasem łaskawie obchodziła się ze mną, czasem poufaliła się, albo też w ordynarny sposób okazywała swą nienawiść ku mnie. Gdyśmy zostawali sami z panią Chewiszem, szeptem pytała się: — „Nieprawdaż, Pip, ona wciąż piękniejsza i piękniejsza?“ Kiedym to potwierdzał, cieszyła się widocznie. Gdyśmy grali w karty, Pani Chewiszem uważnie śledziła kaprysy Esstelli. A kiedy kaprysy te i dokuczania dochodziły do tego stopnia, żem mieszał się i nie wiedziałem, co czynić, pani Chewiszem z niezwykłą czułością obejmowała ją, całowała i szeptała jej do ucha: — „Gub ich serca, moja ty dumo i nadziejo, gub je i nie szczędź!“
Józef, pracując w kuźni, często śpiewał Pieśń, której refrain wspominał o starym Klemensie. Nie można powiedzieć, by ten sposób uczczenia świętego był szczególnie delikatnym, ale pochodziło to, jak myślę, stąd, że stary Klemens miał jakieś stosunki z kowalami. Rytm tej pieśni harmonizował z rozmachem i uderzeniami młota o kowadło, z czego wynikało, że imię starego Klemensa dodali do niej dla liryzmu.
— Hej, kolego, bijże żwawo — stary Klem! Silniej bij, mocniej bij — stary Klem! Kujże żywiej, żywiej kuj — stary Klem! Rozniecaj mi ognia żar — stary Klem! Aby płonął jeszcze silniej, aby szumiał jeszcze głośniej — stary Klem!
Pewnego pięknego dnia, wkrótce po pojawieniu się krzesła pani Chewiszem poruszyła nagle niecierpliwie palcami i rzekła:
— No, no, no! Śpiewaj!
Trzeba dodać, że tak głęboko się zamyślilem, wożąc ją w krześle, że nie zauważyłem, jakem zaczął śpiewać tę piosnkę. Piosnka tak jej się podobała, że przez cały czas cichutko podśpiewywała ją takim głosem, jakby kołysała się. Od tego czasu śpiewaliśmy ją, gdym popychał fotel po sali, a często przyłączała się do nas i Estella; śpiewaliśmy zazwyczaj tak cicho, że śpiew nasz, choć było nas troje, rozlegał się w ponurym domu, jakby powiew najlżejszego wietrzyku.
Na co mogłem wyrosnąć w takiem otoczeniu? Jaki to wpływ mogło odegrać na mój charakter? Cóż dziwnego, że myśli me stawały się tak błędne, jak oczy moje, gdym wychodził z tych ponurych żółtych komnat na świat Boży?
Mógłbym oczywiście opowiedzieć Józefowi o bladym młodzieńcu, gdybym się nie zaplątał poprzednio w tych wymysłach, jakie opowiadałem. Czułem, że Józef będzie uważał młodzieńca za doskonałe uzupełnienie czarnej aksamitnej karety i dlatego nic doń o tem nie mówiłem. Nie chciałem też słuchać, jak będą sądzili i oceniali panią Chewiszem i Esstellę; to uczucie, które rozbudziło się we mnie z samego początku, z biegiem czasu coraz silniej się utwierdzało. Zupełnie wierzyłem jednej tylko Biddi i jej jedynie o wszystkiem opowiedziałem. Dlaczego uważałem za słuszne wszystko opowiedzieć Biddi i dlaczego Biddi tak głęboko odczuwała wszystko, o czem mówiłem, nie wiedziałem wówczas, ale obecnie wiem.
Tymczasem w naszej kuchni następowały wypadki po wypadkach, które przykro oddziaływały na moje rozdrażnienie. Pan Pembelczuk odwiedzał nas co wieczór w tym jedynie celu, by pomówić o mej przyszłości z siostrą; jestem przekonany, że gdyby te ręce były wówczas tak silne jak obecnie, połamałyby mu z pewnością niejedną szprychę w jego biedce. Głupota tego wstrętnego człowieka przechodziła granice możliwości; nie mógł mówić o mej przyszłości, nie mając mnie przed oczami i w tym celu wyciągał mię z poza krzesła, gdzie zwykle kryłem się w kącie, stawiał przed kominem, jakby chciał upiec i zaczynał: — „Oto tu stoi ten chłopiec, pani! Chłopiec, któregoś własną ręką wychowała... Podnieść głowę, chłopcze i bądź wdzięczny tym, którzy to uczynili. Teraz, pani, pomówimy o chłopcu!“ Po tych słowach brał mię za rękaw, burzył me włosy, do czego nikomu od samego dzieciństwa o ile sobie przypominam, nie przyznawałem prawa. W swej bezmyślności widowisko to było godne tego głupkowatego osła.
Następnie on i siostra zaczynali wysnuwać najbezmyślniejsze wnioski o pani Chewiszem i o tem, co ona uczyni ze mną i dla mnie. Wszystko to pozbawiało mię równowagi i ledwie mogłem się powstrzymać od łez i od tego, by nie rzucić się na Pembelczuka i nie zbić go. W tych wypadkach siostra mówiła ze mną takim obrażającym głosem, że cierpiałem zwykle, jak cierpi się fizycznie, gdy wyrywają zęby. Pembelczuk zaś, który uważał się nie wiadomo dlaczego za mego dobrodzieja, siedział ze zwróconym na mnie pełnym pogardy wzrokiem, jakby był twórcą mego losu i przejął na siebie niewdzięczną pracę.
Józef nie brał nigdy udziału w tych sporach. Prawda, że często zwracali się do niego i wyrażali mu swe niezadowolenie za to, że według mniemania pani Józefowej, nie był bardzo zadowolony z tego, iż mię zabierają z kuźni. (Wyrosłem już tak, że mogłem się uczyć u Józefa.) W takich razach Józef siedział z pogrzebaczem w rękach, zsuwając popiół z dolnego rusztu; siostra brała to niewinne zajęcie za milczącą opozycyę z jego strony i rzucając się nań, wyrywała mu z rąk pogrzebacz, biła go nim. Spory te kończyły się zwykle tragicznie dla mnie. W tej chwili bowiem, gdym niczego nie podejrzewając ziewał, wpadała nagle na mnie z krzykiem:
— Precz! Dość już dogryzłeś! Czas do łóżka... Małoś to jeszcze narobił zamieszania tego wieczora... Wynoś się!
Jakby to nie oni gnębili mą duszę swemi naradami.
Udręka ta wiele razy się powtarzała i byłaby może ciągnęła się bez końca, gdyby pewnego pięknego dnia pani Chewiszem nie zatrzymała się, podczas wędrówki po sali wsparta na mem ramieniu i nie rzekła mi z odcieniem pewnego niezadowolenia:
— Znacznieś już wyrósł, Pip!
W odpowiedzi na to mogłem tylko spojrzeć na nią w głębokiem zamyśleniu na znak, że stało się to z mocy zupełnie nie zawisłych ode mnie okoliczności.
Nic nie mówiąc zatrzymała się po chwili i znowu spojrzała na mnie; poczem jeszcze raz spojrzała, a wreszcie przybrała posępną minę. Za drugim razem gdyśmy skończyli zwykłą przechadzkę i odprowadziłem ją do krzesła przy stole toaletowym, zatrzymała mię niecierpliwym ruchem palców.
— Powiedz mi, jak nazywają twego kowala?
— Józef Hardżeri, pani!
— To ten sam majster, u którego masz się uczyć?
— Tak, pani!
— Im prędzej zaczniesz, tem lepiej. Jak myślisz, czy zgodzi się przyjść tu i umówić się.
Odpowiedziałem, że bez wątpienia poczyta to sobie za wielki zaszczyt.
— Niech przyjdzie.
— Kiedy ma przyjść, proszę pani?
— Tak, tak! Nic nie wiem o czasie. Niech przyjdzie prędko i razem z tobą.
Gdy wróciłem wieczorem do domu i opowiedziałem to Józefowi, siostra rozzłościła się tak, jak nigdy. Spytała mię i Józefa, czy nie myślimy czasem, że ona jest słomianką pod nasze nogi, jak my śmiemy się z nią tak obchodzić i dlaczego, na Boga, uważamy ją za niegodną swego towarzystwa? Kiedy wylała cały potok przezwisk i obelg, rzuciła lichtarzem w Józefa, zaniosła się głośnem łkaniem, połamała nową szczotkę (zły znak), włożyła fartuch i gwałtownie zajęła się sprzątaniem. Nie zadowalając się jednak czyszczeniem na sucho, wzięła wiadro i szmatę do podłóg i wyrzuciła nas za drzwi, gdzieśmy długo stali, drżąc z zimna. Dopiero o dziesiątej odważyliśmy się wrócić do kuchni. Siostra zaraz spytała Józefa, dlaczego odrazu nie ożenił się z murzyńską niewolnicą? Biedny Józef nic na to nie odpowiedział; rozczesywał swe bokobrody, smutno spoglądając na mnie, jakby myślał, że to byłoby poniekąd lepsze, niż małżeństwo z nią.






Rozdział XIII.

Straszną mękę przechodziłem następnego dnia, patrząc na Józefa, strojącego się w świąteczny ubiór, gdym miał go zaprowadzić do pani Chewisizem. Zdawało mu się, że kostyum ten jest koniecznym w takich razach, a ja nie mogłem mu powiedzieć, że nierównie lepiej wygląda w swej codziennej odzieży. Wiedziałem bowiem, że ze względu na mnie poddał się trudom tej toalety i podniósł tak wysoko kołnierz od koszuli, że włosy sterczały z tyłu aż do samego szczytu głowy, przypominając pęczek piór.
Podczas śniadania siostra oznajmiła nam, że ma zamiar udać się z nami do miasta, i gdy my będziemy załatwiali swe interesy „z dostojnymi ludźmi“, ona poczeka u wuja Pembelczuka i pomówi z nim o sprawie, w czem Józef widocznie dojrzał oznaki czegoś niedobrego. Józef zamknął kuźnię i napisał kredą na drzwiach (co czynił zawsze, gdy nie pracował) „niema w domu“, a tuż obok narysował strzałkę, wskazującą stronę, w którą poszliśmy.
Wybraliśmy się do miasta pod przewodnictwem siostry, idącej przed nami w kapeluszu kastorowym o szerokich skrzydłach i niosącej w rękach słomiany, pleciony koszyk, kształtem przypominający państwową pieczęć Anglii a oprócz tego parę kaloszy, ciepły szal i parasol, choć była cudna, jasna pogoda. Nie mogłem’ zrozumieć, w jakimi celu niosła te przedmioty, czy w celu pokuty za grzechy, czy w celu pokazania się przed ludźmi? Może była to ni mniej ni więcej, jak wystawa majątku, nieświadome naśladowanie Kleopatry i innych królowych, które urządzały różne widowiska i procesye w celu wystawienia na pokaz swych bogactw.
Nie zdążyliśmy dojść do domu Pembelczuka, gdy siostra prawie biegiem rzuciła się naprzód, pozostawiając nas samych. Była już dwunasta i dlatego udaliśmy się wprost do domu pani Chewiszem. Estella jak zwykle otworzyła nam; drzwiczki; od chwili jej pojawienia się, Józef, zdjąwszy kapelusz trzymał go za skrzydła obiema rękami, jakby miał pewne powody nie odstępowania ani na cal od tego, co było według niego, przyzwoite.
Estella nie zwracała ani na mnie, ani na niego uwagi i prowadziła nas znaną mi drogą. Szedłem tuż za Estellą a Józef za mną. Gdyśmy szli po długim korytarzu, oglądnąłem się za Józefem i ujrzałem, że wciąż z nadzwyczajną ostrożnością niesie swój kapelusz i stąpa na palcach.
Estella oznajmiła, że mamy iść razem, wziąłem zatem Józefa za połę surduta i poprowadziłem go do pokoju pani Chewiszem. Siedziała przy stole toaletowym i natychmiast zwróciła się do nas.
— O! — rzekła do Józefa. — Jesteście szwagrem tego malca?
Nigdy nie wyobrażałem sobie, żeby kochany drogi Józef mógł tak mało być podobnym do siebie, a więcej do dzikiego ptaka; stał milcząc z nastroszonemi włosami i otwartemi ustami, jak pisklę, czekające na robaczka.
— Jesteście mężem siostry tego chłopca?
Było mi nieprzyjemnie, że Józef w ciągu całej rozmowy zwracał się do mnie a nie do pani Chewiszem.
— Już ci mówiłem, Pip, że ożeniłem się z twą siostrą wtedy, gdym — został samotnym i bardzo smutnym.
— Tak! — rzekła pani Chewiszem. — I wychowaliście chłopca w tym celu, by został waszym pomocnikiem, nieprawda?
— Wiesz przecież, Pip, że zawsze byliśmy przyjaciółmi i dawno już postanowiliśmy, że tak będzie nam weselej. Tylko ot co, Pip; jeśli masz cokolwiek przeciw memu zajęciu... a co prawda, to przy niem dużo sadzy i kopcia i tym podobnych rzeczy... o czem oni, widzisz, nawet pojęcia nie mają... a przecież?
— Czy ma co chłopiec przeciw temu rzemiosłu? Czy mu się ono podoba?
— Jak ci dobrze wiadomo, Pip, było to twojem najgorętszem życzeniem. I nigdy przeciwko temu nie oponowałeś.
Napróżno starałem się dać mu do zrozumienia, że powinien zwracać się do pani Chewiszem. A im więcej dawałem mu znaków twarzą i rękami, tem bardziej stanowczo, pewnie i grzeczniej zwracał się ku mnie.
— Czyście przynieśli ze sobą umowę?
— Wiesz o tem, Pip, sam widziałeś, że włożyłem ją do kapelusza i wiesz, że mam ją tu.
Wyjął umowę z kapelusza i podał nie pani Chewiszem, tylko mnie. Muszę wyznać, że zacząłem się wstydzić za drogiego Józefa. Widziałem, jakim ironicznym, drżącym blaskiem migotały oczy Estelli, stojącej za krzesłem pani Chewiszem1. Wziąłem umowę i podałem ją.
— Oczekujecie jakiegoś wynagrodzenia za usługi chłopca? — spytała.
— Józefie! — rzekłem z niezadowoleniem, widząc, że się waha z odpowiedzią. — Dlaczego nic nie odpowiadasz...
— Pip! Wszakże dawno już roztrzygnęliśmy między sobą to pytanie i wiesz, że powiem: „nie!“ Rozumiesz, co znaczy to „nie“, więc na cóż mam ci tłomaczyć.
Pani Chewiszem popatrzyła na niego z takim wyrazem, jakby odrazu poznała z kim ma do czynienia.
— Pip zasłużył na nagrodę i oto ona — rzekła, wręczając mi mały woreczek. — Jest w nimi dwadzieścia pięć gwinei. Oddaj to swemu opiekunowi, Pip!
Widocznie zmieszany i przestraszony dziwnym wyglądem, tak pani Chewiszem, jak i samej sali, Józef i teraz zwracał się do mnie.
— Bardzo to hojny z twojej strony, Pip, taki podarunek... Dziękuję ci za niego... Ale widzisz, nigdy nie myślałem o nim i nie spodziewałem się go otrzymać. A teraz przyjacielu — ciągnął Józef — czułem, że zaczyna mi się robić naprzemian gorąco i zimno — od tych Poufałych wyrażeń, jakich używał w stosunku do pani Chewiszem — teraz, przyjacielu, musimy spełnić nasz obowiązek, obaj... jeden za drugiego... i dla tych, którym twój szczodry dar... dozwoli... na... pełne zadowolenie... jak nigdy — tu Józef widocznie poczuł, że wpadł w cały labirynt trudnych wyrażeń i zaraz szczęśliwie się wywikłał z nich, z tryumfem kończąc: — tylko nie mnie!
Słowa te wydały mu się tak pięknemi i tak trafnemi, że powtórzył je dwa razy.
— Do widzenia, Pip — rzekła pani Chewiszem. — Odprowadź ich Estello!
— Czy mam jeszcze przychodzić, proszę Pani? — spytałem.
— Nie. Hardżeri obecnie jest twym zwierzchnikiem. Hardżeri, jeszcze jedno!
Byliśmy już za drzwiami, gdy słowa te wstrzymały Józefa, wrócił się i słyszałem, jak znacząco powiedziała mu:
— Był poczciwym, dobrym chłopcem i zasłużył na tę nagrodę. Jako uczciwy człowiek, nie spodziewacie się, przypuszczam, nic więcej.
Kiedy Józef wyszedł, nie mogę sobie przypomnieć, wiem tylko, że gdy wyszedł, zamiast schodzić na dół po schodach, zaczął wchodzić pod górę i nie słyszał żadnych uwag, dopiero musiałem podejść doń i sprowadzić go na dół. Po chwili byliśmy po drugiej stronie furtki, którą Estella zamknęła na klucz. Gdyśmy zostali sami, Józef oparł się o mur i rzekł: „Dziwne!“ Stał tak dość długo, powtarzając od czasu do czasu: „Dziwne!“ myślałem, iż nigdy nie przyjdzie do siebie. Wreszcie zwrócił się do mnie: — „Pip, zapewniam cię, że to dziwne!“ Poczem stał się rozmowniejszy i poszliśmy dalej.
Mam powody sądzić, że zdarzenie to nie tylko nie zmąciło, ale rozjaśniło bystrość Józefa, bo po drodze do Pembelczuka wykombinował cichaczem nadzwyczaj głęboko pomyślany i podstępny plan, co potwierdziło się w zupełności w pokoju gościnnym pana Pembelczuka, gdzie ten wstrętny kupiec siedział wraz z mą siostrą.
— No! — zawołała siostra, zwracając się równocześnie do nas obu. — Cóż tam takiego stało się z wami? Dziwi mię to doprawdy, że jeszczeście zdecydowali się zniżyć do tak marnego towarzystwa, jak nasze!
— Pani Chewiszem bardzo polecała mi, abym złożył... pozdrowienie czy uszanowanie, Pip?
— Pozdrowienie — odpowiedziałem.
— I ja tak myślę, pozdrowienie pani Józefowej.
— Dziękuję, niema co mówić! — rzekła siostra, której widocznie to pochlebiło.
— I życzenie — ciągnął Józef znowu patrząc na mnie, jakby chciał sobie coś przypomnieć — jeśliby zdrowie pani Chewiszem dozwoliło... jak dalej, Pip?
— Mieć przyjemność widzenia — dodałem.
— Przyjemność widzenia pani Hardżeri — dokończył i głęboko westchnął.
—Tak! — zawołała siostra, rzucając łagodniejszy wzrok na Pembelczuka. — Byłoby delikatniej z jej strony przysłać takie zaproszenie odrazu. Ale lepiej późno, niż nigdy. No a temu narwańcowi co dała?
— Nic mu nie dała!
Pani Józefowa już miała wybuchnąć, ale Józef uprzedził ją.
— To, co dała, dała jego przyjaciołom. A przyjaciółmi jego — zaczął objaśniać — nazywam ręce jego siostry, pani Hardżeri. I tak nawet powiedziała „pani Hardżeri“. Widocznie nie wiedziała, jak ma powiedzieć — dodał z zamyślonym wyrazem... Józefowej czy Jerzowej Hardżeri.
Siostra spojrzała na Pembelczuka, który siedział, opierając ręce na poręczy drewnianego krzesła i kiwał głową, jakby dając przez to poznać, że wszystko już przedtem przewidział.
— A wielście otrzymali? — spytała i zaśmiała się. Naprawdę zaśmiała się.
— A co powie szanowne towarzystwo o dziesięciu funtach — spytał Józef.
— Powie — odpowiedziała siostra — bardzo dobrze. Nie nadzwyczajnie wiele, ale już dobrze.
— No, ale tu więcej.
Obrzydliwy łgarz Pembelczuk kiwnął porozumiewająco głową i rzekł, pocierając poręcze swego krzesła:
— Z pewnością więcej!
— Nie myśli pan, że... — zaczęła siostra.
— Tak, myślę pani! Ale niech pani chwilkę poczeka. Mów dalej Józefie! No dobrze... Dalej!
— Co powie kompania o dwudziestu funtach?
— Powie, że doskonale.
— Tak! a więc jest tu więcej, niż dwadzieścia funtów.
Wstrętny pochlebca Pembelczuk kiwnął znowu i rzekł z łaskawym śmiechem:
— Jeszcze więcej, pani! Dobrze! Mów dalej, Józefie!
— Aby odrazu skończyć — rzekł z uniesieniem Józef, oddając woreczek do rąk siostry. — jest tu dwadzieścia pięć funtów.
— Dwadzieścia pięć! — powtórzył szkaradny oszust Pembelczuk, wstając, by uścisnąć ręce mej siostry — nie więcej nad to, na co zasługujesz i życzę pani, aby te pieniądze wyszły na dobre.
Gdyby się już na tem nicpoń zatrzymał, to i tak byłoby wstrętnem jego powiedzenie, ale zwiększył jeszcze swą winę tem, że postanowił pozbawić mię swobody, przybrawszy minę dobrodzieja, która była dla mnie o wiele wstrętniejsza, niż wszystkie jego dawne przestępstwa.
— Widzicie Józefie i żono, — rzekł Pembelczuk, biorąc mię za rękę powyżej łokcia — należę do tych ludzi, którzy lubią kończyć to, co zaczęli. Trzeba temu chłopcu związać ręce. Takie jest moje przekonanie... związać mu ręce.
— Bogu wiadomo, wuju Pembelczuku — zawołała siostra, spiesznie chwytając woreczek z pieniędzmi — jak jesteśmy panu wdzięczni.
— Niema o czem mówić! Sprawiło mi to przyjemność, tylko przyjemność. Ale znacie tego chłopca... trzeba mu związać ręce. Prawdę mówiąc, wiem, jak się to robi, znam te sprawy.
Sąd zasiadał w ratuszu, który leżał w pobliżu, wszyscy zatem udaliśmy się tam, aby wobec władzy zawrzeć umowę, mocą której stawałem się uczniem Józefa. Co prawda nie sam szedłem, tylko prowadził mię Pembelczuk tak, jakbym dopiero co obszukał cudze kieszenie albo coś podpalił. I takiem w rzeczy samej było wrażenie wszystkich obecnych w sądzie a gdy Pembelczuk przepychał mnie wśród tłumu, słyszałem, jak niektórzy mówili: — „Co zrobił?“ — a inni: — „Taki mały jeszcze a taka zła bestya! Nieprawdaż?“ — Jakaś małego wzrostu osoba podała mi książkę ozdobioną obrazkiem, który przedstawiał przestępnego chłopca, obwieszonego łańcuchami, przypominającymi parowe kiełbasy. Tytuł książki był: „Czytanka w więzieniu“.
Miejsce posłuchania wydało mi się bardzo dziwnem; stały tu wyższe, niż w kościele, ławki, na nich siedzieli ludzie, którzy przyszli popatrzeć i posłuchać, oraz poważni sędziowie (jeden z nich nawet w napudrowanej peruce); jedni siedzieli ze złożonemi rękami, oparci na poręczy krzeseł, niektórzy drzemali, inni pisali lub czytali gazety. Po ścianach wisiały portrety, zczerniałe od lat, które nieobeznane z malarstwem oko brało za mieszaninę przypalonego cukru z lepkim plastrem! Tu w książce wpisano mą umowę, przyłożono do niej pieczęć i związano mi ręce. Pan Pembelczuk cały czas trzymał mię za rękę, jakbyśmy zaszli tu po drodze na miejsce kaźni, aby dopełnić jakichś formalności.
Gdyśmy opuścili salę posiedzeń, okrążył nas tłum malców, pragnących zobaczyć, jak mnie będą publicznie męczyli. Byli bardzo rozczarowani, gdy ujrzeli, że otaczający mnie ludzie to moi przyjaciele. Wróciliśmy do Pembelczuka a siostra w doskonałym humorze skutkiem dwudziestu pięciu gwinei zaproponowała, by uczcić niespodziewany dar obiadem w gospodzie „Pod Niebieskim Dzikiem“, wskutek czego pan Pembelczuk pojechał swym wózkiem po Heblów i pana Uopsela.
Wszyscy zgodzili się na tę propozycyę i musiałem spędzić nieznośny dzień. Umysły opanowało widocznie bezsprzeczne przekonanie, żem zbyteczny na tym obiedzie a prócz tego od czasu do czasu w chęci dokuczenia a raczej może dlatego, że nie mieli co innego do roboty, zapytywali mię, czy mi wesoło? Cóż mogłem innego odpowiedzieć, jak to, że mi wesoło, choć żadnej radości nie odczuwałem.
Byli to jednak ludzie dorośli, szli wytkniętą przez siebie drogą i spędzali czas, jak się im podobało. Niegodziwy Pembelczuk, jako główny sprawca tej uroczystości, zajmował honorowe miejsce przy stole. A kiedy zwrócił się do towarzystwa, oznajmiając, że mi związano ręce, dodał ze złą radością, że mogą mnie, stosownie do umowy zamknąć do więzienia, jeśli będę grał w karty, albo pił napoje wyskokowe, spędzał noce w złych towarzystwach, lub wogóle jeśli będę robił jakieś niegodziwości i przez ten cały czas kazał mi stać przy swem krześle, jako żywej ilustracyi do swej przemowy.
Przypominam też sobie, że nie dawali mi spać, budzili mię, ilekroć spostrzegli, że zasypiam i kazali mi cieszyć się. Późnym wieczorem pan Uopsel przeczytał odę Kollinsa i rzucił swój okrwawiony miecz z hukiem na podłogę. Wnet sługa z gospody przyszedł oznajmić, że „kupcy z dolnego piętra kazali się nam kłaniać i zapytać, czy tu jest szpital waryatów“. W tem samem doskonałem usposobieniu wracali do domu, całą drogę przyśpiewując: — „O przepiękna pani!“ Pan Uopsel śpiewał ogłuszającym basem, jak gdyby sam był bohaterem pieśni.
Pamiętam także, że tego wieczoru, gdym się położył do snu, czułem się nieszczęśliwym bojąc się, czy polubię rzemiosło Józefa. Lubiłem je przedtem, ale to było przedtem, nie teraz.






Rozdział XIV.

Niema nic cięższego nad poczucie, że zaczynasz się wstydzić swego rodzinnego domu. Uczucie to możecie nazwać czarną niewdzięcznością, tak czy owak jest to nadzwyczaj przykre uczucie.
Dom rodzinny, dzięki charakterowi siostry, nigdy nie był dla mnie przyjemny. Jedynie Józef czynił go dla mnie świątynią i wierzyłem weń. Wierzyłem, że bawialnia nasza była najpiękniejszym salonem; że paradne drzwi to tajemniczy wchód do świątyni a tryumfalne ich otwarcie złączone z ofiarą kur pieczonych; wierzyłem, że kuchnia choć nie odznaczała się niczem, uderza swą czystością; że praca w kuźni prowadzi do zmężnienia i niezawisłości. Tymczasem minął tylko rok, a wszystko się zmieniło. Wszystko wydawało mi się tak ordynarnem i bez smaku, że za nic w świecie nie chciałbym, by pani Chewiszem i Estella to ujrzały.
Nie pora osądzać, o ile byłem winien ja sam, o ile pani Chewiszem i moja siostra. Przemiana nastąpiła, stało się. Czy było to dobrze, czy źle, stało się, z winą, czy bez winy — już się stało.
Niegdyś przedtem zdawało mi się, że skoro tylko zawinę rękawy koszuli i wejdę do kuźni, będę szczęśliwym i niezależnym. Gdy się to ziściło, czułem tylko, że cały jestem pokryty miałkim pyłem a na duszy mojej spoczywa ciężar wspomnień, wobec którego kowadło zdawało się tak lekkie, jak piórko. W mem poprzedniem życiu bywały chwile, (któż ich nie ma) kiedy niby ciężka zapora skrywała przede mną cały interes i radość życia, nie zostawiając mi nic, prócz głuchego spokoju. Nigdy jednakże zapora ta nie była tak ciężka i ponura, jak wówczas, gdy wreszcie wstąpiłem w życie, wybierając sobie w niem drogę przez kuźnię Józefa.
Pamiętam, że w późniejszych chwilach wysługiwania swego „terminu“, często, stojąc w niedzielę na cmentarzu, porównywałem swe życie z bagnem i znajdowałem między niemi podobieństwa: jedno i drugie było płaskie i nędzne, w jednem i drugiem wszystko niepewne, zakryte mgłą nieprzenikliwą, za którą kryje się morze. Od pierwszej chwili wstąpienia do kuźni, popadłem w ponure usposobienie, ale pocieszam się tem, że ni jednem słowem nie uskarżałem się Józefowi, jak ciężko przygniata mię obowiązek dochowania umowy. Ta tylko jedna okoliczność pociesza mię, gdy wspominam te chwile.
Wszystkie postępy w nauce zawdzięczam Józefowi. Nie temu, jakobym był wiernym obowiązkowi zawdzięczam, że nie uciekłem do wojska lub marynarki, lecz temu, że Józef był wierny swym obowiązkom. Pracowałem znośnie, choć wbrew woli i zupełnie nie dlatego, bym sam był przekonany o ważności pracy, tylko dlatego, że takiem było przekonanie Józefa. Trudno powiedzieć, jak wielkim może być w świecie wpływ dobrego, uczciwego człowieka; natomiast mogę zeznać, jak wpływał na mnie, bo wszystko szlachetne, co dała mi moja nauka, zawdzięczam prostodusznemu i zawsze zadowolonemu Józefowi, nie zaś sobie, niespokojnemu i wiecznie czegoś pragnącemu.
Któż może wiedzieć, czego właściwie chciałem? Sambym tego nie rozwikłał, bo sam dobrze nie wiedziałem! Najwięcej obawiałem się, że którego nieszczęsnego dnia, gdy będę najbrudniej i najgorzej wyglądał, podniosę oczy i ujrzę Estellę. Strach ogarniał mię na myśl, że wcześniej, czy później zobaczy mą sadzami pokrytą twarz i ręce, ujrzy mię w najgorszej chwili przy pracy i ciesząc się z mego poniżenia z pogardą spojrzy na mnie. Często po zmierzchu, gdym rozdymał miech Józefowi i gdyśmy z nim śpiewali „o starym Klemie“, przypominałem sobie tę pieśń u pani Chewiszem i z płomieni wychylała się główka Estelli z cudnymi, rozwianymi przez wiatr włosami i z oczami pogardliwie skierowanemi na mnie. W takich razach szybko obracałem się w stronę okna i wpatrywałem w spoglądającą na nas ciemność nocy, wyobrażając sobie, że z okna wyłania się zwolna jej twarzyczka. Wierzyłem, że przyszła wreszcie.
Gdy po skończeniu pracy zasiadaliśmy do wieczerzy, wszystko wydawało mi się brzydkie: pokój i jedzenie a w głębi niewdzięcznej swej duszy tem więcej wstydziłem się swego rodzinnego domu.






Rozdział XV.

