Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tamten porwał je łapczywie. Tak był wygłodzony, że chciał natychmiast podnieść chleb do ust, jednakże rozmyślił się i powiedział:
— Jesteście bardzo dobrzy, sir! Ale te rzeczy są przeznaczone dla was, jeśli je zjem, to wy będziecie pościć.
— O nie! Zapewniam was, że na najbliższej farmie dostaniemy tyle jeść, ile tylko zechcemy.
— Czy znają was tam?
— Nie. Nie byłem jeszcze nigdy w tej okolicy. Ale nie traćcie czasu, użyjcie ust ku lepszej sprawie.
Zgłodniały poszedł za tem wezwaniem, a jankes usiadł na trawie i patrząc na niego, cieszył się, że olbrzymie kawały znikają tak szybko za zębami głodomora. Kiedy zniknęły już i chleb, i szynka, zapytał:
— Nakarmieni pewnie jeszcze nie jesteście, ale przynajmniej na jakiś czas zaspokoiliście głód?
— Jakbym się na nowo narodził, sir. Pomyślcie tylko, jestem od trzech dni w drodze, a nic nie miałem w ustach.
— Czy to możliwe?! Od Kinsley jeszcze nic nie jedliście? Czy nie mogliście wziąć ze sobą jakich prowiantów?
— Nie! W drogę wybrałem się raptem.
— Ach! Ale macie przy sobie karabin i mogliście przecież upolować jakie zwierzę?
— Och, sir! Nie jestem strzelcem. Trafię prędzej do księżyca niż do psa, choćby siedział tuż przede mną.
— To cóż wam po karabinie?
— Dla ewentualnego postrachu czerwonych czy białych wagabundów.
Jankes zmierzył go badawczem spojrzeniem: