Skarb w Srebrnem Jeziorze/Część II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Skarb w Srebrnem Jeziorze
Podtytuł Powieść z Dzikiego Zachodu
Data wydania 1925
Wydawnictwo Sp. Wyd. „ORIENT” R. D. Z.
Druk Zakł. Druk. „Bristol“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Schatz im Silbersee
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
KAROL MAY


SKARB w SREBRNEM
JEZIORZE
CZĘŚĆ II
POWIEŚĆ z DZIKIEGO ZACHODU
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo.jpg
EAST
Nakładem Sp. Wyd. „ORIENT“ R. D. Z. 1925
WARSZAWA





SPIS ROZDZIAŁÓW:
 
str.
 108
 145



I
WALKA O FARMĘ BUTLERA.

Wczesnym rankiem obudzono obrońców farmy. Dzień letni zapowiadał się ciepły, a nawet gorący. W miłem świetle porannem budynek, przedstawiający się wczoraj tak posępnie, teraz wyglądał zupełnie inaczej. Urządzony dla wielkiej liczby mieszkańców, zbudowany był z palonej cegły. Był długi i głęboki i składał się z parteru oraz piętra z płaskim dachem. Okna miał bardzo wysokie, lecz tak wąskie, że człowiek nie mógłby się przez nie przecisnąć. Ta ostrożność nie wadziła w okolicy, przez którą przebiegali często rozbójniczy Indjanie. Zdarza się tam, lub przynajmniej zdarzało często, że taka samotna farma musiała bronić się przez wiele dni przed czerwonymi opryszkami.
Niemniej przezornie zbudowano wielkie i obszerne podwórze, otoczone murem „adobesowym“, zaopatrzonym w strzelnicę. Pomiędzy otworami umieszczono szerokie ławy murowane, na których można było stanąć, gdyby wypadło strzelać poza mur.
Nieopodal domu szumiała przepływająca rzeka, której bród przebyto wczoraj. Można go było wygodnie ostrzeliwać z poza muru, a w nocy na rozkaz Old Firehanda zamknięto przejście przez niego zapomocą zasieków. Za drugi i to bardzo potrzebny środek ostrożności uznał Old Firehand to, aby również jeszcze w nocy zagnać trzody Butlera na pastwiska najbliższego sąsiada. Potem wysłano posłańca w kierunku fortu Dodge, aby ostrzec przed trampami obu braci Butlerów w razie, gdyby już znajdowali się w drodze powrotnej. —
Old Firehand wyprowadził towarzyszy na dach, skąd rozciągał się bardzo daleki widok — od wschodu i północy na falistą prerję, skąpaną w trawie, — od południa i zachodu na obszerne i dobrze uprawne pola, obsiane kukurydzą i zbożem.
— Kiedy nadejdą oczekiwani Indjanie? — zapytał Droll.
— Według wczorajszej rachuby wodza, mogą się tu zjawić wkrótce, — odpowiedział Firehand.
— Na to nie liczę. Ci czerwoni muszą się najpierw zebrać, może nawet zdaleka; nie wyruszają nigdy na wyprawy wojenne, zanim nie uczynią zadość swym starym obyczajom. Będziemy mogli się cieszyć, jeśli przybędą tu na południe. Wtedy jednak mogą i trampi znajdować się w pobliżu. Co do mnie, to nie mam zbyt wielkiego zaufania do tych Szeyennów i Arapahoesów.
— Ja także nie, — zgodził się Bill. — Oba te szczepy są bardzo nieliczne i od długiego czasu nie miały w rękach toporów wojennych. Nie możemy się zdać na nich; również silnych sąsiadów niema, musimy więc przygotować się na długie oblężenie.
— Nie mamy potrzeby łamać sobie nad tem głowy, bo w piwnicach znajdują się wszelkie zapasy żywności, — oświadczył Old Firehand.
— Ale woda, która przecież jest rzeczą główną! — dodał Droll. — Kiedy trampi staną pod murem, nie będziemy mogli dostać się do rzeki, aby zaczerpnąć wody!
— Co też jest niepotrzebne. W jednej z piwnic znajduje się studnia, dostarczająca wyśmienitej wody ludziom, a zwierzętom dostarczy jej kanał.
— Czy aby jest jaki?
— Tak. Wszystko tu zostało urządzone i przystosowane na wypadek walki. Poza domem możecie zauważyć spuszczane drewniane drzwi. Jeśli je otworzycie, zobaczycie schody, prowadzące do sklepionego kanału, który tam nazewnątrz łączy się z rzeką.
— Czy głęboki?
— Wysokości wzrostu ludzkiego; woda sięga prawie do piersi.
— Czy ujście do rzeki ma otwarte?
— O, nie! Wróg nie powinien go zauważyć i dlatego odpowiednia przestrzeń na brzegu została gęsto zasadzona krzakami i pnączami.
Droll nie miał właściwie żadnego zdeklarowanego planu w głowie, kiedy tak dokładnie wypytywał o ów kanał, jednakże wiadomość ta miała mu się później nadzwyczajnie przydać.
Stoły, stołki i ławki, przy których posilano się wczoraj, przeniesiono na podwórze, aby śniadanie spożyć na świeżem powietrzu. Potem zgromadzono wszelką znajdującą się w domu broń i zapasy amunicji.
Old Firehand usiadł z żoną i siostrą Butlera na terasie domu i patrzył ku południowi, skąd musieli nadejść oczekiwani niecierpliwie Indjanie. Wreszcie, a było już południe, zbliżył się długi szereg czerwonych, idących gęsiego jeden za drugim; byli to oczekiwani; na czele ich jechał konno „Wielkie Słońce“.
Kiedy przechodzili przez bramę, Old Firehand naliczył przeszło dwustu ludzi. Niestety, rzeczywiście dobrze uzbrojonych było tylko niewielu. Większość nie miała nawet koni, a ci, którzy je posiadali, wzbraniali się wziąć je ze sobą; — woleli raczej sami odnieść ranę lub dać się zastrzelić, byle nie utracić zwierząt.
Old Firehand podzielił tych, niegdyś tak dumnych, a teraz znikczemniałych czerwonych na dwa oddziały: mniejszy miał pozostać na farmie, a reszta pod przewodnictwem wodza Osagów stanęła na granicy pastwisk sąsiada, na które spędzono trzody. Ludzie ci powinni byli odeprzeć ewentualnie napad trampów, gdyby ci próbowali tam wpaść. Aby ich zachęcić do baczności i odwagi, wyznaczono nagrodę za każdego zabitego trampa.
W murach farmy znajdowało się teraz pięćdziesięciu z górą Indjan, dwudziestu rafterów i czterech westmanów. Wobec wielkiej liczby trampów była to z pewnością garstka, ale jeden westman czy rafter mógł stanąć za wielu trampów, a osłony, jaką dawał dom i mur, również nie należało lekceważyć. Wielkiem szczęściem było to, że mistress Butler patrzyła niebezpieczeństwu w oczy z dostatecznym spokojem. Nie myślała przez narzekanie oziębiać otuchy obrońców, owszem, przyrzekła im odpowiednią nagrodę za wierność i odwagę. Było mianowicie około dwudziestu parobków, umiejących obchodzić się z bronią, i Old Firehand mógł teraz śmiało na nich liczyć. —
Kiedy poczyniono wszystkie przygotowania, powrócił słynny westman z damami i Anglikiem na górną terasę, i, trzymając w ręce olbrzymią lornetę lorda, badał pilnie tę część horyzontu, skąd powinni byli pojawić się trampi. Po długiem nadaremnem oczekiwaniu ujrzał wkońcu trzy postacie, które poruszały się w kierunku farmy, nie konno, lecz pieszo.
— Może to wywiadowcy, wysłani naprzód, — rzekł Old Firehand. — Zażądają pewnie, aby ich wpuszczono.
— O taką zuchwałość nie posądzam ich, — zauważył lord.
— Czemu nie? Wysyłają trzech drabów, których tu nikt nie zna. Ci zaś wejdą pod jakimkolwiek pozorem; któżby mógł im coś zarzucić? — Zejdźmy na piętro, aby nas nie widzieli. Będziemy ich obserwować jednak przez okno przy pomocy lornety. —
Konie znajdowały się poza domem tak, że nie można ich było dostrzec. Również wszyscy obrońcy musieli się ukryć, bo trzej trampi powinni byli nabrać przekonania, że dom jest bez dostatecznej obrony.
Trampi przeszli przez bród, zamknięty zasiekami, z trudem i pozornem ździwieniem; zbliżali się powoli, a Old Firehand dostrzegłszy, że jeden podniósł drugiego, aby ten mógł przez otwory strzelnicze spojrzeć w podwórze, szybko zszedł nadół. W tej chwili pociągnięto za dzwonek. Myśliwy podszedł ku bramie i zapytał, kto i dlaczego się dobija.
— Czy farmer w domu? — zapytał jakiś głos.
— Nie, wyjechał — odpowiedział westman.
— Chcieliśmy prosić o robotę. Czy nie potrzeba pastucha lub parobka?
— Nie!
— To prosimy przynajmniej o trochę pożywienia. Idziemy zdaleka i jesteśmy głodni. Proszę, wpuście nas!
Słowa te wypowiedział bardzo płaczliwym głosem. Na całym zachodzie nie znajdzie się farmera, któryby głodnego odpędził. U wszystkich ludów pierwotnych i we wszystkich okolicach, gdzie niema hoteli ani zajazdów, panuje zwyczaj przestrzegania gościnności; tak jest i na dalekim Zachodzie. Wpuszczono więc tych ludzi, a kiedy zaryglowano zpowrotem bramę, wskazano im siedzenia, znajdujące się zboku domu. To jednak zdawało się nie być po ich myśli. Wprawdzie starali się o pozory szczerości, ale nie mogło ujść uwagi, że przyglądali się bystro i badawczo domowi i jego otoczeniu. Jeden odezwał się:
— Jesteśmi biednymi i skromnymi ludźmi i nie chcemy się naprzykrzać. Pozwólcie nam pozostać przy bramie, gdzie będziemy mieli więcej cienia niż tam. Przyniesiemy stół tu sobie.
Zgodzono się na tę prośbę, chociaż krył się w niej podstęp; chcieli pozostać przy bramie, aby ją otworzyć swym towarzyszom. — Przynieśli stół i kilka stołków, a służąca podała im obfitą przekąskę. Teraz po tej stronie domu nie było widać żywej duszy, bo wszyscy, usunęli się, nawet służąca. Rzekomi robotnicy byli z tej okoliczności bardzo radzi, jak to poznały bystre oczy Old Firehanda z ich min i gestów, które towarzyszyły cichej rozmowie. Po jakimś czasie jeden wstał i podszedł ku najbliższemu otworowi w murze, przez który wyjrzał nazewnątrz.
Old Firehand stanął tymczasem przy oknie i przez lunetę obserwował okolicę, z której mieli nadejść trampi. I rzeczywiście, nagle zoddali wynurzył się potężny oddział jeźdźców, galopujących ku farmie. Widać było, że znajdują się wśród nich ludzie znający okolicę, bo jechali wprost na bród. Dotarłszy do niego, spostrzegli, że jest zamknięty zasiekami; zatrzymali więc się, aby zbadać to miejsce. Teraz nadszedł dla Old Firehanda czas działania. Kiedy skierował się ku bramie, właśnie znowu jeden ze szpiegów stał przy otworze i wyglądał ku swym towarzyszom. Spostrzegłszy, że go na tem przydybano, przeraził się i cofnął szybko.
— Co tu robisz? Co masz do roboty przy strzelnicy? — zapytał go Old Firehand ostro.
Zapytany spojrzał z zakłopotaniem na olbrzyma i odpowiedział:
— Ja — — ja chciałem — ja chciałem zobaczyć, dokąd się teraz mamy udać.
— Nie kłam! Drogę swoją znacie dobrze. Prowadzi nad rzekę do ludzi, którzy się tam znajdują.
— O jakich ludziach mówicie, sir? — zapytał drab z udanem ździwieniem. — Nie zauważyłem nikogo.
— Nie zadawaj sobie trudu udawania; to zbyteczne. Należycie do trampów z Osage-nook, którzy chcą na nas napaść, i zostaliście przez nich wysłani, aby otworzyć im od wewnątrz bramę. Stąd też usiedliście tak blisko niej.
— Sir! — wrzasnął drab, sięgając do kieszeni.
Ale Old Firehand chwycił w tej chwili rewolwer i odezwał się groźnie:
— Pozostaw w spokoju ukrytą broń! Skoro ją tylko ujrzę, pociągnę za kurek. Wasze przybycie tutaj było zuchwalstwem; mógłbym was kazać ująć i pociągnąć do odpowiedzialności, ale jesteście tak mało niebezpieczni, że pozwolę wam odejść. Wynoście się i powiedzcie tej hołocie, że każdemu, kto przejdzie przez rzekę, wpakuję kulę w łeb. Teraz skończyliśmy ze sobą. Zabierajcie się stąd!
Po tych słowach otworzył bramę. Draby milczeli, widząc rewolwer skierowany ku sobie. Kiedy jednak znaleźli się poza bramą i zasunięto na nowo zasuwy, roześmieli się szyderczo:
— Głupcze! Dlaczego pozwoliłeś nam odejść? Policz tylko, ilu nas jest! Z twoimi kilkoma ludźmi sprawa będzie krótka. W ciągu kwadransa będziecie wisieć! —
Old Firehand dał umówiony znak; niewidoczni dotąd obrońcy wyszli z poza domu i zajęli stanowiska przy otworach, aby wraz z myśliwym obserwować poruszenia napastników.
Wypędzeni szpiedzy, dotarłszy do brzegu rzeki, krzyczeli coś do stojących po drugiej stronie, czego jednak z murów nie można było zrozumieć. Potem trampi pojechali kawałek wzdłuż rzeki i, próbując stamtąd przepłynąć na drugi brzeg, wpędzili konie do wody.
— Weźcie szpiegów na siebie, aby nie uszli zemsty, — zawołał Old Firehand do Czarnego Toma, Blentera, i Humpiy — Billa, stojących blisko niego. — Ja celuję do dwóch pierwszych, którzy wyjdą na brzeg. Po mnie strzelają Uncle, Droll, lord i inni kolejno tak, jak stoją. Każdy więc będzie miał przed sobą oznaczony cel; niechaj dwu z nas nie mierzy do tego samego. Unikajmy wszelkiego marnowania amunicji!
— Dobrze! — odpowiedział Humply-Bill. — Ja już mam jednego przed lufą.
A jego przyjaciel, Gunstik-uncle, dodał:
— Skoro który przejdzie rzekę, — wraz na kulę go nawlekę, — pokolei w nich celuję — i do piekła ekspediuję.
Właśnie pierwszy jeździec dotarł do brzegu, a za nim szedł drugi. Na miejscu, gdzie mieli wyjść na brzeg, stali rzekomi robotnicy. Old Firehand dał znak i prawie równocześnie huknęło pięć strzałów: obaj jeźdźcy spadli z koni; obok nich legli na ziemi trzej szpiedzy. Trampi, wydawszy okrzyk wściekłości, poczęli się cisnąć naprzód, aby dosięgnąć brzegu; jeden drugiego pchał ku zgubie, bo skoro tylko jaki koń stanął na suchej ziemi, natychmiast kula któregoś z obrońców farmy wyrzucała jeźdźca z siodła. W ciągu zaledwie dwu minut po brzegu biegało ze trzydzieści koni bez jeźdźców.
Takiego przyjęcia trampi się nie spodziewali. Wiadomość, jakiej im szpiedzy udzielili, była pomyślna. Na farmie znajdowało się śmiesznie mało obrońców. A teraz z poza murów padał strzał za strzałem i żadna kula nie chybiła! Wycie wściekłości zamieniło się w okrzyki trwogi; wśród zamętu jednak dał się słyszeć rozkazujący głos, poczem wszyscy znajdujący się w wodzie jeźdźcy zawrócili konie, aby się dostać na drugi brzeg.
— Odparci! — odezwał się Missouri-Blenter. — Ciekawy jestem, co teraz zrobią?
— Spróbują przepłynąć przez rzekę w innem miejscu, poza doniosłością naszych strzałów, — odpowiedział Old Firehand.
— A potem?
— Potem? To się nie da powiedzieć. Jeśli wezmą się mądrze do rzeczy, to będziemy mieli ciężką sprawę.
— A co uważacie za mądre?
— Nie powinni zbliżać się gromadnie, lecz rozprószyć luzem. Jeśli zejdą z koni i zbliżą się pędem ze wszystkich stron ku murom, szukając za niemi osłony, to będziemy za słabi, aby ich odeprzeć, gdyż musielibyśmy się rozdzielić na cztery fronty. Gdyby wtedy zebrali się nagle w jednym punkcie, to mogliby nawet przedostać się przez mur.
— To prawda, ale wielu z nich zostałoby sprzątniętych. My naturalnie znaleźlibyśmy się wobec nich także prawie bez osłony.
— Pshaw! To mię nie przeraża! Czekajmy co zrobią.
Zdawało się, że tymczasem trampi powzięli jakiś plan; cała ich gromada ruszyła w górę rzeki, a więc ku północy, poza obręb strzałów, padających z farmy. Tam przeszli na drugi brzeg, gdzie utworzyli gęstą ciżbę, której front zwrócony był ku bramie w murze. Dotychczas obrońcy znajdowali się po stronie wschodniej, teraz jednak Old Firehand zawołał głośno:
— Wszyscy co tchu na stronę północną! Trampi chcą uderzyć na bramę.
— Nie mogą przecież przedostać się przez nią, — odparł Blenter.
— Nie; ale gdyby do niej dotarli to mogliby z siodeł tak szybko przeleźć przez bramę i mury, że łatwoby nas zgnietli tu w podwórzu.
— Przedtem jednak wieluby z nich padło!
— Lecz jeszcze więcejby pozostało! Nie strzelajcie, aż dam rozkaz; a wtedy wszyscy razem w sam środek tej kupy!
Szybko obsadzono północną część muru. Obrońcy stali częścią przy otworach strzelniczych, a częścią na podwyższeniach pomiędzy niemi. Ostatni pochylili się, aby ich nacierający nie zobaczyli za wcześnie.
Oddział ruszył galopem wprost ku bramie. Dopiero kiedy trampi znaleźli się w odległości najwyżej osiemdziesięciu kroków od niej, Old Firehand dał rozkaz; strzały huknęły...
Zdawało się, jakby trampów, w pełnym galopie, wstrzymała lina pociągnięta wpoprzek. Utworzyli dziki kłąb, którego nie mogli dość szybko rozerwać. Stąd obrońcy farmy mieli czas powtórnie naładować i strzelali teraz w tą bezwładną masę nie salwami, lecz bez komendy i nieustannie. To rozgromiło trampów do ostatka, rozbiegli się, pozostawiając zabitych i rannych. Konie, puszczone luzem, biegły instynktownie ku farmie, gdzie otwarto bramę, aby je wpuścić. Kiedy później trampi próbowali zabrać ranionych, nie przeszkadzano im, bo był to akt miłosierdzia. Rannych przeniesiono, jak widać było z farmy, ku odległej grupie drzew, aby im tam przewiązać rany, o ile na to okoliczności pozwalały.
Tymczasem nadeszło południe i dzielnym obrońcom rozdano żywność i napój. Wkrótce ujrzano, że trampi, pozostawiwszy ranionych pod drzewami, oddalili się; odjechali w kierunku zachodnim.
— Co to, odchodzą? — zapytał Humply-Bill. — Otrzymali dobrą nauczkę i zrobiliby najmądrzej, gdyby sobie wzięli ją do serca.
— Ani im to w głowie, — odpowiedział ciotka Droll. Gdyby rzeczywiście poniechali swego zamiaru, to zabraliby rannych. Ja sądzę, że przypomnieli sobie teraz o trzodach, należących do farmy. Spójrzcie na dach! Tam stoi Old Firehand z lunetą w ręce. Obserwuje on drabów i myślę, że wkrótce otrzymamy rozkaz pójścia z pomocą pastuchom i Indjanom.
Przypuszczenie ciołki okazało się słusznem, bo nagle Old Firehand zawołał:
— Siodłać szybko konie! Te draby zdążają na południe; spotkają się teraz z Wielkiem Słońcem i jego ludźmi.
Nie upłynęło pięć minut, gdy konie stały gotowe i wszyscy dosiedli ich z wyjątkiem kilku parobków, którzy mieli pozostać w farmie i w razie potrzeby otworzyć szybko bramę. Z Old Firehandem na czele, jeźdźcy, skręciwszy za najbliższym węgłem domu, skierowali się na południe.
Teraz nie widać już było trampów gołem okiem, ale Old Firehand wziął ze sobą lunetę, aby ich obserwować. Dzięki temu mógł oddział, niewidzialny dla trampów, jechać równolegle z nimi. Po kwadransie Firehand zatrzymał się, bo trampi również stanęli. Dotarli do granicy posiadłości sąsiada, gdzie zobaczyli nie tylko pasące się tam zwierzęta, ale również i zbrojnych obrońców.
Old Firehand badał kępy zarośli, rosnące na łące, szukając zasłony. Ukryty za niemi zbliżył się ze swymi ludźmi ku miejscu, gdzie przypuszczalnie miało nastąpić starcie. Potem jeźdźcy zeskoczyli z koni i skłonieni wpół przemknęli się dalej, aż do obszernej grupy krzaków, ku którym prawdopodobnie trampi w czasie walki musieli się zbliżyć. Z miejsca tego widać było nawet nieuzbrojonem okiem zarówno napastników, jak i obrońców.
Obecność Indjan zaskoczyła trampów. Ogarnęło ich zdumienie. Wkrótce jednak spostrzegli, że Indjanie uzbrojeni są niedostatecznie, bo nie mają broni palnej, i to ich uspokoiło. Przywódcy odbyli krótką naradę, a potem wydano rozkaz do napadu. Po sposobie przeprowadzenia tegoż można było zaraz poznać, że nie mają zamiaru zabawiać się długo walką na odległość, lecz chcą poprostu stratować kopytami czerwonych. W zwartym szeregu i wśród groźnych okrzyków jeźdźcy rzucili się wprost na nich.
Teraz okazało się, że Wielkie Słońce w zupełności dorósł swego zadania. Wydał głośny rozkaz, wskutek którego jego ludzie, stojący dotąd gęsto obok siebie, rozprószyli się tak, że o stratowaniu nie mogło być mowy. Zrozumieli to trampi, bo wykonali zwrot, chcąc dostać się na prawe skrzydło Indjan, aby je potem zepchnąć na lewe. Lecz wódz Osagów przewidział ten zamiar i znowu zabrzmiał jego donośny głos. Indjanie krzyknęli, utworzyli na chwilę splątany pozornie kłąb, a potem rozbiegli się znowu. Stanowisko ich zmieniło się teraz zupełnie; przedtem stali w linji idącej ze wschodu na zachód, teraz zaś uszykowali się od południa na północ. Osaga nakazał zmianę frontu nie dlatego, iżby wiedział o bliskości sprzymierzeńców, lecz by jak napadnięty bizun nastawić wrogowi nie odsłonięty bok, ale uzbrojone silnemi rogami czoło. Ta kunsztowna zmiana miała jeszcze ten nieoczekiwany przez niego skutek, że rozbójnicy znaleźli się teraz nagle między Indjanami, a ukrytymi poza zaroślami białymi. Trampi widząc, że zamiar ich został udaremniony, zatrzymali się; było to nieostrożnością, którą surowo opłacili. Okazało się, że pomylili się co do doniosłości broni Indjan. — Tę przerwę wyzyskał Osaga; wydał okrzyk, po którym jego ludzie skoczyli szybko naprzód i nagle zatrzymawszy się, wypuścili strzały, poczem cofnęli się równie szybko. Pociski dosięgły celu; wielu padło trupem, a jeszcze więcej było rannych, zarówno jeźdźców, jak koni. Te poczęły się wspinać, chcąc pójść w rozsypkę i zaledwie można je było uspokoić. Wywołało to zamieszanie, z którego skorzystał Old Firehand:
— Teraz zaczynamy! — zawołał. — Ale strzelajcie tylko do tych drabów, a nie do koni!
Ludzie jego znaleźli się na tyłach nieprzyjaciela; nagle huknęły strzały; kule trafiły w gromadę trampów, którzy ze strachu wrzasnęli.
— Uciekać! — ryknął wśród nich jakiś głos. — Jesteśmy otoczeni! Przerwać linię czerwonych!
Rozkazu tego posłuchano natychmiast. Trampi, porzuciwszy zabitych i ciężko rannych, rzucili się na Indjan, którzy chętnie zrobili im przejście, podniósłszy za nimi triumfalne wycie.
— Ale wyrywają! — śmiał się stary Blenter. — Ci więcej nie wrócą. Czy wiecie, kto był ten, co wzywał do ucieczki?
— Naturalnie! — odpowiedział Tom. — Głos ten znam dokładnie. To rudy kornel, którego widocznie djabli wzięli w obronę przed naszemi kulami. Czy pójdziemy za tymi hultajami, sir?
Old Firehand, do którego pytanie było skierowane, odpowiedział:
— Nie. Jesteśmy za słabi na to, aby podjąć z nimi walkę. Może zresztą domyślą się, iż pierwotnie nie znajdowaliśmy się tutaj, lecz, że przyszliśmy z farmy na pomoc czerwonym. W tym wypadku jest bardzo prawdopodobnem, że zawrócą, aby się wedrzeć do farmy w czasie naszej nieobecności. Musimy więc czemprędzej powracać.
— A co się stanie z rannymi trampami i z rozproszonemi końmi?
— Musimy je pozostawić Indjanom. Nie traćmy teraz czasu, lecz szybko do koni!
Powiewając kapeluszami i rzucając Indianom gromkie „hurra“, na które ci odpowiedzieli przeraźliwym okrzykiem zwycięskim, dosiedli obrońcy koni i wrócili do farmy. Old Firehand udał się natychmiast na płaski dach domu, aby przy pomocy lornety zlustrować okolicę.
Zastał tam mrs. Butler, pogrążoną w trosce. Jakże wielka była jej radość, gdy dowiedziała się, że napad odparto.
— Więc jesteśmy uratowani? — zapytała, odetchnąwszy z widoczną ulgą. — Ponieważ trampi ponieśli tak ciężkie straty, to można chyba się spodziewać, że odeszła ich ochota do dalszych zakusów.
— Może, — odpowiedział zamyślony myśliwy.
— Tylko może?
— Niestety! Na stada wprawdzie nie ważą się więcej napaść, bo sądzą, że strzegą ich nie tylko Indjanie, lecz także dostateczna ilość białych. Inaczej jednak ma się sprawa z farmą. Te draby zrozumią naturalnie, że za dnia nie mogą nic wskórać, jednak mogą uważać za możliwe wtargnięcie tu pod osłoną ciemności. W każdym razie musimy być przygotowani na napad nocny. Możliwe, że...
Przerwał, bo patrząc ciągle jeszcze przez lornetę, skierował ją właśnie w stronę północną.
— Co się stało? — zapytała mrs. Blenter. — Dlaczego nie kończycie, sir? Dlaczego zrobiliście nagle tak pełną wątpliwości minę?
Ten patrzył jaszcze chwilę przez lornetę, a potem spuścił ją i odpowiedział spokojnie:
— Nic takiego, coby nas mogło przejmować szczególną obawą, mylady. Możecie spokojnie zejść nadół, aby podać ludziom jaki napój.
Odeszła uspokojona; kiedy jednak znikła, rzekł myśliwy do lorda, który właśnie ukazał się na platformie ze swą olbrzymią perspektywą:
— Mam słuszny powód do tego, aby teraz usunąć tę kobietę. Weźcie mylordzie, swą lornetę do ręki i spójrzcie wprost na zachód! Kogo tam widzicie?
Lord posłuchał wezwania, a potem odpowiedział:
— Trampi. Widzę ich dokładnie. Nadchodzą więc.
— Czy rzeczywiście nadchodzą?
— Naturalnie, a cóżby mieli czynić?
— Zdaje się, że moje szkła są lepsze od waszych, chociaż o wiele mniejsze. Czy widzicie, że trampi są w ruchu?
— Nie. Oni stoją.
— A twarze dokąd mają zwrócone?
— Ku północy.
— Więc zwróćcie lornetę w tym kierunku! Może zobaczycie wtedy, dlaczego draby stanęli.
— Well, sir! Zobaczę... Tam jedzie trzech ludzi, nie spostrzegając trampów.
— Jeźdźcy? Rzeczywiście?
— Yes! Lecz nie! zdaje się, że jest z nimi jakaś lady. Słusznie. To dama. Widzę jej długą amazonkę i powiewający welon.
— A czy wiecie, kim są ci troje?
— Nie. Jakże mógłbym o tem wiedzieć!... Heighho, to chyba nie...
— Owszem, — skinął Old Firehand. — To farmer i jego brat z córką. Posłaniec, którego wysłaliśmy dla ostrzeżenia, nie spotkał się z nimi.
Lord złożył swą lornetę i zawołał:
— Musimy szybko wsiąść na konie i popędzić ku nim, inaczej wpadną trampom w ręce!
Chciał odejść, ale myśliwy wstrzymał go:
— Pozostańcie, sir, i nie podnoście hałasu! Kobiety nie powinny się teraz o tem dowiedzieć. Nie możemy tamtych ostrzec, ani im pomóc, bo już za późno. Patrzcie! patrzcie!
Lord, przyłożywszy znowu lornetę do oka, ujrzał, że trampi ruszyli z miejsca galopem naprzeciw owych ludzi.
— All devils! — zawołał. — Zabiją ich!
— Ani się śni! Jaką korzyść może im przynieść śmierć tych trzech osób? Żadnej. Jeśli zaś pozostawią ich przy życiu jako zakładników, to mogą wymusić na nas ustępstwa. Patrzcie! Już się stało! Otoczono ich. Nie mogliśmy temu zapobiec.
— Well, to słusznie, sir, — odpowiedział lord. — Ale czy rzeczywiście pozwolimy im wymusić jakiekolwiek ustępstwa? Właściwie musielibyśmy się wstydzić, wdając się choćby tylko w rokowania z tymi ludźmi.
Old Firehand wzruszył ramionami w szczególny sposób; na ustach jego pojawił się lekki uśmiech, kiedy odpowiedział:
— Pozostawcie to mnie, sir! Nie uczyniłem nigdy niczego, czegobym musiał się wstydzić. Jeśli wam mówię, że tym trzem osobom, które tam właśnie pochwycono, nie grozi żadne niebezpieczeństwo, to możecie mi wierzyć. Mimo to jednak, proszę was, nie dajcie poznać kobietom, co się stało!
— Czy nikt więcej nie ma o tem wiedzieć?
— Powiemy to tylko najbliższym, aby przynajmniej oni wiedzieli, jak sprawy stoją. Jeśli się zechcecie tego podjąć, to zejdźcie teraz do nich, ale niech tego dalej nie rozgłaszają. Ja będę nadal obserwował tych włóczęgów.
Lord zszedł na dziedziniec; Old Firehand zaś zwrócił swą uwagę znowu na trampów, którzy, wziąwszy jeńców w środek, ruszyli ku wspomnianej grupie drzew i tam zsiadłszy z koni, rozbili obóz. Myśliwy widział, że zawiązała się między nimi bardzo ożywiona rozmowa czy też narada, i domyślał się, co było jej przedmiotem. Myśli te przerwał mu Droll, który wyszedłszy z wielkim pośpiechem na terasę, zapytał w języku niemieckim:
— Czy to prawda, co nam lord powiedział? Obaj Butlerzy dostali się do niewoli, a z nimi i panienka?
— Rzeczywiście tak jest, — przytaknął Old Firehand.
— Ktoby pomyślał! Teraz trampi są pewni, że wygrali sprawę; pewnie tu przyjdą i będą stawiać ciężkie warunki. A my? Co na to odpowiemy?
— No, a cobyście radzili? — zapytał Old Firehand, spojrzawszy badawczo a wesoło na Drolla.
—I wy jeszcze pytacie! — odparł tamten. — Na nic się nie zgódźmy. A może chcecie im nawet okup złożyć?
— Czyż nie jesteśmy do tego zmuszeni?
— Nie, stanowczo nie, i jeszcze raz nie! Te draby nie mogą nic zrobić. Co? Może mogą jeńców zabić? To im nie przyjdzie do głowy, bo wtedy musieliby się obawiać naszej zemsty. Wprawdzie będą nam tem grozić, lecz my w to nie wierzmy i wyśmiejmy ich poprostu.
— Ale nawet gdyby wasze przypuszczenie było słusznem, musimy mieć wzgląd na jeńców, których położenie jest z pewnością bardzo przykre. Chociażby nawet oszczędzili ich życie, to z pewnością nie poskąpią żadnej możliwej przykrości, a nadto przydadzą im gróźb.
— To im zapewne nie zaszkodzi i muszą się z tem pogodzić. Dlaczego wleźli tak nieostrożnie w pułapkę? Posłuży im to za przestrogę na przyszłość, a zresztą niewola ich wnet się skończy. Przecież my tu jesteśmy i chybaby djabli się w to wdali, gdybyśmy nie znaleźli sposobu wyciągnięcia ich z tego potrzasku, jeśli to potrzebne.
— Jak mamy się do tego zabrać? Czy macie jaki plan?
— Nie, jeszcze nie; nie potrzeba go nawet. Najpierw musimy zaczekać, co się dalej stanie, a potem dopiero możemy działać. Ja nie mam żadnej obawy, przynajmniej o siebie, bo znam się dobrze. Kiedy nadejdzie stosowna chwila, z pewnością przyjdzie mi dobra myśl do głowy. Wy i ja podejmowaliśmy już zupełnie inne sprawy. Nie mamy kiełbi w głowie. Ja myślę, że... Stój! — przerwał nagle. — Patrzcie! teraz nadchodzą. Dwa draby i to prosto ku domowi. Powiewają chustkami w paluchach, abyśmy widzieli, że należy ich respektować jako parlamentarjuszy. Czy będziecie z nimi mówić?
— Naturalnie! Ze względu na jeńców muszę wiedzieć, czego od nas żądają. Chodźcie!
Zeszli na dziedziniec. Wysłańcy stanęli za doniosłością strzałów i powiewali chustkami. Old Firehand otworzył bramę, wyszedł i dał znak, aby podeszli. Tamci, zbliżywszy się, pozdrowili go uprzejmie; widać jednak było, że zadają sobie wiele trudu, aby okazać pewność siebie.
— Sir, przychodzimy jako wysłańcy, — odezwał się jeden — aby przedstawić wam nasze żądania.
— Tak?! — odpowiedział myśliwy z ironją. — Odkąd to zające prerjowe odważają się przychodzić do grizly’ego, aby mu wydawać rozkazy?
Porównanie, którego użył, było niezłe. Stał przed nimi tak wysoki, szeroki i potężny, a z oczu jego strzelało tak groźne spojrzenie, że mimowoli cofnęli się o krok.
— My nie jesteśmy zającami, sir! — oświadczył mówca.
— Nie? A więc chyba tchórzliwemi wilkami prerjowemi, które zadowalają się padliną? Podajecie się za parlamentarjuszy? Jesteście rozbójnikami, złodziejami i mordercami, którzy stanęli poza prawem i do których każdy uczciwy człowiek może strzelać, jeśli mu się podoba!
— Sir, — przerwał tramp — musimy się przed takiemi obrażającemi słowami...
— Milcz, łotrze! — zagrzmiał Old Firehand. — Pozwoliłem wam zbliżyć się tutaj tylko w tym celu, aby się przekonać, do jakiego stopnia zuchwałości może się taka hołota posunąć. Macie słuchać, co powiem. Jeśli jeszcze wykrztusicie jedno słowo, któreby mi się nie podobało, to grzmotnę wami natychmiast o ziemię. Czy wiecie, kim jestem?