Ponieważ już zbyt wyrosłem, by uczęszczać do szkoły ciotki pana Uopsela, postanowiono przerwać dalszą mą naukę pod dozorem tej niemiłej kobiety. Biddi tymczasem zdążyła mię nauczyć wszystkiego, co umiała, od niewielkiego cennika, aż do komicznej piosenki, kupionej za pół pensa. Poetyczny ten utwór składał się z następujących strofek z przyśpiewką:
Gdy przybyłem do Londynu, pani!
Turel, lurel!
Turel, lurel!
Miałem smukłą postać, pani!
Turel, lurel!
Turel, lurel!
Wziąłem do serca ten utwór, — tak wielkie miałem pragnienie zostania uczonym. Nie pamiętam, abym szczególnie cenił jego wartość, myślałem tylko, że przyśpiewka; „turel, lurel“ jest swego rodzaju przejawem swobody poetyckiej. Żądza wiedzy u mnie była tak wielka, że ośmieliłem się zwrócić do pana Uopsela z prośbą, by zajął się mym umysłowym rozwojem, na co bardzo chętnie się zgodził. Ponieważ jednak chciał ze mnie zrobić dramatycznego aktora, którego można całować, opłakiwać, trącać, szarpać, kłuć i męczyć na wszystkie możliwe sposoby, postanowiłem ukończyć u niego naukę, choć odważyłem się na to dopiero, gdy pan Uopsel, pod wpływem poetycznego szaleństwa poważnie mnie poturbował.
Wszystko, czegom się nauczył, usiłowałem wyłożyć Józefowi. Tak miło mi mówić o tem, że nie mogę zamilczeć. Chciałem uczynić Józefa mniejszym nieukiem, aby był godnym mego towarzystwa i nie zasługiwał na drwiny Estelli.
Zajmowaliśmy się tem w starych okopach za moczarami a jedynymi naszymi środkami pomocniczymi przy tem, był odłamek rozbitej tabliczki i niewielki kawałek rysika. Józef prócz tego przynosił ze sobą fajkę i tytoń. Nigdy nie udało mi się osiągnąć, by Józef spamiętał cokolwiek od jednej niedzieli do drugiej lub przez ten czas nauczył się czegoś nowego. Niemniej jednak nie palił nigdy fajki z takim mądrym wyrazem, jak na starym szańcu i był najwidoczniej przekonany, że robi postępy. Może i robił je mój drogi przyjaciel.
Wszystko wokoło było ciche i spokojne. W dali na rzece pomykały żaglowce, które w czasie wylewów wydawały się żaglami zatopionych okrętów, płynących po samem dnie rzeki. Gdym patrzył na statki na morzu, stojące z rozwiniętemi, białemi żaglami, zaczynałem zaraz myśleć o pani Chewiszem i Estelli; tak samo bywało, gdym patrzył na oświeconą słońcem chmurkę, na żagiel lub zielony skłon pagórka i migoczącą w dali powierzchnię wody. Pani Chewiszem i Estella, dziwny dom i to dziwne życie zawsze łączyły się w myśli mej z tem, co było malownicze.
Pewnej pięknej niedzieli Józef, paląc swą fajkę, oznajmił mi, że „wszystko to bardzo nudne“ i dlatego zwolniłem go od nauki i położyłem się na nasypie, podparłszy ręką brodę; rysy pani Chewiszem i Estelli jawiły się wszędzie przede mną i na niebie i na wodzie do tej chwili, kiedym odważył się podzielić z Józefem myślą, która wciąż przemykała mi przez głowę.
— Józefie — rzekłem — nie sądzisz czasem, żem powinien złożyć wizytę pani Chewiszem?
— Tak, Pip! Tylko poco?
— Jakto poco? Pocóż składa się wizyty?
— Widzisz, Pip, są takie wizyty, które się składa niewiadomo dlaczego. Na cóż naprzykład wizyta pani Chewiszem. Pomyśli, że chcesz czegoś jeszcze od niej; że masz nadzieję coś jeszcze dostać.
— Czyż nie mogę powiedzieć, że niczego nie chcę?
— Możesz, przyjacielu, ale ona może uwierzy, a może nie uwierzy.
Józef poczuł, że to bardzo poważny dowód i dlatego, by nie osłabić jego siły bezpodstawnemi powtórzeniami, pospiesznie schwycił fajkę.
— Widzisz, Pip! Pani Chewiszem wyświadczyła ci dobrodziejstwo. A gdy je wyświadczyła, zawołała mię z powrotem i powiedziała, że to „wszystko“.
— Tak, Józiu, słyszałem to.
— „Wszystko“ — powtórzył dobitnie Józef.
— Tak Józiu! — Powiedziałem już, żem to słyszał.
— Według mnie, chciała przez to powiedzieć: — koniec!... Będziesz, czem byłeś. Ja na północ, ty na południe... Z powrotem!
Sam o tem myślałem, ale było mi nieprzyjemnie, że i on myślał to samo, choć to czyniło przypuszczenie nasze pewniejszem.
— No Józiu...
— Tak przyjacielu!
— Widzisz oto się kończy pierwszy rok naszej umowy a jeszcze ani razu nie podziękowałem pani Chewiszem, ani razu nie dowiedywałem się o jej zdrowie i niczem jej nie okazałem, że o niej nie zapominam.
— To prawda Pip, jeśli masz zamiar zanieść jej w prezencie podkowy na cztery nogi... ale na cóż się one jej przydadzą?... Jeśli niema kopyt, na co podkowy?...
— Zupełnie nie chcę wspominać jej o sobie i o prezencie zupełnie nie myślę.
Ale Józef mocno upierał się przy myśli o prezencie.
— Albo naprzykład, jeślibyś miał zamiar wykuć jej łańcuszek do paradnych drzwi... albo tak z tuzin maleńkich śrubek do domowego użytku... albo inną jakąś delikatną rzecz w rodzaju widelca do grzanek... albo też rożenek do pieczenia sardeli lub cokolwiek...
— Żadnych nie chcę dawać podarunków!
— Tak, gdybym był na twem miejscu, nie robiłbym ich... nie, nie robiłbym! Nacóż jej łańcuszek? Śrubki także z pewnością nigdy nie będą jej potrzebne... a przy widelcu trzebaby i miedź obrabiać... tylkobyś sobie zepsuł reputacyę. Co się zaś tyczy rożenka, to nawet zręczny majster niełatwo da mu radę, bo co rożen — to rożen. Kuj sobie, jak chcesz i co chcesz, a rożen trzeba będzie chyba wyrzucić.
— Kochany Józiu, przestań o tem mówić! Jeszcze raz ci powtarzam, że nie chcę dawać pani Chewiszem żadnego podarunku.
— Nie, Pip — nie trzeba, mówię ci i masz słuszność, że nie trzeba!
— Tak Józiu! Chciałem ci widzisz powiedzieć, że roboty obecnie u nas niewiele i że możesz zwolnić mię na pół dnia... Pójdę do miasta, odwiedzę panią Est... Chewiszem.
— Czy nazywają ją Estewiszem? Czy ją Przechrzczono?
— Wiem, wiem... pomyliłem się. Co powiesz na moją prośbę?
Józef zgodził się. Przytem nalegał, żebym jej nie ponawiał, jeśli nie przyjmą mnie serdecznie, albo dadzą czemkolwiek poznać, że nie życzą sobie mej powtórnej wizyty, lub że posądzają mnie o materyalne korzyści. Obiecałem iść za jego radą.
Józef trzymał u siebie za tygodniowem wynagrodzeniem robotnika, którego nazywano Orlikiem. Zapewniał on, że na chrzcie dano mu imię Doldża — było to jednak niemożliwe wobec braku takiego świętego w kalendarzu; był to człowiek krnąbrnego charakteru, smukły, barczysty, o silnej budowie, z dziwnemi, jakby rozluźnionemi, kończynami; nigdy nie spieszył się, ani szedł, ale walił się naprzód. Pracował nie jak zwykły robotnik, lecz jak człowiek przypadkowo biorący się do pracy; gdy szedł zjeść obiad do gospody „Wesołych Żeglarzy“ i wracał do domu na noc, wlókł się tak sennie, jakby Kain lub Żyd Wieczny Tułacz, który nie wie, dokąd idzie i nie ma zamiaru powrócić. Żył za moczarem u stróża szluzy i wychodząc w dni robocze ze swego schronienia, szedł z założonemi do kieszeni od spodni rękami. Na szyi niósł zawiniątko. Niedziele całe spędzał, leżąc przy bramach szluzy lub stojąc oparty o stóg siana lub o gumno. Idąc, oczy zwykle spuszczał ku ziemi a gdy go kto zapytał, wzrok jego przybierał jakiś obrażony, czy przygnębiony wyraz, jakby nie mógł pojąć, aby człowiek zwracający się doń, odważył się na tak dziwny, niesprawiedliwy postępek.
Ten ponury robotnik nie lubił mnie. Gdy byłem jeszcze małym i wątłym chłopcem, straszył mię, że w najciemniejszym kącie kuźni żyje dyabeł; co siedm lat konieczną jest rzeczą rzucać na podpałkę żywego chłopca, ja zaś przedstawiam doskonałe paliwo do tego celu. Gdy stałem się uczniem Józefa, w nadziei, że kiedyś zajmę jego miejsce, jeszcze więcej mnie znienawidził. Nie prawił mi niegrzeczności, ani obrażał, ale zawsze, gdy kuł, iskry leciały w moją stronę a gdym śpiewał „o starym Klemie“, zawsze mylił mi takt.
Następnego dnia po uzyskaniu urlopu pracowałem w kuźni. Orlik również pracował. Zrazu milczał; obaj z Józefem kuli dopiero co wyjętą z ogniska rozpaloną płytę żelazną a ja dąłem miechem. Po chwili jednak zwrócił się i do Józefa:
— Wiesz co gospodarzu! Nie myślę, byś chciał dawać zwolnienie tylko jednemu z nas? Dałeś pół dnia wolnego młodemu Pipowi, daj i staremu Orlikowi.
Miał ze dwadzieścia pięć lat, lecz zwykle mówił o sobie jak o starcu.
— Cóż zrobisz z tym urlopem?
— Co zrobię? A cóż zrobi z nim Pip? Zrobię to, co i on.
— Pip pójdzie do miasta.
— No to i stary Orlik pójdzie do miasta. Dlaczego we dwójkę nie mają iść do miasta? Czyż tylko jednemu wolno iść do miasta?
— Lepiej powściągnij swą zachciankę.
— Powściągnę, jak zechcę — mruczał Orlik. — Idziesz ty do miasta! Ja też! Zatem urlopu nie będzie, gospodarzu? No! Bądźże człowiekiem!
Józef wstrzymał się od dalszej rozmowy w tym przedmiocie, póki robotnik nie uspokoił się. Orlik podszedł do ogniska, wyciągnął zeń rozpaloną płytę żelaza, którą powiódł w moją stronę, jakby chciał mnie nią dotknąć, poczem przeniósł ją nad mą głową, opuścił na kowadło i zaczął kuć z taką wściekłością, jakbym to ja nią był a iskry były — kroplami mej krwi. Kuł, dopóki sam się nie rozgrzał a żelazo nie ochłodło. Potem oparłszy się o młot zapytał:
— Więc jakże będzie, gospodarzu?
— Uspokoiłeś się już?
— Uspokoiłem się.
— Pracujesz równie dobrze, jak inni, dostań że i ty pół dnia wolnego.
Siostra moja stała wówczas na podwórzu i słyszała wszystko. Wogóle nie wstydziła się szpiegować i podsłuchiwać. Zaglądnęła przez okno i krzyknęła Józefowi:
— Akurat to głupcze do ciebie pasuje! Uwalniać od pracy takich leniuchów jak ten? Widocznie dużo masz pieniędzy, że możesz tak szafować wynagrodzeniem! Chciałabym być jego panem!
— Tybyś chciała wszystkimi rządzić, jeślibyś śmiała — odpowiedział Orlik, złośliwie uśmiechając się.
— Daj jej spokój! — rzekł Józef.
— Jabym tam po swojemu rozprawiła się z durniami i szubrawcami — odpowiedziała, zaczynając się zwolna unosić, siostra. — A już jeślibym się zabrała do durniów, tobym najpierw się rozprawiła z gospodarzem, tępogłowym panem wszystkich bałwanów na świecie. Jeślibym zaś zabrała się do szubrawców, tobym zaczęła od ciebie, najpodlejszego i wierutnego niegodziwca na całym świecie stąd aż do samej Francyi! A tak!
— Jesteś wstrętna baba, cioteczko Hardżeri — rzekł Orlik. — Jeśli takie mają sądzić szubrawców, to będziesz dobrym sędzią.
— Daj jej spokój, powtarzam — rzekł Józef.
— Coś powiedział? — krzyknęła siostra ze łzami w głosie. — Coś powiedział? Pip, co powiedział ten niegodziwiec Orlik? Jak on mnie nazwał... tu... w obecności mego męża? O! O! O!
Każde pytanie wykrzykiwała wrzaskliwym głosem. Muszę dodać, że siostra podobnie, jak wszystkie nierozumne kobiety, jakie później w życiu spotkałem zamiast zapanować nad sobą choćby z największym trudem, coraz bardziej rozdrażniała się, przechodząc stopniowo z jednego stadyum szaleństwa w drugie.
— Tak... tak mnie nazwał wobec podłego tchórza, który przysięgał mnie bronić? O! Trzymajcie mię! O!
— A-a-ch! — przez zęby zamruczał Orlik — Jabym cię podparł, gdybyś była mą żoną... Włożyłbym cię pod tusz i całą tę złość z ciebie wymył.
— O! Tylko posłuchajcie go! — krzyknęła siostra, klaskając w ręce, co oznaczało przejście do następnego stadyum wściekłości. Słyszycie nazwy, jakie mi daje! Ten Orlik! W moim własnym domu! Mnie... kobiecie zamężnej! Wobec mego męża! O! O!
Tu siostra wśród klaskań i wykrzykiwań zaczęła się bić rękami po piersiach, po kolanach, zerwała kapelusz, rozpuściła włosy — przejście do następnego stadyum szaleństwa. Zmieniwszy się w ten sposób w prawdziwą furyę, rzuciła się ku drzwiom, które na szczęście zamknąłem przedtem na klucz.
Biednemu Józefowi nie pozostawało nic innego, jak podejść do swego robotnika i zapytać, na jakiej podstawie śmiał się wmieszać do spraw jego z żoną i kto go o to prosił?
Stary Orlik zrozumiał, że musi przyjąć wyzwanie i przygotowywał się do obrony. Nie zdejmując swych popalonych fartuchów, jakby dwaj giganci stali naprzeciw siebie. Jeśli w okolicy był jaki człowiek, któryby mógł sprostać Józefowi, nie widziałem go. Orlik w jednej chwili nie gorzej od bladego młodzieńca, znalazł się wśród węgielnego pyłu i nie spiesznie się podniósł. Józef otworzył drzwi, wziął na ręce siostrę, leżącą bez czucia pod samem oknem, odniósł do domu i położył na kanapie; tu dopiero zaczęła przychodzić powoli do siebie, rzucała się na wszystkie strony, zapuszczając ręce we włosy Józefa. Potem nastąpiła zupełna cisza po silnym wybuchu. W smutnem usposobieniu, jakie jawiło się u mnie zawsze po takich wybuchach, jakby to była niedziela lub jakby ktoś w domu umarł, Poszedłem na górę, by się przebrać.
Gdy zeszedłem na dół, Józef i Orlik pozamiatali podłogę i znikły ślady walki, prócz siniaka pod samym nosem Orlika, co nie dodawało mu zupełnie urody. Na stole pojawiła się butelka piwa z pod „Wesołych żeglarzy“ i obaj najspokojniej przypijali do siebie. Panująca cisza wywarła kojący wpływ na Józefa; odprowadzając mnie rzekł:
— Poszumi, poszumi, a potem ucichnie. I tak całe życie.
Nie myślę, żeby kto mógł się interesować wzruszeniem, jakiego doznawałem, udając się do pani Chewiszem. Nie raz minąłem furtkę, zanim odważyłem się zadzwonić. Myślałem, czyby nie lepiej uciec i z pewnością uciekłbym, gdybym miał prawo rozporządzania swym czasem.
Do furtki wyszła pani Sara Poket a nie Estella.
— Cóż to? Znowuś tu? Czego ci potrzeba?
Gdym odrzekł, że chcę odwiedzić panią Chewiszem, parę minut wahała się, czy wpuścić, ale nie chcąc widocznie brać na siebie odpowiedzialności, wpuściła mnie wreszcie.
Wszystko było po dawnemu i pani Chewiszem była sama.
— No! — rzekła badawczo, wpatrując się we mnie. — Mam nadzieję, że niczego nie żądasz?... Nic nie otrzymasz.
— Nic, proszę pani! Chciałem tylko pani powiedzieć, że bardzo dobrze mi się powodzi u mego pana i bardzo jestem pani wdzięczny.
— Tak, tak! Możesz przychodzić czasem... W dniu swych urodzin przychodź... Aha! — zawołała, zwracając się do mnie wraz ze swem krzesłem. — Szukasz Estelli? Tak?
Rzeczywiście oglądałem się wokoło, szukając Estelli...
— Za granicą odbiera wychowanie wymagane dla damy. Nie sięgać teraz po nią... wypiękniała... każdy się zachwyca, kto ją tylko zobaczy. Czujesz, żeś ją stracił?
W ostatnich jej słowach było tyle złośliwości i zaniosła się takim niemiłym śmiechem, że zupełnie zmieszałem się i nie wiedziałem, co powiedzieć. Prędko mnie pożegnała i tem wybawiła mnie ze zmieszania. Gdy Sara zamknęła za mną furtkę, poczułem, że byłem jeszcze bardziej nierad ze swego rodzinnego domu i z rzemiosła i ze wszystkiego na świecie. Oto, com zyskał z tych odwiedzin.
Idąc po Hajg-strit, z przykrością patrzyłem we wystawy sklepowe i rozmyślałem, cobym kupił, gdybym był dżentelmenem, wtem wyszedł naprzeciw z księgarni pan Uopsel. Trzymał w rękach dopiero co kupioną za sześć pensów tragedyę Jerzego Barnyela i zamierzał wbić każde jej słowo w głowę pana Pembelczuka do którego szedł na herbatę. Zaledwie mnie spostrzegł, przemknęła mu przez głowę myśl, że sama Opatrzność przysyła mu ucznia, który może mu się przydać w czasie deklamacyi; natychmiast zatrzymał mnie i nalegał, bym go odprowadził do Pembelczuka. Wiedząc, że w domu nudno, że noce ciemne a droga zła, że lepiej mieć takiego towarzysza, niż żadnego, niedługo się ociągałem i obaj udaliśmy się do Pembelczuka w chwili, gdy już zapalano na ulicach i po sklepach latarnie.
Nigdy jeszcze nie byłem przy czytaniu Jerzego Barnyela i nie wiedziałem zupełnie, jak się to długo może przeciągnąć; ale doskonale pamiętam, że tego wieczoru przeciągnęło się do pół do dziesiątej. Kiedy pan Uopsel zabrał się do Nugeta, już myślałem, że nigdy nie stanie na miejscu kaźni, zaczął bowiem podnosić się nierównie wolniej, aniżeli w pierwszej epoce swej nieszczęśliwej karyery. Wydawało mi się z jego strony niewłaściwem boleć nad tem, iż zgubili go w kwiecie wieku, ponieważ nie spełnił ani jednego dzieła, od chwili, gdy zaczął swój zawód. Głównie jednak chodziło mi o to, że wszystko to bardzo długie i nudne. Najnieznośniejszem zaś ze wszystkiego było, że uważali mnie za wcielenie głównej postaci tej historyi. Gdy Barnyel wszedł na drogę występku, Pembelczuk tak wrogo spojrzał na mnie, że nie wiedziałem, gdzie mam się skryć i już byłem gotów prosić o przebaczenie. Uopsel wszystkiemi siłami starał się przedstawić mnie w najgorszem świetle. Okrutny a głupi, stałem się zabójcą wuja, bez żadnych łagodzących okoliczności; Milwood gromił mię swemi mowami; ze strony córki mego pana byłoby prawdziwem szaleństwem, gdyby myślała zwrócić na mnie uwagę; co do mej małoduszności w fatalnym dniu zupełnie odpowiadała ona niemocy mego charakteru. Nawet potem, gdy już mnie szczęśliwie powieszono i Uopsel zamknął książkę, Pembelczuk siedział, wpatrzony we mnie jak poprzednio, wstrząsał głową i mówił:
— Strzeż się, chłopcze, strzeż się! — jakby dobrze o tem wiedział, że obmyślam zabójstwo blizkiego krewnego albo nawet tego, który był łaskaw stać się mym dobrodziejem.
Już się zupełnie ściemniło, gdy skończyli czytać i wraz z panem Uopselem wracaliśmy do domu. Za miastem wszystko spowiła gęsta mgła i w powietrzu czuć było straszną wilgoć. Latarnia przy bramie przybrała wygląd plamy i wisiała jakby nie na zwykłem miejscu, promienie zaś światła, padające od niej, wydawały się zgęstniałą masą samej mgły. W chwili, gdyśmy rozprawiali o tem, że mgła skutkiem zmiany kierunku wiatru wypełza z naszych moczarów, ujrzeliśmy nagle człowieka od strony budki strażniczej.
— Hej! To ty Orlik?
— Aha! — rzekł, podchodząc ku nam. — Dawno już tu stoję i czekam na towarzystwo.
— Spóźniłeś się.
Orlik takim samym głosem odpowiedział.
— Tak? A tyś się nie spóźnił?
— Urządziliśmy, panie Orlik, wieczór literacki — rzekł pan Uopsel, wciąż jeszcze pod wpływem niedawnej lektury.
Stary Orlik burknął coś, że go to nic nie obchodzi i wszyscy udaliśmy się w dalszą drogę. Spytałem go, gdzie spędził cały ten czas?
— W mieście — odpowiedział. — Wyszedłem za tobą. Nie widziałem, cię, ale przez cały czas szedłem niedaleko za tobą. Słyszysz, znów strzelili.
— Na pontonach? — spytałem.
— Tak! Ptaszki widocznie powylatywały z klatek. Tylko co się ściemniło a już strzelają. Wkrótce znów wypalą.
I rzeczywiście nie zdążyliśmy przejść stu metrów, gdy zagrzmiał znów pamiętny dla mnie strzał, który milknąc wśród grubej mgły, rozpłynął się w okolicy, jakby gonił zbiegów i groził im.
— Doskonała noc do ucieczki — rzekł Orlik. — Zechciej złapać w taką noc więziennego ptaszka za skrzydełko!
Przedmiot był najwłaściwszy do wzburzenia mych myśli. Pan Uopsel, jako nieszczęśliwy wuj z wieczornej tragedyi, przechadzał się po swym ogrodzie. Orlik włożywszy ręce w kieszenie, ciężkim krokiem kroczył koło mnie. Było bardzo ciemno, bardzo wilgotno, bardzo błotnisto i stąpaliśmy po błocie. Od czasu do czasu rozlegał się nad nami wystrzał sygnałowy, głucho rozlewając się z biegiem rzeki. Milczałem pogrążony w swych myślach. Orlik mruczał sobie pod nosem: — „Kuj żywiej, kuj żywiej, stary Klem! Kuj dźwięczniej — stary Klem!“ — Myślałem, że się upił, ale nie był pijany.
Tak doszliśmy do wsi. Droga prowadziła obok „Trzech Wesołych Żeglarzy“, gdzie ku wielkiemu naszemu zdziwieniu panował dziwny ruch, choć była już jedenasta godzina. Drzwi stały otworem a w oknach widniało niezwykłe o tej porze światło. Pan Uopsel wstąpił, by się dowiedzieć, o co chodzi lecz natychmiast wybiegł stamtąd z okropnem wzruszeniem.
— Tam się coś stało — rzeki, nie zatrzymując się ani chwili — do domu! — za mną! Pip! Prędzej!
— O co chodzi? — pytałem, biegnąc za nim. Razem ze mną biegł i Orlik.
— Nic nie rozumiem. Do domu wtargnięto przemocą w chwili, gdy Józef Hardżeri wyszedł. Przypuszczają, że to zbrodniarze napadli na kogoś i zbili.
Biegliśmy tak prędko, że niepodobna było mówić, stanęliśmy dopiero w kuchni. Była ona zapchana ludźmi; cała wieś tu się zebrała i na podwórzu. Był doktór i Józef a także tłum kobiet na samym środku kuchni. Gdy mnie zobaczono, zrobiono mi natychmiast drogę i... ujrzałem siostrę. Leżała bez czucia i ruchu na podłodze; jakaś nieznana ręka wymierzyła jej straszny cios w tył głowy i w plecy w chwili, gdy siedziała twarzą do komina. Odtąd nigdy już nie wyprawiała gwałtownych scen.






Rozdział XVI.

Głowa moja była pełna Jerzego Barnuella. W pierwszej chwili wyobraziłem sobie, że ma on jakiś udział w napadzie na mą siostrę, po pierwsze najbliższą moją krewną, powtóre w całej okolicy znaną moją dobrodziejkę. Może na mnie skierują się podejrzenia ogółu? Następnego dnia przy dziennem świetle rozpatrzyłem się dobrze w całej sprawie i usłyszałem różne o niej wieści; wydała mi się też sprawa nieco inną.
Józef bawił w gospodzie „Trzech Wesołych Żeglarzy“ od kwadrans na dziewiątą do kwadrans na dziesiątą. Gdy tam siedział i palił, siostra stała przy drzwiach kuchni i wymieniła ukłon z robotnikiem poblizkiej fermy, który wracał do domu. Człowiek ten nie mógł stanowczo oznaczyć czasu, w którym ją widział (bardzo był pomięszany, starając się sobie to przypomnieć), przypuszczał, że było koło dziewiątej. Gdy Józef wrócił do domu o dziesiątej bez pięciu minut, znalazł ją leżącą na ziemi i natychmiast wezwał pomocy. Ogień na kominku płonął jeszcze jasno, świeca na stole jeszcze nie wypaliła się, ale zgasła.
W pokoju nic się nie zmieniło prócz tego, że zgaszono świecę, stojącą na stole między drzwiami a kominkiem, w chwili wymierzania ciosu i prócz nieładu jaki powstał, gdy siostra upadła, zalana krwią. Na podłodze jednak znalazło się, wiele mówiące, corpus delicti. Siostrę uderzono czemś ciężkiem w głowę i w plecy, a kiedy padła twarzą na ziemię i leżała już bez czucia, rzucono na nią jakiś przedmiot. Gdy Józef podniósł żonę z podłogi, ujrzał obok niej przepiłowaną żelazną okowę z nogi jakiegoś więźnia.
Obejrzawszy ją wprawnem okiem kowala, oznajmił, że przepiłowano ją nie bezpośrednio przedtem, lecz dość dawno. Wrzaski zebranego tłumu usłyszano na pontonach i ludzie, którzy stamtąd przybiegli, potwierdzili domniemania Józefa. Nie mogli orzec, kiedy ta okowa opuściła jakąś z galer, do kogo ona należała, ale byli przekonani o tem, że nie należała do żadnego ze zbiegłych tej nocy więźniów. Jednego ze zbiegów już schwytano, lecz okowę swą miał na nogach.
Jam zaś po cichu wysnuwał swe własne wnioski. Byłem pewny, że okowa ta należała niegdyś do mego więźnia i była tą samą, którą piłował wówczas na moczarach. Nie mogłem jednak bezwzględnie go o to oskarżać, że sam posłużył się nią do zbrodni. Obwiniałem jednego z dwóch, co mogli jej użyć. Był to według mnie albo Orlik, albo też ten nieznajomy, który ukradkiem pokazał mi pilnik.
Co do Orlika, rzeczywiście był on w mieście, tak jak nam to mówił, gdyśmy go spotkali przy rogatce; w mieście widziano go przez cały wieczór w różnych gospodach, wśród różnych towarzystw, a z powrotem szedł ze mną i z panem Uopselem. Nic nie mówiło przeciw niemu prócz sporu; ale siostra tysiące razy kłóciła się nie tylko z nim, lecz z każdym, z którymi ją los zetknął. Co do nieznajomego, mógł on przyjść, aby odebrać z powrotem swe bilety bankowe, lecz do tego nie trzeba było żadnego sporu, bo siostra dawno już była gotową zwrócić mu pieniądze. Nic przytem nie wskazywało tu na jakąkolwiek walkę; przestępca wszedł tak cicho i niespodziewanie, że nie zdążyła nawet obejrzeć się, jak jej cios wymierzył.
Ogarnął mnie strach, że sam, choć bez zamiaru, dostarczyłem tego fatalnego narzędzia zbrodniarzowi; inaczej myśleć nie mogłem. Ogromnie się martwiłem, rozważając, czy nie lepiej będzie, jeśli wyjawię tajemnicę mego dzieciństwa i opowiem Józefowi całą historyę. Miesiące mijały za miesiącami, a każdy dzień przecząco rozstrzygał tę kwestyę, następnego dnia znów ją rozbierałem i badałem, jak mam zadecydować. Wkońcu przyszedłem do wniosku, że tajemnica ta już zbyt stara i tak się zżyła ze mną, że stała się częścią mej istoty, nie mogłem tedy jej w żaden sposób oddzielić od siebie. Do wszystkiego przyłączała się obawa, że przyznając się do udziału w tych nieszczęściach, bardziej niż kiedykolwiek mogę zniechęcić do siebie Józefa, jeśliby temu uwierzył; nie mniej bałem się, że nie uwierzy i spojrzy na to, jak na moje dziecinne opowiadanie o fantastycznych psach i cielęcych kotletach. Wogóle postanowiłem poczekać i uczynić wyznanie, jeśli tylko zdarzy się sposobność, która da mi możność przyczynienia się do wykrycia zbrodniarza.
Londyńscy agenci i policya z Boy-Street wałęsali się tydzień czy dwa wokoło i postępowali tak, jak słyszałem i czytałem, że postępują w podobnych razach władze. Aresztowali paru ludzi podejrzanych, łamali sobie głowy nad fałszywymi wnioskami, uporczywie starając się nagiąć okoliczności do tych wniosków, zamiast wysnuwać wnioski z okoliczności. Potem stali przy drzwiach „Wesołych Żeglarzy“, w głębokiem zamyśleniu i przenikliwie rozpatrując się na wszystkie strony, co wzbudzało zachwyt wśród mieszkańców; gdy pili, czynili to z tak tajemniczemi minami, z jakiemi przeprowadzali poszukiwania przestępcy.
Długo jeszcze po zniknięciu tych urzędników leżała moja chora siostra w łóżku. Wzrok prawie zupełnie straciła, przedmioty dwoiły się w jej oczach i zamiast rzeczywistych szklanek i kieliszków chwytała urojone; słuch jej osłabł, pamięć też, mowa stała się niepewną. Gdy wreszcie na tyle się jej poprawiło, że można ją było sprowadzić na dół, okazało się koniecznem trzymać wciąż przy niej tabliczkę, aby mogła napisać to, czego nie mogła wymówić. Pisała źle, Józef czytał jeszcze gorzej, stąd między nimi następowały ciągłe nieporozumienia, dla rozstrzygnięcia których wzywali mnie. W takich razach i z mej strony nie obchodziło się bez pomyłek.
Charakter jej mocno się zmienił i stała się bardzo cierpliwą. Niepewny chód i niemoc całego ciała stały się wkrótce jej normalnym stanem. Przez dwa, czy przez trzy miesiące często chwytała się rękami za głowę, tygodniami trwała jej nieprzytomność. Trapiliśmy się bardzo nie wiedząc, gdzie znaleźć dla niej pielęgniarkę, aż wreszcie pewna okoliczność wybawiła nas z kłopotu. Ciotka Uopsela niespodziewanie zerwała z zakorzenionym nałogiem życia i Biddi stała się w ten sposób członkiem naszej rodziny.
Po upływie miesiąca, gdy siostra moja pojawiła się znowu w kuchni, Biddi przyszła do nas z niewielkim szarym kuferkiem, w którym znajdował się cały jej majątek i od tej chwili stała się błogosławieństwem naszego domu. Największem błogosławieństwem była dla Józefa, ponieważ drogi mój stary przyjaciel bardzo cierpiał, mając przed oczami chorą żonę. Pielęgnując ją wieczorami, często zwracał na mnie swe błękitne, pełne łez oczy i smutno mówił: „A tak piękną była kobietą, prawda Pip?“ — Biddi, przeniósłszy się do nas zaraz zaczęła zabiegliwie i bardzo zręcznie opiekować się nią, jakby znała jej nawyknienia od dzieciństwa. Józef mógł teraz korzystać ze spokojniejszego życia i od czasu do czasu zaglądał do gospody: „Wesołych Żeglarzy“, co do pewnego stopnia odwracało jego myśli w inną stronę. Charakterystycznym dla policyi był fakt, że wszyscy mniej łub więcej podejrzewali biednego Józefa i że patrzyli na niego, jak na człowieka bardzo chytrego i mądrego.
Pierwszym tryumfem Biddi na nowem jej miejscu było rozstrzygnięcie kwestyi, której w żaden sposób nie mogłem rozwiązać.
Siostra wciąż na tabliczce kreśliła literę, przypominającą literę T, a potem z niezwykłem wzruszeniem starała się zwrócić na nią naszą uwagę, jak na coś, czego specyalnie sobie życzy. Napróżno wskazywałem jej różne przedmioty, których nazwa rozpoczyna się od tej litery. Wtem wpadło mi do głowy, że znak ten kształtem swym przypomina młot i wesoło krzyknąłem to słowo do ucha swej siostrze; wówczas zaczęła stukać w stół i potwierdziła to. Wtedy zacząłem znosić młotki jeden za drugim bez żadnego rezultatu; potem pomyślałem o kosturze, którego zakończenie miało trochę podobny kształt; udało mi się go wyszukać w śpiżarni i zupełnie pewny rezultatu przyniosłem go siostrze. Ona jednak tak pokręciła głową, gdym go jej pokazał, że przestraszyliśmy się, by w swym słabowitym i nadwątlonym stanie nie złamała sobie szyi.
Gdy siostra przekonała się, że Biddi zawsze wszystko szybko pojmuje, tajemniczy znak znowu ukazał się na tabliczce. Biddi długo z zamyśleniem: patrzyła na siostrę, potem także z zamyśleniem na Józefa (imię którego wyrażała na tabliczce jego pierwsza litera) i na łeb — na szyję rzuciła się do kuźni a za nią Józef i ja.
— No, rozumie się! — wolała z zarumienioną ze wzruszenia twarzą. Czyż nie rozumiecie? „Jego“ jej potrzeba!
Orlika bez wątpienia! Zapomniała jego imię i wskazała nam na jego młot. Powiedzieliśmy mu, że prosimy, by przyszedł do nas do kuchni i objaśniliśmy dlaczego; powoli odłożył na stronę młot, wytarł ręką czoło, potem wytarł je jeszcze raz fartuchem i poszedł za nami swym zwykłym szerokim krokiem.
Miałem nadzieję, szczerze się przyznam, że go siostra oskarży, ale spotkał mnie zawód. Rezultat okazał się wprost przeciwny. Ze wzruszeniem starała się dać mu do zrozumienia, że chce być z nim w dobrych stosunkach, była widocznie zadowolona z tego, że go wreszcie przyprowadzono i znakami wskazywała, aby mu dano czegoś się napić. Badawczo śledziła wyraz jego twarzy, jakby pragnąc się przekonać, czy jest rad z przyjęcia; chciała go skłonić do zgody i czyniła to z takim ujmującym wyrazem, z jakim dziecko stara się ułagodzić swego surowego nauczyciela. Rzadko mijał dzień, by nie rysowała młotka na tabliczce, poczem do niej przychodził Orlik i z taką miną stawał naprzeciw niej, jakby nie pojmując, czego właściwie od niego sobie życzy.






