Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miesiącami na pięty, ażbyśmy was wytępili do ostatniego. O tem wiecie bardzo dobrze i dlatego będziecie się strzegli, tym trzem osobom zagiąć chociażby jeden włos na głowie.
Słowa te wypowiedział tonem tak groźnym i pewnym, że kornel spuścił oczy ku ziemi; wiedział bowiem, że myśliwy jest człowiekiem, który słowa swe umie wprowadzić w czyn. Był już nieraz świadkiem, że jeden odważny człowiek ścigał całą bandę, aby na niej wywrzeć zemstę, i że wszyscy pokolei legli od jego niechybiającej strzelby. A jeśli po kim można się było spodziewać, że pójdzie za tym przykładem, to był nim właśnie Old Firehand. Jednakże tramp wystrzegał się to przyznać; podniósłszy oczy, wbił je szyderczo w twarz myśliwego i rzekł:
— Zaczekajmy! Gdybyście byli tak pewni swego, to nie stalibyście tutaj; tylko troska o jeńców mogła was przygnać.
— Nie plećcie takich głupstw! Okazałem gotowość do rozmowy z wami, i tylko z wami, nie z obawy o nich, lecz by jeszcze raz wryć sobie dokładnie w pamięć waszą twarz i głos. Taki był powód. Teraz siedzicie w mej pamięci tak pewnie, że nie rozłączymy się więcej. Skończyliśmy ze sobą.
— Jeszcze nie, sir! Uczynię wam nową propozycję, a mianowicie: wyrzekniemy się obsadzenia farmy.
— Ach! Co za łuskał A co dalej?
— Wydacie nasze konie, któreście pochwytali, nadto dostarczycie nam potrzebnej ilości bydła, abymyśmy mogli przygotować sobie żywność, a w końcu wypłacicie nam dwadzieścia tysięcy dolarów; tyle chyba znaj-