Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/025

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zić, lecz my w to nie wierzmy i wyśmiejmy ich poprostu.
— Ale nawet gdyby wasze przypuszczenie było słusznem, musimy mieć wzgląd na jeńców, których położenie jest z pewnością bardzo przykre. Chociażby nawet oszczędzili ich życie, to z pewnością nie poskąpią żadnej możliwej przykrości, a nadto przydadzą im gróźb.
— To im zapewne nie zaszkodzi i muszą się z tem pogodzić. Dlaczego wleźli tak nieostrożnie w pułapkę? Posłuży im to za przestrogę na przyszłość, a zresztą niewola ich wnet się skończy. Przecież my tu jesteśmy i chybaby djabli się w to wdali, gdybyśmy nie znaleźli sposobu wyciągnięcia ich z tego potrzasku, jeśli to potrzebne.
— Jak mamy się do tego zabrać? Czy macie jaki plan?
— Nie, jeszcze nie; nie potrzeba go nawet. Najpierw musimy zaczekać, co się dalej stanie, a potem dopiero możemy działać. Ja nie mam żadnej obawy, przynajmniej o siebie, bo znam się dobrze. Kiedy nadejdzie stosowna chwila, z pewnością przyjdzie mi dobra myśl do głowy. Wy i ja podejmowaliśmy już zupełnie inne sprawy. Nie mamy kiełbi w głowie. Ja myślę, że... Stój! — przerwał nagle. — Patrzcie! teraz nadchodzą. Dwa draby i to prosto ku domowi. Powiewają chustkami w paluchach, abyśmy widzieli, że należy ich respektować jako parlamentarjuszy. Czy będziecie z nimi mówić?
— Naturalnie! Ze względu na jeńców muszę wiedzieć, czego od nas żądają. Chodźcie!
Zeszli na dziedziniec. Wysłańcy stanęli za doniosłością strzałów i powiewali chustkami. Old Firehand