Rozdział XVII.

Teraz dopiero stałem się naprawdę podmajstrzem; życie me upływało wśród wiejskiego otoczenia i moczarów;, dni niczem się od siebie nie różniły, prócz dnia mych urodzin, kiedy udałem się z drugą wizytą do pani Chewiszem. Pani Sara Poket spełniała podobnie jak poprzednio funkcye odźwiernej. Zastałem panią Chewiszem taką samą, jaką zostawiłem, a o Estelli mówiła to samo, prawie temi samemi słowami, jak przeszłego razu. Widzenie się nasze trwało zaledwie parę minut; dała mi gwineę, a gdym odchodził kazała przyjść znowu w dniu mych urodzin. Stało się to później corocznym mym zwyczajem. Pierwszego razu wzbraniałem się przyjąć gwinei, ale naraziłem się na to, że spytała mnie gniewnie, czy nie chcę otrzymać czegoś więcej? Cóż miałem robić, musiałem wziąć.
Stary, ponury dom nie zmienił się; żółtawy kolor przeważał jak poprzednio w ciemnej sali z pobladłem widmem w krześle przy toalecie i czułem, że w tem tajemniczem miejscu czas zatrzymał się tak, jak zatrzymał się zegar; podczas gdy wokół mnie wszystko rośnie i starzeje się, tu nic nie porusza się z miejsca. Dzienne światło nigdy nie wpadało do tego domu, tak w rzeczywistości, jak i w mych myślach i wspomnieniach o nim. To wprowadzało mnie w podziw i pod tym wpływem jeszcze bardziej nienawidziłem swe rzemiosło i dom rodzinny.
Powoli zacząłem dostrzegać w Biddi wielkie zmiany. Nie nosiła już wydeptanych trzewików, włosy były zawsze przyczesane, ręce zawsze wymyte. Nie była piękną — była to prosta dziewczynka i nie mogła równać się z Estellą — ale miała miły wygląd, była zdrowa i miała dobry charakter. Nie przebyła u nas nawet roku, a już spostrzegłem, że ma nadzwyczaj miłe, zamyślone i mądre oczy, bardzo piękne i bardzo poczciwe.
Zauważyłem to w chwili, gdy według zwyczaju podniosłem oczy od swej roboty. Przepisywałem parę wyjątków z książki, wprawiając się tym sposobem odrazu i w czytaniu i w pisaniu. Spostrzegłem nagle, że Biddi patrzy na mnie. Odłożyłem na bok pióro, Biddi jednak nie odłożyła roboty, tylko przestała pracować.
— Biddi — spytałem — dlaczego tak łatwo we wszystkiem dajesz sobie radę? Albom ja bardzo głupi, alboś ty bardzo mądra?
— Z czemże to daję sobie radę? Nie wiem — odpowiedziała uśmiechając się.
W rzeczywistości, doskonale dawała sobie radę w całem gospodarstwie, ale nie o tem myślałem, co jeszcze bardziej ją zadziwiło.
— Jak ty zdążysz, Biddi, nauczyć się tego wszystkiego, czego ja się uczę i nie pozostać w tyle? Zaczynałem się chlubić swą wiedzą, dla której traciłem wszystko, co otrzymywałem w dniu urodzin, a także i większą część swych kieszonkowych pieniędzy. Teraz dopiero mogę ocenić, jak to mnie drogo kosztowało.
— Ja także chciałabym cię zapytać — rzekła — jak ty sobie dajesz radę?
— Mnie, wiesz, gdy wracam z kuźni, wszyscy widzą jak siadam do nauki a ciebie nikt przy tem nie widzi!
— Ja pewno pochwytuję naukę jak kaszel — rzekła Biddi, ciągnąc dalej swą robotę.
Myśląc wciąż o jednem i tem samem, oparzeni się na poręczy drewnianego krzesła, patrzyłem, jak Biddi szyła z przechyloną na bok głową i myślałem, że jest niezwykłą dziewczynką. Przypominam sobie, że doskonale znała wszystkie techniczne terminy naszego rzemiosła, różne stadya naszej pracy i nazwy przedmiotów. Wszystko, com umiał, umiała i Biddi. W teoryi była ona tak dobrym kowalem jak ja, albo nawet i lepszym.
— Należysz do tych ludzi — rzekłem — którzy umieją korzystać ze wszystkiego. Pókiś nie przyszła do naszego domu, nie miałaś tego daru, a teraz popatrz tylko, jak wiele się nauczyłaś.
Biddi chwilkę patrzyła na mnie, potem znów zabrała się do szycia.
— A tymczasem ja byłam twym pierwszym nauczycielem. Czyż nie tak?
— Biddi! — zawołałem ze zdziwieniem. — Czego płaczesz?
— Nie, nie płaczę — rzekła, spoglądając na mnie z uśmiechem. — Co ci przyszło do głowy?
Jakże mogło to być złudzeniem, skoro doskonale widziałem, jak przejrzysta łza spadła na jej robotę? Siedziałem milcząc i przypominałem sobie, jaką pracownicą była, gdy żyła jeszcze u ciotki pana Uopsela, która z taką troskliwością podtrzymywała życie, od którego pragnie się wielu ludzi uwolnić. Przypomniałem sobie w jakich warunkach żyła w tym maleńkim sklepiku i w nędznej wieczornej szkole, gdzie ciotka zwaliła na jej słabe ramiona cały ciężar własnej niemocy. Myślałem o tem, że już wówczas kryło się w Biddi wszystko to, co obecnie się rozwinęło i dlatego przy jej kłopotach i pracy zwracałem się do niej z pomocą. Biddi szyła spokojnie i nie płakała więcej. Gdy zaś patrzyłem na nią i zastanawiałem się nad tem wszystkiem zrodziła się w mej głowie myśl, że nie byłem jej dość wdzięcznym. Może trzymałem się od niej zbyt daleko, a powinienem zaszczycić ją, choć w myśli nie używałem tego słowa, swem zaufaniem.
— Tak, Biddi — mówiłem — tyś była mym pierwszym nauczycielem i to jeszcze wówczas gdyśmy nie myśleli, że będziemy razem siedzieć, jak obecnie w naszej kuchni.
— Ach, biedaku! Niestety, to prawda!
— Widzisz — ciągnąłem — powinniśmy się więcej zbliżyć, niż dotychczas. Chciałbym Przejść się z tobą tak, jakeśmy to dawniej czynili. Pójdziemy Biddi pospacerować następnej niedzieli na moczary i pomówimy tam ze sobą.
Siostry mej obecnie nigdy nie zostawiano samej, ale Józef z większą gotowością niż zwykle zgodził się opiekować nią po obiedzie, podczas gdy ja z Biddi poszliśmy na spacer. Była cudna letnia pogoda. Minęliśmy wieś, potem kościół i cmentarz i wyszliśmy na moczary, skąd widzieliśmy żagle, płynących po rzece statków. Myśli me jak zwykle przeniosły się ku pani Chewiszem i Estelli. Nareszcie nad rzeką usiedliśmy na brzegu, woda cicho szemrała u stóp naszych, napełniając całe nasze otoczenie niezwykłym spokojem — uznałem, że to najodpowiedniejszy czas i miejsce, by odkryć swe serce Biddi.
— Biddi — rzekłem, poprzednio wziąwszy od niej słowo, że nikomu nic o tem nie powie — pragnę być dżentelmenem.
— Gdybym była na twem miejscu, nie pragnęłabym tego. Nie sądzę, by było to dobrem dla ciebie.
— Biddi, mam specyalny powód, dla którego pragnę być dżentelmenem.
— Lepiej żebyś nie myślał o tem! Jak sądzisz, byłbyś szczęśliwszym wówczas, niż obecnie?
— Teraz nie czuję się szczęśliwym — zawołałem niecierpliwie. — Czuję wstręt do swego rzemiosła i do swego życia. Nic mnie nie pociągało ani do jednego, ani do drugiego od chwili zawarcia umowy. Nie mów niedorzeczności.
— Czyż powiedziałam co niemądrego? — spytała cicho, podnosząc brwi. — Bardzo mi żal, alem nie chciała powiedzieć nic głupiego. Radabym tylko, byś żył szczęśliwie i dobrze.
— No to zrozumże raz na zawsze, że tu nigdy nie będę szczęśliwym. Prócz niedoli niczego tu nie mogę się spodziewać. Tak to Biddi!... Dopóty nie będę szczęśliwym, dopóki nie zacznę innego życia.
— Jak to przykro! — rzekła Biddi.
Sam nieraz myślałem, że to wielka szkoda, a w głębi mego serca wciąż wrzała walka, męcząca mnie i gotów byłem rozpłakać się z goryczy, że Biddi, wyjawiając własne uczucia, wyjawiała równocześnie i moje. Miała słuszność, że nad tem można było boleć, ale pomódz nie można.
— Jeślibym pogodził się z takiem życiem i choć w połowie polubił kuźnię tak, jak ją lubiłem w dzieciństwie, wiem, że byłoby to lepiej dla mnie. Ty, ja i Józef, czegóż nam więcej potrzeba? A kiedyby się skończył termin mej umowy, mógłbym stać się wspólnikiem Józefa i ożenić się z tobą. Siedzielibyśmy tu razem w niedziele, szczęśliwsi niż teraz. Byłbym dobrym dla ciebie, nieprawdaż Biddi?
Biddi westchnęła i rzucając wzrok na przepływające czółna, odpowiedziała:
— Tak, nie jestem wymagającą.
Nie mogę przyznać, by było to pochlebne dla mnie, ale wiedziałem, że nic złego nie chciała przez to powiedzieć.
— Zamiast tego cóż ze mną się dzieje. Czuję się niezadowolonym i nieszczęśliwym i... Ach nigdybym nie pomyślał tego, że jestem ordynarnym wiejskim chłopcem, gdyby mi nikt tego nie powiedział!
Biddi żywo spojrzała na mnie.
— Któż ci to powiedział?
Niepotrzebnie wyrwałem się z tem, o czem nie chciałem mówić. Ale trudno się było cofnąć.
— Piękna, młoda panna u pani Chewiszem. Niema takiej pięknej, jak ona. Bardzo mi się podobała i dla niej to chcę być dżentelmenem.
Uczyniwszy to niemądre wyznanie, zacząłem rwać trawę i rzucać ją do rzeki, jakby zamierzając sam pójść za nią.
— Dlaczego właściwie pragniesz być dżentelmenem — aby ją poniżyć, czy też by wzbudzić w niej miłość? — spokojnie spytała mnie Biddi po chwili milczenia.
— Nie wiem.
— Aby poniżyć ją — ciągnęła Biddi — myślę... lepiej zresztą, byś to wiedział... że byłoby lepiej i mądrzej z twej strony nie zwracać uwagi na jej słowa. A jeśli dlatego aby cię polubiła... i tu myślę, że lepiej, byś o tem wiedział... Według mnie ona nie warta tego.
Sam już to myślałem wiele razy i w tej chwili zupełnie się z tem zgadzałem. Ale czyż mogłem ją, prosty wiejski chłopak nie poddać się tej dziwnej niekonsekwencyi, w jaką tak często wpadają lepsi i mędrsi ludzie?
— Wszystko to prawda — rzekłem tylko, że ona bardzo mi się podoba.
Nie odezwałem się więcej ani słowem, rzuciłem się twarzą na ziemię, schwyciłem się obiema rękami za głowę i zacząłem rwać włosy. Uznając w zupełności całą małoduszność swego charakteru, całą bezmyślność i nierozsądek swych pragnień, gotów byłem porwać swą głowę za włosy i rozbić ją o kamienie za karę za to, że należy do takiego idyoty.
Biddi była najmędrszą z dziewcząt i nie starała się przekonywać mnie. Wyciągnęła rękę, która wydała mi się tak miłą, mimo, że zgrubiała z pracy, do mych rąk i z niezwykłą delikatnością oswobodziła je jedną po drugiej z włosów. Potem łagodnie poklepała mnie po ramieniu, kiedym płakał, kryjąc twarz w rękawie — zupełnie tak samo, jak wówczas w browarze. Niejasno rozumiałem, że ktoś mnie czemś skrzywdził, ale kto i czem, nie mogłem powiedzieć.
— Z jednego tylko jestem zadowolona — rzekła Biddi — że mi ufasz! A także obiecuję zachować twą tajemnicę i zawsze będę starała się o twe zaufanie. Jeśliby twój pierwszy nauczyciel (o drogi! jest on godzien litości i sam jeszcze potrzebuje, by go uczono) był i obecnie twoim nauczycielem, wiedziałby jaką ci dać naukę.
Będzie ci jednak ciężko poznać owe nauki, próżno nawet mówić o tem, ponieważ odpędziłeś swego nauczyciela. Z lekkiem westchnieniem Biddi podniosła się z miejsca i łagodnie rzekła: — Pospacerujemy jeszcze, czy pójdziemy do domu?
— Biddi — zawołałem, obejmując ją i całując — zawsze wszystko będę ci mówił!
— Póki nie staniesz się dżentelmenem.
— Wiesz, że nim nigdy nie będę, a zatem zawsze. Przytem niema potrzeby mówić z tobą o czemkolwiek, bo wiesz wszystko to, co i ja, jak ci to już mówiłem wtedy wieczorem.
— Ach — szepnęła Biddi i spojrzała na czółna. Poczem uprzejmie jak przedtem popatrzyła na mnie.
— Będziemy jeszcze chodzili, czy wrócimy do domu? Wolałem jeszcze spacerować, więc poszliśmy dalej. Śliczny letni dzień powoli zmienił się w niemniej piękny letni wieczór. Już zdawało mi się, że w obecnym stanie znajduję się we właściwszem i odpowiedniejszem położeniu, niż wówczas, gdy grałem w karty z Estellą, siedząc w sali, w której stanęły zegary i płonęły w dzień woskowe świece. Czy nie lepiej będzie, jeśli wyrzucę ją z głowy wraz ze wszystkiemi swemi wspomnieniami i marzeniami i wezmę się szczerze do pracy z silnem postanowieniem, uczciwie i z dobrą wolą? Zapytywałem się, czym nie jest pewien, że gdyby tu była Estella a nie Biddi, starałaby się mnie poniżyć? Byłem tego pewien i dlatego powiedziałem sobie: — „Jakiś ty głupi, Pip!“
Wiele mówiliśmy podczas spaceru, a wszystko co mówiła Biddi, było prawdą. Biddi nigdy nie była ani zuchwałą, ani kapryśną, dziś w takiem, jutro w innem usposobieniu; z pewnością zgodziłaby się raczej zadać ranę swemu sercu, aniżeli memu. Dlaczegóż zatem z obu wolałem tamtą niż tę?
— Biddi — rzekłem, idąc z powrotem — Pragnąłbym, byś mię skierowała na inną drogę.
— I ja też.
— Jeślibym się mógł zakochać w tobie... nie masz do mnie żalu, że tak otwarcie ci to mówię? Jesteś przecież dawną znajomą.
— Tak, drogi, wcale nie. Nie myśl o mnie.
— Jeślibym tylko mógł... wówczas byłoby inaczej.
— Tego nigdy nie potrafisz — odrzekła.
Teraz wieczorem nie wydawało mi się to tak nieprawdopodobnem, jak parę godzin wcześniej. A możebym i potrafił. Biddi jednakże była swego pewną i mówiła stanowczo. W głębi duszy wierzyłem, że ma słuszność, ale było mi przykro, że tak obstawała przy tem.
Byliśmy blizko cmentarza, należało przejść groblę i przeprawić się przez zastawę szluzy. Wtem niewiadomo skąd, czy z pod zastawy czy z pod chróstu, czy z błota, (które stężało w tym czasie) wyskoczył Orlik.
— Hallo! — krzyknął. — Dokąd to idziecie?
— A dokąd mamy iść, jak nie do domu?
— No, niech mnie powieszą, jeśli nie będę wam towarzyszył.
Najulubieńszem jego zaklęciem było: „niech mnie powieszą“. Nie nadawał temu wyrażeniu jakiegoś specyalnego znaczenia, używał go podobnie jak wymyślonego przez siebie imienia, byle pożartować z ludzi i przestraszyć ich możliwością tej dzikiej samopomocy. Gdym był młodszym zawsze byłem przekonany, że gdyby zechciał mnie powiesić, posłużyłby się w tym celu ostrym, podwójnym haczykiem.
Biddi bardzo sobie tego nie życzyła, by szedł z nami i szepnęła mi:
— Nie pozwól, by szedł z nami... nie lubię go.
Ponieważ i ja niezbyt go lubiłem, zdecydowałem się oznajmić mu, że dziękujemy, ale nie życzymy sobie, by nam towarzyszył. Wysłuchał tego z głośnym śmiechem i oddaliwszy się od nas szedł z tyłu za nami.
Z ciekawości, czy Biddi nie podejrzewa go o to, że uczestniczył w zamachu na życie mej siostry, która nie mogła dać na to odpowiedzi, spytałem, dlaczego go nie lubi?
— O — rzekła, rzucając szybkie spojrzenie wstecz, — bo obawiam się, że mnie kocha?
— Czy mówił, że cię kocha? — spytałem niechętnie.
— Nie — odpowiedziała, znów oglądając się — nigdy mi tego nie mówił. Ale zawsze mizdrzy się, gdy patrzę na niego.
Choć ta wiadomość była dla mnie nową i dziwną, ani chwili nie wątpiłem w jej słuszność. Bardzo mnie to gniewało, że Orlik ośmielał się ją kochać; patrzyłem na to, jakby na wielką obrazę.
— Przecież to dla ciebie nie może mieć znaczenia — spokojnie zauważyła Biddi.
— Tak, Biddi, niema, ale mi się to nie podoba i nie mogę tego ścierpieć.
— I ja też. Dla ciebie jednak, powtarzam, to wszystko jedno.
— Bardzo słusznie, ale muszę ci powiedzieć, że inaczejbym zaczął na ciebie patrzyć, gdyby czynił to z twego pozwolenia.
Od tego wieczoru obserwowałem Orlika i gdy tylko zaczynał się zalecać, stawałem między nim a Biddi. Był on związany z naszą kuźnią, dzięki nagle rozbudzonej skłonności do niego mej siostry, gdyby nie to, bezwarunkowo wyrzuciłbym go stąd. Doskonale rozumiał me zamiary i płacił mi tem samem, jak się później przekonałem.
Wszystko to dość już samo z siebie poplątało mi się w głowie, a jeszcze zwiększałem tę plątaninę pięćdziesięciu tysiącami różnych wywodów, choć dostatecznie poznałem, że Biddi znacznie lepsza, niż Estella i że uczciwa praca robotnika, do której się urodziłem, nie wstydzi i może tylko służyć do wzbudzenia poczucia osobistej godności i szczęścia. W takich chwilach zdawało mi się, że niechęć moja do Józefa i kuźni zupełnie ginęła i że stanowczo pójdę właściwą drogą, stanę się wspólnikiem Józefa i ożenię się z Biddi... Trwało to do chwili, dopóki wspomnienia o bytności u pani Chewiszem nie ogarniały mnie i podobnie do dziwnego przyrządu, miotającego pociski, nie rozbijały wszystkich mych dobrych postanowień. Rozrzucone w ten sposób myśli i zamiary nie tak łatwo było zebrać znowu i często, zanim się to udało, znowu rozsypywały się na wszystkie strony, gdy w głowie mej błyskała nagle niespodziewana myśl, że pani Chewiszem pokieruje mym losem, skoro tylko skończy się termin mej nauki.
Myślę jednak, że wątpliwości moje nie skończyłyby się i po upływie terminu. Nie było mu jednak sądzonem upłynąć, a losy me rozstrzygnęły się w nieoczekiwany dla mnie sposób, jak o tem zaraz się dowiecie.






Rozdział XVIII.