— Nie, — odpowiedział pokornie przerażony drab.
— Nazywają mię Old Firehandem. Powtórzcie to tym, którzy was wysłali; będą oni wiedzieć, że nie jestem człowiekiem, z którym można głupstwa robić; musieli to już dziś odczuć i wiedzą o tem. A teraz krótko, jakie macie zlecenie?
— Mamy wam donieść, że farmer ze swym bratem i bratanicą wpadli w nasze ręce.
— Wiem już o tem!
— Te trzy osoby umrą...
— Pshaw! — przerwał mu myśliwy.
— ... gdybyście nie zgodzili się na nasze warunki — ciągnął dalej parlamentarjusz — i nie wydali nam farmy. Jeśli nie posłuchacie, to jeńcy zostaną w waszych oczach powieszeni.
— Owszem, zróbcie tak! Jest tu na farmie i dla was dość stryczków.
Tego tramp się nie spodziewał. Wiedział dobrze, że nie odważą się wykonać swej groźby. Spojrzał więc zakłopotany ku ziemi, a potem niepewnie powiedział:
— Pomyślcie tylko, trzy życia ludzkie!
— Myślę o tem bardzo dobrze! A teraz precz stąd, bo zginiecie!
Wyciągnął rewolwer. Obaj trampi cofnęli się szybko, lecz jeden z nich odważył się w pewnem oddaleniu przystanąć i zapytał:
— Czy możemy powrócić, jeśli otrzymamy inne polecenie?
— Nie! Tylko rudy kornel będzie mógł ze mną mówić, ale nie dłużej nad jedną minutę.
— Czy przyrzekacie mu wolną drogę powrotu do nas?
— Tak, o ile mnie nie obrazi.
— Pawiemy mu to.
Popędzili tak prędko, że widać było ich uciechę, iż mogli oddalić się z przed oblicza słynnego myśliwca. Firehand nie wrócił na dziedziniec, lecz ruszył z pod bramy w kierunku trampów, a doszedłszy do połowy odległości, usiadł na kamieniu, oczekując na rudego kornela; — przypuszczał, że ten nieomieszka przyjść.
Wkrótce okazało się, że nie myliły go przypuszczenia. Koło, utworzone przez trampów, otworzyło się i powoli zbliżył się do niego kornel, a wykonawszy ukłon, który mimo wielkiego wysiłku wypadł bardzo niezgrabnie, odezwał się:
— Good day, sir! Żądaliście rozmowy ze mną?
— Nic o tem nie wiem, — odpowiedział westman. — Powiedziałem tylko, że z nikim innym nie będę rozmawiał; najprzyjemniej jednak byłoby mi, gdybyście wy także nie pokazywali się.
— Master, używacie bardzo dumnego tonu!
— Mam do tego słuszne powody. Wam jednak nie radziłbym tego samego.
Spojrzeli sobie oko w oko; pierwszy spuścił oczy kornel i odpowiedział, z trudem hamując gniew:
— Stoimy wobec siebie zupełnie narówni!
— Trampi wobec uczciwego westmana, zwyciężony przed zwycięzcą... Czy to nazywacie równością?
— Jeszcze nie jestem pokonany. Tylko w naszych rękach leży odwrócić ten stosunek.
— Spróbujcie! — zaśmiał się wzgardliwie Old Firehand.
To rozgniewało trampa i odpowiedział:
— Wystarczyło nam tylko wykorzystać waszą nie-
ostrożność!
— Ach? jakże to? Jaką nieostrożność popełniłem?
— Tę, że oddaliliście się aż tu z farmy. Gdybyśmy zechcieli, wpadlibyście w nasze ręce. Niezwyciężonym, za jakiego chcecie uchodzić, jeszcze długo nie będziecie. Znajdujecie się w środku pomiędzy nami a farmą i potrzeba tylko, aby kilku naszych dosiadło koni, by odciąć wam powrót, a bylibyście naszym jeńcem.
— Czy rzeczywiście tak myślicie?
— Tak. Choćbyście byli najlepszym biegaczem, to koń biega prędzej od was; na to się chyba zgodzicie. Otoczonoby was, zanimbyście dosięgli domu.
— Wasze obliczenie zgadza się z wyjątkiem jednego punktu. Nie wzięliście pod uwagę tego, ze ci, którzyby mię chcieli schwytać, musieliby wejść w obręb strzałów moich ludzi, a ci zmietliby ich poprostu. Ale nie o tem mamy mówić.
— Nie, nie o tem, sir! Przyszedłem, aby wam dać sposobność uratowania życia trojga ludzi.
— Toście się niepotrzebnie trudzili, bo życiu tych ludzi nie grozi żadne niebezpieczeństwo.
— Nie? — zapytał kornel, uśmiechając się szyderczo. — To się mocno mylicie, sir. Jeśli nie zgodzicie się na nasze żądania, to ich powiesimy.
— Ja wam już kazałem powiedzieć, że wy wszyscy wisielibyście wówczas.
— Śmieszne! Czy liczyliście, ilu nas jest?
— Bardzo dobrze, ale czy wiecie może również, jaką ilość ludzi mogę ja wam przeciwstawić?
— Bardzo dokładnie!
— Pshaw! Nie mogliście nas przecież policzyć.
— To zbyteczne. Wiemy, ilu parobków znajduje się zwykle na farmie Butlera; teraz także nie będzie ich więcej. Do nich doliczyć należy co najwyżej rafterów, których przyprowadziliście z nad Black-bear-river.
Spojrzał zukosa z oczekiwaniem na myśliwego, gdyż rzeczywiście był w niepewności, ilu ludzi ma tenże do rozporządzenia. Old Firehand jednak zrobił wzgardliwy gest ręką i odpowiedział:
— Policzcie waszych zabitych i rannych, a potem powiedzcie, czy tych kilku rafterów mogłoby tego dokazać. Poza tem widzieliście moich Indjan, a także innych białych, którzy zajęli wam tyły.
— Innych białych? — zaśmiał się tramp. — To nie byli inni, ale właśnie tylko rafterzy. Przyznaję chętnie, żeście nas tem podeszli. Przyszliście z farmy na pomoc Indjanom; domyśliłem się tego niestety za późno. Powinniśmy byli natychmiast wrócić na farmę, a wtedy wpadłaby w nasze ręce. Nie, sir, liczbą nas nie przerazicie. Jeśli zabijemy jeńców, nie będziecie mogli ich pomścić.
Znowu kornel rzucił przyczajone spojrzenie na Old Firehanda; ten wzruszył lekceważąco ramionami i odrzekł:
— Nie spierajmy się! Nawet gdybyśmy liczyli tak mało ludzi, jak to błędnie przyjmujecie, to i tak wyżej stoimy od was. Trampi, trampi, cóż to za ludzie? Leniwi robotnicy, włóczęgi, wagabundy! Tam zaś wewnątrz za murami znajdują się najsławniejsi myśliwi i skouci Dzikiego Zachodu. Każdy z nich może wziąć na siebie przynajmniej dziesięciu trampów. Gdyby nas było tylko dwudziestu westmanów, a wy poważylibyście się zabić jeńców, to następowalibyśmy wam tygodniami, a nawet miesiącami na pięty, ażbyśmy was wytępili do ostatniego. O tem wiecie bardzo dobrze i dlatego będziecie się strzegli, tym trzem osobom zagiąć chociażby jeden włos na głowie.
Słowa te wypowiedział tonem tak groźnym i pewnym, że kornel spuścił oczy ku ziemi; wiedział bowiem, że myśliwy jest człowiekiem, który słowa swe umie wprowadzić w czyn. Był już nieraz świadkiem, że jeden odważny człowiek ścigał całą bandę, aby na niej wywrzeć zemstę, i że wszyscy pokolei legli od jego niechybiającej strzelby. A jeśli po kim można się było spodziewać, że pójdzie za tym przykładem, to był nim właśnie Old Firehand. Jednakże tramp wystrzegał się to przyznać; podniósłszy oczy, wbił je szyderczo w twarz myśliwego i rzekł:
— Zaczekajmy! Gdybyście byli tak pewni swego, to nie stalibyście tutaj; tylko troska o jeńców mogła was przygnać.
— Nie plećcie takich głupstw! Okazałem gotowość do rozmowy z wami, i tylko z wami, nie z obawy o nich, lecz by jeszcze raz wryć sobie dokładnie w pamięć waszą twarz i głos. Taki był powód. Teraz siedzicie w mej pamięci tak pewnie, że nie rozłączymy się więcej. Skończyliśmy ze sobą.
— Jeszcze nie, sir! Uczynię wam nową propozycję, a mianowicie: wyrzekniemy się obsadzenia farmy.
— Ach! Co za łuskał A co dalej?
— Wydacie nasze konie, któreście pochwytali, nadto dostarczycie nam potrzebnej ilości bydła, abymyśmy mogli przygotować sobie żywność, a w końcu wypłacicie nam dwadzieścia tysięcy dolarów; tyle chyba znajdziecie na farmie.
— Tylko tyle? Nic więcej? Bardzo pięknie. A co nam za to ofiarujecie?
— My wypuścimy jeńców i odejdziemy, jeśli nam dacie słowo honoru, że wstrzymacie się na przyszłość od wszelkich kroków nieprzyjacielskich wobec któregokolwiek z nas. Teraz wiecie, czego chcę, i proszę o wasze rozstrzygnięcie. Niepotrzebnie gadaliśmy tak długo.
Powiedział to takim tonem, jakby miał największe prawo moralne do takich żądań. Old Firehand wyciągnął rewolwer i odpowiedział nie gniewnie, lecz bardzo spokojnie i z nieopisanie wzgardliwym uśmiechem:
— Tak, dosyć już napletliście i dlatego wynoście się stąd w tej chwili, inaczej dostaniecie kulą w łeb!
— Jak? Czy to...
— Precz w tej chwili! — przerwał myśliwy podniesionym głosem i skierował ku niemu lufę rewolwery. — Raz... dwa...
Tramp wolał nie czekać na „trzy“; obrócił się i, rzuciwszy przekleństwo, odszedł szybko. Myśliwy patrzył za nim, by być pewnym, że tramp nie strzeli do niego ztyłu; potem powrócił do farmy. Firehand złożył swym ludziom krótkie sprawozdanie z tej osobliwej rozmowy.
— Postąpiliście bardzo słusznie, sir, — oświadczył lord. — Takim łajdakom nie należy bezwarunkowo robić ładnych ustępstw. Oni czują trwogę i będą się strzegli porwać na jeńców. Jak myślicie, co teraz zrobią?
— Hm! — odpowiedział zapytany. — Słońce już zachodzi. Przypuszczam, że będą czekać, aż zrobi się ciemno, aby jeszcze raz podjąć próbę, czy nie uda się im przeleźć przez mur. Nie uda się, to zawsze jeszcze pozostaną jeńcy dla dalszych prób wymuszenia...
— Czyżby rzeczywiście mieli się odważyć na atak?
— Prawdopodobnie. Wiedzą o tem, że liczbą przewyższają nas kilkakrotnie. Musimy się przygotować do obrony. Przezorność nakazuje obserwować ich dokładnie. Skoro zapadnie zmrok, kilku musi wyjść za mury, aby się do nich podkraść i zawiadomić mię o każdym ich ruchu. —
Słońce dosięgło tymczasem horyzontu, a promienie jego, spływające na szeroką równinę jak płynne złoto, oświeciły grupę trampów w ten sposób, że z fermy można było dokładnie rozpoznać każdego z nich. Nie czynili żadnych przygotowań ani do odjazdu, ani celem rozbicia obozu. Można było stąd wnosić, że nie myślą opuszczać okolicy, lecz że i tam, gdzie się teraz znajdowali, nie zamierzają pozostać.
Old Firehand nakazał naznosić w cztery kąty dziedzińca drwa i węgla, a nadto kilka beczek z naftą. Kiedy zrobiło się zupełni ciemno wysłał ciotkę Droll, Humply-Billa i Gunstick-uncle’a na zwiady; żeby zaś na wypadek śpiesznego powrotu nie musieli czekać na otwarcie bramy, umocowano w kilku miejscach do muru silne lassa i spuszczono nazewnątrz, aby po nich mogli się szybko wspiąć i dostać na podwórze. Potem szczapy drzewa umoczone w nafcie zapalono i wyrzucono poza mur, a kiedy dodano węgla, zapłonęły na rogach cztery ogniska, które oświetliły zewnętrzną stronę muru i teren, leżący przed nim, tak jasno, że łatwo było zauważyć zbliżenie się nawet pojedynczego trampa. Płomień podsycano ciągle z murów, przyczem nie trzeba było wystawiać się na kule wrogów.
Minęła z górą godzina i zdawało się, że nic się nazewnątrz nie porusza. Wtem nadszedł, przelazłszy przez mur, Gunstick-uncle, a wyszukawszy Old Firehanda zawiadomił go w swój oryginalny sposób:
— Trampi drzewa opuścili, — gdzieindziej się rozłożyli.
— Spodziewałem się tego. — Ale gdzie? — zapytał myśliwy, śmiejąc się z rymów. — Zapytany wskazał na róg mury na prawo od bramy i odpowiedział z niezwruszoną powagą:
— Między krzaki ponad rzeką; — właśnie teraz się tam wleką.
— Odważyli się tak blisko podejść? Przecież słyszelibyśmy ich konie?
— Te na prerję odpędzono — i wśród trawy umieszczono; — lecz ja miejsce to poznałem, — choć lampy z sobą nie miałem.
— A gdzie są Bill i Droll?
— Ci się za nimi skradają — i łotrzyków podglądają.
— Pięknie! Muszę znać dokładnie to miejsce, gdzie leżą trampi. Bądźcie więc tak dobrzy i udajcie się zpowrotem do tamtych dwóch. Kiedy się draby na stałe ułożą, proszę mi o tem donieść; myślą zapewne, że mądrze zrobili, ale wpadli właśnie w pułapkę, którą należy nam tytko zamknąć.
Uncle oddalił się, a lord, który przysłuchiwał się tej rozmowie, zapytał Old Firehanda, jaką pułapkę ma na myśli. Ten odparł:
— Nieprzyjaciel znajduje się nad rzeką; poza sobą ma wodę, zprzodu mur; jeśli trampów zamkniemy z pozostałych dwóch stron, to mamy ich w potrzasku.
— Zupełnie słusznie! Ale jak dokonacie tego zamknięcia?
— Każę sprowadzić Indjan; podkradną się ku nam od południa, my zaś, znajdujący się tutaj, uderzymy od północy.
— A mury pozostawicie bez osłony?
— Nie, zostaną parobcy i ci wystarczą. Naturalnie źlebyśmy na tem wyszli, gdyby trampi wpadli na to, aby uderzyć na mury; ale nie spodziewam się po nich takiej przebiegłości. Nie domyślą się, że jesteśmy tak zuchwali i że porzuciliśmy ten punkt obronny. Każę się także wywiedzieć, gdzie są ich konie, gdyż z pewnością nie będzie trudno pokonać tych kilku strażników, jakich przy nich pozostawili. Kiedy dostaniemy w ręce konie, draby znajdą się w rozpaczliwej sytuacji, bo będziemy mogli za dnia ścigać każdego, który nam dziś wieczór ujdzie. —
Teraz Czarny Tom i stary Blenter poszli poszukać koni. Następnie wysłano dwu parobków, znających dobrze okolicę, do wodza Osagów, aby mu zanieść dokładne wskazówki.
Przeszedł dość długi czas, zanim parobcy powrócili; — znalazłszy Indjan, przyprowadzili ich ze sobą; ci leżeli w odległości zaledwie kilkuset kroków od trampów nad rzeką i byli gotowi uderzyć na odgłos pierwszego strzału. Wkońcu powrócił także Droll z Billem i Uncle’em
— Wszyscy trzej? — zapytał Old Firehand z wyrzutem. — Powinien był przynajmniej jeden pozostać.
— Nie wiem dlaczego, jeśli to potrzebne, — odpowiedział DroII.
— Naturalnie, aby obserwować trampów!
— To zbyteczne! Wiem, jak sprawy stoją., bo podkradałem się tak blisko nich, że mogłem ich dokładnie słyszeć. Złoszczą się straszliwie na nasze ogniska, które uniemożliwiają im napad, i chcą zaczekać, aż zabraknie nam drzewa i węgli; są przekonani, że po kilku godzinach wyczerpie się nam zapas, bo farmer nie mógł być naturalnie przygotowanym na tak wielkie zużycie paliwa. Potem chcą zacząć.
— To bardzo korzystne dla nas, bo zyskamy czas na zamknięcie pułapki.
— Jakiej pułapki?
Old Firehand wyjaśnił mu, jaki miał plan.
— To wspaniałe! Hi hi hi — śmiał się Droll półgłosem, jak to zwykł był czynić, gdy go co wprawiło w dobry humor. — To musi się udać i uda się napewno. Te draby mianowicie są przekonani, że sądzimy, iż oni znajdują się jeszcze ciągle pod drzewami. — Ale, sir, trzeba przytem pomyśleć o czemś, co ma wielkie znaczenie,
— O czem?
— O położeniu jeńców. Boję się, że ich zabiją, skoro tylko rozpoczną się kroki nieprzyjacielskie.
— Czy sądzicie, że ja nie zastanawiałem się także nad tem? Podkradniemy się tam, a trzej z nas będą mieli obowiązek czuwać nad obu Butlerami i młodą damą, skoro tylko zaczniemy walkę. Czy ich związano?
— Tak, ale nie mocno.
— No, to musi się ich szybko uwolnić z więzów, a potem...
— A potem z nimi do wody — przerwał szybko Droll.
— Do wody? — zapytał Old Firehand zdumiony.
— Tak, do wody; hi hi hi hi to będzie najlepszy figiel, jaki można wypłatać. Co za miny zrobią trampi! A jak sobie będą suszyć głowy! — Uprowadzimy im jeńców jeszcze przed napadem!
— Czy uważacie to za możliwe?
—Nie tylko za możliwe, ale nawet za bardzo potrzebne. W czasie walki byłoby trudno czuwać nad bezpieczeństwem jeńców; musimy ich więc już poprzednio usunąć z niebezpiecznego miejsca. A to wcale nie jest trudne.
—Nie? No, jak sobie to wyobrażacie? Wiem, że z was szczwany lis.
— Do tego nie potrzeba wielkiej mądrości. Dziwię się, żeście sami na to jeszcze nie wpadli. Pomyślcie tylko o kanale, który z dziedzińca, tam ztyłu domu, prowadzi do rzeki! Ciągnie się pod ziemią i trampi nie mają pojęcia o jego istnieniu. Poczołgałem się obok nich aż nad rzekę i mimo ciemności, po kamieniach wrzuconych w wodę dla utworzenia niewielkiej tamy, doprowadzającej wodę do kanału, znalazłem miejsce, gdzie się ten kończy. I pomyślcie, messurs, właśnie przy ujściu kanału, trampi rozbili obóz. Utworzyli na brzegu półkole, w którego wnętrzu znajdują się jeńcy. Draby sądzą, że w ten sposób mają ich pewnie w rękach, a to właśnie umożliwi nam ich uprowadzenie.
— Ach, zaczynam pojmować, — powiedział Old Firehand. — Chcecie zejść z podwórza do kanału i dostać się nim do rzeki?
— Tak. — Naturalnie, nie sam; musi ze mną pójść jeszcze dwu innych, aby na każdego jeńca wypadł jeden z nas.
— Hm! Ta myśl jest rzeczywiście wyśmienita. Musimy się zaraz przekonać, czy można kanału użyć do przejścia.
Old Firehand, zapytawszy o to kilku parobków, dowiedział się ku swej radości, że kanał jest wolny od mułu, a powietrze ma wcale dobre; można było przez niego przejść i, co było szczególnie szczęśliwą okolicznością, u ujścia ukryto małą łódź, mogącą pomieścić troje ludzi; ta łódka była tam zawsze ukryta, aby jej nie skradli Indjanie, lub jacy obcy.
Plan chytrej „ciotki“ omówiono dokładnie i zgodzono się na to, że wykonać go mają Droll, Humply-Bill i Gunstick-uncle. — Wkrótce powrócili Blenter i Tom; przeszukali miejscowość w dość znacznym promieniu, ale koni, niestety, nie znaleźli. Trampi byli na tyle przezorni, że odprowadzili je możliwie najdalej od farmy. —
Droll, Bill i Uncle ściągnęli z siebie wierzchnią odzież i zeszli z latarnią do kanału. Gdy okazało się, że woda sięga im tylko do piersi, karabiny wzięli na ramiona, a noże, rewolwery i worki z prochem uwiązali u szyi. Przodem szedł długi Gunstick-uncle z latarnią. Kiedy zniknęli w otworze kanału, Old Firehand wyruszył także ze swymi ludźmi. Bramę przymknięto zlekka, aby w razie potrzeby móc ją łatwo otworzyć; na straży pozostał jeden z parobków z poleceniem natychmiastowego zamknięcia bramy, gdyby się trampi zbliżyli. Inni parobcy, a także i dziewki, stanęli przy murze od strony rzeki, gotowi w miarę sił odeprzeć ewentualny napad. —
Rafterzy pod wodzą Old Firehanda zatoczyli najpierw łuk ku północy, aby usunąć się z pod światła ogniska; potem, kiedy dosięgli rzeki, wrócili, czołgając się brzegiem ku południowi, w pobliże trampów. Old Firehand poczołgał się sam jeszcze dalej, aż jego bystre oczy mimo ciemności dostrzegły półkole, utworzone przez obozujących włóczęgów; wiedząc teraz, dokąd skierować napad, powrócił do swych ludzi, aby czekać na znak, umówiony z dzielną trójką, która wybrała się celem oswobodzenia jeńców. —
Ci przebrnęli tymczasem przez kanał. Niedaleko ujścia, jeszcze wewnątrz kanału, znajdowała się mała łódka, przyczepiona do żelaznego haka; w jej wnętrzu leżały dwa wiosła. Uncle zgasił latarnię i powiesił ją na haku; Droll kazał dwu innym, aby na niego czekali, bo chciał najpierw się rozejrzeć. Minęło więcej niż kwadrans, zanim powrócił.
— No? — zapytał Humply-Bill z ciekawością.
— Nie było to łatwe zadanie, — odpowiedział „ciotka“. — Woda nam nie będzie przeszkadzać, bo zewnątrz także nie jest głębsza, niż tutaj; ale ciemności, panujące między krzakami i drzewami, dały mi się we znaki. Wprost nie było nic widać i musiałem sobie pomagać rękami.
— Chyba widać dość wyraźnie, jeśli się patrzy pod światło naszego ogniska?
— Tak, ale nie z wody, tylko z brzegu, bo powierzchnia wody leży niżej. A więc trampi siedzą w półkolu, którego średnicę stanowi rzeka, wewnątrz zaś niego, niedaleko od wody, znajdują się jeńcy. Siedzi przy nich na straży jeden tramp, który ich bacznie pilnuje, Musimy go sprzątnąć; nie będzie wielkiej szkody, gdy tego draba nie stanie!
— Macie więc jaki plan?
— Tak. Jeńcy nie muszą wchodzić do wody, bo łódkę podprowadzimy aż na miejsce.
— To zobaczą nas, bo zarysy łódki będą się odbijać od błyszczących fal.
— Macie go z blaskiem! Po wczorajszym deszczu woda jest tak mętna, że zwłaszcza pod drzewami na brzegu nie można jej odróżnić od lądu. Podprowadzimy więc tam łódkę i przywiążemy ją; wy pozostaniecie przy niej we wodzie; ja pójdę sam na brzeg, aby poczęstować nożem strażnika i jeńców uwolnić z więzów; potem przyprowadzę ich do was; popłyną oni do kanału, gdzie będą bezpieczni, a my usadowimy się zupełnie spokojnie na miejscu, które zajmowali jeńcy. Wtedy damy znak, krzyk sępa, i zaraz zacznie się taniec. Zgoda?
— Well, nie można lepiej zrobić.
— A wy, uncle?
— Pięknie wasz plan obmyślony — i pięknie będzie spełniony, — odpowiedział zapytany w swój poetyczny sposób.
— Pięknie! A więc naprzód!
Odwiązawszy łódkę, wypchnęli ją z kanału na rzekę. Droll sterował. Posuwali się tuż przy brzegu, powoli i ostrożnie, dopóki Droll nie kazał stanąć; zauważyli, że przywiązał łódkę przy brzegu.
— Jesteśmy na miejscu, — szepnął do nich. — Teraz czekać, aż wrócę!
Brzeg nie był tu wysoki i Droll cicho poczołgał się wgórę. Po drugiej stronie zarośli gorzał, przy dwu rogach muru, ogień, wskutek czego przedmioty odcinały się tak, że łatwo je było rozpoznać. W odległości najwyżej dziesięciu kroków od brzegu siedziały cztery osoby; byli to jeńcy ze swym strażnikiem. Dalej widział mały człowiek trampów, spoczywających we wszystkich możliwych pozycjach. Nie odkładając karabinu poczołgał się dalej, aż znalazł się poza strażnikiem; dopiero teraz położył strzelbę, a chwycił za nóż. Tramp musiał umrzeć tak, aby nie mógł wydać żadnego głosu. Droll podciągnął pod siebie kolana, zerwał się szybko, pochwycił owego człowieka lewą ręką ztyłu silnie za gardło, a prawą wbił mu ostrze tak sprawnie i dokładnie w plecy, że przeszło przez serce. Potem opuściwszy się znowu szybko, pociągnął trampa na ziemię obok siebie. Odbyło się to tak błyskawicznie, że jeńcy niczego nie spostrzegli. Dopiero po pewnym czasie odezwała się dziewczynka:
— Pa’a! Nasz strażnik odszedł!
— Naprawdę? Ach, tak! dziwi mię to; ale siedźcie spokojnie; naturalnie chce nas wystawić na próbę.
— Cicho, cicho, — szepnął im Droll. — Nikt nie powinien słyszeć. Strażnik leży zakłuty w trawie; ja przyszedłem, aby was ratować.
— Ratować? Heavens! Niemożliwe! Wy sami jesteście strażnikiem!
— Nie, sir. Ja jestem waszym przyjacielem. Znacie mnie z Arkanzas. Jestem Droll, którego nazywają „ciotką“.
— Mój Boże! Czy to prawda?
— Ciszej, ciszej, sir! Old Firehand jest także tutaj; również Czarny Tom i wielu innych. Trampi chcą złupić farmę; ale myśmy ich odparli. Widzieliśmy, jak was pochwycili, i ja z dwoma dzielnymi chłopcami podkradłem się, aby was stąd uprowadzić. A jeżeli mi nie ufacie, bo nie możecie widzieć mojej twarzy, to dowiodę wam prawdziwości moich słów przez to, że was rozwiążę. Podajcie mi wasze więzy!
Kilka cięć nożem i trzej jeńcy mogli znowu swobodnie używać swych rąk i nóg.
— Teraz pocichu nadół do czółna, — szepnął Droll. — Przyszliśmy przez kanał i mamy łódkę. Wy wsiądźcie do niej z małą miss, — schronicie się do kanału, który przecież znacie, — i czekajcie, aż tu się taniec skończy.
— Taniec? Jaki taniec?
— Ten właśnie ma się zacząć. Tu po tej stronie trampi mają rzekę, a naprzeciw mur, to znaczy dwie przeszkody, których nie będą mogli przebić. Na prawo od nas znajduje się Old Firehand z pewną liczbą rafterów i myśliwych, a tam na lewo czeka na mój znak do ataku wódz Osagów Wielkie Słońce z gromadą czerwonych.
— Ach, tak się rzecz ma! A my mamy w łódce schronić się w bezpieczne miejsce? Czy rzeczywiście myślicie, że mój brat i ja jesteśmy takimi tchórzami i będziemy siedzieć z założonemi rękami, gdy tymczasem inni będą narażać dla nas swe życie? Nie, sir, mylicie się!
— Hm! pięknie! Miło mi to słyszeć! Będziemy mieć dwu ludzi więcej. Ale mała miss nie może pozostać tutaj, bo kule będą latać.
— Naturalnie. Bądźcie tak dobrzy i zawieźcie ją do kanału. Ale co będzie z bronią? Czy nie możecie nam pożyczyć przynajmniej rewolweru lub noża?
— To zbyteczne, sir. Tego, co mamy, potrzebujemy sami; ale tu leży strażnik, którego broń wystarczy dla jednego z was. Dla drugiego postaram się o nią, bo podkradnę się do jakiego trampa, aby mu... Pst! Cicho! Właśnie ktoś nadchodzi. To pewnie jakiś dowódca chce się przekonać, czy jesteście dobrze strzeżeni. Pozwólcie mi działać!
Pod światło można było dojrzeć człowieka, obchodzącego stanowiska trampów dla przekonania się, czy wszystko jest w porządku. Nadszedł on powoli, a stanąwszy przed jeńcami, zapytał:
— Hej, Collins! Czy zaszło co nowego?
— Nie! — odpowiedział Droll, którego tamten uważał za strażnika.
— Well! Trzymaj oczy otwarte! Idzie o twoją głowę, gdybyś nie uważał. Zrozumiano?
— Yes! Moja głowa siedzi z pewnością lepiej na karku, niż twoja. Uważaj na siebie!
Droll użył umyślnie tych groźnych słów i wypowiedział je również umyślnie niezmienionym głosem; chciał, aby drab nachylił się ku niemu. Celu tego dopiął. Tramp zbliżył się o krok, pochylił głowę i zapytał:
— Co ci przyszło do głowy? Jak to myślisz? Czyj to głos? Czy ty nie jesteś Collinsem, którego ja...
Nie dokończył, bo Droll pochwycił go za kark obu rękami jak w kleszcze, przyciągnął zupełnie ku sobie i ścisnął mu gardło. Usłyszano krótkie kopanie nogami, a potem ucichło; Droll odezwał się szeptem:
— Tak, ten także przyniósł swoją broń; to bardzo uprzejmie z jego strony.
— Czy trzymacie go mocno? — zapytał farmer.
— Jak możecie nawet pytać o to! Wszak zdmuchnięty! Bierzcie jego broń i wszystko, co ma przy sobie. Ja tymczasem zaprowadzę małą miss do łódki.
Droll podniósł się napół, ujął Ellen Butler za rękę i poprowadził ją ku wodzie, gdzie czekających nań towarzyszy zawiadomił o tem, co zaszło. Bill i Uncle przewieźli dziewczynkę do kanału, gdzie przywiązali mocno łódkę, potem pobrnęli zpowrotem, aby się połączyć z Drollem i obu Butlerami. Ci uzbroili się tymczasem w broń obu trampów. —
— Teraz możemy zaczynać — rzekła „ciotka“. — Te draby przyjdą naturalnie tutaj, aby zabezpieczyć sobie jeńców; to mogłoby być dla nas niebezpieczne. Aby tego uniknąć, poczołgajmy się naprzód nieco dalej wgórę — na prawo.
Po tych słowach ruszyli ostrożnie brzegiem rzeki, dopóki nie znaleźli stosownego miejsca. Tam podnieśli się i każdy stanął za drzewem, używając go jako osłony. Znajdowali się w zupełnej ciemności; widzieli przed sobą trampów dość dokładnie, tak, że mogli do nich dobrze mierzyć. Teraz Droll przyłożył dłoń do ust i zakrakał krótko a ospale, jakby jaki ptak drapieżny, zbudzony na chwilę ze snu. Ten głos tak zwykły na prerji nie mógł zwrócić na siebie uwagi trampów; to też nie zważali na niego, nawet kiedy powtórzył się raz drugi i trzeci. Przez kilka sekund panowała głęboka cisza, potem dał się nagle słyszeć rozkaz Old Firehanda, wypowiedziany donośnym głosem:
— Naprzód! Ognia!
Z prawej strony zagrzechotały strzelby rafterów, którzy podkradli się tak blisko, że każdy z nich mógł wziąć innego człowieka na cel. Potem zabrzmiał na lewo przeraźliwy, ścinający krew w żyłach okrzyk wojenny Indjan, którzy wyrzuciwszy na trampów chmurę strzał, rzucili się na nich z tomahawkami.
— Teraz my! — rozkazał Droll. — Najpierw kulami w nich, potem kolbami.
Wówczas rozegrała się dzika scena, prawdziwie amerykańska. Trampi czuli się zupełnie bezpieczni tak, że ten nagły napad przejął ich największem przerażeniem. To też zrazu niezdolni do oporu zbili się w gromadę jak zające, nad któremi zawisły szpony orła; potem, kiedy napastnicy znaleźli się między nimi i zaczęli ich obrabiać kolbami, tomahawkami, rewolwerami i nożami, zniknęło ich chwilowe osłupienie i poczęli się bronić. Nie byli jednak w stanie policzyć przeciwników; stąd gromada ich w ciemnościach nocy, słabo tylko rozświecanych blaskiem ognia, wydawała się im dwa i trzy razy większą, niż była rzeczywiście. To zwiększyło ich obawę i ucieczka wydała im się jedynym środkiem ratunku.
— Precz, precz! Do koni! — krzyczał, a raczej ryczał jakiś głos.
— To kornel! — zawołał Droll. — Rzućcie się na niego; nie dajcie mu ujść!
Sam pośpieszył w stronę, skąd ten głos dochodził; inni poszli za nim, ale daremnie. Rudy kornel był na tyle przebiegły, że natychmiast skrył się w zaroślach. Czołgał się jak wąż od krzaka do krzaka, pozostając ustawicznie w cieniu, tak, że nie można go było dojrzeć. Zwycięzcy zadawali sobie dużo trudu, aby możliwie niewielu trampom pozwolić uciec, ale liczba ich była tak wielką, że, gdy wreszcie ochłonęli z przerażenia, łatwo udało im się przebić ławą. Zwrócili się ku północy.
— Dalej za nimi! — krzyknął Old Firehand. — Nie dajcie im odetchnąć!
Chciał razem z trampami dostać się do koni, ale to okazało się niepodobieństwem. Im więcej oddalano się od farmy, tem bardziej zmniejszał się blask płonącego ognia i wkońcu otoczyły ich ciemności tak zwarte, że nie można było rozróżnić swoich od wrogów; to też zdarzało się, że przyjaciele wpadali na siebie. Old Firehand był zmuszony zawołać, aby się zbierano; upłynęło jednak dosyć czasu, zanim się skupili, a to pozwoliło zbiegom tak ich wyprzedzić, że nie mogli już im sprostać. Wprawdzie ścigający pędzili dalej w dotychczasowym kierunku, ale wkrótce usłyszeli szydercze wycie trampów, a liczny i gromki odgłos uciekających koni pouczył ich, że dalszy trud był daremny.
— Zawracać! — rozkazał Old Firehand. — Pozostaje nam jeszcze jedno: przeszkodzić rannym ukryć się, aby potem ujść mogli.
Troska jego okazała się zbyteczną. Indjanie nie brali udziału w pościgu; pożądając skalpów białych wrogów, zatrzymali się i przeszukali dokładnie plac boju i przytykające do niego zarośla, zabijając i skalpując każdego trampa, którego znaleźli jeszcze przy życiu.
Kiedy potem przy świetle ognisk zrachowano trupy, okazało się, że, wliczając zabitych za dnia, przypadały na każdego zwycięzcę po dwie głowy. Straszne żniwo! Mimo to liczba zbiegłych, była tak znaczna, że z ucieczki ich można było jedynie się cieszyć. —
Ellen Butler wyprowadzono naturalnie zaraz z kryjówki. Młode dziewczę nie okazywało strachu; wogóle od chwili dostania się do niewoli zachowywało się nad podziw spokojnie i roztropnie. —
Ponieważ powrotu trampów już się nie obawiano, więc resztę nocy można było poświęcić, przynajmniej jeśli idzie o Indjan, radości z odniesionego zwycięstwa. Otrzymawszy dwa woły, ubili je, pokrajali, i wkrótce rozszedł się z nad ognisk silny zapach pieczonego mięsa. Następnie rozdzielono łupy. Broń zabitych i wszystko, co znaleziono przy nich, pozostawiono czerwonym. Dopiero kiedy dzień nastał, ustała wrzawa i zamilkły objawy radości. Czerwoni okryli się kocami, aby nareszcie zasnąć.

