Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Do djabła! Chcą nas udusić! — skrzeczał jakiś głos. — Wychodzić, wychodzić!
Dziesięć, dwadzieścia, pęćdziesiąt, sto głosów poczęło za nim wołać i w śmiertelnej trwodze gnieść, cisnąć, pchać i napierać ku obu wyjściom. Ale tam trzaskał ogień i wysoko buchającemi jęzorami zasłaniał przejście. Ktoby chciał się wydostać, musiał skakać przez stos, a od ognia zajęłaby się odzież. Zrozumiano to w pierwszych szeregach; ludzie zawrócili i parli zpowrotem; dalsze jednak szeregi nadal rwały się naprzód, nie chcąc ustępować; wywiązała, się więc w pobliżu obu ognisk straszliwa walka między ludźmi, którzy jeszcze niedawno temu byli przyjaciółmi i braćmi we wszelkiej zbrodni. Tunel powiększał dziesięciokrotnie wycie i hałas, jak gdyby rozpętały się żywioły piekieł. —
Old Firehand obszedł skałę, aby się dostać do ogniska, płonącego na przodzie.
— Możemy pozostać statystami, — zawołał do niego jakiś rafter. — Ta dzicz sama się wymorduje. Posłuchajcie tylko, sir.
— Tak, zabrali się do siebie na ostro, — odpowiedział westman. — Ale to przecież ludzie; musimy ich oszczędzać. — Zróbcie mi przejście!
— Czy chcecie może tam wejść?
— Tak.
— Na miłość boską, sir, nie róbcie tego! Oni rzucą się na was i zaduszą!
— Nie. Będą zadowoleni, jeśli wskażę im drogę ratunku.
Sam pomógł odsunąć na bok ognisko tak, że między niem a ścianą tunelu utworzył się odstęp, przez