Było to w czwartym roku mej nauki u Józefa, w sobotę wieczorem. Wokoło kominka „Trzech Wesołych Żeglarzy“ zebrała się grupa ludzi i uważnie słuchała pana Uopsela, który czytał głośno gazetę. Wśród tej grupy znajdowałem się również.
Chodziło o to, że spełniono krzyczące morderstwo i pan Uopsel zalał się, że tak powiem, krwią po same uszy.
Wytrzeszczał strasznie oczy przy opisie i illustrował wszystkich biorących udział w śledztwie sądowem. Zaledwie wyszeptał: — „śmierć moja nadeszła!“ — udając po barbarzyńsku zabitą ofiarę, wnet wył na całe gardło: — „już ja się z tobą rozprawię!“ — naśladując zabójcę. Czytając zeznania doktorów, naśladował głos naszego doktora miejscowego; drżał cały i głos mu się łamał, gdy powtarzał zeznania stróża przy szluzie, który słyszał wymierzane ciosy, tak zręcznie udając przytem sparaliżowanego starca, że u nikogo nie mogło zostać śladu powątpiewania co do nienormalnego stanu umysłowego tego świadka. Sądowy znawca zmieniał się u pana Uopsela w Tymona Ateńczyka a stróż w Koriolana. Sam był zajęty swem czytaniem i my też byliśmy zainteresowani i zadowoleni. W tem doskonałem usposobieniu jednogłośnie wydaliśmy obciążający wyrok na rozmyślne morderstwo.
Dopiero potem zauważyłem obecność nieznajomego dżentelmena, który stał oparty o poręcz krzesła naprzeciw mnie i patrzył na nas. Twarz jego — wyrażała zupełne lekceważenie; gryzł paznokieć wielkiego palca, patrząc na słuchaczy.
— No — rzekł nieznajomy, gdy pan Uopsel skończył — nie wątpię, że sprawa ta wypadła ku wielkiemu waszemu zadowoleniu... nieprawda?
Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem i przestrachem, jakby on właśnie był zabójcą. Odpowiedział na to zimnem, sarkastycznem spojrzeniem.
— Winien, rozumie się? — spytał. — No odpowiadajcież, cóż! No!
— Panie i — odrzekł pan Uopsel — choć nie mam zaszczytu znać pana, twierdzę, że winien.
Przy tych słowach nabraliśmy odwagi i głuchym szmerem potwierdziliśmy jego zdanie.
— Wiedziałem, że go obwinicie, już z góry to przewidywałem. Nawet wam to już powiedziałem. Teraz chciałbym zadać jedno pytanie. Czy wam wiadomo, że prawo angielskie uznaje człowieka za niewinnego dopóty, póki nie zostanie Udowodniona — u-do-wod-nio-na! — jego wina?
— Panie — zaczął Uopsel — ja sam jako Anglik...
— Poczekajcie! Nie uchylajcie się od pytania. Wiecie, czy nie wiecie? Jedno z dwojga!
Skłonił na bok głowę i sami się przegiął, potem, wyciągnął wskazujący palec w stronę pana Uopsela i znów zaczął gryźć paznokieć.
— No? Wiecie o tem, czy nie wiecie?
— Rozumie się, że wiemy — odpowiedział pan Uopsel.
— Rozumie się, że wiecie!... Dlaczego nie powiedzieliście tego odrazu? Teraz zadam wam drugie pytanie. Czy wiadomo wam, że żaden ze świadków nie był poddany krzyżowemu badaniu?
Pan Uopsel zaczął: — „Mogę tylko rzec“ — ale nieznajomy wstrzymał go.
— Co? Nie chcecie odpowiadać na pytanie, tak czy nie? No więc zacznę znowu. — Wskazał palcem na pana Uopsela. — Słuchajcie! Wiecie, czy nie wiecie, że żaden ze świadków nie był poddany krzyżowemu badaniu? No! Jedno tylko słowo, tak czy nie?
Pan Uopsel wahał się a my ze współczuciem patrzyliśmy na niego.
— Pomogę wam. Nie warciście mej pomocy, ale wam pomogę. Spójrzcie na gazetę, którą trzymacie w ręku. Co to?
— Co to? — powtórzył pan Uopsel, z niepewnością spoglądając na gazetę.
— To — mówił nieznajomy z niezwykłym sarkazmem w głosie — drukowana gazeta, którąście dopiero co czytali.
— Niewątpliwie!
— Niewątpliwie! Teraz spójrzcie w gazetę i powiedzcie, czy nie jasno jest tam napisane, że obwiniony oznajmił, iż prawny obrońca jego doradził mu, nie bronić się?
— Dopiero co to czytałem.
— Co mi do tego, coś tam czytał! Nie pytałem pana o to, coś czytał! Mogłeś pan czytać Ojcze nasz, jeśli się to panu podobało... i czytałeś pan prawdopodobnie dziś. Wróćmy do gazety. Nie, nie, nie mój przyjacielu! Nie u góry kolumny, wiesz pan to lepiej odemnie... z dołu, z dołu! (Wszyscy zaczęli myśleć, że pan Uopsel próbuje się wykręcić.) Znalazłeś pan?
— Znalazłem.
— No, proszę, popatrzcie uważnie i powiedzcie, czy nie jest tam jasno powiedziane, że prawny obrońca poradził mu, by się nie bronił? Zrozumieliście?
— Słowa są nie takie — rzekł pan Uopsel.
— Słowa nie zupełnie takie? — powtórzył dżentelmen z rozdrażnieniem. — A sens nie taki?
— Myśl — tak — odrzekł pan Uopsel.
— Tak. A teraz zapytuję was, co powiecie o sumieniu człowieka, który z takiem świadectwem przed oczami może spokojnie złożyć na poduszki swą głowę, nie bacząc na to, że potępił nieszczęśliwego bliźniego, nie wysłuchawszy nawet jego tłomaczenia?
Zaczynaliśmy myśleć, że pan Uopsel nie był w rzeczywistości takim, za jakiegośmy go przed chwilą mieli.
— I ten człowiek — ciągnął dżentelmen, wskazując palcem pana Uopsela — ten sam człowiek może być wezwanym na sąd w charakterze przysięgłego w podobnej sprawie. A rozstrzygnąwszy o takiem przestępstwie, wróci na łono swej rodziny i spokojnie złoży głowę na poduszki, zapominając o tem, że naruszył daną przez się przysięgę, że będzie uczciwie i sprawiedliwie rozstrzygał stosunek między najmiłościwszym królem a obwinionym i wyda sąd sprawiedliwy. Niech mu Bóg przebaczy!
Wszyscy byliśmy głęboko przekonani, że nieszczęśliwy Uopsel zaszedł cokolwiek zadaleko i że lepiej mu było zrzec się swej niepewnej karyery, póki jeszcze nie zapóźno.
Nieznajomy dżentelmen z bezsprzecznym wyrazem tryumfu i z taką miną, jakby znał tajemnicę każdego z nas, która mogłaby sprowadzić kiepskie rezultaty, jeżeliby ją zechciał zdradzić, wyszedł z za krzesła i stał między dwiema ławami, naprzeciw ognia; lewą rękę trzymał w kieszeni i gryzł paznokieć wskazującego palca prawej ręki.
— Odniosłem, wrażenie — rzekł obrzucając nas spojrzeniem, — że między wami znajduje się kowal, imieniem Józef... czy Józio... Hardżeri. Któryż to z was?
— Oto on — odpowiedział Józef.
Nieznajomy skinął na niego i Józef podszedł.
— Macie ucznia, nazwiskiem Pip. Gdzie on?
— Tu! — zawołałem.
Nieznajomy nie poznał mnie, choć ja poznałem w nim dżentelmena, spotkanego na schodach podczas swej wizyty u pani Chewiszem. Poznałem go od chwili, gdym go ujrzał za ławą — teraz, gdy stałem naprzeciw niego a on położył rękę na mem ramieniu, znowu ze wszystkimi szczegółami ujrzałem jego wielką głowę, smukłe rysy twarzy, zapadłe oczy, kosmate czarne brwi, gruby łańcuszek do zegarka, czarne kropeczki zamiast brody i bokobrodów, a także poczułem woń mydła, która biła od jego rąk.
— Mam pomówić z wami oboma o pewnej prywatnej sprawie — rzekł, przyjrzawszy się mi dokładnie. — Zajmie to dość czasu. Czy nie lepiejby było przejść w tym celu do waszego mieszkania. Nie chciałbym tu mówić; potem już sami będziecie mogli, jeśli uznacie to za stosowne, podzielić się tą wiadomością ze swymi sąsiadami, nie mam do nich żadnego interesu.
Milcząc, wyszliśmy z gospody „Trzech Wesołych Żeglarzy“ i udaliśmy się do domu. Przez drogę nieznajomy przyglądał się mnie, to gryzł swe paznokcie. Gdyśmy już dochodzili do domu, Józef, wyprzedził nas, aby otworzyć paradne drzwi. Narady nasze odbywały się w bawialni, słabo oświetlonej jedną świecą.
Nieznajomy dżentelmen zasiadł przy stole, przysunął do siebie świecę i zaczął przeglądać swój notatnik. Poczem zamknął go, odsunął na bok świecę i utkwił wzrok w ciemności, szukając Józefa i mnie, by się upewnić, gdzie siedzi który z nas.
— Moje nazwisko — zaczął — Dżaggers, jestem adwokatem z Londynu i człowiekiem znanym. Mam pomówić z wami o sprawie bardzo dziwnej i zacznę od oznajmienia, że nie ja spowodowałem ją. Jeśliby poprzednio spytali się mnie o radę, nie byłbym tu. Nie spytano o nią jednak i jestem. Czynię to tylko, co muszę czynić, jako plenipotent mego klienta. Ni mniej, ni więcej.
Uznając widocznie, że niedostatecznie nas widać z tego miejsca, gdzie siedział, wstał i postawił nogę na krześle w ten sposób, że jedna noga była oparta na siedzeniu, druga na podłodze.
— A więc, Józefie Hardżeri, polecono mi uwolnić was od tego młodzieńca, ucznia waszego. Mam nadzieję, że nie będziecie przeciwni naruszeniu umowy ze względu na jego prośbę i dla jego szczęścia. Nie żądacie czego za to?
— Niech mię Bóg chroni, bym żądał czegoś za to i bym stal na drodze Pipa!
— No bardzo to ładnie mówić „Niech mię Bóg uchowa“, ale tu nie miejsce na to. Pytanie leży w tem: czy żądacie czego, czy nie?
— A odpowiedź na to, że nie żądam.
Zdawało mi się, że pan Dżaggers spojrzał na Józefa z taką miną, jakby go miał za głupiego z powodu bezinteresowności. Byłem oszołomiony tą niespodzianką, a ciekawość moja tak się podnieciła, że prawie nie rozumiałem tego, com usłyszał.
— Doskonale. Nie zapominajcież danego słowa. Zapamiętajcie sobie, że: „Słowo się rzekło, kobyłka u wozu!“ A teraz wróćmy do tego młodzieńca. Polecono mi oznajmić, że czekają go „Wielkie Nadzieje“.
Obaj z Józefem otworzyliśmy usta ze zdziwienia i spojrzeliśmy na siebie.
— Mam mu oznajmić, — mówił pan Dżaggers, wskazując palcem w mą stronę, — że od niego zależy, czy ma się stać właścicielem wielkiego majątku. Następnie: istotny właściciel tego majątku żąda, by natychmiast zmienił sposób życia, oddalił się z teraźniejszego miejsca pobytu i mógł otrzymać wychowranie, godne dżentelmena. Jednem słowem, młodzieńca tego czekają „Wielkie Nadzieje“.
Marzenie me ziszczało się: dziką fantazyę zastępowała jasna rzeczywistość. Pani Chewiszem zabierała się do urządzenia w wielkich rozmiarach mej przyszłości.
— Teraz, panie Pip, reszta tego, co mam powiedzieć odnosi się wyłącznie do pana. Przedewszystkiem musisz pan wiedzieć, że osoba, która wydała mi to polecenie, pragnie, byś pan na zawsze zatrzymał imię Pipa. Spodziewam się, że pan nic niema przeciw temu, choć „Wielkie Nadzieje“ pańskie są związane całkowicie z tym niewielkim warunkiem. Jeślibyś pan miał coś do nadmienienia, to decyduj się pan, póki czas.
Serce mi się tłukło, w uszach dzwoniło, tak że ledwie mogłem wyszeptać, że nic nie mam do powiedzenia.
— Tak myślę! Następnie panie Pip! Imię osoby, która pragnie pana uszczęśliwić, zachowa się w głębokiej tajemnicy aż do chwili, póki sama nie zechce go wyjawić. Polecono mi powiedzieć, że osoba ta odkryje swe nazwisko tylko ustnie i to tylko panu z ust do ust. Kiedy i gdzie to wykona, nie mogę powiedzieć... I nikt tego nie może wiedzieć. Może to nastąpi za lat kilka. Następnie przeze mnie raz na zawsze dają panu do zrozumienia, że masz się wstrzymać od wszelkich badań tej kwestyi, jakichkolwiek wzmianek, choćby najdalszych co do tej osoby wówczas, gdy będzie pan miał jakąś sprawę ustną lub piśmienną ze mną. Jeśli będziesz pan miał jakieś podejrzenie, zachowaj je pan przy sobie. Nie obchodzą nas pobudki, które skłoniły tę osobę do takiego postępowania; może być, że są to ważne, pełne znaczenia przyczyny, a może tylko kaprys lub żart. Pana to nie tyczy. Podałem wszystkie warunki. Osoba, która dała mi te instrukcye, za które odpowiadam, pragnie tylko wiedzieć, czy się pan na nie zgadza, czy też życzy sobie zachować swobodę. Jest to ta sama osoba, od której czekają pana „Wielkie Nadzieje“, tajemnica zaś należy do mnie i do niej. Warunki nie są tak ciężkie, ze względu na to bogactwo, które czeka pana; jeśli jednak chce pan o coś zapytać, to proszę mówić, póki czas. Mów pan!
Ledwie wyszeptałem, że nie mam nic do powiedzenia.
— Tak sądzę! Teraz, panie Pip, przedstawiłem wszystkie warunki.
Choć nazywał mnie panem i począł względniej patrzeć na mnie, nie mógł widocznie pozbyć się swej podejrzliwości, od czasu do czasu przymykał oczy i wskazywał mnie palcem, gdy mówił, jakby chciał tem dowieść, że wie coś o mnie i jeśli będzie uważał za stosowne, wyjawi.
— Obecnie przejdziemy do różnych szczegółów naszej umowy. Musicie wiedzieć przedewszystkiem, że używając parę razy słowa „Nadzieje“, nie chciałem przez to powiedzieć, że prócz nadziei nic więcej nie będzie. W moich rękach złożono większą sumę pieniędzy, która w zupełności wystarczy na odpowiednie pańskiemu przyszłemu stanowi wychowanie i utrzymanie. Proszę mnie mieć za swego opiekuna. O! — zawołał, gdy chciałem mu dziękować — mówię wam raz na zawsze, że mi płacą za to, inaczej nie brałbym się do tej sprawy! Pragnę, by pan odebrał doskonałe wykształcenie odpowiednie pańskiemu przyszłemu stanowisku, na co zapewne się pan zgadza, rozumiejąc całą doniosłość przewagi, jaką panu dają.
Odpowiedziałem, że od dawna już tego pragnąłem.
— Nic mnie to nie obchodzi, panie Pip, czyś pan pragnął, czy nie pragnął. Nie odbiegaj pan od rzeczy. Wystarczy, jeśli pan sobie tego życzysz obecnie. Proszę mi odpowiedzieć, czy pan się zgadza rozpocząć studya z pomocą nauczyciela? Tak?
Odpowiedziałem, że „tak“.
— Dobrze. W tej kwesty i polecono mi się naradzić z panem. Nie wiem czy to mądrze, takie wydano mi zlecenie. Czyś pan nie
słyszał o jakim nauczycielu, z którym pracowałbyś pan chętniej, niż z innym?
Nie znałem żadnego nauczyciela, prócz Biddi i pana Uopsela, odpowiedziałem więc przecząco.
— Znam dobrze jednego; zupełnie nadawałby się do tego celu — rzekł pan Draggers. — Proszę zapamiętać, że nie rekomenduję go, bo nigdy nikogo nie rekomenduję. Nazwisko dżentelmena o którym mówię, Mateusz Poket.
— A!... — Odrazu przypomniałem sobie to nazwisko. Krewny pani Chewiszem. Mateusz, o którym mówili pan i pani Kamilla. Mateusz, którego miejsce było u wezgłowia pani Chewiszem, gdy ona umrze i położą ja w ślubnem ubraniu na weselnym stole.
— Znane panu to nazwisko? — spytał pan Dżeggers, przymykając oczy w oczekiwaniu mej odpowiedzi.
Odpowiedziałem, że znam je.
— O! — rzekł. — Znasz pan to nazwisko! Pytanie tylko, co na nie powiesz?
Pospieszyłem odpowiedzieć, że bardzo mu jestem obowiązany za to polecenie...
— Nie, mój młody przyjacielu — przerwał mi, zwolna kręcąc swą wielką głową. — Lepiej zbierz pan swe myśli!
Nie zbierałem swych myśli, ale znów zacząłem, że bardzo mu jestem obowiązany za rekomendacyę...
— Nie, mój młody przyjacielu! — przerwał mi znowu, kręcąc głową, chmurząc się i uśmiechając równocześnie — nie! nie! nie! Wszystko to bardzo ładnie pomyślane, ale niewłaściwie; zbyt jesteś jeszcze młody, by mnie na to złapać. Rekomendacya nie jest właściwem słowem, panie Pip! Wymyśl co innego!
Poprawiłem się i rzekłem, że jestem mu bardzo wdzięczny, że mnie powiadomił o panu Mateuszu Poket...
— No! To bardziej do rzeczy! — zawołał pan Dżeggers.
—...i — dodałem — bardzom rad, że mogę pracować z tym dżentelmenem.
— Dobrze. Lepiej panu pracować z nim w jego własnym domu. Wszystko będzie gotowe na pański przyjazd i najpierw zaznajomi się pan z jego synem. Kiedy pan myśli wyjechać do Londynu?
Odpowiedziałem na to, spojrzawszy na Józefa, który stał nieruchomo i patrzył na mnie, że chcę jechać natychmiast.
— Po pierwsze muszę zauważyć, że musi pan sobie zamówić nowe ubranie; nie można przecież jechać tam w tem robotniczem ubraniu. Odłóżmy na tydzień. Potrzebne panu pie niądze... Czy wystarczy dwadzieścia gwinei?
Z nadzwyczajnym spokojem wyjął ogromny woreczek, odliczył pieniądze na stole i podsunął je mnie. Dopiero teraz zdjął nogę z krzesła i siadł na niem okrakiem. Podsunąwszy mi pieniądze, popatrzył na Józefa, otwierając portmonetkę.
— No, Józefie Hardżeri! Widzę, że jesteście bardzo zdumieni!
— Tak!
— Zdaje się, że skończyliśmy na tem, że niczego nie żądacie?
— Tak, skończyliśmy. Ja skończyłem na tem... teraz i na zawsze.
— Nie mniej — mówił pan Dżaggers, otwierając woreczek — dano mi pełnomocnictwo do wynagrodzenia was.
— Wynagrodzenia? Za co?
— Za to, że pozbawiacie się jego usług.
Józef położył mi rękę na ramieniu z kobiecą czułością. Później często dziwiłem się, rozmyślając o niezwykłem połączeniu siły z czułością w tym parowym młocie, który mógł jednem uderzeniem zmiażdżyć człowieka, jakby jaką skorupkę z jaja.
— Pip ma zupełne prawo odmówić swych usług, kiedy zechce i nikt nie może przeszkadzać mu do uzyskania godności i bogactwa. Jeśli myślisz pan, zapłacić mi utratę tego dziecka... które przyszło do mej kuźni... z którem byliśmy najlepszymi przyjaciółmi...
Kochany, dobry Józefie, jakże niewdzięczny chciałem ciebie porzucić! Teraz widzę, jak muskularną, czarną od węgla i sadzy ręką ocierasz łzy z oczu, widzę cię, jak wysoko podnosi się pierś twoja i słyszę, jak zamiera ci głos. Kochany, dobry, wierny i czuły Józefie, czuję jeszcze, jak drży twa ręka na mem ramieniu i zdaje mi się, że słyszę szum skrzydeł anioła!
Wówczas jednak byłem zbyt zajęty czekającą mnie przyszłością i nie mogłem rozmyślać nad tem, ile czasu szliśmy wraz z nim drogą życia. Prosiłem Józefa, by się uspokoił dlatego, że zawsześmy byli najlepszymi przyjaciółmi i zawsze nadal pozostaniemy. Józef wytarł oczy dłonią, jakby chciał je wyłupić, ale nie rzekł ani słowa.
Pan Dżaggers spoglądał na nas tak, jakby uważał Józefa za wiejskiego idyotę, a mnie za jego stróża. Potrząsając woreczkiem rzekł:
— Uprzedzam was, Józefie Hardżeri, że jest to ostatnia dogodna dla was sposobność. Nie uznaję półśrodków. Jeśli chcecie otrzymać wynagrodzenie, które mi polecono wam wręczyć, powiedzcie a zaraz wam wydam. Jeśli zaś chcecie...
Tu, ku wielkiemu swemu zdziwieniu, został wstrzymany przez Józefa, który przystąpił do niego z widocznymi zamiarami nieprzyjacielskimi.
— Jeśli — zawołał Józef — przyszedłeś pan do mego domu, aby kpić ze mnie, lekceważyć mnie, to stawaj pan! Jestem gotów bić się z takim człowiekiem! Co raz powiedziałem, powiedziałem i nie będę powtarzał, póki mam siły i mogę utrzymać się na nogach.
Odciągnąłem Józefa wtył i powoli uspokoił się, mówiąc bardzo delikatnym i przekonywającym tonem, abym zrozumiał, że nigdy nie zezwoli żartować ze siebie i nie da się drażnić. Pan Dżaggers podniósł się z miejsca przy pierwszych słowach Józefa i zmierzał ku drzwiom. Nie okazując najmniejszej chęci powrotu, obrócił się do mnie z ostatniemi wskazówkami.
— Myślę, panie Pip, że im prędzej pan się oddalisz — jeśli masz pan zamiar zostać dżentelmenem — tem lepiej. Nie zwlekaj dłużej nad tydzień, ja zaś tymczasem przyślę swój adres. Niech się pan uda w Londynie na stacyę pocztową, najmie karetę i przyjedzie wprost do mnie. Proszę zauważyć, że nic nie nakazuję, postępuj pan, jak chcesz, spełniam tylko dane mi polecenie. Płacą mi za to i dlatego to czynię. Niechże pan to raz na zawsze zapamięta!
Wskazał palcem na nas obu i dłużej zapewne ciągnąłby swą przemowę, gdyby nie spostrzegł, że Józef zaczyna się niecierpliwić. Toteż czemprędzej oddalił się.
Nagle przyszła mi do głowy myśl, by go dogonić w drodze do „Trzech Wesołych Żeglarzy“, gdzie nań czekała pocztowa karetka.
— Wybacz panie Dżaggers!
— O cóż chodzi?
— Chciałbym, by wszystko było w porządku; przyszedłem więc prosić o radę. Nic nie będzie pan miał przeciw temu, abym pożegnał się ze wszystkimi znajomymi przed odjazdem?
— Nie.
— Nie tylko we wsi, ale i w mieście?
Podziękowałem i wróciłem do domu, gdzie zastałem Józefa, który zdążył już zamknąć drzwi paradne na klucz, siedzącego w kuchni przy kominie; patrzył uparcie na ogień z rękami założonemi na kolana. Siadłem obok niego i długo wpatrywałem się w ogień, nie mówiąc ni słowa.
Moja siostra siedziała na zwykłem miejscu. Biddi szyła, przy ognisku, Józef przy niej, a ja obok Józefa naprzeciw siostry. Im dłużej wpatrywałem się w ogień, tem mniej czułem się skłonnym do mówienia. Wreszcie zacząłem:
— Józefie, czyś opowiedział Biddi?
— Nie, Pip, myślałem, że lepiej będzie, gdy sam jej to powiesz!
— Powiedz już lepiej ty!
— Pip jest obecnie bogatym panem — oznajmił Józef — i niech mu Bóg da szczęście!
Biddi i Józef winszowali mi, ale w tych życzeniach odczułem odcień żalu, co bardzo mnie dotknęło.
Zacząłem objaśniać Biddi a przez nią i Józefowi, że na mych przyjaciołach leży poważny obowiązek, nie dowiadywać się niczego o człowieku, który chce mi wyświadczyć dobrodziejstwo. Wszystko wyjaśni się w swym czasie a do tej pory nie należy niczego rozgłaszać poza tem, że oczekują mię „Wielkie nadzieje“ od jakiegoś tajemniczego dobroczyńcy. Biddi z zamyśleniem poruszyła głową, zabrała się znów do roboty i rzekła, że będzie ostrożną pod tym względem; Józef powtórzył to samo. Poczem oboje znów złożyli mi życzenia i zaczęli się dziwić, że będę dżentelmenem, co mi się niezbyt podobało.
Nie mało trudu kosztowało Biddi wytłomaczyć wszystko, co się stało, mej siostrze. Według mnie trudów nie uwieńczył pomyślny skutek. Siostra śmiała się, kiwała głową i powtarzała za Biddi. — „Pip“ i „majątek“. Wątpię, czy cokolwiek zrozumiała z całego objaśnienia i nie mogę sobie wyobrazić stanu godniejszego litości, niż ten, w jakim się wówczas znajdowała.
Im weselszym stawali się Józef i Biddi, tem bardziej ponurym byłem ja. Byłem rad z czekającego mnie losu, ale nierad ze siebie.
Siedziałem, opierając się łokciem o kolano, podparłszy ręką głowę i patrzyłem w ogień, póki mówili o tem, co będą robili beze mnie, gdy wyjadę. Gdym śledził ich spojrzenia, zwrócone na mnie nie z taką względnością, jak poprzednio, zdawało mi się, że nie dowierzają już mi więcej. Choć Bogu wiadomo, że nie okazywali mi tego żadnem słowem ani znakiem.
Od czasu do czasu wstawałem i wyglądałem za drzwi, które stały otworem przez cały wieczór, aby lepiej się przewietrzyła nasza kuchnia. Patrzyłem na gwiazdy, błyszczące na niebie i wydawały mi się tak nic nie znaczącemi i marnemi na myśl o tem, że błyszczą nad wiejską okolicą, gdzie płynęło dotychczasowe życie.
— Teraz sobota. Jeszcze pięć dni a potem wilia odjazdu! Szybko przeminą.
— Tak, Pip! — potwierdził Józef a głos jego głucho zadźwięczał, gdy podnosił do ust kubek z piwem. — Szybko przeminą.
— Myślę, że gdy w poniedziałek pójdę do miasta, by zamówić sobie nowe ubranie, powiem krawcowi, że sam po nie wstąpię, lub niech je odeśle do pana Pembelczuka. Nie chcę, by tu wszyscy się na mnie gapili.
— Pan i pani Hebl prawdopodobnie będą sobie życzyli zobaczyć cię w twem nowem, Pięknem ubraniu. I pan Uopsel także... a i w gospodzie „Wesołych Żeglarzy“ chętnieby cię widzieli.
— Tego właśnie sobie nie życzę! Zrobią z tego całą historyę... ordynarną i niesmaczną... Nie będę w stanie znieść tego...
— To twoja rzecz! Jeśli nie możesz...
Tu wmieszała się Biddi, siedząca z talerzykiem obok mej siostry, mówiąc:
— Czyś pomyślał o tem, że wypadałoby ci pokazać się panu Hardżeri, siostrze i mnie? Chcesz tego, czy nie?
— Dobrze więc, przyniosę tu swe ubranie w węzełku... wieczorem w wilię odjazdu.
Biddi nic nie odpowiedziała. Wspaniałomyślnie przebaczyłem jej i odchodząc spać uprzejmie życzyłem dobrej nocy. Wszedłszy do swej małej izdebki, siadłem i obrzuciłem ją długiem spojrzeniem, myśląc, że już wkrótce rozstanę się z nią na zawsze. Przeżyłem w niej najczystsze młodości mej wspomnienia i w obecnej chwili, siedząc w niej czułem dziwne, podwójne uczucie, niby wahanie się w wyborze między skromną izdebką a pięknemi komnatami, oczekującemi mnie tak, jak dawniej wahałem się, czy cenić więcej kuźnię, czy dom pani Chewiszem, Biddi, czy Estellę.
Słońce, świecące przez cały dzień, rozgrzało silnie dach i w mej izdebce było bardzo ciepło. Otworzyłem okno, wyjrzałem przez nie i zobaczyłem Józefa, który zwolna wyszedł z ciemnych drzwi dolnych, aby przejść się parę razy po dworze, potem wyszła Biddi, podała mu fajkę i zapaliła ją. Nigdy nie palił jej tak późno, pomyślałem więc, że pali, by się uspokoić.
Stał przy drzwiach, pod mem oknem i palił, Biddi rozmawiała z nim. Wiedziałem, że rozmawiają o mnie, bom słyszał swe imię, wymawiane wiele razy czułym, ale równocześnie smutnym głosem. Mógłbym słyszeć więcej, lecz nie chciałem, odszedłem od okna, usiadłem w krześle przy swem posłaniu i zacząłem dumać o tem, jak to przykro i dziwnie, że pierwszą noc przed pozyskaniem świetnego stanowiska spędziłem tak smutnie i czułem się tak samotnym.
Gdym popatrzył w stronę okna, ujrzałem jasne obłoczki dymu, wznoszące się w górę od fajki Józefa i zdawało mi się, że to Józef śle mi swe błogosławieństwo, nie chcąc mi go wprost oznajmiać, ani wystawiać na pokaz, tylko przesycając niem atmosferę, okrążającą nas. Zgasiłem świecę i położyłem się do łóżka; wydawało mi się ono niewygodnem i następnych nocy ani razu już nie zasnąłem w niem dawnym, mocnym snem.






Rozdział XIX.

Ranek następny znacznie zmienił ogólny mój pogląd na życie. Był teraz nierównie jaśniejszy. Męczyła mię tylko myśl, że jeszcze sześć dni dzieliło mnie od wyjazdu; nie mogłem w żaden sposób pozbyć się wrażenia, że w międzyczasie może się coś zdarzyć w Londynie i gdy tam przyjadę, wszystko nagle się zmieni.
Józef i Biddi z wielkiem współczuciem i bardzo względnie słuchali mnie, gdym z nimi rozmawiał o dniu wyjazdu, ale sami nigdy nie zaczynali o nim rozmowy. Po śniadaniu Józef przyniósł mą umowę. Spaliliśmy ją na kominku i dopiero wtedy poczułem się wolnym. Świadomość pozyskanej swobody tak silnie podziałała na mnie, że wraz z Józefem udałem się do kościoła i myślałem, że gdyby ksiądz wiedział o tem, nie czytałby ewangelii o bogaczu i o królestwie niebieskiem.
Obiad jedliśmy zawsze wcześnie, a po obiedzie szedłem powałęsać się po okolicy, aby pożegnać się z moczarami. Mijając kościół doznałem dziwnego współczucia dla nieszczęśliwych ludzi, którzy muszą chodzić tu każdej niedzieli w ciągu życia, a po śmierci leżą w ziemi pod zielonymi pagórkami. Dałem sobie słowo uczynić w przyszłości coś dla nich i ułożyłem nawet plan jak pewnego pięknego dnia ugoszczę ich obiadem z rostbefów i plum-puddingów i kwaterki porteru, a każdego z osobna całą beczką łaskawej uprzejmości.
Jeżeli już poprzednio wstydziłem się przyznać do znajomości ze zbiegłym więźniem, którego widziałem, utykającego wśród mogił, cóż dopiero tej niedzieli, gdy miejsce to przypominało mi drżącego z zimna, w poszarpanem ubraniu, zbiega z żelazną okową przy nodze, i z piętnem wypalonem. Uspokoiłem się dopiero na myśl, że stało się to kilka lat temu, że bez wątpienia był już wysłany gdzieś daleko, że umarł dla mnie, a może umarł już naprawdę.
Ani wodnistych moczarów, ani kanałów i szluz, ani stada, które pasie się niedaleko — niczego tego nie ujrzę już więcej! Żegnajcie nudni, zawsze jednakowi towarzysze mego dzieciństwa! Jestem losem przeznaczony dla Londynu i do wielkości, a nie dla kuźni i dla was! Udałem się do starych okopów, położyłem się na ziemi i myśląc o tem, czy też pani Chewiszem nie zechce mię ożenić z Estellą, niepostrzeżenie zasnąłem.
Gdym się obudził, spostrzegłem ze zdziwieniem obok siebie Józefa, siedzącego i palącego fajkę. Przyjacielsko uśmiechnął się do mnie, gdym otworzył oczy i rzekł:
— Ostatnie dni mijają, Pip, to też poszedłem za tobą.
— Bardzom rad, że cię widzę.
— Dziękuję ci, Pip!
— Możesz być pewnym, kochany Józiu — rzekłem, silnie ściskając mu rękę — że cię nigdy nie zapomnę.
— Tak, tak, Pip! — odrzekł wesoło Józef. — Jestem przekonany, że tak! Niech ci Pan Bóg błogosławi, ale człowiek musi najpierw dobrze pomyśleć nad tem, zanim temu wszystkiemu uwierzy. Wiele czasu musi upłynąć do tego... bo widzisz, to wszystko tak niespodzianie się stało... nieprawdaż?
Nie mogę przyznać, aby mi się bardzo podobała taka pewność Józefa, że go nie zapomnę. Byłoby mi o wiele przyjemniej, jeśliby się rozczulił i rzekł mi przerywanym głosem: — „To ci przynosi zaszczyt, Pip!“ — lub cośkolwiek w tym rodzaju. Oto dlaczegom nie odpowiedział na pierwszą część uwagi Józefa, zato na drugą odrzekłem, że to rzeczywiście dziwne, stało się niespodzianie, ale zawsze myślałem, że będę dżentelmenem i często bardzo zapytywałem się, co będę wówczas robił?
— Myślałeś? To dziwne!
— Jaka to szkoda Józiu, żeś tak małe zrobił postępy przez czas wspólnej pracy... Szkoda, prawda?
— Nie wiem, jestem tak niepojętny. A jednak w swym zawodzie jestem majstrem. — Zawsze mi było przykro, żem taki niepojętny... Ale teraz według mnie nie trzeba się smucić bardziej, niż przed dwunastu miesiącami wstecz. Nieprawdaż?
Mówiąc to, chciałem Józefowi rzec, że później, gdy będę na stanowisku, zrobię coś dla niego, co byłoby łatwiejszem i lżejszem, gdyby więcej umiał i więcej był rozwiniętym. W swej dobroduszności Józef nie rozumiał mnie, postanowiłem więc rozmówić się z Biddi.
Gdyśmy wrócili do domu i wypili herbatę, poprosiłem Biddi, by poszła ze mną do maleńkiego ogródka i po kilku zwykłych frazesach przygotowawczych, rzekłem, że nigdy jej nie zapomnę, a teraz chciałbym się do niej zwrócić z prośbą.
— Prosiłbym cię, Biddi — mówiłem — byś nie pomijała najmniejszej sposobności w pomaganiu Józefowi do postępu w nauce.
— O cóż to chodzi? — spytała Biddi, nie rozumiejąc.
— Widzisz... Józef taki miły, dobry... Znaleźć lepszego trudno... Ale bardzo jest pod pewnymi względami zaniedbanym. Ot naprzykład... w nauce... w ogładzie...
— O, ogłada! A na cóż mu ogłada? — spytała, zrywając liść czarnej porzeczki.
— Droga Biddi, jego wzięcie się dobre tutaj...
— O, dobre tutaj? — przerwała mi, z uporem patrząc na liść, który trzymała w rękach.
— Wysłuchaj mnie... Jeśli, widzisz, wprowadzę Józefa w wyższe sfery, co mam nadzieję uczynić, skoro pozyskam stanowisko, czyż tam przystoi takie zachowanie.
— Czy sądzisz, że on wie o tem?
Pytanie ta bardzo drażliwe (nigdy nie przychodziło mi do głowy) dlatego spytałem z pewnem zakłopotaniem:
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Biddi roztarła liść w rękach — od tej chwili zapach czarnej porzeczki zawsze przypomina mi ten wieczór w malutkim ogródku — i rzekła:
— Nigdy nie myślałeś o tem, że może być zbyt ambitnym?
— Ambitnym? — powtórzyłem z ironią.
— O, ambicya bywa różna; ambicya ambicyi nie równa...
— Tak? Dlaczegóż nie kończysz?
— On ma właściwie taką ambicyę, że za nic nie zgodzi się wyjechać stąd, gdzie przywykł żyć i to żyć uczciwie, tak że go wszyscy szanują. Podług mnie taką posiada ambicyę. Z mej strony nie mądrze było mówić ci to, powinieneś to lepiej wiedzieć ode mnie.
— Biddi, bardzo mi przykro, że tak myślisz. Nie spodziewałem się tego po tobie. Jesteś zawistną, Biddi. Jesteś niezadowoloną, że los mi przeznaczył bogactwo i trudno ci ukryć to.
— Ha, jeśli tak sądzisz, to mów sobie sam.
— Jeśli tak sądzisz, Biddi — rzekłem podrażnionym tonem — nie okazuj tego mnie przynajmniej. Bardzo mi przykro widzieć to u ciebie... To zła strona ludzkiej natury. Prosiłem cię, byś korzystała z dogodnych sposobności i rozwijała drogiego Józefa. Teraz nie proszę cię o nic. Bardzo mi przykro, nie spodziewałem się tego po tobie — powtórzyłem. — To... to zła strona ludzkiej natury.
— Możesz mnie ganić, możesz chwalić — odrzekła biedna Biddi — możesz jednak liczyć, że zawsze zrobię w tej sprawie wszystko, co się da tylko. Możesz sobie o mnie myśleć, co ci się podoba, zawsze będę jednak pamiętała ciebie. Dżentelmenowi nie przystoi być niesprawiedliwym — to rzekłszy, odwróciła się ode mnie.
Znowu z uniesieniem powtórzyłem, że to brzydka strona ludzkiej natury i opuściwszy Biddi, poszedłem sam krętą ścieżyną. Biddi wróciła do domu, ja zaś wyszedłem przez furtkę i udałem się na przechadzkę przed kolacyą. Było mi tak smutno a zarazem tak dziwnie, że i druga noc mej świetnej przyszłości nie przyniosła mi zupełnie uspokojenia.
Następnego poranka usposobienie me polepszyło się; względniej obchodziłem się z Biddi i nie wszczynałem rozmowy na temat wczorajszy. Włożyłem swe najlepsze ubranie i udałem się wcześnie do miasta, spodziewałem się, że zastanę sklepy otwarte i że zaprezentuję się krawcowi Trebbemu. Jadł on właśnie śniadanie w bawialni z tyłu sklepu i nie uważał za właściwe wyjść do mnie, powiedział, abym sam się doń pofatygował.
— No! — rzekł protekcyonalnym tonem. — Jak się wam powodzi, czem mogę służyć?
Pan Trebb przeciął gorący chleb na trzy kawałki, posmarował je masłem i złożył razem. Był to bogaty, stary kawaler, otwarte okno jego wychodziło na ładny mały sad i ogród; przy ścianie w pobliżu kominka stała kasa ogniotrwała, domyślałem się, że w niej leżą worki pieniędzy.
— Panie Trebb, bardzo mi niemiło mówić o tem, bo możesz pan pomyśleć, że się chwalę, ale otrzymałem wielki majątek.
— Postępowanie pana Trebba natychmiast zmieniło się. Zapomniał chleba z masłem na kufrze, zerwał się z miejsca i wycierając palce o brzeg serwety i zawołał:
— O Boże!
— Jadę do swego opiekuna do Londynu — rzekłem, jakby z niechcenia wyciągając kilka gwinei z kieszeni i oglądając je — potrzeba mi parę porządnych ubrań. Chciałbym zapłacić je gotówką.
— Kochany panie — rzekł pan Trebb, z szacunkiem kłaniając mi się i z lekka dotykając mych łokci — nie obrażaj mnie pan takiemi słowami. Mogę panu złożyć życzenia? Niech mi pan zrobi ten zaszczyt i wejdzie do mego sklepu.
Malec, służący u pana Trebba, był najzuchwalszym chłopcem w naszej okolicy. Gdy wszedłem do sklepu, zamiatał podłogę, nie przerwał swego zajęcia i zawadził z rozmysłem o mnie szczotką. Zamiatał wciąż, gdyśmy z panem Trebbem wyszli ze sklepu i suwał szczotką po kątach i po wszystkiem, co mu stanęło na drodze, jakby chciał przez to pokazać, że nie jest gorszym od wszystkich kowali, żywych i umarłych.
— Nie stukaj — surowo zawołał mu pan Trebb — jeśli nie chcesz dostać po karku! Proszę siadać! Pozwól pan — rzekł, kładąc na ławce sztukę sukna i rozwinąwszy zaczął ją gładzić ręką, pokazując mi włos — rzadka rzecz. Polecam ją panu! Lepszego gatunku... Mogę panu pokazać jeszcze coś... Hej! Podaj tu 4-ty numer! — niezwykle ostro zawołał na chłopca, przewidując prawdopodobnie jego zamiar trącenia mię szczotką.
Pan Trebb nie spuszczał surowego wzroku z chłopca, dopóki ten nie położył na ławce czwartego numeru i nie odszedł na pewną odległość ode mnie. Poczem kazał mu przynieść Nr. 5 i 8.
— Uważaj, wypraszam sobie żarty — rzekł pan Trebb — inaczej będziesz tego żałował ty gałganie.
Pan Trebb pochylił się nad numerem czwartym i bardzo polecał mi to sukno, jako nadzwyczaj lekki materyał na lato, używany najczęściej przez ludzi wyższego i średniego stanu.
— Przyniesiesz wreszcie czwarty i ósmy numer, niegodziwcze? — zawołał do chłopca. — Uważaj, bo cię wyrzucę ze sklepu i sam przyniosę sukno.
Wybrałem materyał, postępując za radą pana Trebba i udałem się do pokoju dla gości, aby zdjęto ze mnie miarę. Chociaż pan Trebb miał mą dawną miarę, ale był niezadowolony z niej i jakby usprawiedliwiając się przede mną rzekł: — „W obecnem położeniu panie... jest ona nieodpowiednią dla pana“. Stałem w bawialni a pan Trebb zdejmował ze mnie miarę i zapisywał centymetry, jakbym był kawałkiem ziemi a on znakomitym geometrą. Starania jego i zabiegi wzbudziły we mnie obawę, czy będę w stanie opłacić parę ubrań, które kosztują go tyle trudów. Kiedy zdjął miarę i umówił się ze mną, że ma odesłać je w czwartek wieczorem do pana Pembelczuka, rzekł, wyprowadzając mnie:
— Doskonale rozumiem, że dżentelmeni z Londynu nie mogą zaszczycać prowincyonalnych rzemieślników, ale może uczyni mi pan ten zaszczyt i zaglądnie czasem w charakterze współobywatela do mnie. Do widzenia panie! Mocno obowiązany... Hej tam! Drzwi!
Ostatnie słowa odnosiły się do chłopca, który widocznie nie zrozumiał, co to ma znaczyć. Widziałem, jak był zmieszany, gdy jego gospodarz sam mnie odprowadzał. Po raz pierwszy zrozumiałem wówczas moc pieniędzy, których potęgę odczuł na swych plecach chłopiec pana Trebba.
Po tem pamiętnem zdarzeniu udałem się do kapelusznika, szewca i pończosznika, czując się, jak pies ciotki Chebbard, którego wyekwipowanie wymagało usług tylu ludzi. Potem poszedłem na stacyę pocztową i wziąłem bilet w dyliżansie, który wyjeżdżał w sobotę rano. Nie miałem potrzeby objaśniać każdemu, że otrzymałem większy majątek, ale każdy, komu to mówiłem, natychmiast odchodził od okna, skąd obserwował przechodniów na Haig-Street i całą swą uwagę zwracał na mnie. Kiedym załatwił wszystko, udałem się do pana Pembelczuka i zastałem go w drzwiach magazynu.
Oczekiwał mnie niecierpliwie. Dziś rano był w kuźni, gdzie mu opowiedzieli wszystkie nowiny. Przygotował dla mnie przyjęcie w gospodzie Barunella i nakazał swemu służącemu iść na drogę i wyglądać pojawienia się mej dostojnej osoby.
— Drogi mój przyjacielu. Cieszę się z całego serca twem szczęściem. Zasłużyłeś na nie w zupełności... w zupełności!
Pomyśleć tylko, że ja byłem skromnem narzędziem wszystkiego, co się stało!... Szczycę się tem.
Prosiłem pana Pembelczuka, by nie zapominał, że o tem nikomu nie należy mówić.
— Mój drogi, młody przyjacielu, jeśli pozwolisz tylko się tak nazywać — licz na me współdziałanie podczas swej nieobecności, będę przypominał o tem Józefowi. Józef! — ciągnął z pewnem ubolewaniem pan Pembelczuk — Józef!! Józef!! — mówiąc to kiwał głową i klepał się po niej, co znaczyło, że Józef ma źle w głowie.
— No, drogi przyjacielu, musisz być głodny i zmęczony. Proszę siadaj... oto pularda z gospody pod „Niebieskim dzikiem“, ozór i reszta... Mam nadzieję, że nie odmówisz. Czy to możliwe — wołał, — że widzę przed sobą tego, z którym zabawiałem się w czasie jego szczęśliwego dzieciństwa?
— Oto wino. Wypijemy za los, który tak sprawiedliwie wybiera swych ulubieńców. Ale nie mogę — zwołał, zrywając się znowu z miejsca — widzieć go przed sobą, pić za niego, nie wyraziwszy znów... Pozwólże!... Pozwól!
Znowu ściskał mi rękę, duszkiem wychylił kieliszek i postawił go dnem do góry. Uczyniłem to samo. Jeślibym głową na dół wywrócił się, zamiast wypić wino, nie uderzyłoby mi wówczas tak, jak obecnie do głowy.
Pan Pembelczuk przyjmował mię i skrzydełkiem pulardy i ozorem i widocznie zupełnie zapominał o sobie.
— Ach — pulardo, pulardo! — mówił — nie myślałaś ty, gdyś była jeszcze pisklęciem o tem, jaki los ci zgotowany. Nie wiedziałaś, że znajdziesz się pod tym dachem i że tobą będą przyjmować tak... Ach nazwij to słabością, jeśli chcesz, lecz pozwól, pozwól!
Nie uważałem za stosowne więcej pozwalać i dlatego ściskał mą dłoń bez pozwolenia.
— A siostra — zaczął znowu, przekąsiwszy cokolwiek — która miała zaszczyt wychować cię „ręką“... Przykro pomyśleć że ona, nie jest w stanie zrozumieć całego zaszczytu? Pozwól... Widziałem, że znów chce mi uścisnąć rękę i zatrzymałem go.
— Wypijmy za jej zdrowie — rzekłem.
— Ach! — zawołał pan Pembelczuk, opierając się na poręczy krzesła i słabnąc z uniesienia. — To godne panie! Tak postępują panie tęgie głowy! Zapominać i lubić! Może się to wydawać jakiemu głupiemu natrętnem, powtórzeniem... ale pozwól pan!...
Uścisnąwszy znów mą rękę, usiadł i wypił za zdrowie mej siostry.
— Nie trzeba zamykać oczu na jej braki, ale możemy być pewni, że pragnęła dla nas dobra.
Tymczasem zauważyłem, że twarz jego płonęła; czułem, że i moja zaczyna się czerwienić.
Prosiłem Pembelczuka, by mi zezwolił przymierzyć nowe ubranie u siebie w domu, co nazwał zaszczytem. Prócz niego, zapewniał mię, nikt nie jest godzien mego zaufania i... krócej mówiąc... czy mu pozwolę?... Poczem czule spytał mnie, czy pamiętam dziecinne zabawy, jakeśmy razem chodzili zawrzeć umowę z Józefem, jakto on zawsze był moim ulubieńcem i najlepszym mym przyjacielem? Gdybym nawet wypił z dziesięć razy więcej kieliszków wina doskonalebym rozumiał, że nigdy nie pozostawał w takich stosunkach ze mną. Ale o ile pamiętam, w tej chwili wydawał mi się wprawdzie człowiekiem praktycznym, ale zawsze dobrym.
Powoli okazał mi większe zaufanie i prosił o radę względem swych interesów. Oto nadarza mu się sposobność zmonopolizowania w swych rękach całego targu zbożem i nasionami i jeśli mu się to uda, przedsiębiorstwo jego się rozszerzy, a podobnego nie było i nie będzie w całej okolicy. Do wykonania zamierzonego planu koniecznie potrzeba więcej pieniędzy. Tylko tych dwóch małych słówek: „więcej pieniędzy“. Zdaje mu się, że można pozyskać kapitał u jakiegokolwiek bogatego dżentelmena nie zajmującego się niczem; pracy dla takiego dżentelmena byłoby nie wiele... zajść tylko do sklepu samemu lub posiać kogoś zaufanego i obejrzeć księgi... Potem można zachodzić dwa razy na rok, włożyć dochód do kieszeni, pięćdziesiąt procent na sto... Byłoby to, według jego zdania, dobrym początkiem dla młodego dżentelmena, posiadającego majątek, co warte namysłu. Cóż ja o tem myślę? Zupełnie jest pewnym mego zdania, ale co ja o tem myślę? Zdanie swe wyraziłem słowami „niech pan trochę poczeka!“ Głęboka myśl i sprawność tego zdania wprawiły go w zachwyt. Tym razem również, nie pytając o pozwolenie, uścisnął mi rękę i dodał, że chętnie poczeka.
Wreszcie wyszedłem na dwór z niepewnem przekonaniem, że słońce spotkała jakaś niepożądana zmiana. Szedłem, jakby w półśnie, nie wiedząc dokąd idę, ocknąłem się dopiero przy rogatce.
Tu wstrzymał mnie donośny głos pana Pembelczuka. Kroczył za mną oświeconą słońcem ulicą i starał się wszelkiemi siłami wstrzymać mnie. Zatrzymałem się, on podszedł do mnie zadyszany ze zmęczenia.
— Nie, drogi przyjacielu — rzekł cokolwiek odpocząwszy — nic tu nie mogę. Rzecz ta nie może się obejść bez pańskiej łaski. Pozwól, jako staremu przyjacielowi i dobrze życzącemu... pozwól!
Po raz setny uścisnęliśmy sobie ręce, a on z nadzwyczajnem niezadowoleniem krzyknął na człowieka, jadącego obok na wozie, aby zjechał z drogi. Potem życzył mi szczęścia i stał, machając rękami tak długo, póki nie skryłem się na zakręcie. Wtedy skręciłem na bok w pole, doskonale wyspałem się pod płotem, a następnie udałem się w dalszą drogę do wsi.
Bagaż, jaki zamierzałem wziąć ze sobą do Londynu, był bardzo ubogi i tylko mała część jego odpowiadała obecnemu memu położeniu. Nie mniej jednak zająłem się pakowaniem tego samego wieczoru.
Tak przeszły wtorek, środa, czwartek a w piątek rano udałem się do Pembelczuka, aby ubrać się u niego w nowe ubranie i złożyć wizytę pani Chewiszem. Pembelczuk pozostawił do mego rozporządzenia własny pokój, udekorowany wyjątkowo na ten wieczór czystymi ręcznikami. Oczywiście rozczarowałem się, gdym ujrzał swe ubranie. Każde nowe ubranie, którego oczekuje się z taką niecierpliwością, ani w połowie nie odpowiada nadziei właściciela. Ale po pół godziny, w którym to czasie przybrałem mnóstwo rozmaitych póz przed lustrem pana Pembelczuka i napróżno starałem się dojrzeć swe nogi, przywykłem cokolwiek do niego i wydało mi się lepszem. Pana Pembelczuka nie było w domu, pojechał zrana na targ do sąsiedniego miasta w odległości dziesięciu mil angielskich od naszego. Nie powiedziałem mu wyraźnie, kiedy wyjeżdżam i uniknąłem szczęśliwie uścisków. Wyszedłem zatem w nowem ubraniu i nie bez zakłopotania mijałem subjekta, podejrzewając, że nowe ubranie wygląda tak na mnie, jak na Józefie jego odzież odświętna.
Bocznemi drogami dotarłem do pani Chewiszem. Do bramy wyszła Sara Poket i z przerażeniem odskoczyła w tył, twarz jej koloru kasztana z brązowej zmieniła się na zielonożółtą.
— Ty? — zawołała. — Ty? Boże miłosierny! Czego ci potrzeba?...
— Wyjeżdżam do Londynu, pani Poket, i pragnę pożegnać się z panią Chewiszem.
Nie oczekiwano mnie, bo kazała mi czekać na dworze, sama zaś poszła spytać, czy mnie przyjmą, czy nie. Wkrótce wróciła i poprowadziła mnie po schodach, przez cały czas nie spuszczając ze mnie oczu.
Pani Chewiszem chodziła, oparta na swej lasce, po sali z długim, nakrytym serwetą, stołem. Sala była oświecona podobnie, jak parę lat temu. Gdyśmy weszli, pani Chewiszem zatrzymała się i zwróciła się do nas. Stała akurat naprzeciw pokrytego pajęczyną kołacza ślubnego.
— Nie odchodź Saro — rzekła. — Cóż Pip?
— Jutro odjeżdżam do Londynu pani Chewiszem, — odrzekłem, wyrażając się, jak można najostrożniej — i myślałem, że pani się nie pogniewa, gdy przyjdę się pożegnać.
— Komicznie wyglądasz, Pip — rzekła, okrążając mnie laską, jak czarodziejka, która spowodowała tę przemianę we mnie a teraz kończyła swe czary.
— Nieoczekiwane szczęście spotkało mnie, od czasu, gdym panią po raz ostatni widział. I jestem tak pani wdzięczny!
— Aj, aj! — zawołała z zachwytem, patrząc na zmieszaną i zawistną Sarę. — Widziałam pana Dżaggers. Słyszałam o tem, Pip! A więc jutro wyjeżdżasz!
— Tak jest!
— Usynowił cię bogaty pan?
— Tak, pani!
— Nie znasz nazwiska?
— Nie, pani!
— A pan Dżaggers będzie twym opiekunem?
— Tak, pani!
Wprost dławiła się, zadając te pytania i słysząc me odpowiedzi, do tego stopnia wprawiała ją w zachwyt zawiść Sary Poket.
— A więc czeka cię karyera. Bądź dobrym chłopcze, prowadź się, jak należy, wypełniaj rady pana Dżaggersa. — Spojrzała na mnie, spojrzała na Sarę i na twarzy jej pojawił się złośliwy uśmiech na widok wyrazu twarzy Sary.
— Do widzenia, Pip! Wiadomo ci zapewne, że masz zachować swe imię Pipa?
— Tak, pani!
— Do widzenia, Pip!
Wyciągnęła rękę a ja przyklękłem i podniosłem ją do ust. Nie myślałem poprzednio, jak się mam z nią pożegnać, ten sposób sam wpadł mi do głowy w tej chwili. Pani Chewiszem z tryumfem popatrzyła na Sarę Poket. Tak rozstałem się ze swą dobrą wróżką, która opierając się obiema rękami na zagiętej lasce stała wśród słabo oświeconej sali obok zjedzonego przez myszy ślubnego kołacza, pokrytego pajęczyną.
Sara Poket odprowadziła mnie na dół z takim wyrazem, jakbym był straszydłem. Nie mogła w żaden sposób przyjść do siebie skutkiem mego pojawienia i była zła do najwyższych granic. Powiedziałem: — „Do widzenia pani Poket!“ ale ona wciąż patrzyła na mnie, nie rozumiejąc, com powiedział. Wróciłem do Pembelczuka, zdjąłem nowe ubranie, zawiązałem je w węzełek i udałem się do domu w swej dawnej odzieży, prawdę mówiąc, było mi znacznie wygodniej iść mimo tego, żem niósł zawiniątko.
Tak to minęło szybko i niespostrzeżenie sześć dni. Niepewne jutro spoglądało mi już w oczy i to tem upiorniej, im mniej chciałem na nie patrzeć. Coraz więcej ceniłem obecność Józefa i Biddi. Ostatniego wieczoru ubrałem się w nowy kostyum ku wielkiemu ich zadowoleniu i siedziałem w nim do chwili rozejścia się na spoczynek. Tego wieczoru była u nas gorąca kolacya z pieczonych kur i dżinu z muszkatułową gałką. Wszyscy czuliśmy się przygnębionymi, choć staraliśmy się okazać, że nam bardzo wesoło.
Miałem wyjść ze wsi o piątej zrana z maleńkim tłomoczkiem w ręku, oznajmiłem Józefowi, że chcę iść sam. Boję się... bardzo się boję... że życzenie to spowodowane było obawą silnego kontrastu między mną a Józefem, gdy przyjdziemy z nim na stacyę pocztową. Próbowałem się przekonać, że w tem życzeniu mojem niema żadnych złych myśli, ale gdym ostatniej nocy udał się do swej małej izdebki, musiałem przyznać, że powodowało mną właśnie to uczucie i gotów już byłem zejść na dół i prosić Józefa, by poszedł ze mną jutro rano. Nie uczyniłem tego.
Całą noc śniły mi się dyliżanse, jadące zupełnie gdzieindziej, niż do Londynu. Były one pozaprzęgane w psy, koty, świnie, ludzi... koni nie było. Fantastyczne widziadła różnych podróży prześladowały mię do chwili, póki nie zaczęło świtać i nie zaśpiewały ptaki. Wstałem i nie zupełnie jeszcze ubrany, usiadłem przy oknie, aby po raz ostatni spojrzeć na zwykły mój widok i tu znowu usnąłem.
Biddi wstała bardzo rano, by przygotować dla mnie śniadanie. Nie przespałem nawet godziny przy oknie, gdy poczułem zapach z kuchni i pospiesznie zerwałem się na nogi, z przestrachem myśląc, że już po dwunastej godzinie. Długo jeszcze potem, przysłuchując się dźwiękom szklanek na stole, choć byłem już gotów, nie mogłem się zdecydować zejść na dół. Stałem to rozwiązując, to zawiązując rzemienie swego małego tłomoczka. Wreszcie Biddi zawołała na mnie, że już późno.
Szybko zjadłem śniadanie. Zerwałem się z krzesła i rzekłem spiesznie i szorstko:
— No myślę, że już czas w drogę!
Pocałowałem siostrę, która śmiała się i trzęsła, kiwając głową i siedząc w swem krześle, potem ucałowałem Biddi i uściskałem Józefa. Poczem wziąłem tłomoczek i szybko wyszedłem z domu. Po kilku chwilach usłyszałem dziwny szum poza sobą i odwróciwszy się ujrzałem, że najpierw Józef rzucił stary trzewik, a za nim Biddi rzuciła takiż sam. Zatrzymałem się i zamachałem kapeluszem, Józef podniósł rękę i trzęsąc nią zawołał: „Hurra!“, Biddi zaś zakryła twarz fartuszkiem.
Szedłem dość szybko i myślałem, że było mi znacznie lżej opuścić dom, niż przypuszczałem. Rozmyślałem także i nad tem, jakto byłoby mi nieprzyjemnie, gdyby zechcieli rzucać stare buty pod karetkę wobec wszystkich mieszkańców Haig-Street. Szedłem pogwizdując i czułem się swobodnym. We wsi było cicho i spokojnie. Poranna mgła stopniowo ulatniała się, jakby chcąc mi pokazać ten świat, gdzie przepędziłem swe niewinne, dziecięce lata, i ten, za którym skrywał się nieznany mi jeszcze wielki świat. Tak zrobiło mi się ciężko na sercu, żem zapłakał. Byłem w tej chwili koło słupa z drewnianym, wskazującym palcem; położyłem na nim rękę i rzekłem:
— Żegnaj, miły, drogi przyjacielu!
Nie powinniśmy się nigdy wstydzić swych łez. Są one podobne do dżdżu, który spada na pył, zmiękczają bowiem uschłe serca. Poczułem się lepszym po płaczu, niż przed nim; było mi smutno i zrozumiałem całą swą niewdzięczność. Jeślibym wcześniej zapłakał, Józef byłby teraz ze mną.
Łzy tak podziałały na mnie i tak często wracały mi do oczu w drodze, że już siedziałem w dyliżansie i wyjechałem z miasta, a z ciężkiem sercem myślałem o tem, czy nie lepiejby wyjść, gdy będą zmieniali konie i wrócić do domu, by jeszcze jeden wieczór przebyć z nimi i pożegnać się, jak należy. Zdawało mi się, że widzę Józefa, idącego naprzeciw nas — i serce moje silnie zabiło... jak gdyby mógł być tutaj.
Mgła tymczasem podniosła się i rozeszła, a przedemną odkrył się nowy, nieznany mi świat.