Inaczej zachowali się rafterzy. Szczęściem żaden z nich nie padł: kilku tylko odniosło lekkie rany. Old Firehand zamierzał z brzaskiem dnia ruszyć śladami trampów, aby się dowiedzieć, dokąd się zwrócą. Dlatego położyli się spać, aby oznaczona godzina znalazła ich pokrzepionych i wypoczętych. Rano przekonali się, że ślady prowadzą zpowrotem ku Osage-nook, i poszli tam za nimi; kiedy jednak tam przybyto, miejsce było już puste. Old Firehand zbadał je dokładnie i przekonał się, że tymczasem nadeszły nowe gromady trampów; zbiegowie, połączywszy się z nimi, odjechali bez zwłoki w kierunku północnym, nie przeczuwając, że Old Firehand zna dokładnie cel, do którego teraz zdążali. —





II
DRAMAT NA PRERJI.

Przez prerję szedł krokiem powolnym i znużonym piechur, — rzadkie zjawisko tam, gdzie nawet najuboższy posiada konia. Do jakiego stanu ten człowiek należał, trudno było odgadnąć. Odzież jego miejska, ale bardzo znoszona, nadawała mu wygląd człowieka spokojnego; temu jednak przeczyła długa, potężnie długa flinta, którą nosił na ramieniu. Twarz miał bladą i zapadniętą, zapewne wskutek niedostatku, i długiej wędrówki pieszej.
Czasami przystawał, aby odpocząć, ale nadzieja spotkania ludzi zmuszała szybko do nowych wysiłków jego znużone nogi. Raz po raz daremnie badał horyzont, aż nareszcie oko jego zabłysło radośnie: — daleko na widnokręgu spostrzegł człowieka, również piechura, który zbliżał się z prawej strony tak, że drogi ich musiały się zetknąć. To dodało jego członkom nowych sił; ruszył szybko długiemi krokami i wkrótce przekonał się, że tamten spostrzegł go również, bo przystanął, aby mu pozwolić się zbliżyć.
Ten drugi odziany był bardzo osobliwie. Miał na sobie niebieski frak z czerwonym, sztywnym kołnierzem i żółtemi guzikami; czerwone aksamitne spodnie do kolan, wreszcie wysokie buty z żółtemi skórzanemi sztylpami. Szyję owijała mu niebieska chustka, związana w wielki i szeroki, podwójny fontaź, zakrywający całą pierś. Głowę osłaniał słomiany kapelusz z szerokiemi kresami. Na rzemieniu, przerzuconym przez kark, wisiała zprzodu skrzynka z polerowanego drzewa. Człowiek ten był długi, suchy, a gładko wygolona twarz jego miała rysy ostre. Kto spojrzał na te rysy i w małe, chytre oczka, ten wiedział zaraz, że ma przed sobą prawdziwego jankesa, — jankesa owego gatunku, których przebiegłość stała się przysłowiową.
Kiedy obaj zbliżyli się na taką odległość, że można było wygodnie rozmawiać, człowiek ze skrzynką uniósł lekko kapelusza i pozdrowił drugiego:
— Good day, kolego! Skąd idziecie?
— Tam zdołu, z Kinsley, — odpowiedział zapytany, ukazując ręką poza siebie. — A wy?
— Zewsząd. Ostatnio z farmy, która leży za mną.
— Czy jest tu jaka farma?
— Tak. Trzeba iść do niej nie dłużej jak pół godziny.
— Dzięki Bogu! Dłużejbym nie wytrzymał — podszedł bliżej i przystanął; nogi się pod nim uginały.
— Nie wytrzymał? Dlaczego?
— Z głodu.
— Do wszystkich djabłów! Z głodu? Czy to możliwe? Czekajcie, zaraz wam pomogę. Usiądźcie tu na mojej skrzynce. Dostaniecie coś do jedzenia.
Postawiwszy skrzynkę na ziemi i zmusiwszy obcego, aby usiadł, wyciągnął z kieszeni fraka dwie olbrzymie kromki chleba z masłem, a z kieszeni poły wielki kawał szynki, jedno i drugie podał zgłodniałemu i ciągnął:
Jedźcie, kolego! Nie są to wprawdzie delikatesy, ale głód ugłaszczą.
Tamten porwał je łapczywie. Tak był wygłodzony, że chciał natychmiast podnieść chleb do ust, jednakże rozmyślił się i powiedział:
— Jesteście bardzo dobrzy, sir! Ale te rzeczy są przeznaczone dla was, jeśli je zjem, to wy będziecie pościć.
— O nie! Zapewniam was, że na najbliższej farmie dostaniemy tyle jeść, ile tylko zechcemy.
— Czy znają was tam?
— Nie. Nie byłem jeszcze nigdy w tej okolicy. Ale nie traćcie czasu, użyjcie ust ku lepszej sprawie.
Zgłodniały poszedł za tem wezwaniem, a jankes usiadł na trawie i patrząc na niego, cieszył się, że olbrzymie kawały znikają tak szybko za zębami głodomora. Kiedy zniknęły już i chleb, i szynka, zapytał:
— Nakarmieni pewnie jeszcze nie jesteście, ale przynajmniej na jakiś czas zaspokoiliście głód?
— Jakbym się na nowo narodził, sir. Pomyślcie tylko, jestem od trzech dni w drodze, a nic nie miałem w ustach.
— Czy to możliwe?! Od Kinsley jeszcze nic nie jedliście? Czy nie mogliście wziąć ze sobą jakich prowiantów?
— Nie! W drogę wybrałem się raptem.
— Ach! Ale macie przy sobie karabin i mogliście przecież upolować jakie zwierzę?
— Och, sir! Nie jestem strzelcem. Trafię prędzej do księżyca niż do psa, choćby siedział tuż przede mną.
— To cóż wam po karabinie?
— Dla ewentualnego postrachu czerwonych czy białych wagabundów.
Jankes zmierzył go badawczem spojrzeniem:
— Słuchajcie, master; coś z wami jest nie w porządku. Jak się zdaje, umykacie stamtąd, a mimo to wyglądacie na osobnika zupełnie poczciwego. Dokąd właściwie prowadzi wasza droga?
— Do Sheridanu na kolej.
— Tak daleko i bez żywności! Jestem wam wprawdzie obcy, ale kiedy bieda, to dobrze mieć kogoś zaufanego. Powiedzcie mi więc, jaki to nagniotek wam dokucza?
— To bardzo krótka sprawa. Nazywam się Heller; moi rodzice byli Niemcami. Przybyli tu ze starego kraju, aby się czegoś dorobić, lecz bez skutku. Ja także nie stąpałem po różach. Pracowałem i chwytałem się niejednego, aż przed dwoma laty zostałem pisarzem kolejowym. Ostatnio otrzymałem posadę w Kinsley. Sir, jestem człowiekiem, któryby nawet robaka nie stratował, ale jeśli się dozna zbyt wielkiej obrazy, to wreszcie każdego złość ogarnie. Zadarł ze mną tamtejszy redaktor; doszło do pojedynku. Pomyślcie tylko, pojedynek na flinty! A ja nigdy w życiu nie miałem w rękach morderczego narzędzia. Pojedynek na strzelby, trzydzieści kroków odległości! W oczach mi pociemniało, kiedym to usłyszał. Krótko powiem: kiedy nadeszła umówiona godzina, stanęliśmy naprzeciw siebie. Sir, myślcie o mnie, co chcecie, ale jestem człowiekiem zgody i nie chciałbym mieć krwi na sumieniu. Już na samo przypuszczenie, że mógłbym zabić przeciwnika, przeszły mię dreszcze. Dlatego celowałem umyślnie o kilka łokci w bok. Nacisnąłem kurek, tamten również. Huknęły strzały... I pomyślcie, mnie ani tknęło, kula zaś moja przeszła tamtemu przez serce. Trzymając w ręce flintę, która nie należała do mnie, uciekłem przerażony Jestem przekonany, że kula jest krzywa, a kula z niej idzie o całe trzy łokcie za daleko na lewo. — Co jednak najgorsze, redaktor miał licznych i wpływowych stronników, a to na Zachodzie znaczy bardzo dużo. Musiałem uciekać, uciekać natychmiast i pozostało mi tylko tyle czasu, aby się krótko pożegnać z moim przełożonym. Ten poradził mi iść do Sheridanu i zaopatrzył mnie w otwarty list z poleceniem do tamtejszego inżyniera. Możecie go przeczytać i przekonać się, że mówię prawdę.
Wyciągnąwszy z kieszeni list, otworzył go i podał jankesowi. Ten czytał:
Kochany Charoy!
Posyłam Ci master Józefa Hellera, mojego dotychczasowego pisarza. Jest pochodzenia niemieckiego; człowiek uczciwy, wierny i skrupulatny. Wydarzyło mu się jednak nieszczęście, że strzelając Panu Bogu w okna, położył trupem swego przeciwnika. Z tego powodu musi oddalić się stąd na pewien czas. Zrobisz mi przyjemność, jeśli zatrudnisz go w swem biurze tak długo, aż tę sprawę pokryje pył zapomnienia. Twój
Bent Norton.
Jankes złożył list i zwrócił go właścicielowi. Przez usta jego przemknął uśmiech napół ironiczny, napół litościwy.
— Wierzę waszym słowom, master Heller, choćbyście mi nawet nie pokazywali tego listu. Kto was zobaczy i posłyszy, ten wie, że ma przed sobą z gruntu uczciwego człowieka. Ze mną jest tak samo, jak z wami; jam również niewielki myśliwy, czy strzelec. Jednakże na waszym miejscu nie pozwoliłbym się ogarnąć trwodze. Zdaje mi się, że daliście się trochę kiwnąć.
— O nie! Położenie było rzeczywiście niebezpieczne.
— Więc jesteście przekonani, że was ścigano?
— Z pewnością! Dlatego unikałem dotąd wszystkich farm, aby się nie dowiedziano, dokąd się zwróciłem.
— I jesteście pewni, że w Sheridan przyjmą was dobrze i że otrzymacie posadę?
— Tak, bo mr. Norton i mr. Charoy, inżynier w Sheridan, żyją w wielkiej ze sobą przyjaźni.
— Jaką pensję spodziewacie się otrzymać?
— Miałem teraz ośm dolarów tygodniowo i myślę, że zapłacą mi tam tak samo.
— Mam dla was posadę z dwa razy większą pensją, a więc z szesnastu dolarami i wolnem mieszkaniem,
— Rzeczywiście? — zawołał pisarz uradowany, zrywając się z miejsca. — Szesnaście dolarów? Gdzie można dostać taką posadę?
— U mnie.
— U... was? — zabrzmiało tonem rozczarowania.
— Naturalnie, Prawdopodobnie nie spodziewacie się tego po mnie?
— Hm! Nie znam was.
— Temu możemy zaraz zaradzić. Jestem magister-doktór Jefferson Hartley, physician i farrier.
— A więc lekarz ludzi i koni?
— Lekarz dla ludzi i zwierząt, — skinął jankes. — Jeżeli macie ochotę, to możecie zostać moim służącym; zapłacę, ile przyrzekłem.
— Ale ja nie rozumiem się wcale na waszym zawodzie — oświadczył skromnie Heller.
— Ja także nie.
— Nie? Musieliście przecież studjować medycynę?
— Ani mi się śniło!
— Ale jeżeli jesteście magistrem, a nawet doktorem...!
— Jestem rzeczywiście! O tem wiem najlepiej, bo godność tą sam sobie nadałem.
— Wy — — wy sami?
— Oczywiście! Mówię z wami otwarcie, bo myślę, że przyjmiecie moją propozycję. Właściwie jestem krawcem; potem byłem fryzjerem, następnie nauczycielem tańców; później założyłem instytut wychowawczy dla młodych ladies; kiedy się to skończyło, chwyciłem za harmonję i zostałem wędrownym muzykantem. Od tego czasu odznaczyłem się chlubnie w dziesięciu, czy dwudziestu innych zawodach. Poznałem życie i ludzi, a szczytem tej znajomości jest doświadczenie, że tęgi człowiek nie powinien być głupcem. Ludzie chcą, by ich oszukiwano. Tak! Sprawia im to największą przyjemność, jeśli kto „A“ poda im za „B“; takiego darzą nadzwyczajnem uznaniem. Należy zwłaszcza schlebiać ich błędom, błędom i wadom, tak duchowym, jak fizycznym. Dlatego właśnie zostałem lekarzem. — Oto moja apteka!
Odemknął skrzynię i podniósł wieko; wnętrze jej miało imponujący wygląd: pięćdziesiąt przedziałów, wyłożonych aksamitem i ozdobionych złotemi linjami i arabeskami. W każdym przedziale znajdowała się flaszeczka z pięknie zabarwionym płynem, we wszystkich możliwych odcieniach i stopniach. —
— To jest wasza apteka? Skąd bierzecie lekarstwa?
— Sam je przyrządzam.
— Mam wrażenie, że nie rozumiecie się wcale na tem!
— O, na tem się rozumiem! To przecie dziecinna igraszka! To, co tu widzicie, nie jest niczem więcej, jak odrobiną farby i wody zwanej aqua. Słowo to stanowi całą moją łacinę. Do tego sfabrykowałem sobie sam resztę wyrazów; muszą brzmieć możliwie pięknie. I tak widzicie tu napisy: Aqua salamandra, Aqua peloponnesia, Aqua chimborassolaria, Aqua invocabulataria i inne. Nie macie pojęcia, jakie choroby już tą wodą wyleczyłem; ale nie biorę wam za złe, że mi nie wierzycie, bo ja sam również w to nie wierzę. Rzecz najważniejsza — nie czekać na skutek, lecz brać honorarjum i wynosić się czem prędzej. Stany Zjednoczone są rozległe i zanim w dane miejsce powrócę, minie wiele, wiele lat, a tymczasem porosnę w pierze. Utrzymanie zaś nie kosztuje ani szeląga, bo gdzie tylko przyjdę, stawiają przede mną więcej, niż mogę pochłonąć, a kiedy odchodzę, wypychają mi jeszcze kieszenie. Indjan obawiać się nie mam potrzeby, bo jako człowiek obznajomiony z lekarstwami jestem dla nich świętym i nietykalnym. Podajcie rękę na zgodę! Chcecie zostać moim famulusem?
— Hm! — mruknął Heller, skrobiąc się za uchem. — Sprawa wydaje mi się niebezpieczna. To nieuczciwość!
— Nie bądźcie śmieszni! Wiara jest wszystkiem. Pacjenci wierzą w skuteczność moich leków i to ich uzdrawia. Czy to oszustwo? Spróbujcie przynajmniej jeden raz! Posililiście się teraz, a ponieważ farma, do której zdążam, leży na waszej drodze, więc nie stracicie nic na tem.
— No, spróbuję, chociażby z wdzięczności; ale nie mam zdolności przekonywania ludzi.
— To zupełnie niepotrzebne; o to ja się sam postaram. Wy macie tylko milczeć z szacunkiem, a cała wasza praca polega na tem, aby wydobyć ze skrzynki flaszeczkę, którą wam wskażę. Naturalnie musicie się na to zgodzić, że będę do was mówił „ty“. A więc naprzód! Ruszajmy!
Przewiesił skrzynkę przez ramię i ruszyli ku farmie. Po upływie może pół godziny ujrzeli ją zdaleka. Teraz skrzynkę musiał ponieść Heller, bo z pryncypałem, doktorem i magistrem, to nie licowało. —
Główny budynek farmy zbudowany był z drzewa; zboku i ztyłu otaczał go dobrze uprawny sad i ogród warzywny; budynki gospodarskie znajdowały się w pewnej odległości od mieszkania. Tam stały uwiązane trzy konie, co dowodziło, że przebywali obcy. Siedzieli oni w izbie i pili piwo, przyrządzone domowo przez samego farmera. Wkrótce spostrzegli szarlatana z jego służącym.
— Thunderstorm! — zawołał jeden z nich. — Czy widzę dobrze? Tego znam z pewnością! Jeśli się nie mylę, jest to Hartley, ów muzykant z harmonją.
— Znajomy twój? — zapytał drugi. — Czy miałeś co z nim wspólnego?
— Oczywista. Ten wyga robił świetne interesa i miał kieszenie pełne dolarów. Ja naturalnie robiłem interesy równie dobre, bo wypróżniałem mu je w nocy.
— Czy wie, że to ty byłeś?
— Hm, prawdopodobnie. Jak to dobrze, że wczoraj przemalowałem moje rude włosy na czarne! Nie nazywajcie mnie czasem Brinkleyem czy też kornelem! Moszterdziej mógłby nam pomieszać rachuby! —
Obaj przybysze zbliżyli się tymczasem do domu. Żona farmera, wyszedłszy ze stajni, powitała ich grzecznie i zapytała, czego sobie życzą. Kiedy usłyszała, że ma przed sobą lekarza i jego służącego, ze czcią poprosiła ich do izby.
— Messurs! — zawołała, wchodząc do wnętrza. — Oto bardzo uczony doktór ze swym aptekarzem. Myślę, że wam towarzystwo tych panów nie będzie nieprzyjemne.
— Bardzo uczony lekarz? — mruknął do siebie kornel. — Bezczelny drab! Jabym mu pokazał, co o nim myślę!
Wchodzący ukłonili się i bez ceremonji zajęli miejsca przy stole. Kornel zauważył ku wielkiemu zadowoleniu, że Hartley go nie poznał. Podał się więc za zastawiacza sideł i oświadczył, że udaje się z obu towarzyszami w góry. — Kiedy obiad był już gotowy, gospodyni wyszła przed dom i zwyczajem owych okolic, zadęła w róg, aby zwołać domowników. Ci nadeszli z pól, leżących w pobliżu; był tam farmer, jego syn, córka i parobek. Gościom, a zwłaszcza lekarzowi podali rękę z niewymuszoną uprzejmością i siedli obok nich, aby spożyć obiad, poprzedzony i zakończony modlitwą. Byli to ludzie prości, otwarci i pobożni, to też nie dorównywali naturalnie prawdziwemu jankesowi z jego „smartness“[1].
W czasie obiadu farmer zachowywał milczenie; potem jednak zapalił fajkę, oparł łokcie na stole i odezwał się do Hartleya:
Po obiedzie musimy, doktorze, pójść znowu w pole; teraz jednak mamy trochę czasu do pomówienia ze sobą. Może będę mógł odwołać się do pomocy waszej sztuki. Na jakich chorobach się znacie?
— Co oznacza to pytanie? — zawołał szalbierz. — Jestem physician farrier;[2] leczę choroby wszystkich ludzi i wszystkich zwierząt.
— Well, więc jesteście człowiekiem, jakiego mi potrzeba. Prawdopodobnie nie należycie do tych oszustów, wrzekomych lekarzy, którzy zajmowali się wszystkiem i wszystko obiecują, ale niczego się nie uczyli.
— Czy wyglądam może na hultaja? — zawołał Hartley, uderzając się w piersi. — Czy byłbym złożył egzamina doktora i magistra, gdybym nie studjował? Tu siedzi mój służący. Zapytajcie go, on wam powie, ile setek, a nawet tysięcy ludzi, nie licząc już zwierząt, zawdzięcza mi zdrowie i życie.
— Wierzę temu, wierzę, sir! Przychodzicie właśnie w porę. W stajni stoi krowa. Co to znaczy, wiecie zapewne. Tu na stepie krowa tylko wtedy idzie do stajni, gdy jest ciężko chora. Biedaczka nie je nic od dwu dni i zwiesiła łeb ku ziemi. Uważam ją za straconą.
— Pshaw! Ja opuszczam chorego dopiero wtedy, gdy wyzionie ducha! Niech mi ją parobek pokaże.
Kazał się zaprowadzić do stajni, aby zbadać krowę. Wróciwszy, oświadczył z miną nader poważną:
— Był najwyższy czas, bo krowa padłaby do wieczora. Najadła się szaleju. Szczęściem mam na to niezawodny środek; rano będzie zdrowa jak dawniej. Przynieście mi wiadro wody, a ty służący, wyjmij Aqua sylvestropolia.
Heller, otworzywszy skrzynkę, wyjął odpowiednią flaszeczkę; Hartley wlał z niej do wiadra kilka kropel; z tej mieszaniny miano co trzy godziny dawać krowie po pół galona. Potem przyszła kolej na dwunożnych pacjentów. Farmer, który cierpiał na reumatyzm, dostał Aqua sensationia. Żona jego, której rosło wole, otrzymała Aqua sumatralia. Córka nie cierpiała na nic, jednak dała się łatwo nakłonić do wzięcia przeciw kilku pryszczom Aqua furonia. Parobek trochę kulał, już od dziecka, lecz skorzystał ze sposobności, aby zaradzić swej wadzie przez Aqua ministeriaIia. Wreszcie Hartley zapytał trzech obcych, czy może i im służyć swemi lekarstwami. Kornel potrząsnął głową i rzekł:
— Dziękuję, sir! Jesteśmy niezwykle zdrowi, a jeśli czuję się kiedy niedobrze, to radzę sobie szwedzką metodą.
— Jakto?
— Gimnastyką leczniczą. Każę sobie mianowicie zagrać na harmonji wesoły kawałek i tańczę przy nim tak długo, aż się spocę. Ten środek jest wypróbowany, Zrozumieliście?
Przytem kiwnął na niego w sposób porozumiewawczy. Szarlatan zamilkł zakłopotany i odwrócił się od niego, aby zapytać gospodarza o najbliższą farmę. Ta leżała o ośm mil na zachód, druga była w odległości piętnastu mil ku północy. Kiedy magister oświadczył, że musi bezzwłocznie wyruszyć do pierwszej, zapytał go farmer o honorarjum. Hartley zażądał pięciu dolarów, które mu też bez skrupułów zapłacono; potem ruszył w drogę ze swym służącym, znowu obarczonym skrzynką. Kiedy oddalili się już tak daleko, że z farmy nie można ich było zobaczyć, odezwał się:
— Szliśmy w kierunku zachodnim, teraz jednak zawrócimy na północ, bo nie mam zamiaru iść do tamtej farmy; poszukamy drugiej. Krowa była tak chora, że zdechnie z pewnością już w ciągu godziny. Gdyby wtedy farmerowi wpadło do głowy puścić się za mną w pogoń, mogłoby się to źle dla mnie skończyć. Ale obiad i pięć dolarów za dziesięć kropel anilinowej wody, czy to nie pociągające? Spodziewam się, że zrozumiecie wasz interes i przyjmiecie służbę u mnie!
— Zawiedliście się, sir, — odpowiedział Heller. — To, co mi obiecujecie, stanowi sumę wielką, bardzo wielką; zato jednak musiałbym jeszcze więcej bezeceństw popełniać. Nie bierzcie mi tego za złe! Jestem człowiekiem uczciwym i chcę nim pozostać. Sumienie zabrania mi zgodzić się na waszą propozycję. —
Powiedział to tak poważnie i stanowczo, że magister zrozumiał, iż wszelkie dalsze namowy będą bezskuteczne; dlatego odezwał się, kiwając z politowaniem głową:
— Pragnąłem waszego dobra. Szkoda, że macie tak delikatne sumienie!
— Dziękuję Bogu, że nie dał mi innego. Macie waszą skrzynkę zpowrotem. Chciałbym się wam odwdzięczyć za to, coście dla mnie uczynili, ale nie mogę; niemam środków.
— Well! Każdy człowiek jest panem swojej woli; dlatego nie chcę dłużej na was napierać. Ale mimo to nie koniecznie musimy się zaraz rozstawać; przynajmniej do najbliższej farmy możemy pozostać razem. —
Po tych słowach wziął znowu na plecy swą skrzynkę. Milczenie jednak, w jakie teraz popadł, kazało się domyślać, że uczciwość pisarza nie została bez wrażania na nim. — Wędrowali tak dalej z oczyma zwróconemi przed siebie, gdy nagle usłyszeli za sobą tętent koni. Obejrzawszy się, ujrzeli owych trzech, z którymi spotkali się na farmie.
— Woe to me![3] — wyrwało się Hartleyowi. — Zdaje się, że idzie tu o mnie. Te draby miały się przecież udać w góry. Dlaczegóż nie jadą na zachód? Nie dowierzam im; wyglądają prędzej na hultajów, niż na traperów.
Wkrótce miał się na swe nieszczęście przekonać, że przewidywania go nie omyliły. Jeźdźcy zatrzymali się przy nich, a kornel szyderczo spytał szarlatana:
— Master! Dlaczego zmieniliście kierunek? Teraz was farmer nie znajdzie.
— Nie znajdzie?
— Tak. Kiedyście odeszli, powiedziałem mu otwarcie, jak się sprawa ma z waszemi pięknemi tytułami; ruszył czem prędzej, aby was dopędzić i odebrać pieniądze.
— Głupstwo, sir!
— To nie głupstwo, lecz prawda. Udał się w stronę farmy, którą jak mówiliście, chcecie uszczęśliwić swoją osobą. Lecz myśmy byli mądrzejsi od niego. Umiemy odczytywać ślady i poszliśmy waszym tropem, aby przedłożyć wam pewną propozycję.
— Nie znam was i nie mam z wami nic wspólnego.
— Tem więcej my z wami, bo was znamy. Pozwalając oszukać tych poczciwych farmerów, staliśmy się waszymi wspólnikami; dlatego obyczajność wymaga, abyście wypłacili nam naszą część honorarjum. Was jest dwu, a nas trzech, stąd należą nam się trzy piąte zapłaty. Widzicie, że postępujemy sprawiedliwie. Gdybyście się nie zgodzili, to...
Wskazał na towarzyszy, którzy tymczasem wymierzyli strzelby na Hartleya. Ten zrozumiał, że wszelkie wybiegi są daremne. Był szczerze przekonany, iż ma do czynienia z prawdziwymi opryszkami, i w głębi serca czuł się zadowolony, że tak tanio się wykupi. Dlatego wyciągnął z kieszeni trzy dolary i podał je kornelowi.
— Zdaje się, żeście się pomylili co do mnie; pewnie znajdujecie się w takiem położeniu, że ta część mojego uczciwie zasłużonego honorarjum, wam się przyda. Biorę wasze żądanie za żart i godzę się. Tu są trzy dolary, które według rachunku przypadają na was.
— Trzy dolary? Czyście oszaleli? — zaśmiał się kornel. — Czy myślicie, że dla takiej bagateli jeździlibyśmy za wami? Mówiłem nie tylko o dzisiejszym zarobku. Żądamy naszej części z tego, coście wogóle dotąd zarobili. Przypuszczam, że macie przy sobie dostateczną sumę.
— Sir, zupełnie przeciwnie! — zawołał Hartley przerażony.
— Zobaczymy! Ponieważ przeczycie, muszę was obszukać. Myślę, że zachowacie się przytem spokojnie, bo moi towarzysze nie noszą strzelb od parady. Życie nędznego grajka na harmonji nie jest warte dla nas ani grosza!
Zsiadłszy z konia, przystąpił do jankesa. Ten próbował wszelkich możliwych sposobów, aby odwrócić grożące mu nieszczęście, ale napróżno. Otwory strzelb patrzały na niego tak groźnie, że poddał się swemu losowi. Spodziewał się jednak, że kornel nic nie znajdzie.
Rudy, obecnie czarno farbowany, przeszukał wszystkie kieszenie, lecz znalazł zaledwie kilka dolarów. Obmacał przeto jego odzież cal za calem, aby się przekonać, czy przypadkiem pieniądze nie zostały tam zaszyte. Ale i to pozostało bez skutku. Teraz myślał Hartley, że uniknął już niebezpieczeństwa, ale kornel był szczwany. Kazał otworzyć skrzynkę i począł się jej dokładnie przyglądać.
— Hm! — mruczał. — Ta aksamitna apteka jest tak głęboka, że jej przedziały z pewnością dna nie sięgają. Spróbujmy, czy nie da się wyjąć.
Hartley zbladł, bo łotr był na dobrej drodze. Tramp pochwycił obu rękami poprzeczne ściany przedziałów i pociągnął... Słusznie! Apteka dała się wyjąć, a pod nią leżało wiele pakietów, owiniętych w papier. Kiedy je rozwiązał, ujrzał pełno banknotów rozmaitej wartości.
— Ach! Tu się znajduje ukryty skarb? — śmiał się zadowolony. — Takem się spodziewał! „Physician i farrier“ zarabia pieniędzy do djabła; musiały więc gdzieś być.
Pochwyciwszy je, chciał schować. To wprawiło jankesa w największą wściekłość; rzucił się na niego, aby mu wydrzeć pieniądze. Wtem huknął strzał; kula byłaby go przeszyła nawylot, gdyby nie wykonał szybkiego ruchu; tak trafiła go tylko w ramię i strzaskała kość. Ranny, krzyknąwszy głośno, padł na trawę.
— Yes! Dobrze! Ty łajdaku! — zawołał kornel. — Próbuj powstać, albo zełgaj tylko jeszcze raz, to druga kula trafi cię skuteczniej. Teraz obszukamy także master famulusa.
Włożywszy koperty z pieniędzmi do kieszeni, przystąpił do Hellera.
— Ja nie jestem jego służącym; spotkałem go niedaleko od farmy — oświadczył ów z trwogą.
— Tak? Kim lub czem właściwie jesteście?
Heller powiedział prawdę i dał kornelowi list polecający. Ten przeczytawszy, zwrócił mu pismo i rzekł pogardliwie:
— Wierzę wam; kto na was spojrzy, ten na pierwszy rzut oka pozna, że jesteście z gruntu poczciwym człowiekiem, który jednak prochu nie wynajdzie. Owszem! Idźcie do Sheridan; do was nic nie mam! — a zwróciwszy się do jankesa, mówił dalej: — Mówiłem o naszej części; ponieważ jednak nas okłamałeś, to nie możesz się skarżyć na to, że zabierzemy ci wszystko. Staraj się dalej robić dobre interesa; jeśli się kiedy znowu spotkamy, podzielimy się dokładniej.
Hartley próbował grzecznemi słowy wydobyć zpowrotem przynajmniej część pieniędzy, lecz miało to tylko ten skutek, że go wyśmiano. Kornel dosiadł konia i odjechał z towarzyszami ku północy, co wyraźnie świadczyło, że ani myślał o górach.
W drodze zaśmiewali się hultaje, omawiając świeżą przygodę; zgodzili się pieniądze podzielić między siebie, nie mówiąc o tem nic towarzyszom. Znalazłszy po dłuższym czasie odpowiednie miejsce, skąd mogli widzieć całą okolicę i gdzie nie można ich było ani podsłuchać, ani podpatrzeć, zeszli z koni, aby przeliczyć łup. Kiedy każdy schował swoje, odezwał się jeden z trampów do kornela:
— Powinieneś był obszukać i drugiego. Pytanie, czy powiedział prawdę i czy rzeczywiście jest pisarzem. Co było w tym liście, który ci pokazywał?
— To był list polecający do Inżyniera Charoy w Sheridanie,
— Co? Naprawdę? I tyś mu go zwrócił?
— Tak. Nacóżby się nam przydał ten świstek?
— Jeszcze pytasz o to? To przecież jasne jak dzień, że list byłby ogromnie pomógł przy wykonaniu naszego planu. Opuściliśmy naszych, aby poznać miejscowość j stosunki w kasie, co jest tem trudniejsze, że nie powinniśmy się dać widzieć. Gdybyśmy zabrali temu człowiekowi list, to jeden z nas mógłby udać się do Sheridanu i podać się za pisarza; z pewnością zajętoby go w biurze, miałby wgląd w książki i mógłby może już w pierwszym lub drugim dniu udzielić potrzebnych wiadomości.
— Do djabła! — zawołał kornel. — To prawda! Jak mogło się stać, że nie przyszło mi to na myśl. Ty właśnie jesteś obznajomiony z piórem; mógłbyś się podjąć tej roli.
— I byłbym się z tego należycie wywiązał. W ten sposób usunęlibyśmy wszystkie trudności. Czy nie można jeszcze powetować tej straty?
— Z pewnością! Naturalnie, że jeszcze czas! Wiemy przecież, dokąd się tamci udają; droga, którą im wskazał farmer, prowadzi tędy. Potrzeba więc tylko zaczekać, aż nadejdą.
— Bardzo słusznie! Zróbmy tak! Lecz nie wystarczy odebrać pisarzowi listu, bo poszedłby do Sheridanu i mógłby nam wszystko popsuć. Musimy przeszkodzić w tem tak jemu, jak i szalbierzowi.
— To się rozumie. Wpakujemy każdemu kulę w łeb i zagrzebiemy ich. Ty pójdziesz potem z listem do inżyniera; spróbujesz dowiedzieć się wszystkiego, czego nam potrzeba, i dasz nam o tem znać.
— Ale gdzie i jak?
— My dwaj zawrócimy, aby sprowadzić resztę. Znajdziesz nas więc tam, gdzie kolej przechodzi przez Eagle-tail. Dokładnie nie mogę już teraz oznaczyć miejsca. Wystawię w kierunku Sheridanu placówki, na które będziesz się musiał bezwarunkowo natknąć.
— Pięknie! A jeśli moje oddalenie się zwróci uwagę i obudzi podejrzenie?
— Hm, na to musimy się naturalnie przygotować. Ale możemy tego uniknąć, jeśli nie pójdziesz sam, lecz weźmiesz ze sobą Dugby’ego. Powiesz, żeś go spotkał po drodze, a on oświadczy, że szuka zajęcia przy budowie kolei.
— Znakomicie! — zgodził się drugi tramp. — Pracę otrzymam natychmiast, a jeśli nie, to tem lepiej, bo będę miał wtedy możność zaniesienia wiadomości do Eagle-tail.
Plan omówiono jeszcze bliżej i postanowiono go wykonać. Potem czekali na zbliżenie się szarlatana i jego towarzysza, ale upływały godziny, a ci się nie pokazywali, Należało więc przypuszczać, że zmienili pierwotny kierunek, aby nie natknąć się na trampów. Dlatego ostatni postanowili zawrócić i podążyć nowym śladem. —
Tymczasem pisarz od biedy opatrzył ranę jankesa. Ramię było ciężko uszkodzone i okazało się, że ranny musi wyszukać jakąś miejscowość, gdzieby mógł przynajmniej przez parę dni znaleść opiekę. Miejscem takiem mogła być farma, do której zamierzali się dostać. Lecz, że i trampi obrali ten kierunek, jankes odezwał się:
— Czy chcemy im jeszcze raz wpaść w ręce? Należy się spodziewać, że żałują, iż nie unieszkodliwili nas, i gdybyśmy się z nimi znowu spotkali, mogliby próbować nadrobić to, czego zaniedbali. Pieniądze moje już mają, ale życia nie myślę oddawać im w ręce. Poszukajmy innej farmy!
— Kto wie, kiedy ją znajdziemy, — odrzekł Heller. — Czy wytrzymacie tak długą podróż?
— Myślę. Jestem człowiekiem tak silnym, że znajdziemy się pewnie na miejscu, zanim wystąpi gorączka z odniesionej rany. W każdym razie spodziewam się, że mię przedtem nie opuścicie?
— Z pewnością nie. Gdybyście w drodze ustali, to poszukam ludzi, aby was zabrali do siebie. Teraz jednak nie traćmy czasu. Dokąd się zwrócimy?
— Na północ, jak przedtem, tylko nieco więcej na prawo. Widnokrąg tam jest ciemny; widocznie więc znajdziemy las lub zarośla, a gdzie są drzewa, tam musi być woda, której koniecznie potrzebuję do ochłodzenia rany.
Heller wziął skrzynkę i opuścili miejsce wypadku. Przypuszczenie jankesa okazało się słusznem. Po pewnym czasie dotarli w okolicę, gdzie wśród zielonych zarośli płynęła woda; zmieniono opatrunek. Hartley wylawszy wszystkie barwione krople, napełnił flaszki czystą wodą, aby po drodze móc w razie potrzeby zmieniać opatrunek. —
Weszli teraz na prerję o tak niskiej trawie, że zaledwie znać było na niej ślady, a trzeba było oczu bardzo doświadczonego westmana, by osądzić, czy pochodzą od jednego czy dwu ludzi. Po dłuższym czasie ujrzeli znów ciemną linję na horyzoncie; był to znak, że zbliżają się znowu w okolicę lesistą. Kiedy teraz jankes nagle się obrócił, ujrzał poza sobą kilka ruchomych punktów; punktów tych było trzy; przyszedł więc do przekonania, że to trampi zawrócili; szło o życie. Inny zwróciłby uwagę pisarza na pościg; Hartley jednak tego nie zrobił; ruszył w drogę ze zdwojoną szybkością, a kiedy Hellera zdziwił ten nagły pośpiech, wytłumaczył się bólem, jaki mu rana sprawiała.
Jeźdźców widać naturalnie na większy dystans, niż pieszych. Pierwsi znajdowali się w takiej odległości, że prawdopodobnie jeszcze nie zauważyli Hartleya i jego towarzysza. Na tem ścigany budował plan ocalenia. Musiał sobie powiedzieć, że opór nie zda się na nic i, gdyby ich dopędzono, to byliby obaj zgubieni. Ocaleć mógł co najwyżej jeden; drugi musiał paść ofiarą. — A tym drugim miał być naturalnie pisarz; nie powinien się jednak domyślać, jakie mu grozi niebezpieczeństwo i dlatego chytry jankes milczał.
Tak szli szybko coraz dalej i dalej, aż dotarli do zagajnika, złożonego z gęstych zarośli, nad któremi wznosiły się wierzchołki kilku hikorysów, dębów, orzechów i wiązów wodnych. Lasek nie był głęboki, ale ciągnął się daleko na prawo. Kiedy go przeszli i znaleźli się po drugiej stronie, jankes przystanął.
— Master Heller! — rzekł. — Zastanowiłem się nad tem, jakim ciężarem jestem dla was. Wy udajecie się do Sheridanu i musieliście z mojego powodu zejść z prostej drogi. Kto wie, czy i kiedy znajdziemy w dotychczasowym kierunku jaką farmę; musielibyście wówczas całemi dniami męczyć się ze mną, gdy tymczasem jest bardzo prosty sposób uniknięcia tej ofiary.
— Tak? Jakiż to? — zapytał Heller.
— Idźcie dalej w imię Boże, a ja wrócę na farmę, z której wyszedłem, zanim się z wami spotkałem.
— Na to nie mogę się zgodzić; to zbyt daleko.
— Wcale nie. Szedłem najpierw w kierunku Zachodnim, a potem z wami wprost na północ, a więc pod kątem prostym; jeśli go teraz przetnę, to będę miał niecałe trzy godziny drogi, a tyle wytrzymam z pewnością.
— Tak myślicie? No, dobrze; ale ja pójdę z wami. Przyrzekłem, że was nie opuszczę.
— Muszę was zwolnić z przyrzeczenia. Żona bowiem farmera, do którego się udaję, jak mi opowiadała, jest siostrą szeryfa z Kinsley. Gdyby was stamtąd ścigano, to idę o zakład, że szeryf pośle przedewszystkiem jej ostrzeżenie. Wpadlibyście im poprostu w ręce.
— Ha! w takim razie nie pójdę! — zawołał Heller przerażony. — Czy rzeczywiście chcecie się tam udać?
— Tak. To będzie najlepsze dla mnie, a również i dla was.
Szarlatan począł Hellerowi przedstawiać korzyści tego postanowienia w sposób tak oczywisty i natarczywy, że biedny pisarzyna zgodził się wreszcie na rozstanie. Hartley odebrał od niego skrzynkę, uścisnęli sobie ręce, życząc szczęśliwej drogi, i rozstali się wreszcie. Heller poszedł dalej w stronę otwartej prerji. Hartley patrząc za nim, mówił do siebie:
— Żal mi tego biedaka; ale nie może być inaczej. Gdyby pozostał przy mnie, toby i tak zginął, a ja musiałbym umrzeć razem z nim. Ale teraz najwyższy czas w drogę. Kiedy go dopędzą i zapytają o mnie, to im powie, że poszedłem na prawo. Udam się więc na lewo i wyszukam sobie jakieś miejsce, gdziebym się mógł ukryć.
Nie był wprawdzie ani myśliwym, ani zastawiaczem sideł, ale wiedział, że nie powinien zostawiać za sobą śladów, i słyszał także czasem, co należy robić, aby zatrzeć tropy, Wcisnąwszy się więc w zarośla, wyszukał takie miejsce, na którem nie widać było odcisków nóg; jeśli zaś zauważył je za sobą, zacierał starannie zdrową ręką. To też posuwał się naprzód bardzo powoli; ale wreszcie znalazł na szczęście miejsce, gdzie krzaki stały tak gęsto obok siebie, że wzrok nie mógł ich przebić. Wcisnąwszy się tam, złożył na ziemi skrzynkę i usiadł na niej. Zaledwie to zrobił, usłyszał głosy trzech jeźdźców i stąpanie koni. Przejechali obok, nie zauważywszy, że ślad był odtąd pojedynczy.
Jankes rozsunął ostrożnie gałęzie tak, że mógł spojrzeć na prerję. Woddali szedł Heller. Trampi, zobaczywszy go, puścili konie galopem. Tamten usłyszał ich teraz, a obróciwszy się, stanął przerażony. Wkrótce dopędzili go i o coś zagadnęli, a on wskazał na wschód; widocznie mówił im, że jankes wrócił w tym kierunku na farmę. Potem rozległ się huk pistoletu i Heller padł na ziemię.
— Stało się! — mruknął Hartley. — Czekajcie, łotry! Jeśli was jeszcze kiedy spotkam, to drogo zapłacicie za ten strzał! Ciekawy jestem, co teraz zrobią.
Widział, że trampi zsiedli z koni i zajęli się zabitym. Potem, po naradzie, kornel przerzucił przez siodło zamordowanego i ku wielkiemu ździwieniu jankesa zawrócił, obaj zaś jego wspólnicy pojechali dalej. Kiedy kornel dotarł do zarośli, wparł w nie konia dość głęboko, aby zrzucić trupa. Wycofawszy konia, odjechał, ale dokąd, tego Hartley nie mógł dojrzeć; przez krótki czas słyszał jeszcze uderzenia kopyt; potem wszystko ucichło.
Jankesa ogarnęła zgroza. Teraz prawie żałował, że nie ostrzegł pisarza. Był świadkiem strasznego czynu; nadto trup leżał w jego pobliżu; chętnie byłby się stamtąd oddalił, nie miał jednak odwagi, bo przypuszczał, że kornel będzie go szukał. Tak przeszedł kwadrans, jeden, drugi; wtedy postanowił opuścić okropne miejsce. Spojrzał jednak przedtem jeszcze raz na prerję i zobaczył coś, co go zmusiło pozostać w kryjówce. —
Z prawej strony jechał przez prerję jeździec, prowadząc obok luźnego konia. Natknąwszy się na ślad obu trampów, zsiadł z wierzchowca, a potem obejrzał się uważnie na wszystkie strony i schylił, aby zbadać trop; ruszył za śladem, — a konie szły dobrowolnie za nim — aż do miejsca, gdzie popełniono mord. Tu znowu się zatrzymał, aby je obejrzeć. Dopiero po dłuższym czasie wyprostował się i począł zbliżać. Utkwiwszy oczy w ziemię, szedł śladem kornela. Może o pięćdziesiąt kroków od zarośli stanął, wydał charakterystyczny głos gardłowy i wskazał ręką ku krzakom. Odnosiło się to widocznie do konia, bo uskoczył, zatoczył niewielki łuk i podbiegł ku zaroślom, wciągając powietrze w szeroko otwarte nozdrza. Ponieważ jednak — nie okazywał niepokoju, jeździec zbliżył się również.
Teraz jankes poznał, że ma przed sobą Indjanina. Ten miał na sobie legginy ozdobione frędzlami i bluzę myśliwską również z frędzlami i wyszywaniami na szwach. Małe stopy tkwiły w mokasynach. Długie, czarne włosy były zebrane w węzeł, podobny do hełmu, ale nie tkwiło w nich ani jedno orle pióro. Z szyi jego zwieszał potrójny łańcuch z pazurów niedźwiedzich z fajką pokoju i workiem na gusła. W ręce trzymał dwururkę, której kolba obita była licznemi srebrnemi gwoździami. Twarz jego matowa, jasno-brunatna, z lekkim nalotem bronzowym, miała rysy prawie rzymskie, a tylko nieco wydatniejsze kości policzkowe zdradzały typ rasy amerykańskiej.
Właściwie sąsiedztwo czerwonego mogło jankesa, który nie cierpiał na nadmiar odwagi, przejąć obawą. Ale im dłużej wpatrywał się w twarz Indjanina, tem więcej nabierał przekonania, że obawa była nie na miejscu. Czerwony zbliżył się może na dwadzieścia kroków; koń jego poszedł jeszcze dalej, podczas gdy drugi trzymał się za jeźdźcem. Teraz... podniósł już małe i zgrabne kopyto, aby zrobić dalszy krok, gdy nagle stanął na tylnych nogach i rzucił się wstecz z głośnem, ostrzegawczem parsknięciem; poczuł bowiem woń jankesa, czy też odór trupa. Indjanin błyskawicznie uskoczył wbok i znikł, a z nim i drugi koń.
Hartley przez długą, długą chwilę wstrzymywał oddech w piersiach, gdy nagle uszu jego doszedł napół zduszony dźwięk. Usłyszał wyraz „uff“, a kiedy obrócił twarz w stronę, skąd głos go doszedł, ujrzał, że Indjanin klęczy nad trupem pisarza i bada go. Potem poczołgał się czerwony zpowrotem i nie było go widać może przez kwadrans; nagle jankes wzdrygnął się przerażony, bo tuż obok niego zabrzmiały słowa:
— Dlaczego blada twarz siedzi ukryta? Dlaczego nie wyjdzie, aby się pokazać oczom czerwonego wojownika? Czyby mi nie mogła powiedzieć, dokąd uszli mordercy drugiej bladej twarzy?
Kiedy Hartley odwrócił głowę, ujrzał Indjanina, klęczącego obok z nożem w ręce. Słowa te dowodziły, że dobrze odczytał ślady i z nadzwyczajną bystrością wytłumaczył je sobie. Nie uważał jankesa za mordercę, a ów uspokojony tem, odpowiedział:
— Ukryłem się przed nimi. Dwu udało się na prerję, a trzeci rzucił tu trupa; ja pozostałem w ukryciu, bo nie wiem, czy on już odszedł, czy jeszcze nie.
— Odszedł! Ślad jego prowadzi przez zarośla, a potem na wschód.
— Udał się do farmy, aby mnie ścigać. Ale czy rzeczywiście niema go już tutaj?
— Nie, mój biały brat i ja jesteśmy jedynemi żywemi istotami. Wyjdź na wolne miejsce i opowiedz mi, co zaszło.
Czerwony doskonale władał angielskim, a to, co mówił, i sposób, w jaki przemawiał, natchnął jankesa zaufaniem; wypełznął z zarośli i ujrzał, kiedy już krzaki miał za sobą, że konie były uwiązane na boku na dość długich linewkach. Czerwony przyglądał się białemu wzrokiem, który zdawał się wszystko przenikać, a potem rzekł:
— Od południa nadeszło dwu ludzi; jeden ukrył się tutaj; tym byłeś ty; drugi poszedł dalej na prerję. Potem przybyło trzech jeźdźców, którzy go ścigali; ci wpakowali mu kulę w głowę. Dwóch odjechało. Trzeci wziął trupa na konia, podjechał ku zaroślom, wrzucił go tutaj, a potem ruszył galopem na wschód. Czy tak?
— Tak. Zupełnie tak! — potwierdził Hartley.
— Czy możesz mi powiedzieć, dlaczego zabito twego białego brata? Kto ty jesteś i co robisz w tej okolicy? Czy ci sami trzej ludzie zranili cię w ramię?
Przyjazny ton, w jakim te pytania zadał, świadczył, że czerwony jest dla niego dobrze usposobiony i że nie żywi wobec niego żadnych podejrzeń. Dlatego odpowiedział na postawione sobie pytania. Indjanin słuchając nie patrzył na niego, potem jednak obrócił nań przenikliwy wzrok i zapytał:
— A więc twój towarzysz musiał za ciebie narazić swe życie?
Jankes spuścił oczy i odpowiedział, prawie jąkając się:
— Nie! Prosiłem go, aby się ze mną ukrył, ale on nie chciał.
— Czy pokazałeś mu, że mordercy idą za wami?
— Tak.
— I powiedziałeś, że chcesz się tu ukryć?
— Tak.
— Dlaczego wskazał on mordercy, kiedy ten pytał o ciebie, farmę na wschód stąd?
— Aby go oszukać.
— A więc chciał cię ocalić. To był dzielny towarzysz! Czy ty byłeś jego godnym? Tylko Wielki Manitou wie wszystko! moje oko nie może wejrzeć w twe serce. Gdyby to było możliwe, to musiałbyś się może wstydzić przede mną; ja będę milczał; twój Bóg niech będzie twoim sędzią. Czy znasz mnie?
— Nie, — odpowiedział Hartley pokornie.
— Jestem Winnetou, wódz Apaczów. Moja ręka ściga złych ludzi, moje ramię ochrania każdego, kto ma czyste sumienie. Obejrzę twą ranę; przedtem jednak powiedz, dlaczego mordercy zawrócili, aby was ścigać? Czy wiesz to?
Hartley słyszał już nieraz o Winnetou, to też odpowiedział ze zdwojoną uprzejmością:
— Powiedziałem ci to już. Chcieli nas usunąć, abyśmy nie mogli zdradzić, że mię obrabowali.
— Nie! Gdyby tak było, to sprzątnęliby was natychmiast. Musiał być jakiś inny powód, który im przyszedł dopiero później do głowy. Czy obszukali cię dokładnie?
— Tak.
— I zabrali ci wszystko? Czy i twemu towarzyszowi?
— Nie. On im powiedział, że jest biednym zbiegiem, a na dowód pokazał im list.
— List? Czy oni go zatrzymali?
— Nie. Dostał go zpowrotem.
— Gdzie go schował?
— Do kieszeni surduta na piersiach.
— Niema go tam. Przeszukałem wszystkie kieszenie zabitego, ale żadnego listu nie znalazłem. A więc to pismo skłoniło ich do tego, że zawrócili, aby was ścigać.
— Chyba nie!
Indjanin nie odpowiedział, lecz wyniósłszy trupa z zarośli, obszukał jeszcze raz jego kieszenie. Stan zmarłego przejmował grozą, nie z powodu ran od kuli, lecz ponieważ mordercy pokrajali mu twarz nożami wszerz i wzdłuż tak, że zupełnie nie można go było poznać. Kieszenie były puste; karabin zabrano naturalnie także.
Indjanin patrzył zamyślony wdal, a potem wyrzekł tonem najgłębszego przekonania:
— Twój towarzysz chciał się dostać do Sheridanu; dwaj mordercy pojechali na północ, właśnie w kierunku tej miejscowości, a więc chcą się także tam dostać. Dlaczego zabrali mu list? Bo jest im potrzebny, chcą się nim posłużyć. Dlaczego tak zeszpecili twarz zabitego? Aby go nie można było poznać. Nikt nie powinien wiedzieć, że Heller zginął, bo jeden z morderców chce się podszyć pod jego nazwisko.
— Ale w jakim celu?
— Tego wprawdzie nie wiem, ale się dowiem.
— A więc chcesz się także tam udać za nimi?
— Tak. Zdążałem nad Smocky-hill-river, a Sheridan leży w jej pobliżu; jeśli pojadę do tej miejscowości, to nie o wiele nadłożę drogi. Te blade twarze z pewnością knują coś złego. Muszę pokrzyżować ich plany. Czy mój biały brat uda się tam ze mną?
— Chciałem się dostać do najbliższej farmy, aby wyleczyć się z rany. Naturalnie wolałbym pójść do Sheridanu. Może tam odbiorę zrabowane mi pieniądze.
— To pojedziesz ze mną,
— Ale moja rana?
— Zaraz ją zbadam. Na farmie miałby wprawdzie mój biały brat opiekę, ale nie byłoby tam lekarza. Winnetou rozumie się na leczeniu ran; umie składać strzaskane kości i posiada znakomity środek na gorączkę z ran. Pokaż mi ramię!
Pisarz już rozciął jankesowi rękaw fraka, to też przyszło mu teraz bez trudu obnażenie ramienia. Winnetou zbadał je i oświadczył, że rana nie jest tak ciężką, jak się wydaje. Ponieważ strzał dano zbliska, kula nie strzaskała kości, tylko przebiła ją gładko. Czerwony wyjął z torby przy siodle jakąś zasuszoną roślinę, zwilżył ją i przyłożył do rany. Potem wystrugał z drzewa dwie deszczułki i przy ich pomocy zawiązał ramię tak kunsztownie, że lepiej nie sprawiłby się najwytrawniejszy lekarz.
— Mój brat może spokojnie ze mną jechać. Gorączka wcale nie przyjdzie, albo dopiero wtedy, gdy już dawno będziemy w Sheridanie.
— Czy nie powinniśmy przedtem starać się dowiedzieć, co robi trzeci z morderców?
— Nie, on szuka ciebie, a nie znalazłszy twych śladów, pójdzie za tamtymi. Może ma jeszcze innych wspólników, których zechce przedtem wyszukać, aby wraz z nimi udać się do Sheridanu. Ja przybywam z okolic zamieszkałych i dowiedziałem się, że w Kanzas zbiera się wiele tych bladych twarzy, które nazywają trampami. Możliwe, że mordercy należą do tych ludzi i że trampi knują coś przeciw Sheridanowi. Nie możemy tracić czasu; musimy jechać prędko, aby ostrzec tamtejszych białych. Winnetou wie, dokąd udają się mordercy i nie potrzebuje szukać ich tropów. Pojedziemy inną drogą.
— A kiedy przybędziemy do Sheridanu?
— Nie wiem, jak mój brat jeździ.
— No, mistrzem w jeździe konnej naturalnie nie jestem. Mało siedziałem na siodle, ale zrzucić się z niego nie dam.
— Więc nie będziemy się śpieszyć, zato nadrobimy to ciągłą jazdą. Będziemy jechać przez całą noc i rano staniemy na miejscu. Ci, za którymi pójdziemy, rozbiją na noc obóz, przybędą więc później niż my.
— A co się stanie ze zwłokami biednego Hellera?
— Pochowamy je, a mój brat niech odmówi nad nim modlitwę.
Ziemia była miękka, to też, choć mogli użyć tylko noży, bardzo prędko stanął grób gotowy; złożyli w nim zmarłego i zasypali go wyrzuconą ziemią. Jankes zdjął kapelusz i złożył dłonie do modlitwy. Apacz patrzył poważnie w zachodzące słońce, jakby oczy jego starały się tam na zachodzie dojrzeć Wieczne Ostępy. Chociaż poganin, modlił się z wszelką pewnością. —
— Niech biały brat dosiędzie mojego zwierzęcia — odezwał się, kiedy poszli do koni. — Ma chód spokojny, jednostajny i równy jak kanoe[4] na wodzie. Ja siądę na luźnego.
Dosiadłszy koni, ujechali szmat drogi na zachód, potem skręcili ku północy. Konie szły tak raźno i rzeźko, jakby dopiero wróciły z pastwiska. Słońce zapadało coraz niżej i niżej, aby wreszcie skryć się pod widnokręgiem; zmierzch bardzo szybko zgęstniał w ciemną noc, przejmując jankesa obawą.
— Czy aby nie zbłądzisz w tej ciemności?
— Winnetou nigdy nie zbłądzi, ani w dzień, ani w nocy. —
Tak, Winnetou był jak gwiazda, która zawsze znajduje się na właściwym miejscu, i znał wszystkie okolice swego kraju tak dokładnie, jak Europejczycy wnętrza swych domów. —
— Ale jest tyle przeszkód, których nie można zobaczyć!
— Oczy Winnetou widzą także w nocy. A czego on nie może zauważyć, to nie ujdzie baczności jego konia. Niech mój brat jedzie nie obok mnie, ale za mną, to koń jego nie uczyni fałszywego kroku. —
Jakże pewnie poruszali się koń i jeździec! To stępa, to kłusem, to nawet galopem jechano godzinę za godziną, omijając każdą przeszkodę. Należało objeżdżać bagna i brodzić przez potoki; Winnetou zawsze wiedział, gdzie się znajduje. To uspokoiło jankesa. Zwłaszcza ramię napawało go troską, ale zioło działało nadzwyczajnie. Często nie czuł nawet wcale bólu i nie mógł się na nic skarżyć, chyba na niewygody tej niezwykłej jazdy. Kilkakrotnie zatrzymano się, aby napoić konie i zwilżyć opatrunek zimną wodą. Po północy Winnetou wyjął kawałek mięsa i zmusił Hartleya do spożycia go. Zresztą nie przerywali podróży, a kiedy wzmagający się chłód zwiastował poranek, Hartley musiał sobie powiedzieć, że czuje się zupełnie dobrze.
Wnet poczęło szarzeć na wschodzie, jednakże nie można było rozeznać okolicy, bo ziemię zasłaniała gęsta mgła.
— To są opary Smocky-hill-river, — oświadczył wódz. — Wkrótce dostaniemy się do niej.
Widać było, że chce jeszcze dalej mówić, ale wstrzymał konia i począł nadsłuchiwać, gdyż z lewej strony zbliżał się miarowy tupot koni. Jakiś jeździec galopem przemknął obok, błyskawicznie jak zjawa, Nie widzieli ani jego, ani konia; mignął tylko ciemny kapelusz z szerokiemi kresami.
— Uff! — zawołał Winnetou ździwiony. — Blada twarz! Tak jeździć, jak ten, umie tylko niewielu białych. Tak jeżdżą Old Shatterhand i Old Firehand; pierwszego tu niema, bo mam się z nim spotkać w górach przy Srebrnem jeziorze; ale Old Firehand ma się teraz znajdować w Kanzas. Czyżby to on był?
— Old Firehand? — To sławny westman!
— On i Old Shatterhand to najlepsze, najdzielniejsze i najbardziej doświadczone blade twarze, jakie Winnetou zna. On jest ich przyjacielem.
— Zdaje się, że ten człowiek bardzo się śpieszy. Dokąd on jedzie?
— Do Sheridanu, bo jedzie w tym samym kierunku, co i my. Na lewo leży Eagle-tail, a przed nami znajduje się bród, prowadzący przez rzekę. Zaraz się tam dostaniemy. W Sheridanie zaś dowiemy się, kto był tym jeźdźcem.
Mgły zaczęły się rozwiewać; wiatr poranny rozpędził je i wkrótce ujrzeli przed sobą Smocky-hill-river. I tu Apacz okazał, swą nadzwyczajną zdolność orjentacji. Do brzegu dotarł dokładnie w tem miejscu, gdzie się bród znajdował. Woda sięgała koniom zaledwie po brzuchy, tak, że przeprawa wypadła bezpiecznie i łatwo.

