Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziecie na farmie.
— Tylko tyle? Nic więcej? Bardzo pięknie. A co nam za to ofiarujecie?
— My wypuścimy jeńców i odejdziemy, jeśli nam dacie słowo honoru, że wstrzymacie się na przyszłość od wszelkich kroków nieprzyjacielskich wobec któregokolwiek z nas. Teraz wiecie, czego chcę, i proszę o wasze rozstrzygnięcie. Niepotrzebnie gadaliśmy tak długo.
Powiedział to takim tonem, jakby miał największe prawo moralne do takich żądań. Old Firehand wyciągnął rewolwer i odpowiedział nie gniewnie, lecz bardzo spokojnie i z nieopisanie wzgardliwym uśmiechem:
— Tak, dosyć już napletliście i dlatego wynoście się stąd w tej chwili, inaczej dostaniecie kulą w łeb!
— Jak? Czy to...
— Precz w tej chwili! — przerwał myśliwy podniesionym głosem i skierował ku niemu lufę rewolwery. — Raz... dwa...
Tramp wolał nie czekać na „trzy“; obrócił się i, rzuciwszy przekleństwo, odszedł szybko. Myśliwy patrzył za nim, by być pewnym, że tramp nie strzeli do niego ztyłu; potem powrócił do farmy. Firehand złożył swym ludziom krótkie sprawozdanie z tej osobliwej rozmowy.
— Postąpiliście bardzo słusznie, sir, — oświadczył lord. — Takim łajdakom nie należy bezwarunkowo robić ładnych ustępstw. Oni czują trwogę i będą się strzegli porwać na jeńców. Jak myślicie, co teraz zrobią?
— Hm! — odpowiedział zapytany. — Słońce już zachodzi. Przypuszczam, że będą czekać, aż zrobi się ciemno, aby jeszcze raz podjąć próbę, czy nie uda się im przeleźć przez mur. Nie uda się, to zawsze jeszcze pozostaną