Rozdział XX.

Miasto nasze leżało o pięć godzin jazdy od Londynu. Było nieco po południu, gdy kareta zaprzężona w czwórkę znalazła się wśród targowego zgiełku Londynu.
W tych czasach my Anglicy za zdrajcę uważaliśmy każdego, który wątpił w to, że nasz kraj i wogóle wszystko co nasze — piękne. Nie mniej, choć mnie przerażała odległość Londynu, wciąż rozmyślałem, czy też nie jest cokolwiek bezkształtny ze swemi krzywemi, wązkiemi i błotnistemi uliczkami.
Pan Dżaggers przysłał mi poprzednio swój adres; mieszkał za Smizfildem w pobliżu pocztowej stacyi. Mimo to woźnica najętej przezemnie dorożki, tak dokładnie mnie w niej upakował, podnosząc za mną cały szereg stopni, jakbyśmy mieli conajmniej przejechać z pięćdziesiąt mil angielskich. Gdy gramolił się na kozioł, co zajęło mu niemało czasu, zauważyłem, że kozioł był pokryty stoczonem przez mole, spłowiałem, grochowego koloru suknem, zmienionem w prawdziwe łachmany. W swej konstrukcyi był to zadziwiający ekwipaż, z herbami po bokach, poszarpanemi pętlami ze sznurków, z tyłu dla kilku lokai, przy stopniach, których brzegi opatrywały ostre kolce, by lokaje amatorzy nie mogli się tam usadowić.
Nie zdołałem jeszcze rozpatrzeć ekwipażu i rozstrzygnąć pytania, dlaczego wnętrze jego podobne do obory, wymoszczonej słomą, czy do sklepiku z gałganami, czy też do składu worków z żywnością dla koni, gdy spostrzegłem, że woźnica złazi z kozła, jakbyśmy już przyjechali na miejsce. I rzeczywiście zatrzymaliśmy się w ciemnej ulicy przy jakimś kantorze z otwartemi drzwiami, na których był napis: „Pan Dżaggers“.
— Wiele się należy? —
— Szyling... o ile pan nie ma zamiaru nic dodać.
Nie chce mieć żadnych nieprzyjemności... znamy „go“ dobrze!
Przymknął oko, rzucił wzrokiem w stronę nazwiska pana Dżaggersa i pokiwał głową.
Otrzymawszy szyling, powoli wdrapał się na kozioł i odjechał, ja zaś udałem się do kantoru, trzymając w rękach swój mały tłomoczek i zapytałem, czy pan Dżaggers w domu.
— Nie — odpowiedział koncypient. — Jest obecnie w sądzie. Czy mam przyjemność mówić z panem Pipem?
— Tak.
— Pan Dżaggers polecił mi prosić pana, by pan zaczekał do jego powrotu. Nie mógł objaśnić, jak długo będzie w sądzie, bo ma sprawę, ale ponieważ bardzo ceni czas, nie pozostanie tam ani chwili dłużej, niż koniecznie potrzeba.
Mówiąc to, koncypient otworzył drzwi i poprowadził mię do pokoju poza kantorem. Zastaliśmy tu jakiegoś dżentelmena z jednem okiem, w welwetowym kostyumie i w krótkich do kolan spodniach; przerwał czytanie gazety i wytarł nos rękawem.
— Majk, wyjdźno i poczekaj tam! — rzekł doń koncypient.
Zacząłem przepraszać, że zakłóciłem mu spokój, ale koncypient nie dał mi dokończyć, bez ceremonii wyprowadził nieznanego mi dżentelmena z pokoju, wyrzucił za nim jego futrzaną czapkę i zostawił mnie samego.
Pokój pana Dżaggersa budził nadzwyczaj nieprzyjemne wrażenie; był oświetlony z góry okrągłem oknem, którego szyby składały się z kawałków, połączonych ze sobą w dziwny sposób; szczyty sąsiednich domów cisnęły się wzajemnie, aby zaglądnąć przez nie do pokoju i zobaczyć mnie. Nie było tu wiele książek, zato były przedmioty, których nie spodziewałem się zobaczyć, jak na przykład stary, zardzewiały pistolet, szabla w pochwie, kilka dziwnego kształtu szkatułek i pudełek, a na półce dwa odlewy jakichś napuchniętych i kurczem zmienionych twarzy. — Fotel samego pana Dżaggersa z wysoką poręczą, obity czarną materyą z zrzędem miedzianych guzików po bokach przypominał trumnę; jasno sobie wyobraziłem, jakto on siedząc w nim, oparty o poręcz, gryząc paznogcie, wysłuchuje swych klientów. Pokój był nie wielki i klienci widocznie mieli zwyczaj opierać się o ścianę w czasie rozmowy, bo ściana naprzeciw fotelu pana Dżaggersa była pokryta tłustemi plamami. Przypomniałem sobie, że i skrzywiony dżentelmen, którego wyrzucenia stałem się niewinną przyczyną, także otarł plecami ścianę, wychodząc z pokoju.
Siedziałem na krześle, naprzeciw pana Dżaggersa i zwolna opanowało mię niemiłe uczucie okrążającej mnie atmosfery. Zdawało mi się, że koncypient ma taki sam wygląd, jak jego zwierzchnik i tak samo wie o każdym coś nie przemawiającego na jego korzyść. Dziwiła mnie liczba koncypientów w głównym oddziale kancelaryi i zastanawiałem się, czy wszyscy oni podzielają pogląd swego zwierzchnika na bliźnich? Zapytywałem, czy te odlewy były zdjęte z członków rodziny Dżaggersa? Jeżeli jest tak nieszczęśliwy i ma tak strasznych krewnych w rodzinie, dlaczegóż pomieścił ich na zapylonej półce, wystawiając na działanie much i karakonów, a nie trzyma u siebie w domu? Nie mając pojęcia o letnim dniu w Londynie, czułem silne przygnębienie w niezwykłem powietrzu, pyle i prochu pokrywającym każdy przedmiot. Siedziałem, tak rozmyślając, w oczekiwaniu pana Dżaggersa, póki mnie nie znurzył widok odlewów. Wtedy powstałem z krzesła i wyszedłem z gabinetu.
Kiedym oznajmił koncypientowi, że mam zamiar przejść się po ulicach, poradził mi wyjść na Smizfild. Posłuchałem go i udałem się tam; ale to brzydkie miejsce, pokryte błotem, odpadkami, krwią i pianą dusiło mnie. Minąłem je szybko, jak tylko mogłem, i skierowałem się w ulicę, w której z poza szarego kamiennego muru Niugetskiego więzienia, jak mnie objaśnił jakiś przechodzień, wyglądała wielka, czarna kopuła św. Pawła. Idąc wdłuż ściany więziennej, dotarłem do miejsca wysłanego słomą, by zgłuszyć turkot powozów. Słoma, a także gromada ludzi, od której zalatywał zapach wódki i piwa, podsunęła mi myśl, że tu się znajduje sąd.
Kiedym oglądał się dookoła, zbliżył się niezwykle brudny i podpity woźny sądowy i zapytał, czybym nie zechciał zobaczyć posiedzenia sądowego, dodając, że za pół korony da mi pierwsze miejsce, skąd zobaczę lorda, przewodniczącego w sądzie, z peruką i w todze, przyczem mówił o tej ważnej osobie, jakby o woskowej figurze, którą pokazałby nawet za osiemnaście pensów. Odrzuciłem propozycyę, nie dając mu wynagrodzenia, ale był tak uprzejmy, że oprowadził mnie po podwórzu i pokazał miejsce, gdzie wieszano skazańców i gdzie ludziom wymierzano publiczną chłostę oraz „Bramę Winnych“, pod którą przechodzą przestępcy na szubienicę. Aby mnie więcej zainteresować tą straszną bramą, dał mi do zrozumienia, że po jutrze o ósmej rano wyprowadzą „czterech“ i powieszą ich rzędem. To przestraszyło mnie i dało mi niezbyt świetne pojęcie o Londynie.
To też byłem bardzo rad, gdy udało mi się wreszcie za szyling uwolnić od niego.
Wróciłem do kancelaryi, aby się dowiedzieć, czy pan Dżaggers już w domu, a nie zastawszy go, poszedłem znów na przechadzkę. Minąłem ulicę aż do cmentarza kościoła św. Bartłomieja. Tu spostrzegłem, że wiele osób oczekuje pana Dżaggersa.
Na cmentarzu przechadzali się dwaj mężczyźni tajemniczej powierzchowności i po cichu rozmawiali. Gdym się z nimi zrównał, jeden z nich mówił: „Jeśli tylko można, to Dżaggers to zrobi“. Na samym rogu stało trzech mężczyzn i dwie kobiety; jedna z nich płakała, zakrywając twarz brudnym szalem, druga zaś uspakajała ją:
— Dżaggers za nim, Melo! Czegóż ci więcej potrzeba?
Tu także w ślad za mną wszedł żyd ze synem, którego zaraz wysłał z jakiemś poleceniem. W czasie nieobecności tamtego, pozostały Majufes, stojąc przy słupie latarni i tak przyśpiewywał:
O, Dżaggers, Dżaggers, Dżaggers! Wszystko przepadnie, dawajcie mi Dżaggersa!
Takie świadectwo popularności mego opiekuna wywarło na mnie wielkie wrażenie.
Wreszcie ujrzałem go, przechodzącego przez ulicę. Obecni równocześnie ze mną go spostrzegli i rzucili się hurmem ku niemu. Pan Dżaggers położył mi rękę na ramieniu i poprowadził ze sobą, nie mówiąc ani słowa do mnie, lecz wciąż zwracając się do proszących.
Najpierw przemówił do dwóch tajemniczych ludzi.
— Próżna gadanina. Nie chce już więcej wiedzieć, niż wiem. No, a rezultaty — to orzeł lub reszka. Od samego początku powtarzałem: orzeł lub reszka. Zapłaciliście Uemnikowi?
— Potrzebną sumę zebraliśmy dopiero dziś rano, — odpowiedział jeden z nich pokornie, drugi zaś tymczasem badawczo śledził wyraz twarzy Dżaggersa.
— Nie pytam, kiedyście zebrali i gdzie, ani w jakiście sposób się urządzili. Odebrał je Uemnik?
— Tak panie!
— Doskonale... możecie odejść. Nie mówcie nic więcej! — rzekł pan Dżaggers, dając znak ręką. Jeśli powiecie jeszcze choć słowo, zrzekam się sprawy.
— Myślimy, panie Dżaggers — zaczął jeden z nich, zdejmując kapelusz.
— Oto właśnie, czego nie powinniście czynić. „Wy“ myślicie! Ja myślę za was i to zupełnie powinno wam wystarczyć. Jeśli mi będzie potrzeba, wiem gdzie można was znaleźć; nie chcę, byście sami do mnie przychodzili. Nie chcę... i więcej nie mam co słuchać.
Tajemniczy ludzie popatrzyli na siebie, a gdy pan Dżaggers znów skinął, w milczeniu odeszli.
— A teraz wy, rzekł pan Dżaggers, zwracając się do dwóch kobiet w kapeluszach, od których mężczyźni zaraz się odsunęli. — Zdaje mi się, że Amelia?
— Tak, panie Dżaggers!
— Pamiętacie czy nie, że bezemnie nie byłybyście tu, nie mogłybyście być tu?
— O tak! — zawołały równocześnie obie kobiety. — Niech panu Pan Bóg za to błogosławi!
— Pocóż zatem przywlekłyście się?
— Co słychać z moim Bilem? — zapłakała kobieta, z którą mówił.
— Ot co pani powiem i to raz na zawsze! Jeśli nie wiesz pani, że twój Bil w dobrych rękach, to ja o tem wiem. Jeżeli mi raz jeszcze zniknie wam z rąk. Zapłaciliście Uemnika?
— Tak panie, do ostatniego szeląga.
— Bardzo dobrze, zrobiłyście zatem wszystko. Powiedźcie jeszcze słowo... tylko jedno słowo... a Uemnik natychmiast zwróci wam pieniądze.
Ta straszna groźba zmusiła obie kobiety do oddalenia się. Nikt więcej nie został na cmentarzu, prócz wzruszonego żydka, który już kilka razy przyciskał poły surduta pana Dżaggersa.
— Cóż to za człowiek? — zawołał pan Dżaggers z obrzydzeniem. — Czego potrzeba?
— Drogi panie Dżaggers... jestem bratem Abrahama Lazarusa.
— Kto to? Zostaw mój surdut w spokoju!
Proszący raz jeszcze pocałował połę surduta i rzekł:
— Abraham Lazarus, fałszerz monety.
— Zbyt późno. Popieram już drugą stronę.
— O panie Dżaggers! Czyż pan występuje przeciw Lazarusowi?
— Tak, przeciw i koniec! Odejdźcie!
— Panie Dżaggers! Chwileczkę! kuzyn mój sam posłał panu Uemnikowi... a teraz... da mu wszystko co zechce... Panie Dżaggers: Ćwierć minutki! O przejdź pan z tamtej strony na naszą... co pan zechcesz... nie chodzi nam o cenę... cóż tam pieniądze! Tfu!... Panie Dżaggers!... Panie!...
Ale opiekun mój odepchnął go z nadzwyczaj zimną krwią i zostawiŁ skaczącego po moście, jakby na rozżarzonych węglach. Bez dalszych przeszkód doszliśmy nareszcie do kancelaryi, gdzie zastaliśmy koncypienta, człowieka w aksamitnem ubraniu i futrzanej czapce.
— Majk tu — rzekł koncypient, wstając od stołu i z tajemniczym wyrazem, zbliżając się do pana Dżaggersa.
— Czy człowiek ten przyjdzie dziś wieczorem?
— Tak, panie Dżaggers — odpowiedział Majk głosem ochrypłym z zimna — po wielu kłopotach udało mi się wyszukać takiego, panie!
— Na co gotów przysiądz?
— Na co potrzeba, panie Dżaggers! — odpowiedział Majk, wycierając tym razem nos we własną futrzaną czapkę.
Pan Dżaggers rozgniewał się.
— Już przedtem mówiłem wam — rzekł, grożąc palcem przestraszonemu klientowi — że jeśli myślicie tu mówić w ten sposób, będzie bieda. Nędzny łotrze, jak śmiesz „mnie“ mówić takie rzeczy?
Klient był widocznie zmieszany i oszołomiony, nie pojmując, co zrobił.
— Głupcze! — rzekł mu po cichu koncypient, trącając go łokciem. — Jakiś ty niedomyślny. Czegóż mówisz mu to w oczy.
— Pytam po raz drugi, bezmyślny głupcze, i po raz ostatni: — na co może przysiądz człowiek, któregoście tu przyprowadzili?
Majk uparcie patrzył na mego opiekuna, jakby starając się z jego twarzy odgadnąć zagadkę i zwolna odpowiedział:
— O charakterze jego i o tem, że był z nim i nie opuszczał go całą noc.
— No, bądźcie ostrożni. Co to za człowiek?
Majk patrzył na czapkę... na podłogę... na sufit... na koncypienta i na mnie i wahając się odrzekł:
— Przebraliśmy go jak...
— Co? Znowu? Znowu?
— Głupi! — powtórzył koncypient, trącając go znów łokciem.
Bezradnie oglądnął się wkoło, nagle rezolutnie zaczął:
— Jeździ, jako szanowny roznosiciel ciastek....
— Czy jest tu?
— Zostawiłem go na schodach na rogu ulicy.
— Przeprowadź go koło okna, abym mógł go zobaczyć.
Wszyscy podeszliśmy do okna i skryci za firanką, widzieliśmy Majka, który przeszedł, jak mu polecono, koło okna w towarzystwie człowieka o złodziejskiej powierzchowności, wysokiego wzrostu, w króciutkim surducie z białego płótna i bawełnianym kołpaku. Niewinny roznosiciel ciastek był nie bardzo trzeźwy i pod okiem miał siniak, zieleniejący już, zasypany z wierzchu białym proszkiem.
— Powiedz panu Majkowi, aby wyniósł się ze swym świadkiem. — rzekł do koncypienta opiekun z niewypowiedzianem obrzydzeniem — i spytaj go, o czem myślał przyprowadzając takiego świadka, jak ten.
To rzekłszy, zaprowadził mię do swego gabinetu, gdzie stojąc, zaczął jeść śniadanie, złożone z chleba z wędliną i butelki Xeresu, (chleb jadł z pewnym wstrętem) a równocześnie dawał mi polecenia. Miałem się udać do gospody „Bernarda“ i ulokować w mieszkaniu pana Poketa, gdzie przygotowano dla mnie łóżko; u młodego Poketa miałem pozostać do poniedziałku a następnie wraz z nim udać się z wizytą do jego ojca, aby pomówić o warunkach. Poczem powiedział mi, ile będę otrzymywał — suma wyznaczona wydała mi się dość znaczną — wyjął z biurka kilka kartek, dał mi je i rzekł, że mogę iść z niemi do różnych kupców, zamówić sobie niezbędne ubranie i wogóle to, czego będę potrzebował.
— Czy pan zadowolony ze swego kredytu — spytał — łykając Xeres z butelki, od której bił zapach beczki. — Tylko w ten sposób mogę panu wypłacać i wstrzymywać pana, byś nie ugrzązł po uszy w długach. Bez wątpienia pan narobi kłopotów. ...No, ale to nie moja rzecz.
Pomyślawszy chwil parę nad temi niezbyt pocieszającemi słowami, spytałem pana Dżaggersa, czy mogę nająć powóz? Odpowiedział, że to zbyteczne, bo stąd niedaleko do miejsca przeznaczenia, tem bardziej że Uemnik może mnie tam odprowadzić, jeśli zechcę. Dowiedziałem się w ten sposób, że Uemnikiem nazywa się koncypient, zajęty w kancelaryi. Uścisnąłem rękę opiekuna i wyszedłem na ulicę, gdzie zaznajomiłem się z Uemnikiem. Na ulicy spotkaliśmy jeszcze kilku interesantów, a kiedyśmy obok nich przechodzili, Uemnik rzekł chłodno i stanowczo:
— Powtarzam wam, że napróżno; nie zechce za żadnym z was przemówić ani słówkiem.
Prędko zostawiliśmy ich poza sobą i szliśmy dalej.






Rozdział XXI.