Dostawszy się na drugą stronę, musieli jeźdźcy przejść przez zarośla, ciągnące się wzdłuż brzegu, a potem jechali znowu przez otwartą prerję, aż oczom ich ukazał się cel podróży, Sheridan.





III
SIDŁA NA ŁOWCÓW.

W czasie, kiedy odbywają się zdarzenia tu opowiedziane, Sheridan nie było ani miastem, ani miasteczkiem, tylko świeżo założoną osadą robotników kolejowych. A więc spora ilość domów zbudowanych z kamienia, lepianek i baraków; budowle nędzne, nad drzwiami których widniały jednak najdumniejsze napisy; wreszcie kilka bardzo miłych mieszkań drewnianych, które każdej chwili można było rozebrać i złożyć zpowrotem na innem miejscu. Największy z tych budynków stał na wyniosłości i miał widoczną zdaleka wywieszkę: Charles Charoy, inżynier. Tam zajechali nasi dwaj znajomi i zsiedli przed drzwiami, obok których stał uwiązany koń, osiodłany i okiełzany na sposób indjański.
— Uff! — odezwał się Winnetou, patrząc na niego roziskrzonem okiem. — Ten koń wart dobrego jeźdźca. Należy z pewnością do tej bladej twarzy, która przejechała obok nas.
Zsiadłszy z koni, przywiązali je również. W pobliżu nie było nikogo z powodu wczesnej godziny. Drzwi jednak stały otwarte; weszli do środka. Naprzeciw nich wyszedł murzyn i zapytał, czego sobie życzą. Zanim jeszcze mogli odpowiedzieć, otwarły się zboku drzwi i ukazał się młody jeszcze biały, przypatrując się okiem zdumionem, lecz przyjaznem Apaczowi. Był to inżynier. Jego nazwisko, bronzowa cera i ciemne kręcone włosy, kazały się domyślać, że pochodzi ze stanów południowych, z rodziny pierwotnie francuskiej.
— Kogo szukacie tu o tak wczesnej porze, messurs? — zapytał, składając czerwonemu ukłon pełen szacunku.
— Szukamy inżyniera mr. Charoy, — odpowiedział ów biegłą angielszczyzną, przyczem nawet francuskie nazwisko wymówił zupełnie poprawnie.
— Well, ja nim jestem. Bądźcie tak uprzejmi i wejdźcie!
Cofnął się do pokoju tak, że dwaj przybysze mogli wejść za nim. Pokój był mały i skromnie urządzony. Przybory do pisania, leżące na meblach, pozwalały się domyślać, że to biuro inżyniera. Gospodarz przysunął gościom dwa krzesła i czekał z widocznem zaciekawieniem. Jankes usiadł zaraz, lecz Indjanin stał jeszcze uprzejmie, skinął na powitanie głową i począł:
— Jestem Winnetou, wódz Apaczów...
— Wiem o tem.
— Wiesz o tem? — zapytał czerwony. — Czy widziałeś mię kiedy?
— Nie, ale jest tu ktoś, kto cię zna i widział przez okno, jak zbliżaliście się. Jestem niezmiernie uradowany, że mam sposobność poznać słynnego Winnetou. Usiądź i powiedz, co cię do mnie sprowadza; potem poproszę cię, abyś był moim gościem.
Indjanin usiadł na krześle i odpowiedział:
— Czy znasz bladą twarz, która mieszka w Kinsley i nazywa się Bent Norton?
— Tak, bardzo dobrze. Ten człowiek jest moim zażyłym przyjacielem, — odparł zapytany.
— A czy znasz także bladą twarz Hellera, pisarza tamtego?
— Nie. Odkąd mój przyjaciel mieszka w Kinsley, nie odwiedzałem go jeszcze.
— Ten pisarz przyjdzie dziś do ciebie z jeszcze jednym białym, aby ci wręczyć list polecający od Nortona. Pierwszego umieścisz w swem biurze, a drugiemu dasz robotę. Te dwie blade twarze są mordercami! Jeśli będziesz rozumnie postępował, to dowiemy się, skoro się z tobą rozmówią, do jakiego celu zmierzają.
— Czy może chcą mnie zamordować? — zapytał Charoy, uśmiechając się z niedowierzaniem.
— Może! — potwierdził poważnie Winnetou. — I nie tylko ciebie, ale i innych. Uważam ich za trampów.
— Za trampów? — zapytał inżynier szybko. — Ach, to co innego. Właśnie dowiedziałem się, że banda trampów zmierza do Eagle-tail tutaj, aby nas obrabować. Te draby mają ochotę na naszą kasę.
— Od kogo się o tem dowiedziałeś?
— Od... no, lepiej będzie, jeśli nie wymienię nazwiska tego człowieka, lecz go sprowadzę.
Twarz jego jaśniała zadowoleniem, że może czerwonemu zgotować radosną niespodziankę; zaraz też otworzył drzwi do bocznego pokoju, z którego wyszedł Old Firehand. Jeśli inżynier myślał, że czerwony będzie się rozpływał w słowach zachwytu, to nie znał zwyczajów Indjan. Żaden czerwony wojownik w obecności drugiego człowieka nie da wpadającego w oczy wyrazu swej radości, czy boleści. To też, chociaż oczy Apacza zabłysły, pozostał jednak spokojny; podszedł ku myśliwemu i wyciągnął do niego rękę. Ten przyciągnął go do swej szerokiej piersi, ucałował w oba policzki i odezwał się głosem wzruszonym, w którym dźwięczała radość:
— Mój przyjacielu! mój kochany bracie! Jakże się ździwiłem i uradowałem, zobaczywszy cię, gdyś nadjechał i zsiadał z konia! Jakżeż długo nie widzieliśmy się!
Ja widziałem cię dziś o brzasku dnia, — odpowiedział Indjanin, — kiedy z tamtej strony rzeki przemknąłeś obok nas wśród mgły.
— I nie zawołałeś mnie?
— Mgła tak cię osłaniała, że nie mogłem dokładnie postaci rozpoznać, a ty przemknąłeś obok nas, jak burza po równinie.
— Musiałem prędko jechać, aby przybyć tu wcześniej, niż trampi. Również musiałem sam podjąć się tej jazdy, bo sprawa jest tak ważna, że nie mogłem jej nikomu innemu powierzyć. Nadciąga przeszło dwustu trampów.
— A więc się nie myliłem. Mordercy są szpiegami, idącymi przodem.
— Czy mogę się dowiedzieć, jak się ma sprawa z tymi ludźmi?
— Wódz Apaczów nie jest mężem języka, lecz czynu. Tu jednak stoi blada twarz, która wszystko dokładnie opowie.
Wskazał przytem na Hartleya, który przy wejściu Old Firehanda podniósł się z krzesła i jeszcze teraz przyglądał się z podziwem olbrzymowi. —
Kiedy wszyscy usiedli. Hartley opowiedział swe wczorajsze przeżycia, a potem Old Firehand przedstawił im, jak mógł najzwięźlej, swoje spotkanie z rudym kornelem na steamerze, u rafterów, a wreszcie na farmie Butlera. Teraz kazał sobie opisać herszta owych trzech drabów, tego, który zastrzelił pisarza. Kiedy jankesowi udało się możliwie wiernie opisać wygląd mordercy, odezwał się myśliwy:
— Założę się, że to był kornel. Włosy ufarbował sobie na ciemno. Prawdopodobnie wpadnie mi wreszcie w ręce!
— Wtedy zapłaci za wszystkie łajdactwa, — irytował się inżynier. — Przeszło dwustu trampów! Tożby dopiero było morderstw, pożogi i spustoszenia! Messurs, jesteście naszymi zbawcami i nie wiem, jak mam wam podziękować! Ten kornel musiał się w jakiś sposób dowiedzieć, że otrzymuję pieniądze dla całej linji, które potem rozdzielam do wypłaty między kolegów. Teraz, kiedy zostałem ostrzeżony, może przyjść ze swymi trampami! Będziemy czekać z bronią w ręku!
— Nie bądźcie zanadto pewni swego bezpieczeństwa, — ostrzegał Old Firehand. — Dwustu gotowych na wszystko drabów także coś znaczy!
— A niech będzie! Lecz ja mogę w przeciągu kilku godzin mieć tysiąc robotników kolejowych.
— Czy jednak dobrze uzbrojonych?
— Każdy ma jakąś broń. Z braku innej zastąpią ją noże, rydle i łopaty.
— Rydle i łopaty przeciw dwustu strzelbom? Toby sprowadziło taki rozlew krwi, że nie chciałbym za to odpowiadać.
— No, to z fortu Wallace przyślą mi chętnie około stu żołnierzy.
— Odwaga godna pochwały, sir; ale podstęp zawsze lepszy, niż przemoc. Jeślibym mógł nieprzyjaciela podstępem unieszkodliwić, dlaczego miałbym poświęcać życie tylu ludzi?
— O jakim podstępie myślicie, sir? Chętnie uczynię, co mi poradzicie. Wy jesteście zupełnie innym człowiekiem, niż ja, i gdybyście się zgodzili, jestem gotów natychmiast oddać wam dowództwo nad osadą i moimi ludźmi.
— Nie tak prędko, sir! Przedewszystkiem trampi nie powinni się domyślać, że zostaliście ostrzeżeni. Nie powinni wiedzieć o naszym pobycie tutaj. Czy macie jaką kryjówkę dla koni?
— Te mogę zaraz ukryć, sir. Szczęściem przybyliście tak wcześnie, że robotnicy was nie widzieli, bo szpiedzy mogliby się od nich o tem dowiedzieć. Mój murzyn, który jest chłopcem wiernym, zaraz ukryje konie i będzie miał o nie staranie.
— Dobrze, wydajcie mu odpowiedni rozkaz! A wy sami musicie wziąć na siebie tego master Hartleya. Użyczcie mu jakiego łóżka, aby się mógł położyć. Ale nikt nie powinien wiedzieć o jego obecności tutaj, nikt oprócz nas, murzyna i lekarza; lekarz chyba tu jest?
— Tak. Zaraz każę go zawołać.
Inżynier oddalił się z jankesem, który poszedł za nim bardzo chętnie, bo czuł się teraz znużonym. Kiedy po pewnym czasie powrócił, oznajmiając, że już zajęto się zarówno rannym, jak i końmi, rzekł Old Firehand:
— Chciałem uniknąć wszelkich narad w obecności tego szarlatana, bo mu nie dowierzam. W jego opowiadaniu jeden szczegół jest niejasny. Mam wrażenie, że wysłał on tego biednego pisarza rozmyślnie na śmierć, aby siebie samego ocalić. Z takimi ludźmi nie chcę mieć nic do czynienia.
— A więc przedstawicie nam jaki plan? — zapytał inżynier zaciekawiony.
— Nie. Plan możemy ułożyć dopiero wtedy, gdy poznamy zamiary trampów, a to nie nastąpi wcześniej aż nadejdą szpiedzy i rozmówią się z wami,
— Słusznie! Musimy więc uzbroić się na pewien czas w cierpliwość.
Teraz Winnetou podniósł rękę na znak, że jest innego zdania, i rzekł:
— Każdy wojownik może walczyć w dwojaki sposób; może sam zaatakować lub tylko bronić się. Winnetou, jeśli nie wie, czy i jak się bronić, to raczej sam atakuje. To jest sposób szybszy, pewniejszy, a także dzielniejszy.
— A więc mój czerwony brat nie chce nic wiedzieć o planie trampów? — zapytał Old Firehand.
— On go naturalnie pozna; ale dlaczego wódz Apaczów ma pozwolić się zmusić działać według ich planu, jeśli łatwo mu przyjdzie zmusić ich stosować się do jego planu?
— Ach, więc masz już jakiś plan?
— Tak. Te kreatury nie są wojownikami, z którymi można walczyć uczciwie, lecz wściekłemi psami, które należy kijami zabijać. Dlaczego miałbym czekać, aż taki pies mię ugryzie, gdy mogę przedtem zabić go uderzeniem kija lub zdusić w sidłach!
— Czy znasz takie sidła na trampów?
— Znam i zastawimy je. Te kujoty przyjdą tu, aby obrabować kasę. Jeśli kasa będzie tutaj, to oni przyjdą tu, jeśli gdzieindziej, to udadzą się gdzieindziej, a gdyby się znajdowała w wozie ognistym, to wsiądą do niego i pojadą na własną zgubę, nie wyrządzając najmniejszej szkody ludziom, mieszkającym tutaj.
— Ach! zaczynam pojmować! — zawołał Old Firehand. — Co za plan! Czy sądzisz, że powinniśmy tych drabów zwabić do pociągu?
— Tak. Winnetou nie rozumie się na koniach ognistych i nie umie niemi kierować. Podał on plan, a moi biali bracia niechaj nad nim pomyślą.
— Zwabić do pociągu? — zapytał inżynier. — Ale w jakim celu? Możemy przecież czekać tutaj i zniszczyć ich z zasadzki.
— Przyczem jednak wielu z nas będzie musiało zginąć! — odparł Old Firehand. — Jeśli natomiast wsiądą do pociągu, to możemy ich zawieźć na takie miejsce, gdzie zmusimy ich do poddania się, a sami nie poniesiemy żadnej szkody.
— Ależ, im wcale nie przyjdzie do głowy wsiadać!
— Wsiądą, jeśli ich zwabimy przy pomocy kasy.
— A więc mam wstawić kasę do pociągu?
Było to pytanie, jakiego trudno się było spodziewać po tym bystrego umysłu inżynierze. Winnetou zrobił lekceważący ruch ręką, a Old Firehand odpowiedział:
— A kto wymaga tego od was? Jedynie trampi muszą być przekonani, że pieniądze znajdują się w pociągu. Przyjmijcie szpiega jako pisarza i udajcie, że macie do niego wielkie zaufanie. Powiedzcie mu w tajemnicy, że tu zatrzymuje się pociąg, który wiezie wielką sumę pieniędzy. Wtedy przyjdą na pewno i wszyscy wcisną się do wagonów. Jeśli się tam znajdą, to sprawa pójdzie dobrze. Czy nie macie do rozporządzenia w tym celu jakiego pociągu?
— O, tyle wagonów, ile tylko chcecie! A odpowiedzialność za to wziąłbym też chętnie na siebie, gdybym tylko mógł mieć jaką taką pewność, że się zamiar uda. Ale zachodzi jeszcze jedna kwestja. Kto ma pociąg prowadzić? To pewne, że trampi zastrzelą maszynistę i palacza.
— Pshaw! Maszynista się zapewne znajdzie, a palaczom będę ja. Bliższe szczegóły potem omówimy. Przypuszczam, że trampi przyjdą jeszcze dziś do Eagle-tail, bo tam przedewszystkiem zmierzają. Możemy więc przyjąć, że figiel ten da się wykonać jutro w nocy. Wtedy należałoby wybrać miejsce, dokąd drabów zawieziemy. Miejsce takie wyszukamy jaszcze przed południem, bo szpiedzy przyjdą zapewne już po południu. Czy macie drezynę, sir?
— Naturalnie.
— Dobrze. To pojedziemy my dwaj. Winnetou jechać nie może; musi pozostać w ukryciu, bo jego obecność mogłaby zdradzić nasze zamiary. Również i mnie nie powinien nikt poznać; dlatego przywiozłem ze sobą stare ubranie płócienne.
Inżynier robił minę coraz bardziej zaambarasowaną, a wreszcie odezwał się:
— Sir, mówicie o tej sprawie, jakby to nie było niczem nadzwyczajnem. Mnie jednak nie wydaje się to tak łatwe i naturalne. Jak zawiadomimy o tem trampów? Jak skłonimy ich do tego, aby się wygodnie dla nas ustawili?
— Co za pytanie! Ów nowy pisarz podsłucha was, a co wy mu powiecie, doniesie potajemnie trampom jako zupełnie pewne.
— No, dobrze! Ale jeśli im wpadnie do głowy myśl, nie wsiadać do pociągu? Gdyby woleli zerwać gdzie szyny i spowodować wykolejenie?
— Temu możecie łatwo zapobiec, gdy powiecie pisarzowi, że przed każdym takim pociągiem, ze względu na wartość jego ładunku, idzie maszyna próbna. Wtedy zaniechają zrywania szyn. Jeśli mądrze weźmiecie się do sprawy, pójdzie wszystko gładko. Pisarza musicie tak zatrudnić i uprzejmością starać się go tak ująć, żeby nie opuścił domu, aż do udania się na spoczynek i żeby nie mógł z nikim rozmawiać. Potem wyznaczycie mu na piętrze izbę, któraby miała jedno okno. Płaski dach wznosi się nad niem tylko o pół łokcia; ja wyjdę na dach i będę słyszał każde wymówione słowo.
— Czy jesteście zdania, że będzie rozmawiał z kim z okna?
— Naturalnie. Jeden, ten tak zwany Heller, ma was śledzić, a drugi, co z nim przyjdzie, ma być pośrednikiem między nim a trampami. Z pewnością tak będzie i wnet się o tem przekonacie. Ten drugi zażąda także roboty, aby móc tutaj pozostać, ale nie obejmie jej zaraz pod jakimkolwiek pozorem, aby móc opuścić osadę według upodobania. Będzie próbował rozmówić się z pisarzem, by się czego dowiedzieć, a przed nocą nie będzie mógł się do niego dostać. O tej porze zaś będzie się kręcił koło domu; pisarz otworzy okno, a ja będę leżał na dachu, aby wszystko podsłuchać.
— Howgh! — potwierdził Indjanin. — Niech moi biali bracia poszukają teraz miejsca, gdzieby można pułapkę zastawić. Kiedy powrócą, ja wyślizgnę się stąd, aby nie siedzieć bezczynnie.
— Dokąd mój brat chce się udać?
—Winnetou jest wszędzie u siebie w domu, w lesie czy na prerji.
— Wódz Apaczów może mieć towarzyszy, jeśli zechce. Ja kazałem rafterom i myśliwym udać się na miejsce, leżące o godzinę jazdy poniżej Eagle-tail. Mają obserwować trampów. Z nimi jest również ciotka Droll.
— Uff! — zawołał Apacz, a jego poważna zwykle twarz przybrała wyraz wesołości. — Ciotka jest dzielną, odważną i mądrą bladą twarzą. Winnetou pójdzie do niej.
— Pięknie! Mój czerwony brat znajdzie tam jeszcze innych dzielnych mężów: Czarnego Toma, Humply-Billa i Gunstick-uncle’a; wszystko to ludzie, których imiona przynajmniej słyszał. Tymczasem jednak niech pójdzie do mojej izby i czeka, aż powrócimy,
Jeszcze przed przybyciem Apacza wyznaczył inżynier izdebkę Old Firehandowi, który udał się tam teraz z Winnetou, aby zwracający powszechną uwagę strój myśliwego zamienić na inny. — Wkrótce drezyna stała w pogotowiu. Old Firehand zajął wraz z inżynierem przednie siedzenia, a dwu robotników stanęło przy drążku, poruszającym koła. Po chwili drezyna toczyła się poprzez osadę, w której teraz widać było wszędzie pracujących, a potem wyjechała na tor, biegnący aż do Kit Karson. —
Tymczasem Apacz urządził się wygodnie i nie tracił sposobności przespania się chociaż przez czas krótki. Inżynier, po powrocie, obudził go. Dowiedziawszy się, że Old Firehand znalazł odpowiednie miejsce, skinął zadowolony:
— To dobrze! Te psy będą drżeć z trwogi i wyć ze strachu. Winnetou pojedzie teraz do ciotki Droll i powie jej i rafterom, by byli wpogotowiu.
Po tych słowach wymknął się z domu do kryjówki, gdzie stały konie. —
Zaledwie minęła południowa przerwa w pracy, gdy ujrzano dwu jeźdźców, zbliżających się powoli od strony rzeki. Z opisu, podanego przez jankesa, nie było wątpliwości, że są to oczekiwani. Zbudzono Harleya, a ten poznał ich z całą pewnością. Teraz udał się Old Firehand do izby, leżącej obok biura, aby przez uchylone drzwi przysłuchać się rozmowie.
Inżynier znajdował się w swym pokoju, kiedy owi dwaj ludzie weszli. Pozdrowili go grzecznie, a potem jeden wręczył mu list polecający, nie mówiąc początkowo nic o powodach swego przybycia. Inżynier przeczytał list.
— Byliście zajęci u mego przyjaciela Nortona? Jak mu się powodzi? — spytał.
Nastąpiły zwykłe w takich okolicznościach pytania i odpowiedzi. Zagadnięty o powód, jaki go wygnał z Kinsley, przybyły opowiedział jakąś bardzo żałosną historję, która wprawdzie zgadzała się z treścią listu, lecz którą jednak sam sobie wymyślił. Urzędnik wysłuchał go uważnie.
— Wasze smutne dzieje rzeczywiście wzbudzają we mnie współczucie, zwłaszcza, że, jak widzę z listu, posiadaliście życzliwość i zaufanie Nortona. Dlatego prośba jego o zajęcie was u mnie, nie będzie daremna. Wprawdzie mam już pisarza, ale od dłuższego czasu poszukuję człowieka, któremu mógłbym powierzyć listy ważne i wymagające zaufania. Czy mogę was do tego użyć?
— Sir! — odpowiedział z radością rzekomy Heller. — Spróbujcie! Jestem pewny, że będziecie ze mnie zadowoleni.
— Well! Spróbujemy. O wynagrodzeniu nie będziemy jeszcze teraz mówić; muszę was najpierw poznać, a to się stanie w ciągu kilku dni. Im będziecie zręczniejsi, tem lepiej was opłacę. Teraz jestem bardzo zajęty. Rozejrzcie się tymczasem po osadzie i wróćcie około godziny piątej. Będziecie mieszkać u mnie w domu i jeść przy moim stole, musicie się więc zastosować do porządku, jaki jest u mnie. Nie życzę sobie, byście się zadawali ze zwykłymi robotnikami. Punktualnie o dziesiątej zamyka się drzwi!
— To bardzo dobrze, sir, bo tak właśnie zawsze dotychczas żyłem. A teraz jeszcze jedna prośba, która dotyczy mojego towarzysza podróży. Czy nie mielibyście przypadkiem dla niego roboty?
— Jakiej roboty?
— Jakiejkolwiek, — odpowiedział drugi skromnie. — Cieszyłbym się, gdybym wogóle znalazł jakie zajęcie.
— Jak się nazywacie?
— Dugby. Spotkałem master Hellera po drodze i przyłączyłem się do niego, słysząc, że tu pracują koło kolei.
— A czem byliście dotychczas, mr. Dugby?
— Byłem dłuższy czas cowboyem [5] na farmie po tamtej stronie w okolicy Las Animas. To było życie próżniacze, jakiego nie mogłem dalej prowadzić, i odszedłem. Nadomiar w ostatnim dniu wdałem się w kłótnię z innym boyem, brutalem, który zranił mię nożem w rękę. Rana nie jest jeszcze zupełnie zagojona, spodziewam się jednak, że za dwa, lub trzy dni będę mógł użyć ręki do pracy, jeśli mi jaką zechcecie dać.
— Dobrze. Pracę możecie otrzymać każdej chwili. Pozostańcie więc tutaj i leczcie rękę, a gdy będzie zdrowa, zgłoście się. Teraz możecie odejść.
Kiedy opuścili biuro, inżynier udał się do Old Firehanda i powiedział:
— Mieliście zupełną słuszność, sir! Ten Dugby postarał się, aby nie musiał pracować, lecz by miał czas pójść do Eagle-tail. Ma rękę obandażowaną.
— Naturalnie jest zupełnie zdrowa. Dlaczego zamówiliście pisarza dopiero na godzinę piątą?
— Bo mam go zająć do czasu, aż pójdzie spać. Toby znużyło jego i mnie, a jemu mogłoby wydać się dziwnem, gdyby to trwało za długo.
— Bardzo słusznie. Do godziny dziesiątej brak jeszcze pełnych pięciu godzin. —
Tak więc pierwsza część przygotowań została ukończona; do drugiej można było przejść dopiero podsłuchawszy rozmowę obu trampów. Do tej chwili pozostawało jeszcze dużo czasu, który Old Firehand obrócił na spoczynek. Kiedy się obudził, było prawie ciemno; murzyn przyniósł mu wieczerzę. Koło godziny dziesiątej przyszedł inżynier z wiadomością, że pisarz dawno już zjadł kolację i teraz uda się do swego pokoju.
Old Firehand wyszedł więc na piętro, skąd czworokątne drzwi prowadziły na dach. Tam położył się i poczołgał ku krawędzi w to miejsce, gdzie było umieszczone odpowiednie okno.
Przez pewien czas leżał spokojnie, czekając, aż wreszcie usłyszał, że na dole otworzono drzwi. Do okna zbliżyły się czyjeś kroki, a blask światła padł przez nie na pole. Dach składał się z warstwy cienkich desek i przybitej do nich blachy cynkowej. Old Firehand słyszał pod sobą kroki pisarza, lecz i ten mógł łatwo usłyszeć jego poruszenia; należało zatem zachować wielką ostrożność.
Myśliwy natężył wzrok, chcąc przebić ciemności nocy, i udało mu się. W pobliżu smugi światła, padającego z okna, stała jakaś postać. Potem zabrzęczało okno, widocznie otwierane.
— Ośle! — odezwał się z gniewem cichy szept — Usuń przecież lampę; światło pada wprost na mnie!
— Tyś sam osioł! — odpowiedział pisarz. — Dlaczego przychodzisz już teraz? W domu jeszcze nie śpią. Przyjdź za godzinę!
— Dobrze! Ale powiedz przynajmniej, czy masz jakie wiadomości!
— I to jakie!
— Dobre?
— Nadzwyczajne! — O wiele, wiele lepsze, niż mogliśmy się spodziewać. Ale idź teraz, bo mógłby cię kto zobaczyć.
Okno zostało zamknięte, a postać zniknęła z pod domu. Teraz Old Firehand był zmuszony czekać jeszcze godzinę, i to bez ruchu, Czas mijał powoli, Wdole po domach i chatach płonęły światła, ale tu wgórze dookoła mieszkania inżyniera wszystko pogrążone było w głębokich ciemnościach. Wreszcie Old Firehand usłyszał, że otworzono okno; lampa już nie świeciła. To pisarz oczekiwał swego wspólnika. Niezadługo dało się słyszeć ciche skrzypnięcie podłogi, po której ktoś stąpał.
— Dugby! — szepnął pisarz z okna.
— Jestem, — odpowiedział wołany.
— Gdzie jesteś? Nie widzę.
— Tuż przy ścianie, prosto pod twojem oknem.
— Czy wszędzie w domu ciemno?
— Wszędzie. Obszedłem dom dwa razy dokoła. Nikt już nie czuwa. Czy masz mi co powiedzieć?
— Że nic nie będzie z tutejszą kasą. Tu mają pieniądze do wypłaty tylko za czternaście dni, a właśnie wczoraj był dzień wypłat. Musielibyśmy czekać całe dwa tygodnie, a to przecież niemożliwe. W kasie niema nawet trzystu dolarów; gra nie warta świeczki.
— I to nazwałeś przedtem znakomitą i wspaniałą wiadomością?
— Milcz! Z tutejszej kasy nie będzie wprawdzie nic, ale jutro w nocy będzie przechodził tędy pociąg z przeszło czterystoma tysiącami dolarów.
— Niedorzeczność!
— Nie! To prawda! Przekonałem się o tem na własne oczy. Pociąg przyjdzie z Kanzas City i odejdzie do Kit Karsen, gdzie pieniędzy mają użyć dla nowej linji. Czytałem list i depeszę o tem. Ten głupi inżynier ma do mnie zaufanie, jak do siebie samego.
— Co nam to pomoże! Pociąg przecież tylko przejedzie tędy!
— Głupcze! Zatrzymuje się na całe pięć minut
— Do pioruna!
— A ja i ty staniemy na lokomotywie!
— Do wszystkich djabłów! Chyba bredzisz?
— Ani mi się śni! Pociąg ma objąć w Carlyle osobny urzędnik; ten człowiek przyjedzie na lokomotywie aż tutaj, a potem pojedzie nawet do Wallace, aby tam oddać ładunek.
— A tym nadzwyczajnym urzędnikiem masz być właśnie ty?
— Tak! A ty masz, a raczej możesz jechać ze mną. Inżynier pozwolił mi wyszukać sobie drugiego człowieka, któryby ze mną pojechał, a kiedy go zapytałem, kogoby mi proponował, odpowiedział, że mi nie stawia żadnych ograniczeń. Rozumie się więc samo przez się, że wybiorę ciebie.
— Czy tak prędkie i wielkie zaufanie nie wydaje ci się podejrzanem?
— Właściwie tak. Ale wszystko wskazuje na to, że potrzebuje on człowieka zaufanego, a nigdy takiego nie miał. Ów słynny list polecający pomógł mi naturalnie także dużo. A przytem to tak prędkie zaufanie nie wydaje mi się tak bardzo zastanawiającem, bo jest przytem pewne „ale“. To zlecenie nie jest tak całkiem bezpieczne.
— Ach! To uspakaja mię całkowicie! Czy może tor niedbale zbudowany?
— Nie, chociaż tor jest właściwie tylko tymczasowy, jak to widziałem z ksiąg i planów. Ale możesz się chyba domyśleć, że przy tak wielkiej a nowej linji niema dostatecznej liczby wypróbowanych urzędników. Są tu maszyniści, których jeszcze się nie zna, a jako palacze zgłaszają się ludzie, o podejrzanem pochodzeniu i wyglądzie. Wyobraź sobie teraz, że taki maszynista i palacz prowadzą pociąg, wiozący prawie pół miljona dolarów. Gdyby ci dwaj ludzie porozumieli się, mogliby pociąg zatrzymać gdziekolwiek na linji i ulotnić się z pieniędzmi. Dlatego musi dozorować nad nimi urzędnik, a ponieważ tamtych jest dwu, więc ten ostatni może dobrać jeszcze pomocnika. Zrozumiałeś? Jest to pewnego rodzaju rola policjanta. Każdy z nas dwu, i ty i ja, będzie mieć w kieszeni naładowany rewolwer, ażeby zastrzelić natychmiast tych drabów, gdyby tylko zdradzili jakie zbrodnicze zamiary.
— A to komedja! My i pilnowanie pieniędzy! Zmusimy po drodze drabów do zatrzymania się i zabierzemy dolary.
— Tak się nie uda, bo oprócz maszynisty i palacza będzie jeszcze konduktor i urzędnik kasowy z Kanzas City, który powiezie pieniądze w kufrze, a obaj będą dobrze uzbrojeni. Gdyby nawet udało się nam palacza i maszynistę zmusić do zatrzymania pociągu, to ci dwaj nabraliby zaraz podejrzenia i broniliby się w wagonie. Nie, musimy się do tego zabrać w zupełnie inny sposób. Musimy napaść na pociąg z przeważającemi siłami i to w takiem miejscu, gdzie nie można się czegoś podobnego spodziewać, a więc tutaj.
— I myślisz, że się to uda?
— Naturalnie! Niema o to najmniejszej obawy i żadnemu z nas nie spadnie włos z głowy. Jestem tak pewny tego, że cię wyślę już teraz z wiadomością dla kornela.
— Niesposób jechać w tych mrokach; nie znam okolicy.
— Więc zaczekaj do rana; będzie to najwyższy czas, bo do południa muszę mieć wiadomość. Popędzaj konia, choćby miał paść.
— A co mam powiedzieć?
— To, coś ode mnie słyszał. Pociąg nadejdzie punktualnie o godzinie trzeciej w nocy. My dwaj wsiądziemy na lokomotywę, a skoro pociąg się zatrzyma, weźmiemy maszynistę i palacza na siebie. W razie potrzeby zastrzelimy ich. Kornel musi potajemnie stanąć z naszymi ludźmi przy torze i natychmiast wsiąść do wagonów. Przy takiej przemocy, czuwający ewentualnie mieszkańcy Sheridanu i tych trzech, czy czterech urzędników, z którymi będziemy mieli do czynienia, tak osłupieją, że zbraknie im czasu do obrony.
— Hm, plan jest niezły. Straszna to suma. Gdyby każdy z nas otrzymał równą część, to wypadłoby na człowieka dwa tysiące dolarów. Spodziewam się, że kornel przystanie na twoją propozycję. W jaki sposób dać ci odpowiedź?
— To jest sprawa kłopotliwa! Musimy unikać osobistego spotkania. Nie wiem również, czy znajdziemy do tego odpowiednią, a nie zwracającą uwagi sposobność. Musisz mię zawiadomić listownie.
— Czy nie to właśnie może nas zdradzić? Jeśli ci przyślę posłańca...
— Posłańca? A któż mówi o tem? — przerwał pisarz. — Toby było największą głupotą, jakiej moglibyśmy się dopuścić. Nie wiem jeszcze, czy uda mi się wyjść z domu, musisz mi więc wszystko napisać, a kartkę ukryć zupełnie blisko.
— A gdzie?
— Hm, trzeba obrać miejsce, do którego mógłbym się dostać, nie zwracając na siebie uwagi i nie tracąc dużo czasu. Wiem, że przed południem będę musiał porządnie pracować; trzeba wypełnić długie listy wypłat, jak mi mówił inżynier. W każdym razie znajdę może czas, aby wyjść przynajmniej do drzwi domu. Tuż obok nich stoi beczka na deszczówkę, za którą możesz ukryć kartkę. Jeśli przyciśniesz kamieniem, to nikt niepowołany jej nie znajdzie.
— Ale jak się dowiesz, że kartka leży w tem miejscu? Przecież nie możesz zbyt często chodzić do beczki.
— I to się da zrobić. Muszę ci przecież powiedzieć, sam lub przez kogoś, że masz ze mną wsiąść na pociąg, wiozący pieniądze. Wnet po popołudniu każę cię szukać. Wtedy przyjdziesz, aby się dowiedzieć, czego chcę od ciebie. Przytem ukryjesz kartkę, a ja będę wiedział, że jest ona w oznaczonem miejscu. Czy zgadzasz się na to?
— Tak!
— A śpiesz się w drodze! No, dobranoc!
Tamten, odpowiedziawszy na to życzenie, czmychnął. Okno cicho zamknięto. Old Firehand leżał jeszcze chwilę na dachu, potem ostrożnie posunął się ku klapie prowadzącej nadół. Inżynier czuwał. Myśliwy opowiedział mu wszystko, co słyszał, wyrażając przekonanie, że sprawa pójdzie zamierzonym torem. —
Nazajutrz Old Firehand obudził się wcześnie, przyzwyczajonemu do czynu i ruchu, niełatwo był siedzieć w izbie, w ukryciu; jednakże musiał się z tem pogodzić. Była może godzina jedenasta, gdy przyszedł do niego inżynier; opowiadał, jak pisarz zapamiętale przykłada się do wyznaczonej mu pracy, ile zadaje sobie trudu, aby uchodzić za porządnego urzędnika. — W tej chwili Old Firehand zobaczył małego, garbatego i człowieka, idącego wgórę; odziany był w strój myśliwca; przez ramię miał przewieszony długi karabin.
— Humply-Bill! — zawołał zaskoczony westman i dodał tonem objaśnienia: — Ten człowiek należy do mojej gromadki. Musiała zajść jakaś niespodzianka, inaczej byśmy nie zobaczyli go tutaj. Mam nadzieję, że nic złego. Wie, że jestem niejako „incognito“, więc nie będzie pytał o mnie, tylko o was. Czy zechcecie go tu wprowadzić, sir?
Inżynier wyszedł; w tej samej chwili Bill przestąpił próg domu.
— Sir! — odezwał się do inżyniera. — Przeczytałem na tablicy, że tu mieszka inżynier. Czy mogę się widzieć z tym master?
— To ja sam. Wejdźcie! — Po tych słowach zaprowadził go do izby Old Firehanda, który przyjął małego pytaniem, czemu przybył do Sheridanu wbrew poprzedniej umowie.
— Nie obawiajcie się, sir; nic złego. Wybrano mnie, abym wam zaniósł wiadomość. Jechałem ostro, trzymają się ciągle toru kolejowego, gdzie naturalnie trampi się nie pokażą; nie spostrzegli mię przeto. Konia ukryłem w lesie, a sam przemyciłem się tak, by mię tutejsi ludzie nie mogli zobaczyć.
— Dobrze, — skinął Old Firehand. — Cóż się więc stało?
— Wczoraj pod wieczór przyszedł do nas, jak zapewne wiecie, Winnetou, ku niezmiernej radości ciotki; inni byli także dumni, że mogą widzieć tego człowieka u siebie. Na obóz wybraliśmy miejsce, któregoby żaden z tych drabów nie odkrył. Cóż jednak zdoła ujść oczom Winnetou? Zaraz nas znalazł! Na krótko przed swem przybyciem wyszpiegował również obozowisko trampów, a gdy się zupełnie ściemniło, udał się tam, aby ich obserwować, a może podsłuchać. Kiedy do wschodu słońca, a nawet przez kilka godzin dnia, jeszcze nie wrócił, zaczęliśmy się o niego obawiać; ale to było zbyteczne; nic mu się nie stało; owszem, w biały dzień podkradł się tak daleko do trampów, że mógł zrozumieć ich rozmowę! Zresztą nie była to wcale rozmowa, ale raczej wrzaski. Przyszedł z Sheridanu posłaniec, a wiadomość, jaką przyniósł, wyprowadziła całą bandę z równowagi.
— Aha, Dugby!
— Tak, Dugby! Tak się ten drab nazywał. — Opowiadał, że pociąg ma przywieźć pół miljona dolarów.
— To prawda!
— Tak! Apacz mówił o tem także. To więc jest pułapka, w którą chcecie tych łajdaków wciągnąć? Dugby powiedział trampom tylko to, czego się od was dowiedział.
— I to leżało w naszym planie.
— Ale musicie też wiedzieć, co oni postanowią?
— Naturalnie! W tym celu poczyniliśmy przygotowania, aby wnet po powrocie Dugby’ego dowiedzieć się o tem.
— To już zbyteczne. Winnetou wszystko podsłuchał. Łajdaki z radości tak głośno krzyczeli, że słychać ich było na milę. — Dugby ma kiepskiego konia, będzie więc mógł przybyć dopiero po południu. Dlatego było bardzo przezornie ze strony Winnetou, że wysłał mię do was. — Mianowicie trampi zgodzili się zaraz na plan pisarza, zmieniając w nim tylko jeden punkt.
— Jaki?
— Miejsce, gdzie napad ma nastąpić. Ponieważ tu w Sheridanie mieszka wielu robotników, a taki pociąg specjalny obudzi w każdym razie zainteresowanie, więc trampi obawiają się, że bardzo wielu robotników opuści obóz, aby przyjrzeć się pociągowi. To mogłoby wywołać niespodziewany opór, a te draby pragną wprawdzie pieniędzy, ale nie chcą wzamian narażać swej skóry. Dlatego pisarz ma pozwolić, aby pociąg wyruszył z Sheridanu, a wnet potem zmusić maszynistę i palacza do zatrzymania się w otwartem polu.
— Czy oznaczono jakie miejsce?
— Nie, ale trampi chcą zapalić na torze ognisko, koło którego lokomotywa ma się zatrzymać. Gdyby maszynista i palacz nie chcieli usłuchać, mają ich zastrzelić. Czy może ta zmiana jest wam niemiła, sir?
— Nie, wcale nie, bo przez to unikniemy niebezpieczeństwa, z którem w każdym bądź razie należało się liczyć. Mogło przyjść do walki między tutejszymi robotnikami i trampami. Nie będziemy musieli również udawać się z obu szpiegami do Carlyle. Teraz wogóle nie potrzebujemy ich dalej zwodzić. Czy Winnetou powiedział wam, gdzie macie się ustawić?
— Tak, przed tunelem, który zaczyna się po tamtej stronie mostu.
— Słusznie! Ale macie się trzymać w ukryciu, aż pociąg wjedzie do niego. Reszta zależeć będzie od okoliczności. —
Teraz wiedziano już, jak sprawa stoi, i można było porobić przygotowania. Puszczono w ruch druty telegraficzne do Carlyle, aby zestawiono pociąg, a do Fort Wallace z prośbą o żołnierzy. Tymczasem Humply-Bill, podjadłszy, sobie, oddalił się równie niepostrzeżenie, jak przyszedł. —
Około południa nadeszły z obu wymienionych stacyj wiadomości, że zarządzenia zostaną wykonane. Niema! w dwie godziny później zobaczono, że nadchodzi Dugby, którego rzekomy Heller wezwał do siebie przez posłańca. Old Firehand siedział z inżynierem w jego izbie, obserwując niewidocznie trampa, który gmerał koło deszczówki.
— Przyjmijcie go w biurze, — odezwał się Old Firehand — i rozmawiajcie z nim tak długo, aż ja przyjdę. Chcę przeczytać kartkę.
Inżynier udał się do swej pracowni, a skoro tylko wpuszczono Dugby’ego, Old Firehand wyszedł za drzwi domu; rzuciwszy okiem na beczkę, ujrzał tam kamień, podniósł go i znalazł oczekiwany papier; rozwinął więc i przeczytał słowa, skreślone ręką kornela. Treść listu zgadzała się dokładnie z doniesieniem Humply-Billa. Myśliwy włożył papier zpowrotem pod kamień i wszedł następnie do biura, gdzie Dugby stał przed inżynierem w postawie pełnej uszanowania. Tramp nie poznał myśliwego, odzianego w płócienne ubranie, i dlatego zląkł się niemało, kiedy ten położył mu rękę na ramieniu i zapytał groźnie:
— Czy wiecie, master Dugby, kim ja jestem?
— Nie, — brzmiała odpowiedź przerażonego.
— To mieliście chyba oczy zamknięte pod farmą Butlera. Jestem Old Firehand.
Wyciągnął przytem trampowi nóż z za pasa i rewolwer z kieszeni, a tramp przestraszony nie uczynił żadnego ruchu, aby mu w tem przeszkodzić. Potem myśliwy zwrócił się do inżyniera:
— Proszę was, sir, idźcie na górę do pisarza i powiedzcie mu, że Dugby był; ale nic więcej. Potem powrócicie tutaj.
Urzędnik oddalił się, a Old Firehand posadził trampa przemocą na krześle i przywiązał go do poręczy silnym sznurem, leżącym na biurku.
— Sir, — odezwał się drab, który teraz dopiero ochłonął ze strachu, — skąd to postępowanie? Dlaczego mię wiążecie? Ja was nie znam!
— Milcz teraz! — krzyknął westman, chwytając za rewolwer. — Jeśli się jeszcze raz odezwiesz bez pozwolenia, wpakuję ci kulę w łeb.
Ten zbladł jak trup i odtąd nie odważył się otworzyć ust więcej. — W tej chwili wszedł znowu inżynier. Old Firehand skinął na niego, aby pozostał przy drzwiach, i sam stanął przy oknie, jednakże tak, że go z zewnątrz nie można było dojrzeć. Był przekonany, że ciekawość nie pozwoli pisarzowi pozostać długo w pokoju. Nie minęło też ani dwu minut, kiedy ujrzał jakąś rękę, sięgającą poza beczkę; właściciela tej ręki nie było widać, bo stał tuż przy drzwiach. Firehand skinął na inżyniera, a ten otworzył szybko drzwi, właśnie w tej chwili, kiedy pisarz chciał się obok nich przesunąć.
— Master Heller, czy nie zechcecie wejść? — zapytał.
Zagadnięty trzymał jeszcze papier w ręce, schował go więc szybko i posłuchał skierowanego do niego wezwania z widocznem zakłopotaniem. Jakąż dopiero zrobił minę, kiedy ujrzał towarzysza przywiązanego do krzesła! Jednakże szybko zapanował nad sobą i rzeczywiście udało mu się przybrać minę dość swobodną.
— Co to za papier schowaliście do kieszeni? — zapytał Old Firehand.
— To stara tutka, — odpowiedział tramp.
— Tak? Pokażcie-no ją!
Pisarz spojrzał na niego zdumiony i odpowiedział:
— Co wam strzeliło do głowy, aby mi wydawać tak niepojęty rozkaz? Kim wy jesteście? Ja was nie znam.
— Znacie go dobrze! — wtrącił inżynier. — To Old Firehand.
— Old Fi......! — krzyknął niemal tramp. Dwie ostatnie zgłoski nie mogły mu z przestrachu przejść przez gardło. Szeroko otwarte oczy utkwił nieruchomo w westmana.
— Nie spodziewaliście mnie się tutaj, co? — A co się tyczy zawartości waszej kieszeni, to mam do niej chyba więcej prawa, niż wy sami. Pokażcie-no tu!
Firehand zabrał trampowi, który się nie odważył opierać, najpierw nóż, następnie naładowany rewolwer, wreszcie kartkę.
— Sir, — zapytał pisarz z uporem, — jakiem prawem czynicie to?
— Po pierwsze prawem silniejszego i uczciwego, a po drugie mr. Charoy, będący w osadzie władzą policyjną, udzielił mi pozwolenia zastąpienia go w tej sprawie.
— W jakiej sprawie? To, co noszę przy sobie, jest moją własnością. Nie uczyniłem nic przeciwnego prawu i muszę bezwarunkowo wiedzieć, z jakiego powodu obchodzicie się ze mną jak ze złodziejem!
— Jak ze złodziejem? Pshaw! Byłoby to szczęściem dla was! Idzie tu nie tylko o kradzież, ale po pierwsze o morderstwo, a po drugie o coś gorszego, niż zwykłe morderstwo, bo o napad i obrabowanie pociągu, przyczem prawdopodobnie niejeden człowiek straci życie. Należycie do trampów, którzy przy Osage-nook napadli na Osagów, potem targnęli się na farmę Butlera, a teraz chcą z pociągu zrabować pół miljona dolarów.
Widać było po obu trampach, jak wielki ogarnął ich lęk, jednak wrzekomy Heller opanował się i odpowiedział tonem człowieka zupełnie niewinnego:
— Nic o tem wszystkiem nie wiem!
— A przecież tylko w tym celu przyszliście tutaj, aby szpiegować, a potem zawiadomić o wszystkiem swych wspólników!
— Ja? Ja nie wyszedłem ani na chwilę z tego domu!
— Całkiem słusznie, ale wasz towarzysz był posłańcem. — O czem to rozmawialiście wczoraj wieczorem przez otwarte okno? Leżałem nad wami na dachu i słyszałem każde słowo. Ta kartka zawiera odpowiedź, przesłaną wam przez rudego kornela. Trampi obozują wgórze przy Eagle-tail; mają tej nocy przejść przez rzekę, rozłożyć się poza Sheridanem przy torze i rozpalić ognisko; to wskaże wam obu miejsce, gdzie macie zmusić maszynistę do zatrzymania pociągu, z którego chcecie zabrać pieniądze.
— Sir, — wyjąkał pisarz, nie mogąc już ukryć swej trwogi, — jeśli rzeczywiście jest ktoś, kto ma taki zamiar, to zachodzi tu jakiś nieznany mi splot okoliczności, które sprawiają wrażenie, że ja jestem w związku z tymi zbrodniarzami. Jestem uczciwym człowiekiem i...
— Milczeć! — krzyknął Old Firehand. — Uczciwy człowiek nie morduje.
— Czy twierdzicie może, że ja mordowałem?
— Naturalnie! Wy obaj jesteście mordercami! Gdzie jest lekarz i gdzie jest jego towarzysz, którego ścigaliście z rudym kornelem? Czy nie zastrzeliliście tego drugiego dlatego, że potrzebowaliście jego listu, aby w Sheridanie przedstawić się jako pisarz Heller, a w ten sposób ułatwić sobie zadanie szpiega? Czy nie zabraliście może szarlatanowi wszystkich jego pieniędzy?
— Sir, ja nie... rozumiem... ani... ani słowa z tego... wszystkiego, — jąkał się tramp.
— Nie? To zaraz wam tego dowiodę. Abyście jednak nie wpadli na myśl uciec nam, musimy sobie zabezpieczyć waszą osobę. Mr. Charoy, bądźcie tak dobrzy, zwiążcie temu nicponiowi ręce na plecach. Ja go przytrzymam.
Tramp usłyszawszy te słowa, zwrócił się szybko ku drzwiom, chcąc uciec, ale Old Firehand był jeszcze szybszym; pochwyciwszy go, zawrócił zpowrotem i mimo silnego oporu trzymał tak mocno, że inżynier mógł go bez żadnego trudu związać. Potem odwiązano Dugby’ego od krzesła i zaprowadzono razem z pisarzem do pokoju, w którym leżał ranny Hartley. Kiedy ten zobaczył obu drabów, usiadł na łóżku i zawołał:
— Hola! To te łotry, którzy mnie obrabowali, a biednego Hellera pozbawili życia! Gdzie trzeci?
— Tego brak jeszcze, ale i on wpadnie nam w ręce, — odpowiedział Old Firehand. — Pieniądze również się znajdą. Przedewszystkiem odebrałem im broń i tę kartkę, która ich zdemaskowała. —
Trampi nie odezwali się już ani słowem, poznawszy, że dalsze wypieranie się byłoby śmieszne. Wypróżniono im kieszenie do reszty; znalazły się banknoty, które stanowiły ich część łupu, a które zwrócono Hartleyowi. Resztę, jak oświadczyli, miał rudy kornel. Następnie związano im nogi i położono na podłodze, ponieważ w domu nie było ani piwnicy ani karceru, gdzieby można ich było osadzić. Hartley był tak na nich rozgniewany, że trudno było o lepszego strażnika. Otrzymał naładowany rewolwer z poleceniem natychmiastowego zastrzelenia ich, gdyby tylko próbowali uwolnić się z więzów. —
Potem można było poczynić dalsze przygotowania do wykonania planu. Nie trzeba już było umieszczać obu trampów na lokomotywie i wozić ich w tym celu drezyną do Carlyle. Zatelegrafowano natomiast z poleceniem, aby pociąg wyjechał stamtąd o oznaczonym czasie i aby zatrzymał się w pewnej odległości przed Sheridanem na omówionym miejscu, gdzie obejmie go Old Firehand.

