Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, bardzo dobrze. Ten człowiek jest moim zażyłym przyjacielem, — odparł zapytany.
— A czy znasz także bladą twarz Hellera, pisarza tamtego?
— Nie. Odkąd mój przyjaciel mieszka w Kinsley, nie odwiedzałem go jeszcze.
— Ten pisarz przyjdzie dziś do ciebie z jeszcze jednym białym, aby ci wręczyć list polecający od Nortona. Pierwszego umieścisz w swem biurze, a drugiemu dasz robotę. Te dwie blade twarze są mordercami! Jeśli będziesz rozumnie postępował, to dowiemy się, skoro się z tobą rozmówią, do jakiego celu zmierzają.
— Czy może chcą mnie zamordować? — zapytał Charoy, uśmiechając się z niedowierzaniem.
— Może! — potwierdził poważnie Winnetou. — I nie tylko ciebie, ale i innych. Uważam ich za trampów.
— Za trampów? — zapytał inżynier szybko. — Ach, to co innego. Właśnie dowiedziałem się, że banda trampów zmierza do Eagle-tail tutaj, aby nas obrabować. Te draby mają ochotę na naszą kasę.
— Od kogo się o tem dowiedziałeś?
— Od... no, lepiej będzie, jeśli nie wymienię nazwiska tego człowieka, lecz go sprowadzę.
Twarz jego jaśniała zadowoleniem, że może czerwonemu zgotować radosną niespodziankę; zaraz też otworzył drzwi do bocznego pokoju, z którego wyszedł Old Firehand. Jeśli inżynier myślał, że czerwony będzie się rozpływał w słowach zachwytu, to nie znał zwyczajów Indjan. Żaden czerwony wojownik w obecności drugiego człowieka nie da wpadającego w oczy wyrazu swej radości, czy boleści. To też, chociaż oczy Apacza