W drodze przyjrzałem się dobrze Uemnikowi, pragnąc wiedzieć, jak wygląda przy świetle dziennem. Był to człowiek wysoki, chudy z szeroką drewnianą twarzą, której tępy rylec nie umiał widocznie nadać jakiegokolwiek wyrazu. Były wprawdzie w niej ślady rylca, które mogłyby nadać jej pewien wyraz, gdyby materyał okazał się zdolniejszy, a rylec delikatniejszy i ostrzejszy. Rzeźbiarz starał się widocznie trzy czy cztery razy poczynić jakieś ulepszenia w okolicy nosa, ale zniechęcił się do łagodzenia wyrazu tej twarzy. Sądząc z lichego stanu jego bielizny, wywnioskowałem, że jest kawalerem i musi znosić wiele zaniedbania i nieporządku; miał on cztery żałobne pierścionki a prócz tego broszkę, przedstawiającą spłakaną kobietę nad mogiłą, przy której stała urna. Zauważyłem też, że cały łańcuszek do zegarka miał także obwieszony pierścionkami i pieczątkami, zapewne przykremi pamiątkami po zmarłych przyjaciołach. Oczy jego małe, przenikliwe i czarne błyszczały, wargi miał cienkie a usta szerokie. Wyglądał na lat czterdzieści do pięćdziesięciu.
— Więc pan nie był nigdy poprzednio w Londynie? — spytał mnie pan Uemnik.
— Nie.
— Ja też niedyś byłem tu nowicyuszem — odrzekł — aż dziwnie pomyśleć!
— Teraz już pan zapewne dobrze poznał miasto?
— Rozumie się, znam teraz całe jego życie.
— Złe to pewnie miasto? — spytałem, bardziej dlatego, aby coś powiedzieć, niż by uzyskać jakieś objaśnienie.
— Tu w Londynie ograbią pana jeszcze, oszukają jak należy, pobiją. — Ludzi, jak wogóle wszędzie, znajdzie się i tu wielu do tych rzeczy.
— Z nieprzyjaźni i złości — dodałem starając się cokolwiek złagodzić jego słowa.
— O, nie wiem, czy to nieprzyjaźń czy złość. Chodzi o to..., że dla zysku ludzie na wszystko gotowi.
— To jeszcze gorzej.
— Tak pan myśli? Zresztą i ja powiedziałbym to samo.
Uemnik miał kapelusz nasunięty na tył głowy, szedł, patrząc naprzód z wyrazem obojętnym, widocznie nic na ulicy nie zwracało jego uwagi, a usta jego tak były uformowane, jakby się wciąż uśmiechał. Zdołaliśmy dojść na Holborn — Gill, zanim przekonałem się, że to uśmiech bezwiedny, w rzeczywistości zaś nigdy się nie śmieje.
— Pan wie, gdzie mieszka pan Mateusz Poket?
— Tak, na Hammer-Smit, w zapadłej części Londynu. — odpowiedział, wskazując głową w tę stronę.
— Daleko, stąd?
— Dosyć... pięć mil.
— Pan go zna?
— Tak, ale pan poddaje mnie formalnemu badaniu, — rzekł Uemnik, — tak znam go.... znam.
W słowach tych brzmiał odcień podejrzenia a zarazem jakiegoś niezadowolenia, co nie mile podziałało na mnie; spojrzałem z boku na drewnianą fizyognomię, starając się wyczytać na niej cokolwiek pocieszającego, gdy oznajmił następnie, żeśmy doszli do hotelu „Bernarda“. Nie uspokoiło mnie to jednak, że budynek ten stanowi wielki hotel, którym kieruje pan Bernard, a w porównaniu z którym nasz „Niebieski Dzik“ jest zwyczajnym szynkiem. Ale wkrótce okazało się, że pan Bernard jest bezcielesną istotą, fikcyą mojej wyobraźni, że niema żadnego hotelu, tylko jakaś kollekcya brudnych, walących się domów obok siebie.
Weszliśmy przez furtkę, minęli długą uliczkę i znaleźli się na mrocznem, kwadratowatem podwórzu, przypominającem cmentarz. Przekonałem się, że nawet drzewa są tu ponure, wróble ponure, koty ponure i domy ponure: nigdzie nic podobnie ponurego nie widziałem. Okna całego szeregu mieszkań, z których się składał ten dom, służyły za prawdziwą wystawę starych, wypełzłych stor i firanek, nędznych groszków w wazonikach, potłuczonych szyb, ułamków i zgnilizny, zniszczenia i upadku. Na oknach pustych mieszkań naklejono napisy: „do wynajęcia“, „do wynajęcia“, „do wynajęcia“; można było pomyśleć, że nowi biedacy tutaj nie przyjdą i że mściwa dusza Bernarda pragnie stopniowego usunięcia żyjących tu ludzi i pogrzebania ich pod nieuświęconym modlitwą gruntem ulicy. Brudna, żałobna warstwa sadzy i kopcia pokrywała ten zapuszczony twór Bernarda i posypała popiołem głowę jego na znak skruchy i ukojenia. Wszystko to raziło — zmysł wzroku. Ale nie mniej raziła zmysł powonienia woń suchej zgnilizny, idąca od zanieczyszczonych piwnic i strychów, woń szczurów, myszy, pluskiew, gnojówki i różnych brudów, wymagających koniecznie zastosowania jakiegoś odkażającego płynu.
Taki początek mych wielkich nadziei był tak dalece nieoczekiwany, że spojrzałem z niezadowoleniem na pana Uemnika.
— A — rzekł, nie pojmując mego spojrzenia — tutejsze opuszczenie przypomina panu wieś... i mnie także.
Poprowadził mnie na koniec podwórza i zaczął wchodzić wraz ze mną na piętro, po zniszczonych schodach, które groziły lada chwilę rozpadnięciem się w proch, tak, że mieszkańcy piętr mogli pewnego pięknego poranku dojrzeć ze swych drzwi, że nie zejdą na dół. Na drzwiach był napis: „Pan Poket młodszy“, a na skrzynce do listów zobaczyłem kartkę papieru z napisem: „Wkrótce wrócę“.
— Nie myślał zapewne, że tak prędko przyjedzie. Czy pan niczego więcej nie potrzebuje?
— Nie, dziękuję panu.
— Ja prowadzę kasę pana Dżaggersa — i dlatego będziemy się często widywali.
— Do widzenia.
Wyciągnąłem rękę. Uemnik spojrzał na mnie z takim wyrazem, jakby myślał, że chcę czegoś. Potem widząc, że nie, rzekł:
— Tak... Tak! Widzę, że pan przywykł ściskać za rękę.
Bardzo się zmieszałem, sądząc, że to nie według londyńskich zwyczajów, ale odpowiedziałem twierdząco.
— Odwykłem od tego — odrzekł. Bardzom rad, żem pana poznał. Do widzenia!
Gdy uścisnęliśmy sobie ręce i odszedł, otworzyłem okno na platformie schodów i o mało się nie zabiłem: przegniłe zawiasy nie wytrzymały ciężaru okna, które spadło na dół z szybkością gilotyny. Na szczęście nie zdążyłem się jeszcze wychylić z okna. Po tem zajściu postanowiłem zadowolić się zamglonym widokiem hotelu przez szyby, pokryte warstwą brudu i ze smutkiem myślałem, że opowiadania o Londynie bardzo przesadzone.
Pojęcie młodszego Poketa o słowie „wkrótce“ nie zgadzało się widocznie z mojem. Prawie do obłędu nasyciłem się widokiem z okna i w ciągu półtorej godziny zdołałem wiele razy wypisać swe nazwisko na każdej szybie, zanim usłyszałem wreszcie na schodach czyjeś kroki. Przedemną stopniowo ukazał się kapelusz, głowa, halsztuk, kamizelka, spodnie i buty ludzkiej istoty mniej więcej w moim wieku. Z pod pach tego chłopca sterczały papierowe paczki, a na jednej ręce prócz tego trzymał koszyczek z truskawkami; sam ledwie żył ze zmęczenia.
— Pan Pip? — zapytał.
— Pan Poket? — spytałem nawzajem.
— Mój Boże! Tak mi przykro... wiedziałem, że pański dyliżans przychodzi w południe, ale nie sądziłem, że pan nim przyjedzie. Wyszedłem właśnie ze względu na pana.... nie usprawiedliwiam się, nie!... Sądziłem, że pan przyjeżdża ze wsi i chętnie spróbowałby owoców po obiedzie i dlatego udałem się na Koweñt-Gardeñ na targ owocowy.
Z pewnych względów oczy me mało nie wyszły z orbit. Wyraziłem mu wdzięczność za pamięć, myśląc równocześnie, że marzę.
— Mój Boże! — zawołał Poket. — Drzwi te zawsze takie uparte.
Rzucił się do otwierania drzwi, trzymając w rękach i pod pachami pakiety z owocami i wyciskając z nich sok. Widząc to, zaproponowałem mu, aby dał mi pakiety do potrzymania, zgodził się na to z miłym uśmiechem i zaczął walczyć z drzwiami, jakby z jakiem dzikiem zwierzęciem. Drzwi otworzyły się nagle, kiedy się tego zupełnie nie spodziewał, tak że potoczył się w tył wprost na mnie, ja zaś na przeciwległe drzwi i obaj roześmieliśmy się. Wciąż jednak czułem, że oczy me wychodzą z orbit i że patrzę na wszystko jak we śnie.
— Bądź pan łaskaw wejść. Pozwól mi się poprowadzić. Czeka tu pana krótki pobyt, ale mam nadzieję, że wygodnie pan spędzi czas do poniedziałku. Ojciec myślał, że będzie panu przyjemniej przebyć dzień jutrzejszy ze mną na zwiedzaniu Londynu. Bardzo rad jestem, że pokażę mu Londyn. Co się tyczy jedzenia, mam nadzieję, że pan nie będzie go uważał za złe... Zamówiłem je w poblizkiej restauracyi, kazałem je przynieść, muszę dodać, że na pański rachunek, jak mi nakazał pan Dżaggers. Co do mieszkania przyznam się, że nie jest ono rozkoszne, gdyż sam muszę zarabiać na kawałek chleba a ojciec nic mi dać nie może, choć gdyby nawet mógł, to i takbym od niego nie wziął. Nie sądź pan, że obrus, łyżki i naczynie należą do mnie, wszystko to z restauracyi. Oto moja maleńka sypialnia; trochę wilgotna, ale u Bernarda wszystko wilgotne. A to pańska sypialnia; sprzęty wypożyczone; jeśli pan sobie czegoś życzy, zaraz pójdę i natychmiast przyniosę. Pokoje te są na uboczu; będziemy sami i mam nadzieję, że się nie pobijemy. Ale, mój Boże! Wybacz pan, tak długo zmuszam pana do trzymania owoców. Niechże pan da pakunki. Tak się wstydzę!
Stałem na przeciw Poketa młodszego i podawałem mu pakiety jeden po drugim, w tej chwili zobaczyłem, że z oczami jego dzieje się to samo, co z mojemi. Odskoczył w tył i zawołał:
— Na Boga! Wszak to ten sam chłopiec!
— A pan — ten młody, blady dżentelmen!...






Rozdział XXII.

Blady, młody dżentelmen i ja staliśmy naprzeciw siebie w „hotelu Bernarda“ i nagle parsknęliśmy śmiechem.
— Tylko pomyśleć, że to był pan — rzekł on.
— Pomyśleć, że to pan! odrzekłem.
I znów stanęliśmy naprzeciw siebie i znów roześmieliśmy się.
— No, cóż tam! — rzekł, wyciągając do mnie rękę z dobrodusznym wyrazem młody dżentelmen. — Spodziewam się, że to już minęło i że pan będzie na tyle grzeczny i wybaczy mi, żem wówczas pana trochę potłukł.
Ze słów tych Herberta Poketa (bladego, młodego dżentelmena nazywano Herbertem) wywnioskowałem, że pomieszał zamiar i spełnienie go. Skromnie przystałem na to i raz jeszcze gorąco uścisnęliśmy sobie wzajemnie ręce.
— Wówczas nie byt pan w tak dobrych stosunkach majątkowych? — spytał Poket.
— Nie.
— Słyszałem, że stało się to niedawno. Ja też miałem wówczas nadzieję pozyskania majątku.
— Czyż?
— Tak, Pani Chewiszem sprowadziła mnie, chcąc przekonać się, czy się jej nie spodobam. Ale nie mogła mnie polubić.... nie mogła.
Muszę dodać, że byłem bardzo zmieszany, słysząc to.
— Ma zły gust — rzekł, śmiejąc się Poket — ale fakt jest faktem. Sprowadziła mnie, chcąc to uczynić i jeślibym wyszedł zwycięsko z tej próby, z pewnością nagrodziłaby mnie majątkiem, a może nawet uczyniłaby mnie czemś dla Estelli.
— To znaczy czem?
Rozkładał owoce na talerzykach, gdyśmy rozmawiali, co odrywało do pewnego stopnia jego uwagę tak, że mówił z przerwami.
— No, połączyłaby nas... zaręczyła, pożeniła... jak się to mówi. Znajdź pan sam określenie tego.
— I lekko pan zniósł niepowodzenie?
— N-o! Nie bardzo na to liczyłem. To prawdziwa Tatarka.
— Pani Chewiszem?
— Nie o niej mówię, tylko o Estelli. — Dziewczyna uparta, złośliwa i kapryśna do ostatnich granic. Pani Chewiszem wychowała ją w tym celu, aby się mściła na całym męskim rodzie.
— To krewna pani Chewiszem?
— Nie. Adoptowała ją.
— W jaki sposób ma się mścić na mężczyznach? Dlaczego?
— Mój Boże! Czyż pan tego nie wiesz?
— Nie.
— Boże! Przecież to cała historya, trzeba ją zostawić na czas obiadu. A teraz pozwoli pan zadać sobie jedno pytanie: W jaki sposób pan w owym dniu się tam znalazł?
Opowiedziałem mu; słuchał uważnie, póki nie skończyłem, a potem znów się zaśmiał i zapytał, czym się gniewał na niego? Nie pytałem go, czy on się na mnie gniewał, bo ja dawno już o tem zapomniałem.
— Czym dobrze zrozumiał, że pan Dżaggers jest pańskim opiekunem? — spytał.
— Tak.
— A pan wie, że to zaufany pełnomocnik pani Chewiszem i że ona nikomu prócz jemu nie dowierza?
Rozmowa taka mogła mnie sprowadzić na niepożądany temat i dlatego odrzekłem z pewnem niezadowoleniem, którego nie starałem się nawet ukryć, że widziałem Dżaggersa u pani Chewiszem tylko raz w dniu naszej walki i myślę, że on nie pamięta, czy mnie kiedy widział, czy nie.
— Był tak grzeczny, że zaproponował memu ojcu, aby pana uczył, sam nawet jeździł go o to prosić. O ojcu moim dowiedział się zapewne od samej pani Chewiszem. Ojciec jest kuzynem pani Chewiszem; mimo to nie utrzymują blizkich stosunków, bo ojciec kiepski dworak i nie chce się jej zasługiwać.
Herbert Poket był tak szczery ze mną, że mnie oczarował. Nigdy, ani przedtem, ani potem nie widziałem człowieka, który byłby tak otwarty pod każdym względem, w każdem słowie, że absolutnie nie mógł powiedzieć, a nawet pomyśleć czegoś złego lub nieuczciwego. Cała jego postać budziła zaufanie i nadzieję. W tej chwili, patrząc nań, poczułem, że nigdy nie będzie cieszył się ani wzięciem, ani bogactwem. Nie mogłem zdać sobie sprawy, dlaczegom tak myślał. Po raz pierwszy powziąłem to przekonanie, gdyśmy zasiedli do obiadu, ale na jakiej podstawie — nie mogę wyjaśnić.
Był to jak dawniej blady młodzieniec, w jego ruchach i mowie znać było ociężałość, wskazującą na brak siły fizycznej i zdrowia. Twarz nie była piękna, lecz pociągająca i wesoła. Postawy nie miał nadzwyczaj zręcznej, jak wówczas, gdym go tak szczodrze obłożył kułakami, ale widok jego budził myśl, że kształty pozostaną zawsze zwinne i zręczne. Nie mogę ocenić, czy arcydzieło pana Frebba leżałoby tak zgrabnie na nim, jak na mnie, lecz napewno lepiej wyglądał w swem starem ubraniu, niż ja w nowem.
Wobec jego szczerości postanowiłem też nie być skrytym, choć skrytości nie spotyka się w naszym wieku. Opowiedziałem mu swą niedługą historyę, a także i to, że zakazano mi badać, kto był moim dobroczyńcą. Opowiedziałem też, że w domu rodzinnym uczono mnie kowalstwa, że mało się znam na formach życia i dlatego proszę, by był tak dobry i zwracał mi uwagę, jeśli postąpię nie tak, jak wypada.
— Z chęcią — odpowiedział — choć z góry zaznaczam, bardzo mało różnię się pod tym względem od pana. Przypuszczam, że często będę się z panem widywał i chciałbym, by nie było między nami etykiety. Czy nie byłby pan łaskaw odrazu nazywać mnie po imieniu Herbertem?
Podziękowałem i chętnie się na to zgodziłem. Ze swej strony wymieniłem swe imię Filipa.
— Eh, tego imienia nie lubię — odpowiedział, uśmiechając się — przypomina mi ono chłopca z wypisów, który był tak niezgrabny, że wpadł do stawu, tak tłusty, że prawie nie mógł otworzyć oczu, tak łakomy, że chował swe ciastka, póki myszy mu ich nie zjadły, tak nierozumny, że chodził do lasu po gniazda, aż go wreszcie zjadły niedźwiedzie, które żyły niedaleko stamtąd. Powiem ci, czegobym chciał. Między nami taka harmonia, a przytem byłeś kowalem... Czy chcesz co powiedzieć?
— Gotów jestem na wszystko, co zaproponujesz — odpowiedziałem — ale nie rozumiem ciebie.
— Nie chciałbyś, abym cię nazywał Hendlem? Jest wspaniała pieśń Hendla, którą nazwał „Muzykalny kowal.“
— Bardzo mi się podoba to imię.
— Otóż kochany Hendlu, obiad — rzekł, widząc, że drzwi się otwierają. — Proszę cię, zajmij honorowe miejsce przy stole, dlatego, że obiad na twój rachunek.
Nie zgodziłem się na to i prosiłem, by zajął pierwsze miejsce, sam zaś siadłem naprzeciw. Obiad był bardzo smaczny i wydał mi się prawdziwym bankietem lorda-maiora; a był tem bardziej czarujący, że jedliśmy go w nadzwyczajnych okolicznościach — nie było z nami ludzi dorosłych, pedantycznych i byliśmy przytem w Londynie. Urok naszej uczty zwiększał się do pewnego stopnia cygańskim jej charakterem; choć obiad, jakby się wyraził Pembelczuk, przedstawiał prawdziwy obraz rozkoszy, ponieważ cały przyniesiono z restauracyi, ale pokój, w którym siedzieliśmy, był bardzo niewielki i skromnie umeblowany, skutkiem czego lokaj musiał postawić przybory na podłodze, roztopione masło na krześle, chleb na półce z książkami, ser na pace z węglami, a gotowaną kurę na mem łóżku w drugim pokoju, — gdzie zauważyłem zastygły sos i masło, gdym kładł się spać. Wszystko to czyniło obiad jeszcze bardziej zachwycającym, a kiedy lokaje odeszli i nikt nie mógł podglądać, zadowolenie moje było bez granic.
Przy obiedzie przypomniałem Herbertowi obietnicę, że mi opowie o pani Chewiszem.
— Słusznie — odrzekł — winienem ci to. Ale przedewszystkiem, Hendlu, pozwolisz mi zwrócić uwagę, że w Londynie nigdy nie kładą do ust noża, by uniknąć nieszczęśliwego wypadku; do pomocy w podnoszeniu do ust pokarmu używa się zwyczajnie widelca, lecz nie wypada również wsuwać go zbyt głęboko. Robić należy tak, jak robią inni. Łyżkę bierze się zwykle nie z góry, lecz z dołu. A to z dwóch powodów. Lepiej ci będzie podnosić ją do ust (w czem leży główne jej zadanie) i nie przybierzesz takiego położenia, jak przy otwieraniu ostryg, odsuwając prawy łokieć na bok.
Tak wesoło dawał mi te przyjacielskie uwagi, że obaj śmieliśmy się z całej duszy i wcale się nie zmieszałem.
— Teraz o pani Chewiszem. Pani Chewiszem, trzeba ci wiedzieć, rosła jako pieszczone dziecko. Matka jej umarła, gdy była jeszcze w młodziutkim wieku, ojciec zaś nic jej nie zabraniał. Był on obywatelem w waszej okolicy i piwowarem. Zupełnie nie wiem, co właściwie jest przywiązane do piwowara; to tylko pewne, że nie można być dżentelmenem i zajmować się pieczeniem chleba, ale warzyć piwo i być istotnym dżentelmenem, uważają za rzecz zupełnie właściwą. To się spotyka na każdym kroku.
— Dżentelmen nie może utrzymywać gospody, nieprawdaż? — spytałem.
— Pod żadnym warunkiem, ale gospoda może utrzymywać dżentelmena. Pan Chewiszem zatem był bardzo bogaty i bardzo dumny. Taką też była jego córka.
— Czy była jedynaczką?
— Poczekaj chwilkę, zaraz wszystko opowiem. Nie, nie była jedynaczką; miała brata przyrodniego. Ojciec jej ożenił się potajemnie z kucharką... jeśli się nie mylę.
— Myślałem, że był dumny — wtrąciłem.
— No tak, kochany Hendlu, był dumny. Dlatego właśnie, że był dumny, ożenił się potajemnie z kucharką; żona ta rychło umarła. O ile pamiętam, powiedział to córce, po śmierci żony; syn kucharki został członkiem rodziny i żył w znanym ci domu. Wyrósł na hulakę, rozrzutnika, zuchwalca. Ojciec wydziedziczył go, ale przed śmiercią ulitował się i zostawił mu tyle, co i pani Chewiszem. Wypij jeszcze kieliszek wina i wybacz, że zwrócę ci uwagę, iż nikt w towarzystwie nie będzie cię podejrzewał, jakobyś nie wypróżnił kieliszka, nie potrzebujesz więc przewracać go do góry dnem nad samym nosem.
Tak byłem zajęty jego opowiadaniem, że zupełnie nie zauważyłem, com zrobił. Podziękowałem mu i wytłomaczyłem. Odpowiedział „nic nie szkodzi“ i ciągnął:
— Pani Chewiszem została zatem bogatą dziedziczką i jak się sam możesz domyślić, zaczęto spoglądać na nią, jak na interesującą kobietę. Jej przyrodni brat miał taki sam majątek, ale dzięki swej bezmyślnej rozrzutności narobił mnóstwo długów i zrujnował się. Między nim a nią istniała jeszcze większa niechęć. jak między nim a ojcem, a nawet podejrzewają, jakoby potajemnie płonął głęboką i śmiertelną nienawiścią ku niej za to, że zniechęcała ojca do niego. Zbliżam się do najtragiczniejszej części opowiadania... ale muszę je przerwać, kochany Hendlu, aby zwrócić twoją uwagę, że serwetka w żaden sposób nie zmieści się w kieliszku.
Co skłoniło mnie do wpychania serwetki do kieliszka, nie mogę zmiarkować. To też zdziwiłem się, gdym zauważył, że zajmowałem się tą pracą z wytrwałością, godną lepszej sprawy i z całej siły starałem się wcisnąć serwetkę w to ciasne dla niej pomieszczenie. Znów podziękowałem i przeprosiłem, a on wesoło odrzekł: — „nic nie szkodzi“ i ciągnął dalej:
— Wtedy na widowni często się pojawiał... na tańcach, balach i w innych miejscach... jakiś człowiek, który zaczął się starać o panią Chewiszem. Nigdy go nie widziałem (było to dwadzieścia pięć lat temu, gdyśmy jeszcze nie istnieli na świecie), słyszałem jednak od swego ojca, że był to człowiek bardzo okazały. Ale ojciec mój już wówczas na seryo wierzył, że nawet człowiek nieświadomy nie uznałby go za prawdziwego dżentelmena; ojciec jest stanowczo przekonany, że człowiek nigdy nie może być dżentelmenem z wyglądu, o ile nie jest prawdziwym dżentelmenem z ducha. Żadna politura nie zakryje słojów drzewa; im więcej kłaść na nie lakieru, tem jaśniej występują na wierzch żyłki i włókna. Tak więc człowiek ten zaczął się starać o panią Chewiszem i wreszcie wyznał jej swą miłość. Myślę, że i wówczas nie odznaczała się wielką czułością, ale tym razem widocznie uczucie przemówiło w niej i bardzo go pokochała. W każdym razie nie można wątpić, że go prawie ubóstwiała. On zaś systematycznie korzystał z jej miłości i wyłudzał od niej znaczne sumy pieniędzy, a w końcu namówił ją do kupienia u brata wyznaczonej mu przez zmarłego ojca części browaru, za wielką cenę z tem zastrzeżeniem, że sam będzie prowadził interes, gdy stanie się jej mężem. Opiekun twój nie posiadał jeszcze zaufania pani Chewiszem, była ona zbyt dumna i zbyt zakochana, aby się kogoś radzić. Wszyscy jej krewni byli ludźmi biednymi i płaszczącymi się z wyjątkiem mego ojca; on był też biedny, ale nie miał zazdrości i chciwości. Wśród nich on tylko jeden zachował niezawisłość i uprzedzał ją, by nie robiła tyle dla tego człowieka i nie uległa mu. Skorzystała z pierwszej dogodnej sposobności i poleciła ojcu na zawsze opuścić swój dom. Od tej pory ojciec nigdy już więcej nie widział pani Chewiszem.
Przypomniałem sobie, jak mówiła: — „Mateusz przyjdzie i zobaczy mnie dopiero zmarłą, gdy będę leżała na tym stole“. — Spytałem Herberta, dlaczego ojciec tak zdaleka trzymał się od niej.
— Chodziło o to, że w obecności swego przyszłego męża obwiniła ojca, jakoby tak postępował, bo sam żywił jakieś nadzieje na majątek. — Gdyby poszedł do niej po tem, co się stało, mogliby powiedzieć, że miała racyę. Wróćmy jednak do tego człowieka i skończymy z nim. Dzień ślubu był naznaczony, toaleta ślubna kupiona, plan ceremonii całej ułożony, goście zaproszeni. Dzień ślubu nastąpił, ale pan młody się nie zjawił. Przysłał list....
— Który odebrała — przerwałem — gdy ubierała się do ślubu? Dwadzieścia minut przed dziewiątą?
— Właśnie w tym czasie i na tej godzinie zatrzymała wszystkie zegary. Co jej pisał, prócz bezwzględnego zrzeczenia się małżeństwa, nie mogę ci powiedzieć, bo sam nie wiem. Kiedy wyzdrowiała po ciężkiej chorobie, pozostawiła wszystko, jak widziałeś i od tej pory nie oglądała dziennego światła.
— I to wszystko?
— Wszystko, co wiem a raczej, co musiałem wiedzieć, bo choć ojciec nigdy o tem nie mówił, to jednak, gdy pani Chewiszem zaprosiła mnie do siebie, opowiedział mnie nie więcej, niż wiedzieć musiałem. Zapomniałem jeszcze o jednem. Przypuszczają, że człowiek, który był niegodnym takiego zaufania, współdziałał z jej przyrodnim bratem, że poprzednio wszystko ułożyli i potem podzielili zyski.
— Dziwi mnie, dlaczego nie ożenił się z nią i nie zabrał całego majątku?
— Po pierwsze mógł już być żonaty, drugie mogła ta śmiertelna obraza wchodzić w plan przyrodniego brata, pragnącego się zemścić. — Nie wiem.
— A co stało się z nimi?
— Spadli na najniższy stopień występku rozpusty... tak nizko, jak tylko można upaść i zrujnowali się.
— Czy żyją jeszcze?
— Nie wiem.
— Mówiłeś, że Estella nie jest krewną pani Chewiszem, tylko adoptowaną. Kiedy ją adoptowała?
Herbert wzruszył ramionami.
— Estella była zawsze u pani Chewiszem od czasu, gdym się dowiedział o jej istnieniu. Nic zresztą nie wiem. A teraz Hendlu, rzekł, mając widocznie zamiar zakończyć tę rozmowę — między nami powinno istnieć zupełne zaufanie. Wszystko, co wiem o pani Chewiszem, wiesz i ty.
— A wszystko co ja wiem i ty także.
— Chętnie ci wierzę. A więc między nami nie powinno być żadnego współzawodnictwa i żadnych nieporozumień. Co się tyczy umowy, od której zależy twój dobrobyt... umowy, na podstawie której nie masz prawa wywiadywać się o swym dobroczyńcy... możesz być pewien, że ani ja, ani też nikt z mej rodziny i znajomych nie dotknie nawet wzmianką tego przedmiotu.
I rzeczywiście tak delikatnie mówił o tem, że od razu poczułem się zupełnie spokojnym, jakbym już dawno znał jego ojca i mieszkał lat parę pod jego opieką. Utwierdził mnie też w przekonaniu, że uważa panią Chewiszem za moją dobrodziejkę; sam zaś wyrobiłem sobie to przekonanie już przedtem.
Zrazu nie uświadomiłem sobie, że w tym zamiarze rozpoczął rozmowę, aby na zawsze usunąć z naszej drogi ten temat, domyśliłem się tego później, gdym zauważył, jak nam było lżej i weselej, gdyśmy skończyli o tem rozmowę. Byliśmy tak zadowoleni i tak otwarci, że spytałem go, czem się zajmuje i czem jest?
— Kapitalistą, agentem towarzystwa ubezpieczeń statków.
Widząc, że oglądam się po pokoju w nadziei znalezienia jakiejś oznaki ubezpieczeń statków, czy kapitału, rzekł:
— W City.
Miałem wysokie pojęcie o bogactwie i znaczeniu agenta towarzystwa ubezpieczeń statków w City i dlatego z przykrością przypomniałem sobie, że niegdyś obaliłem młodego agenta na ziemię, podbiłem mu oko i skaleczyłem w głowę. Ale powtórnie doznałem wrażenia, że Herbert Poket nigdy nie będzie miał powodzenia i bogactwa.
— Nie zadowolę się tem tylko, że włożę swe kapitały w towarzystwo ubezpieczeń statków. Zakupię jeszcze trochę akcyi towarzystwa ubezpieczeń na życie i zostanę członkiem zarządu. Chciałbym także poznajomić się z przemysłem górniczym. Wszystkie te sprawy nie przeszkodzą mi w wynajęciu na własny rachunek statku o pięciu tysiącach tonn. Tak, myślę, że zajmę się targiem — ze Wschodniemi Indyami... Będę targował jedwabiem, szalami, farbami, towarami korzennymi i aptekarskimi, drzewem zbytkownem... Interesujący handel!
— A zyski wielkie?
— Ogromne!
To zachwiało mnie w mem przekonaniu i już myślałem, kto wie, czy jego nadzieje nie będą większe od moich.
— Tak, będę handlował — rzekł, zakładając wielkie palce w kieszenie kamizelki — z Indyami Zachodniemi cukrem, tytoniem i rumem, z Ceylonem wyłącznie kością słoniową.
— Do tego potrzeba ci będzie wiele statków?
— Całej floty.
Oszołomiony rozległością takiej perspektywy, spytałem, gdzie targują obecnie statki, które ubezpiecza?
— Jeszcze nie zacząłem ubezpieczać, tylko przyglądam się tym sprawom.
Ostatnie słowa były właściwsze w hotelu Bernarda, to też zawołałem:
— „A — a!“
— Tak, służę w biurze i przyglądam się.
— Czy dobra służba?
— To znaczy... jak dla kogo? Dla tego, który służy?
— Tak... dla ciebie.
— Dlaczego nie? Tylko nie dla mnie. — Rzekł to z wyrazem człowieka, który przeprowadza zamknięcie rachunków przychodu i rozchodu. — Nie zupełnie korzystna. Chodzi o to, że nic mi nie płacą i muszę się sam utrzymywać.
Było to rzeczywiście niekorzystne i ze zwątpieniem pokiwałem głową na myśl, jakto trudno zebrać wielki kapitał przy takiem źródle dochodów.
— Wszystko, widzisz, polega na tem, że się przypatruję. A to wielka sztuka! Siedziesz w biurze i przypatrujesz się.
Zdumiała mnie ta dziwna okoliczność, że jeśli chce ktoś korzystać z przyglądania się, musi siedzieć w biurze, ale milczałem, polegając na jego doświadczeniu.
— Później przyjdzie czas, w którym przystąpię do interesu. Zabiorę się do niego, zajmę się nim, zbiorę kapitał i interes w garści. Gdy raz jest kapitał w ręku, nic nie pozostaje innego, jak z niego korzystać.
Wszystko to przypomniało mi jego zachowanie się podczas naszego spotkania w ogrodzie. Znosił swą biedę tak, jak zniósł wówczas swą przegraną. Do wszystkich braków i niepowodzeń odnosił się z takim spokojem, z jakim zachował się przy mych uderzeniach. Widziałem doskonale, że nie ma nic prócz rzeczy niezbędnych, bo, wszystko co było dookoła nas, przysłano na mój rachunek czy to z restauracyi, czy z magazynu.
Choć marzył o przyszłem bogactwie, nigdy się tem nie przechwalał i byłem bardzo rad, że niema w nim żadnej chełpliwości. Był to miły dodatek do jego serdecznego usposobienia i czuliśmy się doskonale. Wieczorem o pół do piątej poszliśmy ulicami i za pół ceny wstąpiliśmy do teatru; następnego dnia zwiedziliśmy kościół w Westminsterskiem opactwie a po południu spacerowaliśmy po parkach. Cały czas myślałem, kto też podkuwał wszystkie konie londyńskie i bardzo pragnąłem, żeby to był Józef.
Choć dopiero tak krótki czas upłynął, zdawało mi się, że przeszło już kilka miesięcy, odkąd rozstałem się z Józefem i Biddi. Odległość, dzieląca mnie od nich, zwiększała jeszcze to uczucie i moczary wydawały mi się obecnie niedosięgnionymi. Fakt, że zaledwie tydzień temu stałem w naszym starym kościółku w swem świątecznem ubraniu, wydawał mi się niemożliwością, tak ze względów geograficznych i socyalnych, jak słonecznych i księżycowych. Tego wieczoru błądząc po ulicach Londynu, tak przepełnionych ludźmi i tak jasno oświetlonych, czułem wyrzuty sumienia, żem porzucił biedną naszą starą kuchnię, a w nocnej ciszy serce me ciężko ściskało się, gdym przysłuchiwał się krokom stróża koło hotelu Bernarda.
W poniedziałek rano o trzy na dziewiątą Herbert udał się do biura, ja zaś odprowadziłem go. Umówiliśmy się, że będę go oczekiwał i że za godzinę lub dwie spotkamy się i pójdziemy do Hammersmit.
Biuro, w którem pracował Herbert, nie wydawało mi się zbyt ponętnem jako punkt obserwacyjny; mieściło się w drugiem podwórzu, nadzwyczaj ponurem, na które wychodziły okna.
Czekałem do dwunastej na Herberta, potem udałem się do giełdy i widziałem tam wielu ludzi koło ogłoszeń o przyjściu i odejściu statków; mieli oni wszyscy wygląd bogatych kupców, choć nie mogłem zupełnie zrozumieć, dlaczego wszyscy wydawali się nie w humorach. Gdy przyszedł Herbert, poszliśmy razem na śniadanie do restauracyi, która zrobiła na mnie dobre wrażenie, choć teraz uznałbym ją za najobrzydliwszą dziurę w całej Europie a nawet wówczas, mimo całego swego zachwytu. nie mogłem nie zauważyć, że na obrusach, nożach i ubraniach lokai było znacznie więcej tłuszczu, niż na befsztyku. Zapłaciwszy dość umiarkowaną cenę, wróciliśmy do hotelu Bernarda, skąd wziąłem swój niewielki tłomoczek; następnie kupiliśmy bilety do dyliżansu. jadącego do Hammersmit. Przybyliśmy tu o trzeciej po południu i przeszedłszy nieznaczną przestrzeń, dotarliśmy do domu pana Poketa. W ogrodzie nad brzegiem rzeki bawiły się dzieci. Może mylę się co do tego, ale wydawało mi się, że dzieci państwa Poketów zbyt szybko wzrastały.
Pani Poket siedziała w krześle pod drzewem, nogi jej spoczywały na drugiem krześle; dzieci dozorowały dwie niańki.
— Mamo — rzekł Herbert — oto pan Pip.
Pani Poket powitała mię z wyrazem sympatycznej godności.
— Alik, Dżem — zawołała w tej chwili jedna z nianek do dzieci — znowu bawicie się koło krzaków... wpadniecie do rzeki i potoniecie. Co na to powie ojciec?
Niańka podniosła chustkę pani Poket i rzekła:
— Szósty raz już ją pani upuszcza!
Pani Poket zaśmiała się.
— Dziękuje ci, Flopson! — Zwróciła się wnet do mnie:
— Spodziewam się, że mama pańska zdrowa?
To nieoczekiwane pytanie wprawiło mnie w kłopot i w najgłubszy sposób zacząłem jej tłomaczyć, że gdyby żyła, niewątpliwie byłaby zdrową, bardzo wdzięczna i przesłałaby jej swe uszanowanie... Tu na moje szczęście wmieszała się niańka i uwolniła mię od kłopotu.
— Znowu! — zawołała, podnosząc chustkę. — To już siódmy raz. Co pani się dziś stało!
Pani Poket odebrała swą własność, wyrażając przytem zdziwienie, jakby nigdy przedtem chustki nie widziała, wreszcie poznała ją, roześmiała się i rzekła:
— Dziękuję, Flopson! — i zapominając o mej obecności znów zabrała się do czytania.
Korzystając z tej przerwy, obliczyłem dzieci Poketów i przekonałem się, że było aż sześcioro i to w różnym wieku. Nie zdążyłem jeszcze dokończyć badań, gdy gdzieś w dali posłyszałem żałosny płacz siódmego.
— Z pewnością Bebi! — zawołała Flopson. Prędko Millers!
Millers, druga niańka, pospieszyła do domu a żałosny płacz dziecka zwolna zcichał, wreszcie ustał. Pani Poket czytała dalej; bardzo byłem ciekaw, jaką to książkę czyta.
Czekaliśmy zapewne na przyjście pana Poketa, w każdym razie czekaliśmy na coś, co dało mi możność zaobserwowania pewnego niezwykłego rodzinnego fenomenu, polegającego na tem, że każde dziecko podbiegało, bawiąc się do pani Poket, nagle potykało się i wpadało na nią, ku wielkiemu jej zdziwieniu a rozgoryczeniu padającego. Byłem zaabsorbowany niezwykłą okolicznością, ale w żaden sposób nie mogłem dojść, dlaczego się to dzieje. W tej chwili pokazała się Millers z Bebi na rękach; oddala je Flopson, a Flopson miała je wręczyć pani Poket, lecz i ona potknęła się i wraz z Bebi wpadła na panią Poket; ledwie zdołałem wraz z Herbertem podtrzymać ją.
— Boże! — rzekła pani Poket, odrywając oczy od książki. — Dlaczegóż wszyscy padają?
— Mój Boże! — rzekła Flopson, cała czerwona od tej niespodzianki. — Cóż tu jest przy pani?
— Przy mnie?
— Ach, o ławeczka! Nic dziwnego, że wszyscy padają, bo jest zakryta suknią pani. Niech pani weźmie Bebi a mnie da książkę.
Pani Poket poszła za tą rada i zaczęła najniezgrabniej bujać na rękach Bebi, podczas gdy reszta dzieci starała się je zabawić. Trwało to parę minut, poczem pani Poket kazała odprowadzić dzieci do domu i ułożyć je do snu. Z tego wysnułem wniosek, że całe wychowanie małych Poketów polega na padaniu, wstawaniu i śnie.
Wkrótce potem, gdy Flopson i Millers odprowadziły dzieci do domu, jakby stado owiec, w ogrodzie pojawił się pan Poket, aby zapoznać się ze mną. Zupełnie się nie ździwiłem, po tem com widział, że pan Poket ma wygląd dżentelmena z roztargnionym wyrazem twarzy i wzburzonemi siwemi włosami na głowie i widocznie nie może znaleźć sposobu doprowadzenia wszystkiego wokoło do ładu.