Jeszcze w ciągu popołudnia nadszedł z Fort Wallace telegram, że z nadejściem ciemności wyruszy oddział żołnierzy i już około północy stanie na miejsca potkania. —





IV
NAD EAGLE-TAIL.

Robotnikami w Sheridanie byli przeważnie Niemcy i Irlandczycy. Nie wiedzieli jeszcze nic o przewidywanych wypadkach, gdyż przypuszczano, że kornel wyśle szpiegów, a ożywienie wśród robotników mogłoby ich ostrzec. Kiedy nadeszła pora zakończenia pracy dziennej, inżynier zawiadomił swego Overseer of the workmen[6] o tem, co uważał za konieczne, i polecił, aby w sposób nieznaczny zapoznał robotników ze stanem rzeczy. —
Nadzorca pochodził z New-Hampshire; miał za sobą życie burzliwe. Przeznaczony pierwotnie do zawodu budowniczego, pracował w nim przez szereg lat; nie doszedłszy jednak do stanowiska samodzielnego, chwycił się innej pracy, co dla jankesa nie jest wcale wstydem. Kiedy jednak i tu szczęście mu nie dopisało, pożegnał Wschód i udał się poza Mississipi, aby tam o coś zaczepić, ale również bez skutku. Teraz wreszcie otrzymał w Sheridanie stanowisko, na którem mógł zużyć poprzednio zdobyte wiadomości; ale nie czuł wcale zadowolenia. Kto raz odetchnął powietrzem prerji i lasów dziewiczych, temu trudno jest pogodzić się z ładem miasta.
Człowiek ten, nazwiskiem Watson, był niezmiernie uradowany, dowiedziawszy się o nadejść mających wypadkach:
— Dzięki Bogu! Nareszcie jakieś ożywienie w tej codziennej szarzyźnie życia! Moja stara strzelba już zbyt długo wisi na kołku i tęskni, aby choć raz jeszcze przemówić. Spodziewam się, że dziś znajdzie do tego sposobność. Ale, jak to było? Nazwisko, któreście tu wymienili, sir, wydaje mi się znane. Rudy kornel? A ma się nazywać Brinkley? Poznałem raz pewnego Brinkleya, który miał fałszywe, rude włosy, podczas gdy jego naturalny skalp był barwy ciemnej. Spotkania tego mało nie przypłaciłem życiem.
— Gdzie i kiedy to było? — zapytał Old Firehand.
— Przed dwoma laty nad Grand-river. Byłem z jednym towarzyszem, Niemcem, nazwiskiem Engel, tam wgórze nad Srebrnem Jeziorem. Chcieliśmy się udać do Pueblo, a potem wzdłuż Arkanzas na wschód, aby zakupić narzędzi do pewnego przedsięwzięcia, któreby nas uczyniło miljonerami.
Old Firehand nadstawił ucha i zapytał:
— Engel nazywał się ten człowiek? Przedsięwzięcie, które miało wam przynieść miljony? Czy mogę się o tem czegoś więcej dowiedzieć?
— Owszem! Wprawdzie przysięgliśmy sobie najgłębsze milczenie, ale miljony rozwiały się z dymem, bo zamiar nie przyszedł do skutku i dlatego sądzę, że usta mam już rozwiązane. Szło mianowicie o wydobycie ogromnego skarbu, który zatopiono w wodach Srebrnego Jeziora.
Inżynier zaśmiał się krótko z niedowierzaniem, dlatego nadzorca ciągnął dalej:
— Może to zakrawa na awanturę, sir, ale niema w tem odrobiny fałszu. Wy, master Firehand, jesteście jednym z najsławniejszych westmanów; doświadczyliście i przeżyli niejedno, czemuby nikt nie uwierzył, gdybyście zechcieli opowiedzieć. Więc przynajmniej wy nie powinniście się śmiać z moich słów.
— Ani mi to w głowie! — odparł z powagą myśliwy. — Jestem gotów uwierzyć wszystkiemu, a mam do tego poważne powody. Ja również dowiedziałem się, jako o rzeczy zupełnie pewnej, że w głębi jeziora leży zatopiony skarb.
— Doprawdy? Więc mogę moim zdaniem śmiało przysiąc, że historja z tym skarbem jest prawdziwa. Ten, co nam to opowiadał, z pewnością nie kłamał.
— Kto to był?
— Stary Indjanin. Nigdy jeszcze nie widziałem tak pra—prastarego człowieka. Wysechł prawie do kości, a sam mówił, że przeżył znacznie więcej niż sto słońc. Nazywał siebie Hauey-kolakakho, ale raz oświadczył nam w zaufaniu, że jest właściwie Ikhaczi-tatli. Co te indjańskie słowa mają znaczyć, tego nie wiem,
— Ale ja wiem, — przerwał Old Firehand. — Pierwsze należy do narzecza Tonkawa, drugie jest z języka Azteków, a oba mają zupełnie to samo znaczenie, mianowicie „Wielki Ojciec“. Mówcie dalej, mr. Watson! Jestem niezmiernie ciekawy, w jaki sposób poznaliście tego Indjanina,
— No, właściwie nie było przytem nic szczególnego, ani niezwykłego. Ja pomyliłem się co do czasu i zabawiłem za długo w górach tak, że zaskoczył mię pierwszy śnieg. Musiałem więc pozostać i obejrzeć się za jakiem miejscem, gdziebym mógł przezimować bez narażenia na śmierć głodową. Sam jeden, zasypany śniegiem, to nie żart! Szczęściem dostałem się nad Srebrne Jezioro i zobaczyłem tam chatkę zbudowaną z kamienia, z której unosił się dym; byłem uratowany. Właścicielem chatki był właśnie ów stary Indjanin. Miał wnuka i prawnuka; nazywali, się „Wielki“ i „Mały Niedźwiedź“; ci...
— Ach! Nintropan-hauey i Nintropan-homosz? — zawołał Old Firehand.
— Tak; tak brzmiały te imiona w języku indjan. Czy znacie może tych dwu, sir?
— Tak. Lecz dalej, dalej!
— Obaj Niedźwiedzie udali się w góry Wahsacz, gdzie musieli pozostać aż do wiosny. Zima bowiem nastała za prędko i okazało się niesposób przedostać stamtąd poprzez zwały śniegu do Srebrnego Jeziora. — W chacie zastałem, oprócz starca owego Niemca, Engla. W trójkę przeżyliśmy całą zimę. Głodu nie cierpieliśmy, bo zwierzyny było wbród, ale zimno tak osłabiło starego, że kiedy nadeszły pierwsze ciepłe wiatry, musieliśmy go pogrzebać. Polubił nas, jak dzieci rodzone i, chcąc okazać swą wdzięczność, powierzył nam tajemnicę skarbu w Srebrnem Jeziorze. Posiadał kawałek bardzo starej skóry, na której znajdował się dokładny wizerunek miejsca, i pozwolił zrobić z niego kopję. Na szczęście Engel miał przy sobie papier, bez którego nie mogliśmy się obejść, bo stary nie chciał nam dać skóry, przechowując ją dla obu Niedźwiedzi. W wigilję śmierci zakopał ją, ale gdzie, tego nie wiem, bo musieliśmy uszanować jego wolę i nie mogliśmy jej szukać. Po złożeniu go w grobie, ruszyliśmy w drogę; Engel zaszył rysunek w swej bluzie.
— Nie czekaliście na powrót obu Niedźwiedzi? — zapytał Old Firehand.
— Nie.
— To było wielkim błędem!
— Możliwe; ale byliśmy całe miesiąca zagrzebani w śniegu i tęskniliśmy do ludzi. Wkrótce też dostaliśmy się między ludzi, ale jakich! Opadła nas gromada Indjan z plemienia Utah i doszczętnie obrabowała. Byliby nas z pewnością zabili, ale znali starego Indjanina, którego otaczali wielką czcią, a kiedy się dowiedzieli, żeśmy zajęli się nim i pogrzebali go, darowali nam życie, zwrócili przynajmniej odzież i kazali uciekać; broń naszą jednak zatrzymali; za tę okoliczność nie mogliśmy im być wdzięczni, bo bez broni zdani byliśmy na niebezpieczeństwa, a nawet na śmierć głodową. Na szczęście albo raczej na nieszczęście spotkaliśmy trzeciego dnia pewnego myśliwca, który dał nam trochę mięsa. Kiedy ten usłyszał, że idziemy do Pueblo, oświadczył, że tam także zamierza i pozwolił nam przyłączyć się do siebie.
— To był rudy Brinkley?
— Tak. Mianował się wprawdzie inaczej, ale później poznałem jego prawdziwe nazwisko. Pytał nas o wszystko, a my powiedzieliśmy prawdę, zamilczawszy tylko o skarbie i o rysunku, który Engel nosił przy sobie, bo rudy wcale nie wzbudzał w nas ufności. Nie wiem dlaczego, ale zawsze miałem wstręt do rudowłosych, chociaż jestem pewny, że wśród nich niema więcej łotrów niż wśród tych, którzy na swej głowie noszą skalpy innej maści. — Naturalnie, milczenie nic nam nie pomogło. Ponieważ tylko on miał broń, odchodził przeto często na polowanie, a wtedy my dwaj, siedząc razem, rozmawialiśmy prawie wyłącznie o skarbie. Pewnego razu powrócił pokryjomu; podkradłszy się do nas, podsłuchał naszą rozmowę. Kiedy następnie znowu udał się na zdobycie mięsa, wezwał mnie, abym z nim poszedł, bo czworo oczu zawsze lepiej widzi niż dwoje. Po godzinie, kiedyśmy już dość daleko od Engla odeszli, oświadczył mi, że słyszał wszystko, a za karę, za nasz brak zaufania do niego, odbierze nam rysunek. Równocześnie, wyciągnąwszy nóż, rzucił się na mnie. Broniłem się, co miałem sił, lecz napróżno; wbił mi nóż w piersi. Szczęściem nie trafił w serce. Sądził jednak, że jestem zabity. — Kiedy się ocknąłem, ujrzałem wokoło siebie gromadę kolonistów, którzy mię znaleźli i opatrzyli. Opowiedziałem im, co zaszło, lecz ci hreczkosieje nie czuli się na siłach pójść śladem mordercy, a co do mnie, to upłynęło wiele wody zanim powróciłem do sił. Ponieważ nie znalazłem ani grobu, ani trupa Engla, przypuszczałem, że umknął mordercy. —
— Tak. Umknął mordercy, — potwierdził Old Firehand.
— Jak? — zapytał nadzorca. Czy wiecie co o tem?
— O tem później. Teraz opowiadajcie dalej! —
— Skierowałem się do najbliższej osady, gdzie znalazłem życzliwe przyjęcie i pomoc. Nie gardziłem tam przez pół roku żadną robotą, byle umożliwić sobie podróż na Wschód.
— Dokąd zmierzaliście?
— Do Engla. Wiedziałem o tem, że miał brata w Russelville w Kentucky, i postanowiliśmy go obaj odwiedzić, aby poczynić u niego przygotowania do naszej wyprawy nad Srebrne Jezioro. Kiedy tam przybyłem, dowiedziałem się, że ów brat udał się do Arkanzas, ale dokąd, tego nikt nie umiał mi powiedzieć. Pozostawił u sąsiada list dla Engla; ten przybył tam przede mną i podjął list, w którym naturalnie było podane nowe miejsce zamieszkania; potem zniknął bez śladu, a ów sąsiad tymczasem umarł. W Russelville jednak Engel opowiedział o swej przygodzie i nazwał mordercę Brinkleyem. Jak i w jaki sposób odkrył nazwisko, nie wiem. — Tak, messurs, to miałem wam opowiedzieć. — Jeśli to jest rzeczywiście ów Brinkley, to cieszę się niezmiernie, że spotkam tego łotra. Sądzę, że będę mógł zakończyć z nim porachunki. —
— Są tu i inni, co mają ten sam zamiar, — zauważył Old Firehand. — Teraz jeszcze jedno jest dla mnie niejasne. Powiedzieliście przedtem, że rude włosy Brinkleya są fałszywe. Skąd wiecie o tem?
— To bardzo proste. Kiedy przebywaliśmy razem, wyszła mu widocznie farba, bo przeglądały z pośród rudych czarne włosy.
— Well! A więc niema najmniejszej wątpliwości, że mieliście do czynienia z rudym kornelem. Całe życie tego człowieka to, jak widać, jeden szlak zbrodni. Prawdopodobnie dziś uda się nam położyć temu koniec.
— I ja pragnę tego z całego serca, Ale nie powiedzieliście mi jeszcze, jak mamy bronić się przed spodziewanym napadem.
— Dowiecie się o tem w stosownej chwili. Przedewszystkiem niech się robotnicy zachowują spokojnie i niechaj będą gotowi na czuwanie przez całą noc. Również niech oczyszczą swą broń. Jeszcze przed północą wsiądą na pociąg, który ich zawiezie w odpowiednie miejsce,
— Well! Muszę się zadowolić tą odpowiedzią. Wasze rozkazy zostaną spełnione. —
Kiedy się oddalił, Old Firehand zapytał inżyniera, czy nie ma dwóch robotników, którzyby przypominali z postaci i rysów twarzy obu pojmanych trampów; zarazem musieliby mieć dosyć odwagi, by na miejscu uwięzionych stanąć na lokomotywie. Charoy po namyśle wysłał murzyna, aby sprowadził ludzi, których uważał za odpowiednich do tego celu. Kiedy ci weszli, poznał Old Firehand, że wybór wypadł wcale niezgorzej; wybrani mieli prawie ten sam wzrost, a co się tyczyło rysów twarzy, to można się było spodziewać, że mroki nocy zatrą różnicę. Teraz należało się jeszcze postarać, aby ich głos nie zanadto kłócił się z głosem trampów. Dlatego Old Firehand w obecności obu robotników przeprowadził krótkie przesłuchanie pojmanych. Tak tedy robotnicy oswoili się z ich głosem i mogli go później od biedy naśladować.
Kiedy się z tem wszystkiem uporano, myśliwy opuścił dom, aby jeszcze raz zwyczajem westmanów przeszukać okolicę. —
Jeśli szpiedzy nadeszli, to znajdowali się z pewnością w takiem miejscu, skąd w nocy z najmniejszem niebezpieczeństwem, a największą wygodą mogli obserwować osadę robotniczą. Takie miejsce znajdowało się niedaleko domu inżyniera. Dla przeprowadzenia toru musiano przekopać teren i dlatego tuż przy torze wznosił się szkarp, na którego szczycie rosło kilka drzew. Stamtąd rozciągał się widok wdół na osadę, a drzewa dawały niezbędne ukrycie. Jeśli gdzie, to tam właśnie należało szpiegów szukać. —
Old Firehand z przeciwnej strony kryjomo dostawszy się nad rzekę, ku owemu wzniesieniu, poczołgał się cicho wgórę. Kiedy tam dotarł, ujrzał dokładny obraz swych przewidywań. Pod drzewami siedziały dwie postacie, rozmawiając półgłosem. Myśliwy zbliżył się do nich na taką odległość, że głową dotykał pnia drzewa, przy którem tamci siedzieli. Mógł ich obu dosięgnąć ręką. — A mógł śmiało tak zbliżyć się do nich, bo dzięki szaremu ubraniu nawet najbystrzejsze oko nie odróżniłoby go od otaczającego gruntu. Niestety, właśnie w tej chwili nastąpiła w rozmowie przerwa i minęło dość dużo czasu, zanim jeden z nich otworzył usta.
— Czy wiesz, co będzie potem, jak tu skończymy?
— Nic pewnego nie wiem. Przebąkują rozmaicie, ale dokładnie wie zaledwie kilku wtajemniczonych.
— Tak. Kornel jest skryty i nielicznym tylko ufa. Jego prawdziwy plan znają zapewne tylko ci, którzy już przed nami z nim przebywali.
— Czy myślisz o Woodwardzie, który razem z nim umknął rafterom? No, ten, jak mi się zdaje, wobec ciebie nie ma tajemnicy. Czy nic ci nie mówił?
— Napomykał to i owo. Wnioskuję z jego słów, że kornel nie ma zamiaru zatrzymywać przy sobie całej naszej gromady. Tak wielka liczba ludzi przeszkadzałaby tylko w dalszych planach; i przyznaję mu w tem zupełną słuszność; im więcej ludzi, tem mniejszy zysk przypada na każdego. Myślę, że wybierze najlepszych i z nimi zniknie zupełnie niespodzianie.
— Tam do djaska! Czyżby innych chciał oszukać?
— Jakto oszukać?
— No, gdyby tak naprzykład kornel jutro rano zniknął z tymi, których chce przy sobie zatrzymać?
— Toby nic nie szkodziło; jabym się tylko cieszył. Przecież to oczywista, że my dwaj nie należymy do tych, którzy źle wyjdą na tej separacji.
— Czy możesz mi pod tym względem ręczyć? Jeśli nie, to będę miał oczy szeroko otwarte i narobię hałasu.
— O dowód nie trudno! Czyż nie przysłał cię tu wraz ze mną?
— Więc co z tego?
— Tylko ludzie odpowiedni i godni zaufania otrzymują takie polecenia. A ponieważ nam powierzył śledzenie tej miejscowości, dał przez to najlepszy dowód swego zaufania. Co z tego wynika? Jeśli rzeczywiście ma zamiar pozbyć się całej masy naszych, to my naturalnie należymy do tych, których ze sobą weźmie.
— Hm! Miło słyszeć takie słowa; wniosek jest dobry i uspokaja mnie. Ale jeśli sądzisz, że ja mam należeć do wybranych, to dlaczego mię trzymasz w niepewności i nie mówisz, co ci Woodward wyjawił z jego planów?
— Bo sam jeszcze nie wiem nic dokładnie. Ale powiem ci wszystko, co słyszałem. Idzie o wyprawę w góry. Tam mieszkał w bardzo dawnych czasach pewien lud, którego imię wypadło mi z pamięci. Ten lud, albo wywędrował na południe, albo został wytępiony, a przedtem zatopił w jeziorze niezmierne skarby.
— Banialuki! Kto ma takie skarby, zabiera je ze sobą.
— Mówię ci przecież, że został wytępiony!
— Co to za skarby? Pieniądze?
— Nie jestem archeologiem, nie mogę więc powiedzieć; czy te stare ludy używały pieniędzy. Woodward mówił, że lud był pogański i że posiadał ogromne świątynie, w których znajdowały się posągi bogów od stóp do głów ze złota i srebra, a także niezliczone naczynia z tego samego kruszcu. Te skarby leżą w Srebrnem Jeziorze, które stąd właśnie wzięło swą nazwę.
— Tak? A gdzież leży to Srebrne Jezioro?
— Nie wiem. Kornel powie to naturalnie dopiero wtedy, gdy się zdecyduje, kogo ze sobą weźmie. Jest to rzecz zupełnie zrozumiała, że przedtem nie chce rozgłaszać swych zamiarów.
— Naturalnie! Ale w każdym razie sprawa jest niebezpieczna.
— Dlaczego?
— Z powodu Indjan.
— Pshaw! Mieszka tam tylko dwóch czerwonych, wnuk i prawnuk owego Indjanina, od którego pochodzi rysunek. Tych można przecież sprzątnąć dwoma strzałami.
— Jeśli tak, to świetnie. — Najpierw jednak powinniśmy, mojem zdaniem, zwrócić całą uwagę na nasze dzisiejsze przedsięwzięcie. Czy sądzisz, że się uda?
— Naturalnie! Popatrz tylko, jaki spokój panuje w całej osadzie. Żaden człowiek tam nie ma pojęcia o naszej obecności i zamiarze; a dwaj najlepsi i najchytrzejsi z naszych ludzi są już tutaj, aby nam grunt przygotować. Któżby mógł myśleć o zawodzie! — Pociąg zatrzymuje się tutaj na pięć minut i jedzie dalej, a o godzinę drogi stąd będzie płonąć nasze ognisko. Tam nasi dwaj towarzysze, którzy będą na lokomotywie, przyłożą maszyniście rewolwer do łba i zmuszą go do zatrzymania pociągu, który my otoczymy; kornel wsiądzie i weźmie...
— Oho! — przerwał tamten. — Kto wsiądzie? Czy może sam kornel? A może tylko z kilkoma, z którymi potem całkiem swobodnie odjedzie? Później każe stanąć, wysiądzie i, zabrawszy pół miljona dolarów, zniknie? A inni będą tu czekać, zbogaceni jedynie własnemi ogłupiałemi minami? Nie, tak nie będzie!
— Co mówisz! — odezwał się tamten gniewnie. — Powiedziałem ci przecież: jeśli kornel rzeczywiście ma taki zamiar, to my dwaj będziemy między tymi, którzy z nim wsiądą na pociąg. Jeśli wreszcie Srebrne Jezioro zawiera takie niezmierne skarby, to możemy co do kasy popisać się uczciwością wobec dotychczasowych towarzyszy. Podzielimy się; każdy otrzyma swą część, a potem kornel wybierze sobie tych, których chce wziąć w góry. — Basta, o tem ani słowa więcej! — Teraz chciałbym tylko wiedzieć, naco czeka tam wdole ta lokomotywa. Pod kotłem płonie ogień, a więc stoi gotowa do jazdy. Dokąd?
— Może to jest maszyna próbna, która pójdzie przodem dla bezpieczeństwa?
— Nie; nie stałaby już gotowa. Pociąg ma przyjść dopiero o trzeciej w nocy. Ta maszyna nie wydaje mi się tak niewinną i ciekaw jestem, co mają zamiar z nią począć. —
Człowiek ten powziął podejrzenie, z którem należało się liczyć. Old Firehand zrozumiał, że nie można pozostawić dłużej maszyny. Była to zwykła, mała lokomotywa, używana przy pociągach, rozwożących materjał budowlany, do której przyczepiano wagony do przewożenia ziemi. W tych wagonach miano teraz przewieźć robotników; obecnie nie można było czekać z tem do północy; należało działać natychmiast, aby rozproszyć podejrzenia szpiegów. Old Firehand poczołgał się więc zpowrotem i wślizgnął do domu inżyniera, aby mu opowiedzieć, co usłyszał.
— Well! — rzekł inżynier. — Musimy tych ludzi zaraz wysłać. Ale, szpiedzy zobaczą ich, gdy będą wsiadać!
— Nie, każemy robotnikom wymknąć się niespostrzeżenie. Niech odejdą stąd o jaki kwadrans drogi, a potem zaczekają przy torze, aż nadejdzie próżny pociąg, który ich zabierze; ponieważ odgłos lokomotywy nie dochodzi tak daleko, tor zaś skręca, więc szpiedzy ani zobaczą ani posłyszą, że pociąg przystanie.
— A ilu ludzi mam tutaj zatrzymać?
— Dwudziestu wystarczy zupełnie do obrony waszego domu i pilnowania obu jeńców. Zarządzenia te możecie wydać w przeciągu pół godziny, a potem pociąg odejdzie. Ja zakradnę się znowu do szpiegów, aby podsłuchać, co będą mówić. —
Niedługo potem leżał poza obu drabami, którzy siedzieli teraz w milczeniu. Myśliwy widział tak samo, jak oni, całą przestrzeń, leżącą przed nim i wysilał się, jak mógł, aby dostrzec poruszenia mieszkańców; ale — napróżno. Robotnicy odeszli tak ostrożnie, że szpiedzy nie domyślali się niczego. Zresztą światło, płonące w budynkach i chatach, nie było w słanie oświetlić osady na tyle, aby można było dokładnie rozróżnić postacie ludzi.
Wtem ujrzano, jak z domu inżyniera zbliżył się do toru ktoś z jasną latarnią, wołając tak głośno, że słychać było daleko:
— Z pustym pociągiem odjazd do Wallace! Tam brak wagonów!
Był to głos inżyniera. Maszynista, zgodnie z umową, odpowiedział równie głośno:
— Well, sir. Bardzo się cieszę, że wreszcie odjadę i nie będę palił węgli na darmo. Czy macie jakie zlecenie do Wallace?
— Nie, chyba tylko życzenie dobrej nocy dla inżyniera, który pewnie będzie siedział przy kartach, gdy przyjedziecie. Good road![7]
— Good night[8], sir!
Świstawka pokilkakroć odezwała się przeraźliwie i pociąg ruszył. Kiedy turkot kół ucichł, odezwał się jeden ze szpiegów:
— No, czy wiesz już, jak sprawa stoi z tą lokomotywą?
— Tak, jestem teraz spokojny o nią; odprowadza puste wagony do Wallace, których tam potrzebują. Moje podejrzenie było nieuzasadnione.
— Wszelki cień podejrzenia jest tu wogóle głupotą. Plan został tak ułożony, że bezwarunkowo musi się udać. Moglibyśmy właściwie odejść już teraz.
— Nie, Kornel kazał nam czekać do północy i musimy go słuchać.
— Oczywiście! Ale jeśli mam do tego czasu tu siedzieć, to nie widzę powodu, dla któregobym miał nadwerężać oczy. Położę się i pokrzepię snem.
— Ja także; to bardzo rozsądna myśl. Potem nie będzie ani czasu, ani ochoty do snu. —
Old Firehand, powróciwszy do inżyniera, udał się z nim do wnętrza domu, gdzie przy winie i cygarach oczekiwali chwili wyruszenia. W osadzie pozostało jeszcze dwudziestu robotników; ilość zupełnie wystarczająca. Reszta ludzi wyszła pokryjomu, stosownie do otrzymanego rozkazu. Poza Sheridahem zebrali się razem i poszli dalej torem, aż oddalili się na odległość, jaką im wskazano. Tam zatrzymali się, aż pociąg nadszedł, zabrał ich i zawiózł do Eagle-tail[9]. —
Old Firehand wybrał okolicę niezwykle stosowną do swych celów. Tor przechodził przez rzekę, którą w tem miejscu zwężały wysokie brzegi, połączone prowizorycznym mostem. Szyny po drugiej stronie wchodziły w tunel długości około siedemdziesięciu metrów. O kilka kroków przed mostem pociąg się zatrzymał. Nie składał się, jak sądzili szpiedzy, z samych pustych wagonów; dwa ostatnie były wyładowane suchem drzewem i węglami. Zaledwie pociąg stanął, podszedł do lokomotywy, z roztaczającej się wokół ciemności, mały, gruby człowiek, wyglądający jak kobieta, i zapytał kierownika wysokim, piskliwym głosem:
— Sir, co was sprowadza tak wcześnie? Przywozicie może robotników?
— Tak! — odpowiedział zapytany, oglądając ze zdumieniem osobliwą postać, która właśnie stanęła w świetle, padającem z paleniska. — Kim wy jesteście?
— Ja? — zaśmiał się grubas. — Ja jestem ciotka Droll, No, tylko nie przerażajcie się tak bardzo! Mogłoby to zaszkodzić waszym nerwom. Ciotką jestem tak tylko — ubocznie; później wam to wyjaśnię. A więc dlaczego przyjeżdżacie?
— Dzieje się to na rozkaz Old Firehanda, który podsłuchał dwu szpiegów, wysłanych przez trampów. Byliby nabrali podejrzeń, gdybyśmy wyruszyli później. — Czy są tu ludzie tego słynnego master?
— Tak; tylko nie pierzchajcie z przerażenia; są to sami wujowie, a ja jestem jedyną wśród nich ciotką.
— Ani mi w głowie obawiać się was, miss czy mistress[10]. Gdzie są trampi?
— Odeszli; wyruszyli już przed trzema kwadransami.
— Możemy więc wyładować węgle i drzewo?
— Tak. Zbierzcie naszych ludzi, a ja wsiądę do was, aby dać potrzebne wskazówki.
— Wy? Dawać wskazówki? Chyba was nie zrobiono generałem tej armji?
— Owszem, jestem nim, jeśli łaskawie pozwolicie na to. A teraz puśćcie swego konia przez most stępa, i zatrzymajcie go dokładnie tak, żeby wagony z węglem stanęły tuż przy wejściu do tunelu.
Droll wdrapał się na lokomotywę. Robotnicy, którzy przy zatrzymaniu się pociągu opuścili wagony, musieli znowu do nich powrócić. Nadzorca spojrzał jeszcze raz na grubasa wzrokiem, po którym widać było, że nie łatwo mu poddać się zarządzeniom tej wątpliwej ciotki.
— No, jak tam? — zapytał Droll.
— Czy jesteście rzeczywiście tym człowiekiem, którego mam słuchać?
— Tak jest! A jeśli nie uczynicie tego w tej chwili, to wam w tem pomogę. Nie mam ochoty tkwić na tym moście do końca świata.
Wyciągnąwszy nóż, skierował jego ostrze w brzuch Watsona.
— Do pioruna! A to z was prędka i zjadliwa ciotka! Ale właśnie dlatego, że pokazujecie mi nóż, muszę was uważać nie za sprzymierzeńca, lecz za trampa. Czy możecie się wylegitymować?
— Nie plećcie dub smalonych! — odpowiedział grubas tonem poważnym, chowając nóż za pas. — Siedzimy tam z drugiej strony za tunelem. Właśnie przez to, że przeszedłem przez most naprzeciw was, dowiodłem, że wiem o waszem przyjściu i że nie należę do trampów.
— No, więc jedźmy.
Pociąg przebywszy most, wjechał do tunelu tak, aby dwa ostatnie wagony pozostały nazewnątrz. Robotnicy wysypali zawartość jednego wozu. Potem pociąg ruszył dalej i zatrzymał się w polu po drugiej stronie tunelu, a pełny jeszcze wagon stanął u wylotu i można go było zkoiei opróżnić. Robotnicy zeskoczyli na ziemię, ażeby przed i za tunelem ułożyć z węgli i drzewa stos, któryby można było łatwo zapalić. Kierownik ujechał nieco, zatrzymał lokomotywę i sam zawrócił.
Podejrzliwość jego zniknęła, bo to, co widział, musiało go przekonać, że znajduje się wśród przyjaciół. Tunel był przebity przez wysoką skałę, poza którą płonął ogień, niewidoczny jednak w dolinie rzeki, gdzie obozowali trampi. Dookoła ogniska rozłożyli się rafterzy i ci wszyscy, którzy przybyli do Eagle-tail z Old Firehandem. Po prawej i lewej stronie ogniska znajdowały się dwa pnie rozwidlone u góry; zatknięte tam długie i mocne żerdzie dźwigały potężne kawały mięsa bawolego.
Robotników zaproszono na pieczeń bawolą „à la prairie“ i wkrótce wszyscy siedzieli przy obfitej wieczerzy. Naturalnie przy ogniu niewielu tylko znalazło miejsce; rafterzy, uważając się za gospodarzy, usługiwali robotnikom. Prócz mięsa bawolego znalazła się jeszcze mniejsza dziczyzna, tak, że mimo wielkiej liczby robotników kolejowych jadła dość było. Droll odkrajał sobie wielką porcję polędwicy bawolej a odcinając olbrzymie kęsy, pakował je jeden po drugim do ust. Żuł tak bezmyślnie z wielką gorliwością i nabożeństwem, gdy naraz zwrócił się do niego nadzorca:
— Słuchajcie, sir! Old Firehand odesłał mię do was po wiadomości o waszym rodaku Englu.
— O Englu? O którym Englu mówicie?
— O myśliwym i zastawiaczu sideł, który był w górach nad Srebrnem Jeziorem.
— O tym? O tym mówicie? — podjął Droll. — Gdzie poznaliście go?
— Tam właśnie, nad Srebrnem Jeziorem. Musieliśmy spędzić w górach całą zimę, bo nas śniegi zasypały...
— Czy nazywacie się Watson? — zawołał Droll, przerywając mu.
— Tak, sir; tak brzmi moje nazwisko.
— Watson, Watson, heavens! Master, ja was znam, jak moją kieszeń, choć nigdy jeszcze nie widziałem was.
— A więc opowiadano wam o mnie? Kto to był?
— Brat waszego towarzysza Engla. Popatrzcie tu! Ten chłopiec nazywa się Fred Engel i jest synowcem waszego towarzysza z nad Srebrnego Jeziora; wybrał się ze mną na poszukiwanie mordercy swego ojca,
— To ojca jego zamordowano? — zapytał Watson, podając chłopcu rękę i kiwając nad nim z politowaniem głową.
— Tak i to z powodu pewnego rysunku, który...
— Znowu ten rysunek! — przerwał nadzorca. — Czy znacie mordercę? Z pewnością jest nim rudy kornel!
— Tak, to on, sir! Ale... przecież miał i was zamordować.
— Tylko zranił, sir, tylko zranił. Cios nie dosięgnął na szczęście serca. — A wy, master Droll, możecie mi powiedzieć, co się stało z moim towarzyszem?
— Umarł. Kornel zranił go tak samo, jak was i od tego biedak umarł.
— Opowiadajcie, sir, opowiadajcie!
