Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/030

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To zbyteczne. Wiemy, ilu parobków znajduje się zwykle na farmie Butlera; teraz także nie będzie ich więcej. Do nich doliczyć należy co najwyżej rafterów, których przyprowadziliście z nad Black-bear-river.
Spojrzał zukosa z oczekiwaniem na myśliwego, gdyż rzeczywiście był w niepewności, ilu ludzi ma tenże do rozporządzenia. Old Firehand jednak zrobił wzgardliwy gest ręką i odpowiedział:
— Policzcie waszych zabitych i rannych, a potem powiedzcie, czy tych kilku rafterów mogłoby tego dokazać. Poza tem widzieliście moich Indjan, a także innych białych, którzy zajęli wam tyły.
— Innych białych? — zaśmiał się tramp. — To nie byli inni, ale właśnie tylko rafterzy. Przyznaję chętnie, żeście nas tem podeszli. Przyszliście z farmy na pomoc Indjanom; domyśliłem się tego niestety za późno. Powinniśmy byli natychmiast wrócić na farmę, a wtedy wpadłaby w nasze ręce. Nie, sir, liczbą nas nie przerazicie. Jeśli zabijemy jeńców, nie będziecie mogli ich pomścić.
Znowu kornel rzucił przyczajone spojrzenie na Old Firehanda; ten wzruszył lekceważąco ramionami i odrzekł:
— Nie spierajmy się! Nawet gdybyśmy liczyli tak mało ludzi, jak to błędnie przyjmujecie, to i tak wyżej stoimy od was. Trampi, trampi, cóż to za ludzie? Leniwi robotnicy, włóczęgi, wagabundy! Tam zaś wewnątrz za murami znajdują się najsławniejsi myśliwi i skouci Dzikiego Zachodu. Każdy z nich może wziąć na siebie przynajmniej dziesięciu trampów. Gdyby nas było tylko dwudziestu westmanów, a wy poważylibyście się zabić jeńców, to następowalibyśmy wam tygodniami, a nawet