Rozdział XXIII.

Pan Poket był bardzo zadowolony, że mnie widzi i miał nadzieję, że i dla mnie nie jest przykro go poznać. — „Naprawdę nie jestem strasznym człowiekiem“. — dodał, co wywołało uśmiech na twarzy syna. Był on dość młody, mimo roztargnionego wyrazu twarzy i siwych włosów i trzymał się bardzo prosto. Słowa „prosto“ używam w istotnem znaczeniu; bo na ogół zachowywał się niezwykle dziwnie a znać było, że sam wie o tem. Pomówiwszy ze mną, zwrócił się do żony, przyczem piękne jego czarne brwi ściągnęły się, gdy spytał: — „Belindo, sądzę, żeś uprzejmie przyjęła pana Pipa?“ — ona podniosła oczy od książki i odrzekła: — „tak!“ — Poczem uśmiechnęła się do mnie i z jakąś dziwną nieuwagą spytała, czy lubię wodę fleur d’orange? Pytanie to nie miało związku ani z obecną, ani z dawniejszą rozmową, to też uważałem je za pytanie w celu podtrzymania rozmowy.
Po upływie paru godzin wiedziałem, że pani Poket była jedyną córką jakiegoś zmarłego wskutek przypadku szlachcica, który zostałby baronetem, lecz sprzeciwił się czy to sam król, czy to pierwszy minister, czy lord-kanclerz, czy arcybiskup Kenterberyjski, czy wreszcie ktoś inny i dlatego to zaliczył się sam do arystokracyi. Ja zaś przypominam sobie, że uzyskała szlachectwo.
Jakkolwiek było, wychowywał pannę Poket od samej kolebki jako dziewczynkę, która ma wyjść za mąż za utytułowana osobę i dlatego chronił ją od znajomości z plebejską umiejętnością gospodarstwa domowego.
Troskliwość i starania tego dostojnego rodzica osiągnęły w zupełności skutek i młoda panienka okazała się bezradną i nieprzygotowaną do życia. W takiem szczęśliwem uspobieniu w samym rozkwicie młodości spotkała się z panem Poketem, który był również w rozkwicie młodości i nie zdążył jeszcze rozważyć, czy ma zająć miejsce pierwszego ministra, czy też ozdobić się mitrą arcybiskupią. Ponieważ jedno i drugie było kwestyą czasu, on i panna Poket korzystali z tego, by się w sobie zakochać i poślubić się bez wiedzy dostojnego rodzica. A że ojciec nic nie mógł dać swej córce prócz błogosławieństwa, po długiej walce ze sobą zupełnie im przebaczył, zapewniając przytem pana Poketa, że żona jego to „prawdziwy skarb, godny księcia“. Pan Poket puścił w obrót życiowy skarb książęcy, który oczywiście nie przyniósł mu dobrych procentów. Od tej pory pani Poket stała się ciągłym przedmiotem ogólnego współczucia, że nie wyszła za mąż za utytułowaną osobę; pan Poket zaś przedmiotem ciągłych wyrzutów, że nie postarał się o tytuł.
Pan Poket wprowadził mnie do domu i pokazał mi mój pokój, który zrobił na mnie przyjemne wrażenie, ponieważ był opatrzony we wszystko potrzebne dla mej wygody. Poczem zastukał do drzwi dwóch takich samych pokojów i poznajomił mnie z ich mieszkańcami — Drummelem i Stortopem. Drummel, młodzieniec o starszym wyglądzie i niezgrabnej postawie chodził i gwizdał. Stortop, młodszy, siedział i czytał, ściskając głowę rękami, jakby się obawiał, że się rozleci ze zbytku wiadomości.
Zdawało się, że państwa Poketów ktoś trzymał w rękach i przez pewien czas nie mogłem pojąć, kto rządzi domem; i pozwala im tu mieszkać; ale przyjrzawszy się uważniej doszedłem, że są oni pod władzą służby. Był to zapewnie najlepszy sposób, uwolnienia się od zbytecznych trosk, lecz zarazem bardzo kosztowny, bo sługi troszczyły się o to, aby pić i jeść jak najlepiej i przyjmować ogół swych znajomych. Co prawda podawały one obfity i pożywny stół państwu Poketom, ale wciąż mi się coś zdawało, że wychowańcom byłoby lepiej stołować się w kuchni z tym tylko warunkiem, żeby im wolno było bronić się samym. Nie przebyłem tu nawet tygodnia, gdy jakaś ledi, żyjąca w sąsiedztwie i znajoma osobista tej rodziny, napisała list, w którym donosiła, że widziała, jak Millers biła Bebi. List ten rozdrażnił panią Poket, która zalewając się łzami rzekła, że uważa to za rzecz nadzwyczaj dziwną, iż sąsiedzi mieszają się do jej spraw.
Z czasem dowiedziałem się, głównie od Herberta, że pan Poket studyował w Garroy i Kembridż, gdzie cieszył się większem uznaniem, niż inni. Ale skutkiem wczesnego małżeństwa, nie zrobił karyery i został prywatnym nauczycielem. Obrobił w swej tokarni znaczną ilość tępych głów, których ojcowie obiecywali zawsze pomódz mu, ale gdy tylko tępe głowy opuściły swego kierownika, zapominali o obietnicach. Wreszcie wyrzekł się tego zajęcia i przeniósł się do Londynu. Tu doświadczył zupełnego rozczarowania i zajął się uczeniem tych, którzy stracili chęć do pracy lub pogardzali nią a także przygotowywał ich do egzaminów. Dzięki swej wiedzy, zajmował się nadto kompilacyami i korekturą, co wraz z prywatnym zarobkiem dawało mu możność utrzymania rodziny.
Państwo Poketowie mieli znajomą staruszkę w sąsiedztwie; była to wdowa, z usposobienia tak miła, że przystosowywała się do wszystkich, błogosławiła wszystkich, śmiała się i płakała ze wszystkimi, stosownie do okoliczności. Nazywano ją panią Koiler i miałem zaszczyt prowadzić ją pod rękę do obiadu w pierwszym dniu mego pobytu w tym domu. Dała mi do zrozumienia, gdyśmy szli po schodach, jaki to cios dla pani Poket, że kochany pan Poket musi trzymać u siebie młodzieńców i zajmować się nimi. Nie dotyczyło to mnie oczywiście; gdyby bowiem wszyscy tacy byli, wówczas byłoby co innego.
— Droga pani Poket tak wcześnie rozczarowała się życiem (kochanego pana Poketa, nie można za to obwiniać) i tak potrzebuje dobrobytu i wygody....
— Tak, pani! — rzekłem, by ja uspokoić. Zdawało mi się, że chce płakać.
— Ma takie arystokratyczne skłonności...
— Tak, pani!
— Jak to smutno, że drogi pan Poket nie może jej poświęcić całego czasu i uwagi!
Mimowoli pomyślałem, że byłoby znacznie gorzej, gdyby myślał o niej więcej, niż o tem, by rzeźnik zaopatrzył ją we wszystko konieczne dla niej, ale nie powiedziałem tego, a nawet nie mogłem, bom wciąż uważał, jak zachowuje się całe towarzystwo.
Starając się należycie manipulować nożem i widelcem, łyżką i szklanką, równocześnie przysłuchiwałem się rozmowie pani Poket z Drummelem i dowiedziałem się, że Drummel był dziedzicem tytułu barona. Następnie wyjaśniło się, że książka, którą pani Poket czytała w ogrodzie, była spisem szlachty, i że znała stronnicę, na której dziadek jej znalazł się w tym spisie. Drummel nie mówił wiele, a gdy mówił, czynił to z pełnem uznaniem swej wyższości. Nikt, prócz dwojga rozmawiających i pani Koiler, nie okazywał najmniejszego zainteresowania; rozmowa ta ciągnęłaby się długo, gdyby jej nie przerwał chłopiec, posługujący przy stole, który nagle wbiegł i oznajmił, że stało się wielkie nieszczęście: kucharka nie wiedziała, gdzie zginął rostbef. Z wielkiem ździwieniem zobaczyłem wówczas, w jaki to sposób pan Poket sprawia sobie ulgę w podobnych przypadkach, co wydało mi się nadzwyczajnem, choć na innych nie czyniło wrażenia. Odłożył na bok nóż do rozkrawania mięsa i widelec i chwycił się obu rękami za głowę z taką miną, jakby miał zamiar podnieść się w górę. Wnet się atoli uspokoił, i zajął poprzednią czynnością.
Pani Koiler zmieniła temat rozmowy i zaczęła pochlebiać mi. Zrazu słuchałem jej z przyjemnością, potem ze znudzeniem. Miała dziwny zwyczaj przechylania się podczas rozmowy na obie strony i niby interesując się okolicą, gdziem żył i mymi przyjaciółmi, badała mnie, przyczem głos jej przypominał syczenie żmii.
Po obiedzie przyprowadzili dzieci i pani Koilers natychmiast zaczęła się zachwycać ich oczami, noskami i nogami.
— Niech mi pani da widelec i weźmie Bebi — rzekła Flopson. — Niech go pani tak nie bierze, bo padnie głową pod stół.
Starając się iść za tą radą, pani Poket wzięła dziecko w inny sposób i uderzyła je głową o stół, co poznali wszyscy obecni po dziwnem zachwianiu się przedmiotów na stole.
— Mój Boże! Niech mi je pani odda! — Panienko Dżen, chodź tu i potańcz dla Bebi... no prędzej!
Jedna z dziewczynek, prawdziwa kruszynka, która mimo to przywykła już do pracy dla innych, wystąpiła naprzód i zaczęła tańczyć przed Bebi, póki dziecko nie przestało płakać i nie roześmiało się. Wszystkie dzieci roześmiały się również.
Wtedy Flopson, zgiąwszy Bebi, jak lalkę, wygodnie posadziła na kolanach pani Poket i zamiast zabawki, dała mu do reki dziadek do orzechów; przyczem zwróciła uwagę pani Poket, by dziecko końcem tego przyrządu nie uderzyło się w oczy i poleciła malutkiej Dżen opiekę, wreszcie obie niańki wyszły z pokoju.
Z wielką przyjemnością przysłuchiwałem się rozmowie pani Poket z Drummelem o jakichś dwóch baronostwach, przyczem pani Poket jadła kawałki pomarańczy, maczając w cukrze i winie i nie zwracając najmniejszej uwagi na dziecko, które okropnie wymachiwało dziadkiem. Malutka Dżen, widząc wreszcie, że zachowanie zagraża główce dziecka, po cichutku opuściła swe miejsce i posługując się prawdą i nieprawdą wyłudziła od Bebi to niebezpieczne narzędzie. Pani Poket w tej chwili dokończyła swej pomarańczy i niezadowolona z postępku Dżen, rzekła do niej:
— Jak śmiałaś niegrzeczna dziewczyno? Idź natychmiast na swoje miejsce.
— Kochana mamo, Bebi sobie oczka wybije!
— Jak śmiesz się odzywać! — Wracaj w tej chwili na miejsce!
Pani Poket mówiła z taką pognębiającą wyższością, że zupełnie się zmieszałem i wydawało mi się, że jestem głównym sprawcą konfliktu.
— Belindo — rzekł pan Poket, siedzący na drugim końcu stołu — jak możesz tak niemądrze postępować? Dżen wmieszała się tylko, aby uchronić dziecko od niebezpieczeństwa.
— Nikomu nie pozwolę się mieszać i bardzo mnie dziwi Mateuszu, jak możesz pozwolić na to, by mnie obrażano.
— Boże miłosierny! Czyż można dzieci dziadkami przyprawiać o śmierć i nikt nie ma prawa ich wybawić!
— Nie chcę, by się mieszała w me sprawy! — Sądzę, że doskonale pamiętam o stanowisku, jakie zajmował mój biedny dziadek. Dżen miesza się!
Pan Poket znowu schwycił się rękami za głowę i tym razem rzeczywiście podniósł się o kilka cali nad krzesło.
— Słyszeliście coś podobnego? Dzieci można zabijać dziadkami, dzięki stanowisku jakie zajmował niegdyś biedny dziadek! Opadł na krzesło i umilkł.
Milcząc siedzieliśmy przy stole i nie śmieliśmy podnieść oczu z zakłopotania. Nastąpiła przerwa, podczas której obojętne na wszystko i niepohamowane Bebi wykonało wiele różnych skoków i krzyków na widok maleńkiej Dżen, którą, zdaje się, najlepiej znało z całej rodziny.
— Panie Drummel, zawołaj pan z łaski swojej Flopson. Dżen, niegrzeczna dziewczyno, idź natychmiast spać. A kochane Bebi pójdzie z mamą.
Ale szlachetne Bebi całą siłą protestowało przeciwko temu. Tak się wyginało w rękach pani Poket, że obecni podziwiać mogli nie jego twarzyczkę, tylko parę wełnianych trzewiczków na jego tłustych nóżkach. Doszło do najwyższych granic buntu i widocznie zwyciężyło, bo gdym po chwili wyjrzał oknem, widziałem je na rękach Dżen. Reszta dzieci pozostała przy stole, lecz ponieważ Flopson poszła do kogoś z wizytą, nie miał się kto niemi zająć. Stałem się przeto świadkiem rodzinnych stosunków ojca z niemi: polegały one na tem, że pan Poket, którego zwykły wyraz roztargnienia jeszcze się zwiększył, włosy jeszcze bardziej wburzyły, patrzył uważnie na dzieci przez kilka minut, jakby od razu nie mógł się zoryentować, w jaki sposób stały się jego współbiesiadnikami, skąd się wzięły w jego domu i dlaczego natura nie obdarzyła niemi kogo innego. Potem wymienił z niemi kilka zdań: — „Dlaczego u małego Józia rozdarta koronka przy kołnierzyku?“
— Flopson chciała poprawić, ale nie miała czasu!
— A dlaczego u Fanny nie wzbiera wrzód?
— Millers miała przyłożyć okład, o ile nie zapomni!
Tu serce ojcowskie roztajało, dał każdemu po szylingu i pozwolił im odejść do zabawy. Gdy wyszły próbował podnieść się za włosy, ale zrzekł się tego beznadziejnego zamiaru.
Wieczorem urządziliśmy pływanie w łódkach po rzece. Drummel i Startop mieli swe własne łódki; postanowiłem też sprawić sobie łódkę, aby im dorównać. Dość dobrze wyćwiczyłem się w różnych grach i zabawach z wiejskimi chłopcami, ale chciałem się pochwalić umiejętnem kierowaniem łódki po Tamizie — nie mówiąc już o innych wodach — i dlatego postanowiłem uczyć się u mieszkającego w pobliżu człowieka, który wziął pierwszą nagrodę na wyścigach a z którym poznajomili mnie towarzysze.
Powaga ta bardzo mnie zmieszała, mówiąc, że mam ręce jak kowal. Gdyby wiedział, jak łatwo mógł stracić wskutek takiego komplementu ucznia, napewnoby go nie użył.
Gdyśmy wrócili do domu i zasiedli do kolacyi, myślałem, że minie reszta dnia bez nieprzyjemnej historyi domowej. Pan Poket był już w doskonałym humorze, gdy nagle ukazała się pokojówka i rzekła:
— Proszę pana, chciałabym z panem pomówić!
— Mówić ze swym panem — zawołała pani Poket z oburzeniem. — Jak śmiesz myśleć o takich rzeczach? Możesz iść i pomówić z Flopson... lub pomówić ze mną... i to kiedyindziej.
— Proszę mi darować, — ale muszę pomówić i to zaraz z panem Poketem.
Tymczasem pan Poket wyszedł z pokoju, a my staraliśmy się podtrzymać o ile można rozmowę, póki nie wróci.
— A to doskonałe, Belindo, niema co mówić! — zawołał, wchodząc do pokoju; twarz wyrażała gniew i ból. — Kucharka upiła się i śpi w kuchni na podłodze a w bufecie leży ogromny kawał świeżego masła owinięty, przygotowany do zamiany na tłuszcz.
Pani Poket, jak gdyby zlekka się zmieszała i rzekła:
— Wszystko to sztuczki fałszywej Zofii.
— Co chcesz przez to powiedzieć, Belindo?
— Wszystko to powiedziała ci Zofia. Czyż nie widziałam na własne oczy i nie słyszałam na własne uszy, gdy weszła do pokoju i prosiła cię, byś z nią pomówił!
— Przecież ona sprowadziła mnie na dół i pokazała pijaną kucharkę i kawał masła.
— I ty jej bronisz. Mateuszu. Za całą jej niegodziwość?
Pan Poket wydał niewyraźny pomruk.
— Czyż dlatego, że jestem wnuczką swego dziadka, mam nie mieć żadnego znaczenia w domu? Kucharka zawsze była doskonałą i uczciwą kobietą i ceniąc nas, z głębokiem przekonaniem rzekła mi, że powinnam się była urodzić hrabiną.
Pan Poket stał obok kanapy, na którą padł, słysząc te słowa, z miną umierającego gladyatora. Leżąc w ten sposób, ozwał się głuchym głosem, gdy widział, że zamierzam iść spać:
— Dobrej nocy, panie Pip!






Rozdział XXIV.

Dwa czy trzy dni potem, skorom już jeździł parę razy do Londynu i zamówił wszystko niezbędne, miałem rozmowę z panem Poketem. Wiedział lepiej ode mnie o mej przeszłości; oznajmił, że pan Dżaggers nie kazał przygotowywać mnie do żadnego zawodu, że dla mego stanowiska dość będzie wiedzieć tyle, abym mógł „utrzymać swą godność“ i być na równym poziomie z bogatymi młodzieńcami. Zgodziłem się naturalnie, ponieważ nie rozumiałem, co można mieć przeciw temu.
Radził uczęszczać do pewnych zakładów w Londynie, abym mógł nabyć niezbędnych wiadomości i prosił, bym mu pozwolił udzielać wskazówek i kierować zajęciami. Wyraził nadzieję, że pomoc człowieka doświadczonego da mi możność łatwiejszego oryentowania się w różnych zajęciach, które inaczej mogą mnie zniechęcić. Temi rozmowami a jeszcze bardziej swem całem zachowaniem, umiał wzbudzić zaufanie; zawsze też tak honorowo i gorliwie spełniał swe obowiązki w stosunkach ze mną, iż starałem się tak samo wypełnić je względem niego. Gdyby był jako nauczyciel obojętny względem mnie i ja, jako uczeń, płaciłbym mu tem samem; nie dawał mi do tego żadnego powodu i dlatego oddawaliśmy sobie wzajemnie sprawiedliwość. W stosunkach ze mną, jako nauczyciel, nigdy niczego nie ośmieszał; bywał zawsze dobrym, poważnym i serdecznym.
Gdyśmy dostatecznie opracowali wszystkie punkty mego wykształcenia, zacząłem poważnie pracować. Wkrótce potem przyszła mi do głowy myśl czy nie byłoby dobrze wynająć sobie pokój w „Hotelu Bernarda“, co mogłoby bardzo urozmaicić me życie a i wzięcie moje poprawić dzięki towarzystwu Herberta. Pan Poket nic mi na to nie odpowiedział, ale poradził przedewszystkiem zwrócić się do mego opiekuna. Zrozumiałem, że czyni to z uczucia delikatności, wiedząc, że plan ten zmniejszy rozchody Herberta. Udałem się zatem do Dżaggersa i oznajmiłem mu swe życzenie.
— Gdybym mógł kupić umeblowanie, wynajęte dla mnie — rzekłem, — jeszcze dwie lub trzy drobnostki, czułbym się tam, jak w domu?
— Tak, tak! — mówiłem panu, że będziesz miał wydatki. No! Wieleż pan żąda?
Odpowiedziałem, że nie wiem wiele.
— Cóż wielkiego! Wiele? Pięćdziesiąt funtów’
— O nie tak dużo.
— Pięć funtów? — spytał.
Suma ta była tak małą w porównaniu z poprzednią, że z niezadowoleniem rzekłem:
— Ależ więcej.
— Więcej? Ehe! — odrzekł pan Dżaggers i przybierając oczekującą pozę, włożył ręce do kieszeni, przechylił głowę na bok i oparł się o ścianę poza mną.
— O wiele więcej? Tak mi trudno oznaczyć sumę.
— Cóż znowu? Rachujmy. Dwie pięcio-funtówki... wystarczy? Trzy... wystarczy? Cztery... wystarczy?
Odpowiedziałem, że zdaje mi się, że wystarczy.
— Cztery pięciofuntówki zatem? Dobrze. Tak? Więc tak! Cóż pan zatem zrobisz z temi czterema pięciofuntówkami?
— Go z niemi zrobię?
— Aha! A wiele to razem stanowi?
— Przypuszczam, że według pana stanowi dwadzieścia funtów.
— Nie o to chodzi, wiele to jest według mnie, mój przyjacielu. Chciałbym wiedzieć, wiele według pana?
— Rozumie się, że dwadzieścia funtów!
— Uemnik! — zawołał, otwierając drzwi do biura — Niech pan przygotuje czek dla pana Pipa i wyda mu dwradzieścia funtów.
Taki szorstki sposób załatwiania interesów wywarł na mnie silne, ale niezbyt przyjemne wrażenie. Pan Dżaggers nigdy nie śmiał się; ale nosił wielkie, połyskujące i skrzypiące trzewiki i gdy stał z pochyloną na dół głową, marszczył brwi i czekał na odpowiedź, trzewiki jego tak dziwnie skrzypiały, jakby śmiały się suchym zgryźliwym śmiechem. Przeciwnie Uemnik był w dziwnie ożywionem i rozmownem usposobieniu, dlatego też powiedziałem mu, że zupełnie nie wiem, jak rozumieć zachowanie się pana Dżaggersa.
— Powtórz mu pan to, a przyjmie pańskie słowo za komplement. Nie pragnie, by go rozumiano. O — dodał, widząc me ździwienie — to nie jego osobista sprawa tylko zawodowa... tak, zawodowa.
Pan Uemnik siedział przy biurku i jadł śniadanie... to znaczy, gryzł kawałek czerstwego suchara; łamał go po kawałku i rzucał w swe szerokie usta, jakby w skrzynkę pocztową.
— Zdaje się, że ma on w pogotowiu pułapkę, za którą bacznie śledzi. Trzask i jesteś złapany.
Odrzekłem, że pułapki nie można zaliczyć do przyjemności życiowych i że pan Dżaggers prawdopodobnie jest bardzo zręczny w swych zajęciach.
— Głęboki, jak Australia — rzekł pan Uemnik, wskazując piórem na podłogę, jakby chcąc przez to wyrazić, że go tak trudno przeniknąć, jak dojechać do Australii, która znajduje się na drugiej stronie kuli ziemskiej. — Jeśli jest na świecie co głębokiego, to on — dodał Uemnik, zabierając się do pisania.
Spytałem, czy rzeczywiście dużo zarabia, a Uemnik odrzekł: — „ka — pi — tal — nie!“ Potem pytałem, czy wielu ma koncypientów? Na to odpowiedział:
— Nie bardzo rujnujemy się na koncypientów, bo u nas tylko Dżaggers i nikt nie chce, by sprawy przechodziły przez inne ręce. Jest nas tylko czterech. Chcesz pan ich zobaczyć? Pan, można powiedzieć, jest z naszych.
Zgodziłem się na tę propozycyę. Gdy pan Uemnik złożył cały suchar w skrzynkę pocztową i wypłacił mi pieniądze, wyjęte z ogniotrwałej kasy, której klucz chował na plecach, wyciągając go z za kołnierzyka, wezwał mię ze sobą na górę. Dom był ciemny i brudny, a plamy tłuste, jakie widziałem na ścianie w gabinecie pana Dżaggersa, w ciągu całych lat potworzyły się wzdłuż schodów. W pierszym pokoju, siedział koncypient, przypominający coś pośredniego między szynkarzem a myszołowem; był to blady, jakby nalany człowiek, który uważnie rozprawiał z jakimiś czterema bardzo niepokaźnymi ludźmi, traktując ich tak bez ceremonii, jak obchodzono się tu ze wszyskimi, którzy przyczyniali się do zwiększenia kasy pana Dżaggersa. — „Wydobywa zeznanie ze świadków dla sądu“ rzekł pan Uemnik, gdyśmy wyszli. W drugim pokoju ponad tym znajdował się pomocnik maleńkiego wzrostu, — rodzaj foksterriera z długimi, zwisającymi włosami. Pomocnik ten, był również zajęty z jakimś człowiekiem z choremi oczami. Pan Uemnik przedstawił mi tego ostatniego jako gisera, którego kocioł zawsze kipi i może roztopić wszystko, co potrzeba; sam giser był pokryty kroplami potu i można było pomyśleć, że do siebie samego rówmież stosuje swą sztukę. W tylnym pokoju siedział koncypient z wysoko podniesionemi ramionami i z opuchniętym policzkiem, obwiązanym brudną flanelą; miał na sobie stary, czarny surdut, świecący się tak, jakby był pokryty woskiem. Siedział zgięty nad stołem i przepisywał dla pana Dżaggersa akty, napisane przez dwóch pierwszych.
Zwiedziwszy zakład pana Dżaggersa, zeszliśmy na dół, gdzie Uemnik zaprowadził mnie do gabinetu mego opiekuna i rzekł:
— Ten gabinet już pan widział.
— Może mi pan powie, kto pozował do tych posągów? spytałem, spoglądając na wstrętne dwa odlewy, na które już poprzednio zwróciłem uwagę.
To? zapytał pan Uemnik i stanąwszy na krześle, zaczął ścierać z nich warstwę pyłu. — Są to dwie znakomitości. Nasi klienci, którzy nas wsławili. Ten na przykład (czyż schodziłeś w nocy na dół i zaglądałeś do kałamarza, że masz taką plamę nad okiem, ty łotrze jeden?) zabił swego pana i tak zręcznie sprawę poplątał, że w żaden sposób nie mogli jej wyjaśnić w sądzie.
— Czy podobny do tego? — spytałem z przestrachem cofając się, gdy pan Uemnik z zimną krwią wycierał rękawem plamę.
— Czy podobny? Zupełnie jak w rzeczywistości.
Odlew zrobiono w Niuget natychmiast po ukaraniu go. Czułeś szczególną miłość do mnie nie prawda, stary oszuście? — Znaczenie tego zwrotu wyjaśnił mi, wskazując na broszkę, przedstawiającą damę i płaczące wierzby nad mogiłą z urną. — Umyślnie zamówił dla mnie — dodał.
— Czy była wmieszana w to jaka dama?
— Nie. — To tylko żart i nic więcej. (Lubiłeś pożartować, nieprawdaż?) Nie! Damy nie było, panie Pip! Była, prawda!... Ale nie z tych, co spoglądają na urny... jeśli w nich niema czego do wypicia. — Uwaga Uemnika obecnie skupiła się na broszce, ustawił więc odlew na półce, i zaczął chustką czyścić broszkę.
— A ten drugi skończył tak samo? Ma podobną minę.
— Ma pan słuszność, można powiedzieć: ma bystry wyraz. Jedno nozdrze podniesione do góry, jakby schwycone haczykiem na wędkę. Zajmował się podrabianiem testamentów i sam wyprawiał na drugi świat podstawionych testatorów. (Byłeś dżentelmenem przyjacielu! Mówiłeś, że umiesz pisać po grecku. Samochwalco! Fałszywy łgarzu! Nigdym nie spotkał takiego łgarza, jak ty!) — Zanim położył na półce biust swego zmarłego przyjaciela, Uemnik dotknął największego swego żałobnego pierścionka i rzekł:
— Posłał umyślnie, by go kupiono w przeddzień kaźni.
Kiedy stawiał na półce odlew i zstępował z krzesła, wyobraziłem sobie, że wszystkie swe kosztowności otrzymaj w tych samych warunkach. Widząc, że nie uchyla się od tej rozmowy, zdecydowałem się go o to zapytać, gdy stał przede mną, wycierając ręce.
— O tak, wszystko to dary tego samego gatunku. Jedno przynosi drugie, jak pan widzi — tak się to zwykle dzieje. Zawsze je przyjmuję. Są, to swojego rodzaju rzeczy ciekawe, wysokiej ceny, stanowią majątek i można je nosić. Dla pana z taką wspaniałą przyszłością niema to znaczenia, ale moją gwiazdą przewodnią było prawidło: — zbieraj jak najwięcej ruchomego majątku.
Pochwaliłem jego pogląd a on przyjacielskim tonem ciągnął:
— Jeśli pan będziesz miał chwilę wolną i nic lepszego do roboty, może będziesz pan łaskaw odwiedzić mnie z Uolworcie. Mogę przygotować panu nocleg i będę uważał to za zaszczyt dla siebie. Wiele nie mogę pokazać, ale są u mnie dwie lub trzy rzeczy, które pana zainteresują. Mam niewielki ogródek i oranżeryę.
Odpowiedziałem, że z prawdziwą radością przyjmuję jego miłą propozycyę.
— Dziękuję panu. Niech pan przyjedzie w dogodnym dla siebie czasie. Czy pan był kiedy na obiedzie u pana Dżaggersa? Niech pan zwróci uwagę na jego gospodynię.
— Czy ciekawa to postać?
— Tak, zobaczy pan poskromnione dzikie zwierzę. Nic nadzwyczajnego, powie pan. To zależy od charakteru dzikiego zwierzęcia i od sposobu jego poskromienia. Nie powinno to jednak obniżać pańskiego pojęcia o potędze pana Dżaggersa. Niech się pan tylko dobrze przypatrzy.
Jego uwaga podrażniła moja ciekawość. Już miałem odchodzić, gdy zapytał mnie, czy nie mogę poświęcić paru minut na zobaczenie pana Dżaggersa przy pracy?
Z wielu przyczyn, ale nie wyłącznie dlatego, abym nie wiedział, jakim był pan Dżaggers „przy pracy“ zgodziłem się. Udaliśmy się do City i weszli do oddziału policyjnego, gdzie było pełno ludzi. Tu przy drzwiczkach stał strażnik i o czemś rozmyślał, podczas gdy mój opiekun zapytywał i badał jakaś kobietę, przerażając ją i sędziego i wszystkich obecnych. Jeśli ktokolwiek ośmielał się rzec choć jedno słowo przeciw niemu, prosił o zamieszczenie tego w protokole. Jeśli ktokolwiek nie chciał składać świadectwa, mówił: „już ja je z pana wyciągnę!“ — Jeśli przeciwnie, dawał świadectwo — mówił: „no, więc postawiłem na swojem!“ — Sędziowie drżeli za najmniejszym ruchem jego palca. Złodzieje, i ci, którzy ich połapali, ze strachem śledzili każde jego i wzdrygali się całem ciałem, gdy wzrok swój skierował się w ich stronę. Nie mogłem dojść której strony bronił i wydawało mi się, że jest kamieniem młyńskim mielącym wszystkich, nie szczędząc nikogo. Wiem tylko, że gdym na palcach wychodził z posiedzenia, nie był on po stronie sądu, bo stary dżentelmen, na miejscu przewodniczącego, konwulsyjnie przebierał nogami pod stołem, słysząc skierowane przeciw sobie obwinienia, że nie prowadzi się tak, jak powinien się prowadzić przedstawiciel angielskich praw i sprawiedliwości.






