Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na się, że ci dwaj ludzie przyszli dopiero potem i natknęli się na nas,
— To nie zmienia niczego. Blade twarze napadły Utahów wśród zupełnego spokoju, zrabowały im konie i zabiły wielu ich wojowników. Nasz gniew był wielki, lecz niemniejsza była nasza rozwaga. Wysłaliśmy mądrych mężów, aby zażądali ukarania winnych i wynagrodzenia naszych strat; wyśmiano ich i odepchnięto. Dlatego wykopaliśmy tomahawki i przysięgliśmy, że dopóki nie spełnimy naszej zemsty, każdy biały, który wpadnie w nasze ręce, zostanie zabity. Tej przysięgi musimy dotrzymać, a ty jesteś białym!
— Ubolewam nad tem, co się stało. Wielki Wilk wie zapewne, że jestem przyjacielem czerwonych mężów.
— Wie o tem, ale mimo to musisz i ty umrzeć. Kiedy niesprawiedliwe blade twarze, które nie uwzględniły naszych skarg, dowiedzą się, że swem postępowaniem stały się winne śmierci wielu sprawiedliwych, a nawet Old Shatterhanda, będzie to dla nich nauką i na przyszłość będą działać mądrzej i rozważniej.
Brzmiało to groźnie. Indjanin mówił zupełnie poważnie, a wniosek jaki z tego wyciągnął, nie był bynajmniej nielogiczny. Mimo to Old Shatterhand odpowiedział:
— Wielki Wilk myśli tylko o swej przysiędze, ale nie o jej skutkach. Jeśli nas zabije, to po górach i prerjach rozlegnie się okrzyk oburzenia i tysiące bladych twarzy wyruszy przeciw Utahom, aby pomścić śmierć naszą; a ta zemsta będzie tem sroższą, że zawsze byliśmy przyjaciółmi czerwonych mężów.
— Wy? Nie zaś ty sam? Mówisz także o swych to-