Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


który można było przeskoczyć. Jednym susem znalazł się w tunelu, sam jeden wobec tylu oszalałych ludzi. Z pewnością jeszcze nigdy w życiu nie okazał się tak zuchwałym; ale też nigdy jego pewność siebie nie dosięgała tej miary, co teraz. Niejednokrotnie już doświadczył, jak fascynuje i obezwładnia masy odwaga jednego człowieka.
— Hallo! Silence! — rozległ się jego śpiżowy głos, zagłuszając krzyk setek gardzieli. — Słuchajcie, co wam powiem!
— Old Firehand! — zabrzmiało zewsząd zdumieniem nad jego niezrównaną nieustraszonością.
— Tak, to ja! — A wiecie, że gdzie ja działam, tam niema żadnego oporu. Jeśli nie chcecie się udusić, to pozostawcie tu broń i wychodźcie, ale po jednemu. Ja stanę tam przy ogniu i będę wami kierował. Kto wyskoczy, nie czekając na mój znak, tego natychmiast powitamy kulą; zapowiadam, że nie uniknie jej również, kto zatrzyma przy sobie jakąkolwiek broń. Jest nas wielu, robotników, myśliwych, rafterów, żołnierzy; w każdym razie dość, aby moją groźbę wprowadzić w czyn. Zastanówcie się nad tem i wyrzućcie czapkę lub kapelusz; zastąpi to białą flagę. W przeciwnym razie sto strzelb zwróci się na ogień, aby nikogo przezeń nie przepuścić.
Ostatnie słowa mógł z powodu dymu wypowiedzieć tylko z wysiłkiem. — Skoczył szybko zpowrotem, aby nie stać się celem dla jakiej kuli. Ostrożność ta była wskazana, choć właściwie zupełnie zbyteczna. Wywarł na trampach wrażenie tak wielkie, że żaden z nich nie ważył się podnieść na niego karabinu. —
Słychać było, jak radzili, bo wiele głosów prze-