Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom I.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


magających kobiecego oka. Wuj Pembelczuk był starym kawalerem i nie dowierzał swej służbie. Dziś był również taki dzień i dlatego pani Józefowa wyprawiła się z nim na targ.
Józef rozniecił ogień, wymiótł popiół z ogniska i poszliśmy z nim ku drzwiom, aby posłuchać, czy nie jedzie wózek. Noc była chłodna, wiatr ostry a ziemia twarda i cała biała od szronu. Mimowoli pomyślałem, że człowiek nie mógłby przetrzymać takiej nocy na moczarach. Popatrzyłem na gwiazdy i zdawało mi się, jak musi być strasznie zamarzając, patrzeć na zimno mrugające na niebie ogniki, które ani pomódz mu, ani boleć nad nim nie mogą.
— Jadą — rzekł Józef — słyszysz, jak tętnią kopyta?... Jakby dzwonki.
Klacz biegła prędzej niż zwykle i dźwięk jej żelaznych podków o twardą, zamarzłą ziemię sprawiał wrażenie niby muzyki. Wynieśliśmy krzesło, aby siostra wygodniej mogła wysiąść z wózka, roznieciliśmy jaśniej ogień, aby było go widać z okien, obejrzeliśmy kuchnię i ustawili wszystko na miejscu. Nie zdążyliśmy dokończyć przygotowań, gdy podjechali do domu. Pani Józefowa wysiadła pierwsza a za nią wuj Pembelcżuk, który natychmiast okrył derką konia. Weszliśmy do kuchni wszyscy razem i tyle wnieśliśmy z sobą chłodu, że zdawało się, iż ogień stracił swe ciepło.