Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Słuchajcie, master; coś z wami jest nie w porządku. Jak się zdaje, umykacie stamtąd, a mimo to wyglądacie na osobnika zupełnie poczciwego. Dokąd właściwie prowadzi wasza droga?
— Do Sheridanu na kolej.
— Tak daleko i bez żywności! Jestem wam wprawdzie obcy, ale kiedy bieda, to dobrze mieć kogoś zaufanego. Powiedzcie mi więc, jaki to nagniotek wam dokucza?
— To bardzo krótka sprawa. Nazywam się Heller; moi rodzice byli Niemcami. Przybyli tu ze starego kraju, aby się czegoś dorobić, lecz bez skutku. Ja także nie stąpałem po różach. Pracowałem i chwytałem się niejednego, aż przed dwoma laty zostałem pisarzem kolejowym. Ostatnio otrzymałem posadę w Kinsley. Sir, jestem człowiekiem, któryby nawet robaka nie stratował, ale jeśli się dozna zbyt wielkiej obrazy, to wreszcie każdego złość ogarnie. Zadarł ze mną tamtejszy redaktor; doszło do pojedynku. Pomyślcie tylko, pojedynek na flinty! A ja nigdy w życiu nie miałem w rękach morderczego narzędzia. Pojedynek na strzelby, trzydzieści kroków odległości! W oczach mi pociemniało, kiedym to usłyszał. Krótko powiem: kiedy nadeszła umówiona godzina, stanęliśmy naprzeciw siebie. Sir, myślcie o mnie, co chcecie, ale jestem człowiekiem zgody i nie chciałbym mieć krwi na sumieniu. Już na samo przypuszczenie, że mógłbym zabić przeciwnika, przeszły mię dreszcze. Dlatego celowałem umyślnie o kilka łokci w bok. Nacisnąłem kurek, tamten również. Huknęły strzały... I pomyślcie, mnie ani tknęło, kula zaś moja przeszła tamtemu przez serce. Trzymając w ręce