Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 02.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Konie są podkute, a ludzie ci jechali obok siebie, a nie jeden za drugim, jak to robią czerwoni.
— A ilu ich jest?
— Tylko czterech. Nie mamy się więc czego obawiać, Hiltonie.
— Chyba, że to żołnierze!
— Pshaw! Nawet wtedy nie. W żadym forcie nie powinniśmy się naturalnie pokazywać, bo tam zwykle tak dużo oczu i tak wypytują, że z pewnością byśmy się zdradzili. Ale czterech kawalerzystów, pshaw! ci zapewne niczego z nas nie wydostaną. A nawet, z jakich to powodów mieliby nabrać podejrzenia, że należymy do tych białych, którzy napadli na Utahów?
— Tak i ja wprawdzie myślę, ale często djabli nawarzą licha, że się ani nie spodziewasz. Znajdujemy się w nędznem położeniu. Szczuci przez czerwonych i szukani przez żołnierzy, błąkamy się tu i tam po obszarze Utahów. Co za głupota z naszej strony, że uwierzyliśmy obietnicom tego rudego kornela i jego trampów.
— Głupota? Z pewnością nie. Szybko się wzbogacić, to przecież bardzo dobra rzecz i ja nieprędko jeszcze wyrzeknę się tego. Wkrótce nadejdzie kornel z resztą swego oddziału, a wtedy nie będziemy potrzebowali się trapić. Musimy spróbować wydostać się z tego ciężkiego położenia. Jeśli o tem pomyślę, to znajduję tylko jedną dla nas drogę, a ta się nam właśnie teraz otwiera.
— Co to za droga?
— Musimy znaleźć jakich białych, aby się do nich przyłączyć. W ich towarzystwie będziemy uchodzić za myśliwych i nikomu nie przyjdzie nawet na myśl, szukać jakiegokolwiek związku między nami, a tymi, którzy