— Historja bardzo krótka. Kiedy kornel wywabił was z obozu, Engel nabrał podejrzenia. Dlaczego ten człowiek zabrał was, chociaż nie mieliście broni? Musiał mieć w tem jakiś szczególny cel, niezwiązany z polowaniem. Wy obaj przecież niedowierzaliście kornelowi i teraz Engel począł się niepokoić. Ta obawa nie dawała mu spokoju i dlatego podniósł się, aby iść waszemi śladami. Troska o was podwajała szybkość jego kroków i po upływie może godziny zbliżył się na tyle, że mógł was widzieć. Właśnie dotarł do końca zarośli, kiedy was ujrzał; ale to, co zobaczył, zmusiło go do cofnięcia się. Rudy zadał wam cios i teraz klęczał nad wami, aby się przekonać, czy rana jest śmiertelna. Co miał Engel robić? Czy rzucić się, nie mając żadnej broni, na mordercę, aby was, pomścić? To byłoby szaleństwem. — Engel zawrócił więc i uciekał początkowo pozostawionym przez siebie tropem, następnie, kiedy znalazł się w odpowiedniej okolicy, na wschód. Ale wkrótce przekonał się, że morderca następuje mu na pięty. Wyszedłszy na jakiś pagórek, ujrzał, że rudy idzie za nim. Dzieliła ich stroma przestrzeń może najwięcej dziesięciu minut. Po drugiej stronie wzgórza była prerja. Engel rzucił się nadół, a potem dalej, ciągle przed siebie, ile tylko sił. Gonitwa trwała może już z godzinę, kiedy Engel ujrzał przed sobą zarośla; uważał się za uratowanego; ale zarośla stały zrzadka, a między niemi rozciągała się gęsta trawa, na której jeszcze wyraźniej odbijały się ślady nóg. Niedostatek, jaki znosił wśród ciężkiej zimy, pozbawił uciekającego siły i prześladowca zbliżał się z każdą chwilą. Już dzieliło ich zaledwie sto kroków, gdy ujrzał przed sobą wodę. Był to Orfork, wpadający do Grand-river. Ostatnim wysiłkiem rzucił się ku niej, ale jeszcze jej nie dosięgnął, kiedy padł strzał. Engel poczuł w prawym boku jakby silny cios, lecz skoczył w wodę, żeby przepłynąć na przeciwległy brzeg. Wtem na lewo spostrzegł potok, wpadający do rzeki; zwrócił się ku jego ujściu, aby, przepłynąwszy pewną przestrzeń wgórę, spostrzec chwasty, których gęste gałęzie, nieprzebyte dla oka dzięki naniesionej i zaczepionej o nie trawie, zwisały z brzegu do wody. Wsunął się więc pod nie i, dosięgnąwszy nogami dna, zatrzymał się tam, drżąc z podniecenia, wysiłku i trwogi. Tymczasem kornel również dosięgnął brzegu, a ponieważ rzeka była wąska, Engla zaś nigdzie nie dostrzegł, sądził, że tamten przepłynął na drugą stronę. Wszedł również do wody; musiał zachować jednak ostrożność, aby nie zamoczyć broni i amunicji; dlatego sporo minęło czasu, zanim przepłynął na drugi brzeg i zniknął w krzakach.
— Zapewne powrócił, — odezwał się Humply-Bill. — Ponieważ po drugiej stronie nie znalazł śladów, musiał przypuszczać, że zbieg jest jeszcze po tamtej stronie.
— Naturalnie. Początkowo szukał go na brzegu; potem wrócił na drugą stronę, aby i tam poszukać. Ale napróżno. Wszelki brak śladu wprowadził rudego w błąd. Dwa razy przeszedł obok kryjówki, a jednak nie spostrzegł ukrytego w niej Engla. Ten nadsłuchiwał jeszcze dłuższy czas, lecz nie usłyszał już kroków mordercy; mimo to, dopiero kiedy dobrze ściemniało, odważył się przepłynąć na drugi brzeg i szedł przez całą noc wprost na zachód, możliwie najdalej od tego miejsca.
— Czy był ranny?
— Tak, został draśnięty w plecy poniżej ramienia. Wskutek podniecenia i zimnej wody, nie zauważył tego, a może nie zwracał uwagi; ale w czasie marszu zaczęła mu rana dolegać. Opatrzył ją więc, jak mógł, kojącemi liśćmi. Wyczerpany był doszczętnie. Szalony głód zaspakajał znajdowanemi korzonkami. Dopiero pod wieczór dostał się do samotnego kampu; tam go podjęli gościnni mieszkańcy. Był tak osłabiony, że nie mógł im nawet opowiedzieć, co przeżył, i padł w omrok. Kiedy powrócił do przytomności, leżał w jakiemś starem łóżku. Potem dowiedział się, że przeleżał prawie dwa tygodnie w febrze, w której mówił ciągle o zabójstwie, krwi, ucieczce i wodzie. Teraz dopiero opowiedział swe przygody, sam zaś posłyszał, że cowboy spotkał rudego człowieka, który go pytał, czy przypadkiem nie przyszedł do kampu jaki obcy. Boy raz już zetknął się z tym człowiekiem w Colorado Springs i wiedział, że nazywa się Brinkley. Nie czując doń nadmiernego zaufania, odparł przecząco. Tak Engel dowiedział się nazwiska mordercy. Rana poczęła się goić, a potem, przy sposobności, zabrano go do Las Animas.
A więc nie do Puebla, — rzekł nadzorca, — inaczej byłbym znalazł jego ślady. — Co robił potem?
— Przyłączył się jako woźnica do pewnej wyprawy kupieckiej, która starym zwyczajem udawała się wzdłuż Arkanzas do Kanzas City. Otrzymawszy wynagrodzenie, miał już środki, potrzebne do odszukania brata. Przybywszy do Russelville, dowiedział się o jego wyjeździe; otrzymał jednak od sąsiada list, w którym znajdowała się wiadomość, że znajdzie brata w Benton w Arkanzas.
— Ach, tam! A właśnie Benton należało do tych nielicznych miejscowości, do których nie zaszedłem! A co się stało z rysunkiem, który miał przy sobie?
— Ucierpiał znacznie w wodzie Orforku i Engel musiał go skopjować. Naturalnie opowiedział wszystko bratu i skłonił go do tej ekspedycji. Niestety, wkrótce się okazało, że przejścia pociągnęły za sobą przykre skutki. Opadł go kaszel, z dnia na dzień chudł, wreszcie lekarz oświadczył, że cierpi na suchoty galopujące. W osiem tygodni po przybyciu do brata rozstał się z życiem. Długi popas w zimnej wodzie zmienił kierunek jego podróży. —
— A więc jednak śmierć jego ciąży na sumieniu kornela.
— Gdyby nic więcej na niem nie ciążyło! Iluż z pośród nas ma porachunki z tym wielokrotnym mordercą! Ale słuchajcie, co się dalej stało! — Brat Engla był zamożnym człowiekiem; uprawiał rolę, a obok tego prowadził zyskowny handel. Miał dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę; rodzinę dopełniał, oprócz obojga rodziców, chłopak — posługacz do wszystkiego. Otóż pewnego dnia jakiś obcy przedłożył Englowi tak korzystną ofertę handlową, że ten był nią wprost zachwycony. Obcy podawał się za przedsiębiorcę, utrzymującego łódki na kanałach, i oświadczył, że dorobił się majątku jako poszukiwacz złota. Przy tej sposobności zgadali się; obcy poznał niedawno pewnego myśliwego nazwiskiem Engel, który był również Niemcem. Naturalnie myślał brata gospodarza, a miał tyle do opowiadania o nim, że minęło popołudnie i wieczór nawet, a obcy nie pomyślał o odejściu. Proszonego naturalnie, aby pozostał przez noc, na co, po pewnym wzdraganiu się, przystał. Wkońcu Engel opowiedział mu o śmierci swego brata i, to co było śmierci przyczyną, — wizerunek na skórze — wyciągnął z małej szafeczki ściennej. Potem udano się na spoczynek. Cała rodzina spała na piętrze w izbie, leżącej od tyłu; parobek również na piętrze, lecz po drugiej stronie w małej komórce. Gościowi wskazano najlepszy pokój, leżący w przedniej części domu. Na dole było wszystko pozamykane. Engel zabierał klucze ze sobą na górę. Niedawno przypadały urodziny Freda, jego syna, na które chłopiec otrzymał w podarunku dwuletnie źrebię. W nocy przyszło Fredowi na myśl, że wieczorem z powodu licznych i zajmujących przygód, o których opowiadano, zapomniał źrebię nakarmić; wstał więc i opuścił sypialnię na palcach, aby nikogo nie obudzić. Na dole odsunął zasuwę przy drzwiach tylnych i przeszedł przez podwórze w stronę stajni. Nie uważał za potrzebne brać światła, tem bardziej, że kuchnia, w której latarnia wisiała, była zamknięta. To też musiał źrebię karmić pociemku; trwało to dłużej niż zwykle. Jeszcze nie skończył, kiedy mu się wydało, że posłyszał krzyk; wyszedłszy ze stajni na dziedziniec, ujrzał, jak gaśnie w sypialni światło i wnet potem ukazuje się w komórce parobka. Tam podniósł się wielki hałas; parobek krzyczał i słychać było łomot sprzętów; chłopiec ze zgrozą zrozumiał, że na górze toczy się rozpaczliwa walka. Nagle padły dwa strzały. Fred krzyknął głośno z przerażenia; w tej samej chwili w oknie ukazał się obcy; odrzuciwszy dymiący jeszcze rewolwer, zeskoczył na ziemię, rzucił się na chłopca i począł go tratować nogami. Przytem wypadł mu nóż, który trzymał gotowy do pchnięcia. W tej ostateczności udało się Fredowi schwycić za broń i w rozpaczliwym wysiłku wbić ją przeciwnikowi w łydkę. Ów ryknął z wściekłości i bólu i odskoczył. Fred zerwał się błyskawicznie; zdołał ujść, bo rana przeszkodziła mordercy w pościgu. W śmiertelnej trwodze pobiegł chłopiec do domu najbliższego sąsiada, który, podobnie jak dom Engla, leżał w pewnej odległości od osady. Ludzie, zbudzeni wołaniem Freda o pomoc, wyszli przed dom; dowiedziawszy się, co zaszło, zbrojnie udali się za chłopcem. Jeszcze nie dotarli do domu Engla, gdy ujrzeli, że pali się na piętrze. Obcy, podłożywszy ogień, uciekł. Pożar szerzył się tak szybko, że już nie można było dotrzeć na górę; uratowano jedynie dobytek, znajdujący się w izbach dolnych; szafeczka jednak stała otworem; była próżna. Trupy zaś, do których nie można się było dostać, spłonęły. —
— Straszne! — zabrzmiało dokoła, kiedy opowiadający przerwał na chwilę. Fred Engel, siedzący przy ogniu, ukrył twarz w dłoniach i płakał. —
— Tak, ohydne! — potwierdził Droll. — Wypadek ten wywołał powszechne oburzenie. Szukano mordercy na wszystkie strony, ale napróżno. Obaj bracia Engel mieli w St. Louis siostrę, żonę bogatego reedera. Ta wyznaczyła dziesięć tysięcy dolarów nagrody za schwytanie owego mordercy, rabusia i podpalacza. Lecz i to nie odniosło skutku. Wtedy powzięła myśl zwrócenia się do biura prywatnych detektywów Harrisa & Blothera; to poskutkowało.
— Poskutkowało? — zapytał Watson. — Morderca jest przecież jeszcze wolny! Naturalnie przypuszczam, że to nikt inny, tylko kornel.
— Tak, jeszcze wolny, — odpowiedział Droll, — ale prawie już schwytany. Udałem się do Benton, aby tam choć raz otworzyć oczy lepiej, niż to inni uczynili, i...
— Wy? Dlaczego wy?
— Aby zarobić pięć tysięcy dolarów!
— Było przecież dziesięć tysięcy!
— Honorarjum idzie do podziału, — zauważył Droll. — Jedną połowę otrzymują Harris & Blother, drugą detektyw.
— Tak, a zatem wy, sir, należycie do policji?
— Hm! Myślę, że mam do czynienia wyłącznie z uczciwymi ludźmi, wśród których niema ani jednego, któremu trzebaby kiedyś również stąpać po piętach; powiem wam więc to, o czem dotychczas milczałem: jestem prywatnym agentem policyjnym i to dla pewnych dystryktów dalekiego Zachodu. Już niejednego człowieka, który czuł się bezpiecznie, wydałem master dozorcy i mam zamiar dalej to robić. No, więc wiecie już o tem i znacie również powód, dlaczego nie mam zwyczaju mówić o sobie. Stary Droll, z którego setki ludzi się śmiało, nie jest wcale tak śmiesznym człowiekiem, jeśli się go bliżej pozna. — Ale to nie należy do rzeczy; mówimy przecież o morderstwie.
Teraz spoglądano na Drolla zupełnie innemi oczyma. Wyznanie, że jest detektywem, rzuciło na całą jego osobistość i na wszystkie z rozmysłem przybrane właściwości inne światło. Ukrywał się pod śmieszną powierzchownością, aby tem pewniej móc dosięgnąć ręką tego, kogo zechce ująć.
— A więc, — ciągnął Droll, — zabrałem się przedewszystkiem do Freda, aby go wybadać; pozbierałem również wszystko, co opowiadano o tym wypadku. Szafeczkę, wiszącą na ścianie, morderca otworzył; nie mógł jej jednak wyłamać, gdyż wywołany tem hałas byłby pobudził mieszkańców domu; dlatego też zamordował ich, aby dostać w swe ręce rysunek; miał zamiar udać się następnie nad Srebrne Jezioro. Musiałem więc iść za nim i wziąłem ze sobą Freda, który go widział i mógł rozpoznać. Już na steamerze miałem tego draba w podejrzeniu, a u rafterów Fred go poznał; teraz wpadnie mi zapewne w ręce.
— Tobie? — zapytał stary Blenter. — Oho! Co chcesz z nim zrobić?
— To się pokaże. Niekoniecznie mam wlec go do Benton. Jeśli dam dowody jego śmierci i wykażę, że się do tego przyczyniłem, to nagroda jest tak pewna, jak ten sleeping-gown. — Na dzisiaj dosyć się nagadałem i teraz chcę się trochę przespać. Obudźcie mnie, jak nadejdzie czas!
Wstał, aby sobie wyszukać gdzie na uboczu jaki ciemny kącik. Reszta jednak nie myślała o śnie. To, co usłyszeli, zajmowało ich jeszcze przez długi czas; nadto spodziewane starcie z trampami dostarczało niewyczerpanego tematu do rozmowy.
Winnetou nie brał w rozmowie udziału. Oparłszy się o skałę, zamknął oczy, ale bynajmniej nie spał, bo od czasu do czasu podnosił powieki, a wtedy wybiegało z poza nich ostre i badawcze, jak strzała spojrzenie. —
Było już koło północy, kiedy Old Firehand oświadczył inżynierowi, że wyrusza naprzeciw pociągu. Zawołał obu robotników, którzy mieli stanąć na lokomotywie zamiast trampów, i udał się z nimi na tor, lecz tak, żeby pozostali przypadkiem szpiedzy nie mogli go spostrzec.
Zapadł gęsty mrok. Niespostrzeżenie dotarli do miejsca, w którem można było połączyć się telegraficznie, i usiedli w trawie, aby czekać na przybycie pociągu. Nie było jeszcze godziny trzeciej, gdy ten nadjechał i zatrzymał się przy nich; składał się z maszyny i sześciu wielkich wagonów osobowych. Old Firehand zlustrował wagony; były puste. W przednim wozie leżał zamknięty kufer, napełniony kamieniami. Maszynista prosił, czyby nie mógł prowadzić pociągu, podczas gdy palacz miał wysiąść w Sheridanie, aIbo Old Firehand chciał sam zająć miejsce palacza. Myśliwy, skinąwszy uprzejmie głową maszyniście, wsiadł z obu robotnikami, poczem uczernił sobie twarz sadzą; w płóciennem ubraniu wyglądał zupełnie jak palacz. Pociąg ruszył.
Wozy były zbudowane na sposób amerykański; aby się dostać do przednich należało wsiąść do ostatniego; naturalnie wszystkie były oświetlone. Lokomotywa, z gatunku tak zwanych maszyn tenderowych, otoczona była wysokiemi, silnemi ścianami z mocnej blachy dla ochrony przed napadem lub burzą. Okoliczność bardzo pomyślna, bo te ściany zakrywały prawie zupełnie stojących na lokomotywie ludzi i posiadały dość mocy, aby powstrzymać kule z pistoletów lub karabinów.
Po niedługim czasie pociąg dotarł do Sheridanu, gdzie palacz niespostrzeżenie zeskoczył. Na stacji znajdował się tylko inżynier; zamieniwszy z maszynistą kilka obojętnych słów, dał znak do odjazdu. —
Tymczasem dwaj szpiedzy, których Old Firehand podsłuchał na szkarpie, przybyli na miejsce, gdzie obozował kornel z trampami. Zawiadomili go, że w Sheridanie nikt nawet nie przeczuwa tego, co ma nastąpić; wieść ta wywołała wielką radość. Potem jednak szpiedzy wzięli kornela na bok i przedstawili mu obawy, które ich obu dręczyły. Ten wysłuchał spokojnie i rzekł:
— Rzeczywiście nie mam zamiaru zatrzymywać przy sobie wszystkich ludzi; większość to nieużyteczni hultaje; również ani mi się śni dać choćby jednego dolara z owego pół miljona tym, którzy mi nie są potrzebni.
— To sami sobie wezmą.
— Zobaczymy. Już ja o tem pomyślałem.
— Ale przecież wsiądą do pociągu.
— Naturalnie! Wiem o tem, że wszyscy się tam będą pchali, lecz ja zaczekam na torze, aż wyniosą kasę. Potem, jak pociąg ruszy, zobaczymy, co będzie dalej.
— A co się stanie z nami oboma?
— Wy zostaniecie ze mną. Przez to, że was wysłałem do Sheridanu, dałem wam dowód mojego zaufania. Teraz idźcie do Woodwarda; on zna moje zamiary i wymieni wam tych, których przy sobie zatrzymam.
Szpiedzy, posłuchawszy tego rozkazu, usiedli obok wymienionego, który u kornela piastował godność mniej więcej porucznika. — Teraz wszystko jeszcze znajdowało się w ciemnościach; później dopiero, kiedy zbliżała się pora działania, rozpalono przy torze ogień.
Było już kwadrans po trzeciej, kiedy oczekujący usłyszeli daleki łoskot nadchodzącego pociągu, a wkrótce potem ujrzeli ostre światło lokomotywy. Old Firehand zamknął drzwi od pieca, aby ani jego, ani trzech pozostałych nie można było rozeznać. Może o sto kroków od ognia maszynista dał kontraparę, jakby ulegając niespodziewanemu przymusowi; odezwała się syrena, koła zazgrzytały; pociąg stanął. Trampi zawyli z radości i poczęli się cisnąć do tylnych wagonów. Jedynie kornel pamiętał o tem, co było pierwszej wagi. Przystąpiwszy do lokomotywy, rzucił okiem wgórę ponad jedną ze ścian ochronnych i zapytał:
— Czy wszystko w porządku, chłopcy?
— Well! — odpowiedział jeden z robotników, przyłożywszy maszyniście rewolwer do piersi. — Ci muszą siedzieć cicho. Popatrz, kornelu! Przy najmniejszem poruszeniu pociągniemy za kurki.
Old Firehand przycisnął się jakby przerażony do zbiornika z wodą; przed nim stał drugi robotnik z rewolwerem. — Kornel dał się zwieść.
— Pięknie! — zawołał. — Dobrze sprawiliście się i otrzymacie za to osobne wynagrodzenie. Pozostańcie tam jeszcze, aż się załatwimy, a potem, jak dam znak, zeskoczcie, aby ci poczciwi ludzie nie umarli ze strachu i mogli jechać dalej...
Odszedł od maszyny i znikł w ciemnościach; Old Firehand wychylił się, aby rzucić okiem na miejsce spotkania z trampami. Nie spostrzegł nikogo. Ale w wagonie roiło się od ludzi. Słychać było, jak spierają się przy kufrze.
— Naprzód, naprzód! — rozkazał myśliwy maszyniście. — I to nie powoli, ale odrazu prędko! Zdaje się, że teraz wsiadł także konie! Nie możemy zwlekać!
Maszynista nie dając znaku syreną, puścił pociąg w ruch.
— Stój, stój, — krzyknął jakiś głos. — Zastrzelić tych psów!
Kiedy potoczyły się wagony, trampi, nietyle strachem, ile zdziwieniem ogarnięci, chcieli wysiąść lub wyskoczyć, ale wobec szybkości, jaką maszynista nadał pociągowi, próba ta pociągnęłaby śmierć za sobą. Old Firehand musiał podtrzymywać ogień; płomień oświecił jego i towarzyszy. — Nagle wyłamano przednie drzwi pierwszego wagonu i ukazał się w nich Woodward; ujrzał teraz przed sobą na lokomotywie jasno oświetloną twarz myśliwego i domniemanych trampów, stojących w zupełnej zgodzie obok niego.
— Old Firehand! — ryknął tak głośno, że usłyszano go pomimo łoskotu toczących się kół i sapania maszyny. — Ty psie! Jedź do djabła!
Wyciągnąwszy pistolet z za pasa, wystrzelił. Old Firehand rzucił się na ziemię, aby uniknąć strzału. Ale już w następnej chwili błysnął w jego ręce rewolwer i Woodward, trafiony w serce, runął zpowrotem do wagonu. W otwartych drzwiach pojawili się i inni; natychmiast dosięgła ich kula z broni myśliwego. Obu robotnikom udało się wstawić jedną z bocznych ścian w fugę poprzeczną, a więc między wóz a maszynę. Teraz mogli trampi strzelać!...
Pociąg mknął dalej; maszynista bacznie śledził tor, oświetlony latarniami. Tak minął kwadrans i na wschodzie ukazało się światło. Wtedy — świstawka zabrzmiała, nie w krótkich przerwach, ale przeciągłym rosnącym rykiem. — Zbliżano się do mostu i maszynista dawał sygnał, że pociąg nadjeżdża.
Tam już oddawna zajęto stanowiska. Na krótko przed północą przybyli dragoni z fortu Wallace i ustawili się po obu brzegach rzeki pod mostem, aby schwytać każdego trampa, któryby chciał uciec. Tam, gdzie się zaczynał most, stanął Winnetou z rafterami i myśliwymi, a przy drugim wylocie tunelu oczekiwali uzbrojeni robotnicy. Przy tych znajdował się nadzorca, który podjął się wcale niebezpiecznego zadania — odpięcia we wnętrzu tunelu lokomotywy od pociągu.
Usłyszawszy ryk świstawki, zawołał Watson na swych ludzi:
— Zapalić ognisko!
Niezwłocznie zapalono u wylotu stos z drzewa i węgli; on tymczasem wszedł do tunelu i, przycisnąwszy się do ściany, oczekiwał pociągu, który, przejechawszy ze zmniejszoną szybkością przez most, zbliżał się do nich. Old Firehand na widok ustawionych ludzi zawołał:
— Zapalić za nami!
W chwilę później pociąg zatrzymał się, a lokomotywa stanęła właśnie tam, gdzie czekał nadzorca. Wczołgał się szybko między maszynę i pierwszy wagon, rozluźnił połączenie między niemi i rzucił się ku wyjściu. Lokomotywa natychmiast ruszyła za nim; wewnątrz tunelu pozostały tylko wagony; przed niemi i za niemi robotnicy przerzucili płonące ogniska na środek toru, zabarykadowawszy szyny kamieniami.
Stało się to wszystko o wiele prędzej, niż można opowiedzieć, a tak szybko, że trampi nie mogli się zorjentować w nowem położeniu. Już w czasie szalonej jazdy na dźwięk imienia Old Fireharda, stracili pewność siebie; nie wątpili jednak, że odzyskają wolność, gdy się pociąg zatrzyma, chociażby nawet na ożywionej stacji. Byli dobrze uzbrojeni i w tak wielkiej liczbie, że z pewnością niktby się nie odważył ich zatrzymać.
Teraz pociąg stał, a na to przecież czekali. Kiedy wyjrzeli przez boczne okna, oczy im nakryła ciemność, tak gęsta, jak w grobie. Ci, którzy cisnęli się ku drzwiom ostatniego wagonu, odnieśli wrażenie, jakby przez wąską, a ciemną rurę patrzyli w potężne, mocno dymiące ognisko. Ci zaś, którzy znajdowali się w przednim wozie, widzieli, że lokomotywa zniknęła, a na jej miejscu znajduje się stos płonących węgli,
— Tunel, tunel! — zawołał ktoś przerażony, a głos jego wywołał szerokie echo: —
— Tunel, tunel!
— Co tu robić? Musimy się stąd wydostać!
Zaczęto się pchać i napierać na siebie tak, że ci, którzy stali przy drzwiach, — bo teraz można było wyskoczyć również przez drzwi przedniego wagonu, — nie mogli wyjść, ale zostali poprostu wyrzuceni. Walili się na ziemię, gniotąc swych poprzedników. Powstał chaos ciał, rąk i nóg i wrzawa pełna okrzyków, złorzeczeń i przekleństw. Znaleźli się i tacy, którzy chwycili za broń, aby strącić tych, co wisieli lub leżeli na nich.
Ciemności, których nawet na odrobinę nie rozświetlały ognie, płonące u wejścia i wylotu tunelu, ani też lampy wagonów, dopełnił teraz gęsty i ciężki dym węgla, przywiany przez wiatr poranny.
— Do djabła! Chcą nas udusić! — skrzeczał jakiś głos. — Wychodzić, wychodzić!
Dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto głosów poczęło za nim wołać i w śmiertelnej trwodze gnieść, cisnąć, pchać i napierać ku obu wyjściom. Ale tam trzaskał ogień i wysoko buchającemi jęzorami zasłaniał przejście. Ktoby chciał się wydostać, musiał skakać przez stos, a od ognia zajęłaby się odzież. Zrozumiano to w pierwszych szeregach; ludzie zawrócili i parli zpowrotem; dalsze jednak szeregi nadal rwały się naprzód, nie chcąc ustępować; wywiązała, się więc w pobliżu obu ognisk straszliwa walka między ludźmi, którzy jeszcze niedawno temu byli przyjaciółmi i braćmi we wszelkiej zbrodni. Tunel powiększał dziesięciokrotnie wycie i hałas, jak gdyby rozpętały się żywioły piekieł. —
Old Firehand obszedł skałę, aby się dostać do ogniska, płonącego na przodzie.
— Możemy pozostać statystami, — zawołał do niego jakiś rafter. — Ta dzicz sama się wymorduje. Posłuchajcie tylko, sir.
— Tak, zabrali się do siebie na ostro, — odpowiedział westman. — Ale to przecież ludzie; musimy ich oszczędzać. — Zróbcie mi przejście!
— Czy chcecie może tam wejść?
— Tak.
— Na miłość boską, sir, nie róbcie tego! Oni rzucą się na was i zaduszą!
— Nie. Będą zadowoleni, jeśli wskażę im drogę ratunku.
Sam pomógł odsunąć na bok ognisko tak, że między niem a ścianą tunelu utworzył się odstęp, przez który można było przeskoczyć. Jednym susem znalazł się w tunelu, sam jeden wobec tylu oszalałych ludzi. Z pewnością jeszcze nigdy w życiu nie okazał się tak zuchwałym; ale też nigdy jego pewność siebie nie dosięgała tej miary, co teraz. Niejednokrotnie już doświadczył, jak fascynuje i obezwładnia masy odwaga jednego człowieka.
— Hallo! Silence! — rozległ się jego śpiżowy głos, zagłuszając krzyk setek gardzieli. — Słuchajcie, co wam powiem!
— Old Firehand! — zabrzmiało zewsząd zdumieniem nad jego niezrównaną nieustraszonością.
— Tak, to ja! — A wiecie, że gdzie ja działam, tam niema żadnego oporu. Jeśli nie chcecie się udusić, to pozostawcie tu broń i wychodźcie, ale po jednemu. Ja stanę tam przy ogniu i będę wami kierował. Kto wyskoczy, nie czekając na mój znak, tego natychmiast powitamy kulą; zapowiadam, że nie uniknie jej również, kto zatrzyma przy sobie jakąkolwiek broń. Jest nas wielu, robotników, myśliwych, rafterów, żołnierzy; w każdym razie dość, aby moją groźbę wprowadzić w czyn. Zastanówcie się nad tem i wyrzućcie czapkę lub kapelusz; zastąpi to białą flagę. W przeciwnym razie sto strzelb zwróci się na ogień, aby nikogo przezeń nie przepuścić.
Ostatnie słowa mógł z powodu dymu wypowiedzieć tylko z wysiłkiem. — Skoczył szybko zpowrotem, aby nie stać się celem dla jakiej kuli. Ostrożność ta była wskazana, choć właściwie zupełnie zbyteczna. Wywarł na trampach wrażenie tak wielkie, że żaden z nich nie ważył się podnieść na niego karabinu. —
Słychać było, jak radzili, bo wiele głosów przekrzykiwało się naraz. Okoliczności nie powalały im tracić dużo czasu; dym, wypełniający tunel, z każdą chwilą gęstniał i coraz bardziej zatykał oddech w piersiach. — Wobec takiego człowieka, jak Old Firehand, stracili odwagę, przekonani, że gotów spełnić swą groźbę; innej zaś drogi ocalenia nie widzieli. To też z tunelu przeleciał ponad ogniskiem kapelusz i zaraz potem okrzyk Old Firehanda pouczył ich, że pierwszy wyjść może. Kiedy ten przeskoczył, musiał, nie zatrzymując się, przejść przez most, gdzie przyjęli go rafterzy i myśliwi. Zaopatrzeni w liny, sznury i rzemienie, wiązali każdego, kto tylko dostał się na drugą stronę. Trampów wypuszczano z tunelu w takich odstępach, że było dość czasu na skrępowanie każdego zosobna, zanim następny nadszedł. Odbywało się to tak prędko, że po kwadransie wszyscy znaleźli się w rękach zwycięzców. Ale ku wielkiemu rozgoryczeniu, brak było jednak rudego kornela. Jeńcy, których o niego zapytywano, wyznali, że ten z dwudziestoma innymi nie wsiadł do pociągu; szukano go gorliwie w tunelu i w wagonach, ale nie znaleziono nawet śladu. Ludzie mówili prawdę.
Czyżby miał uciec właśnie ten człowiek, na którym najwięcej zależało? Nie! Jeńców oddano żołnierzom i robotnikom, a potem Old Firehand powrócił z Winnetou, myśliwymi i rafterami na miejsce, gdzie się pociąg zatrzymał, aby zbadać ślady zaginionych. Westman wysłał do Sheridanu czterech rafterów, aby mu przyprowadzili jego konia, odzież myśliwską i obu pojmanych trampów. Nie chciał już wracać do Sheridanu, lecz zamierzał udać się z towarzyszami do fortu Wallace, dokąd miano zawieźć jeńców, bo tam pod strażą wojskową można ich było trzymać pewniej, niż gdzie indziej. —
Wnet znaleziono miejsce, gdzie obozowali trampi, czekając na pociąg. Po dłuższych poszukiwaniach, po troskliwem badaniu licznych odcisków nóg i kopyt, okazało się, że rzeczywiście uszło około dwudziestu ludzi. Zabrali tyleż koni ze sobą, wybierając naturalnie co najlepsze zwierzęta; resztę rozpędzili na wszystkie strony.
— Kornel postąpił bardzo chytrze, — odezwał się Old Firehand. — Gdyby zabrał ze sobą wszystkie konie, zbyt wielkim ciężarem obarczyłby swój mały oddział, a ślady zostawiłby tak wyraźne, że dziecko za niemiby trafiło. Przez to zaś, że pozostałe konie rozegnał, utrudnił nam poszukiwania i zyskał wiele czasu.
— Mój biały brat może się myli, — odpowiedział Winnetou. — Ta blada twarz zapewne nie opuściła tej okolicy, nie przekonawszy się o losie swoich ludzi. Gdybyśmy teraz poszli za jego tropem, zaprowadziłby nas na pewno do Eagle-tail.
. — Jestem przekonany, że mój czerwony brat zupełnie słusznie przypuszcza. Kornel odjechał stąd, aby nas podsłuchać. Teraz już wie, jak sprawy stoją, i czemprędzej umknął.
— Jeśli prędko zawrócimy, to możemy go jeszcze dognać. —
— Nie! Niech mój brat zważy, że nie możemy go natychmiast ścigać. Musimy się udać do fortu Wallace, aby tam złożyć zeznania. Stracimy na tem cały dzień, tak, że dopiero jutro będziemy mogli puścić się w pogoń za zbiegłymi.
— W ten sposób zyskają więcej niż jeden dzień.
— Tak, ale my wiemy, dokąd się udają, i nie potrzebujemy tracić czasu na to, aby iść za ich tropem. Udamy się wprost nad Srebrne Jezioro.
— Czy mój brat myśli, że oni jeszcze tam zamierzają?
— Naturalnie! Chcieli przecież dostać w swe ręce pieniądze, aby porobić za nie zakupy. Bez tych zakupów można się jednak od biedy obejść. Żyć mogą przecież zwierzyną. Broń, a zapewne i amunicję, mają. A gdyby im nawet brakowało prochu, to znajdą po drodze sposobność zaopatrzenia się w sposób mniej lub więcej uczciwy. Jestem przekonany, że pójdą nad Srebrne Jezioro. —
Rzeczywiście wkrótce natrafiono na ślady zbiegów; prowadziły ku rzece, a potem ciągle wzdłuż jej brzegów wgórę.
W Eagle-tail, niedaleko mostu, trampi się zatrzymali. Jeden z nich, prawdopodobnie kornel, poczołgał się pod osłoną stojących tam drzew i krzaków ku torowi, gdzie naturalnie był świadkiem ujęcia całej bandy. Po jego powrocie wszyscy skierowali się ku Bush-Creek; był to niemal przekonywujący dowód, że mieli zamiar zwrócić się ku Kolorado, a stamtąd naturalnie nad Srebrne Jezioro. —

Tymczasem czterej rafterzy powrócili z Sheridanu, przyprowadziwszy ze sobą Hartleya i inżyniera Charoy, którzy również chcieli się udać do fortu Wallace, gdzie ich zeznania mogły być ważne. Robotnicy wrócili do Sheridanu pieszo, w nagrodę trudów otrzymawszy broń, odebraną trampom. Do przewiezienia pojmanych wagonów było aż nadto. —





V
W POTRZASKU.

