Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Morfeusza, — poprawił go Jemmy.
— Siedź cicho! Chyba mojemu Orfeuszowi nie zechcesz przypiąć jakiego M zprzodu. Znam go bardzo dobrze; we wsi Klotsche pod Moritzburgiem istniał związek śpiewacki, który nazywał się „Orfeusz na ziemi“; te hultaje śpiewały tak przyjemnie, że słuchacze zapadali zawsze w bardzo miły sen. Dlatego stamtąd, a więc z Klotsche, pochodzi owo przysłowie o wpadaniu w objęcia Orfeusza. Nie kłóć się przeto ze mną, lecz zajadaj pieska w pobożnem milczeniu; wtedy będzie ci lepiej smakował, niż gdybyś się spierał z człowiekiem o takiem doświadczeniu, jak ja! —
Czwórka, uważając się za zupełnie bezpieczną była w grubym błędzie, bo oto zbliżało się niebezpieczeństwo w postaci dwu oddziałów, które skierowały się również ku lasowi.
Jeden z oddziałów był mały, a składał się z dwu tylko jeźdźców, którzy nadjeżdżali od północy; natknąwszy się na ślady Old Shatterhanda i jego towarzyszy, zeskoczyli z koni, aby zbadać trop. Sposób, w jaki się do tego zabrali, kazał się domyślać, że nie byli greenhornami. Świadczyło o tem również dobre uzbrojenie i odzież mocno zniszczona. Pewne oznaki pozwalały przypuszczać, że w ostatnim czasie nie mieli zbyt wiele szczęścia. Co się tyczyło ich koni, dobrze odżywionych i żwawych, to pozbawione siodeł i uzd, miały tylko wędzidła z rzemieni. Tak zwykły się paść konie Indjan w pobliżu obozu.
— Co myślisz o tych śladach, Knox? — zapytał jeden. — Czyżbyśmy mieli przed sobą czerwonych?
— Nie, — odpowiedział zapytany tonem pewnym. —