Rozdział XXV.

Minęło parę tygodni od czasu, gdym się widział z Uemnikiem, zanim napisałem mu, że przybędę doń. Odpowiedział, że sprawi mu to nadzwyczajną przyjemność i że będzie czekał na mnie w biurze do godziny szóstej. W naznaczonym czasie przyszedłem, miał już odchodzić i chował klucz od kasy.
— Czy pan zamierza iść piechotą do samego Uowortu?
— Naturalnie, o ile pan się na to zgadza.
— Bardzo chętnie. Cały dzień siedzę przy biurku i z przyjemnością rozprostuję nogi. No, a teraz powiem panu, co będzie u nas na kolacyę! Po pierwsze pieczeń, w domu przyrządzona i pieczona kura na zimno od kucharza. Powinna mieć delikatne mięso; właściciel jej sędzią przysięgłym w kilku naszych sprawach i prędkośmy go zwolnili z tego. Gdym kupował u niego kurę, przypomniałem mu to i rzekłem: — Niech pan dobrą wybierze, przyjacielu Brajton! Jeślibyśmy pana zechcieli zatrzymać dłużej, musiałby pan jeszcze dwa dni stracić napróżno. — Na to odrzekł: — Pozwoli mi pan ofiarować sobie najtłuściejszą kurę z całego sklepu! — Naturalnie zgodziłem się na to. To także przecież majątek i również ruchomy. Mam nadzieję, że nic pan nie będzie miał przeciw staruszkowi ojcu?
Myślałem, że wciąż mówi o tej kurze, ale dodał: — Mam w domu czcigodnego ojca. — Odpowiedziałem mu na to tak, jak wymagała delikatność.
— Czy pan nie był jeszcze u pana Dżaggersa na obiedzie? — spytał.
— Jeszcze nie.
— Mówił mi dziś o tem, gdy słyszał, że pan będzie u mnie. Myślę, że jutro pana zaprosi. Ma zamiar zaprosić też pańskich towarzyszów. Ma pan ich trzech, nieprawdaż?
Choć nie miałem zwyczaju zaliczać Drummela do ich liczby, odrzekłem: — Tak!
— A więc chce zaprosić cała szajkę.
Słowo to mi niezbyt pochlebiło. — Czemkolwiek panów uraczy, dobrze uraczy. Nie spodziewajcie się nadzwyczajnej rozmaitości, ale wszystko będzie doskonałe. W domu jego jest jeszcze jedna rzecz ciekawa: nigdy nie zamyka na noc drzwi ani okien.
— I ani razu go nie okradli?
— W tem właśnie leży cała sztuka! Mówi to przy wszystkich: — „Chciałbym widzieć człowieka, który ośmieliłby się mnie okraść!“ — Mój Boże! Ja sam setki razy słyszałem, jak u nas w biurze mówił znanym nicponiom: — „Wiecie, gdzie mieszkam, wiecie, że niczego na klucz nie zamykam, dlaczego nie spróbujecie u minie popracować? Czyż nigdy mi się nie uda pożartować z was? —Żaden z nich, panie, pomimo całego pociągu do pieniędzy nie odważa się na tę próbę.
— Tak się go boją?
— Tak! Oczywiście boją się go. A on o tem wie i dlatego ich wyzywa. Srebra u niego niema, panie! Wszystko z angielskiego metalu, każda łyżka.
— To znaczy, że niebardzoby się obłowili, jeśliby nawet....
— Zato ma większą wygodę — przerwał mi Uemnik. — Trzyma ich życie w swych rękach; dziesiątki, setki ludzi zawisło od niego. Może zrobić wszystko, co zechce. Trudno dociec, czegoby nie mógł zrobić, gdyby zechciał.
Zadumałem się nad potęgą swego opiekuna, ale Uemnik znowu przemówił:
— Co się tyczy braku srebra, wie pan, to już zależy od głębi jego duszy. Rzeka ma swą głębię, no i on ma swą głębię. Niech się pan przyjrzy jego łańcuszkowi przy zegarku. Masywny.
— Bardzo masywny.
— Masywny — powtórzył pan Uemnik. — Ja też tak myślę. Zegarek jego złoty wart ze sto funtów, ani o pensa mniej. Wiesz pan, jest tu u nas w mieście ze siedmiuset złodziei a wszyscy wiedzą o istnieniu tego zegarka i niema między nimi ani jednego mężczyzny, ani jednej kobiety, ani jednego dziecka, któreby nie znało najmniejszego ogniwa jego łańcuszka, a gdyby wpadło choć jedno ogniwo im do rąk, odrzuciliby je od siebie, aby się nie sparzyć.
Rozmawiając w ten sposób przeszliśmy niespostrzeżenie całą drogę i znaleźliśmy się wreszcie w Uolwort, który stanowiła grupa ponurych zaułków, kanałów i maleńkich ogródków. Uemnik mieszkał w maleńkim drewnianym domku, okrążonym jakby kawałkami ogrodu, którego górna część była czemś w rodzaju fortu, wzmocnionego armatami.
— Własnej roboty — rzekł Uemnik. — Pięknie wygląda... nieprawda?
Zdawało mi się, że nigdy jeszcze nie widziałem tak małego domku, z dziwnemi gotyckiemi oknami i drzwiami, przez które zaledwie przecisnąć się było można.
— A tam widzi pan prawdziwe drzewce do chorągiewki, w niedzielę zaś na niem wisi prawdziwa chorągiew. Teraz niech pan uważa. Gdy przechodzę przez most, podnoszę go... ot tak... i całe połączenie się przerywa.
Most składał się z deski, przerzuconej przez kanał cztery stopy szeroki, a dwie głęboki. Ciekawym był widok jego dumy, z jaką podnosił deskę i przymocowywał ją; czynił to z uśmiechem, lecz uważnie i z rozmysłem, bez pośpiechu.
— O dziewiątej wieczorem, według południka Grinicz wystrzał z armaty. Oto ona, widzi pan? Kiedy pan ją usłyszy, sam pan się przekona, że to prawdziwa broń.
Armata, o której mówił, znajdowała się w osobnej twierdzy. Chroniła ją przed deszczem sztuczna mała tarcza, urządzona w kształcie parasola.
— Postawiłem ją z tyłu, aby nie była na widoku i nie dawała powodu do podejrzeń, że istnieje wzmocnienie... Trzymam się zasady, że jeśli raz ma ktoś jakąś ideę, niech ją wypełnia i obstaje przy niej... Nie wiem, czy pan ma to samo przekonanie pod tym względem...
Odpowiedziałem, że zgadzam się z jego pojęciem.
— Tam dalej, z tyłu mam pomieszczenie dla świń, kur i królików. Sam też urządziłem sobie cieplarnię i hoduję ogórki a podczas kolacyi będzie pan miał sposobność osądzić, jaką sałatę u siebie wyhodowałem. Tak panie — ciągnął Uemnik, uśmiechając się tym razem dość poważnie i kiwając głową — uzna pan tę małą osadę za dobrze urządzoną i przekona się pan, że może wytrzymać oblężenie dyabli wiedzą jak długo, dzięki wielkiemu zapasowi prowizyi. Sam jestem dla siebie inżynierem, cieślą, ślusarzem, ogrodnikiem i majstrem od wszystkiego, — rzekł w odpowiedzi na moje pochwały. — Wspaniałe to dzieło, czy pan uwierzy, że ściera ono cały brud Niugetu i podoba się memu ojcu. Czy nie chce pan się zapoznać ze starcem?
Wyraziłem gotowość poznajomienia się z nim i obaj udaliśmy się do domu, gdzie przy kominku zastaliśmy sędziwego starca we flanelowym surducie, bardzo czystego, niezwykle miłego i wesołego, który doskonale się trzymał, ale był zupełnie głuchy.
— No, drogi ojcze, jak się miewasz?
— Bardzo dobrze, Janie, bardzo dobrze.
— To jest pan Pip, chciałbym, byś słyszał jego imię, niech mu pan kiwnie głową, bardzo to lubi. Niech pan jeszcze raz kiwnie, dobrze?
— Ślicznie tu u mego syna, panie! — rzekł starzec, gdym starał się mu kiwać, ilem tylko mógł. — Prawdziwa przyjemność! Powinno państwo po śmierci syna utrzymywać zamek wraz ze wszystkiemi ozdobami i mogłoby tu urządzić miejsce rozrywki dla ludzi.
— Jesteś dumny, ojcze, jak paw, nieprawda? — rzekł pan Uemnik, nie spuszczejąc oczu z ojca, a wyraz jego twarzy znacznie zmiękł przy tem. — Składam ci ukłon — i drugi — wykonał przy tem jeszcze parę nizkich ukłonów. — Lubisz to, nieprawdaż? Jeśliś pan się nie utrudził, panie Pip... wiem, że to męczy nieznajomych... niech mu pan jeszcze raz kiwnie. Nie może pan sobie wyobrazić, jak mu się to podoba.
Parę razy jeszcze ukłoniłem się i to wprawiło starca w doskonały humor. Pozostawiliśmy go, gdy się zabierał do karmienia kur a sami poszliśmy do altanki i zasiedli przy ponczu. Tu Uemnik opowiedział, ile to lat nieustannej pracy kosztowało go przyprowadzenie swego domku do obecnego wspaniałego stanu.
— To pańska własność, panie Uemnik?
— O tak! Od czasu do czasu dokupywałem po małym kawałku. Tak, to wynik mego wyłącznie trudu, mogę przysiądz na św. Jerzego!
— W rzeczy samej? Spodziewam się, że i panu Dżaggersowi podoba się pański dworek?
— Nigdy ani domku ani starca nie widział i nigdy o nich nie słyszał. Nie! Biuro swoją drogą, a prywatne życie swoją. Gdy idę do biura, mój zameczek pozostaje z tyłu a kiedy do zameczku, biuro zostaje poza mną. Jeśli nie byłoby to zbyt przykre dla pana, bardzoby pan mnie zobowiązał, jeśliby pan też tak postąpił. Ja, że tak powiem, rozdwajam się i inaczej zachowuję się w domu, inaczej w biurze.
Od razu poczułem, że powinienem święcie spełnić jego prośbę. Piliśmy poncz i gawędziliśmy do dziewiątej.
— Nadszedł czas wystrzału — rzekł Uemnik, odkładając na bok fajkę. — Jest to przyjemność dla ojca.
Wróciliśmy do zameczku, gdzie zastaliśmy starca przy kominku, rozpalającego pogrzebacz: oczy jego błyszczały z zadowolenia z powodu mającej się odbyć wielkiej ceremonii. Uemnik trzymał w ręce zegarek i nie spuszczał z niego oczu, póki nie nastąpiła chwila, w której wziął od starca rozpalony do czerwoności pogrzebacz i udał się na bateryę. Wkrótce po jego wyjściu rozległ się tak silny wystrzał, że cały maleńki dworek drgnął, gotów rozwalić się i zadźwięczały znajdujące się w nim kubki i szklanki. — Starzec, który jak mi się wydawało, mało nie spadł z krzesła, ledwie przytrzymał się zań rękami, zawołał z zachwytem:
— Wystrzał! Słyszałem go!
Pomiędzy wystrzałem a kolacyą, Uemnik pokazał mi swą kollekcyę rzadkości. Wszystko to było po największej części karnego pochodzenia; znajdowało się między niemi pióro, którem sporządzono sławny sfałszowany dokument, dwie brzytwy, kilka pasm włosów, rękopisy ze spowiedzią skazanych na śmierć, o których pan Uemnik rzekł, że „wszystko to do ostatniego słowa blaga!“
Wszystkie te rzeczy były rozmieszczone między ładnie ułożonymi wyrobami z chińskiej porcelany i szkła, różnymi drobiazgami, zrobionymi przez samego właściciela muzeum i prętami do czyszczenia cybucha, wytłoczonymi przez jego starego ojca. Muzeum to znajdowało się w pokoju, do którego mnie wprowadzono zaraz po przybyciu, a który był nie tylko pokojem gościnnym, ale zarazem i kuchnią, jak mogłem wnosić z kotła, stojącego na blasze pieca i rożna, wiszącego obok.
Posługiwała w mieszkaniu schludnie ubrana dziewczynka, podlotek, która cały dzień pielęgnowała starca. Kiedy nakryła stół do kolacyi, spuszczono dla niej most, aby mogła odejść, a potem podniesiono go na całą noc. Kolacya była doskonała i choć czuć było w mieszkaniu wilgoć i zapach zgnilizny a chlewy można było według mego zdania pomieścić trochę dalej, niemniej byłem zupełnie zadowolony z serdecznego przyjęcia. Wszystko w mym pokoiku w małej baszcie, podobało mi się również, mimo że między mną a drzewcem chorągiewki był tak nizki i słaby sufit, że miałem wrażenie, gdym leżał w łóżku, że drąg drzewca tylko patrzeć, jak wbije mi się w czoło.
Uemnik wstał bardzo rano i obawiam się, że sam czyścił mi buty. Potem poszedł do ogródka i ze swego gotyckiego okienka widziałem, jak, chcąc sprawić przyjemność swemu szanownemu ojcu, pilnie kiwał mu głową. Śniadanie okazało się tak dobrem, jak kolacya a o pół do ósmej poszliśmy na Littl-Briten. W miarę zbliżania się Uemnik stawał się coraz suchszym i surowszym i umilkł zupełnie na miejscu. Gdy wreszcie weszliśmy do jego gabinetu i wyjął z za pleców kluczyk, zapomniał widocznie o zameczku, mostku zwodzonym, altance, o stawie, fontannie i o starcu, jakby to wszystko rozpadło się w proch i pył z ostatnim wystrzałem armaty.






Rozdział XXVI.

Tak się stało, jak mówił Uemnik i prędzej niż się spodziewałem, miałem sposobność porównać prywatne życie opiekuna z życiem jego kasyera i pomocnika. Opiekun znajdował się w swoim gabinecie i mył ręce pachnącem mydłem, gdym wszedł do kancelaryi. wracając z Uolwortu; wezwał mnie do siebie i zaprosił na obiad wraz z przyjaciółmi. — „Bez ceremonii — rzekł, — jutro i bez żadnych obiadowych strojów“. — Spytałem, gdzie mamy się stawić, ale według swego zwyczaju uchylił się od jasnej odpowiedzi i rzekł: — „Przyjdźcie tu, a potem pójdziemy razem“. — Muszę zaznaczyć, że miał zwyczaj myć ręce po każdej rozmowie z klientem, jak czynią doktorzy i dentyści. W pokoju jego była w tym celu urządzona maleńka umywalnia, cała przesiąknięta zapachem wonnego mydła, jakby jakiś sklep z kosmetykami. Na drzwiach jej wisiał niezwykłych rozmiarów ręcznik; Dżaggers mył ręce a następnie długo wycierał je ręcznikiem, gdy wrócił ze sądu lub załatwił sprawę z jakimś klientem. Kiedy następnego dnia wraz z przyjaciółmi stawiłem się u niego o szóstej po południu, widocznie dopiero co skończył pracę z kimś, brudniejszym niż zwykle, bo zastaliśmy go myjącego się, przyczem tym razem nie zadowolił się jedynie myciem rąk, ale umył głowę i twarz i wypłukał usta. Ukończy wszy, wytarł sobie ręce, wyjął scyzoryk i starannie wyczyścił paznokcie.
Kiedyśmy wyszli na ulicę, zastaliśmy kilku ludzi czekających na rozmowę z nim, ale w zapachu mydła, który rozchodził się na wszystkie strony, było widocznie coś odstraszającego, bo wszyscy od razu zrzekli się na ten dzień swego zamiaru.
Zaprowadził nas na Gerard-Strit i zatrzymał się przy domu po południowej stronie ulicy. Dom był na zewnątrz wspaniały, ale niezbyt ozdobny i z brudnemi oknami. Weszliśmy do pustej, ponurej sieni, stąd po ciemnych, kamiennych stopniach do trzech mrocznych pokoi pierwszego piętra. Ściany ich były ozdobione u góry rzeźbionemi girlandami, które wydały mi się podobne do łańcuchów szubienic.
Obiad przygotowano w wielkim i pięknym pokoju; w drugim była garderoba a w trzecim sypialnia. Opiekun oznajmił nam, że zajmuje cały dom, ale mieszka tylko w tych trzech pokojach. Stół był dobrze obstawiony, ale srebra nie było; obok jego krzesła stał bardzo ładowny stolik a na nim rozmaite butelki i karafki oraz cztery naczynia z owocami. Zauważyłem, że lubił to mieć pod ręką i sam zawsze częstował.
W pokoju była też biblioteka; po oprawach książek poznałem, że to prawo karne, biografie przestępców, procesy, akta parlamentu i tym podobne rzeczy. Umeblowanie sali ładne i czyste nosiło charakter urzędowy, poważny, bez ozdób. W kącie stało małe biurko, na niem lampa z abażurem; była tu widocznie jego domowa pracownia, gdzie wieczorami pracował.
Dotychczas Dżaggers nie zwrócił uwagi na mych przyjaciół — przez cały czas szedł ze mną oddzielnie, teraz zadzwonił, stanął przy kominku i pytająco popatrzył na nich. Z wielkiem zdziwieniem zauważyłem, że najwięcej a może nawet wyłącznie zainteresował się Drummelem.
— Pip, — rzekł, kładąc mi rękę na ramieniu i prowadząc mię do okna — nie znam żadnego z nich. Kto jest ten pająk?
— Pająk?
— Ten opryszczony, nadęty chłopiec, który się rozsiadł tam?
— To Bentlej Drummel. A ten, który ma taką delikatną twarz, Startop.
Nie zważał na Startopa.
— Bentlej Drummel, tak się nazywa? Podoba mi sie.
Zaraz zaczął rozmawiać z Drummelem i nie zniechęcał się jego leniwemi odpowiedziami, widocznie postanowił mówić z nim, mimo wszystko. Uważnie śledził ich, aż przyszła gospodyni i postawiła pierwsze danie na stole.
Miała około czterdziestu lat, choć sądziłem, że jest młodsza. Dość wysokiego wzrostu, zręczna i giętka, z niezwykle bladą twarzą, wielkiemi wyblakłemi oczami i ślicznymi włosami, spadającymi na ramiona. Nie wiem, czy straszny jakiś ból, czy rozpacz nadały jej wargom taki wyraz okropnej męczarni a twarzy odcień obłąkania i strachu, wiem tylko, że przypominała mi jedną z twarzy, wynurzających się z kotła czarownic, gdym dwa dni temu był w teatrze i widział Makbeta.
Postawiła potrawę na stole, dotknęła palcem ręki mego opiekuna, dając mu znak, że obiad podany i bez szmeru zniknęła. Zasiedliśmy do stołu, opiekun posadził obok siebie z jednej strony Drummela, z drugiej Startopa. Pierwsze danie stanowiła doskonała ryba, drugie baranina, trzecie dziczyzna. Różne sosy, wina, przyprawy i dodatki, jakich tylkośmy sobie życzyli, chętnie podawał nam gościnny gospodarz; wszystko to brał ze stołu, stojącego obok niego a poczęstowawszy wszystkich, stawiał na poprzednie miejsce. Sam także podawał talerze, noże i widelce a gdyśmy kończyli potrawę, składał je do kosza, stojącego obok na podłodze. Prócz gospodyni nie było — widocznie żadnej innej sługi. Ona podawała każdą potrawę i zawsze patrząc na nią, widziałem twarz, wychylającą się z kotła. Wiele lat potem, przypomniałem sobie straszny wyraz tej kobiety, gdym w ciemnym pokoju zapalonym spirytusem oświecił inną jakąś twarz, podobną do niej tylko z rozpuszczonych włosów.
Przygotowany poprzednio słowami Uemnika i uderzony powierzchownością gospodyni, uważnie patrzyłem na nią i zaraz spostrzegłem, że, będąc w pokoju, badawczo śledzi za mym opiekunem i że ani razu nie odejmuje rąk od naczynia, widocznie bojąc się, że każe jej wrócić, gdy odejdzie i powie coś nieprzyjemnego. Zdawało mi się z jego wyrazu, że doskonale to widział.
Obiad mijał wesoło i chociaż opiekun nie uważał na przedmiot rozmowy i nie poddawał go sam, potrafił rozpoznać słabe strony naszych charakterów. Co się mnie tyczy, dałem się złapać na wędkę i nie zdążyłem nawet ust otworzyć a już wyjawiłem swą skłonność do blagi i chęć protegowania Herberta, a potem zacząłem się przechwalać, czekającemi mnie wielkiemi nadziejami. To samo stało się ze wszystkimi, nie wykluczając Drummela, którego skłonność do wyszydzania innych, złośliwy i zazdrosny charakter wyszły na jaw, jeszcze zanim zjedliśmy rybę.
Po obiedzie, gdy podano ser, zaczęliśmy rozmowę o wyścigach łódek i o tem, że Drummel, jakby jakieś ziemnowodne stworzenie, wciąż trzyma się w ciemnościach zdala za nami. Wysłuchawszy to Drummel oznajmił Dżaggersowi, że woli trzymać się zdaleka od nas i gdyby chciał, mógłby nauczyć nas wioślarstwa, a jest tak silnym, że jednem uderzeniem pięści, mógłby rozpędzić nas na cztery wiatry. Zupełnie niespostrzeżenie opiekun potrafił tak rozdrażnić go, że nagle wpadł we wściekłość; zakasał rękawy i zaczął pokazywać, jak silnie ma rozwinięte muskuły, a następnie i my zakasaliśmy rękawy, dając ze siebie śmieszne widowisko.
Gospodyni zbierała w tej chwili ze stołu. Opiekun, jakby nie zwracając na nią uwagi, śledził ją z boku i oparty na poręczy krzesła, gryzł paznokcie, okazując niezrozumiały dla mnie interes do wszystkiego, co mówił Drummel. Nagle zupełnie niespodzianie chwycił rękę gospodyni w chwili, gdy wyciągnęła ją po coś na stół. Uczynił to tak nagle i tak zręcznie, żeśmy zamilkli ze zdziwienia.
— Rozmawiacie o sile pięści — rzekł — to wam pokażę pięść. Molli, pokaż im swą pięść.
Schwytaną w pułapkę rękę gospodyni pozostawiła na stole, ale drugą swobodną schowała za plecy.
— Niech pan da pokój, — rzekła cicho, kierując na Dżaggersa wytężony wzrok.
— Chcę wam pokazać pięść — powtórzył. — Molli, pokaż im swą pieść.
— Panie, zlituj się!...
— Molli — rzekł Dżaggers, nie patrząc na nią, tylko uparcie spoglądając na przeciwległą ścianę — pokaż im obie swe pieści. Pokaż! Prędzej!
Wyswobodziła rękę i złożyła ją w pięść na stole. Wysunęła potem drugą rękę z poza pleców, zacisnęła ją również i położyła obok pierwszej. Kułak drugiej był zupełnie zniekształcony i pokryty we wszystkich kierunkach głębokiemi bliznami i szramami. Trzymając w ten sposób ręce powoli odwróciła się od pana Dżaggersa i popatrzyła na każdego z nas po kolei.
— Ot gdzie siła — rzekł pan Dżaggers, chłodno wskazując palcami muskuły Molli; — mało jest na świecie mężczyzn, mających taką siłę w pięściach, jak ta kobieta. Siła — uścisku tych rąk nieprawdopodobna. Miałem możność przyjrzeć się wielu rękom, ale nigdy nie widziałem silniejszych mężczyzn lub kobiet.
Gdy to mówił z trochę drwiącym, trochę żartobliwym odcieniem, gospodyni, jak poprzednio przenosiła swój wzrok z jednego z nas na drugiego. A kiedy przestał mówić, znów spojrzała na niego.
— Wystarczy, Molli! Dosyć się na ciebie napatrzyli, możesz iść.
Zdjęła ręce ze stołu i wyszła z pokoju, a pan Dżaggers wziął ze stołu karafkę, napełnił szklankę i poczęstował nas po kolei winem.
— O pół do dziewiątej, panowie, musimy się rozejść. Nie traćcie napróżno czasu. Bardzo rad jestem, że was widzę. Pańskie zdrowie, panie Drummel.
Jeśli zaszczycając w ten sposób Drummela miał zamiar jeszcze lepiej odkryć jego charakter, udało mu się to w zupełności. Tryumfując ze swego zwycięstwa nad nami, Drummel zdołał wyjawić swe nieprzyjazne dla nas usposobienie i coraz bardziej nas obrażał, stając się w końcu zupełnie nieznośnym. Pan Dżaggers z niezwykłem zainteresowaniem śledził go. Można było mniemać, że takie badanie służy mu za najlepszą przyprawę do wina.
Zachowywaliśmy się jak dzieci, pili nad miarę i gadali nad miarę. W końcu pozbawiło nas równowagi szyderstwo Drummela, że rozrzucamy pieniądze. To skłoniło mnie do zaznaczenia, że nader nietaktowne są z jego strony takie uwagi, zwłaszcza, iż sam tydzień temu pożyczył pieniędzy w mej obecności u Startopa.
— To i cóż z tego? otrzymał je z powrotem.
— Nie chciałem przez to powiedzieć, żebyś ich nie zwrócił — odrzekłem — ale powinieneś trzymać język za zębami i nie mówić o nas i o naszych pieniędzach.
— Tak myślisz? ale powiedz ze swej łaski....
— Chcę rzec, — ciągnąłem, starając się utrzymać powagę — że ty nigdybyś nami nie dał najdrobniejszej monety, jeśliby nam było potrzeba.
— Masz słuszność, nie dałbym wam ani jednego pensa... ani jednego!
— Nie mogę uznać brania pieniędzy w takich okolicznościach za honorowe.
— Nie możesz uznać! — powtórzył Drummel, — O, Boże!
Było tego za wiele, nie czułem sił do dłuższego panowania nad soba i nie zwracając uwagi na przestrogi Herberta, rzekłem:
— Przestań, panie Drummel! Kiedyśmy poruszyli tę kwestyę, mogę pana zapewnić, że zauważyłem z Herbertem, jakeś wydarł te pieniądze!
— Nie pragnę o tem wiedzieć, coś pan zauważył wraz z Herbertem — ordynarnie odpowiedział Drummel. I słyszałem, że półgłosem posłał nas obu do dyabła.
— A jednak, czy pan chcesz, czy nie chcesz, powiem, że byłeś bardzo zadowolony, mając możność schowania tych pieniędzy do kieszeni a potem wyśmiewałeś się z niego, że jest zbyt słaby, aby mógł ci odmówić.
Drummel roześmiał się na całe gardło, włożył ręce do kieszeni, podniósł ramiona w górę i zuchwale patrzył nam w twarz, ciągle śmiejąc się. Jasno tem dawał do zrozumienia, że wszystko to prawda i że nas lekceważy.
Wówczas Startop podszedł do niego, wziął go za rękę i niezwykle delikatnie starał się go uspokoić. Startop był bardzo żywym, wesołym chłopcem, Drummel zaś stanowił zupełne jego przeciwieństwo i dlatego uważał postępek Startopa za ujmę dla siebie. Odrzekł mu bardzo ordynarnie, Startop udał, że tego nie zauważył i powiedział jakiś żart, który wszystkich pobudził do śmiechu. Rozjuszony tem Drummel, milcząc, nie uprzedziwszy nikogo o niczem, wyjął ręce z kieszeni, opuścił ramiona, zaklął i schwyciwszy wielką szklankę, chciał rzucić w głowę Startopa, lecz opiekun porwał go za rękę i powstrzymał.
— Dżentelmeni — rzekł, spokojnie stawiając szklankę na stole i patrząc na złoty zegarek — bardzo mi przykro, lecz muszę wam oznajmić, że już pół do dziesiątej.
Wstaliśmy i zabieraliśmy się do odejścia. Zanim wyszliśmy na ulicę, Startop łagodnie, jakby się nic nie stało, nazwał Drummela „starym przyjacielem“. Ale „stary przyjaciel“ był tak daleki od chęci odpowiedzi, że cały czas do Hammersmit, szedł z drugiej strony ulicy. Ja z Herbertem pozostaliśmy w mieście i dlatego widzieliśmy zdała, jak szli po dwóch przeciwnych stronach ulicy, Startop cokolwiek naprzód a Drummel z tyłu w cieniu domów, tak jak to czynił na łódkach.
Ponieważ drzwi nie były jeszcze zamknięte, pozostawiłem na chwilę Herberta i pospieszyłem na górę, by pomówić słów parę z opiekunem. Zastałem go w umywalni, myjącego się po naszej wizycie.
Rzekłem, że przybyłem, by mu wyrazić swe ubolewanie z powodu tego, co się stało, i nadzieję, że nie będzie mnie surowo oceniał.
— Tfu! — rzekł, myjąc twarz i parskając wodą na wszystkie strony. — Wszystko to głupstwa, Pip! Bardzo mi się podoba ten pająk.
Zbliżył się do mnie; kiwając głową i sapiąc wycierał twarz ręcznikiem.
— Bardzom zadowolony, jeśli się panu podoba! Ale ja nie...
— Nie, nie, miej z nim jak najmniej stosunków. Trzymaj się od niego, jak można, najdalej. Ale młodzieniec ten mi się podoba. Z lepszego gatunku. Jeślibym był prorokiem....
Wyglądnął z za ręcznika i popatrzył na mnie.
— Ale nie jestem prorokiem — rzekł, wycierając głowę ręcznikiem i przesuwając nim za uszami. — Wiesz przecież, kim jestem, nieprawdaż? Dobranoc, Pip!
— Dobranoc panu!
Miesiąc potem skończył się czas przebywania „pająka“ w domu pana Poketa i ku wielkiemu zadowoleniu wszystkich, z wyjątkiem pani Poket, wrócił na własne swe śmiecie.






Koniec tomu pierwszego.


Przypisy

  1. Angielskich.

Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.