Po przeciwległej stronie Cumison-river, tam, gdzie wznoszą się Elk-mountains, jechało czterech mężczyzn przez równinę. Jak sięgnąć okiem, nigdzie ani śladu krzaka. Chociaż na dalekim Zachodzie co krok się spotyka niezwykłe postacie, to jednak ci czterej jeźdźcy musieli zwrócić na siebie specjalną uwagę.
Jeden siedział na wspaniałym karym ogierze z owego gatunku, które hodują niektóre plemiona Apaczów. Człowiek ten, średniego wzrostu, mimo, że niezbyt rozrośnięty, wywoływał wrażenie niepożytej siły i wytrwałości. Twarz jego, spaloną od Słońca, okalała pełna, ciemnoblond broda; nosił skórzane legginy, koszulę z tego samego materjału i długie buty, które można było podciągać aż poza kolana. Głowę osłaniał mu filcowy o szerokich kresach kapelusz, dookoła którego szedł sznur z nawleczonemi końcami uszu niedźwiedzia „grizly“. Szeroki, pleciony z pojedynczych rzemieni pas pęczniał od nabojów, a nadto tkwiły za nim dwa rewolwery i nóż „bowie“. Pozatem zwisały z niego dwie pary podków na śrubach oraz cztery prawie okrągłe, grube plecionki z sitowia i słomy, zaopatrzone w rzemienie i sprzączki. Były one przeznaczone na to, aby przymocować je do kopyt końskich w razie, gdyby szło o zmylenie pościgu. Od lewego ramienia ku prawemu biodru zwisało zwinięte lasso, a na szyi, na silnym sznurze jedwabnym, fajka pokoju, ozdobiona skórkami z kolibrów. W prawej ręce trzymał karabinek o krótkiej lufie i o zamku dziwnej konstrukcji, a na plecach miał na szerokim pasie bardzo długą, silną dubeltówkę nadzywyczaj rzadkiego dziś gatunku, nazywaną dawniej „niedźwiedziówką“, a do której nadawały się kule tylko największego kalibru. Człowiekiem tym był Old Shatterhand,[11] słynny myśliwy, zawdzięczający swój przydomek temu, że mógł przeciwnika powalić uderzeniem pięści.
Obok niego jechał mały, szczupły człowieczek bez zarostu w niebieskim fraku o długich połach z żółtemi, bardzo pięknie wyczyszczonemi guzikami. Na głowie dźwigał wielki damski kapelusz t. zw. amazoński, na którym chwiało się olbrzymie pióro. Spodnie miał za krótkie, a nagie stopy tkwiły w starych, grubych skórzanych butach, do których przypiął wielkie, ostrogi meksykańskie. Jeździec ten zawiesił na sobie cały arsenał broni, co naturalnie wcale nie licowało z jego poczciwą twarzyczką. Był to bowiem pan Heliogabal Morfeusz Franke, zwany przez towarzyszy Hobble-Frankiem, ponieważ wskutek dawnej rany kulał na jedną nogę.
Za tymi dwoma na starym, niskim mule, który, rzekłbyś, ma zaledwie tyle sił, aby nie paść pod jeźdźcem, jechała osoba, skóra i kości, na sześć stóp wysoka. Don-Kichot ten miał spodnie skórzane, przykrojone w każdym razie na miarę znacznie niższą, ale też znacznie tęższą. I on również na bosych nogach nosił skórzane buty, tak często naprawiane i łatane, że teraz składały się wyłącznie z dodatków i łat, i ważyły co najmniej po pięć lub sześć funtów. Koszula ze skóry bawolej osłaniała mu piersi, bez pomocy guzików, haftek, czy pętlic; rękawy jej sięgały zaledwie po łokcie. Dokoła szyi chustka bawełniana, której pierwotnej barwy nie można już było odcyfrować; na śpiczastej głowie kapelusz, zapewne przed wielu laty był to szary „cylinder“; wówczas zdobił głowę może jakiego miljonera, potem jednak staczał się coraz niżej, aby w szczerej prerji osiąść na głowie obecnego właściciela. Ten, uważając kresę za zbyteczną, oddarł ją, pozostawiwszy zaledwie mały rąbek, za który chwytał, ilekroć miał obnażyć głowę. Za grubym sznurem, naśladującym pas, tkwiły dwa rewolwery i nóż do skalpowania, a nadto kilka woreczków, z najrozmaitszemi drobiazgami, bez których westman obejść się nie może. Na ramionach miał zarzucony gumowy płaszcz, ale jaki! Ta chluba jego garderoby po pierwszym deszczu tak zeschła się i skurczyła, że już nigdy więcej nie mogła spełnić swego pierwotnego zadania i odtąd właściciel musiał widzieć w niej jedynie burkę huzarską. Wpoprzek swych nóg długich jak Cumison-river człowiek złożył jedną z owych rifles, z których doświadczony myśliwy nigdy nie chybi celu. Ile miał lat, tego nie odgadłby nawet ten, ktoby zdołał określić wiek jego muła. Co najwyżej można się było domyślać, że obaj znają się dokładnie i że już niejedną przygodę przeżyli razem.
Czwarty jeździec siedział na bardzo wysokim i silnym kłusaku. Był otyły, jak beczułka, ale tak kusy, że krótkiemi nogami mógł zaledwie do połowy objąć boki konia. Chociaż słońce nie szczędziło ciepła, nosił futro, coprawda łyse, bowiem wszystkie włosy jego, zgarnięte razem, starczyłyby na pokrycie zaledwie skórki polnej myszki. Na głowie miał gigantyczny kapelusz panama, a z pod futra wyglądały dwa olbrzymie buty z cholewami do podnoszenia. Ponieważ dłońmi nie sięgał wylotu rękawów, więc z całej postaci tego człowieka widać było właściwie tylko tłustą, czerwoną, poczciwą, a zarazem chytrą twarz. Uzbrojony był w długą strzelbę. Futro nie pozwalało dostrzec, czy miał przy sobie jeszcze jaką inną broń.
Ci dwaj ludzie byli to Dawid Kroners i Jakób Pfefferkorn, znani jako „długi Davy“ i „gruby Jemmy“, niemal tak nierozłączni, jak bracia sjamscy. Jemmy był Niemcem, Davy jankesem; jednak w ciągu tych wielu lat, które razem spędzili, nauczył się od towarzysza tyle po niemiecku, że mógł się w tym języku gładko wysłowić. —
Chociaż zaledwie minęło południe, to jednak, jak świadczył kurz, okrywający konie, jeźdźcy musieli już dziś odbyć znaczną drogę, i to nietylko po miękkiej trawie. Aliści ani zwierzęta, ani też oni nie okazywali znużenia. Jeśli nawet czuli się zmęczeni, to można było o tem wnosić dopiero z milczenia, w jakiem jechali.
Pierwszy milczenie to przerwał Hobble-Frank, zwracając się do Old Shatterhanda w rodzinnym dialekcie.
— A więc nad Elk-fork mamy dziś nocować? Jak właściwie daleko tam jeszcze?
— Do wody tej dostaniemy się pod wieczór.
— Dopiero pod wieczór? O laboga! Któż to wytrzyma? Siedzimy na siodle już od wczesnego rana. Musimy się przecież zatrzymać, aby przynajmniej koniom pozwolić odetchnąć! Czy nie?
— Naturalnie. Zaczekajmy jednak, aż przebędziemy prerję; dalej ciągnie się przez pewną przestrzeń las, w którym znajdziemy wodę.
— Dobrze! Będzie można konie napoić i nakarmić trawą. Ale co my tam znajdziemy? Wczoraj zjedliśmy ostatni kawałek mięsa bawolego, a dziś rano mieliśmy tylko kości. Od tego czasu nie nawinął się pod strzał nawet wróbel; a ja muszę wnet dostać coś do schrupania, bo umrę z głodu.
— Nie obawiajcie się! Jużem pomyślał o pieczeni.
— Tak, ale o jakiej? Ta stara łąka jest pusta, jak mój brzuch; zdaje mi się, że tu nie ułowimy muchy. Gdzie więc uczciwie głodny westman dostanie pieczeń?
— Ja ją już widzę. Weź mojego konia za cugle i jedź z innymi powoli naprzód.
— Naprawdę? — zapytał Frank, oglądając się z niedowierzaniem. — Widzicie już pieczeń? Ja jednak nie mogę nic podobnego zwęszyć.
Wziąwszy lejce konia Old Shatterhanda, pojechał dalej z Davym i Jemmym, tamten zaś skierował się wbok, gdzie wśród trawy widać było wielką ilość kopców. Była to kolonja psów prerjowych, jak nazywają świstaki amerykańskie z powodu ich głosu, przypominającego szczekanie. Są to stworzenia zupełnie niewinne, nieszkodliwe i bardzo ciekawe, a co szczególniejsze, mieszkają razem z grzechotnikami i sowami. Jeśli się kto do nich zbliży, to stają prosto, aby mu się przypatrzyć; a skoro tylko powezmą jakieś podejrzenie, to błyskawicznie zapadają w swe nory i nic już ich nie zdoła stamtąd wywabić. Myśliwy, który może zdobyć choć trochę innej żywności, gardzi mięsem tych zwierząt, nie dlatego, żeby było niejadalne, ale że czuje doń jakieś uprzedzenie. Jeśli mimo to zechce zapolować na psa prerjowego, to nie próbuje nawet zbliżyć się pokryjomu, bo stworzeniom tym nie zbywa na ostrożności, lecz musi wzbudzić w nich zaciekawienie i starać się tak długo je zająć, aż zbliży się na odległość strzału. Może to osiągnąć jedynie przez najśmieszniejsze pozy i najpocieszniejsze poruszenia; wówczas pies prerjowy nie wie, kim zbliżający się jest i co ma o nim sądzić. Old Shatterhand więc, kiedy zauważył zwierzątka, siedzące na kopcach, począł skakać wbok, schylać się, to znowu podnosić, obracać się w kółko, poruszać ramionami jak wiatrak, myśląc jedynie o tem, aby się do nich zbliżyć.
Hobble-Frank, jadący teraz obok Jemmy’ego i Davy’ego, na widok jego ruchów, odezwał się głosem zatroskanym:
— Laboga! A temu co wlazło do głowy? Nie ma też przypadkiem ćwieka we łbie? Buzuje, jakby się napił szaleju! — Słuchajcie! Strzela!
Old Shatterhand dał teraz dwa strzały tak szybko po sobie, że zabrzmiały jak jeden. Tamci zobaczyli, że pobiegł naprzód i schylił się dwukrotnie, aby coś podnieść, poczem powrócił do nich. Dwa psy prerjowe włożył do torby przy siodle i wsiadł na konia. Hobble-Frank okazał niewyraźną minę.
— Czy to może owa pieczeń? Dziękuję za nią uniżenie! Takich marcypanów ja nie jadam!
— A czy próbowałeś już kiedy?
— Nie! Ani mi się śniło!
— To nie wiesz również, czy taki pies prerjowy da się jeść, czy nie. Czy jadłeś może kiedy mięso młodego koźlęcia?
— Młode koźlę? — odparł Frank, mlaskając językiem. — Naturalnie, że jadłem.
— Naprawdę? — zaśmiał się Old Shatterhand. — A przecież setki ludzi śmieje się z tego!
— Tak, ale głupców liczy się właśnie na setki. Mówię wam, my Sasi rozumiemy się na potrawach, jak nikt w Europie. Młode koźlę na rondlu, do tego mały ząbek czosnku i kilka listków majeranku, to przyrumienić dobrze i upiec tak, żeby chrupało, toż dopiero prawdziwie boska strawa dla wszystkich baronów i markiz Olimpu. Wiem o tem dobrze, bo około Wielkiej Nocy, kiedy już są młode kozy, u nas w Moritzburgu jedzą we wszystkie niedziele i święta tylko koźlinę.
— Bardzo pięknie. Ale powiedz mi, czy jadłeś już także „trusię“?
— Trusię? Co to takiego?
— Swojski zając, zając domowy, albo „karnikel“, jak mówią w Saksonji. Właściwie nazywa się królikiem.
— Karnikel? A la bonne heure! To również przedni przysmak. Za moich czasów w Moritzburgu zawsze w czasie uroczystości jadano króliki. Mięso mają tak delikatne, że wprost rozpływa się w ustach.
— Ale jest wielu ludzi, którzyby cię wykpili, gdybyś im to powiedział.
— Bo sami mają zajączka w głowie. Taki królik, co je tylko najlepsze i najdelikatniejsze części jarzynek, musi mieć wspaniałe mięso; to się rozumie chyba samo przez się. A może nie wierzycie?
— Owszem, wierzę; ale zato żądam, abyś mi nie wyśmiewał mojego pieska. Zobaczysz, że smaczny jak mięso królicze. Mówię ci, że... Stać, czy to nie jeźdźcy?
Wskazał ku południowemu zachodowi, gdzie majaczyło kilka posuwających się postaci, ale tak jeszcze odległych, że nie można było rozpoznać czy to zwierzęta, czy jeźdźcy. Nasi myśliwi jechali powoli dalej, mając oczy zwrócone na ową grupę. Po pewnym czasie przekonali się, że to jeźdźcy, a wkrótce potem, że noszą mundury; byli to więc żołnierze.
Jechali właściwie w kierunku północno-wschodnim, ale zobaczywszy czwórkę, zmienili kierunek i zbliżyli się do niej w galopie. Było ich dwunastu; przywodził porucznik. Zatrzymali się w odległości trzydziestu może kroków; oficer początkowo mierzył czterech jeźdźców wzrokiem posępnym i badawczym; wtem spojrzenie jego padło na obie strzelby, które nosił Old Shatterhand; oczy mu zabłysły i zapytał, wskazując na strzelbę o krótkiej lufie, ze szczególnym zamkiem kulistym:
— Behold! Czy to nie sztuciec Henry’ego, sir!
— Niewątpliwie, — potwierdził westman. — Czy znacie strzelby tego gatunku?
— Nie widziałem jeszcze żadnej, ale opisano mi je dokładnie. Wynalazca miał być szczególnego rodzaju dziwakiem i sporządził ich tylko kilka, bo obawiał się, że Indjanie i bawoły zostaliby wkrótce wytępieni. — Tych kilka sztuk zaginęło i tylko Old Shatterhand ma jeszcze posiadać jeden.
— To prawda, sir. Z tych jedenastu czy dwunastu sztucerów Henry’ego, jakie wogóle istniały, pozostał jedynie mój; inne zginęły na Dzikim Zachodzie ze swymi właścicielami.
— A więc wy jesteście naprawdę... naprawdę Old Shatterhand? Co za radość! Czy nie bylibyście tak dobrzy udać się z nami? Moi towarzysze uważaliby to za zaszczyt, gdyby się wam spodobało być naszym gościem.
— Dokąd mamy jechać?
— Do fortu Mormon, dokąd i my się udajemy.
— Niestety, nie możemy przyjąć waszego zaproszenia, bo musimy jechać w kierunku przeciwnym, aby spotkać się o oznaczonym czasie z przyjaciółmi.
— Czy mogę zapytać, dokąd jedziecie, sir?
— Najpierw ku Elk-mountains; stamtąd zaś ku Book-mountains.
— To muszę was ostrzec przed Utahami, którzy przed niedawnym czasem wykopali topór wojenny; dlatego jeździmy ustawicznie jako patrol od fortu Mormon do Indjan-fort. Mianowicie jakaś banda białych poszukiwaczy złota napadła na obóz Utahów, aby im konie zrabować; było to podczas nocy; Utahowie jednak obudzili się i zaczęli bronić, lecz znacznie lepiej uzbrojeni biali wielu z nich położyli trupem i uszli z końmi. Rano czerwoni puścili się za nimi w pogoń. Rabusie zostali doścignięci; wywiązała się walka, która znowu wylała sporo krwi. Miało przytem paść około sześćdziesięciu Indjan, ale też tylko sześciu białych zdołało ujść. Teraz Utahowie krążą po okolicy, chcąc znaleźć tych sześciu, a zarazem wysłali poselstwo do fortu Union z żądaniem odszkodowania: za każdego konia żądają wzamian innego, za utraconą własność razem tysiąc dolarów, a za każdego zabitego Indjanina po dwa konie i karabin.
— Wcale niedrogo, mojem zdaniem. Czy zgodzono się na te żądania?
— Nie. Biali nie mają zamiaru przyznawać czerwonym prawa do jakichkolwiek żądań. Poselstwo wróciło do domu, nie wskurawszy nic i wobec tego zostały wykopane tomahawki. Utahowie powstali w wielkiej liczbie, a ponieważ na tem terytorjum nie mamy, niestety, dość wojska, aby ich móc pokonać w pierwszem starciu, więc obejrzano się za sprzymierzeńcami. Kilku oficerów udało się wdół do Nawajów, aby ich pozyskać przeciw Utahom, co im się też powiodło.
— A co ofiarowano Nawajom za pomoc?
— Wszystko, co zdobędą.
Old Shatterhand nachmurzył czoło.
— A więc najpierw Utahowie zostali napadnięci i obrabowani i wielu z nich padło; następnie, kiedy zażądali ukarania zbrodniarzy i odszkodowania, odepchnięto ich, a gdy sprawę tę ujęli we własne ręce, podszczuwa się wtedy na nich Nawajów i płaci ostatnim zdobyczą pokrzywdzonych! I czyż można się tu dziwić, że to popchnęło ich do ostateczności? Rozgoryczenie musi sięgać ostatecznych granic; biada teraz białemu, któryby wpadł im w ręce!
— Ja mam tylko słuchać, a nie wydawać swych sądów. — Powiadomiłem was o tem, sir, chcąc was ostrzec.
— Przyjmijcie podziękowanie, master, a jeśli opowiecie w forcie o spotkaniu się z nami, to nadmieńcie, że Old Shatterhand nie jest wrogiem czerwonych i żywo ubolewa nad tem, że bogato wyposażony przez naturę naród musi ginąć dlatego, że nie daje się mu czasu na rozwój naturalny, zgodny z prawami powszechnej ewolucji, lecz żąda się od niego, aby raptem z narodu myśliwskiego przekształcił się w nowożytne państwo. Z taką samą zupełnie słusznością można zabić szkolarza za to, że nie posiada dostatecznie sprytu i wiadomości, aby zostać generałem albo profesorem astronomji. — Good bye, sir!
Zawrócił konia i odjechał z towarzyszami, którzy za nim poszli, nie rzuciwszy już nawet okiem na żołnierzy. — Uniesiony gniewem rzucił Shatterhand te ostatnie i, jak zresztą sam wiedział, daremne słowa; tem bardziej milczał teraz, gdy rozmyślał nad tem, że niemasz słów ani czynów, aby przekonać „brata Jonatana“[12], gdy przypisuje sobie większe prawa do życia, niż Indjanin, którego pędzą z miejsca na miejsce, szczują jak zwierza, aż — osaczony zewsząd — nawet śmiercią swoją nie wzbudzi litości. —
Minęło pół godziny; wreszcie Old Shatterhand otrząsnął się z zadumy, aby zwrócić baczniejszą uwagę na widnokrąg, który przybrał teraz kształt ciemnej, coraz więcej rozszerzającej się pręgi.
— Tam jest las, o którym mówiłem. Ostrogi w wierzchowce, a po pięciu minutach będziemy na miejscu.
Puszczono konie galopem i wkrótce jeźdźcy dotarli do wysokiego i gęstego lasu świerkowego, którego skraj zdawał się tak gęsto zarosły, że nie było mowy o przebyciu go konno. Ale Old Shatterhand wnet znalazł radę. W obranem miejscu, wparłszy konia w wąskie podszycie, znalazł się na tak zwanej ścieżce indjańskiej, szerokości może trzech stóp, którą wydeptali zachodzący tu czasem Indjanie. Westman przedewszystkiem zsiadł z konia, aby poszukać na niej nowych śladów; kiedy ich jednak nie znalazł, dosiadł zpowrotem wierzchowca i wezwał towarzyszy, aby szli za nim.
Tu w tym tajemniczym lesie dziewiczym nie zawiał najlżejszy wiaterek, a poza stąpaniem koni żaden nie zakłócał ciszy. Old Shatterhand trzymał w prawej ręce sztuciec gotowy do strzału i patrzył bacznie przed siebie, aby przy ewentualnem spotkaniu z jakim nieprzyjacielem pierwszy wymierzyć broń na wroga. Był jednak przekonany, że żadne niebezpieczeństwo teraz nie grozi. Jeśli czerwoni przebiegali konno po okolicy, to było ich tylu razem, że z pewnością nie szukali takiej ścieżki, gdzie niczego nie mogliby odkryć, a gęstwina leśna tylko utrudniałaby ich poruszenia. Na ścieżce było niewiele bowiem miejsc, gdzieby jeździec mógł konia zawrócić.
Po dłuższym czasie droga wyprowadziła na polanę, w pośrodku której leżało sporo wielkich bloków skalnych, spiętrzonych wysoko jeden na drugim. Były pokryte mchem, a w szparach między niemi, znalazły krzaki dość oparcia dla swych korzeni. Z pod kamieni wypływało małe źródełko, które wiło się przez polanę i ginęło w lesie. Tu zatrzymał się Old Shatterhand, mówiąc:
— Oto miejsce, na którem możemy dać koniom mały wypoczynek i upiec psy prerjowe.
Jeźdźcy zeskoczyli z koni, którym wyjęli z pysków wędzidła, aby mogły skubać trawę, a potem poszukali suchych gałęzi na ognisko. Jemmy podjął się ściągnąć z psów skórę i wypatroszyć je, a Old Shatterhand oddalił się, aby się przekonać, czy miejsce jest bezpieczne; las bowiem można było przebyć może w trzech kwadransach, a przerzynała go wszerz owa ścieżka indjańska. Polanka leżała mniej więcej w pośrodku lasu.
Niezadługo nad ogniem piekło się mięso, a po polance rozszedł się wcale przyjemny zapach. Wkrótce Old Shatterhand powrócił. Dotarł szybko do przeciwnego brzegu lasu, skąd roztaczał się widok daleko na otwartą prerję. Oko jego nie spostrzegło nic podejrzanego, to też wrócił do towarzyszy z zapewnieniem, że nie należy się obawiać żadnej niespodzianki. Po godzinie pieczeń była już gotowa.
— Hm! — mruczał Hobble-Frank. — Jeść psią pieczeń! Gdyby komu kiedyś przyszło na myśl powiedzieć mi, że będę zajadał mięso najwierniejszego przyjaciela człowieka, to dałbym mu taką odpowiedź, żeby mu włosy na głowie stanęły. Ale jestem głodny i muszę go skosztować.
— To przecież nie pies, — przypominał mu Jemmy. — Słyszałeś przecież, że świstak otrzymał zupełnie fałszywie nazwę psa prerjowego ze względu na swój głos.
— To sprawy zupełnie nie zmienia; owszem, to ją właśnie pogarsza. Pieczeń ze świstaka! Ktoby pomyślał? No, zobaczymy!
Wziął sobie kawałek piersi pieczeniej i, ociągając się, spróbował; zaraz jednak rozjaśniła mu się twarz, a wsadziwszy większy kawałek do ust, oświadczył, żując:
— Rzeczywiście, wcale niezłe, na honor! Smakuje naprawdę jak królik, chociaż nie jest tak doskonałe, jak pieczeń z koźlęcia. Dzieci, myślę, że z tych dwu piesków niewiele pozostanie.
— Musimy schować coś na wieczór, — ostrzegał Davy. — Nie wiemy przecież, czy dziś jeszcze co upolujemy.
— Nie troszczę się o to, co będzie później. Jeśli tylko będę mógł rzucić się w objęcia Orfeusza, to niczego nad to nie żądam.
— Morfeusza, — poprawił go Jemmy.
— Siedź cicho! Chyba mojemu Orfeuszowi nie zechcesz przypiąć jakiego M zprzodu. Znam go bardzo dobrze; we wsi Klotsche pod Moritzburgiem istniał związek śpiewacki, który nazywał się „Orfeusz na ziemi“; te hultaje śpiewały tak przyjemnie, że słuchacze zapadali zawsze w bardzo miły sen. Dlatego stamtąd, a więc z Klotsche, pochodzi owo przysłowie o wpadaniu w objęcia Orfeusza. Nie kłóć się przeto ze mną, lecz zajadaj pieska w pobożnem milczeniu; wtedy będzie ci lepiej smakował, niż gdybyś się spierał z człowiekiem o takiem doświadczeniu, jak ja! —
Czwórka, uważając się za zupełnie bezpieczną, była w grubym błędzie, bo oto zbliżało się niebezpieczeństwo w postaci dwu oddziałów, które skierowały się również ku lasowi.
Jeden z oddziałów był mały, a składał się z dwu tylko jeźdźców, którzy nadjeżdżali od północy; natknąwszy się na ślady Old Shatterhanda i jego towarzyszy, zeskoczyli z koni, aby zbadać trop. Sposób, w jaki się do tego zabrali, kazał się domyślać, że nie byli greenhornami. Świadczyło o tem również dobre uzbrojenie i odzież mocno zniszczona. Pewne oznaki pozwalały przypuszczać, że w ostatnim czasie nie mieli zbyt wiele szczęścia. Co się tyczyło ich koni, dobrze odżywionych i żwawych, to pozbawione siodeł i uzd, miały tylko wędzidła z rzemieni. Tak zwykły się paść konie Indjan w pobliżu obozu.
— Co myślisz o tych śladach, Knox? — zapytał jeden. — Czyżbyśmy mieli przed sobą czerwonych?
— Nie, — odpowiedział zapytany tonem pewnym. — Konie są podkute, a ludzie ci jechali obok siebie, a nie jeden za drugim, jak to robią czerwoni.
— A ilu ich jest?
— Tylko czterech. Nie mamy się więc czego obawiać, Hiltonie.
— Chyba, że to żołnierze!
— Pshaw! Nawet wtedy nie. W żadnym forcie nie powinniśmy się naturalnie pokazywać, bo tam zwykle tak dużo oczu i tak wypytują, że z pewnością byśmy się zdradzili. Ale czterech kawalerzystów, pshaw! ci zapewne niczego z nas nie wydostaną. A nawet, z jakich to powodów mieliby nabrać podejrzenia, że należymy do tych białych, którzy napadli na Utahów?
— Tak i ja wprawdzie myślę, ale często djabli nawarzą licha, że się ani nie spodziewasz. Znajdujemy się w nędznem położeniu. Szczuci przez czerwonych i szukani przez żołnierzy, błąkamy się tu i tam po obszarze Utahów. Co za głupota z naszej strony, że uwierzyliśmy obietnicom tego rudego kornela i jego trampów.
— Głupota? Z pewnością nie. Szybko się wzbogacić, to przecież bardzo dobra rzecz i ja nieprędko jeszcze wyrzeknę się tego. Wkrótce nadejdzie kornel z resztą swego oddziału, a wtedy nie będziemy potrzebowali się trapić. Musimy spróbować wydostać się z tego ciężkiego położenia. Jeśli o tem pomyślę, to znajduję tylko jedną dla nas drogę, a ta się nam właśnie teraz otwiera.
— Co to za droga?
— Musimy znaleźć jakich białych, aby się do nich przyłączyć. W ich towarzystwie będziemy uchodzić za myśliwych i nikomu nie przyjdzie nawet na myśl, szukać jakiegokolwiek związku między nami, a tymi, którzy zmusili Utahów do wykopania topora wojennego.
— I myślisz, że takich właśnie ludzi mamy przed sobą?
— Tak, takie jest moje zdanie. Siedzą poza lasem; chodźmy za nimi. —
Rudy kornel starał się powiększyć swój oddział, który, jak wiadomo, składał się z dwudziestu trampów, rozbitków z pod Eagle-tail. Przyszedł do przekonania, że wgórze oddział jego zostanie prawdopodobnie mocno przetrzebiony przez Indjan i, że więc dwudziestu ludzi będzie stanowczo za mało. Dlatego w czasie jazdy przez Colorado ściągał do siebie każdego, kto do tego okazał ochotę. Naturalnie, byli to wyłącznie ludzie pozbawieni wszelkiego zajęcia, w których napróżnoby szukać śladów moralności. Pomiędzy nimi znajdowali się także Knox i Hilton, ci właśnie, którzy teraz zbliżali się do lasu. Nowa banda kornela wkrótce tak wzrosła, że musiała zwracać na siebie uwagę, a zaprowiantowanie jej stawało się z dnia na dzień trudniejsze. Dlatego kornel powziął postanowienie podzielenia jej; z jedną połową miał sam przejść w okolicy La Veta przez Rocky-mountains, reszta miała się zwrócić ku Morrison i Georgetown, aby tam przejść przez góry. Ponieważ Knox j Hilton byli ludźmi doświadczonymi, przeto oni mieli kierować drugim oddziałem. — Przebyli szczęśliwie góry i zatrzymali się w okolicy Brecken-ridge. Tam spotkało ich nieszczęście; spłoszona stadnina pewnego hacjendera przeszła koło nich; przytem zerwały się ich własne konie i uciekły z tamtemi. Chcąc zdobyć nowe, napadł na obóz Utahów, lecz Indjanie doścignęli ich i pobili. Sześciu uszło; ale czerwoni następowali tym sześciu niezmordowanie na pięty; czterech padło jeszcze poprzedniego dnia i tylko przywódcom Knoxowi i Hiltonowi powiodło się ujść pociskom mściwych Indjan.
O tem rozmawiali, zbliżając się do lasu; przybywszy do niego, znaleźli ścieżkę indjańską, którą ruszyli. Do polanki dotarli właśnie w tej chwili, kiedy zakończył się pojedynek słowny między Jemmym i Hobble-Frankiem.
— A więc jesteśmy myśliwymi, zgoda? — szepnął Knox do Hiltona. — Pozwól tylko mnie mówić!
Old Shatterhand teraz ich dopiero zobaczył, a wziąwszy do rąk sztuciec, patrzył w poważnem oczekiwaniu na zbliżających się.
— Good day, messur! — powitał ich Knox. — Czy pozwolicie nam wypocząć nieco przy was?
— Każdy uczciwy człowiek jest nam miły, — odpowiedział Old Shatterhand, spojrzawszy badawczo najpierw na jeźdźców, a potem na konie.
— Mam nadzieję, że nie myślicie o nas inaczej! — odparł Hilton, wytrzymując napozór zupełnie spokojnie przenikliwe spojrzenie myśliwego.
— Ja sądzę o ludziach dopiero wtedy, gdy ich poznam.
— No, to pozwólcie, że damy wam do tego sposobność!
Zeskoczywszy z koni, usiedli przy ognisku; byli naturalnie głodni, bo rzucali dość tęskne spojrzenia na pieczeń. Dobroduszny Jemmy podsunął im kilka kawałków mięsa; oczywiście, nie czekali na powtórne zaprosiny. Teraz grzeczność zabraniała im stawiać jakiekolwiek pytania, dlatego minął dłuższy czas w milczeniu, aż się nasycili. —
Drugi ze wspomnianych oddziałów, zbliżający się z przeciwnej strony do lasu, stanowiła gromada około stu Indjan. Old Shatterhand był wprawdzie i na tej stronie, aby się rozejrzeć, po rozciągającej się tam prerji, lecz nie mógł jeszcze dojrzeć nadjeżdżających czerwonych, bo w tym czasie byli oni dopiero za wybiegającym naprzód rogiem lasu. Ci musieli również dobrze znać okolicę, bo zmierzali wprost ku wyjściu wąskiej ścieżyny, którą biali dostali się na polanę.
Czerwoni znajdowali się na ścieżce wojennej, jak wskazywały jaskrawe barwy, któremi pomalowali twarze. Większość nosiła broń palną, a tylko niewielu miało łuki i strzały. Na ich czele jechał olbrzym, który był widocznie wodzem, bo miał orle pióra wpięte we włosy. Wieku jego nie można było rozpoznać pod pokrywającemi całą twarz wojennemi linjami czarnemi, żółtemi, i czerwonemi. Stanąwszy na ścieżce, zeskoczył z konia, aby ją zbadać. Wojownicy, jadący na przedzie, zatrzymawszy się za jego przykładem, przypatrywali się z natężeniem jego poczynaniom. Wtem jeden z koni parsknął. Wódz podniósł ostrzegawczo rękę, a jeździec położył zwierzęciu dłoń na nozdrzach. Wódz musiał zauważyć coś podejrzanego, kiedy nakazał większą ciszę. Powoli, krok za krokiem, pochylony głęboko ku ziemi, postępował dalej w las ścieżką. Kiedy potem powrócił, odezwał się cicho w języku Utahów, który jest gwarą szoszońskiego idjomu języka sonora:
— Blada twarz była tu przed czasem, którego potrzebuje słońce do przebycia drogi jednej piędzi. Niech wojownicy Utahów ukryją się ze swemi końmi pod drzewami. Ovuts-awaht pójdzie poszukać bladej twarzy.
Wódz, Ovuts-awaht, to znaczy „Wielki Wilk“, który był niemal wyższy i szerszy od Old Firehanda, poczołgał się w las; kiedy powrócił może po upływie pół godziny, ludzi jego nie było widać; gwizdnął jednak cicho i natychmiast czerwoni wyszli z pod drzew, pozostawiwszy tam konie. Na dany znak podeszło do niego pięciu czy sześciu poddowódców.
— Sześć bladych twarzy leży pod skałą, — odezwał się do nich. — To jest z pewnością tych sześciu, którzy wczoraj uciekli. Jedzą mięso, a konie pasą się przy nich. Niech moi bracia pójdą za mną, aż tam, gdzie się ścieżka kończy; potem niech się rozdzielą; połowa poczołga się na prawo, a inni na lewo, aż polana zostanie otoczona, Wtedy dam znak, a czerwoni wojownicy niechaj wyskoczą. Białe psy tak się przerażą, że nie sięgną po broń, my zaś pochwycimy ich i zawleczemy do wsi, aby ich przywiązać do pala. — Pięciu ludzi pozostanie, aby pilnować koni. Howgh!
Pod kierownictwem wodza weszli czerwoni po ścieżce w las tak cicho, że żadnego szmeru nie było słychać. Kiedy dotarli do miejsca, gdzie droga wychodziła na polankę, rozeszli się na obie strony, aby otoczyć to miejsce. —
Biali właśnie skończyli posiłek. Hobble-Frank zasadził nóż za pas i odezwał się, naturalnie w języku angielskim, aby obaj nowo przybyli mogli go zrozumieć:
— No, podjedliśmy sobie, a konie wypoczęły; możemy więc ruszyć w dalszą drogę, aby jeszcze przed nocą dostać się do dzisiejszego celu.
— Tak, — zgodził się Jemmy. — Ale przedtem musimy się koniecznie zapoznać i dowiedzieć, dokąd zmierzamy.
— Słusznie, — potwierdził Knox. — A więc, czy możemy wiedzieć, jakie to miejsce chcecie jeszcze dzisiaj osiągnąć?
— Jedziemy do Elk-mountains.
— My także. To się znakomicie składa; możemy jechać razem.
Old Shatterhand nie powiedział ani słowa; dał Jemmy’emu znak pokryjomu, aby dalej prowadził swój egzamin, bo chciał odezwać się dopiero wtedy, gdy przyjdzie czas na niego.
— Dla mnie będzie to bardzo miło, — odpowiedział grubas. — Ale dokąd się potem udacie?
— Tegośmy jeszcze nie postanowili. Może nad Green-river, aby poszukać bobrów.
— To niewiele pewnie znajdziecie. Kto chce łapać tłuste ogony[13], ten musi iść dalej na północ. Jesteście więc traperami?[14]
— Tak. Ja nazywam się Knox, a mój towarzysz Hilton.
— A gdzie macie, master Knox, sidła na bobry, bez których przecież nie możecie ich łowić?
— Te skradli nam jacyś złodzieje, chyba Indjanie, tam wdole rzeki San Juan. Może natrafimy na jaki kamp, gdzie będziemy mogli nowe kupić. Czy myślicie, że możemy się do was przyłączyć?
— Nie mam nic przeciw temu, jeśli tylko moi towarzysze będą z tego zadowoleni.
— Dobrze, master. Czy możemy więc poznać wasze nazwiska?
— Dlaczego nie! Mnie nazywają grubym Jemmym. Mój sąsiad na prawo, to...
— Długi Davy, pewnie? — przerwał szybko Knox.
— Tak. Domyśliliście się tego?
— Naturalnie! Jesteście znani szeroko i daleko, a gdzie znajduje się gruby Jemmy, tam nie potrzeba długo szukać Davy’ego. A ten mały master, tu po waszej lewej ręce?
— Tego nazywamy Hobble-Frankiem; słynne chłopisko; poznacie go jeszcze.
Frank obrzucił mówcę gorącem i wdzięcznem spojrzeniem, a ten ciągnął dalej:
— Ostatnie nazwisko, które wam wymienię, jest w każdym razie jeszcze bardziej znane, niż moje. Myślę bowiem, że słyszeliście o Old Shatterhandzie?
— Old Shatterhand? — zawołał z wielką radością, zaskoczony tem Knox. — Rzeczywiście? Czy to prawda, sir? Wy jesteście Old Shatterhand? — Pozwólcie mi powiedzieć sobie, że bardzo się cieszę, mogąc was poznać!
Po tych słowach wyciągnął ku myśliwemu rękę i rzucił na Hiltona spojrzenie, którem chciał mu powiedzieć:
— Ty! Ciesz się, bo teraz jesteśmy bezpieczni!
Old Shatterhand udał jednak, że nie spostrzega podawanej mu ręki, i odparł zimno:
— Czy naprawdę się cieszycie? Szkoda więc, że nie mogę podzielać waszej radości.
— Dlaczego nie, sir?
— Bo jesteście ludźmi, którzy wogóle nie mogą sprawić radości.
— Jak to rozumiecie? — zapytał Knox, zupełnie zmieszany tą otwartością. — Przypuszczam, że żartujecie?
— Mówię poważnie. Jesteście obaj krętaczami, a może nawet jeszcze czemś o wiele gorszem.
— Oho! Czy myślicie, że zniesiemy spokojnie taką obelgę?
— Tak jest; tak myślę, bo cóż możecie innego uczynić?
— Czy znacie nas może?
— Nie. Nie byłoby to dla mnie wcale zaszczytem.
— Sir, stajecie się coraz bardziej bezwzględnym. Udowodnijcie, że jesteśmy kłamcami!
— Dlaczego nie! — odpowiedział Old Shatterhand obojętnie. — A więc zastawialiście sidła nad San Juan? Kiedyż to?
— Przed czterema dniami.
— Przychodzicie wprost stamtąd?
— Tak.
— Przyszliście więc z południa? To kłamstwo. Przybyliście tutaj tuż po nas, musielibyśmy więc widzieć was tam na otwartej prerji. Ku północy jednak las tworzy występ i za tym właśnie występem tkwiliście, kiedy ostatni raz rozglądałem się, zanim skręciliśmy na tę ścieżkę. Przyszliście z północy.
— Ależ, sir, powiedziałem prawdę. Nie mogliście nas widzieć.
— Ja? Ja nie widziałem was? Gdybym miał tak kiepskie oczy, tobym już sto razy zginął. Nie, tego mi nie wmówicie! A teraz dalej: gdzie macie siodła i uzdy?
— Skradzione nam!
— Człowiecze! Czy uważasz mnie za niedorostka? — zaśmiał się Old Shatterhand pogardliwie. — Pewnieście wsadzili siodła i uzdy razem z sidłami na bobry do wody, kiedy wam to wszystko skradziono? Jakiż myśliwy zdejmuje koniowi uzdę? A skąd macie te indjańskie wędzidła?
— Kupiliśmy je od czerwonych.
— A może także i konie?
— Nie, — odpowiedział Knox, widząc, że to zuchwałe kłamstwo z pewnościąby mu nie uszło.
— A więc Indjanie Utah handlują wędzidłami? O tem nie wiedziałem dotąd. A skąd macie konie?
— Kupiliśmy je w forcie Dodge.
— Tak daleko stąd? A ja założyłbym się, że tę zwierzęta w ostatnich czasach całemi tygodniami przebywały na pastwisku. Koń któryby przyniósł jeźdźca z fortu Dodge aż tutaj, wyglądałby zupełnie inaczej. A jak się to stało, że wasze konie nie są podkute?
— O to musicie zapytać handlarza, od którego ja kupiliśmy.
— Banialuki! Te zwierzęta zostały skradzione!
— Sir! — zawołał Knox, chwytając za nóż. Również i Hilton sięgnął ręką do pasa.
— Pozostawcie noże w spokoju, bo inaczej powalę was na ziemię! — groził Old Shatterhand. — Czy myślicie, że nie poznaję w tych koniach tresury indjańskiej?
— Przecież widzieliście nas na koniach tylko przez krótką chwilę, gdyśmy od ścieżki jechali do tych kamieni?
— Słusznie, ale widzę, że unikają naszych zwierząt, a trzymają się razem. Konie zostały skradzione Utahom, a wy należycie do ludzi, którzy napadli na tych czerwonych biedaków.
Knox nie wiedział już, co ma dalej mówić; nie dorastał przenikliwością Shatterhandowi. Stało się z nim to, co zwykle dzieje się w podobnych wypadkach z tego rodzaju ludźmi; ucieczki szukał w grubijaństwie.
— Sir, słyszałem o was wiele i uważałem was za zupełnie innego człowieka. Mówicie jak nieprzytomny. Kto upiera się przy takiem twierdzeniu, jak wasze, musi być poprostu szaleńcem. Nasze konie i indyjska tresura! Możnaby umrzeć ze śmiechu, gdybym się nie musiał gniewać na to. — Widzę, że nie pasujemy do siebie i odjedziemy, aby uniknąć waszych fantazyj! — Do wszystkich djabłów! Co to?
