Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


napozór jednak zupełnie nie wyglądał na giganta. W wyobraźni zaś czerwonego żył jako prawdziwy Goljat. Myśliwy odpowiedział, śmiejąc się:
— Co ma wspólnego postać ze sławą? Czy mam może odpowiedzieć wodzowi w ten sposób: „Ciało Wielkiego Wilka jest wielkie, ale jego sława i jego dzielność nie rosła z niem jednakowo!“
— To byłoby obelgą, — oświadczył czerwony z błyskiem w oczach, — po której natychmiast opuściłbym cię, aby wydać rozkaz do rozpoczęcia walki.
— Dlaczego ty jednak pozwalasz sobie na taką uwagę co do mojej postaci? Wprawdzie twoje słowa nie mogą obrazić Old Shatterhanda, ale zawierają wzgardę, której ścierpieć nie mogę. Jestem conajmniej równie wielkim wodzem, jak ty; będę mówił z tobą uprzejmie i żądam od ciebie takiej samej uprzejmości. To muszę ci powiedzieć, zanim rozpoczniemy naszą rozmowę, bo inaczej nie doprowadzi ona do celu. —
Był zobowiązany ze względu na siebie i na swych towarzyszy udzielić czerwonym tej nauki. Im silniej występował, tem więcej imponował, a od wrażenia, jakie teraz wywołał, zależało ukształtowanie się ich położenia. —
— Istnieje jeden tylko cel: wasza śmierć! — oświadczył Wielki Wilk.
— To byłoby morderstwo, bośmy wam nic złego nie uczynili.
— Pshaw! Znajdujesz się w towarzystwie morderców, których ścigamy! Jechałeś z nimi.
— Nie! To nie prawda! Poślij jednego ze swoich wojowników, niech odszuka nasz ślad. Wkrótce przeko-