Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stamtąd rozciągał się widok wdół na osadę, a drzewa dawały niezbędne ukrycie. Jeśli gdzie, to tam właśnie należało szpiegów szukać. —
Old Firehand z przeciwnej strony kryjomo dostawszy się nad rzekę, ku owemu wzniesieniu, poczołgał się cicho wgórę. Kiedy tam dotarł, ujrzał dokładny obraz swych przewidywań. Pod drzewami siedziały dwie postacie, rozmawiając półgłosem. Myśliwy zbliżył się do nich na taką odległość, że głową dotykał pnia drzewa, przy którem tamci siedzieli. Mógł ich obu dosięgnąć ręką. — A mógł śmiało tak zbliżyć się do nich, bo dzięki szaremu ubraniu nawet najbystrzejsze oko nie odróżniłoby go od otaczającego gruntu. Niestety, właśnie w tej chwili nastąpiła w rozmowie przerwa i minęło dość dużo czasu, zanim jeden z nich otworzył usta.
— Czy wiesz, co będzie potem, jak tu skończymy?
— Nic pewnego nie wiem. Przebąkują rozmaicie, ale dokładnie wie zaledwie kilku wtajemniczonych.
— Tak. Kornel jest skryty i nielicznym tylko ufa. Jego prawdziwy plan znają zapewne tylko ci, którzy już przed nami z nim przebywali.
— Czy myślisz o Woodwardzie, który razem z nim umknął rafterom? No, ten, jak mi się zdaje, wobec ciebie nie ma tajemnicy. Czy nic ci nie mówił?
— Napomykał to i owo. Wnioskuję z jego słów, że kornel nie ma zamiaru zatrzymywać przy sobie całej naszej gromady. Tak wielka liczba ludzi przeszkadzałaby tylko w dalszych planach; i przyznaję mu w tem zupełną słuszność; im więcej ludzi, tem mniejszy zysk przypada na każdego. Myślę, że wybierze najlepszych i z nimi zniknie zupełnie niespodzianie.