Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


otworzył bramę, wyszedł i dał znak, aby podeszli. Tamci, zbliżywszy się, pozdrowili go uprzejmie; widać jednak było, że zadają sobie wiele trudu, aby okazać pewność siebie.
— Sir, przychodzimy jako wysłańcy, — odezwał się jeden — aby przedstawić wam nasze żądania.
— Tak?! — odpowiedział myśliwy z ironją. — Odkąd to zające prerjowe odważają się przychodzić do grizly’ego, aby mu wydawać rozkazy?
Porównanie, którego użył, było niezłe. Stał przed nimi tak wysoki, szeroki i potężny, a z oczu jego strzelało tak groźne spojrzenie, że mimowoli cofnęli się o krok.
— My nie jesteśmy zającami, sir! — oświadczył mówca.
— Nie? A więc chyba tchórzliwemi wilkami prerjowemi, które zadowalają się padliną? Podajecie się za parlamentarjuszy? Jesteście rozbójnikami, złodziejami i mordercami, którzy stanęli poza prawem i do których każdy uczciwy człowiek może strzelać, jeśli mu się podoba!
— Sir, — przerwał tramp — musimy się przed takiemi obrażającemi słowami...
— Milcz, łotrze! — zagrzmiał Old Firehand. — Pozwoliłem wam zbliżyć się tutaj tylko w tym celu, aby się przekonać, do jakiego stopnia zuchwałości może się taka hołota posunąć. Macie słuchać, co powiem. Jeśli jeszcze wykrztusicie jedno słowo, któreby mi się nie podobało, to grzmotnę wami natychmiast o ziemię. Czy wiecie, kim jestem?
— Nie, — odpowiedział pokornie przerażony drab.
— Nazywają mię Old Firehandem. Powtórzcie to tym,