Mówiąc o koniach, zwrócił oczy na nie i przytem spostrzegł coś, co przykuło do siebie całą jego uwagę. Podniosły one mianowicie nozdrza do góry, kręciły się na wszystkie strony, wciągały powietrze, a potem, rżąc radośnie, ruszyły ku skrajowi polanki.
— Tak! Co to? — zawołał również Jemmy. — Indjanie w pobliżu!
Niezawodnie oko Old Shatterhanda objęło jednem bystrem spojrzeniem grożące niebezpieczeństwo, to też odpowiedział:
— Jesteśmy otoczeni, naturalnie przez Utahów, których obecność zdradziły konie; teraz muszą rozpocząć napad.
— Co mamy robić? — zapytał Davy. — Czy będziemy się bronić?
— Najpierw pokażemy im, że nie mamy nic wspólnego z tymi rozbójnikami. To jest najważniejsze!
Uderzył Knoxa w skroń zwiniętą pięścią tak, że ten padł jak kłoda na ziemię; potem taki sam cios otrzymał Hilton.
— A teraz prędko na skałę! — zawołał Old Shatterhand. — Tam mamy osłonę, której tutaj brak. Potem zobaczymy, co dalej czynić.
Wejście na olbrzymie kamienie nie było łatwe; ale w tego rodzaju położeniu podwajają się zdolności człowieka; dwie, trzy, pięć sekund i myśliwi znaleźli się na górze, gdzie, zniknąwszy poza występami i krawędziami, przykucnęli za krzakami. — Od czasu, gdy odezwało się rżenie koni indjańskich, aż do tej chwili minęła zaledwie minuta. Wódz chciał natychmiast dać znak do napadu, ale zaniechał tego, zobaczywszy, że jedna z bladych twarzy powaliła na ziemię dwie inne. Nie mógł sobie tego wytłumaczyć i zawahał się, a dzięki temu czwórka zyskała tyle czasu, by dostać się na skałę. Teraz siedzieli na górze, a kule i strzały nie mogły ich dosięgnąć; sami natomiast byli w stanie opanować całą wolną przestrzeń i wysyłać kule we wszystkich kierunkach.
— Co począć? — takie było pytanie, które sobie zadawał „Wielki Wilk“. Czerwony, jeśli musi, jest dzielny, śmiały, a nawet zuchwały; ale jeśli może osiągnąć swój cel przy pomocy chytrości bez niebezpieczeństwa, to nawet nie przyjdzie mu na myśl narażać życia. Wódz więc, gwizdnąwszy, zawołał do siebie poddowódców, aby się z nimi naradzić.
Wynik narady dał się wkrótce widzieć albo raczej słyszeć. Z kraju polany zabrzmiał donośny głos. Ponieważ plac wolny miał najwyżej pięćdziesiąt kroków szerokości, a odległość między skałą a miejscem, skąd głos dochodził, wynosiła zaledwie połowę tego, a więc dwadzieścia pięć kroków, można było przeto słyszeć wyraźnie każde słowo. Wódz, stojąc przy drzewie, wołał:
— Blade twarze są otoczone przez wielu czerwonych wojowników, niechaj przeto zejdą nadół.
Było to tak śmieszne, że nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Czerwony powtórzył wezwanie jeszcze dwukrotnie, a kiedy i teraz nie doczekał się odpowiedzi, dodał:
— Jeśli biali mężowie nie posłuchają, zabijemy ich.
Na to odpowiedział Old Shatterhand:
— Co uczyniliśmy czerwonym wojownikom, że nas otoczyli i chcą na nas napaść?
— Jesteście psami, które zabiły naszych mężów i zrabowały nam konie.
— Mylisz się. Tylko dwu z tych drabów jest tutaj; przyszli dopiero niedawno do nas, a kiedy domyśliłem się, że są wrogami Utahów, powaliłem ich na ziemię. Oni nie umarli; wkrótce znowu się obudzą. Jeśli chcecie ich mieć, to zabierzcie ich sobie.
— Chcesz nas tylko do siebie zwabić, aby nas pozabijać!
— Nie! — Kto ty jesteś? Jakie jest twe imię?
— Jestem Ovuts-awaht, wódz Utahów.
— Znam cię. Wielki Wilk jest silny ciałem i duchem. Jest naczelnikiem Yampa-Utahów, którzy są dzielni i sprawiedliwi i nie mszczą się na niewinnych za zbrodnie winnych.
— Mówisz, jak kobieta. Płaczesz z obawy o życie. Nazywasz się niewinnym z trwogi przed śmiercią. Gardzę tobą. Jak brzmi twe imię? Jest to pewnie imię starego, ślepego psa!
— Czy Wielki Wilk nie jest sam ślepym? Zdaje się, że nie widzi naszych koni. Czy należały do Utahów? Wśród nich jest muł. Czy i ten został im skradziony? Jak może Wielki Wilk uważać nas za koniokradów? Niechaj spojrzy na mojego karego! Czy Utahowie posiadali kiedykolwiek takie zwierzę? Płynie w niem krew, jaką hoduje się tylko dla Winnetou, wielkiego wodza Apaczów, i jego przyjaciół, Niechaj wojownicy Utahów słuchają, czy moje imię jest imieniem psa. Blade twarze nazywają mię Old Shatterhand; w języku Utahów nazywam się Pokai-mu, „Zabijająca Ręka“.
Wódz nie odpowiedział; cisza, która teraz nastąpiła, trwała przez kilka minut. Było to pewnym znakiem, że imię myśliwego wywołało należyte wrażenie. Dopiero po pewnym czasie dał się słyszeć głos Wielkiego Wilka:
— Biała twarz podaje się za Old Shatterhanda, lecz my mu nie wierzymy. Old Shatterhand nie zna trwogi; tobie zaś obawa odebrała odwagę, by się nam pokazać.
— Gdyby to była prawda, to wojownicy Utahów czują jeszcze więcej trwogi, niż ja; oni się kryją, a ty z nimi, przed czterema tylko mężami. — Ja zaś ci dowiodę, że nie znam obawy. Będziecie mnie widzieć.
Wyszedłszy ze swej kryjówki, wstąpił na najwyższy punkt skały spojrzał, powoli dokoła i stał tam wgórze tak swobodnie i odważnie, jakby w pobliżu nie było ani jednej strzelby, z której kula mogłaby go trafić.
— Ing Pokai-mu, ing Pokai-mu, howgh! — zabrzmiało wiele głosów. — To Zabijająca Ręka, to Zabijająca Ręka, tak jest!
Westman stał bez żadnej obawy, wołając do wodza:
— Czy słyszałeś okrzyki twych wojowników? Czy teraz wierzysz, że jestem rzeczywiście Old Shatterhandem?
— Tak, wierzę! Twoja odwaga jest wielka. Nasze kule trafiają znacznie, znacznie dalej, niż ty stoisz. Jakże łatwo mógłby który z karabinów wypalić!
— To się nie stanie, bo wojownicy Utahów są bohaterami, a nie mordercami. A gdybyście mnie zabili, to śmierć moja zostałaby drogo na was pomszczona.
— My nie boimy się zemsty!
— Onaby was dosięgła i pochłonęła, nie pytając o to, czy się boicie. — Spełniłem życzenie Wielkiego Wilka i pokazałem się; ale dlaczego on pozostaje jeszcze w ukryciu? Czy obawia się, czy też uważa mnie za mordercę, który chce go zabić?
— Wódz Utahów nie troszczy się o to. On wie, że Old Shatterhand chwyta tylko wtedy za broń, kiedy zostanie napadnięty. On się pokaże.
Wyszedł z poza drzewa, tak, że widać było całą jego wysoką postać.
— Czy Old Shatterhand jest teraz zadowolony? — zapytał.
— Nie! Chciałbym pomówić z tobą z mniejszej odległości, aby wygodniej poznać wasze życzenia. Chodź więc bliżej, aż do połowy drogi; ja zejdę ze skały i wyjdę naprzeciw ciebie. Potem usiądziemy, jak przystało wojownikom i wodzom, aby się naradzić.
— Czy nie przyjdziesz raczej do nas?
— Nie; jeden drugiego uczci przez to, że wyjedziemy naprzeciw siebie na jednakową odległość.
— To będę siedział na otwartem miejscu wystawiony na strzały twoich ludzi.
— Daję ci słowo, że nic ci się nie stanie. Będą strzelać tylko wtedy, jeśli czerwoni wojownicy poślą mi kulę. Wtedy, byłbyś naturalnie zgubiony.
— Jeśli Old Shatterhand da słowo, to można mu ufać; jest ono równie święte dla niego, jak największa przysięga. A więc pójdę. Jak wielki biały myśliwy będzie uzbrojony?
— Odłożę wszystką moją broń i pozostawię ją tutaj; tobie jednak wolno robić, co ci się podoba.
— Wielki Wilk nie shańbi się, okazując mniej odwagi i zaufania. — Zejdź więc!
Wódz złożył broń w trawie tam, gdzie stał, i czekał potem na Old Shatterhanda.
— Odważacie się na zbyt wiele, — ostrzegał tegoż Jemmy. — Czy rzeczywiście jesteście przekonani, że możecie uczynić to bezpiecznie?
— Tak. Gdyby wódz przedtem odszedł na bok, aby się naradzić ze swymi ludźmi, albo dał im jaki rozkaz czy znak, to mógłbym naturalnie powziąć podejrzenie. Ponieważ jednak tego nie uczynił, mogę mieć śmiało do niego zaufanie.
— A my co mamy tymczasem robić?
— Nic. Skierujecie na wodza karabiny, ale tak, żeby tego nie spostrzeżono, i zastrzelicie go natychmiast gdyby się chciał na mnie rzucić.
Po tych słowach zeskoczył ze skały; potem obaj przeciwnicy ruszyli powoli ku sobie. Kiedy się zbliżyli, Old Shatterhand wyciągnął rękę do wodza:
— Jeszcze nigdy Wielkiego Wilka nie widziałem, ale słyszałem często, że jest w radzie najmędrszym, a w walce najdzielniejszym. Cieszę się, że widzę jego oblicze i że mogę pozdrowić go jako przyjaciela.
Indjanin odtrącił rękę białego, zmierzył badawczem spojrzeniem jego postać i twarz i odpowiedział, wskazując na ziemię:
— Usiądźmy! Wojownicy Utahów musieli wykopać topory wojenne przeciw bladym twarzom; nie istnieje więc ani jeden biały, którego mógłbym pozdrowić jako przyjaciela.
Usiadł, a Old Shatterhand naprzeciw niego. Ognisko wygasło, a tuż przy jego resztkach leżeli jeszcze Knox i Hilton, którzy musieli być bardzo mocno ogłuszeni, bo jeszcze ciągle się nie poruszali. — Mustang Old Shatterhanda zwietrzył Indjan, zanim rozległ się głos wodza, i parskając schronił się w pobliże skały. Stary muł Davy’ego miał równie dobry nos i poszedł za jego przykładem, a ponieważ konie Franka i Jemmy’ego skorzystały z tej wskazówki, przeto wszystkie cztery zwierzęta stały teraz tuż przy skale, a ich postawa I zachowanie wskazywały, że są zupełnie świadome niebezpieczeństwa, w jakiem znaleźli się panowie. —
Zdawało się, że żaden z obu siedzących naprzeciw siebie nie chce zacząć rozmowy. Old Shatterhand patrzył w oczekiwaniu w ziemię, tak obojętnie, jakby nic złego nie mogło mu grozić. Czerwony jednak nie mógł badawczego wzroku oderwać od białego. Barwa, pokrywająca grubą warstwą twarz jego, nie pozwalała widzieć jej wyrazu, ale kąty ust, przeciągnięte szeroko i nieco ku górze, wskazywały, że wyrobił sobie o myśliwym, o którym wiele mówiono, zdanie, które nie chciało się teraz pogodzić z jego wyglądem. Widać to było, kiedy wreszcie uczynił prawie ironiczną uwagę:
— Sława Old Shatterhanda jest wielka, ale jego postać nie dorosła jej.
Postać Old Shatterhanda przenosiła zwykłą miarę, napozór jednak zupełnie nie wyglądał na giganta. W wyobraźni zaś czerwonego żył jako prawdziwy Goljat. Myśliwy odpowiedział, śmiejąc się:
— Co ma wspólnego postać ze sławą? Czy mam może odpowiedzieć wodzowi w ten sposób: „Ciało Wielkiego Wilka jest wielkie, ale jego sława i jego dzielność nie rosła z niem jednakowo!“
— To byłoby obelgą, — oświadczył czerwony z błyskiem w oczach, — po której natychmiast opuściłbym cię, aby wydać rozkaz do rozpoczęcia walki.
— Dlaczego ty jednak pozwalasz sobie na taką uwagę co do mojej postaci? Wprawdzie twoje słowa nie mogą obrazić Old Shatterhanda, ale zawierają wzgardę, której ścierpieć nie mogę. Jestem conajmniej równie wielkim wodzem, jak ty; będę mówił z tobą uprzejmie i żądam od ciebie takiej samej uprzejmości. To muszę ci powiedzieć, zanim rozpoczniemy naszą rozmowę, bo inaczej nie doprowadzi ona do celu. —
Był zobowiązany ze względu na siebie i na swych towarzyszy udzielić czerwonym tej nauki. Im silniej występował, tem więcej imponował, a od wrażenia, jakie teraz wywołał, zależało ukształtowanie się ich położenia. —
— Istnieje jeden tylko cel: wasza śmierć! — oświadczył Wielki Wilk.
— To byłoby morderstwo, bośmy wam nic złego nie uczynili.
— Pshaw! Znajdujesz się w towarzystwie morderców, których ścigamy! Jechałeś z nimi.
— Nie! To nie prawda! Poślij jednego ze swoich wojowników, niech odszuka nasz ślad. Wkrótce przekona się, że ci dwaj ludzie przyszli dopiero potem i natknęli się na nas,
— To nie zmienia niczego. Blade twarze napadły Utahów wśród zupełnego spokoju, zrabowały im konie i zabiły wielu ich wojowników. Nasz gniew był wielki, lecz niemniejsza była nasza rozwaga. Wysłaliśmy mądrych mężów, aby zażądali ukarania winnych i wynagrodzenia naszych strat; wyśmiano ich i odepchnięto. Dlatego wykopaliśmy tomahawki i przysięgliśmy, że dopóki nie spełnimy naszej zemsty, każdy biały, który wpadnie w nasze ręce, zostanie zabity. Tej przysięgi musimy dotrzymać, a ty jesteś białym!
— Ubolewam nad tem, co się stało. Wielki Wilk wie zapewne, że jestem przyjacielem czerwonych mężów.
— Wie o tem, ale mimo to musisz i ty umrzeć. Kiedy niesprawiedliwe blade twarze, które nie uwzględniły naszych skarg, dowiedzą się, że swem postępowaniem stały się winne śmierci wielu sprawiedliwych, a nawet Old Shatterhanda, będzie to dla nich nauką i na przyszłość będą działać mądrzej i rozważniej.
Brzmiało to groźnie. Indjanin mówił zupełnie poważnie, a wniosek jaki z tego wyciągnął, nie był bynajmniej nielogiczny. Mimo to Old Shatterhand odpowiedział:
— Wielki Wilk myśli tylko o swej przysiędze, ale nie o jej skutkach. Jeśli nas zabije, to po górach i prerjach rozlegnie się okrzyk oburzenia i tysiące bladych twarzy wyruszy przeciw Utahom, aby pomścić śmierć naszą; a ta zemsta będzie tem sroższą, że zawsze byliśmy przyjaciółmi czerwonych mężów.
— Wy? Nie zaś ty sam? Mówisz także o swych towarzyszach? Kto są te blade twarze?
— Jeden nazywa się Hobble-Frank; nie znasz go zapewne; ale imiona dwu innych słyszałeś nieraz; są to „gruby Jemmy“ i „długi Davy“.
— Znam ich. Nie widziano nigdy jednego bez drugiego i nigdy też nie słyszałem, aby byli wrogami Indjan. Ale właśnie dlatego ich śmierć pouczy niesprawiedliwych wodzów białych, jak niemądrze postąpili, odtrąciwszy naszych posłów. — Wasza śmierć jest postanowiona, ale będzie zaszczytna. Jesteście mężami dzielnymi i sławnymi; umrzecie śmiercią tak pełną męczarni, jaką tylko zdołamy wam zadać. Wy zaś poniesiecie ją i powieka wasza nie zadrga, a wieść o tem rozejdzie się po wszystkich krajach. Przez to sława wasza stanie się jeszcze większą, a w wiecznych ostępach będziecie zażywać wielkiej czci. Sądzę, że zrozumiesz, jakim to jest względem z naszej strony i będziesz nam wdzięczny!
Old Shatterhand bynajmniej nie był zachwycony przyobiecanemi przez wodza względami. Nie dał jednak tego poznać po sobie i odpowiedział:
— Twój zamiar jest bardzo dobry i ci się chwali ale tłumy tych, którzy pomścić nas przyjdą, nie będą ci za to wdzięczne.
— Śmieję się z nich; niechaj przychodzą! Ovuts-awaht nie ma zwyczaju liczyć swych nieprzyjaciół. A czy nie wiesz, jak wielka liczba będzie nas wtedy? Zgromadzą się wojownicy Yamba, Uinta, Sampiczów, Pah-wantów, Wiminuczów, Elków, Kapotów, Weawerów, Paiów, Taszów, Muaczów i Tabekwaczów. Wszystkie te ludy należą do do szczepu Utah; one zmiażdżą białych wojowników.
— To idź na wschód i policz białych! A jakich dowódców mają! Powstaną po nas mściciele, z których każdy zosobna będzie wart tyle, co wielu, wielu Utahów.
— Kto to będzie?
— Nazwę ci tylko jednego: Old Firehand!
— To bohater; jest.on wśród białych twarzy tem, czem grizly między psami prerjowemi, — przyznał wódz. — Ale ten byłby jedynym, drugiego mściciela nie możesz mi wymienić.
— O, wielu, wielu jeszcze mogę przytoczyć; ale wspomnę tylko jednego: Winnetou!
— Milcz! On jest wodzem Apaczów! Biali czują się za słabi wobec nas; posłali do Nawajów i podjudzili ich przeciw nam.
— Wiesz już o tem?
— Oczy Wielkiego Wilka są bystre, a uszom jego nie ujdzie żaden szmer. Czy Nawajowie nie należą do szczepu Apaczów? Czyż więc nie musimy uważać Winnetou za naszego wroga? Biada mu, jeśli wpadnie w nasze ręce!
— Wtedy biada i wam! Ostrzegam cię. Mielibyście wówczas przeciw sobie nie tylko białych wojowników, ale także wiele tysięcy wojowników Meskalerów, Llanerów, Xikarillasów, Tarakonów, Nawajów, Czirigamiów, Pilanenjów, Lipanów, Copperów, Gilasów i Mimbrenjów, którzy wszyscy należą do szczepu Apaczów. Ci pociągnęliby przeciw wam, a biali nie potrzebowaliby nic czynić, tylko spokojnie przyglądać się, jak Utahowie i Apacze nawzajem się mordują. Czy rzeczywiście chcesz twym białym wrogom sprawić taką radość?
Wódz popatrzył przed siebie:
Powiedziałeś prawdę; ale blade twarze napierają na nas ze wszystkich stron; oni nas zalewają swą liczbą, a czerwony mąż jest skazany na powolną i pełną męczarni śmierć z uduszenia. Czyż więc nie lepiej dla niego tak prowadzić walkę, aby prędzej umarł i prędzej został wytępiony? Przyszłość, którą mi ukazałeś, nie może mnie powstrzymać, lecz tylko umacnia w tem, aby używać topora wojennego bez żadnej litości i względów. Nie zadawaj sobie trudu; pozostanie tak, jak powiedziałem. A może masz nadzieję, że nam umkniesz? — Czy wiesz ilu wojowników mam ze sobą? jest ich dwustu!
— Tylko? Może ci opowiadano, że większe gromady napróżno wysilały się, aby mię pojmać albo zatrzymać. Czy nie dowiedziałeś się jeszcze, jaką broń posiadam?
— Masz podobno karabin, z którego można strzelać bez przestanku; ale to jest niemożliwe; nie wierzę w to.
— Czy mam ci pokazać?
— Tak! Pokaż! — zawołał wódz zachwycony, że będzie mógł zobaczyć tę tajemniczą strzelbę, z którą łączyło się tyle podań.
— A więc przyniosę ją!
Powstawszy, podszedł do skały, aby przynieść sztuciec. W obecnem położeniu musiał przedewszystkiem starać się o to, aby przerazić i oszołomić Indjan mimo ich przewagi, a do tego celu najlepiej nadawała się jego strzelba, bo wiedział, jak wiele opowieści krążyło o niej wśród czerwonych. Uważali ją za broń czarodziejską, którą Wielki Manitou dał słynnemu myśliwemu, aby go uczynić niezwyciężonym. Jemmy podał sztuciec ze skały westmanowi, a ten, powróciwszy do wodza, wyciągnął go ku niemu i rzekł:
— Oto jest strzelba; weź ją i obejrzyj!
Już czerwonoskóry wyciągnął rękę po broń, ale cofnął się i zapytał:
— Czy może ją dotknąć kto inny oprócz ciebie? Jeśli to jest rzeczywiście czarodziejska strzelba, to każdemu, do kogo nie należy, musi grozić niebezpieczeństwem, skoro tylko jej dotknie.
— Nie mogę ci zdradzić jej tajemnicy. Weź ją i sam spróbuj!
Trzymając sztuciec w prawej ręce, położył palec na bębenku, aby go lekkim, zupełnie niedostrzegalnym ruchem tak obrócić, że przy najmniejszym poruszeniu musiał strzał nastąpić. Jego bystre oczy zauważyły grupę kilku czerwonych, którzy z ciekawości opuścili swe obronne stanowisko i teraz stali obok siebie na brzegu polany. Grupa ta tworzyła tak dobry cel, że kula, nawet niezupełnie dokładnie wycelowana, musiała trafić jednego z Utahów.
Teraz szło tylko o to, czy wódz chwyci za karabin czy nie. Był wprawdzie mniej przesądny, niż inni czerwonoskórzy, ale jednak niezupełnie dowierzał strzelbie. — Old Shatterhand ujął teraz sztuciec obu rękami i zbliżył do wodza tak, że lufa była skierowana we wspomnianą grupę Indjan. Ciekawość Wielkiego Wilka przewyższała jednak jego obawę, więc chwycił za strzelbę. Westman włożył mu ją do ręki, ta dotknęła zamku. W tej samej chwili huknął strzał, — a tam, gdzie stali Indjanie, rozległ się krzyk; Wielki Wilk przerażony upuścił sztuciec. Jeden z czerwonych został raniony,
— Czy ja go zraniłem? — zapytał wódz zmieszany.
— A któż inny? — odpowiedział Old Shatterhand. — To była dopiero przestroga; przy następnem poruszeniu karabinu, sprawa byłaby gorszą. Pozwalam ci dotknąć go powtórnie, ale ostrzegam cię; kula teraz...
— Nie! Nie! — zawołał czerwonoskóry, odpychając go obu rękami. — To naprawdę zaczarowana strzelba, przeznaczona tylko dla ciebie!
— To bardzo mądrze z twej strony, — oświadczył Old Shatterhand poważnie. — Otrzymałeś tylko małą nauczkę. Następnym razem poszłoby inaczej. — Spójrz na ten mały klon nad potokiem. Jest zaledwie na dwa palce gruby; zrobię w nim dziesięć otworów, które będą oddalone od siebie dokładnie na grubość palca.
Podniósłszy sztuciec, złożył się, wycelował w klon i nacisnął, raz — trzy — siedem — dziesięć razy. Potem rzekł:
— Idź i zobacz! Tak strzela czarodziejska strzelba!
Wódz podszedł ku drzewku, a Old Shatterhand zobaczył, że mierzył odległość otworów palcem. Kilku czerwonych, pociągniętych ciekawością, wyszło ze swych kryjówek i podeszło ku niemu. Skorzystał z tego myśliwy aby szybko włożyć w bębenek, poruszający się ekscentrycznie, nowe naboje.
— Uff, Uff, Uff! — usłyszał okrzyki. — Jeśli dla Indjan było prawdziwym cudem już to, że sztuciec oddał tyle strzałów bez nabijania, to teraz podziw ich jeszcze się zwiększył, gdy widzieli, że nie tylko żadna kula nie chybiła, ale że wszystkie przebiły cienki pień dokładnie na grubość palca jedna nad drugą. Wódz, powróciwszy, usiadł znowu i skinieniem ręki wezwał myśliwego, aby poszedł za jego przykładem; przez dłuższą chwilę milczał, patrząc w ziemię, lecz wreszcie rzekł:
— Widzę, że jesteś ulubieńcom Wielkiego Ducha. Słyszałem o twojej strzelbie, ale nie mogłem w to uwierzyć. Teraz wiem, że mówiono prawdę,
— Bądź więc ostrożny i rozważ dobrze, co czynisz. Chcesz nas pochwycić i zabić? Spróbuj! Nie mam nic przeciw temu. Jeśli potem policzycie wojowników, którzy padną od moich kul, to w waszej wsi rozlegnie się krzyk żałoby kobiet i dzieci zabitych; wtedy jednak nie będziesz mógł mi przypisywać winy.
— Czy sądzisz, że damy się wystrzelać? Musicie się nam poddać, chociaż ani jeden strzał nie padnie. Jesteście otoczeni, a nie macie co jeść. Będziemy was oblegać tak długo, aż głód zmusi was złożyć broń.
— To możesz długo czekać. Mam wodę do picia i mięsa poddostatkiem. Tam stoją przecież nasze zwierzęta, cztery konie, których mięsem możemy się żywić przez wiele tygodni! Ale do tego zupełnie nie przyjdzie, bo przebijemy się przez was. Ja pójdę przodem i będę słał kulę za kulą, a jak dobrze trafiam, widziałeś sam.
— Będziemy stać za drzewami!
— Czy myślisz, że to was osłoni przed moją czarodziejską strzelbą? Miej się na ostrożności! Ty byłbyś pierwszym, do któregobym mierzył. — Jestem przyjacielem czerwonych mężów i byłoby mi bardzo przykro, gdybym musiał tylu z was zabić. Już teraz opłakujecie ciężkie straty, a kiedy rozpocznie się walka z białymi żołnierzami i Nawajami, padnie jeszcze wielu, wielu waszych wojowników. Dlatego nie powinniście zmuszać i nas, abyśmy siali śmierć w szeregach Utahów.
Te poważne słowa wywarły wrażenie. Wódz patrzył długo przed siebie, siedząc nieruchomo jak posąg. Potem wyrzekł prawie z ubolewaniem:
— Gdybyśmy nie byli przysięgli, że zabijemy każdą bladą twarz, to może pozwolilibyśmy wam odejść; ale przysięgi musi się dotrzymać.
— Nie! Przysięgę można cofnąć.
— Ale tylko wtedy, gdy pozwoli na to wielka narada. Ja jestem jednak tutaj jedynym wodzem; z kim mam się naradzić?
A więc Old Shatterhand doprowadził wodza do tego, że nie nastawał już na ich życie. Kiedy mówił teraz o naradzeniu się, to największe niebezpieczeństwo minęło. Myśliwy znał zwyczaje czerwonoskórych, dlatego milczał, czekając, co Wielki Wilk dalej powie.
Ten objął badawczem spojrzeniem polanę. Myślał naturalnie nad tem, czyby nie można było jednak mimo niebezpiecznej czarodziejskiej strzelby dostać tych białych w swe ręce; wreszcie odezwał się, wzdychając głęboko nad tem, że mając dwustu ludzi przeciw czterem, zmuszony jest czynić ustępstwa.
— Ja sam nie mogę cofnąć mojej przysięgi; może mnie z niej rozwiązać tylko zgromadzenie starszych. Dlatego pójdziecie z nami jako jeńcy, aby dowiedzieć się, co postanowi o was rada.
— Pshaw! Jeńcem może być tylko ten, kto został pojmany. Pojedziemy z wami, ale nie jako jeńcy.
— Więc nie chcecie wydać waszej broni i nie pozwolicie się też związać?
— Nie! W żadnym wypadku!
— Uff! To powiem ci jeszcze jedno. Jeśli nie zgodzisz się na to, to będziemy was oblegać mimo twojej czarodziejskiej strzelby; jeśli zaś ruszycie teraz dobrowolnie z nami do naszej wsi, to zatrzymacie waszą broń i konie i nie zostaniecie również związani. Będziemy postępować zupełnie tak, jakbyśmy żyli z wami w pokoju; zato przysięgniecie nam, że poddacie się postanowieniom rady bez żadnego oporu. Powiedziałem. Howgh!
To słowo było dowodem, że teraz w żadnym razie nie ustąpi; ale Old Shatterhand był zupełnie zadowolony z wyniku rozmowy. Gdyby czerwoni chcieli obecnie naprawdę wykonać napad, to nikt nie uszedłby z całą skórą. Dlatego odpowiedział:
— Wielki Wilk pozna, że jestem jego przyjacielem. Poddamy się bez oporu postanowieniom starszych.
— Weź twój kalumet i przysięgnij, że tak uczynisz.
Old Shatterhand odwiązał ze sznura fajkę pokoju, napełnił ją szczyptą tytoniu i zapalił przy pomocy punksa[15], potem, wypuściwszy dym ku niebu i ziemi i w cztery strony świata, rzekł:
— Przyrzekam, że nie będziemy myśleć o oporze.
— Howgh! — stwierdził wódz. — Teraz jest dobrze.
— Nie, bo i ty musisz stwierdzić przysięgą swe przyrzeczenie, — oświadczył Old Shatterhand, podając czerwonemu fajkę.
Ten liczył w duszy może na to, że Old Shatterhand nie pomyśli o tem. W tym wypadku nie czułby się związany przyrzeczeniem i postąpiłby z białymi według własnej woli, gdyby tylko zeszli ze skały. Jednak zgodził się na żądanie bez oporu, wziął fajkę i, wydmuchnąwszy dym w ten sam sposób ku niebu, ziemi i czterem stronom świata, rzekł:
— Czterem białym nie stanie się z naszej strony nic złego, dopóki rada starszych nie poweźmie postanowienia co do ich losu: Howgh!
Teraz, oddawszy kalumet Old Shatterhandowi, podszedł do Knoxa i Hiltona, którzy leżeli jeszcze zupełnie tak, jak zostali powaleni.
— Do tych nie odnosi się moje przyrzeczenie, — powiedział. — Należą oni do morderców, bo poznaliśmy ich konie jako nasze. Szczęście dla nich, jeśli twoja ręka zabrała im duszę. — Czy są zabici?
— Nie, — odpowiedział Old Shatterhand, którego oku nie uszło, że ci dwaj w czasie rozmowy podnieśli raz ostrożnie głowy, aby się rozejrzeć. — Nie są zabici, udają tylko nieżywych, bo myślą, że ich pozostawimy.
— To niech się te psy podniosą, inaczej zmiażdżę ich pod nogami! — zawołał wódz, wymierzywszy każdemu z nich tak potężne kopnięcie, że zaniechali udawania nieprzytomnych i podnieśli się.
— Dziś rano umknęliście moim wojownikom, — odezwał się Wilk gniewnie. — Teraz oddał was Wielki Manitou w moje ręce i będziecie tak wyć przy palu męczeńskim za popełnione morderstwa, że usłyszą to wszystkie blade twarze w górach.
— Morderstwa? — zapytał Knox. — O tem nic nie wiemy. Kogo mieliśmy zabić?
— Milcz, psie! Znamy was, a te blade twarze, które przez was wpadły w nasze ręce, wiedzą, co uczyniliście!
Knox był człowiekiem chytrym; widział, że Old Shatterhand stoi nienaruszony i cały obok czerwonego, a Indjanie nie ważyli się porwać na tego sławnego człowieka. Kto znajdował się pod jego opieką, był równie bezpieczny przez nimi, jak on sam; dlatego drab wpadł na pewną myśl, którą uważał za jedyny ratunek. Old Shatterhand był białym, musiał więc ująć się za białym u czerwonoskórych. Tak przynajmniej myślał Knox.
— Naturalnie; — rzekł — muszą wiedzieć, co uczyniliśmy, bo jechaliśmy przecież z nimi i od tygodni już jesteśmy razem. Zapytaj Old Shatterhanda; ten ci wyjaśni i udowodni, że nie możemy być tymi, za których nas uważasz.
— Mylicie się — oświadczył westman. — Nie popełnię kłamstwa, aby was wydrzeć zasłużonej karze. Wiecie, co o was myślę; powiedziałem to i zdania nie zmieniam.
— Do pioruna! Jeśli tak, to i ja wiem, co mam robić. Nie chcecie nas ratować? Dobrze; zginiecie razem z nami! — A zwracając się do wodza, mówił dalej: — Dlaczego nie każesz związać i tych czterech? Oni także brali udział w rabunku koni, a właśnie od ich kul padło najwięcej waszych ludzi!
Była to niezwykła bezczelność, ale natychmiast też nastąpiła kara. — Oczy wodza zabłysły, rzucając wprost pioruny, kiedy wrzasnął na Knoxa:
— Tchórzu! Nie masz odwagi sam ponosić winy i zrzucasz ją na innych, wobec których jesteś smrodliwą ropuchą. Dlatego kara twoja rozpocznie się nie dopiero, przy palu męczeńskim, ale już teraz. Zabiorę ci skalp, a ty będziesz żył i będziesz go widział u mego pasa. Nani wicz, nani wicz! — mój nóż! mój nóż!
— Na miłość boską! — zawołał zagrożony. — Za życia oskalpowany? Nie, nie!
Wykonał skok, chcąc uciec, ale wódz równie szybko, jak on, skoczył za nim i chwycił go za kark; krótkie przyciśnięcie silną ręką i Knox zawisnął w niej bezwładnie, jak szmata. Jeden z Indjan przyskoczył, podając wodzowi nóż; ten wziął go, rzucił napół uduszonego na ziemię i ukląkł nad nim; — nastąpiły trzy szybkie cięcia, szarpnięcie za włosy, straszny krzyk leżącego pod nim i... wódz podniósł się, trzymając w lewej ręce krwawy skalp. Knox nie poruszał się, bo znowu stracił przytomność; czaszka jego przedstawiała straszny widok.
— Tak będzie z każdym psem, który szarpie czerwonych mężów, a potem zechce zgubić niewinnych! — zawołał Wielki Wilk, zatykając skalp za pas.
Hilton ze zgrozą widział, co się jego towarzyszowi przydarzyło, a z przerażenia stracił zdolność ruchu; powoli opadł na ziemię obok oskalpowanego i usiadł, nie mówiąc ani słowa. Na znak, dany przez wodza, przyszli czerwoni; wkrótce polana zaroiła się od nich; Hilton i Knox zostali związani rzemieniami. —
Kiedy Wielki Wilk mówił o oskalpowaniu, Old Shatterhand wyszedł na skałę, aby nie być świadkiem tej okrutnej sceny i zawiadomił towarzyszy o wyniku rozmowy.
— To źle, — odezwał się Jemmy. — Czy nie mogliście sprawić, aby nas całkiem uwolniono? A może byłoby lepiej, gdybyście dopuścili do walki!
— Z pewnością nie. Bylibyśmy to w każdym razie przypłacili życiem.
— Oho! Bronilibyśmy się, a ze względu na strach, jaki czerwoni czują przed sztućcem, nie trzeba nam było tracić nadziei. Na pewnoby nie odważyli się zbliżyć.
— Prawdopodobnie; lecz zato wygłodziliby nas, Mówiłem wprawdzie o tem, że zjedlibyśmy nasze konie, ale prędzej umarłbym z głodu, niżbym zabił mojego karego.
— Czerwoni nie stoją zapewne w gęstych szeregach obok lub za sobą; skoroby tylko zmierzch zapadł mogliśmy się byli ześlizgnąć ze skały, wszyscy czterej w jednym punkcie; dwa strzały i przebilibyśmy się.
— Ale co potem? Czerwoni z pewnością rozpaliliby ogień dookoła i natychmiast spostrzegli nasz zamiar ucieczki. A nawet gdyby się nam udało przebić przez ich szeregi, to, niestety, niezbyt daleko, bo mielibyśmy ich na piętach. Trzebaby było zabić kilku z nich, wyrzekając się zupełnie nadziei, że nas w razie pojmania oszczędzą.
— To całkiem słusznie, — przytakiwał Hobble-Frank. Nie rozumiem zupełnie, jak taki gruby Jemmy Pfefferkorn może nawet przypuszczać, że jest sprytniejszy od Old Shatterhanda. Ty jesteś zawsze i wszędzie owem jajem, które chce być mądrzejsze od kury. Old Shatterhand uczynił, co tylko mógł, i ja dam mu za to najwyższą notę z jedynką i wykrzyknikiem do tego i jestem zupełnie pewny, że Davy jest również tego zdania.
— To rozumie się samo przez się, — odparł tamten. — Walka sprowadziłaby na nas z pewnością zgubę.
— Do czego jednak doprowadzi to, że pójdziemy z nimi? — zapytał Jemmy. — Należy przecież przypuszczać, że zgromadzenie starszych będzie nas uważać, także za nieprzyjaciół.
— Tegobym im nie radził, — odgrażał się Frank. — Przytem miałbym i ja jakieś słówko do dorzucenia. Mnie tak łatwo nie poprowadzą do pala męczeńskiego. Będę się bronił przed tem rękami i nogami.
— Tego nie możesz zrobić; na to złożono przysięgę. Musimy zgodzić się na wszystko spokojnie.
— Kto to powiedział? Czy rzeczywiście nie widzisz tego, ty nędzny mydłku, że ta przysięga ma swoje kaprysy i przenośnie? Przecież nasz sławny Old Shatterhand podniósł sobie przy jej pomocy bardzo zręcznie tylną portjerę? O tem, że musimy poddać się wszystkiemu, Obadja nie pisze, mowa jest tylko, jak słyszałeś już, że nie będziemy myśleć o oporze. Dobrze; tego dotrzymamy. Niech postanawiają, co chcą, w to nie będziemy walić tysiąc centnarowemi, żelaznemi młotami parowemi; ale podstęp, podstęp, podstęp, to jest prawdziwy sens; podstęp to nie żaden opór. Jeśli nas sufler skaże na śmierć, to znikniemy w jakimkolwiek otworze i wypłyniemy znowu nawierzch po drugiej stronie nadwornego teatru z grandi-florją.
— Z grandezzą, myślisz zapewne, — poprawił Jemmy.
— Żebyś tak zechciał nie gadać! Już ja będę wiedział, jak się mam zachować w leksykonie konwersacyjnym! Grandezza! „Gran“ to jest waga aptekarska dwunasto-funtowa, a „dezza, dezza“, to zupełnie nie jest nic, zrozumiałeś? Ale „grand“ znaczy wielki, a „florja“ — znajdować się we florze, w szczęściu. Jeśli więc powiedziałem, że wypłyniemy w grandi-florji, to każdy wychowany człowiek będzie wiedział, co przez to rozumiałem i co chciałem zaznaczyć. Z tobą jednak zupełnie nie można rozmawiać obrazowo; pięknych frazesów nie rozumiesz, a wszystko, co wzniosłe, to dla ciebie mdłe. Popraw się, Jemmy, popraw się, dopóki możesz jeszcze się poprawić! Zatruwasz mi życie. Jeśli kiedy zamknę oczy, zniknę z tego pięknego bytu i stracę to szlachetne życie przez twój brak szacunku, to będziesz sobie palce gryzł z żalu i bólu serca nad tem, żeś mi tu w tym ziemskim formacie bytu tak często i chronologicznie się sprzeciwiał.
Jemmy chciał małemu, osobliwemu człowieczkowi odpowiedzieć ironicznie, ale Old Shatterhand skinął na niego i rzekł:
— Frank mię dobrze zrozumiał. Wyrzekłem się oporu, ale nie podstępu. Jednakże byłoby mi miło, gdybym nie był zmuszony do tak wykrętnego tłumaczenia swego przyrzeczenia. Spodziewam się, że będziemy mieć pod ręką jeszcze inne i uczciwsze środki. Teraz jednak mamy przedewszystkiem z chwilą obecną do czynienia.
— A przedewszystkiem idzie o to, — wtrącił Davy, — czy możemy ufać czerwonoskórym. — Wielki Wilk dotrzyma słowa?
— Z wszelką pewnością. Jeszcze nigdy wódz nie złamał przysięgi, którą stwierdził zapaleniem kalumetu. Aż do narady możemy się śmiało z zamkniętemi oczyma powierzyć Utahom. No, schodźmy i wsiadajmy na konie. Czerwoni gotują się już do wyruszenia. —
Knoxa i Hiltona Indjanie przywiązali do koni; pierwszy z nich, który znajdował się jeszcze w głębokiem omdleniu, leżał na grzbiecie wierzchowca z rękami przeciągniętemi dookoła jego szyi. — Utahowie zniknęli jeden za drugim na wąskiej ścieżce; wódz jechał ostatni, czekając na białych, aby się do nich przyłączyć. Było to pomyślnym znakiem, bo myśliwi przypuszczali, że czerwoni wezmą ich w środek i będą strzec bardzo surowo. —

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ.


Przypisy

  1. Elegancja.
  2. Lekarz i weterynarz.
  3. Biada mi!
  4. Czółno indjańskie.
  5. Pastuch stepowy.
  6. Nadzorca robotników.
  7. Dobrej drogi.
  8. Dobrej nocy.
  9. Dosłownie „Orli ogon“, nazwa grupy pagórków.
  10. Panna czy pani.
  11. Grzmocąca ręka.
  12. Żart. — Amerykanin Stanów Zjednoczonych.
  13. Bobry.
  14. Poszukiwacze bobrów.
  15. Krzesiwo.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.